Głębia w niebie - Vernor Vinge - ebook

Głębia w niebie ebook

Vernor Vinge

0,0
69,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Fantastyka naukowa w największej skali: kilkutysięczna załoga wyrusza w wielowiekową podróż do najdalszych zakątków Przestrzeni Ludzi.

Powieść, której akcja rozgrywa się przed wydarzeniami opisanymi w „Ogniu nad otchłanią”, zachwyca rozmachem i wciąga od pierwszych stron. „Głębia w niebie” opowiada historię Phama Nuwena, jednego z członków międzygwiezdnej floty handlowej Queng Ho.

Wraz z Rozwiniętymi przybywa on na orbitę Arachny – pogrążonej w wieloletnim mroku planety, która wkrótce przebudzi się wraz z ponownym zapłonem Gwiazdy Bistabilnej. Obie ekspedycje zamierzają wykorzystać nadchodzącą erę rozwoju technologicznego i handlu na świecie zamieszkanym przez obcą rasę. Jednak podczas gdy Queng Ho kierują się przede wszystkim chęcią zysku, plany Rozwiniętych są znacznie bardziej złowieszcze i w dużej mierze opierają się na przemocy oraz ludobójstwie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 2129

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: A Deep­ness in the Sky

Copy­ri­ght © 1999 by Ver­nor Vinge Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Syl­wia San­dow­ska-Dobija Korekta: Urszula Okrzeja, Bar­tosz Szpojda Pro­jekt gra­ficzny serii, pro­jekt okładki oraz ilu­stra­cja na okładce: Dark Crayon

Nazwa serii: Van­rad Redak­tor serii: Andrzej Misz­kurka ISBN 978-83-68919-70-7 Numer: wyda­nie II/D0

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

dedykacja

Dla Poula Ander­sona.

od autora

Ucząc się pisa­nia fan­ta­styki nauko­wej, mia­łem wiele wspa­nia­łych wzo­rów, ale dzieła Poula Ander­sona zna­czyły dla mnie wię­cej niż wszyst­kie pozo­stałe. Poza tym Poul obda­rzył mnie i świat nie­zwy­kłym skar­bem wspa­nia­łych, cie­ka­wych histo­rii – i wciąż to robi.

Bar­dziej oso­bi­ście, zawsze będę wdzięczny Poulowi i Karen Ander­so­nom za gościn­ność, jaką oka­zali pew­nemu mło­demu pisa­rzowi fan­ta­styki nauko­wej w latach sześć­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku.

V.V.

skala logarytmiczna czasu

słowo od autora

Akcja tej powie­ści dzieje się za tysiące lat. Zwią­zek z naszymi języ­kami i sys­te­mami pisma jest bar­dzo luźny, jed­nak brzmie­nie początku nazwy „Queng Ho” jest bar­dzo zbli­żone do gło­ski „cz”. (Tri­xia Bon­sol zro­zu­mia­łaby ten pro­blem!).

prolog

Poszu­ki­wa­nia objęły ponad sto lat świetl­nych i osiem stu­leci. Zawsze były pro­wa­dzone pota­jem­nie i nie zda­wali sobie z tego sprawy nawet nie­któ­rzy ich uczest­nicy. We wcze­snych latach obej­mo­wały po pro­stu ukryte w trans­mi­sjach radio­wych zaszy­fro­wane zapy­ta­nia. Mijały dzie­się­cio­le­cia i wieki. Poja­wiały się poszlaki, wywiady z towa­rzy­szami podróży obiektu, pro­wa­dzące w sprzecz­nych kie­run­kach. Obiekt był teraz sam i kie­ro­wał się coraz dalej; zmarł, zanim w ogóle zaczęły się poszu­ki­wa­nia; miał flotę bojową i wra­cał się zemścić.

Z cza­sem naj­bar­dziej wia­ry­godne histo­rie zaczęły wyka­zy­wać wspólne ele­menty. Dowody zro­biły się dosta­tecz­nie solidne, by pewne statki zmie­niły har­mo­no­gramy i leciały przez dzie­się­cio­le­cia, by poszu­kać kolej­nych wska­zó­wek. Z powodu okręż­nych tras i opóź­nień prze­pa­dły for­tuny, ale straty doty­kały kilku z naj­więk­szych Rodów han­dlo­wych i nie sta­no­wiły kata­strofy. Byli dość bogaci, a te poszu­ki­wa­nia były na tyle ważne, że nie miało to więk­szego zna­cze­nia. Obszar poszu­ki­wań został zawę­żony: obiekt podró­żo­wał samot­nie, był nie­wy­raźną plamą wielu toż­sa­mo­ści, cią­giem jed­no­ra­zo­wych zatrud­nień na pomniej­szych jed­nost­kach han­dlo­wych, choć zawsze kie­ru­ją­cych się coraz głę­biej w ten koniec Prze­strzeni Ludzi. Poszu­ki­wa­nia zawę­żały obszar ze stu lat świetl­nych do pięć­dzie­się­ciu, potem dwu­dzie­stu… i do zale­d­wie kilku ukła­dów gwiezd­nych.

Aż w końcu poszu­ki­wa­nie wska­zało na poje­dyn­czy świat na skraju Prze­strzeni Ludzi od strony jądra. Teraz Sammy mógł uza­sad­nić przy­dzie­le­nie floty spe­cjal­nie do zakoń­cze­nia poszu­ki­wań. Załoga, a nawet więk­szość wła­ści­cieli, nie znała praw­dzi­wego celu misji, ale miał on spore szanse dopro­wa­dzić polo­wa­nia do końca.

* * *

Sammy oso­bi­ście zszedł na powierzch­nię Tri­lan­dii. Choć raz miało to sens, żeby kapi­tan floty sam wyko­nał pracę na miej­scu: Sammy był jedyną osobą we flo­cie, która oso­bi­ście spo­tkała tego czło­wieka. A dzięki obec­nej popu­lar­no­ści jego floty tutaj mógł z łatwo­ścią pora­dzić sobie z wszel­kimi moż­li­wymi prze­szko­dami biu­ro­kra­tycz­nymi. To były dobre powody… choć Sammy wie­dział, że i tak zszedłby na dół. Cze­ka­łem tak bar­dzo długo, a już za chwilę wresz­cie go odnajdę.

– Czemu miał­bym panu poma­gać kogoś zna­leźć? Nie jestem pań­ską matką! – Drobny czło­wie­czek wyco­fał się w głąb swo­jego biura. Drzwi za jego ple­cami roz­su­nęły się na pięć cen­ty­me­trów i Sammy dostrzegł wyglą­da­jące przez szcze­linę wystra­szone dziecko. Drobny czło­wie­czek zatrza­snął drzwi z powro­tem i popa­trzył gniew­nie na funk­cjo­na­riu­szy Leśnic­twa, któ­rzy wpro­wa­dzili Sammy’ego do budynku. – Powiem to jesz­cze raz: pra­cuję w sieci. Jeśli tam nie zna­lazł pan tego, czego szuka, to ja nie pomogę.

– Prze­pra­szam. – Sammy dotknął ramie­nia naj­bliż­szego funk­cjo­na­riu­sza. – Prze­pra­szam. – Wysu­nął się przed sze­reg swo­jej obstawy.

Wła­ści­ciel dostrzegł, że w jego stronę zmie­rza ktoś wysoki. Się­gnął w stronę biurka. Rety. Jeśli znisz­czy swoje ukryte w sieci bazy danych, nic z niego nie wycią­gną.

Ale męż­czy­zna znie­ru­cho­miał w poło­wie ruchu. Zapa­trzył się na twarz Sammy’ego.

– Admi­rale?

– Uch, raczej „kapi­ta­nie floty”, jeśli można.

– Tak, tak! Codzien­nie oglą­damy pana w wia­do­mo­ściach. Pro­szę, niech pan siada. To pan zwró­cił się z zapy­ta­niem?

Zmie­nił zacho­wa­nie niczym kwiat otwie­ra­jący się na słońce. Naj­wy­raź­niej wśród miesz­kań­ców mia­sta Queng Ho byli rów­nie popu­larni jak w Wydziale Leśnic­twa. W ciągu kilku sekund gospo­darz – „pry­watny detek­tyw”, jak sie­bie nazy­wał – wywo­łał dane i uru­cho­mił pro­gramy wyszu­ki­wa­nia.

– Hmm. Nie zna pan nazwi­ska ani dobrego opisu wyglądu, tylko praw­do­po­dobną datę przy­by­cia. Dobrze, z kolei Leśnic­two twier­dzi, że nasz obiekt musiał się stać nie­ja­kim „Bidwe­lem Ducan­hem”. – Jego spoj­rze­nie powę­dro­wało w bok na mil­czą­cych funk­cjo­na­riu­szy i uśmiech­nął się. – Są bar­dzo dobrzy w docho­dze­niu do tego typu bez­sen­so­wych wnio­sków na pod­sta­wie nie­wy­star­cza­ją­cych infor­ma­cji. W tym przy­padku… – Zro­bił coś ze swo­imi pro­gra­mami szu­ka­ją­cymi. – Bidwel Ducanh. No tak, teraz, pod­czas szu­ka­nia, przy­po­mniało mi się, że o nim sły­sza­łem. Sześć­dzie­siąt czy sto lat temu doro­bił się swo­istej sławy. Postać, która poja­wiła się zni­kąd z umiar­ko­waną ilo­ścią pie­nię­dzy i nie­zwy­kłym talen­tem do pro­mo­wa­nia sie­bie. W ciągu trzy­dzie­stu lat zdo­był wspar­cie kilku więk­szych kor­po­ra­cji, a nawet przy­chyl­ność Wydziału Leśnic­twa. Ducanh twier­dził, że jest miesz­czu­chem, ale nie był par­ty­zan­tem. Chciał wydać pie­nią­dze na jakiś sza­lony, dłu­go­ter­mi­nowy pro­jekt. Co to było? Chciał… – Pry­watny detek­tyw ode­rwał wzrok od ekranu i na chwilę wbił go w Sammy’ego. – Chciał sfi­nan­so­wać eks­pe­dy­cję do gwiazdy Bista­bil­nej!

Sammy tylko kiw­nął głową.

– Szlag. Gdyby mu się udało, eks­pe­dy­cja Tri­lan­dii byłaby już w poło­wie drogi. – Detek­tyw mil­czał przez chwilę, jakby kon­tem­plo­wał utra­coną oka­zję. Zaj­rzał z powro­tem w swoje dane. – I wie pan, pra­wie mu się udało. Świat taki jak nasz musiałby się zruj­no­wać, żeby wysłać wyprawę mię­dzy­gwiezdną, ale sześć­dzie­siąt lat temu Tri­lan­dię odwie­dził poje­dyn­czy sta­tek Queng Ho. Oczy­wi­ście nie chcieli zmie­niać swo­ich pla­nów, choć nie­któ­rzy poplecz­nicy Ducanha mieli nadzieję, że im pomogą. Ducanh nie chciał o tym sły­szeć, nie chciał nawet roz­ma­wiać z Queng Ho. Po tej spra­wie facet stra­cił prak­tycz­nie całą wia­ry­god­ność… Znik­nął z widoku.

Wszystko to było w doku­men­tach Wydziału Leśnic­twa.

– Tak – zgo­dził się Sammy. – Inte­re­suje nas, gdzie teraz znaj­duje się ten czło­wiek.

W ukła­dzie sło­necz­nym Tri­lan­dii od sześć­dzie­się­ciu lat nie było pojazdu mię­dzy­gwiezd­nego. On tu jest!

– Ach, czyli uważa pan, że on może dys­po­no­wać jaki­miś dodat­ko­wymi infor­ma­cjami, czymś, co byłoby przy­datne nawet po tym, co wyda­rzyło się w ciągu ostat­nich trzech lat?

Sammy opa­no­wał impuls do prze­mocy. Jesz­cze tylko tro­chę cier­pli­wo­ści, ileż może go kosz­to­wać po całych wie­kach cze­ka­nia?

– Tak – odpo­wie­dział łagod­nie i roz­trop­nie. – Nie sądzi pan, że dobrze byłoby zebrać wszyst­kie moż­liwe infor­ma­cje?

– Racja. Przy­szedł pan we wła­ściwe miej­sce. Wiem o mie­ście rze­czy, któ­rymi ludzie z Leśnic­twa ni­gdy nie zawra­cali sobie głowy. I naprawdę chcę pomóc. – Przy­glą­dał się jakie­goś rodzaju ana­li­zie ska­no­wa­nia, czyli to nie był cał­ko­wi­cie stra­cony czasu. – Te sygnały obcych zmie­nią nasz świat i chcę, żeby moje dzieci…

Detek­tyw zmarsz­czył brwi.

– Ha! Roz­mi­nął się pan z tym całym Bidwe­lem, kapi­ta­nie floty. Nie żyje od dzie­się­ciu lat.

Sammy nie odpo­wie­dział, ale coś musiało prze­bić się przez jego maskę, bo drobny czło­wie­czek wzdry­gnął się, gdy na niego spoj­rzał.

– Ja… bar­dzo mi przy­kro, kapi­ta­nie. Może zosta­wił coś po sobie, jakiś testa­ment.

To nie­moż­liwe. Nie, gdy dotar­łem tak bli­sko. Jed­nak Sammy zawsze musiał się liczyć z taką moż­li­wo­ścią. Było to coś powszech­nego we wszech­świe­cie drob­nych iskie­rek życia i odle­gło­ści mię­dzy­gwiezd­nych.

– Cóż, ow­szem, jeste­śmy zain­te­re­so­wani zosta­wio­nymi przez niego danymi. – Słowa były przy­głu­szone.

Przy­naj­mniej mamy zamknię­cie… Tak brzmia­łoby pod­su­mo­wa­nie raportu napi­sa­nego przez jakie­goś lizu­sow­skiego ana­li­tyka wywiadu.

Detek­tyw stu­kał w swoje urzą­dze­nia, mam­ro­cząc coś pod nosem. Wydział Leśnic­twa nie­chęt­nie wska­zał go jako jed­nego z naj­lep­szych w mie­ście, z tak dobrze roz­pro­szo­nymi bazami, że nie mogli po pro­stu skon­fi­sko­wać mu sprzętu i prze­jąć jego dzia­łal­no­ści. Szcze­rze pró­bo­wał pomóc…

– Może ist­nieć jakiś testa­ment, kapi­ta­nie floty, ale nie ma go w sieci Gran­dville.

– Jakieś inne mia­sto? – Fakt, że Wydział Leśnic­twa odse­pa­ro­wał sieci poszcze­gól­nych miast, był bar­dzo złym zna­kiem dla przy­szło­ści Tri­lan­dii.

– Nie­zu­peł­nie. Widzi pan, Ducanh został pocho­wany w coeme­te­rium Świę­tego Ksu­pera Nędza­rza, tego w Low­cin­der. Wygląda na to, że jego rze­czy zatrzy­mali mnisi. Z pew­no­ścią chęt­nie je wyda­dzą w podzię­ko­wa­niu za daro­wi­znę odpo­wied­niej wyso­ko­ści.

Prze­niósł wzrok na funk­cjo­na­riu­szy i jego spoj­rze­nie stward­niało. Może roz­po­znał naj­star­szego, komi­sa­rza bez­pie­czeń­stwa miej­skiego. Nie­wąt­pli­wie mogli wpły­nąć na mni­chów, by wydali rze­czy bez potrzeby jakich­kol­wiek daro­wizn.

Sammy wstał i podzię­ko­wał detek­ty­wowi, choć jego słowa brzmiały bar­dzo sztucz­nie nawet dla niego. Kiedy ruszył z powro­tem do drzwi i swo­jej eskorty, detek­tyw szybko wyszedł zza biurka i podą­żył za nim. Sammy uświa­do­mił sobie z nagłym wsty­dem, że nie zapła­cił za pomoc. Odwró­cił się, czu­jąc nagłą sym­pa­tię do gospo­da­rza. Podzi­wiał kogoś, kto miał odwagę doma­gać się zapłaty nawet w obec­no­ści nie­przy­chyl­nych poli­cjan­tów.

– Pro­szę, to mogę zaofe­ro­wać… – zaczął Sammy.

Męż­czy­zna uniósł ręce.

– Nie, nie trzeba. Ale chciał­bym pana popro­sić o przy­sługę. Widzi pan, mam dużą rodzinę i naj­by­strzej­sze dzieci, jakie mógł pan widzieć. Ta wspólna eks­pe­dy­cja nie odleci z Tri­lan­dii jesz­cze przez pięć albo dzie­sięć lat, prawda? Czy może pan dopil­no­wać, by moje dzieci, choć jedno z nich…

Sammy prze­krzy­wił głowę. Przy­sługi powią­zane z powo­dze­niem misji miały bar­dzo wysoką cenę.

– Bar­dzo mi przy­kro – odpo­wie­dział naj­ła­god­niej, jak mógł. – Pań­skie dzieci będą musiały kon­ku­ro­wać ze wszyst­kimi innymi. Niech pil­nie stu­diują, niech wybiorą spe­cja­li­za­cje, które zostaną ogło­szone. To im da naj­więk­sze szanse.

– Tak, kapi­ta­nie floty! Dokład­nie o taką przy­sługę pro­szę. Czy dopil­nuje pan… – Prze­łknął ślinę i z żarem popa­trzył na Sammy’ego, igno­ru­jąc pozo­sta­łych. – Czy dopil­nuje pan, by wolno było im stu­dio­wać?

– Z pew­no­ścią. – Lekka pre­sja w zakre­sie wymo­gów dopusz­cze­nia do stu­diów w niczym Sammy’emu nie prze­szka­dzała. A potem dotarło do niego, co detek­tyw naprawdę mówi. – Dopil­nuję tego, pro­szę pana.

– Dzię­kuję. Dzię­kuję! – Wsu­nął swoją wizy­tówkę w dłoń Sammy’ego. – Tu ma pan moje nazwi­sko i dane. Będę je aktu­ali­zo­wał. Pro­szę pamię­tać.

– Tak, uch, panie Bon­sol, będę pamię­tał. – To była kla­syczna trans­ak­cja Queng Ho.

* * *

W dole pod pojaz­dem Wydziału Leśnic­twa prze­my­kało mia­sto. Gran­dville miało tylko około pół miliona miesz­kań­ców, ale upchnięto ich w spię­trzone slumsy, nad któ­rymi powie­trze drżało od let­niego żaru. Lasy Pierw­szych Osad­ni­ków roz­cią­gały się na tysiące kilo­me­trów, dzie­wi­cza głu­sza ter­ra­for­ma­cji.

Wzbili się wysoko w czy­ste niebo barwy indygo, kie­ru­jąc się na połu­dnie. Sammy igno­ro­wał sie­dzą­cego tuż obok szefa „bez­pie­czeń­stwa miej­skiego” Tri­lan­dii. W tej chwili nie odczu­wał potrzeby ani ochoty do dyplo­ma­tycz­nego zacho­wa­nia. Wywo­łał połą­cze­nie do swo­jej zastęp­czyni kapi­tana floty. Przed jego oczami prze­su­nął się auto­ma­tycz­nie wyge­ne­ro­wany raport Kiry Liso­let. Sum Dotran zgo­dził się na zmianę har­mo­no­gramu: do gwiazdy Bista­bil­nej poleci cała flota.

– Sammy! – Przez auto­ma­tyczny raport prze­bił się głos Kiry. – Jak poszło? – Kira Liso­let była jedyną osobą we flo­cie, która znała praw­dziwy cel tej misji: poszu­ki­wa­nie czło­wieka.

– Ja… – Stra­ci­li­śmy go, Kira. Nie­stety nie potra­fił się zdo­być na te słowa. – Sama zobacz, Kira. Ostat­nie dwa tysiące sekund moich danych. Lecę teraz do Low­cin­der… Ostatni wątek do zamknię­cia.

Na chwilę zapa­dła cisza. Liso­let spraw­nie radziła sobie z indek­so­wa­nym ska­nem. Po chwili usły­szał, jak klnie pod nosem.

– Dobrze… ale pro­szę, domknij ten wątek, Sammy. Zda­rzało się już, że byli­śmy pewni, że go stra­ci­li­śmy.

– Jesz­cze ni­gdy w taki spo­sób, Kira.

– Powie­dzia­łam, żebyś się cał­ko­wi­cie upew­nił. – W gło­sie kobiety zabrzmiały sta­lowe tony.

Jej ród był wła­ści­cie­lem dużej czę­ści floty. Sama posia­dała jeden sta­tek. Wła­ści­wie była jedyną aktywną ope­ra­cyj­nie wła­ści­cielką uczest­ni­czącą w misji. Prze­waż­nie nie sta­no­wiło to pro­blemu. Kira Pen Liso­let była bar­dzo roz­sądna w nie­mal wszyst­kich spra­wach, choć to był jeden z wyjąt­ków.

– Upew­nię się, Kira. Wiesz o tym. – Do Sammy’ego dotarła nagle obec­ność szefa bez­pie­czeń­stwa Tri­lan­dii tuż przy łok­ciu… i przy­po­mniał sobie, co przy­pad­kowo odkrył zale­d­wie parę chwil wcze­śniej. – Jak wygląda sytu­acja na górze?

Odpo­wie­działa dość lekko, jakby prze­pra­sza­jąco.

– Świet­nie. Mam zwol­nie­nia dla stoczni. Umowy z prze­my­sło­wymi księ­ży­cami i kopal­niami w pasie aste­roid wyglą­dają dobrze. Dalej pra­cu­jemy nad szcze­gó­ło­wymi pla­nami. Wciąż uwa­żam, że możemy się wypo­sa­żyć i zdo­być spe­cja­li­styczną załogę w trzy­sta mega­se­kund. Wiesz, jak bar­dzo ci Tri­land­czycy chcą wziąć udział w misji.

Usły­szał uśmiech w jej gło­sie. Ich połą­cze­nie było szy­fro­wane, ale wie­działa, że jego strona nie jest chro­niona przed emo­cjami. Tri­lan­dia była klien­tem i wkrótce sta­nie się part­ne­rem w misji, jed­nak powinni znać swoje miej­sce.

– Bar­dzo dobrze. Dodaj jesz­cze coś do listy, jeśli tego na niej nie ma: „Ze względu na pra­gnie­nie zdo­by­cia naj­lep­szej moż­li­wej załogi spe­cja­li­stów wyma­gamy, by pro­gramy uni­wer­sy­tec­kie Wydziału Leśnic­twa zostały otwarte dla wszyst­kich, któ­rzy zali­czą nasze testy, nie tylko dla potom­ków Pierw­szych Osad­ni­ków”.

– Oczy­wi­ście… – Minęła sekunda, aku­rat na otrzą­śnię­cie się. – Boże, jak mogli­śmy prze­oczyć coś takiego?

Prze­oczy­li­śmy to, bo nie­któ­rych dur­niów bar­dzo trudno jest oce­nić dosta­tecz­nie nisko.

* * *

Tysiąc sekund póź­niej pod nimi poja­wiło się Low­cin­der. Znaj­do­wali się pra­wie trzy­dzie­ści stopni na połu­dnie. Roz­cią­ga­jąca się wokół lodowa pusty­nia wyglą­dała jak zdję­cia rów­ni­ko­wej Tri­lan­dii sprzed pię­ciu­set lat, zanim Pierwsi Osad­nicy zaczęli grze­bać w gazach cie­plar­nia­nych i budo­wać wyszu­kane struk­tury eko­lo­gii ter­ra­for­ma­cyj­nej.

Samo Low­cin­der mie­ściło się bli­sko środka eks­tra­wa­ganc­kiej czar­nej plamy, pro­duktu stu­leci sto­so­wa­nia „nukle­onicz­nie czy­stych” paliw rakie­to­wych. Znaj­do­wał się tu naj­więk­szy lądowy port kosmiczny Tri­lan­dii, choć ostatni roz­rost mia­sta wyglą­dał rów­nie ponuro i nie­chluj­nie jak w innych na pla­ne­cie.

Ich pojazd prze­łą­czył się na wir­niki i prze­to­czył nad mia­stem, opa­da­jąc powoli. Słońce znaj­do­wało się bar­dzo nisko i więk­szość ulic skry­wał zmierzch, choć z każ­dym kilo­me­trem ulice sta­wały się jakby węż­sze. Nie­stan­dar­dowe kom­po­zyty ustą­piły miej­sca sze­ścia­nom, które kie­dyś mogły być kon­te­ne­rami towa­ro­wymi. Sammy przy­glą­dał się temu ponuro. Pierwsi Osad­nicy pra­co­wali przez stu­le­cia, by stwo­rzyć piękny świat, który eks­plo­do­wał im teraz pod nogami. Był to czę­sty pro­blem pla­net po ter­ra­for­ma­cji. Ist­niało przy­naj­mniej pięć umiar­ko­wa­nie bez­bo­le­snych metod pora­dze­nia sobie z koń­co­wym suk­ce­sem ter­ra­for­ma­cji, ale jeśli Pierwsi Osad­nicy oraz ich Wydział Leśnic­twa nie byli gotowi na ich wpro­wa­dze­nie… Cóż, po powro­cie flota może nie zastać tu cywi­li­za­cji. Już nie­długo będzie musiał odbyć szczerą roz­mowę z przed­sta­wi­cie­lami klasy rzą­dzą­cej.

Wró­cił myślami do chwili obec­nej w momen­cie, gdy pojazd opadł mię­dzy kan­cia­stymi budyn­kami miesz­kal­nymi. Sammy wraz z ochroną z Leśnic­twa prze­ma­sze­ro­wał przez na wpół zamro­żone błoto. W pudłach na scho­dach budynku, do któ­rego pod­cho­dzili, leżały sterty ubrań, być może ofia­ro­wa­nych dla bied­nych. Ochrona nad­ło­żyła drogi, żeby je obejść, a potem poko­nali schody i weszli do środka.

* * *

Zarządca coeme­te­rium przed­sta­wił się jako brat Song i wyglą­dał staro jak śmierć.

– Bidwel Ducanh? – Jego wzrok uciekł ner­wowo od Sammy’ego. Brat Pieśń nie poznał jego twa­rzy, ale znał Wydział Leśnic­twa. – Bidwel Ducanh zmarł dzie­sięć lat temu.

Kła­mał. On kła­mał.

Sammy ode­tchnął głę­boko i rozej­rzał się po skrom­nym pokoju. Nagle poczuł się tak groźny, za jakiego uwa­żały go nie­które z pokła­do­wych szu­mo­win. Niech mi Bóg wyba­czy, ale zro­bię wszystko, by wydu­sić prawdę z tego czło­wieka. Popa­trzył z powro­tem na brata Songa i spró­bo­wał przy­ja­znego uśmie­chu. Chyba nie wyszło mu to zbyt dobrze, bo sta­ru­szek cof­nął się o krok.

– Coeme­te­rium to miej­sce umie­ra­nia ludzi, zga­dza się, bra­cie Song?

– To miej­sce, w któ­rym wszy­scy mogą docze­kać swo­jej natu­ral­nej pełni czasu. Wyko­rzy­stu­jemy wszyst­kie przy­no­szone przez ludzi pie­nią­dze, by pomóc tym, któ­rzy tu przy­by­wają. – W per­wer­syj­nej sytu­acji Tri­lan­dii pry­mi­ty­wizm brata Songa miał swego rodzaju sens. Poma­gał naj­bied­niej­szym i naj­cię­żej cho­rym naj­le­piej, jak mógł.

Sammy pod­niósł rękę.

– Poda­ruję stu­letni budżet każ­demu z coeme­te­rium two­jego zakonu… jeśli zapro­wa­dzisz mnie do Bidwela Ducanha.

– Ja… – Brat Song znowu cof­nął się o krok i usiadł ciężko. Skądś wie­dział, że Sammy mógł zre­ali­zo­wać swoją ofertę. Może… Ale potem sta­ru­szek popa­trzył na Sammy’ego i w jego spoj­rze­niu poja­wił się despe­racki upór. – Nie. Bidwel Ducanh zmarł dzie­sięć lat temu.

Sammy prze­szedł przez pokój i chwy­cił porę­cze fotela sta­ruszka. Opu­ścił głowę na wyso­kość jego twa­rzy.

– Znasz ludzi, któ­rzy ze mną przy­szli. Czy wąt­pisz, że jeśli im każę, roz­biorą twoje coeme­te­rium na kawałki, ele­ment po ele­men­cie? Wąt­pisz, że jeśli nie znaj­dziemy tu tego, czego szu­kamy, zro­bimy to samo z każ­dym coeme­te­rium two­jego zakonu, na całej pla­ne­cie?

Było jasne, że brat Song w to nie wątpi. Znał Wydział Leśnic­twa. A jed­nak przez chwilę Sammy bał się, że Song oprze się nawet temu. A wtedy zro­bię to, co będę musiał. Nagle sta­ru­szek jakby zapadł się w sobie i zaczął cicho łkać.

Sammy wypro­sto­wał się nad jego fote­lem. Minęło tro­chę sekund. Sta­rzec prze­stał pła­kać i wstał z wysił­kiem. Nie spoj­rzał na Sammy’ego ani nie wyko­nał żad­nego gestu, po pro­stu wydrep­tał z pokoju.

Sammy poszedł za nim z całą obstawą. Wędro­wali gęsiego dłu­gim kory­ta­rzem. Było w nim coś strasz­nego. Wcale nie cho­dziło o słabe i uszko­dzone oświe­tle­nie ani panele sufi­towe ze śla­dami wody czy brudną pod­łogę. Wzdłuż całego kory­ta­rza na kana­pach i wóz­kach sie­dzieli ludzie. Sie­dzieli i patrzyli… w pustkę. Z początku Sammy myślał, że mają przed oczami ekrany, że patrzą gdzieś w dal, może w jakieś współ­dzie­lone obrazy. Prze­cież nie­któ­rzy roz­ma­wiali, inni wyko­ny­wali nie­ustanne skom­pli­ko­wane ruchy rękami. Ale potem dostrzegł, że znaki na ścia­nach zostały nama­lo­wane. Zwy­kły, łusz­czący się mate­riał ścian był wszyst­kim, co można było tu zoba­czyć, a oczy sie­dzą­cych w kory­ta­rzu przy­wię­dłych ludzi były nie­osło­nięte i puste.

Szedł bli­sko za bra­tem Son­giem. Mnich mówił sam do sie­bie, ale jego słowa miały sens. Mówił o obiek­cie:

– Bidwel Ducanh nie był miłym czło­wie­kiem. Nie był kimś lubia­nym, nawet na początku… Zwłasz­cza na początku. Powie­dział, że jest bogaty, ale niczego nam nie przy­niósł. Przez pierw­sze trzy­dzie­ści lat, gdy byłem młody, pra­co­wał rów­nie ciężko jak każdy z nas. Żadna praca nie była zbyt brudna, zbyt ciężka. Ale o każ­dym miał do powie­dze­nia coś złego. Ze wszyst­kich się naśmie­wał. Potra­fił sie­dzieć przy pacjen­cie pod­czas jego ostat­niej nocy życia, a potem z niego szy­dzić.

Brat Song mówił w cza­sie prze­szłym, ale po kilku chwi­lach Sammy zro­zu­miał, że nie pró­buje go do niczego prze­ko­nać. Song nie mówił nawet do sie­bie. Wyglą­dało to tak, jakby prze­ma­wiał w imie­niu kogoś, kto wkrótce dołą­czy do zmar­łych.

– A potem, w miarę upływu lat, jak my wszy­scy mógł poma­gać coraz mniej. Mówił o swo­ich wro­gach, w jaki spo­sób by ich zabił, gdyby kie­dy­kol­wiek go zna­leźli. Śmiał się, gdy obie­cy­wa­li­śmy go ukryć. W końcu prze­trwała tylko jego wred­ność… i to bez mowy.

Brat Song zatrzy­mał się przed dużymi drzwiami. Napis nad nimi był śmiały i kwia­towy: DO SOLA­RIUM.

– Ducanh to ten obser­wu­jący zachód słońca. – Ale mnich nie otwo­rzył drzwi. Stał z opusz­czoną głową, nie do końca blo­ku­jąc wej­ście.

Sammy zaczął go obcho­dzić, a potem zatrzy­mał się i powie­dział:

– Ta płat­ność, o któ­rej wspo­mnia­łem, zosta­nie prze­ka­zana na konto two­jego zakonu.

Sta­ru­szek nie pod­niósł na niego wzroku. Splu­nął na kurtkę Sammy’ego, a potem odszedł w głąb kory­ta­rza, prze­ci­ska­jąc się mię­dzy funk­cjo­na­riu­szami.

Sammy odwró­cił się i pocią­gnął mecha­niczny zamek drzwi.

– Pro­szę pana? – ode­zwał się komi­sarz bez­pie­czeń­stwa miej­skiego. Poli­cyjny biu­ro­krata pod­szedł bli­sko i mówił cicho. – Uch. Nie chcie­li­śmy tego zada­nia eskorty. To powinni byli być pań­scy ludzie.

Co takiego?

– Zga­dzam się, komi­sa­rzu. To czemu nie pozwo­lił pan mi ich zabrać?

– To nie była moja decy­zja. Chyba sądzili, że funk­cjo­na­riu­sze będą mniej rzu­cać się w oczy. – Poli­cjant odwró­cił wzrok. – Niech pan posłu­cha, kapi­ta­nie floty. Wiemy, że Queng Ho długo cho­wają urazy.

Sammy przy­tak­nął, choć doty­czyło to bar­dziej cywi­li­za­cji klien­tów niż poszcze­gól­nych osób.

Poli­cjant w końcu spoj­rzał mu w oczy.

– Dobrze. Współ­pra­co­wa­li­śmy. Dopil­no­wa­li­śmy, żeby żadne infor­ma­cje o pań­skich poszu­ki­wa­niach nie wycie­kły do pań­skiego… celu. Ale nie zała­twimy tego faceta dla pana. Odwró­cimy wzrok, nie będziemy patrzeć. Ale go nie zała­twimy.

– Ach. – Sammy spró­bo­wał sobie wyobra­zić, gdzie znaj­do­wa­łoby się wła­ściwe miej­sce dla tego czło­wieka w pan­te­onie moral­nym. – Cóż, komi­sa­rzu, nie­wcho­dze­nie mi w drogę to wszystko, czego mi trzeba. Sam mogę się tym zająć.

Poli­cjant przy­tak­nął ner­wowo. Cof­nął się i nie poszedł za nim, gdy Sammy otwo­rzył drzwi do „sola­rium”.

* * *

Powie­trze było mroźne i stę­chłe, co sta­no­wiło pewną poprawę po wil­got­nym smro­dzie kory­ta­rza. Sammy zszedł w dół ciem­nych scho­dów. Wciąż był w zasa­dzie wewnątrz budynku, choć tylko czę­ściowo. Kie­dyś było to wyj­ście pro­wa­dzące na poziom ulicy. Teraz osła­niały je pla­sti­kowe arku­sze, two­rząc coś w rodzaju zabu­do­wa­nego patio.

Co będzie, jeśli jest jak ci nie­szczę­śnicy w kory­ta­rzu? Koja­rzyli mu się z ludźmi żyją­cymi poza moż­li­wo­ściami wspar­cia medycz­nego albo ofia­rami sza­lo­nych eks­pe­ry­men­tów. Ich umy­sły czę­ściowo prze­pa­dły. Takiego końca ni­gdy na poważ­nie nie roz­wa­żał, ale teraz…

Dotarł na dół scho­dów. Za rogiem zoba­czył obiet­nicę świa­tła dnia. Prze­tarł usta wierz­chem dłoni i przez dłuż­szą chwilę stał bez ruchu.

Zrób to. Poszedł przed sie­bie, wcho­dząc do dużej sali. Wyglą­dała jak część par­kingu, ale osło­nię­tego pół­przej­rzy­stymi arku­szami pla­stiku. Nie było tu ogrze­wa­nia, a przez szcze­liny w arku­szach prze­do­sta­wały się podmu­chy zimna. Na krze­słach roz­sta­wio­nych na otwar­tej prze­strzeni kuliło się kilka mocno opa­tu­lo­nych postaci. Sie­działy, nie zwra­ca­jąc się w żad­nym kon­kret­nym kie­runku, nie­które patrzyły na szary kamień zewnętrz­nej ściany.

Sammy led­wie to zauwa­żył. Na dru­gim końcu sali przez otwór w sufi­cie wpa­dała sko­śna kolumna sło­necz­nego świa­tła. Pośrodku tej plamy bla­sku sie­działa jedna osoba.

Sammy prze­szedł powoli przez salę, ani na chwilę nie spusz­cza­jąc wzroku z osoby sie­dzą­cej w czer­wo­no­zło­tym świe­tle zachodu. Jej twarz wyka­zy­wała podo­bień­stwo do Rodów Queng Ho, ale nie była tą, którą Sammy pamię­tał. To bez zna­cze­nia. Musiał zmie­nić swą twarz dawno temu. Zresztą Sammy miał w kie­szeni kurtki czyt­nik DNA oraz kopię kodu swo­jego celu.

* * *

Męż­czy­zna sie­dział owi­nięty kocami, a na gło­wie miał grubą czapkę zro­bioną na dru­tach. Nie ruszał się, ale wyglą­dało na to, że coś obser­wuje, chło­nie zachód słońca. To on. Prze­ko­na­nie poja­wiło się bez racjo­nal­nej myśli, zale­wa­jąc go falą emo­cji. Może nie­kom­pletny, ale to on.

Sammy wziął wolne krze­sło i usiadł naprze­ciw postaci w świe­tle. Minęło sto sekund. Dwie­ście. Ostat­nie pro­mie­nie słońca zaczęły gasnąć. Spoj­rze­nie męż­czy­zny było puste, ale zare­ago­wał na chłód na twa­rzy. Poru­szył głową, nie­ja­sno szu­ka­jąc, i chyba zauwa­żył swo­jego gościa. Sammy obró­cił się tak, by jego twarz oświe­tlił blask nieba. Coś poja­wiło się w oczach męż­czy­zny: zdzi­wie­nie wypły­wa­jące z głę­bin wspo­mnień. Nie­spo­dzie­wa­nie wysu­nął ręce spod koców i gwał­tow­nie skie­ro­wał je w stronę twa­rzy Sammy’ego.

– Ty!

– Tak, pro­szę pana. Ja. Osiem wie­ków poszu­ki­wań dobie­gło końca.

Cel poru­szył się ner­wowo na wózku, popra­wia­jąc koce. Mil­czał przez chwilę, a gdy w końcu się ode­zwał, mówił ury­wa­nymi sło­wami.

– Wie­dzia­łem, że twój… rodzaj będzie mnie wciąż szu­kał. Sfi­nan­so­wa­łem ten pie­kielny kult Ksu­pera, ale zawsze wie­dzia­łem… że to może nie wystar­czyć. – Znowu poru­szył się na wózku. W jego oczach poja­wił się błysk, któ­rego Sammy ni­gdy nie widział w daw­nych cza­sach. – Nie mów. Każdy Ród tro­chę doło­żył. Może każdy sta­tek Queng Ho ma jed­nego członka załogi, który mnie szuka.

Nie miał poję­cia o poszu­ki­wa­niach, które w końcu dopro­wa­dziły do odna­le­zie­nia go.

– Nie chcemy pana skrzyw­dzić.

Obiekt zaśmiał się chra­pli­wie, nie pro­te­stu­jąc, ale wyraź­nie nie wie­rząc.

– Mam pecha, że to wła­śnie ty oka­za­łeś się agen­tem przy­dzie­lo­nym przez nich do Tri­lan­dii. Jesteś dość bystry, by mnie zna­leźć. Powinni byli cię lepiej potrak­to­wać, Sammy. Powi­nie­neś być kapi­ta­nem floty i kimś wię­cej, a nie jakimś zabójcą na posyłki. – Znowu się poru­szył i się­gnął w dół, jakby chciał się podra­pać po tyłku. Co to takiego? Hemo­ro­idy? Rak? Rety, założę się, że sie­dzi na pisto­le­cie. Był gotowy przez te wszyst­kie lata, a teraz zaplą­tał się w koce.

Sammy nachy­lił się ku niemu. Męż­czy­zna go nacią­gał. W porządku. To mógł być jedyny spo­sób na skło­nie­nie go do roz­mowy.

– W końcu się nam poszczę­ściło, pro­szę pana. Jeśli o mnie cho­dzi, domy­śli­łem się, że mógł pan tu tra­fić z powodu gwiazdy Bista­bil­nej.

Ukrad­kowe ruchy pod kocem na chwilę ustały. Na twa­rzy sta­ruszka poja­wił się szy­der­czy uśmiech.

– Jest tylko pięć­dzie­siąt lat świetl­nych stąd, Sammy. Naj­bliż­sza astro­no­miczna enigma Prze­strzeni Ludzi. A wy, wyka­stro­wani Queng Ho, ni­gdy jej nie odwie­dzi­li­ście. Inte­re­suje was wyłącz­nie święty zysk. – Łaska­wie mach­nął ręką, pod­czas gdy druga wsu­nęła się jesz­cze głę­biej pod koc. – Z dru­giej strony cała rasa ludzka jest rów­nie fatalna. Osiem tysięcy lat obser­wa­cji tele­sko­po­wych i dwa spie­przone prze­loty to wszystko, na co się zdo­by­li­śmy… Uzna­łem, że może będąc tak bli­sko, zdo­łam zor­ga­ni­zo­wać misję zało­gową. Może coś tam znajdę, coś, co da mi prze­wagę. A wtedy, po powro­cie… – W jego oczach znowu poja­wił się dziwny błysk. Roz­wi­jał swe nie­re­alne marze­nie od tak dawna, że cał­ko­wi­cie go pochło­nęło. A Sammy uświa­do­mił sobie, że wcale nie ma do czy­nie­nia z kimś z demen­cją, a z sza­leń­cem.

Jed­nak długi należne sza­leń­cowi nie prze­sta­wały być dłu­gami.

Nachy­lił się tro­chę bli­żej.

– Mógł pan to zro­bić. Dowie­dzia­łem się, że sta­tek kosmiczny przy­le­ciał tu, gdy „Bidwel Ducanh” był u szczytu wpły­wów.

– To byli Queng Ho. Pie­przyć Queng Ho! Umy­łem od was ręce. – Jego lewa ręka prze­stała się poru­szać. Naj­wy­raź­niej zna­lazł pisto­let.

Sammy wycią­gnął rękę i lekko dotknął koca ukry­wa­ją­cego lewą rękę roz­mówcy. Nie było to unie­ru­cho­mie­nie, a potwier­dze­nie… i prośba o jesz­cze tro­chę czasu.

– Pham. Teraz jest powód, by lecieć do Bista­bil­nej. Nawet według stan­dar­dów Queng Ho.

– Co? – Sammy nie wie­dział, czy cho­dziło o jego dotyk, słowa czy imię, któ­rego nikt nie wypowie­dział od tak dawna… ale coś na chwilę sku­piło uwagę starca i skło­niło go do słu­cha­nia.

– Trzy lata temu, gdy wciąż tu jesz­cze lecie­li­śmy, Tri­land­czycy ode­brali emi­sje z Bista­bil­nej. Pocho­dzą z radio­wego nadaj­nika iskro­wego, jaki może wyna­leźć upa­dła cywi­li­za­cja, która cał­ko­wi­cie utra­ciła zdo­by­cze tech­no­lo­gii. Skie­ro­wa­li­śmy tam wła­sne zestawy anten i prze­pro­wa­dzi­li­śmy swoje ana­lizy. Emi­sje przy­po­mi­nają ręczny kod Morse’a, tylko że ludz­kie dło­nie i odru­chy ni­gdy nie pozwo­li­łyby na taki rytm, jak w tym przy­padku.

Sta­rzec otwo­rzył i zamknął usta, ale przez chwilę nie zabrzmiały żadne słowa.

– Nie­moż­liwe – powie­dział w końcu bar­dzo cicho.

Na wargi Sammy’ego wypły­nął uśmiech.

– Dziw­nie jest sły­szeć to słowo z pań­skich ust.

Znowu cisza. Męż­czy­zna opu­ścił głowę.

– Naj­wyż­sza wygrana. Roz­mi­ną­łem się z nią o zale­d­wie sześć­dzie­siąt lat. A ty, znaj­du­jąc mnie tutaj… teraz zdo­bę­dziesz to wszystko. – Rękę wciąż trzy­mał scho­waną, ale zapadł się na swoim wózku, poko­nany przez wła­sną, wewnętrzną wizję porażki.

– Pro­szę pana… kilku z nas – zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż kilku – szu­kało pana. Dopil­no­wał pan, by bar­dzo trudno było go zna­leźć, a ist­nieją bar­dzo stare powody, by utrzy­my­wać to poszu­ki­wa­nie w tajem­nicy. Ale ni­gdy nie życzy­li­śmy panu niczego złego. Chcie­li­śmy pana zna­leźć, by… – Pogo­dzić się? Bła­gać o wyba­cze­nie? Sammy nie potra­fił się zdo­być na te słowa, zresztą nie były do końca praw­dziwe. W końcu ten czło­wiek się mylił. Lepiej sku­pić się na współ­cze­sno­ści. – Byli­by­śmy zaszczy­ceni, gdyby pole­ciał pan z nami do Bista­bil­nej.

– Ni­gdy. Nie jestem Queng Ho.

Sammy zawsze czuj­nie kon­tro­lo­wał bie­żący sta­tus swo­jego statku, a w tej chwili… Cóż, warto było spró­bo­wać.

– Nie przy­le­cia­łem na Tri­lan­dię jed­nym stat­kiem. Mam flotę.

Pod­bró­dek męż­czy­zny uniósł się nie­znacz­nie.

– Flotę? – Zain­te­re­so­wa­nie było sta­rym, choć nie do końca wyga­słym odru­chem.

– Są na orbi­cie par­kin­go­wej, ale za chwilę powinny być widoczne z Low­cin­der. Chce pan zoba­czyć?

Sta­ru­szek tylko wzru­szył ramio­nami, ale teraz obie dło­nie miał puste, trzy­ma­jąc je na kola­nach.

– Pokażę panu. – W pla­sti­ko­wych arku­szach parę metrów dalej wycięto drzwi. Sammy wstał i powoli pod­szedł, by prze­pchnąć wózek. Sta­rzec nie zapro­te­sto­wał.

* * *

Na zewnątrz było zimno, zapewne poni­żej zera. Nad dachami przed nimi utrzy­my­wały się kolory zachodu słońca, ale jedy­nym dowo­dem na cie­pło dnia była roz­pry­sku­jąca mu się na butach nie do końca zamar­z­nięta lodowa breja. Pchał wózek dalej, kie­ru­jąc się przez par­king w stronę miej­sca ofe­ru­ją­cego widok na zachód. Sta­rzec rozej­rzał się wokół.

Cie­kawe, kiedy ostatni raz opusz­czał tam­ten budy­nek.

– Myśla­łeś kie­dyś o tym, Sammy, że na to przy­ję­cie mogą się zgło­sić jesz­cze inni goście?

– Pro­szę pana? – Byli sami na par­kingu.

– Ist­nieją zasie­dlone przez ludzi światy, które znaj­dują się bli­żej Bista­bil­nej od nas.

To przy­ję­cie.

– Tak, pro­szę pana. Aktu­ali­zu­jemy nasz nasłuch ich ukła­dów. Naj­bli­żej są trzy piękne pla­nety w ukła­dzie gwiezd­nym, które w ostat­nich stu­le­ciach otrzą­snęły się z bar­ba­rzyń­stwa. Nazy­wają się teraz „Roz­wi­nię­tymi”. Ni­gdy ich nie odwie­dza­li­śmy. Według naj­lep­szych przy­pusz­czeń utwo­rzyli jakie­goś typu tyra­nię, z roz­wi­niętą tech­no­lo­gią, ale bar­dzo zamkniętą, sku­pioną na sobie.

Sta­rzec prych­nął.

– Nie obcho­dzi mnie, jak bar­dzo dra­nie sku­piają się na sobie. Coś takiego mogłoby… obu­dzić trupa. Zabierz działa, rakiety i jądrówki, Sammy. Bar­dzo, bar­dzo dużo jądró­wek.

– Tak jest, pro­szę pana.

Sammy dopro­wa­dził wózek sta­ruszka na skraj par­kingu. Na swoim wyświe­tla­czu widział statki powoli wspi­na­jące się po nie­bie, wciąż ukryte przed wzro­kiem przez naj­bliż­szy budy­nek.

– Jesz­cze czte­ry­sta sekund i zoba­czy je pan, jak wyło­nią się nad tam­tym dachem. – Wska­zał miej­sce.

Męż­czy­zna nie odpo­wie­dział, ale patrzył z grub­sza w górę. Na nie­bie prze­su­wał się kon­wen­cjo­nalny ruch lot­ni­czy i promy star­tu­jące i lądu­jące w por­cie kosmicz­nym Low­cin­der. Wie­czór był wciąż jasny, ale gołym okiem widać było kilka sate­li­tów. Na zacho­dzie mała czer­wona kropka migała w spo­sób zna­czący, że jest ikoną na wyświe­tla­czu Sammy’ego, nie obiek­tem fizycz­nym. To był znacz­nik gwiazdy Bista­bil­nej. Sammy wpa­try­wał się w ten punkt przez chwilę. Nawet w nocy, z dala od świa­teł Low­cin­der, Bista­bilna nie byłaby widoczna, ale przez małą lunetę wyglą­dała jak zwy­kła gwiazda klasy G… Jesz­cze. Już za kilka lat będzie ją można zoba­czyć tylko za pomocą naj­po­tęż­niej­szych tele­sko­pów.

Kiedy moja flota tam doleci, będzie ciemna od dwóch stu­leci… i będzie pra­wie gotowa na kolejne odro­dze­nie.

Opadł na jedno kolano obok wózka, igno­ru­jąc prze­ni­ka­jące zimno lodo­wego błota.

– Opo­wiem panu o moich stat­kach. – I zaczął opi­sy­wać masy, szcze­góły spe­cy­fi­ka­cji i wła­ści­cieli… a przy­naj­mniej ich więk­szość. Nie­któ­rych lepiej było zosta­wić na inną oka­zję, gdy sta­ru­szek nie będzie miał pod ręką pisto­letu. Cały czas obser­wo­wał jego twarz. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że męż­czy­zna rozu­mie, co się do niego mówi. Prze­kli­nał gło­sem bez wyrazu, rzu­ca­jąc nową obe­lgę do każ­dej wymie­nio­nej przez Sammy’ego nazwy. Z wyjąt­kiem ostat­niej…

– Liso­let? To brzmi jak coś ze Strent­manna.

– Tak, pro­szę pana. Moja zastęp­czyni kapi­tana floty jest Strent­man­nką.

– Ach. – Poki­wał głową. – To byli… dobrzy ludzie.

Sammy uśmiech­nął się pod nosem. Wylot pla­no­wany był za dzie­sięć lat. To powinno wystar­czyć, by przy­wró­cić męż­czy­znę do spraw­no­ści fizycz­nej, i może być dość dłu­gim cza­sem, by zła­go­dzić jego sza­leń­stwo. Pokle­pał ramę wózka koło ramie­nia sta­ruszka. Tym razem pana nie opu­ścimy.

– Tam wyła­nia się pierw­szy z moich stat­ków. – Sammy znowu wska­zał.

Po sekun­dzie nad dachem budynku poja­wiła się jasna gwiazda, mknąc sta­tecz­nie w stronę zmierz­chu, odci­na­jąc się na tle mroku. Minęło sześć sekund i w polu widze­nia zna­lazł się drugi sta­tek. Następne sześć sekund i trzeci. I następny. I następny. I następny. A potem prze­rwa i w końcu jeden jaśniej­szy od wszyst­kich pozo­sta­łych. Jego statki znaj­do­wały się na sto­sun­kowo niskiej orbi­cie par­kin­go­wej, cztery tysiące kilo­me­trów nad powierzch­nią. Z tej odle­gło­ści były tylko punk­tami świa­tła, drob­nymi klej­no­tami zawie­szo­nymi o pół stop­nia od sie­bie na nie­wi­docz­nej nici roz­cią­gnię­tej przez niebo. Widok nie był bar­dziej spek­ta­ku­larny od orbit par­kin­go­wych frach­tow­ców ukła­do­wych czy jakichś lokal­nych orbi­tal­nych robót budow­la­nych… chyba że wie­działo się, jak daleką drogę prze­były te punk­ciki i jak daleko mogą jesz­cze zawę­dro­wać. Sammy usły­szał, jak sta­ru­szek wzdy­cha w zachwy­cie. On wie­dział.

Razem przy­glą­dali się, jak sie­dem świetl­nych kro­pek sunie powoli po nie­bie. Ciszę prze­rwał Sammy.

– Widzi pan ten jasny, na końcu? – Naj­więk­szy klej­not kon­ste­la­cji. – Dorów­nuje naj­więk­szemu stat­kowi gwiezd­nemu, jaki kie­dy­kol­wiek zbu­do­wano. To mój sta­tek fla­gowy, pro­szę pana… „Pham Nuwen”.

część pierwsza

jeden

Sto sześć­dzie­siąt lat póź­niej

Flota Queng Ho przy­była do Bista­bil­nej jako pierw­sza, ale to mogło nie mieć zna­cze­nia. Przez ostat­nie pięć­dzie­siąt lat podróży obser­wo­wali smugi z dysz floty Roz­wi­nię­tych, hamu­ją­cej w dro­dze do tego samego celu.

Byli obcymi spo­ty­ka­ją­cymi się z dala od swo­ich ojczy­stych tere­nów. Nie było to niczym nowym dla kup­ców Queng Ho, choć zwy­kle takie spo­tka­nia nie były trak­to­wane tak nie­chęt­nie i opcja han­dlu była poten­cjal­nie dostępna. Tutaj… Cóż, cze­kał tu skarb, choć nie nale­żał do żad­nej ze stron. Uno­sił się zamro­żony, cze­ka­jąc na ogra­bie­nie, wyko­rzy­sta­nie lub roz­wi­nię­cie, w zależ­no­ści od natury zdo­bywcy. Tak daleko od przy­ja­ciół, tak daleko od kon­tek­stu spo­łecz­nego… tak daleko od świad­ków. W takiej sytu­acji zdrada mogła popła­cać i obie strony dosko­nale o tym wie­działy. Queng Ho i Roz­wi­nięci – dwie wyprawy obcho­dziły się przez wiele dni, bada­jąc zamiary i siłę ognia. Poro­zu­mie­nia usta­lano i zmie­niano, przy­go­to­wano plany wspól­nych lądo­wań. A jed­nak Kupcy nie­wiele dowie­dzieli się o praw­dzi­wych zamia­rach Roz­wi­nię­tych, więc otrzy­mane od nich zapro­sze­nie na kola­cję zostało przy­jęte z ulgą przez nie­któ­rych i cichym zgrzy­ta­niem zębów przez innych.

* * *

Tri­xia Bon­sol prze­chy­liła się do niego i obró­ciła głowę tak, by tylko on ją usły­szał.

– No dobrze, Ezr. Jedze­nie sma­kuje nor­mal­nie. Może nie pró­bują nas zatruć.

– Jest dosta­tecz­nie bez smaku – odpo­wie­dział cicho i spró­bo­wał nie dać się roz­pro­szyć jej doty­kiem.

Tri­xia Bon­sol uro­dziła się na pla­ne­cie, była człon­kiem załogi spe­cja­li­stów. Jak u więk­szo­ści Tri­land­czy­ków, w jej cha­rak­te­rze kryło się prze­sadne zaufa­nie i lubiła naśmie­wać się z „kupiec­kiej para­noi” Ezra.

Ezr rozej­rzał się wokół sto­łów. Kapi­tan floty Park zabrał na ban­kiet sto osób, choć bar­dzo nie­wielu zbroj­mi­strzów. Queng Ho sie­dzieli pośród nie­mal rów­nej liczby Roz­wi­nię­tych. On i Tri­xia zaj­mo­wali miej­sca z dala od kapi­tań­skiego stołu. Ezr Vinh, prak­ty­kant kupiecki, i Tri­xia Bon­sol, dok­tor lin­gwi­styki. Zakła­dał, że Roz­wi­nięci przy ich stole mieli rów­nie niskie rangi. Według naj­lep­szych sza­cun­ków Queng Ho Roz­wi­nięci żyli w ści­słym reżi­mie auto­ry­tar­nym, ale Ezr nie widział żad­nych oczy­wi­stych oznak rang. Nie­któ­rzy z obcych byli skłonni do roz­mów, a ich nese był łatwo zro­zu­miały, pra­wie nie róż­nił się od stan­dar­dów trans­mi­sji. Blady, mocno zbu­do­wany męż­czy­zna po jego lewej stro­nie przez cały posi­łek pod­trzy­my­wał luźną roz­mowę. Rit­ser Bru­ghel wyda­wał się pro­gra­mi­stą bojo­wym, choć nie roz­po­znał tego ter­minu, gdy Ezr go użył. Try­skał wręcz pomy­słami na plany, które mogli wpro­wa­dzić w naj­bliż­szych latach.

– Drze­wiej robiono już takowe rze­czy, co nie? Dorwać ich, kiejda jesz­cze nie znają tech­no­lo­gii… albo jej jesz­cze nie odtwo­rzyli – rzu­cił Bru­ghel, sku­pia­jąc więk­szość wysił­ków nie na Ezrze, a na sta­rym Pha­mie Trin­lim.

Bru­ghel naj­wy­raź­niej uwa­żał, że jego pozorny wiek wiąże się z jakimś szcze­gól­nym auto­ry­te­tem, nie zda­jąc sobie sprawy z tego, że star­szy czło­wiek pośród junio­rów musi być praw­dzi­wym prze­gra­nym. Ezr nie miał nic prze­ciwko byciu igno­ro­wa­nym, bo dawało mu to oka­zję do obser­wo­wa­nia bez prze­szkód. Pham Trinli cie­szył się z oka­zy­wa­nej uwagi. Jak jeden pro­gra­mi­sta bojowy z dru­gim, Trinli pró­bo­wał oba­lić wszyst­kie tezy blon­dyna, oka­zu­jąc przy tym głę­bię pew­no­ści sie­bie, od któ­rej Ezr dosta­wał zeza.

Jedno trzeba było przy­znać Roz­wi­nię­tym – tech­nicz­nie byli bar­dzo kom­pe­tentni. Mieli statki z sil­ni­kami stru­mie­nio­wymi szybko lata­jące mię­dzy gwiaz­dami, co sta­wiało ich w czo­łówce roz­woju tech­no­lo­gicz­nego. I nie wyglą­dało na to, żeby była to schył­kowa wie­dza. Ich moż­li­wo­ści prze­twa­rza­nia sygna­łów i kom­pu­tery były rów­nie dobre jak te Queng Ho, co wzbu­dzało ner­wo­wość ludzi kapi­tana Parka, zaj­mu­ją­cych się bez­pie­czeń­stwem w stop­niu dużo więk­szym niż zwy­kłe dąże­nie Roz­wi­nię­tych do zacho­wa­nia tajem­nicy. Queng Ho trze­bili złote ery setek cywi­li­za­cji. W innych oko­licz­no­ściach kom­pe­ten­cja Roz­wi­nię­tych byłaby pod­stawą do szcze­rej satys­fak­cji kup­ców.

Byli kom­pe­tentni i pra­co­wici. Ezr rozej­rzał się poza sto­łami. Nie żeby miał się gapić, ale miej­sce spo­tka­nia robiło wra­że­nie. „Kabiny miesz­kalne” na statku z sil­ni­kiem stru­mie­nio­wym były gene­ral­nie żało­sne. Takie jed­nostki musiały dys­po­no­wać solid­nym ekra­no­wa­niem i względ­nie wytrzy­małą kon­struk­cją. Nawet przy ułamku pręd­ko­ści świa­tła podróże mię­dzy­gwiezdne zaj­mo­wały lata, a więk­szość tego czasu załoga i pasa­że­ro­wie spę­dzali w krio­ge­nicz­nym śnie. A jed­nak Roz­wi­nięci roz­mro­zili wielu swo­ich ludzi, zanim zbu­do­wano kwa­tery miesz­kalne. Wznie­śli ten habi­tat i roz­krę­cili go w nie­całe osiem dni, jesz­cze zanim zakoń­czyli wpro­wa­dzać osta­teczne korekty orbit. Struk­tura miała ponad dwie­ście metrów śred­nicy, two­rząc czę­ściowy pier­ścień, a zbu­do­wano ją z mate­ria­łów prze­wie­zio­nych przez dystans dwu­dzie­stu lat świetl­nych.

Wewnątrz pysz­niły się zapo­wie­dzi obfi­to­ści. Ogólny efekt był w pew­nym stop­niu kla­sy­cy­styczny, jak wcze­sne habi­taty w ukła­dzie sło­necz­nym, zanim dobrze zro­zu­miano sys­temy pod­trzy­my­wa­nia życia. Roz­wi­nięci byli mistrzami tka­nin i cera­miki, choć Ezr zga­dy­wał, że mieli nie­mal zerowe poję­cie o sztu­kach bio­lo­gicz­nych. Dra­pe­rie i meble roz­miesz­czono tak, by zama­sko­wać krzy­wi­znę pod­łogi. Powiew z wen­ty­la­to­rów był bez­dź­więczny i aku­rat na tyle silny, by wzbu­dzać wra­że­nie nie­ogra­ni­czo­nej prze­strzeni. Nie było tu żad­nych okien ani nawet wido­ków sko­ry­go­wa­nych wzglę­dem obrotu. Widoczne ściany pokryte były wyszu­ka­nymi, wyko­na­nymi ręcz­nie ozdo­bami. Ich jasne kolory jarzyły się nawet w przy­ćmio­nym świe­tle. Wie­dział, że Tri­xia chciała im się bli­żej przyj­rzeć. Twier­dziła, że natywna sztuka jesz­cze lepiej od języka ujaw­nia wewnętrzne serce kul­tury.

Vinh obej­rzał się na Tri­xię i uśmiech­nął do niej. Ona przej­rzy jego uśmiech, ale może uda mu się oszu­kać Roz­wi­nię­tych. Ezr oddałby wszystko, by umieć ema­no­wać pozorną ser­decz­no­ścią kapi­tana Parka sie­dzą­cego przy głów­nym stole i pro­wa­dzą­cego swo­bodną roz­mowę z Toma­sem Nau z Roz­wi­nię­tych. Można by pomy­śleć, że byli szkol­nymi kole­gami. Vinh odchy­lił się na opar­cie, wsłu­chu­jąc się nie tyle w sens, ile w nasta­wie­nie.

Nie wszy­scy Roz­wi­nięci byli wylew­nymi, uśmiech­nię­tymi typami. Na przy­kład rudo­włosa kobieta przy głów­nym stole, sie­dząca zale­d­wie kilka miejsc od Tomasa Nau; została przed­sta­wiona, ale Vinh nie pamię­tał jej nazwi­ska. Poza bły­skiem srebr­nego naszyj­nika kobieta była ubrana bar­dzo pro­sto, wręcz skrom­nie. Była szczu­pła, w nie­okre­ślo­nym wieku. Jej włosy mogły zostać pofar­bo­wane spe­cjal­nie na ten wie­czór, ale trudno byłoby tak przy­go­to­wać skórę bez żad­nych barw­ni­ków. Była egzo­tyczną pięk­no­ścią, choć trzy­mała się z pewną nie­po­rad­no­ścią i mocno zaci­skała usta. Jej spoj­rze­nie wędro­wało wzdłuż sto­łów, ale rów­nie dobrze mogłaby tu sie­dzieć cał­kiem sama. Vinh zauwa­żył, że gospo­da­rze nie posa­dzili przy niej żad­nych gości. Tri­xia czę­sto naśmie­wała się z Vinha, że jest wiel­kim pod­ry­wa­czem… w swo­jej wyobraźni. Cóż, ta dziw­nie wyglą­da­jąca kobieta mogłaby się poja­wić raczej w jego kosz­ma­rach niż rado­snych fan­ta­zjach.

Sie­dzący przy głów­nym stole Tomas Nau wstał. Kel­ne­rzy cof­nęli się od sto­łów. Wszy­scy sie­dzący przy sto­łach Roz­wi­nięci uci­szyli się, podob­nie jak więk­szość kup­ców, poza tymi naj­bar­dziej zaab­sor­bo­wa­nymi sobą.

– Czas na toa­sty za mię­dzy­gwiezdną przy­jaźń – mruk­nął Ezr.

Bon­sol szturch­nęła go łok­ciem, osten­ta­cyj­nie sku­pia­jąc uwagę na głów­nym stole. Zauwa­żył, jak dziew­czyna tłumi śmiech, gdy przy­wódca Roz­wi­nię­tych zaczął bar­dzo sztam­po­wymi sło­wami.

– Przy­ja­ciele, wszy­scy jeste­śmy bar­dzo daleko od domów. – Prze­su­nął ręką w sze­ro­kim geście, który zda­wał się obej­mo­wać także prze­strzeń poza ścia­nami sali ban­kie­to­wej. – Obie strony popeł­niły poten­cjal­nie poważne błędy. Wie­dzie­li­śmy, że ten układ gwiezdny jest nie­zwy­kły. – Wyobraź sobie gwiazdę tak eks­tre­mal­nie zmienną, że prak­tycz­nie cał­ko­wi­cie się wyłą­cza na dwie­ście pięt­na­ście lat z każ­dych dwu­stu pięć­dzie­się­ciu. – Przez tysiąc­le­cia astro­fi­zycy nie­jed­nej cywi­li­za­cji pró­bo­wali prze­ko­nać swo­ich wład­ców, by wysłali w to miej­sce wyprawę. – Uśmiech­nął się. – Oczy­wi­ście do naszych cza­sów było to zbyt kosz­towne dla krain ludz­ko­ści. A jed­nak teraz stało się rów­no­cze­śnie celem dwóch ludz­kich wypraw. – Wszę­dzie wokół sto­łów poja­wiły się uśmie­chy i myśl co za fatalny pech. – Oczy­wi­ście nie doszło do tego bez powodu. W daw­nych cza­sach nie było praw­dzi­wej potrzeby takiej eks­pe­dy­cji, a teraz mamy powód: rasę, którą nazy­wa­cie Pają­kami. Zale­d­wie trze­cią odkrytą inte­li­gen­cję poza­ludzką. Na doda­tek jest mało praw­do­po­dobne, by w tak ponu­rym ukła­dzie pla­ne­tar­nym życie roz­wi­nęło się w spo­sób natu­ralny. Pająki muszą być potom­kami mię­dzy­gwiezd­nej rasy obcych – a cze­goś takiego ludz­kość nie napo­tkała jesz­cze ni­gdy. Może to być naj­więk­szy skarb zna­le­ziony kie­dy­kol­wiek przez Queng Ho, tym bar­dziej że obecna cywi­li­za­cja Pają­ków dopiero nie­dawno na nowo odkryła radio. Powinni być rów­nie bez­pieczni i ule­gli jak każda upa­dła cywi­li­za­cja Ludzi.

Nau zaśmiał się lek­ce­wa­żąco i zer­k­nął na kapi­tana Parka.

– Do nie­dawna nie zda­wa­łem sobie sprawy, jak nasze silne i słabe strony, nasze błędy i spo­strze­że­nia dosko­nale się uzu­peł­niają. Przy­by­wa­cie z dużo więk­szej odle­gło­ści, ale w bar­dzo szyb­kich stat­kach. My mie­li­śmy bli­żej, ale poświę­ci­li­śmy czas na zabra­nie więk­szych zaso­bów. Jedna i druga strona więk­szość prze­wi­działa pra­wi­dłowo. Sieci tele­sko­pów obser­wo­wały gwiazdę Bista­bilną, od kiedy tylko ludz­kość wkro­czyła w kosmos. Od stu­leci było wia­domo, że wokół gwiazdy krąży pla­neta o skła­dzie wska­zu­ją­cym na moż­li­wość utrzy­ma­nia życia. Gdyby Bista­bilna była zwy­kłą gwiazdą, pla­neta mogłaby być bar­dzo przy­jemna, a nie pozo­sta­wać zamro­żoną kulą śnie­gową, którą jest przez więk­szość czasu. W ukła­dzie Bista­bil­nej nie było żad­nych innych ciał pla­netarnych, a sta­ro­żytni astro­no­mo­wie potwier­dzili brak księ­życa jedy­nej znaj­du­ją­cej się tam pla­nety. Żad­nych innych pla­net typu ziem­skiego, gazo­wych olbrzy­mów, aste­roid… ani nawet obłoku kome­tar­nego. Prze­strzeń wokół Bista­bil­nej została wymie­ciona do czy­sta. Coś takiego nie było dziwne w pobliżu obiektu o kata­stro­fal­nej zmien­no­ści, a Bista­bilna mogła w prze­szło­ści wybu­chać… ale w takim razie jak prze­trwała ta jedna pla­neta? Była to jedna z tajem­nic tego miej­sca.

W pla­nach uwzględ­niono wszyst­kie znane fakty. Flota kapi­tana Parka spę­dziła krótki czas na miej­scu na gorącz­ko­wym bada­niu sys­temu i wydo­by­ciu kilku kilo­ton mate­ria­łów lot­nych z zamro­żo­nego świata. Wła­ści­wie zna­leźli w ukła­dzie cztery skały – będąc w dobrym nastroju, można by je nazwać aste­ro­idami. Były dziw­nymi obiek­tami: naj­więk­szy miał około dwóch kilo­me­trów dłu­go­ści, a wszyst­kie skła­dały się z litego dia­mentu. Naukowcy Tri­lan­dii nie­mal się pobili, pró­bu­jąc to wyja­śnić.

Jed­nak dia­men­tów nie da się jeść, przy­naj­mniej nie na surowo. Bez zwy­kłej mie­szanki miej­sco­wych sub­stan­cji lot­nych i rud życie floty mogłoby się stać bar­dzo nie­wy­godne. Cho­lerni Roz­wi­nięci byli rów­no­cze­śnie spóź­nieni i mieli szczę­ście. Naj­wy­raź­niej zabrali mniej spe­cja­li­stów nauko­wych i aka­de­mic­kich, wol­niej­sze statki kosmiczne… ale bar­dzo, bar­dzo dużo sprzętu.

Przy­wódca Roz­wi­nię­tych uśmiech­nął się łagod­nie i kon­ty­nu­ował.

– W ukła­dzie Bista­bil­nej jest tylko jedno miej­sce, gdzie dostępne są sub­stan­cje lotne: na samym świe­cie Pają­ków. – Prze­su­nął wzro­kiem po słu­cha­czach, zatrzy­mu­jąc spoj­rze­nie na dłu­żej na gościach. – Wiem, że to coś, co nie­któ­rzy z was mieli nadzieję opóź­nić do czasu, gdy Pająki znowu staną się aktywne… Jed­nak przy­dat­ność ukry­wa­nia się bywa ogra­ni­czona, a moja flota obej­muje cięż­kie promy. Dyrek­tor Rey­nolt – aha, tak się nazywa ta ruda! – zga­dza się z waszymi naukow­cami, że miej­scowi nie wyszli jesz­cze poza swoje pry­mi­tywne radio­na­daj­niki. Wszyst­kie Pająki są teraz zamro­żone pod zie­mią i pozo­staną tam do czasu, aż Bista­bilna znowu zaświeci. – Za mniej wię­cej rok. Przy­czyna cyklu Bista­bil­nej była zagadką, ale przej­ście z ciem­no­ści do świa­tła powta­rzało się w okre­sie, który nie zmie­nił się zauwa­żal­nie w ciągu ośmiu tysięcy lat.

Sie­dzący obok niego przy głów­nym stole S.J. Park też się uśmie­chał, zapewne rów­nie szcze­rze jak Tomas Nau. Kapi­tan floty Park nie był lubiany w Wydziale Leśnic­twa Tri­lan­dii, w czę­ści dla­tego, że ogra­ni­czył czas przy­go­to­wań do wylotu do abso­lut­nie nie­zbęd­nego mini­mum, choć nie było jesz­cze żad­nych dowo­dów na ist­nie­nie dru­giej floty. Park dopro­wa­dził też pra­wie do spa­le­nia sil­ni­ków pod­czas opóź­nio­nego hamo­wa­nia, by dole­cieć jesz­cze przed Roz­wi­nię­tymi. Mógł się słusz­nie cie­szyć fak­tem dotar­cia tu jako pierw­szy, ale nie zyskał na tym zbyt wiele: dia­men­towe skały i mały zapas sub­stan­cji lot­nych. Aż do pierw­szych lądo­wań nie wie­dzieli nawet, jak naprawdę wyglą­dają obcy. Te wycieczki, obej­mu­jące grze­ba­nie przy pomni­kach i pod­bie­ra­nie ze śmiet­nisk, sporo ujaw­niły… a teraz te infor­ma­cje muszą zostać prze­han­dlo­wane.

– Już czas nawią­zać współ­pracę – kon­ty­nu­ował Nau. – Nie wiem, ile dotarło do was z roz­mów pro­wa­dzo­nych przez nas w ciągu ostat­nich dwóch dni. Z pew­no­ścią poja­wiły się pogło­ski. Szcze­góły pozna­cie już nie­długo, ale kapi­tan Park, wasz Komi­tet Han­dlowy i ja uzna­li­śmy, że dzi­siej­szy wie­czór będzie dobrą oka­zją do przed­sta­wie­nia naszego wspól­nego celu. Pla­nu­jemy połą­czone lądo­wa­nie w znacz­nej sile. Głów­nym celem będzie zebra­nie przy­naj­mniej miliona ton wody i podob­nych ilo­ści rud metali. Mamy promy, które sto­sun­kowo łatwo się z tym upo­rają. W ramach dodat­ko­wych celów zosta­wimy na miej­scu ukryte czuj­niki i spró­bu­jemy doko­nać nie­wiel­kich badań doty­czą­cych kul­tury. Te wyniki i zasoby zostaną podzie­lone po równo mię­dzy naszymi dwiema eks­pe­dy­cjami. W prze­strzeni obie grupy użyją lokal­nych skał do ukry­cia naszych habi­ta­tów, praw­do­po­dob­nie w odle­gło­ści kilku sekund świetl­nych od Pają­ków. – Nau zer­k­nął na kapi­tana Parka. Czyli nie­które sprawy wciąż jesz­cze były oma­wiane.

Nau uniósł kie­li­szek.

– Tak więc toast. Za zakoń­cze­nie błę­dów i nasze wspólne przed­się­wzię­cie. Niech w przy­szło­ści zapa­nuje więk­sze sku­pie­nie.

* * *

– Hej, moja droga, to ja mia­łem tu być tym z para­noją, pamię­tasz? Myśla­łem, że mnie pobi­jesz za te wszyst­kie paskudne kupiec­kie podej­rze­nia.

Tri­xia uśmiech­nęła się lekko, ale nie odpo­wie­działa od razu. Przez całą drogę z ban­kietu Roz­wi­nię­tych była nie­ty­powo mil­cząca. Wró­cili do jej kabiny w tym­cza­sówce Kup­ców. Tutaj zwy­kle naj­bar­dziej otwar­cie oka­zy­wała swoją szczerą do bólu i uro­czą oso­bo­wość.

– Ich habi­tat zde­cy­do­wa­nie wyglą­dał miło – przy­znała w końcu.

– W porów­na­niu z naszą tym­cza­sówką jest dużo lep­szy. – Ezr pokle­pał pla­sti­kową ścianę. – Jak na coś zro­bio­nego z przy­wie­zio­nych ze sobą czę­ści wyszło im dosko­nale.

Tym­cza­sówka Queng Ho była nie­wiele wię­cej niż olbrzy­mim, podzie­lo­nym na czę­ści balo­nem. Sala gim­na­styczna i sale zebrań miały przy­zwo­ite roz­miary, ale trudno było to miej­sce nazwać ele­ganc­kim. Ele­gan­cję Kupcy zosta­wiali na więk­sze struk­tury, które mogli wznieść z miej­sco­wych mate­ria­łów. Tri­xia miała tylko dwa połą­czone pokoje, łącz­nie nieco ponad sto metrów sze­ścien­nych. Ściany nie miały zdo­bień, choć dziew­czyna ciężko pra­co­wała nad dzie­lo­nym obra­zo­wa­niem: jej rodzice i sio­stry, pano­rama z jakie­goś wiel­kiego tri­landz­kiego lasu. Sporą część jej biurka zapeł­niały histo­ryczne zdję­cia ze Sta­rej Ziemi sprzed ery kosmicz­nej. Były tam dwu­wy­mia­rowe zdję­cia pierw­szego Lon­dynu i pierw­szego Ber­lina, zdję­cia koni, samo­lo­tów i komi­sa­rzy. Wła­ści­wie tamte kul­tury były bar­dzo nija­kie w porów­na­niu z eks­tre­mami, jakie roze­grały się w histo­riach póź­niej­szych świa­tów. Jed­nak u zara­nia dzie­jów wszystko było odkry­wane po raz pierw­szy. Ni­gdy nie było cza­sów więk­szych marzeń ani więk­szej naiw­no­ści. Te czasy były spe­cjal­no­ścią Ezra, ku prze­ra­że­niu jego rodzi­ców i zdu­mie­niu więk­szo­ści przy­ja­ciół. A jed­nak Tri­xia go rozu­miała. Zara­nie dzie­jów było dla niej zapewne tylko hobby, ale uwiel­biała roz­ma­wiać o bar­dzo, bar­dzo sta­rych pierw­szych razach. Wie­dział, że ni­gdy nie znaj­dzie dru­giej takiej jak ona.

– Słu­chaj, Tri­xia, co cię dopa­dło? Chyba nie ma nic podej­rza­nego w tym, że Roz­wi­nięci mają miłe kwa­tery. Więk­szość wie­czoru byłaś zwy­kłą nie­roz­gar­niętą sobą. – Nie zare­ago­wała na przy­tyk. – Ale potem coś się zmie­niło. Co zauwa­ży­łaś?

Ode­pchnął się od biurka, by pod­le­cieć bli­żej miej­sca, gdzie sie­działa na ścien­nej sofie.

– To… to było kilka dro­bia­zgów i… – Się­gnęła, by ująć jego dłoń. – Wiesz, że mam talent do języ­ków. – Znowu krótki uśmie­szek. – Ich dia­lekt Nese jest tak podobny do stan­dardu trans­mi­sji, że w oczy­wi­sty spo­sób roz­wi­nęli się dzięki Sieci Queng Ho.

– Jasne. To wszystko pasuje do ich twier­dzeń. Są młodą kul­turą, która wycho­dzi z głę­bo­kiego upadku.

Czy ja będę jesz­cze musiał ich bro­nić? Oferta Roz­wi­nię­tych była roz­sądna, nie­mal hojna. I z rodzaju tych, przy któ­rych każdy dobry Kupiec od razu zwięk­szał czuj­ność. Jed­nak Tri­xia zoba­czyła coś innego, co ją zanie­po­ko­iło.

– Tak, ale posia­da­nie wspól­nego języka spra­wia, że trudno ukryć wiele rze­czy. Sły­sza­łam od nich mnó­stwo auto­ry­tar­nych zwro­tów… i wcale nie wyda­wały się zaszło­ściami. Roz­wi­nięci przy­wy­kli do posia­da­nia ludzi, Ezr.

– Masz na myśli nie­wol­ni­ków? To wysoko roz­wi­nięta cywi­li­za­cja tech­niczna, Tri­xia. Ludzie zna­jący tech­nikę nie są dobrymi nie­wol­ni­kami. Bez ich zaan­ga­żo­wa­nej współ­pracy wszystko się roz­pada.

Nie­spo­dzie­wa­nie ści­snęła jego rękę, nie gniew­nie, nie w zaba­wie, ale z inten­syw­no­ścią, jakiej jesz­cze ni­gdy u niej nie widział.

– Tak, tak. Ale nie znamy ich wszyst­kich per­wer­sji. Wiemy, że grają ostro. Spę­dzi­łam cały wie­czór, słu­cha­jąc tego czer­wo­na­wego blon­dyna sie­dzą­cego obok cie­bie i pary po mojej pra­wej. Słowo „han­del” nie przy­cho­dzi im łatwo. Jedyna rela­cja z Pają­kami, jaką sobie wyobra­żają, to wyzysk.

– Hmm. – Tri­xia taka wła­śnie była. Rze­czy, któ­rych w ogóle nie zauwa­żał, dla niej mogły sta­no­wić wielką róż­nicę. Cza­sami wyda­wały mu się bła­host­kami, nawet gdy je wyja­śniła, ale cza­sem jej wyja­śnie­nie było niczym reflek­tor odsła­nia­jący rze­czy, któ­rych sam nie zauwa­żył. – Nie wiem, Tri­xia. Zda­jesz sobie sprawę, że Queng Ho mogą brzmieć dość, uch, aro­gancko, gdy nie sły­szą nas klienci.

Tri­xia na chwilę odwró­ciła od niego wzrok i zapa­trzyła się na dziwne, ele­ganc­kie pokoje z jej rodzin­nego domu na Tri­lan­dii.

– Aro­gan­cja Queng Ho wywró­ciła mój świat do góry nogami, Ezr. Wasz kapi­tan Park roz­bił drzwi do sys­temu edu­ka­cji, otwo­rzył Leśnic­two… A to wszystko było tylko skut­kiem ubocz­nym.

– Nikogo nie zmu­sza­li­śmy…

– Wiem. Nikogo nie zmu­sza­li­ście. Leśnic­two chciało udziału w tej misji, a waszą ceną za ten udział było dostar­cze­nie pew­nych pro­duk­tów. – Uśmiech­nęła się zimno. – Nie narze­kam, Ezr. Bez aro­gan­cji Queng Ho ni­gdy nie dopusz­czono by mnie do pro­gramu wstęp­nego Leśnic­twa. Nie mia­ła­bym dok­to­ratu i nie byłoby mnie tutaj. Wy, Queng Ho, jeste­ście kan­cia­rzami, ale też jedną z lep­szych rze­czy, która przy­tra­fiła się mojej pla­ne­cie.

Ezr prze­by­wał w hiber­na­cji aż do ostat­niego roku na Tri­lan­dii. Szcze­góły doty­czące Klienta nie były dla niego cał­kiem jasne, a przed dzi­siej­szym wie­czo­rem Tri­xia nie była zbyt chętna, by o nich roz­ma­wiać. Hmm. Tylko jedna pro­po­zy­cja mał­żeń­stwa na mega­se­kundę: obie­cał jej, że nie będzie tego robił czę­ściej, ale… otwo­rzył usta, by powie­dzieć…

– Hej, cze­kaj! Jesz­cze nie skoń­czy­łam. Mówię teraz to wszystko, bo muszę cię prze­ko­nać: jest aro­gan­cja i aro­gan­cja, a ja potra­fię zoba­czyć róż­nicę. Ludzie przy tam­tym stole mówili bar­dziej jak tyrani niż Kupcy.

– A co z kel­ne­rami? Czy wyglą­dali na stłam­szo­nych pod­da­nych?

– Nie… bar­dziej na pra­cow­ni­ków. Wiem, że to się nie składa, ale nie widzie­li­śmy wszyst­kich ludzi Roz­wi­nię­tych. Może ofiary kryją się gdzie indziej. Jed­nak albo przez prze­sadną pew­ność sie­bie, albo zaśle­pie­nie Tomas Nau roz­gło­sił ich ból na wszyst­kich ścia­nach. – Popa­trzyła gniew­nie, widząc jego pyta­jące spoj­rze­nie. – Obrazy, do dia­ska!

Opusz­cza­jąc salę ban­kie­tową, Tri­xia prze­le­ciała powoli wzdłuż ścian, oglą­da­jąc kolejno wszyst­kie malo­wi­dła. Były pięk­nymi kra­jo­bra­zami róż­nych miejsc na pla­ne­cie lub w bar­dzo dużych habi­ta­tach. Wszyst­kie cha­rak­te­ry­zo­wały się sur­re­ali­zmem w zakre­sie oświe­tle­nia i geo­me­trii, a rów­no­cze­śnie pre­cy­zją szcze­gó­łów poszcze­gól­nych źdźbeł trawy.

– Tych obra­zów nie nama­lo­wali nor­malni, szczę­śliwi ludzie.

Ezr wzru­szył ramio­nami.

– Dla mnie wyglą­dały tak, jakby wszyst­kie nama­lo­wała jedna osoba. Są bar­dzo dobre, założę się, że to repro­duk­cje kla­syki, jak kra­jo­bra­zów zam­ko­wych z Can­berry Denga. – Kogoś z depre­sją mania­kalną kon­tem­plu­ją­cego swą ponurą przy­szłość. – Wielcy arty­ści czę­sto są nie­szczę­śliwi.

– Słowa godne praw­dzi­wego Kupca!

Przy­krył jej dło­nie swo­imi.

– Nie pró­buję się z tobą spie­rać, Tri­xia. Aż do tego ban­kietu to ja byłem nie­ufny.

– I wciąż taki jesteś, prawda? – Pyta­nie zostało zadane z dużym naci­skiem, bez śladu roz­ba­wie­nia.

– Tak. – Choć nie aż tak jak Tri­xia i nie z tych samych powo­dów. – Podzie­le­nie się przez Roz­wi­nię­tych połową ładunku z ich cięż­kich pro­mów jest tro­chę zbyt roz­sądne. – Musiały się za tym kryć jakieś ostre targi. Teo­re­tycz­nie moż­li­wo­ści inte­lek­tu­alne przy­wie­zio­nych przez Queng Ho aka­de­mi­ków były warte przy­naj­mniej tyle samo co cięż­kie promy, ale ten znak rów­no­ści był sub­telny i trudny do dowie­dze­nia. – Po pro­stu pró­buję zro­zu­mieć, co zoba­czy­łaś, a umknęło… No dobrze, przy­pu­śćmy, że sytu­acja jest naprawdę tak groźna, jak ją widzisz. Czy nie sądzisz, że kapi­tan Park i Komi­tet zdają sobie z tego sprawę?

– To co teraz myślą? Obser­wu­jąc waszych ofi­ce­rów w powrot­nym waha­dłowcu, odnio­słam wra­że­nie, że ludzie są teraz dość pozy­tyw­nie nasta­wieni do Roz­wi­nię­tych.

– Cie­szą się z doga­da­nia umowy. Nie wiem, co myślą ludzie z Komi­tetu Han­dlo­wego.

– Mógł­byś się dowie­dzieć, Ezr. Jeśli ten ban­kiet ich oszu­kał, możesz zażą­dać tward­szej postawy. Wiem, wiem: jesteś prak­ty­kan­tem, obo­wią­zują zasady i zwy­czaje, bla, bla, bla. Ale twój Ród jest wła­ści­cie­lem tej wyprawy!

Ezr sku­lił się w sobie.

– Tylko czę­ści.

Dziew­czyna pierw­szy raz poru­szyła ten temat. Do tej pory oboje – a przy­naj­mniej Ezr – bali się wyraź­nego przy­zna­nia tej róż­nicy ich sta­tusu. Oboje dzie­lili głę­boko zako­rze­niony lęk, że to dru­gie może po pro­stu jego/ją wyko­rzy­sty­wać. Rodzice Ezra Vinha i jego dwie ciotki byli wła­ści­cie­lami około jed­nej trze­ciej wyprawy: dwóch stat­ków stru­mie­nio­wych i trzech pro­mów. W sumie rodzina Vinh.23 posia­dała trzy­dzie­ści stat­ków roz­dzie­lo­nych mię­dzy kil­ka­na­ście przed­się­wzięć. Wyprawa na Tri­lan­dię była uboczną inwe­sty­cją, zasłu­gu­jącą jedy­nie na sym­bo­licz­nego członka Rodu. Za stu­le­cie lub trzy wróci do swo­jej rodziny, a wtedy Ezr Vinh będzie star­szy o dzie­sięć lub pięt­na­ście lat. Cie­szył się na to spo­tka­nie, na poka­za­nie rodzi­com, że ich chło­piec doj­rzał. A na razie bra­ko­wało mu jesz­cze wielu lat do moż­li­wo­ści wymu­sza­nia na innych swo­jego punktu widze­nia.

– Jest róż­nica mię­dzy posia­da­niem a zarzą­dza­niem, zwłasz­cza w moim wypadku, Tri­xia. Gdyby w wypra­wie uczest­ni­czyli moi rodzice, to ow­szem, mie­liby tu dużo do powie­dze­nia. Ale oni byli już „Tam i z powro­tem”. Ja jestem dużo bar­dziej prak­ty­kan­tem niż wła­ści­cie­lem. – I zali­czył już dowo­dzące tego upo­ko­rze­nia. Jedno, co można było z pew­no­ścią powie­dzieć o wła­ści­wej eks­pe­dy­cji Queng Ho: nie widziało się u nich nepo­ty­zmu, cza­sami wręcz prze­ciw­nie.

Tri­xia mil­czała przez dłuż­szą chwilę, pyta­jąco prze­su­wa­jąc spoj­rze­niem po twa­rzy Ezra. Co teraz? Vinh przy­po­mniał sobie ponurą radę ciotki Filipy na temat kobiet, które przy­wią­zują się do boga­tych mło­dych Kup­ców, roz­ko­chują ich w sobie, a potem pró­bują kie­ro­wać ich życiem… albo, co gor­sza, kie­ro­wać inte­re­sem Rodu. Ezr miał dzie­więt­na­ście lat, Tri­xia Bon­sol dwa­dzie­ścia pięć. Mogła sądzić, że wolno jej po pro­stu żądać. Och, Tri­xia, pro­szę, nie.

W końcu się uśmiech­nęła, dużo łagod­niej niż zwy­kle.

– Dobrze, Ezr. Zrób, co musisz, ale… zrób coś dla mnie, dobrze? Zasta­nów się nad tym, co powie­dzia­łam. – Obró­ciła się, wycią­gnęła rękę i łagod­nie pogła­skała go po twa­rzy. Jej poca­łu­nek był miękki, nie­śmiały.

dwa

Bachor cze­kał w zasadzce przed kajutą Ezra.

– Hej, Ezr, obser­wo­wa­łam cię wczo­raj wie­czo­rem.

Pra­wie go to zatrzy­mało. Ona mówi o ban­kie­cie. Komi­tet Han­dlowy trans­mi­to­wał rela­cję do całej floty.

– Jasne, Qiwi, widzia­łaś mnie na wideo. A teraz widzisz mnie na żywo. – Otwo­rzył drzwi, wle­ciał do środka. W jakiś spo­sób Bachor przy­le­piła się do niego na tyle bli­sko, że też się tu zna­la­zła. – To co tu robisz?

Qiwi była geniu­szem w zakre­sie wła­snej inter­pre­ta­cji pytań.

– Za dwa tysiące sekund mamy wspólną zmianę. Pomy­śla­łam, że mogli­by­śmy razem pójść do bak­te­ryki, powy­mie­niać się plot­kami.

Vinh zanur­ko­wał do dru­giego pokoju, tym razem zamy­ka­jąc przed nią drzwi. Prze­brał się w odzież robo­czą. Oczy­wi­ście Bachor wciąż cze­kał, gdy stam­tąd wyszedł.

Wes­tchnął.

– Nie mam żad­nych plo­tek. – Za dia­bła nie powtó­rzę tego, co mówiła Tri­xia.

Qiwi wyszcze­rzyła się trium­fal­nie.

– Ale ja mam. No chodź. – Otwo­rzyła zewnętrzne drzwi kajuty i wyko­nała ele­gancki prze­wrót w nie­waż­ko­ści, wyla­tu­jąc na publiczny kory­tarz. – Chcę porów­nać z tobą notatki na temat tego, co tam widzia­łeś, ale założę się, że mam dużo wię­cej. Komi­tet miał trzy kamery, włącz­nie z wej­ściem, więc widok był lep­szy od two­jego.

Ruszyła z nim w głąb kory­ta­rza, wyja­śnia­jąc, jak wiele razy prze­glą­dała nagra­nia, i opo­wia­da­jąc o wszyst­kich ludziach, z któ­rymi plot­ko­wała od tam­tej pory.

Vinh pierw­szy raz spo­tkał Qiwi Lin Liso­let jesz­cze pod­czas przy­go­to­wań do wylotu, w prze­strzeni Tri­lan­dii. Była ośmio­let­nią kupką czy­stej okrop­no­ści, która z jakie­goś powodu wła­śnie jego wybrała za cel swo­jej uwagi. Po posiłku albo sesji szko­le­nio­wej zakra­dała się za niego i waliła go w ramię, a im bar­dziej się zło­ścił, tym więk­szą spra­wiało jej to przy­jem­ność. Jeden solidny cios w odpo­wie­dzi zde­cy­do­wa­nie zmie­niłby jej podej­ście, ale nie można prze­cież bić ośmio­latki. Miała o dzie­więć lat za mało do obo­wią­zu­ją­cego mini­mum wieku człon­ków załogi. Miej­sce dla dzieci było przed podró­żami albo po nich, a nie w zało­gach, zwłasz­cza kie­ru­ją­cych się w bar­dzo izo­lo­wane miej­sca. Jed­nak matka Qiwi była wła­ści­cielką dwu­dzie­stu pro­cent wyprawy… Ród Liso­let.17 był praw­dzi­wie matriar­chalny, wywo­dził się ze Strent­manna, daleko w prze­strzeni Queng Ho. Mieli dziwny wygląd i dziwne zwy­czaje. Musiało zostać zła­ma­nych mnó­stwo zasad, ale w końcu mała Qiwi stała się człon­ki­nią załogi. W podróży spę­dziła wię­cej lat obu­dzona niż kto­kol­wiek poza załogą Wachty. Mię­dzy gwiaz­dami upły­nęła duża część jej życia, w towa­rzy­stwie nie­licz­nych doro­słych, czę­sto nawet bez rodzi­ców. Sama ta myśl wystar­czała, by wystu­dzić dużą część iry­ta­cji Vinha. Biedne maleń­stwo. Choć już wcale nie była taka mała. Qiwi musiała mieć czter­na­ście lat, a teraz jej ataki fizyczne zostały w dużym stop­niu zastą­pione ata­kami słow­nymi, co było dobrą zmianą, bio­rąc pod uwagę dosto­so­waną do wyso­kiego cią­że­nia budowę fizyczną Strent­man­n­czy­ków.

Teraz oboje sunęli przez główną oś tym­cza­sówki.

– Cześć, Raji, jak inte­resy?

Qiwi witała się i uśmie­chała do co dru­giego mija­nego członka załogi. W ciągu mega­se­kund przed przy­by­ciem Roz­wi­nię­tych kapi­tan Park roz­mro­ził pra­wie połowę załogi floty, co wystar­czyło do obsługi wszyst­kich pojaz­dów i całej broni, z zapa­sem na wszelki wypa­dek. Tysiąc pięć­set osób nie byłoby niczym wię­cej niż dużą imprezą w tym­cza­sówce jego rodzi­ców, ale tutaj gene­ro­wało tłok, choć wielu pod­czas swo­ich zmian prze­by­wało na pokła­dzie stat­ków. Przy takiej licz­bie ludzi zaczy­nało się naprawdę zauwa­żać, że pomiesz­cze­nia miesz­kalne są tym­cza­sowe i że co chwila nadmu­chi­wane są nowe prze­działy. Główna oś była zale­d­wie punk­tem styku czte­rech bar­dzo dużych balo­nów. Powierzch­nie falo­wały cza­sami, gdy cztery lub pięć osób musiało się minąć rów­no­cze­śnie.

– Nie ufam Roz­wi­nię­tym, Ezr. Po tych wszyst­kich prze­mo­wach o hoj­no­ści z rado­ścią pode­rżną nam gar­dła.

Vinh burk­nął z iry­ta­cją.

– To czemu się tyle szcze­rzysz?

Prze­le­cieli wzdłuż prze­zro­czy­stego odcinka mate­riału, praw­dzi­wego okna, nie tapety. Z dru­giej strony znaj­do­wał się park tym­cza­sówki. Tak naprawdę nie był o wiele obszer­niej­szy od dużego bon­sai, ale zapewne mie­ścił wię­cej wol­nej prze­strzeni i żywych orga­ni­zmów, niż znaj­do­wało się w całym ste­ryl­nym habi­ta­cie Roz­wi­nię­tych. Qiwi odwró­ciła do niego głowę i przez krótką chwilę mil­czała. Żywe rośliny i zwie­rzęta były chyba jedy­nym, co potra­fiło ją skło­nić do ciszy. Jej ojciec był inży­nie­rem pod­trzy­my­wa­nia życia floty… oraz arty­stą bon­sai zna­nym w całej prze­strzeni Queng Ho.

Potem dziew­czyna gwał­tow­nie wró­ciła do chwili obec­nej. Na jej usta wypły­nął wynio­sły uśmiech.

– Ponie­waż jeste­śmy Queng Ho, jeśli choć na chwilę sobie o tym przy­po­mnimy! Mamy nad tymi nuwo­ry­szami prze­wagę tysięcy lat prze­bie­gło­ści. „Roz­wi­nięci”, niech mnie w łokieć całują. Osią­gnęli to, co mają, dzięki słu­cha­niu publicz­nej Sieci Queng Ho. Bez Sieci wciąż pomiesz­ki­wa­liby we wła­snych ruinach.

Kory­tarz zwę­ził się i wykrzy­wił w rożek. Dobie­ga­jące z tyłu i z góry odgłosy załogi zro­biły się przy­tłu­mione przez tka­ninę. Dotarli do naj­bar­dziej wewnętrz­nego pęche­rza tym­cza­sówki. Poza dźwi­ga­rami i gene­ra­to­rami była to jedyna abso­lut­nie nie­zbędna część tym­cza­sówki: jama bak­te­ryki.

Służba tutaj była nie­przy­jemna i naj­bar­dziej pod­sta­wowa z moż­li­wych, pole­gała na czysz­cze­niu fil­trów bak­te­ryj­nych pod sadzaw­kami hydro­po­nicz­nymi. Tu, w dole, rośliny nie pach­niały przy­jem­nie. Wła­ści­wie o ich dobrym sta­nie zdro­wia świad­czył ide­alny smród zgni­li­zny. Więk­szość prac mogła zostać wyko­nana przez maszyny, ale cza­sami konieczne było podej­mo­wa­nie decy­zji wykra­cza­ją­cych poza moż­li­wo­ści naj­lep­szej auto­ma­tyki, a nikt nawet nie zawra­cał sobie głowy opra­co­wy­wa­niem zdal­nych urzą­dzeń. Na pewien spo­sób było to bar­dzo odpo­wie­dzialne zada­nie. Wystar­czyła jedna głu­pia pomyłka, a szczep bak­te­rii mógł prze­do­stać się przez błonę do gór­nych zbior­ni­ków. Jedze­nie sma­ko­wa­łoby jak wymio­ciny, a woń mogła dotrzeć do sys­te­mów wen­ty­la­cji. Jed­nak nawet naj­gor­szy błąd praw­do­po­dob­nie nikogo by nie zabił – na stat­kach stru­mie­nio­wych wciąż ist­niały bak­te­ryki, wszyst­kie trzy­mane w ści­słej wza­jem­nej izo­la­cji.

To było miej­sce do nauki, ide­alne według norm suro­wych nauczy­cieli: praca była wyma­ga­jąca inte­lek­tu­al­nie i nie­przy­jemna fizycz­nie, a każdy błąd mógł dopro­wa­dzić do wstydu, któ­rego bar­dzo trudno byłoby się pozbyć.

Qiwi zapi­sała się tu na dodat­kową służbę. Twier­dziła, że kocha to miej­sce.

– Tata mówi, że trzeba zacząć od naj­mniej­szych żyją­tek, zanim będzie można się zająć więk­szymi orga­ni­zmami. – Była cho­dzącą ency­klo­pe­dią bak­te­rii, ich powią­za­nych szla­ków meta­bo­licz­nych, ście­ko­wych bukie­tów odpo­wia­da­ją­cych róż­nym kom­bi­na­cjom i cha­rak­te­ry­styk szcze­pów, któ­rym zaszko­dziłby kon­takt z ludźmi (szczę­śliw­cami, któ­rzy ni­gdy nie poczu­liby ich woni).

W ciągu pierw­szego tysiąca sekund Ezr o mało co nie popeł­nił dwóch błę­dów. Oczy­wi­ście się na nich zła­pał, ale Qiwi zauwa­żyła. Nor­mal­nie drę­czy­łaby go bez ustanku z powodu błę­dów, ale dzi­siaj pochła­niały ją plany doty­czące Roz­wi­nię­tych.

– Wiesz, czemu nie przy­wieź­li­śmy żad­nych cięż­kich pro­mów?

Ich dwa naj­więk­sze lądow­niki mogły prze­wieźć z powierzchni na orbitę tylko tysiąc ton. Mając dość czasu, zebra­liby wszyst­kie potrzebne im mate­riały lotne, ale oczy­wi­ście przy­by­cie Roz­wi­nię­tych wła­śnie tego czasu ich pozba­wiło. Ezr wzru­szył ramio­nami i nie ode­rwał wzroku od pobie­ra­nej wła­śnie próbki.

– Znam plotki.

– Ha. Ja nie potrze­buję plo­tek. I sam doszedł­byś do prawdy, gdy­byś tro­chę poli­czył. Kapi­tan floty Park domy­ślił się, że możemy mieć towa­rzy­stwo. Zabrał ze sobą mini­malną liczbę lądow­ni­ków i habi­ta­tów, ale za to spro­wa­dził mnó­stwo dział i ato­mó­wek.

– Może. – Z pew­no­ścią.

– Pro­blem w tym, że cho­lerni Roz­wi­nięci są na tyle bli­sko, że zabrali dużo wię­cej mate­riału, a i tak dotarli tu zaraz po nas.

Ezr nie odpo­wie­dział, ale to nie miało zna­cze­nia.

– W każ­dym razie słu­cha­łam plo­tek. Musimy być naprawdę bar­dzo, bar­dzo ostrożni. – I zajęła się oma­wia­niem tak­tyk woj­sko­wych oraz spe­ku­la­cji doty­czą­cych sys­te­mów uzbro­je­nia Roz­wi­nię­tych.

Matka Qiwi była zastęp­czy­nią kapi­tana floty, ale rów­nież zbroj­mi­strzy­nią. Zbroj­mi­strzy­nią Strent­man­nką. Więk­szość czasu spę­dzo­nego przez Bachora w locie poświę­cono na mate­ma­tykę, tra­jek­to­rie i inży­nie­rię. Bak­te­ryka i bon­sai wyni­kały z wpły­wów ojca. Potra­fiła oscy­lo­wać mię­dzy krwio­żer­czą wojow­niczką, prze­bie­głą Kup­czy­nią i artystką bon­sai, a wszystko w ciągu paru sekund. Jak jej rodzi­com w ogóle przy­szło do głowy, żeby się pobrać? I jakie samotne, pokrę­cone dziecko spro­wa­dzili na świat.

– Tak więc mogli­by­śmy poko­nać Roz­wi­nię­tych w uczci­wej walce – oświad­czyła Qiwi. – A oni o tym wie­dzą. To dla­tego są tacy mili. Musimy teraz tylko odpo­wied­nio ich wyko­rzy­stać, bo potrze­bu­jemy ich cięż­kich pro­mów, a potem, jeśli dotrzy­mają umowy, oni się wzbo­gacą, ale my jesz­cze bar­dziej. Te bła­zny nie potra­fi­łyby sprze­dać powie­trza tym­cza­sówce bez zbior­ni­ków. Jeśli wszystko roze­gra się uczci­wie, wyj­dziemy z tej ope­ra­cji, mając nad nią kon­trolę.

Ezr zakoń­czył sekwen­cję i pobrał kolejną próbkę.

– Cóż – sko­men­to­wał – Tri­xia uważa, że oni wcale nie patrzą na to jak na inte­rak­cje han­dlowe.

– Hm. – Zabawne, jak Qiwi obra­żała nie­mal wszystko, co miało zwią­zek z Vin­hem… z wyjąt­kiem Tri­xii. Prze­waż­nie ją igno­ro­wała. Dziew­czyna zro­biła się nie­ty­powo cicha. Na pra­wie sekundę. – Myślę, że twoja przy­ja­ciółka ma rację. Słu­chaj, Vinh, naprawdę nie powin­nam ci tego mówić, ale w Komi­te­cie Han­dlo­wym doszło do poważ­nego podziału. – O ile jej matka nie mówiła przez sen, to musiały być wymy­sły. – Zga­duję, że w Komi­te­cie są jacyś dur­nie, widzący w tym wyłącz­nie nego­cja­cje biz­ne­sowe, w któ­rych każda strona wkłada szczery wysi­łek we wspólne dzieło, i oczy­wi­ście to my mamy naj­lep­szych nego­cja­to­rów. Nie rozu­mieją, że jeśli zgi­niemy, nie będzie miało zna­cze­nia, że druga strona dozna strat. Musimy przez to przejść i być gotowi na pułapkę.

Na swój wła­sny, krwawy spo­sób Qiwi brzmiała dość podob­nie do Tri­xii.

– Mama nie powie­działa tego wprost, ale mogło dojść do impasu. – Zer­k­nęła na niego z ukosa jak dziecko bawiące się w spi­sek. – Jesteś wła­ści­cie­lem, Ezr. Mógł­byś poroz­ma­wiać z…

– Qiwi!

– Jasne, jasne. Niczego nie mówi­łam. Nic nie powie­dzia­łam!

Dała mu spo­kój na jakieś sto sekund czy coś koło tego, a potem zaczęła opo­wia­dać o swo­ich pla­nach zaro­bie­nia na Roz­wi­nię­tych, „jeśli prze­ży­jemy kilka następ­nych mega­se­kund”. Gdyby nie ist­niały pla­neta Pają­ków i gwiazda Bista­bilna, Roz­wi­nięci sta­liby się odkry­ciem stu­le­cia w tej czę­ści tery­to­rium Queng Ho. Z obser­wa­cji dzia­łań ich floty jed­no­znacz­nie wyni­kało, że wyjąt­kowo dobrze radzą sobie z auto­ma­tyką i pla­no­wa­niem sys­te­mów. Choć rów­no­cze­śnie ich statki kosmiczne były o połowę wol­niej­sze od tych Queng Ho, a nauki bio­lo­giczne w rów­nym stop­niu pozo­sta­wały w tyle. Qiwi miała sto pomy­słów na obró­ce­nie całej sytu­acji w zysk.

Ezr pozwo­lił, by jej słowa po nim spły­wały, led­wie sły­szane. Kiedy indziej mógłby się zatra­cić w sku­pie­niu na pracy, którą się zaj­mo­wał, ale pod­czas tej zmiany nie było na to szans. Reali­za­cja pla­nów obej­mu­ją­cych dwa stu­le­cia spro­wa­dzała się teraz do kilku kry­tycz­nych kilo­se­kund i po raz pierw­szy zaczął się zasta­na­wiać nad dzia­ła­niami kie­row­nic­twa floty. Tri­xia była out­si­derką, jed­nak genialną i mającą inny punkt widze­nia niż uro­dzeni Kupcy. Bachor była bystra, choć zwy­kle jej opi­nie były bez­war­to­ściowe. Tym razem… może mama fak­tycz­nie ją do tego pod­pu­ściła. Per­spek­tywa Kiry Pen Liso­let została ukształ­to­wana bar­dzo daleko, tak jak to tylko moż­liwe w gra­ni­cach tere­nów Queng Ho, i mogła uwa­żać, że nasto­letni prak­ty­kant może wpły­nąć na sytu­ację tylko dla­tego, że pocho­dzi z Rodu wła­ści­cieli. Szlag.

Zmiana mijała bez dal­szych głęb­szych myśli. Skoń­czy ją za tysiąc pięć­set sekund. Jeśli odpu­ści sobie lunch, będzie miał czas się prze­brać… i popro­sić o spo­tka­nie z kapi­ta­nem Par­kiem. W ciągu dwóch subiek­tyw­nych lat, gdy uczest­ni­czył w wypra­wie, ni­gdy nie pró­bo­wał wyko­rzy­sty­wać powią­zań rodziny. I w czym tak naprawdę mogę teraz pomóc? Czy fak­tycz­nie mogę prze­ła­mać impas? Zamar­twiał się tym pro­ble­mem aż do końca zmiany. Wciąż nad tym myślał, zdej­mu­jąc kom­bi­ne­zon do pracy w bak­te­ryce… i dzwo­niąc do kapi­tań­skiego sekre­ta­rza.

Uśmiech Qiwi był wyjąt­kowo bez­czelny.

– Powiedz im pro­sto z mostu, Vinh. To musi być ope­ra­cja bojowa.

Gestem kazał się jej uci­szyć, a potem zauwa­żył, że jego połą­cze­nie nie zostało ode­brane. Zablo­ko­wane? Ezr przez moment poczuł falę ulgi, a potem zauwa­żył, że wyprze­dził go przy­cho­dzący roz­kaz… z biura kapi­tana Parka. „Zgło­sić się o 5.20.00 w sali pla­no­wa­nia kapi­tana floty…”. Jak brzmiało to sta­ro­żytne prze­kleń­stwo o speł­nia­niu życzeń? Gdy wspi­nał się do śluz waha­dłow­ców tym­cza­sówki, myśli Ezra Vinha były mocno zmie­szane.

Qiwi Lin Liso­let nie było już ni­gdzie na widoku: dziew­czyna nie była taka głu­pia.

* * *

Wcale nie spo­tkał się z jakimś ofi­ce­rem szta­bo­wym. Ezr zja­wił się w sali pla­no­wa­nia kapi­tana floty na pokła­dzie QHS „Pham Nuwen” i zastał tam kapi­tana floty… oraz cały Komi­tet Han­dlowy wyprawy. Nie wyglą­dali na zado­wo­lo­nych. Vinh zdo­łał tylko rzu­cić ukrad­kowe spoj­rze­nie, zanim sta­nął na bacz­ność przy słupku zako­twi­cza­ją­cym. Kątem oka szybko poli­czył zebra­nych. Tak, byli tu wszy­scy. Wisieli wokół stołu kon­fe­ren­cyj­nego sali, a ich spoj­rze­nia wcale nie wyglą­dały przy­jaź­nie.

Park przy­jął sztywną pozy­cję Ezra szorst­kim mach­nię­ciem dłoni.

– Spo­cznij, prak­ty­kan­cie.

Trzy­sta lat temu, gdy Ezr miał pięć lat, kapi­tan Park odwie­dził rodzinną tym­cza­sówkę Vin­hów w prze­strzeni Can­berry. Jego rodzice potrak­to­wali go po kró­lew­sku, choć nie był nawet star­szym kapi­tanem. Ezr zapa­mię­tał głów­nie par­kowe pre­zenty od kogoś, kto wyda­wał się szcze­rze przy­ja­zny.

Przy następ­nym spo­tka­niu Vinh był sie­dem­na­sto­let­nim przy­szłym prak­ty­kan­tem, a Park zaj­mo­wał się wypo­sa­ża­niem floty lecą­cej na Tri­lan­dię. Co za róż­nica. Od tam­tej pory wymie­nili może w sumie sto słów, i to tylko przy for­mal­nych oka­zjach. Ezr bar­dzo cie­szył się z tej ano­ni­mo­wo­ści, a w tej chwili oddałby za nią nie­mal wszystko.

Kapi­tan Park wyglą­dał tak, jakby wła­śnie ugryzł coś bar­dzo kwa­śnego. Rozej­rzał się po człon­kach Komi­tetu Han­dlo­wego, a Vinh zaczął się nagle zasta­na­wiać, na kogo wła­ści­wie się tak zło­ści.

– Młody Vi… prak­ty­kan­cie Vinh. Mamy tu… nie­ty­pową sytu­ację. Znasz deli­kat­ność sytu­acji, w jakiej zna­leź­li­śmy się po przy­by­ciu Roz­wi­nię­tych. – Kapi­tan nie wyglą­dał tak, jakby spo­dzie­wał się odpo­wie­dzi, i „tak jest” Ezra zga­sło, zanim dotarło do jego ust. – W tej chwili moż­li­wych jest kilka spo­so­bów postę­po­wa­nia. – Znowu rzut oka na człon­ków Komi­tetu.

Ezr zro­zu­miał wresz­cie, że Qiwi Liso­let wcale nie opo­wia­dała kom­plet­nych bzdur. Kapi­tan floty miał bez­względną wła­dzę w sytu­acjach tak­tycz­nych i w zwy­kłych warun­kach prawo weta w kwe­stiach stra­te­gicz­nych, ale w przy­padku istot­nych zmian celów wyprawy był na łasce swo­jego Komi­tetu Han­dlo­wego. A w tym wypadku coś poszło nie tak. To nie był zwy­kły pat – w takich sytu­acjach kapi­ta­no­wie floty mieli decy­du­jący głos. Nie, ten impas musiał ocie­rać się o bunt klasy kie­row­ni­czej. Nauczy­ciele w szkole wspo­mi­nali o takich sytu­acjach, mówiąc, że gdyby kie­dyś do tego doszło, to poten­cjal­nie młod­szy wła­ści­ciel mógł zyskać głos w pro­ce­sie decy­zyj­nym. Sta­jąc się kimś w rodzaju kozła ofiar­nego.

– Pierw­sza moż­li­wość – kon­ty­nu­ował kapi­tan Park, igno­ru­jąc ponure wnio­ski prze­my­ka­jące przez głowę Vinha. – Zgo­dzimy się na grę pro­po­no­waną przez Roz­wi­nię­tych. Wspólne ope­ra­cje. Wspólna kon­trola nad wszyst­kimi pojaz­dami w nad­cho­dzą­cej misji na pla­ne­cie.

Ezr przyj­rzał się człon­kom Komi­tetu. Kira Pen Liso­let sie­działa obok kapi­tana floty, ubrana w zie­lony mun­dur rodu Liso­letów. Była nie­mal rów­nie drobna jak Qiwi, z poważ­nymi i sku­pio­nymi rysami twa­rzy. Jed­nak ema­no­wało z niej wra­że­nie czy­stej fizycz­nej siły. Typ ciała Strent­man­n­czy­ków był eks­tre­malny nawet według stan­dar­dów róż­no­rod­no­ści Queng Ho. Nie­któ­rzy Kupcy czer­pali dumę z ukry­wa­nia swo­ich uczuć, ale nie Kira Pen Liso­let. Kira Liso­let fak­tycz­nie odczu­wała odrazę do pierw­szej „moż­li­wo­ści” Parka w stop­niu, w jakim twier­dziła Qiwi.

Ezr sku­pił uwagę na innej zna­jo­mej twa­rzy. Sum Dotran. Komi­tety kie­row­ni­cze sta­no­wiły elitę. Nie zna­la­zło się w nich wielu aktyw­nych wła­ści­cieli, więk­szość człon­ków było zawo­do­wymi pla­ni­stami pra­cu­ją­cymi na udziały, które pozwo­li­łyby im posia­dać wła­sne statki. Do tego nie­wiele było tam osób w bar­dzo pode­szłym wieku. Więk­szość tych naprawdę sta­rych było dosko­na­łymi eks­per­tami, szcze­rze pre­fe­ru­ją­cymi zarzą­dza­nie nad jakąś formę wła­sno­ści. Sum Dotran był jedną z takich osób. Kie­dyś pra­co­wał nawet dla rodziny Vinh. Ezr domy­ślał się, że on także sprze­ci­wiał się pierw­szej „moż­li­wo­ści” Parka.

– Druga moż­li­wość: osobne struk­tury kon­tro­lne, bez lądo­wań z mie­sza­nymi zało­gami. Ujaw­nimy się Pają­kom naj­szyb­ciej, jak będzie to prak­tyczne.

I niech Bóg Han­dlu zde­cy­duje, kto będzie wiel­kim zwy­cięzcą, a kto prze­gra­nym. Gdy do gry dołą­czy trzeci gracz, poten­cjalna prze­waga pro­stej zdrady powinna się zmniej­szyć. W ciągu kilku lat ich sto­sunki z Roz­wi­nię­tymi powinny osią­gnąć sto­sun­kowo zwy­kły poziom kon­ku­ren­cyj­no­ści. Oczy­wi­ście Roz­wi­nięci mogą uznać jed­no­stronny kon­takt za akt zdrady. Ich pech. Vinh miał wra­że­nie, że to podej­ście popie­rała przy­naj­mniej połowa Komi­tetu… ale nie Sum Dotran. Sta­ru­szek poru­szył lekko głową w stronę Vinha, jed­no­znacz­nie wyra­ża­jąc swoją opi­nię.

– Trze­cia moż­li­wość: paku­jemy nasze tym­cza­sówki i wra­camy na Tri­lan­dię.

Oszo­ło­miony wyraz twa­rzy Vinha musiał być oczy­wi­sty. Sum Dotran doło­żył uza­sad­nie­nie.

– Młody Vinhu, kapi­tan chce powie­dzieć, że druga strona ma prze­wagę liczebną, praw­do­po­dob­nie także w zakre­sie siły ognia. Nikt z nas nie ufa tym Roz­wi­nię­tym, a jeśli zwrócą się prze­ciw nam, nie będzie ucieczki. Zbyt duże ryzyko…

Kira Pen Liso­let wal­nęła w stół.

– Pro­te­stuję! To spo­tka­nie w ogóle jest absur­dalne. Co gor­sza, widzimy teraz jasno, że Sum Dotran po pro­stu wyko­rzy­stuje je, by wymu­sić wła­sne poglądy. – To by było tyle, jeśli cho­dzi o jego teo­rię, że Qiwi działa w imie­niu swo­jej mamy.

– Oboje zakłó­ca­cie porzą­dek! – Kapi­tan Park urwał na chwilę, wpa­tru­jąc się w Komi­tet. – Czwarta moż­li­wość: wyko­namy ude­rze­nie wyprze­dza­jące na flotę Roz­wi­nię­tych i zdo­bę­dziemy układ dla sie­bie.

– Podej­miemy próbę zdo­by­cia go – sko­ry­go­wał Dotran.

– Pro­te­stuję! – Znowu Kira Pen Liso­let. Mach­nęła ręką, przy­wo­łu­jąc współ­dzie­lone obrazy. – Atak wyprze­dza­jący to jedyny pewny spo­sób postę­po­wa­nia.

Obraz Liso­let nie pre­zen­to­wał gwiazd ani tele­sko­po­wego widoku pla­nety Pają­ków. Nie zawie­rał też wykre­sów orga­ni­za­cyj­nych czy roz­kła­dów cza­so­wych, tak czę­sto pochła­nia­ją­cych uwagę pla­ni­stów. W tym wypadku było to coś przy­po­mi­na­ją­cego pla­ne­tarne sche­maty floty, pre­zen­tu­jące pozy­cje i wek­tory obu flot wzglę­dem sie­bie, pla­nety Pają­ków i gwiazdy Bista­bil­nej. Obrysy wykre­ślały przy­szłe pozy­cje w odpo­wied­nich ukła­dach współ­rzęd­nych. Dia­men­towe skały rów­nież zostały ozna­czone. Były tam też inne znacz­niki, tak­tyczne sym­bole woj­skowe, pre­zen­tu­jące giga­tony, rakiety i środki wojny elek­tro­nicz­nej.

Ezr zapa­trzył się na obrazy i spró­bo­wał sobie przy­po­mnieć zaję­cia z woj­sko­wo­ści. Plotki doty­czące taj­nego ładunku kapi­tana Parka oka­zały się prawdą. Wyprawa Queng Ho miała zęby – dłuż­sze i ostrzej­sze niż jaka­kol­wiek zwy­kła flota han­dlowa. Zbroj­mi­strze Queng Ho mieli też tro­chę czasu na przy­go­to­wa­nia i wyraź­nie go wyko­rzy­stali, nawet jeśli układ Bista­bil­nej był pusty ponad wszelką przy­zwo­itość, bez dobrych miejsc na przy­go­to­wa­nie zasa­dzek i ukry­cie rezerw.