Głęboki sen - Raymond Chandler - ebook + książka

Głęboki sen ebook

Raymond Chandler

4,1
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Pierwsza powieść współtwórcy i najwybitniejszego pisarza kryminału noir, Raymonda Chandlera. Nowe tłumaczenie Bartosza Czartoryskiego w końcu pozwala docenić dowcip, błyskotliwość i nieprzeciętną inteligencję głównego bohatera.

Los Angeles u progu lat czterdziestych. Prywatny detektyw, Philip Marlowe, próbuje rozwiązać sprawę szantażu córki bogatego przemysłowca. Wpada w sam środek lawiny wydarzeń, która zagarnia coraz to nowe osoby: eleganckich tuzów półświatka, gorzkie kobiety porzucone przez mężów, cwaniaczków i zwyczajnych ludzi, którym się nie poszczęściło.

Ikona gatunku: ta pełna zwrotów akcji, napisana niepodrabialnym językiem powieść to więcej niż kryminalna intryga. To portret bezwzględnego nowoczesnego świata i próba zrozumienia, jak powinien się w nim zachować człowiek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 282

Data ważności licencji: 3/1/2027

Oceny
4,1 (186 ocen)
84
52
39
10
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mereles

Dobrze spędzony czas

Przyjemna, z wciągającą historią.
10
bzduryolgi

Dobrze spędzony czas

klasyka, nie wydaje mi się, że nowe tłumaczenie jest lepsze od pierwszego, inny chyba humor.
10
peterpancio1

Nie oderwiesz się od lektury

fantasyczny kryminał i co za pióro Chandlera
00
dredorc

Nie oderwiesz się od lektury

Super.
00
KatarzynaOla7505

Dobrze spędzony czas

Klasyka, pisana pięknym językiem niemal jak u Ramarque. warta, w oderwaniu od współczesnych kryminałów (także wartościowych)
00



Ray­mond Chan­dler to je­den z naj­wy­bit­niej­szych po­wie­ścio­pi­sa­rzy XX wie­ku. Czas się go nie ima. — LI­TE­RA­RY RE­VIEW

Je­den z naj­więk­szych mi­strzów kry­mi­na­łu. Stwo­rzył nie­do­ści­gnio­ny dla in­nych wzór. — SUN­DAY TI­MES

Chan­dler pi­sze tak, że czu­jesz ból bo­ha­te­rów, a swo­je ży­cie wi­dzisz w no­wym świe­tle. — THE NEW YOR­KER

Chan­dler stwo­rzył ar­che­typ ame­ry­kań­skie­go bo­ha­te­ra: nie­po­kor­ne­go cy­ni­ka, bły­sko­tli­we­go i uczu­cio­we­go, skłon­ne­go do re­flek­sji, lecz nie­stro­nią­ce­go od przy­gód. — THE NEW YORK TI­MES BO­OK RE­VIEW

Phi­lip Mar­lo­we to pier­wo­wzór wszyst­kich pry­wat­nych de­tek­ty­wów. — LOS AN­GE­LES TI­MES

Nikt nie pi­sze tak jak Chan­dler, na­wet Faulk­ner. Stu­pro­cen­to­wo nie­pod­ra­bial­ny, praw­dzi­wy ar­ty­sta. — THE BO­STON BO­OK RE­VIEW

Pi­sar­stwo Chan­dle­ra wzbi­ja się na wy­ży­ny, a czy­tel­nik z ukłu­ciem ra­do­ści zda­je so­bie spra­wę, że ma do czy­nie­nia nie z pierw­szym lep­szym wy­rob­ni­kiem pió­ra, ale z nie­zrów­na­nym sty­li­stą, pi­sa­rzem z praw­dzi­wą wi­zją. — JOY­CE CA­ROL OATES

Ray­mond Chan­dler opi­sał Ame­ry­kę na no­wo, i od­tąd Ame­ry­ka nie by­ła już ta­ka sa­ma. — PAUL AU­STER

Książ­ki Chan­dle­ra to nie eska­pi­stycz­na pro­za ga­tun­ko­wa, ale dzie­ła sztu­ki naj­wyż­szych lo­tów. — W.H. AU­DEN

Do tej po­ry w se­rii uka­za­ły się:

#1. Głę­bo­ki sen

#2. Że­gnaj, la­lecz­ko

#3. Wy­so­kie okno

#4. Pa­ni w je­zio­rze

#5. Sio­strzycz­ka

#6. Długie pożegnanie

1

Było koło jedenastej przed południem jesiennego dnia w połowie października. Słońce ani myślało grzać, a przejrzyste powietrze nad wzgórzami niosło zapowiedź rzęsistej ulewy. Miałem na sobie błękitny garnitur, granatową koszulę, krawat i poszetkę, czarne brogsy, a do tego wełniane skarpety tego samego koloru w granatowe wzory. Byłem trzeźwy i świeżo ogolony, wyglądałem schludnie, ale nie z troski o cudzą opinię – tak po prostu powinien się prezentować każdy dobrze ubrany prywatny detektyw. Szedłem z wizytą do czterech milionów dolarów.

Główny hall posiadłości Sternwoodów był wysoki na dwa piętra. Nad drzwiami wejściowymi, przez które dałoby się przegonić stado indyjskich słoni, znajdował się duży witraż, a na nim rycerz w ciemnej zbroi ratował przywiązaną do drzewa damę. Ta nie miała na sobie odzienia, okrywały ją tylko długie włosy, taktownie spływające po jej nagim ciele. Rycerz uniósł przyłbicę, chcąc się zapewne przedstawić, i majstrował przy zaciśniętych supłach, ale bez powodzenia. Przystanąłem, zastanawiając się, czy gdybym tu mieszkał, któregoś dnia nie wlazłbym na górę i mu nie pomógł. Nie wyglądał, jakby się szczególnie starał.

Z drugiej strony hallu znajdowały się przeszklone drzwi balkonowe, a za nimi rozciągał się szeroki szmaragdowy trawnik sięgający białego garażu, przed którym szczupły ciemnowłosy młody szofer w połyskliwych czarnych spodniach ścierał kurz z bordowego kabrioletu marki Packard. Rosnące za garażem równo przystrzyżone ozdobne drzewka wyglądały niczym zadbane pudelki. Dalej zobaczyłem sporą szklarnię z kopułowym dachem, a za nią jeszcze więcej drzewek. Teren posiadłości okalały masywne i nierówne, lecz kojące widokiem zbocza wzgórz.

Wschodnie skrzydło hallu zdobiły schody wyłożone płytkami. Prowadziły na galerię z barierką z kutego żelaza, wprost pod jeszcze jeden witraż z romantycznym motywem. Wolne miejsce pod ścianami zastawiono wielkimi solidnymi fotelami obitymi czerwonym pluszem, które wyglądały tak, jakby nikt nigdy na nich nie siadał. Po stronie zachodniej, na samym środku, znajdował się ogromny pusty kominek z mosiężnym czteropanelowym parawanem na zawiasach i gzymsem ozdobionym na rogach kupidynkami. Nad nim zawieszono słusznego rozmiaru portret olejny, a jeszcze wyżej za szkłem gabloty umocowano skrzyżowane, podziurawione kulami bądź nadgryzione przez mole proporce kawaleryjskie. Obraz przedstawiał pozującego sztywno oficera w pełnym rynsztunku, prawdopodobnie z okresu wojny meksykańskiej. Żołnierz mógł się pochwalić zadbanymi bujnymi wąsami, srogim spojrzeniem czarnych jak węgle oczu i prezencją człowieka, z którym lepiej było dobrze żyć. Pomyślałem, że to pewnie dziadek generała Sternwooda. Nie mógł to być przecież sam gospodarz, podobno mocno posunięty w latach, ale chyba nie aż tak, skoro miał dwie córki wciąż w niebezpiecznym wieku dwudziestu paru lat.

Nadal wpatrywałem się w te gorejące czarne oczy, kiedy na przeciwległym końcu hallu, pod schodami, otworzyły się drzwi. Nie był to jednak powracający do mnie kamerdyner, lecz dziewczyna.

Miała dwadzieścia lat, może trochę więcej, była drobniutka, ale mimo delikatnej budowy nie wydawała się krucha. Nosiła jasnoniebieskie spodnie i musiałem przyznać, że leżały na niej pierwszorzędnie. Szła, jakby unosiła się nad ziemią. Jej falujące brązowe włosy przycięto znacznie krócej, niż wymagała tego obowiązująca moda lansująca fryzury na pazia z podwiniętymi końcówkami. Dziewczyna miała ciemnoszare oczy, które wydały mi się zupełnie bez wyrazu. Gdy podeszła bliżej, uśmiechnęła się, obnażając niewielkie, ale ostre i drapieżne zęby, białe niczym świeże wnętrze skórki pomarańczy i lśniące jak porcelana. Błysnęły, by zaraz zniknąć za jej cienkimi, mocno zaciśniętymi wargami. Twarzy brakowało koloru i nie wyglądała zbyt zdrowo.

– Dryblas z ciebie, co? – powiedziała.

– Nie prosiłem się o to.

Wybałuszyła oczy, wyraźnie zmieszana. Choć dopiero się poznaliśmy, zauważyłem, że myślenie nie jest jej mocną stroną.

– I przystojniak – dodała. – Ale pewnie już to słyszałeś.

Mruknąłem coś.

– Jak się nazywasz?

– Reilly – odparłem. – Kundel Reilly.

– Zabawne imię.

Przygryzła wargę i lekko przekrzywiła głowę, wpatrując się we mnie. Przymknęła powieki tak, że niemal połaskotała rzęsami policzki. Następnie otworzyła oczy, jak gdyby unosiła kurtynę. Czułem, że jeszcze poznam tę sztuczkę. Miała sprawić, że przewrócę się na plecy z łapami wystawionymi do góry.

– Jesteś bokserem? – odezwała się, skoro ja milczałem.

– Niezupełnie. Łapsem.

– Aha. – Zarzuciła gniewnie głową i jej włosy zalśniły w mdłym świetle dużego hallu. – Stroisz sobie ze mnie żarty.

– Yhym.

– Co?

– Daj już spokój – powiedziałem. – Słyszałaś.

– Przecież nic nie powiedziałeś. Lubisz się droczyć.

Podniosła kciuk do ust i przygryzła go. Był to palec o dziwnym kształcie, cienki i kościsty, jakby zapasowy, bez wypukłości przy pierwszym stawie. Ssała go powoli, obracając, niczym niemowlę smoczek.

– Strasznie jesteś wysoki – powtórzyła i zaśmiała się, nagle rozbawiona, po czym obróciła się powoli i zwinnie, bez odrywania stóp od ziemi.

Ręce opadły jej wzdłuż ciała i nachyliła się do mnie, stając na palcach. Poleciała wprost w moje ramiona i musiałem ją złapać albo pozwolić, żeby rozbiła sobie głowę o wyłożoną mozaiką posadzkę. Chwyciłem ją więc pod pachy, a ona momentalnie zwiotczała, jakby miała nogi z waty. Musiałem ją objąć, by nie upadła. Gdy oparła głowę na mojej piersi, spojrzała na mnie i zachichotała.

– Uroczy jesteś. – Zaśmiała się. – Tak samo jak ja.

Nie odpowiedziałem. Kamerdyner, rzecz jasna, wybrał akurat ten moment, aby wejść do hallu przez oszklone drzwi i zobaczyć, jak ją do siebie przyciskam.

Nie wydawał się jednak tym poruszony. Był szczupłym, wysokim siwiejącym mężczyzną. Dobiegał sześćdziesiątki, choć równie dobrze mógł liczyć sobie kilka lat więcej. Miał błękitne, idealnie obojętne oczy, a jego skóra sprawiała wrażenie gładkiej i jasnej. Poruszał się jak ktoś dużo młodszy. Szedł ku nam powolnym krokiem, a dziewczyna, dostrzegłszy go, oderwała się ode mnie, pobiegła czym prędzej na schody i przeskakując kolejne stopnie z sarnią gracją, zniknęła, zanim zdążyłem głęboko odetchnąć i wypuścić z płuc powietrze.

Kamerdyner odezwał się bezbarwnym głosem:

– Generał pana przyjmie, panie Marlowe.

Zamknąłem otwarte ze zdziwienia usta i skinąłem głową.

– Kto to był?

– Panna Carmen Sternwood, proszę pana.

– Czas ją odzwyczaić od takich zabaw. Jest już chyba dość duża.

Spojrzał na mnie z pełną powagi grzecznością i powtórzył zaproszenie.

O autorze

Raymond Chandler (1888–1959) – amerykański powieściopisarz i scenarzysta, współtwórca kryminału noir, uważany za najwybitniejszego przedstawiciela gatunku. Autor siedmiu powieści (z których trzy: Żegnaj laleczko, Siostrzyczka i Długie pożegnanie, regularnie pojawiają się w czołówce zestawień najlepszych kryminałów wszech czasów), opowiadań, a także scenariuszy, m.in. do filmu Nieznajomi z pociągu w reżyserii Alfreda Hitchcocka.

Karierę pisarską rozpoczął po czterdziestce, gdy stracił posadę wicedyrektora firmy naftowej. Pilnie studiował twórczość popularnych autorów (m.in. Erle’a Stanleya Gardnera), by wkrótce zacząć samemu w ten sposób zarabiać. Jego pierwsze opublikowane opowiadanie ukazało się w 1933 roku w czasopiśmie „Black Mask”. Szybko zdobył uznanie i status mistrza gatunku. Rok przed śmiercią został przewodniczącym Mystery Writers of America. Do dziś cieszy się niekwestionowaną sławą, a jego książki stanowią punkt odniesienia dla kolejnych pokoleń twórców i czytelników.

Tytuł oryginału: The Big Sleep

Redakcja: Jakub Ćwiek, Helena Piecuch, Ida Świerkocka

Korekta: Marcin Grabski, Weronika Widzińska

Projekt graficzny: Przemek Dębowski

Przygotowanie e-booka: Małgorzata Widła

169. książka wydawnictwa Karakter

THE BIG SLEEP

Copyright © 1939 by Raymond Chandler

Copyright © for the translation by Bartosz Czartoryski

ISBN 978-83-68615-48-7

Wydanie 2

Wydawnictwo Karakter 2026

Zapraszamy wszystkie instytucje, organizacje oraz biblioteki do składania zamówień hurtowych z atrakcyjnymi rabatami. Dodatkowe informacje dostępne pod adresem [email protected] oraz pod numerem telefonu 511 630 317

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniana i wykorzystywana wyłącznie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji bez uprzedniej wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.