Gogolowe disco - Matsin Paavo - ebook + audiobook + książka

Gogolowe disco ebook i audiobook

Matsin Paavo

3,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Kiedy na progu antykwariatu w Viljandi staje zmartwychwstały Nikołaj Gogol, Arkasza Siewiernyj przewraca się z wrażenia.

Mistrza pod swoją opiekę biorą antykwariusz, barmanka, złodziej kieszonkowy i miłośnik Beatlesów. Wśród takich osobowości wszystko może się zdarzyć, szczególnie, że Estonia znów nie z własnej woli znalazła się pod panowaniem Imperium Rosyjskiego.

Czy sztuka, muzyka i literatura mogą stać się zapalnikami rewolucji?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 170

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 34 min

Lektor: Paavo Matsin
Oceny
3,4 (9 ocen)
1
3
4
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
WojtekMazur

Dobrze spędzony czas

Książka, którą żeby w pelni docenić i zrozumieć, dobrze znać odwołania autora do realnych postaci i miejsc (pomóc może dodatek na końcu książki)
10
Widelcowa

Całkiem niezła

Dość abstracyjna i nietypowa
00
olivialasocka

Dobrze spędzony czas

Mocno zakręcona
00
JudithIsabel

Całkiem niezła

Kolejna interesująca pozycja z cyklu Bałtyk. Powieść ta jest surrealistycznym, archaiczno-futurystycznym miszmaszem, połączeniem antyutopii, political fiction i czarnego humoru, której wydarzenia kręcą się wokół postaci zmartwychwstałego Gogola-Mesjasza. Jednym słowem: "gogolowa-szungit-ewangelia".
00
bluesparrow

Z braku laku…

Koncept świetny, gorzej z wykonaniem. Nie polecam jako pierwsze spotkanie z literaturą estońską, bo można się zniechęcić, a to ciekawa literatura.
00

Popularność




Od tłumaczki

Gogol-zombi, żółta łódź podwodna, rosyjski bard Arkadij Siewiernyj i słynna odeska Murka, świątynia poświęcona Lennonowi, okultyzm i kabała, estoński depressniak i wiecznyj kajf – o co w tym wszystkim chodzi? A jednak, zawsze i wszędzie, o… miłość! Jak podpowiada estoński pisarz Paavo Matsin[1], autor tej zaskakującej, lecz starannie skomponowanej powieści.

Dobrze, ale gdzie to wszystko się dzieje? W „estońskim miasteczku jak z teatru lalek”, nad którym świeci „obrzydliwy estoński księżyc” i gdzie wszystkie drogi „estońskim zwyczajem prowadzą donikąd”. Ugrofińska ironia pierwszej wody! Lecz po kolei: autor umieścił akcję w miasteczku Viljandi, które leży na malowniczym południu Estonii i jak dotąd ma się dobrze, codziennie ożywiane i puszczane w ruch przez barwną i szaloną jak ta powieść studencką bohemę najważniejszej lokalnej instytucji: akademii sztuk scenicznych Viljandi Kultuuriakadeemia. Czas akcji? Dziś? Jutro? Na pewno tuż-tuż – po przywróceniu rosyjskiego caratu i ponownej aneksji przez imperium sąsiednich państw, w tym bałtyckich. Powieść ukazała się w Estonii w 2015 roku i miała być wówczas tylko i wyłącznie groteskową political fiction oraz parodystyczną dystopią.

Viljandi znów jest rosyjskie, Estończycy niemal co do jednego wywiezieni, a ukazem cara estońską literaturę można przechowywać tylko w pomieszczeniach sanitarnych. Viljandzki antykwariat o nazwie Antykwariat to miejsce spotkań lokalnego kwiatu: śpiewaka Arkaszy i jego producenta Szefta, wiernego Johnowi Lennonowi bitelmaniaka Wasi, gitarzysty-chałturnika Grigorija oraz wytrawnego kieszonkowca Konstantina Opiatowicza. Nad towarzystwem czuwa antykwariusz, spadkobierca międzywojennej viljandzkiej tradycji okultystycznej Loenhard Kevad. Natomiast w lokalu ochrzczonym Romaan przez parę dni i nocy bohaterowie powieści przetrzymują powstałego z martwych Nikołaja Gogola. W tok wydarzeń wkraczają też zimnokrwista Murka oraz niepokojący pan Muschka. Kto lub co ostatecznie wygra – „niebieskosiny” totalitaryzm czy duch wolności i miłości?

W owej Matsinowskiej „kaszy” znaleźć można wiele prawdziwków. Oczywiście najpierw samego Gogola. Pierwowzorem śpiewaka Arkaszy jest niesłusznie chyba zapomniany Arkadij Dmitriewicz Siewiernyj. W ZSRR rzeczywiście zamykano kiedyś za jazz i nielegalnie wyciskane na zdjęciach rentgenowskich płyty. W Viljandi czasów I Republiki Estońskiej (1920–1940) naprawdę działał oficer Nurja, miejscowy mistrz okultystyki. Na mapie i ulicach dzisiejszego miasteczka można odnaleźć antykwariat (ulica Lossi 28), teatr lalek (Lossi 31) i teatr Ugala (Vaksali 7), a nawet ulubiony przez miejscowych artystów i studentów lokal Romaan (Jakobsoni 18). Nie dotrwał za to nowych czasów przykład „ultrastalinowskiego empire” – restauracja Vikerkaar oraz wykwintny hotel London na rogu ulic Lossi i Posti. Znaczący drobiazg – w powieści obecna ulica Tartuska przemianowana jest na Jurjewską. I to piękne uniwersyteckie miasto musiało więc w świecie powieści paść łupem nowej władzy. Estońskie Tartu nosiło już przecież w historii wiele imion: niemieckie Dorpat i rosyjsko-radzieckie Jurjew właśnie. Więcej szczegółów z topografii powieściowego i rzeczywistego Viljandi znajduje się w słowniczku na końcu książki.

Last but not least – język Gogolowej dyskoteki. Autor dorzucił do kaszy wiele rusycyzmów i cytatów wprost z języka rosyjskiego. Niektóre z nich – jak pielmieni, chruszczówka, papirosa – będą brzmiały mniej lub bardziej znajomo. Inne – jak kajf, woliuszka czy stiliaga – są warte poznania bądź przypomnienia. Charakterystyczne dla Matsina są też wielokrotnie złożone wyrażenia typu cud-miód-malina, a przez krzywe zwierciadło jego powieści niekiedy przebija poezja (jak „gołąb, który zatrzepotał za pazuchą”) i wspomniana już smakowita autoironia („pozbawiona logiki estońska mgła”). Cytować można by długo… Ta niewielka książka jest zresztą idealna do czytania po wielokroć, bo wtedy dopiero widać jej szwy. Wszystkie te rynny, lustra, łodzie podwodne, szungity i inne liczne aluzje do kultury estońskiej, rosyjskiej, żydowskiej, chrześcijańskiej – ogólnie rzecz biorąc europejskiej, w tym także tej, którą zostawiła nam w darze czwórka z Liverpoolu.

Powieść Matsina została wyróżniona Nagrodą Literacką Unii Europejskiej w 2016 roku. Polski przekład powstawał w 2021 roku, a więc jeszcze w innej epoce – w tej, w której ów szalony tekst wydawał się nam tylko literacką zabawą, a nie „powieścią-ostrzeżeniem”, jak od samego początku pisał o niej Tiit Aleksejev, przewodniczący estońskiego Związku Pisarzy. Gogolowe disco ukazuje się jednak w Polsce po 24 lutego 2022 roku. Śmiech przy tej książce staje się gorzki, miejscami tragiczny, ale miejmy nadzieję, że jednak uwalniający – i że będzie jeszcze jednym orężem wolnego ducha w walce z tymi, „którzy nigdy nie kochali”.

Anna Michalczuk-Podlecki

marzec 2022

Część I

Konstantin Opiatowicz

Złodziej kieszonkowy Konstantin Opiatowicz miał swoje codzienne, żelazne przyzwyczajenia, których nabrał podczas wielu lat spędzonych w miejscach odosobnienia. Gdy z samego rana w domu wyprasował już spodnie nagrzanym w tym celu blaszanym garnuszkiem, oczyścił buty niewielką i mocno zużytą, lecz zawsze gotową na podorędziu aksamitną szmatką i napełnił kieszenie suszącymi się w obfitości na parapecie skórkami od chleba, wyruszał zwykle na przejażdżkę wczesnym tramwajem do końcowego przystanku. Zszedłszy z asfaltowej drogi, wymijał ostrożnie kałuże na wąskiej, wyłożonej kamiennymi płytami ścieżce i z przyjemnością kierował kroki na stary żydowski cmentarz. Żydzi, znani ze swojego uporu i trwania przy tradycji, trzymali się wciąż wielu dawnych zasad i z tego powodu ustronny cmentarz nadawał się doskonale, by właśnie tam mógł rozpocząć swój dzień szanowany złodziej kieszonkowy, jakim był Konstantin Opiatowicz. Jego niegdysiejszy towarzysz z kolonii karnej, odeski Żyd, opowiadał mu co ciekawsze anegdoty o sekretnych obyczajach owego nielicznego a prześladowanego narodu. Nie wszystko ostało się w pamięci, ale kładzione zamiast kwiatów na grobach małe kamyki i przeznaczone jedynie cadykom bajkowe światy, ukryte za miniaturowymi bramami oheli, działały na Opiatowicza przed zabraniem się do roboty co najmniej krzepiąco. Później, po codziennej zmianie w tramwaju, zbyt ryzykownie byłoby jechać na koniec trasy tylko po to, by pospacerować. W ciągu dnia, gdy znużył się już hałaśliwym tłumem oraz opróżnianiem kieszeni i torebek, Opiatowicz zazwyczaj wypoczywał, przechadzając się między przystankami tramwajowymi i karmiąc gołębie noszonymi w kieszeniach skórkami od chleba. Lecz tutaj, w opuszczonym przez ludzi świecie milczących po hebrajsku kamieni, miał okazję, by ze spokojem przygotować się do codziennej krzątaniny. Idąc za wewnętrznym podszeptem, zatrzymywał się przy którymś z nagrobków i jakby mimochodem kładł na wilgotną od rosy płytę podniesiony ze ścieżki kamyk. Tak oto Opiatowicz ćwiczył specyficzną i bardzo istotną dla karmanszczików umiejętność, a do tego potrzebne są szybkie i zwinne palce. Wsłuchiwał się także w ciszę oraz w samego siebie. Jednocześnie, schylając się po leżące na ziemi kamienie, nie złamał nigdy starej złodziejskiej zasady – wiedział aż za dobrze, że nawet najbardziej sentymentalny złodziej kieszonkowy pod żadnym pozorem nie może sięgnąć po coś cięższego od portfela.

Po ostatnich wydarzeniach, gdy carska Rosja na nowo włączyła w swoje imperium Estonię, Łotwę i Litwę, zmiany dotarły nawet do tak prowincjonalnego miasteczka jak Viljandi. Było oczywiście i nieco dobrego, i nieco złego. Weźmy na przykład ten sam zdobyczny tramwaj, który po wielkich bitwach z Polską sprowadzono tu gdzieś spod Krakowa czy Warszawy razem z torami i całą maszynerią z zajezdni. Emeryci z małego miasteczka tylko temu przyklasnęli i szybko przyzwyczajono się do darmowego korzystania z wyplutych z dzioba dwugłowego orła, niewidzianych tu dotąd pojazdów. Tramwaj, tak jak i metro, na linii zmontowanej pieczołowicie przez moskiewskich inżynierów, poruszał się po Viljandi w niezwykle elegancki sposób, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę pagórkowate ukształtowanie terenu: nieopodal jeziora wjeżdżał w nowoczesne, przezroczyste tunele i pędził szaleńczo przez wzgórza zamkowe z brawurą górskiej kolejki, by dowozić do nowych osiedli wciąż rosnące masy mieszkańców. Opiatowicza polityka nie obchodziła, szanujący się złodziej nie współpracował z żadną władzą, ale tramwaj na różne sposoby przynosił wiele pożytku. Mówiąc zawodowym żargonem, Opiatowicz mógł z dumą przyznać, że gdy carski orzeł wylądował znów w ich bałtyckiej okolicy, on, jako dawny sydent (nie mylić z dysydentem!), a obecnie, w miarę możliwości, stiliaga (a więc gość z wyczuciem stylu), nie musiał zmagać się z depressniakiem (tak ulubionym przez żyjących tu niegdyś Estończyków zamartwianiem się), lecz czynił wciąż to, co potrafił najlepiej. Przecież wahadło historii w ciągu ludzkiego życia może wiele razy odbić w drugą stronę. Poza tym znalazł sobie paru serdecznych kompanów w znajdującym się w śródmieściu antykwariacie, gdzie tak dobrze było po codziennym rwetesie w tramwaju odpocząć i porozmawiać jak człowiek.

I tak rozmyślając niespiesznie, Opiatowicz zrobił małe okrążenie, podziwiał rzucone tu i tam, niczym kostki w przerwanej grze w domino, nagrobki, które, pochylone to w przód, to w tył, przypominały mu stare dobre czasy, kiedy należał jeszcze do szykownej ryskiej szajki, tak właśnie spędzającej wieczory – na długich, czarno-białych rozgrywkach. Zresztą również to prawdziwe domino wiązało się często z jakimś truposzem! Razu pewnego Opiatowicz znalazł się za stołem w pewnym bunkrze na Pardaugawie, gdzie odkrył przybity pod blatem futerał na nóż; po broń można było sięgnąć, jak tylko sprawy źle się potoczyły. Także i on nosił krótko za młodu biały szal i fiński nóż, ale nigdy nie podniósł ostrza na człowieka. Nie licząc oczywiście monet o zaostrzonym rancie, którymi rozcinał torby i torebki. Teraz pozostały mu tylko tramwaje, wracające z targu baby i ich chude portmonetki… Choć na szczęście miał jeszcze swoje melodie! Jak przyjemnie było podczas spaceru tu, w królestwie cieni, zanucić choćby starą poczciwą Murkę albo Córkę prokuratora, albo szczególnie pasującą do cmentarza Słodką jagodę. Życie okazywało się nie takie złe! Mogłaby co prawda być jeszcze kobieta – ale wiadomo, kto nie ma szczęścia w miłości, ten… Ledwie wczoraj odszukała go pewna młoda niewiasta o znaczącym przydomku Murka, prosząc go, autorytet w mieście, o pozwolenie na działanie. Piękna była jak księżniczka ciemności, chłopcy z Viljandi widocznie się jej bali, mówili, że zabiera im chleb z rąk, zwinna miała być jak diablica… O, tak, mogłaby się taka znaleźć u jego boku! Pozwolenie dziewczę oczywiście dostało, nie wahał się ani chwili.

Stąd myśli Opiatowicza popłynęły dalej, do królowej wszystkich gier, bilardu. Oto prawdziwie wielka filozofia, większa niż potrafią pojąć profesorscy okularnicy z uniwersytetów! Weźmy choćby kulę, zwaną durakiem, która jedynie czystym przypadkiem potoczy się do kieszeni w stole. Zupełnie jak w życiu, gdy człowieka, który znalazł się w niewłaściwym miejscu, trafi miażdżący cios i… na stos! Albo, jeśli spojrzeć na rzecz z innej strony, gdy nie wiedzieć czemu ktoś ma wciąż wielkie i niesłychane szczęście, i choć sam nie odgrywa żadnej ważnej roli, nic się go nie ima, a on gapi się tylko dookoła z rozdziawioną gębą jak owca ciągnięta na rzeź. Lecz nagle bum i… w złocie albo w błocie! Dawny towarzysz z celi mówił, że Żydzi chowają umarłych stosunkowo prędko po zgonie i zawsze w pozycji siedzącej. Znowu, jakie to interesujące! Jakież bogate jest życie! Zdaje się, że wszyscy zmarli Żydzi siedzą pod ziemią jak w tramwaju i zmierzają nim na Sąd Ostateczny, do Jerozolimy lub do co-ich-tam-na-końcu-czeka. W podziemnych tramwajach, jasna sprawa, złodziei nie ma… Choć, ot, ot, kim są wówczas hieny cmentarne? Dopiero co pisano w ich dwujęzycznej prowincjonalnej gazecie, jak remontujący pobliski kościół w Suure-Jaani restauratorzy z petersburskiego Ermitażu wypili z naczynia umieszczonego na obelisku jakiegoś bałtyckiego Niemca cały spirytus, a w naczyniu przechowywano jego serce! O, tak, ciekawe jest to światowe życie, bez wątpienia! Pełne niespodzianek! Przebogate!

I tak dyskutując z samym sobą i uśmiechając się na początek pięknego dnia rozpoczynającego się w małym miasteczku carskiego imperium zwanym wciąż Viljandi, złodziej kieszonkowy Konstantin Opiatowicz skierował się z powrotem na przystanek. Zatrzymał się jeszcze na chwilę przed wysokim nagrobkiem, na którym wyrzeźbiono menorę. W tym miejscu stary kieszonkowiec zawsze przecierał swoje buty szmatką. Dzisiaj musiał nawet zdjąć z nogi jeden but, bo w podeszwę wbił się drobny kamyk. Gdy Opiatowicz podniósł potem oczy, w zdumienie wprawiła go niespotykana barwa zarośli. Na tle otaczającej cmentarz zieleni jeden z krzewów zdawał się szkarłatny niczym pożar!

Obcy

Tramwaj nadjechał z okropnym hukiem i zgrzytem, jakby nadciągał nim bandzior z przewieszonym przez ramię tamburynem, pamiątką po rozrywkowej nocy. Opiatowicz ze zdziwieniem dostrzegł, że wagon nie jest pusty; na wprost środkowego wejścia siedział mężczyzna owinięty wypłowiałym i wystrzępionym, brązowawym szalem. Na głowie ów obcy stiliaga miał karakułową czapę z daszkiem, przypominającą starodawną harmonię lub olbrzymią, zwiniętą z materiału ślimaczą muszlę. Obok jego siedzenia, mimo że tramwaj dopiero niedawno ruszył w swoją codzienną trasę, podłoga była mocno zapiaszczona, gdy więc Opiatowicz mijał dziwaka, musiał wykonać precyzyjny krok w bok jak w rumbie, by oszczędzić buty. Tacy odmieńcy nigdy nie byli na jego celowniku, ich nieprzewidywalność mogła przynieść jedynie kłopoty; ponieważ jednak widział jak na dłoni, że ten ludzki upiór wsiadł na poprzednim przystanku, czyli na nowym prawosławnym cmentarzu, Opiatowicz jako zawodowiec postanowił zaryzykować. Nie ma przecież bardziej roztargnionych i zagubionych niż ci grzebiący i opłakujący swoich zmarłych! Żałobników i pogrążonych w smutku wszyscy na tym świecie wodzą za nos – począwszy od sprzedawców trumien i grabarzy aż do dziada, który gra na tubie i rozsiewając wokół siebie zapach wody kolońskiej i zataczając się na nogach, po wielokroć przychodzi z żądaniem zapłaty. A ci głupcy oczywiście płacą! Płaczą i płacą! Dodajcie cynicznych restauratorów i różnego rodzaju zawodowych organizatorów styp. To jednak twardy biznes. Wątpliwe, by uczciwemu złodziejowi w ogóle coś zostało po tych szakalach nieznających bojaźni bożej. Ale spróbować trzeba!

Opiatowicz usiadł za obcym i natychmiast poczuł słodkawą woń stęchlizny, dziwną mieszankę cerkiewnych kadzideł i intymnych problemów starego człowieka. Walcząc z obrzydzeniem, raczej z ciekawości niż z chęci zysku wsunął dłoń w kieszeń wełnianego płaszcza. Oho… Była od środka obszyta luksusowym futrem, choć do tego… pełna piachu! Złodziej z przestrachem cofnął rękę, gdy usłyszał, że nieznajomy mamrocze pod nosem. Dało się zrozumieć dwa zdania: coś zdarzyło się za wcześnie i to, że ktoś go ostrzegał; wiele razy oberwaniec powtórzył słowo… malaria! Zaraz potem szaleńca ogarnęły wzmagające się dreszcze i szczęśliwym trafem losu z kieszeni jego płaszcza wypadł pokaźnych rozmiarów portfel z cielęcej skóry, gruby jak mały kaszalot. Usta Opiatowicza same zaczęły nucić Murkę.

Adolf Izrailewicz Szeft

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Od tłumaczki
Część I
Konstantin Opiatowicz
Obcy
Adolf Izrailewicz Szeft
Arkadij Dmitriewicz Siewiernyj
Eeri Mammutow
Loenhard Kevad
Wasia Kaługin
Pieładan Makkartniewicz Płaton
Natasza i Pietrusza
Ogniki Pietruszy
Grigorij Mansetowicz Mansett
Tłuste mumie
Część II
Zebranie
Straż Konstantina Opiatowicza
Straż Wasi Kaługina
Straż Loenharda
Straż Adolfa Izrailewicza Szefta i Arkadija Dmitriewicza Siewiernego
Część III
W rajskim ogrodzie
Kryzys Grigorija Mansetowicza
Wyjście z raju
Kotlety dla Gogola
U Szefta
Koncert
W restauracji
Śmierć budowniczego świątyni
Pojedynek w restauracji
Pod krzyżem
Ostatnie wydarzenia

Tytuł oryginału: Gogoli disko

Copyright © by Paavo Matsin

First published in 2015 by Lepp & Nagel Publishers, Estonia

Copyright © for Polish translation by Anna Michalczuk-Podlecki

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Marpress, Gdańsk 2022

Projekt współfinansowany w ramach programu Unii Europejskiej „Kreatywna Europa”

Tłumaczenie i druk książki dofinansowane przez Cultural Endowment of Estonia

Fotografie na okładce:

Priit Myrk (Paavo Matsin)

Irene Podlecki (Anna Michalczuk-Podlecki)

Projekt okładki: Zuzanna Leśniak

Redakcja: Urszula Obara

Korekta: Anna Piwowarczyk

Redaktorka prowadząca: Urszula Obara

Redaktor naczelny: Fabian Cieślik

Wydanie I

Gdańsk 2022

ISBN 978-83-7528-292-4

Wydawnictwo Marpress sp. z o.o.

ul. Targ Rybny 10B, 80-838 Gdańsk

tel. 58 303 1878, [email protected]

www.marpress.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek