Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
NIEZWYKŁY I PORUSZAJĄCY DEBIUT POWIEŚCIOWY WIELOKROTNIE NAGRADZANEJ IRLANDZKIEJ PISARKI. NOWY, WAŻNY GŁOS W ŚWIECIE LITERATURY PIĘKNEJ.
W jasne wiosenne popołudnie w Dublinie Ciara Fay w ułamku sekundy podejmuje decyzję, która zmienia jej życie. Chwyta garść ubrań z suszarki, sadza córeczki w samochodowych fotelikach i rusza przed siebie. Kręci jej się w głowie, ale ma pewność, że postępuje słusznie, bo jej dom nie jest już bezpieczny.
Wkrótce Ciara poznaje mroczne strony ucieczki. Jej rodzina jest za oceanem, a oszczędności się kurczą. Bezskutecznie poszukująca pracy młoda matka, zmagająca się z niesprawnym systemem socjalnym i podszeptami własnych demonów, czuje się coraz bardziej zagubiona. Lato mija i wielkimi krokami zbliża się zima. Ciara, która utknęła z dziećmi w pokoju hotelowym, rozpaczliwie szuka nowego domu i dzielnie odpiera ataki męża, Ryana, który za wszelką cenę chce nakłonić ją do powrotu. Bo odejście to jedno, ale trzymanie się z dala od napastliwego krzywdziciela, to coś zupełnie innego…
Czy Ciara zdoła odbudować swoje życie? Czy kiedykolwiek uda jej się uwolnić spod kontroli Ryana? Jaki będzie koszt odzyskanej wolności?
PIĘKNA, PEŁNA ODWAGI, NADZIEI I SIŁY OPOWIEŚĆ O KOBIECIE, KTÓRA PO TRUDNEJ WALCE WYZWALA SIĘ Z PRZEMOCOWEGO ZWIĄZKU.
INSPIRUJĄCA POWIEŚĆ O BUDOWANIU NOWEGO, LEPSZEGO ŻYCIA DLA SIEBIE I SWOJEJ RODZINY – WBREW OTOCZENIU, KTÓRE POWTARZA, ŻE NIE DASZ SOBIE RADY, WBREW WŁASNYM NIEPEWNOŚCIOM I LĘKOM.
POWIEŚĆ ZNALAZŁA SIĘ NA DŁUGIEJ LIŚCIE NOMINOWANYCH DO WOMEN'S PRIZE FOR FICTION 2025. NAJLEPSZY POWIEŚCIOWY DEBIUT 2025 ROKU WG „OBSERVERA”. BESTSELLER „SUNDAY TIMESA” I „IRISH TIMESA”. WYBÓR KLUBU KSIĄŻKI RADIA BBC.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 400
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 10 godz. 54 min
Lektor: Agnieszka Więdłocha
Tytuł oryginału:
NESTING
Copyright © Roisín O’Donnell 2025
All rights reserved
Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026
Polish translation copyright © Małgorzata Stefaniuk 2026
Redakcja: Marzena Wasilewska
Korekta: Dorota Jakubowska, Sabina Raczyńska
Projekt graficzny okładki: Agnieszka Drabek
Ilustracje na okładce: ©Aimee Marie Lewis/Arcangel Images
ISBN 978-83-8439-095-5
Wydawca
Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.
Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa
wydawnictwoalbatros.com
Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI
Jan Żaborowski
Gdy Ciara wysiada z samochodu, zimny morski wiatr zapiera jej dech i smaga włosami po twarzy. Po kilku manewrach, ignorując płynące z siedzenia pasażera fuknięcia dezaprobaty, zdołała wcisnąć starą srebrną Micrę w wąskie miejsce parkingowe naprzeciwko plaży w Skerries. Niebo w to kwietniowe popołudnie jest jasne i przejrzyste. Nad dachami nadmorskich szeregowców szybują mewy; ich skrzydła są tak napięte i nieruchome, że ptaki wyglądają, jakby poruszały nimi niewidzialne sznurki.
Trzaskają drzwi po stronie pasażera i Ryan obchodzi samochód.
Ciara słyszy, jak klapa bagażnika się unosi. Odgarniając włosy z twarzy, odwraca się i walcząc z naporem wiatru, otwiera tylne drzwi i słyszy wołanie czteroletniej Sophie:
– Ja pierwsza, ja pierwsza, ja pierwsza! – Dziewczynka odpięła już pas i przeciskając się pod ramieniem mamy, wyskakuje na chodnik. Jej ciemne kucyki powiewają na wietrze. – Hurra! Morze! Możemy zbudować zamek, tatusiu?
Ciara, zbyt zajęta szamotaniem się z zapięciem przy upaćkanym, czerwonym foteliku dwuletniej Elli, nie słyszy odpowiedzi męża. Micra wymaga porządnego sprzątnięcia. Generalnego. Chryste… Właśnie dlatego na plażę jeżdżą zawsze tym gruchotem, a nie nieskazitelnie czystym Jeepem Ryana. Zapięcie w końcu ustępuje.
– Voilà! Gotowe, panienko. Jesteś wolna.
– Na ręce, mamusiu. – Ella wyciąga pulchną rączkę, wciąż tak małą, że zamiast łokci ma na niej dołeczki. W drugiej dłoni, jak zawsze, ściska Hoppy’ego, niebieskiego królika z serduszkiem przyszytym na piersi. Miejscami wytarty pluszak, ze zbitym w grudki wypełnieniem, wygląda na wymęczonego życiem, ale przy tym tak jakoś… mądrze.
– No to chodź, wskakuj. – Ciara całuje córkę w policzek, wtula nos w jej szyję i zaciąga się zapachem bananów i owsianki.
Sophie skacze już po wydmach z ojcem. Razem wyglądają dość komicznie: ona we fluorescencyjnych pomarańczowych kolarkach, koszulce w motylki i z błyszczącymi spinkami we włosach; on w czarnym T-shircie, wyprasowanych dżinsach i z idealnie uczesanymi szpakowatymi włosami. Choć Ryan trzyma córkę za rękę, jej i tak udaje się tańczyć.
Ostre, jasne źdźbła wydmowych traw drapią Ciarę po kostkach, kiedy przedziera się przez piasek z Ellą na biodrze.
– Widzisz morze, kochanie?
Plaża wokół zatoki, poprzecinana pasmami pokruszonych muszelek, wyrzuconego drewna i wodorostów, ma kształt półksiężyca. W telewizji zapowiadano na dziś dwadzieścia stopni – sporo jak na kwiecień – choć w prognozie najwyraźniej nie uwzględniono lodowatych podmuchów znad Morza Irlandzkiego. W to niedzielne popołudnie plaża jest usiana grupkami ludzi skulonych pod kurtkami lub chroniących się za parawanami, zdeterminowanych, by mimo wszystko wykorzystać wolny dzień.
Na końcu promenady sportowe buty Ciary zapadają się w piasek. Dogania męża, stawia Ellę na ziemię i patrzy na morze.
– Odpływ – zauważa, tylko po to, by coś powiedzieć.
Ryan odwraca się do niej.
– Pójdę się z nimi wykąpać. – Wpatruje się w nią badawczo szarymi oczami.
Rano, kiedy oznajmiał, że jadą na plażę, był w świetnym nastroju, ale coś zdążyło się zmienić. Co znowu zrobiła nie tak? Serce zaczyna bić jej szybciej.
– Wykąpać? To znaczy chyba tylko… pobrodzić w wodzie, prawda? Jasne, idźcie, dziewczynki będą zachwycone.
– Powiedziałem „wykąpać”. Popływać. Są już wystarczająco duże.
– Ale przecież nie umieją pływać – przypomina Ciara, próbując się roześmiać. – Woda jest lodowata. Zamarzną w niej na kość.
Ryan krzyżuje ramiona na piersi i zaciska usta w wyrazie uporu. W głowie Ciary dźwięczą słowa matki: „Nie możesz walczyć o wszystko, kochanie”.
– No dobrze. Kąpiel. Czemu nie? Założę im pianki. Dziewczynki! Chodźcie tu, proszę!
Pianki są z zeszłego lata. Ta, którą wkłada Ella, jest tak ciasna, że nie może zgiąć w niej rąk. Ryan stoi i patrzy, jak żona zapina Sophie zamek na plecach, unosząc ją w powietrze.
– Mamo, przestań, to boli!
– No już, skarbie, idealnie.
Sophie oddala się, człapiąc jak naburmuszony pingwin. Gdyby Sinéad tu była, pękałaby ze śmiechu na widok siostrzenic.
Ryan marszczy czoło.
– Nie kupiłaś im nowych pianek? – pyta, ściągając T-shirt. – Wydawało mi się, że dawałem ci na nie pieniądze.
Ciara mówi, że nie było ich w sklepie, po czym skupia się na rozsznurowaniu butów i podwinięciu czarnych legginsów do kolan. Czując na sobie spojrzenie męża, wiąże włosy w kucyk i zapina jasnoróżową polarową bluzę.
Ella podchodzi i chwyta ją za rękę.
– Mamusiu, chodź!
Zostawiają torby plażowe i zwinięte ręczniki na suchym piasku, poza linią wody chciwie atakującej brzeg. Córki ciągną Ciarę po pofałdowanym od fal piasku, zbitym do miejsca, gdzie mokra plaża lśni jak lustro, odbijając niebo.
Przy pierwszym muśnięciu stóp przez spienione fale dziewczynki uciekają z piskiem. Ciara klnie pod nosem. Woda jest jeszcze zimniejsza, niż przypuszczała. Fale uderzają w odsłonięte łydki, a wiatr dodatkowo chłodzi mokre ciało jak maść mentolowa. A jeśli są tu meduzy? Całe ławice tych największych – lwich grzyw – często dryfujących po Zatoce Dublińskiej? Wchodząc głębiej, czując podwodne prądy, Ciara wyobraża sobie niewidzialne macki oplatające ciała jej córek. Nie daj Boże, żeby którąś poparzyły. Jeśli cokolwiek zepsuje ten dzień, to będzie jej wina.
Ryan podchodzi energicznym krokiem i bierze Sophie za rękę.
– No chodź, idziemy pływać. Wchodzimy głębiej.
Sophie piszczy za każdym razem, gdy uderza w nią fala. Ella szarpie za polar matki – chce na ręce. Ciara znów sadza ją sobie na biodrze i czuje, jak zęby córki szczękają; pianka niewiele daje.
– Zimno mi, mamusiu.
– To nic, kochanie, zaraz się rozgrzejesz. Czy to nie świetna zabawa? Spróbujemy przeskoczyć przez falę? – Ciara spogląda na męża. Jak długo dziewczynki będą musiały to znosić?
Przy miejscu do nurkowania obok Wieży Martello ludzie szykują się do zanurzenia. Inni stoją oparci o skały, opatuleni kurtkami i ręcznikami. Gdyby któryś z nich spojrzał w ich stronę, co by zobaczył? Szczęśliwą rodzinę?
Daleko na horyzoncie jedna z Wysp Skerries wygląda jak śpiący olbrzym z brzuchem piwosza wystającym z wody. Ciara chce pokazać ją Elli, pośmiać się z nią, ale to nie jest dobry moment na bajki o olbrzymach.
– Zamarzam! Zimno mi! – Sophie, rozchlapując wodę, podbiega do matki i oplata ją w talii chudymi rękami. – Możemy już wyjść, mamo? Chcę wyjść! TERAZ!
Ryan nabiera wody w dłonie i polewa sobie ramiona. Posyła żonie spojrzenie pełne pogardy.
– Chwila i się przyzwyczają – rzuca.
– Ale one zmarzły. – Ciara wzdryga się na dźwięk błagalnego tonu we własnym głosie. – Woda jest dla nich za zimna. Myślę, że powinnam zabrać je na brzeg.
– To zabieraj.
– Nie gniewaj się. Po prostu nie chcę, żeby się…
– Powiedziałem: zabieraj. – Ryan odwraca się plecami i nurkuje; jego umięśnione ramiona ostro tną wodę, kiedy odpływa coraz dalej.
Może będzie tak płynął aż po sam horyzont, przemyka przez głowę Ciary. Może skończy na Grenlandii.
Przestań. Nie wolno ci tak myśleć. Jezu…
Dziewczynki wybiegają na brzeg.
– Zimno, zimno, zimno! – zawodzi Ella.
Ciara ściąga z nich pianki i otula je ręcznikami kąpielowymi, które rano wcisnęła do torby. Próbuje wytrzeć płaczącą Sophie i nagle ona też ma cztery lata: siedzi na plaży w Castlerock podczas wakacji w hrabstwie Derry, a mama wyciera szorstkim ręcznikiem jej ciało pokryte gęsią skórką i piaskiem.
– A może coś przekąsimy? – słyszy.
Głos męża ją zaskakuje; nie zauważyła, że Ryan wyszedł z wody. Ale on zawsze tak robi: pojawia się cicho i znienacka. Pytanie skierował do Sophie; ta peszy się i wtula twarz w pierś mamy.
A Ciara znów słyszy ten głos: Czy nie masz tego, czego chciałaś? Tego, o czym zawsze po cichu marzyłaś?
Piękny domu w Irlandii, dwie śliczne córeczki z kucykami skręconymi słoną bryzą, podskakujące radośnie w kostiumach z Myszką Minnie, z falbankami na pupach. Ryan, wierny, pracowity mąż, za którym kobiety oglądają się ukradkiem, kiedy buja dziewczynki na huśtawkach, zamawia lunch albo gdy stoi – jak teraz – z gołą piersią, wycierając włosy ręcznikiem. A jednak w ten pogodny dzień, okraszony skrzekiem mew, w piersi Ciary pojawia się jakiś ciężar, niepokojące uczucie, jak tuż przed burzą.
*
Zjeżdżalnie, karuzele i zardzewiałe od morskiej soli huśtawki. Zimny wiatr słabnie i w popołudniowym słońcu robi się odrobinę cieplej. Na nabrzeżu w Skerries panuje odświętna atmosfera, pary i rodziny spacerują nad morzem. Chłopiec puszcza nad mariną latawiec, a mężczyzna filmuje dronem dzieci, które próbują go strącić kamieniami.
– Przecież mówiłem – ruga je mężczyzna. – Wyraźnie prosiłem, żebyście tego nie robili.
W kawiarni Storm in a Teacup Ciara zamawia dla córek i męża śmietankowe lody z czekoladowym paluszkiem i sosem malinowym.
– A ty nic nie bierzesz? – pyta Ryan, nawet na nią nie patrząc.
– Liznę trochę od dziewczynek. Nie jestem aż tak głodna.
Po chwili Ella ma już całą brodę w rozpuszczających się lodach, a po palcach Sophie spływa sos malinowy. Ciara wyciera im buzie i papierowe serwetki natychmiast strzępią się i kleją.
– Daj trochę spróbować mamusi – mówi i oblizuje loda Elli, żeby zdążyć, zanim całkiem się roztopi. Słodycz wywołuje w niej mdłości. Czuje na sobie wzrok męża. – O matko, spójrz tylko na nie. Lody to jednak nie jest dobry pomysł, prawda?
Ryan nie odpowiada.
No i masz – znów przestanie się odzywać.
Ciara czuje pulsowanie u podstawy czaszki zwiastujące ból głowy. Całe jej ciało ogarnia to dziwne, niepokojące poczucie, że tonie, jakby miała pozostać w tym słonecznym dniu już na zawsze. Niewidzialna dla Ryana, idzie przez tłum. Inne kobiety wesoło zaganiają dzieci, trzymają partnerów za ręce albo spacerują z przyjaciółmi, rozmawiając. Jej mała rodzina wtapia się w to otoczenie idealnie, więc dlaczego znowu krążą jej po głowie te mroczne myśli?
Minęły dwa lata, odkąd wróciła do Ryana, i kilka miesięcy od dnia, gdy – pod wpływem niezrozumiałego impulsu – ukryła pieniądze na pianki surfingowe w torbie na pieluchy. Nagle zalewa ją poczucie winy, jakby była plamą na tym doskonałym dniu, skazą psującą chwilę. Przypomina sobie obraz z czasów pierwszej wojny światowej, który widziała kiedyś w Galerii Tate podczas szkolnej wycieczki do Liverpoolu. Ludzie na karuzeli. Z daleka wyglądali na szczęśliwych i dopiero z bliska można było dostrzec, że krzyczą.
*
Powrót do domu w Glasnevin zajmuje pół godziny. Za każdym razem, gdy zatrzymują się na czerwonym świetle, Ciara ukradkiem spogląda na męża. Ryan wpatruje się w telefon; coś w nim przegląda, marszcząc brwi, chłodny i wyniosły. Jak święty Piotr stojący na kłębowisku węży, przemyka jej przez głowę. Kiedyś – zanim poznała Ryana – nie wpadłaby na takie porównanie, ale teraz może poszczycić się imponującą wiedzą o ewangeliach i Starym Testamencie, zwłaszcza o fragmentach dotyczących piekła i kobiet nieokazujących szacunku mężom.
Jej próby nawiązania rozmowy stają się coraz bardziej desperackie. Brzmi jak prowadząca audycję radiową dziennikarka, której kończą się tematy – paplająca bez ładu i składu w pustkę, bo nikt jej już nie słucha.
I kurczy się podczas tego przedwieczornego powrotu do domu. Niknie, jadąc Clontarf Road w stronę Dublina, miasta obejmującego zatokę niczym szczypce kraba. Dalej majaczy na horyzoncie Sugarloaf – góra przypominająca kształtem krzywy stożkowaty kapelusz czarodzieja – a jeszcze dalej migoczą biało-czerwone kominy dawnej elektrowni na Półwyspie Poolbeg.
– Fajny był ten wypad, prawda? – próbuje znowu.
Ryan milczy. Nawet na nią nie patrzy. Odkąd zeszli z plaży, właściwie się do niej nie odezwał. Jakby jej nie widział, jakby nie potrafił przebić się przez swoją złość choćby na chwilę. Gdyby tylko mogła przełączyć go z powrotem na tryb z poranka, kiedy jego dobry nastrój rozciągał się między nimi niczym ciepłe promienie słońca.
*
Zatrzymuje się na podjeździe stojącego przy Botanic Close bliźniaka o kamiennej fasadzie – sześciennej bryle z lat siedemdziesiątych, z wąskim ogródkiem z żywopłotem od frontu. Właściciel albo któryś z poprzednich lokatorów posadził wzdłuż muru ognik szkarłatny i kolczaste nieregularne gałęzie rozrosły się na wszystkie strony. „Cmentarne krzewy” – tak nazwała je matka Ciary, kiedy była u nich ostatnim razem. Teraz przynajmniej żonkile, kołyszące główkami na wietrze, odrobinę rozjaśniają to miejsce.
Zanim udaje jej się wyłączyć silnik, Ryan wysiada, odpina pasy córek i prowadzi dziewczynki do środka. Ciara słyszy ich dobiegający z korytarza piskliwy śmiech.
Otwiera bagażnik i nagle czuje uderzenie krwi do głowy. Kolejne tego dnia. Czeka, aż zawroty miną, po czym wyciąga torby plażowe, ociekające wodą pianki, ciężkie, mokre ręczniki i plastikową siatkę pełną wiaderek i łopatek. Przygniata klapę łokciem i zatrzaskuje ją biodrem. W ciemnym korytarzu zatrzymuje się i rzuca zapiaszczone rzeczy na linoleum przy wieszaku.
– Jeszcze raz, tatusiu! – woła Ella.
W salonie ojciec, trzymając ją za kostki, huśta nią jak wahadłem. Jednoosobowa wersja parku rozrywki Tayto.
Ciara zagląda do pokoju zza framugi drzwi.
– O, jaka fajna zabawa.
Mąż posyła jej takie spojrzenie, jakby była kawałkiem gówna, po czym wraca do huśtania dziewczynek.
One go uwielbiają, myśli Ciara. Bo jest dobrym ojcem. Jest, prawda? Odwraca się i zamyka drzwi do kuchni, odcinając się od radosnych pisków córek. Nalewa do garnka wodę, stawia go na kuchence, wyciąga paczkę penne, otwiera słoik sosu pomidorowego i przelewa go do rondla.
A potem, nawet nie zastanawiając się nad tym, co robi, idzie do łazienki, wkłada gumowe rękawiczki i chwyta sprej Flash oraz paczkę ściereczek J-cloth.
To nawyk, który pojawił się u niej, kiedy była w ciąży z Sophie. Nazywała to „szykowaniem gniazda”. Tak robią kobiety oczekujące dziecka: czyszczą fugi, odkurzają, nagle odczuwają potrzebę pomalowania muru w ogródku na lazurowy błękit. Tyle że ona nie wyczuwała zbliżających się narodzin, lecz nadciągające zagrożenie. Sprzątanie każdego centymetra domu, malowanie, naprawianie… Tylko to przynosiło jej ukojenie. Tylko to dawało namiastkę poczucia bezpieczeństwa.
– Dziewczynki! Kolacja gotowa!
Sophie wpada do kuchni i zaczyna marudzić, że chce jej się pić. Ella nie pozwala nikomu pomóc sobie usiąść w wysokim krzesełku przy stole. Ryan spogląda na makaron, miesza go widelcem, po czym nagle wstaje.
– Wychodzę – oświadcza.
*
Ciara stoi w kuchni i zeskrobuje zaschnięty sos ze śliniaczka ze Świnką Peppą, gdy słyszy trzask zamykanych drzwi wejściowych. Czuje się wyczerpana – wypompowana – po kolacji, kąpieli dziewczynek, myciu zębów i bajkach na dobranoc, wypakowaniu plażowych toreb, strzepaniu ręczników i spłukiwaniu w ciemności pianek pod ogrodowym kranem. Jaskrawe światło w kuchni potęgowało ból głowy, więc zgasiła je i zapaliła boczną lampkę. Oczy ją pieką, ciało boli.
A teraz zaczyna się ta przeklęta pora, kiedy dziewczynki śpią, a jej nie chroni już ich obecność – ich potrzeby, rozgardiasz i śmiech.
Ryan wchodzi do kuchni. Gotuje wodę, parzy sobie herbatę rumiankową i siada przy stole. Ciara odkręca wodę, obficie polewa garnki płynem Fairy i zaczyna je szorować druciakiem.
Kiedy cisza staje się nie do zniesienia, zatyka zlew korkiem, wyciera ręce o bluzkę i odwraca się do męża.
– No więc gdzie tak nagle zniknąłeś? – pyta, starając się zachować swobodny ton.
– Wyszedłem. Musiałem ochłonąć. – Ryan splata ręce na stole i patrzy na nią. – Totalnie mnie dziś upokorzyłaś… A chciałem tylko wykąpać się z dziećmi, jak każdy normalny ojciec.
– Ale przecież poszliście się kapać! Weszliście do morza.
– Proszę cię – prycha. – Byliśmy w wodzie może dwie minuty, zanim zaczęłaś jęczeć, że powinniśmy wychodzić. Ciągle próbujesz mną sterować. Zupełnie jak twoja cholerna matka, która musi wszystko kontrolować.
– To nie tak, Ryan. Ja chciałam tylko… I proszę, nie mieszaj do tego mojej mamy. Wiem, że jej nie znosisz, ale…
– Co?! Nigdy, przenigdy nie powiedziałem o twojej matce jednego złego słowa. A tak w ogóle… – jego spojrzenie twardnieje – to gdzie są pieniądze, które dałem ci na pianki? I reszta z zeszłotygodniowych zakupów?
Zatyka ją. Nie potrafi znaleźć słów.
I znów te zawroty głowy. To uczucie odlatywania. Chwytanie wspomnień, które rozpływają się, gdy tylko się na nich skupi. Ostatnim razem, kiedy jej matka przyjechała z Sheffield, musiała zatrzymać się w pensjonacie, bo Ryan nie wpuścił jej do domu. Gdyby tylko dało się wcisnąć pauzę. Gdyby mogli porozmawiać przez spokojnych, bezstronnych tłumaczy, jak na konferencjach ONZ. Ale nie mogą, więc Ciara musi przerwać tę rozmowę, zanim się jeszcze bardziej zaogni.
Kasa za pianki jest ukryta razem z resztą „skradzionych” pieniędzy. Z funduszem ucieczkowym.
Ciara widzi, że mężowi napina się szczęka, i wie, że ma niewiele czasu, żeby zapobiec awanturze.
– Boli mnie głowa, Ryan. I muszę jeszcze dokończyć sprzątanie…
– Głowa cię boli, tak? To pomyśl, jak ja się czuję! Mnie głowa boli już od pięciu lat od tego całego gówna, które odwalasz. Ty kłamliwa suko. Chcę tę kasę z powrotem do jutra.
Proszę, nie rób tego, zaklina go w myślach. Proszę.
Cokolwiek powie, będzie źle. Słowa są bezużyteczne. Musi wyjść poza język, uciec w działanie. Sięga po ściereczkę.
– Co ty, do cholery, zamierzasz teraz robić?
– Czyścić zlew. – Ręce jej drżą. – Posłuchaj, przykro mi, że cię zdenerwowałam. Nie chciałam, ale…
– Żartujesz?! Wcale nie jest ci przykro. Co z tobą nie tak? Jesteś nienormalna. Nic dziwnego, że nie masz żadnych przyjaciół. Mam cię dość. Kończę z tobą.
– Proszę… Czy nie moglibyśmy po prostu…
– Powiedziałem, że mam cię, kurwa, dość.
Ryan wstaje tak gwałtownie, że nogi krzesła zgrzytają na płytkach, po czym popycha je i krzesło przewraca się z hukiem.
Serce podskakuje Ciarze do gardła.
Jakby zarażała trądem, Ryan obchodzi ją szerokim łukiem i ciska kubek do stalowego zlewu tak mocno, że odpada ucho. W pianie i na rękach Ciary lądują drobinki porcelany. Gdy wychodząc z kuchni, Ryan trzaska drzwiami, lampka spada ze stolika na podłogę. Żarówka pęka i kuchnia pogrąża się w ciemności.
Ciara ściska kraciastą ściereczkę. Cytrynowy zapach płynu Fairy. Dudnienie krwi w uszach, zagłuszające wszystko. Nagle sama staje się tym wszystkim: przewróconym krzesłem, roztrzaskaną żarówką, odpryśniętym uchwytem kubka. To jej kości, jej krew.
Czeka. Patrzy. Nasłuchuje.
Raz. Dwa. Trzy. Cztery.
Wąska smuga światła faluje przy framudze drzwi. Po odgłosie kroków Ciara próbuje się zorientować, jak daleko jest mąż… albo jak blisko.
W takie noce jak ta wie, że to się dzieje naprawdę. Że tego nie wymyśla. Strach jest ostry, zwierzęcy, niepodważalny. Czysty błękit w samym sercu płomienia.
Potem zawsze jest trudniej. Nie usłyszy przeprosin, a jeśli ośmieli się do tego wrócić, mąż prychnie: „O czym ty w ogóle mówisz?!”. A wtedy ona zacznie się zastanawiać, czy jednak nie zrodziło się to w jej głowie.
Kroki na schodach. Trzask zamykanych drzwi sypialni.
Nagle robi jej się strasznie zimno. Cała drży. Upuszcza zatłuszczoną ściereczkę i sięga do oparcia krzesła po niebieską bluzę.
Zapala światło nad kuchenką.
Zaszokowana kuchnia patrzy na nią w milczeniu. Odłamki szkła migoczą na beżowych płytkach.
Ciara zbiera talerze, ustawia krzesła i zmiata szkło – ostrożnie i powoli, jakby dom był z cienkiego, kruchego lodu.
W poniedziałek rano podchodzi boso do okna sypialni i odchyla zasłonę. Jeepa jej męża nie ma. Pewnie Ryan jest już w drodze do miasta. Zaparkuje w pobliżu Green, a potem przejdzie pieszo do Wydziału Wydatków Publicznych na Merrion Square. Nie wróci co najmniej do wpół do szóstej.
Ciara czeka na przypływ ulgi, ale ta nie nadchodzi. Zamiast niej powracają myśli o tym, co się stało, kiedy w końcu dotarła do łóżka. Dość, słyszy szept w swojej głowie. Nikt nie powinien tak żyć. Dość. Wystarczy.
Napędzana tą myślą, wysuwa szufladę szafki nocnej i czuje pod palcami gładkie powierzchnie paszportów.
– Mamusiu? – Sophie stoi w progu sypialni, jedną ręką drapiąc się po pupie przez piżamkę z jednorożcem. – Co jest na śniadanie?
Przyłapana na gorącym uczynku Ciara szybko wsuwa paszporty do torby na ramię i uśmiecha się.
– Co powiesz na owsiankę?
Nie może znowu odejść, oczywiście, że nie. Musi się czymś zająć, odsunąć od siebie te zdradzieckie myśli. Pranie. Właśnie to zrobi. Znosi kosz na dół, oddziela ciemne ubrania od jasnych i włącza w pralce krótki cykl. Ella też już się obudziła i ją woła.
Ubieranie dziewczynek chwilę trwa, bo młodsza córka uparcie powtarza: „Ja sama, ja sama!”. Kiedy wreszcie Ciara sprowadza je na dół, pranie prawie się kończy. Podczas gdy dziewczynki jedzą owsiankę, ona wyciąga ubrania z bębna. Sama nie jest w stanie niczego przełknąć; może zje coś później, w ciągu dnia. Nie chodzi o mdłości – po prostu zupełnie nie ma apetytu. W głębi duszy zna przyczynę, a na podstawie jej esemesów Sinéad też już się domyśliła.
Jak się dowiesz, zadzwonisz? Xox
Ciara otwiera przesuwane drzwi tarasowe i wychodzi do ogródka. Dzień jest jasny. Rozwieszanie prania ją uspokaja. Legginsy powieszone do góry nogami, sukienki przypięte za rąbki. Zapach płynu do płukania i ciężar wilgotnych ubrań w dłoniach przenoszą ją do czasów dzieciństwa – do letnich wakacji w Sheffield, kiedy biegała z siostrą po małym trawniku, pod falującymi prostokątnymi cieniami świeżo wypranej pościeli.
Gdy rozwiesza kolejne rzeczy, w głowie dźwięczy jej jedno słowo: „dość”. Tyle że teraz, gdy rutyna dnia wciąga ją jak przypływ, jest słabsze, ledwie słyszalne. Zapomnij o tym, upomina się. To tylko głupia myśl.
Po śniadaniu prowadzi dziewczynki do przedszkola. Po drodze zatrzymują się, żeby córki przywitały się z kotem, którego ochrzciły Mog. Zwierzak ociera się o ich kostki, a następnie zgrabnie wskakuje na murek. Kiedy docierają do Happy Days, Mairéad właśnie otwiera furtkę i wita dzieci tuptające do środka z pudełkami z lunchem. W ostatniej chwili Ciara wyciąga Hoppy’ego spod pachy Elli.
– Poczekaj, kochanie. Pamiętasz, co powiedziała Mairéad? Żadnego Hoppy’ego w przedszkolu. Mama się nim zaopiekuje.
Ella pochmurnieje, ale Sophie pociąga ją za rękaw i idą za pozostałymi dziećmi. To dopiero drugi tydzień Elli tutaj. Właściwie powinna pójść do przedszkola dopiero we wrześniu, ale chce robić wszystko to co starsza siostra.
Ciara wraca do domu, wsiada do Micry i z jakiegoś niezrozumiałego dla niej powodu wkłada Hoppy’ego do wypchanej torby na ramię, która leży na siedzeniu pasażera.
– Jakbyś mógł tu w czymkolwiek pomóc – mówi pod nosem.
*
Mogłaby pójść do najbliższej apteki, ale Ryan zna zbyt wiele osób w Glasnevin. Zgodnie z prawem Murphy’ego na pewno natknęłaby się na któregoś z jego kolegów z pracy, sąsiada albo kogoś z kościoła. Dlatego jedzie aż do centrum handlowego w Blanchardstown, kupuje test ciążowy i zamyka się w kabinie toalety.
Dwie różowe kreski.
Siedząc na zamkniętej klapie sedesu, wydaje z siebie zdławiony dźwięk – coś pomiędzy śmiechem a szlochem. Chowa twarz w dłoniach, wsuwa palce we włosy i płacze. Potem wyciąga z podajnika kilka listków cienkiego papieru toaletowego, wyciera twarz, wydmuchuje nos i odblokowuje telefon.
Jej starsza siostra odbiera po drugim sygnale.
– Pozytywny?
Ciara milczy.
– Wiedziałam. Cholera, wiedziałam! Powiedziałam mamie: „Założę się o każde pieniądze, że nasza Ciara znów jest w ciąży”. Wiedziałam to po twoich wiadomościach… po tym, że byłaś taka padnięta i nie miałaś apetytu.
– Chwila… Powiedziałaś mamie?
– Och, daj spokój. Przecież ona i tak wszystko zawsze wie. Ta kobieta jest jak medium. Gdzie teraz jesteś?
– W trzeciej kabinie po prawej.
– Cholera…
Sinéad wzdycha, a Ciara wyobraża sobie, jak siostra stoi w fartuchu z rękami na biodrach. Zero roztkliwiania się, ona była jedną z jej pacjentek na oddziale pediatrycznym.
– Dobra, słuchaj – odzywa się Sinéad. – Wszystko jakoś się ułoży. Będzie dobrze. Przeżyłaś szok, potrzebujesz cukru. Kup sobie herbatę, zjedz coś słodkiego i oddzwoń do mnie.
To taka ulga otrzymać jasne instrukcje, uwolnić się od presji podejmowania decyzji. Ciara, już trochę spokojniejsza, wychodzi do przestronnego pasażu galerii handlowej. Zupełnie odruchowo wyjmuje Hoppy’ego z torby i przyciska do piersi. Żeby oderwać się od ponurych myśli, wchodzi do księgarni Eason i wybiera dla dziewczynek nową książeczkę z serii Mr Men. Pan Nonsensek. Potem przechodzi przez H&M, wybiera kilka bluzek, marszczy brwi i odkłada je z powrotem. Kogo ty chcesz oszukać?
Kupuje herbatę i muffinkę z jagodami. Jestem w ciąży, mówi sobie. To na pewno będzie dziewczynka. Zawsze rodzi dziewczynki, tak jak Sinéad zawsze rodzi wydzierające się dzieci. Spokojne to nie jej specjalność, jak sama mawia.
Kiedy Ciara odbiera telefon, słyszy w tle krzyki jednego z siostrzeńców:
– Nie, nie, nie, nie!
Trzyletni Rory prawdopodobnie wciąż ma ospę wietrzną. Joey i Nathan muszą być w szkole. Ciara wyobraża ich sobie w szeregowcu na wzgórzu w Sheffield, ze stromymi schodami przypominającymi drabinę, bliźniaczo podobnym do domu, w którym dorastała.
– Już trochę lepiej, kochanie?! – przekrzykuje hałas Sinéad.
– Tak, tak… lepiej. Tylko… to jednak lekki szok.
– Zawsze tak jest. Kiedy powiesz temu dupkowi, z którym mieszkasz… RORY, CZY MÓGŁBYŚ PRZESTAĆ TO ROBIĆ?! CZY MÓGŁBYŚ, DO CHOLERY… Poczekaj sekundę – prosi siostrę.
Ciarę aż skręca po komentarzu na temat jej męża. Odruchowo chce bronić Ryana. Chce cofnąć wiadomości, które wysyłała siostrze, kiedy wczoraj w nocy, padając z braku snu, kuliła się pod drzwiami w pokoju dziewczynek. Twarz piecze ją z zażenowania. To w końcu wciąż jej mąż. Miłość jej życia, Ryan, uparty jak pąkle przyrośnięte do kadłuba statku.
– Sorry – rzuca Sinéad, wracając do telefonu. – Rory to jednak mały debil. Ile razy mam powtarzać, żeby nie żarł tej pieprzonej plasteliny?! Słodki Jezu… – Wzdycha ciężko. – No więc kiedy mu powiesz o ciąży?
Jego kamienna twarz… Nie chodzi o to, że zareagował źle, kiedy Ciara mówiła mu o poprzednich ciążach. Chodzi bardziej o… brak reakcji. To właśnie ją zabolało. Objęła go i próbowała pocałować w policzek, ale odwrócił głowę. „Nie cieszysz się? Nie cieszysz?”
Nie przejdzie kolejnej takiej ciąży. Te drzwi w głowie Ciary zatrzasnęły się na dobre. Widzi wyraźną betonową granicę. W kościach, w mięśniach, w każdej cząstce ciała nadal nosi wspomnienie tamtych miesięcy, kiedy donoszenie ciąży wydawało się niepewne. Czuła się tak, jakby musiała przemycić dziecko w bezpieczne miejsce. Chroniła swój brzuch. Błagała. To był jedyny czas, kiedy otwarcie prosiła, żeby jej odpuścił. Jak wtedy, gdy wracali ze szpitala z Ellą i na czerwonym świetle – dokładnie widzi to miejsce: przejście na North Circular Road – przez chwilę rozważała, czy nie wysiąść z samochodu i nie uciec przed potokiem słów Ryana.
Na razie wymiguje się od odpowiedzi na pytania siostry i rozmowa przechodzi z powrotem na plastelinę i na to, czy nadaje się do jedzenia.
– Bo to przecież w sumie wygląda jak jedzenie – narzeka Sinéad. – Kusi jak cholera. Pizza z plasteliny. Plastelinowe babeczki. Na miłość boską, jaki idiota to wymyślił?!
Mówi z akcentem, który jest połączeniem intonacji z Sheffield i z Derry, jak Ciara. Miękkie samogłoski rodem z Yorkshire z domieszką irlandzkich zwrotów ich mamy.
Wkrótce rozmowa schodzi na tematy klocków Lego, grożących zakrztuszeniem, Duplo, o które łatwo się potknąć, Tańca z gwiazdami, kalorii i nauki korzystania z nocnika. Ale Sinéad jest jak ich matka – nic jej nie umyka. Zauważyła jej uniki, zna ją jednak na tyle dobrze, by wiedzieć, że lepiej nie naciskać. Ciara chce wierzyć, że być może siostra wyczuwa, że ona zbliża się do podjęcia decyzji. Osad opada i krzepnie.
*
Jadąc do Happy Days, jest pewna, że odbierze dziewczynki, wróci do domu, zbierze ich rzeczy i odejdzie. Ale gdy docierają na miejsce, Ella i Sophie chcą się pobawić na zjeżdżalni w ogródku. Ciara idzie więc za nimi bezradnie. Po drodze zbiera porzucone w holu pudełka na lunch i wyrzuca resztki kanapek do pojemnika na kompost. Po raz kolejny daje się wciągnąć w rytm dnia.
Na zewnątrz słychać buczenie kosiarek. Dzieci sąsiadów skaczą na trampolinie i puszczają bańki mydlane. Sophie wyciągnęła swoje pudełko pełne dinozaurów i spuszcza je teraz po małej plastikowej zjeżdżalni. Dla Elli Ciara rozkłada na trawie miękki, kraciasty koc z wełny Donegal należący kiedyś do jej matki. Dziewczynka kładzie się na nim, przekręca na bok i zaczyna rozmawiać z Hoppym. Takie chwile jak ta wydają się Ciarze darem. Widzisz, nie ma potrzeby odchodzić, mówi sobie. Przesadzasz, tak jak twierdzi Ryan. Nie musisz odchodzić. Nie warto fundować dziewczynkom takiego zamieszania. Wszystko jest w porządku.
Niesiona nagłym przypływem energii, sięga po ogrodową łopatkę, którą tydzień temu zostawiła na kuchennym parapecie. Czas rozprawić się z ostami na trawniku. Prosiła Ryana, żeby je wykopał, ale powiedział, że traktuje go jak parobka, i potem przez kilka dni nie odzywał się do niej. Kiedy wbija łopatkę w ziemię, słyszy satysfakcjonujące chrupnięcie korzeni.
*
Tuż po szesnastej drzwi tarasowe odsuwają się z hukiem. Siedząc na kocu i śpiewając piosenki córce, Ciara straciła poczucie czasu.
Ryan wychodzi na taras i dzień wywraca się do góry nogami. Jakby porażona prądem, zrywa się z miejsca.
– Wróciłeś wcześniej? – mówi zaskoczona.
Mąż podchodzi i staje za jej plecami; jego oddech muska jej ucho, a dłonie wędrują po ciele.
– Wczorajsza noc była wspaniała.
Gdzieś we wczesnych godzinach porannych, gdy jej umysł był zamglony, a pokój pogrążony w całkowitej ciemności, obudziły ją ręce Ryana i ciężar jego ciała. Twarz płonie jej ze wstydu.
– Ryan, dzieci… – Jej głos się załamuje.
– Przestań. Nawet nie patrzą.
Dziewczynki ucichły. Ciara próbuje wyswobodzić się z uścisku, nie robiąc przy tym sceny. Zdaje sobie sprawę, że nie słyszy własnych myśli. Jej wewnętrzny głos został wymazany. Zastąpił go jego głos. W głowie Ciary są słowa męża: „leniwa”, „samolubna”, „okrutna”, „bezduszna”…
Ryan odwraca ją twarzą do siebie i patrzy na nią szyderczo.
– Co jest z tobą nie tak, kobieto? Jezu, wyluzuj. – Puszcza jej ramiona. – Idę wziąć prysznic. Robisz kolację?
Gdy drzwi tarasowe zasuwają się za nim, Ciara uświadamia sobie, że się trzęsie.
Znów to czuje – głęboko w piersi. Głośniejsze niż wcześniej: dość. Powinna była odejść dziś rano, kiedy był w pracy. Dlaczego nie posłuchała intuicji? Powinna poczekać do jutra, ale coś w niej pękło, złamało się. Nie zniesie kolejnej nocy. Musi wykorzystać tę chwilę jasności, zanim znów opadnie ją mgła. Zanim Ryan wróci tu z uśmiechem, a ona po raz kolejny wmówi sobie, że to wszystko jest tylko jej wyobraźnią.
Pranie na sznurze kołysze się poruszane wiatrem. Koszulki, legginsy, majtki i skarpetki – wystarczy na kilka dni. Ile ma czasu, zanim mąż zejdzie na dół? Dziesięć, piętnaście minut? Kluczyki do samochodu i portmonetka są w torbie pozostawionej na kuchennym stole. Są w niej także paszporty, spakowane dziś rano, i pieniądze na pianki – rulonik podprowadzonych dziesiątek i dwudziestek, wepchnięty w pieluchę, tam, gdzie Ryan nigdy by nie szukał.
Ubrania, paszporty, pieniądze.
To się może udać.
Od tej myśli kręci jej się w głowie tak bardzo, że musi się oprzeć o ścianę z pustaków, by utrzymać równowagę.
Dostaje gęsiej skórki na ramionach. Na podwórku obok wznoszą się leniwie bańki mydlane. Ciara słyszy głosy córek. Sophie dmucha w dmuchawce, licząc w padających ukośnie promieniach popołudniowego słońca:
– Jeden… dwa… siedemnaście…
Ella leży na brzuchu i próbuje łapać przelatujące nasionka.
Dochodzi pora kolacji. W chłodnych, granatowych cieniach wzdłuż ogrodzenia stokrotki zaciskają na noc różowe usta.
Ciara powoli odsuwa drzwi tarasowe i nasłuchuje. Gdy do jej uszu dociera jednostajny szum prysznica na górze, pędzi do kuchni i chwyta ze stołu torbę. Wraca na zewnątrz i zaczyna ściągać pranie ze sznura. Spodnie od piżamy. Białą koronkową bluzkę, tę, którą miała na sobie tamtego popołudnia w Galway podczas miesiąca miodowego. Słodko-gorzkie wspomnienie, niemal wystarczające, żeby się zawahała.
Koszulki córek: z koparką, z traktorem, z jednorożcem. Nie ma czasu na odkładanie klamerek, spadają więc i pozostawiają różowo-fioletowy nierówny szew na nieskoszonej trawie.
Ciara zatrzymuje się z naręczem ubrań. Czy złoży te pachnące słońcem koszulki w zgrabny stos i zaniesie do domu? Wejdzie do kuchni i rozpocznie codzienny rytuał nakrywania do stołu, włączania piekarnika i udawania, że wszystko jest w porządku?
Ściąga ze sznura ostatnią rzecz: fioletową bluzę z kapturem, rozmiar na trzy-, czterolatkę. Słońce chyli się ku zachodowi, cienie w ogródku się wydłużają.
– Chodźcie do mamusi, kochane, musimy się zbierać – zwraca się szeptem do córek.
Ella najpierw podnosi pupę, wstaje i biegnie w stronę mamy, poruszając małymi łokciami jak tłokami; ciągnie Hoppy’ego za ucho. Sophie podskakuje i trzymając wysoko pterodaktyla, udaje, że lata.
– Dokąd idziemy, mamusiu?
– Na sekretną wyprawę – odpowiada Ciara wciąż szeptem, zmuszając się do uśmiechu. Podnosi z trawy koc z Donegalu i owija nim stertę sztywnych od słońca ubrań.
Ładowarka do telefonu, przypomina się jej. Nie, zaraz, zapasowa jest w samochodzie. Pudełka na lunch dziewczynek. Nie ma już na to czasu. Pogania córki, idąc za nimi.
– Szybko, szybko… Tylko cicho, cichutko…
Boczną ścieżką z podjazdu, przez ulicę, do miejsca, gdzie jej samochód stoi zaparkowany obok krzywego krzaku głogu. Różowe pąki w sękatych gałęziach są już prawie gotowe do rozkwitu.
– Do fotelików, dziewczynki. Szybciutko.
Ręce jej drżą, kiedy zapina pasy, najpierw Sophie. Szamocząc się z trzypunktowym zapięciem przy foteliku Elli, jednym okiem obserwuje dom, jakby spodziewała się, że bliźniak za chwilę wybuchnie.
Zainteresowani tym, co będzie dalej?
Pełna wersja książki do kupienia m.in. w księgarniach:
KSIĘGARNIE ŚWIAT KSIĄŻKI
EMPIK
Oraz w księgarniach internetowych:
swiatksiazki.pl
empik.com
bonito.pl
taniaksiazka.pl
Zamów z dostawą do domu lub do paczkomatu – wybierz taką opcję, jaka jest dla Ciebie najwygodniejsza!
Większość naszych książek dostępna jest również w formie e-booków. Znajdziecie je na najpopularniejszych platformach sprzedaży:
Virtualo
Publio
Nexto
Oraz w księgarniach internetowych.
Posłuchajcie również naszych audiobooków, zawsze czytanych przez najlepszych polskich lektorów.
Szukajcie ich na portalu Audioteka lub pozostałych, wyżej wymienionych platformach.
Zapraszamy do księgarń i na stronę wydawnictwoalbatros.com, gdzie prezentujemy wszystkie wydane tytuły i zapowiedzi.
Jeśli chcecie być na bieżąco z naszymi nowościami, śledźcie nas też na Facebooku i na Instagramie.
Okładka
Karta redakcyjna
1
2
Okładka
Strona redakcyjna
