69,00 zł
Fantastyka naukowa w największej skali: kilkutysięczna załoga wyrusza w wielowiekową podróż do najdalszych zakątków Przestrzeni Ludzi.
Powieść, której akcja rozgrywa się przed wydarzeniami opisanymi w „Ogniu nad otchłanią”, zachwyca rozmachem i wciąga od pierwszych stron. „Głębia w niebie” opowiada historię Phama Nuwena, jednego z członków międzygwiezdnej floty handlowej Queng Ho.
Wraz z Rozwiniętymi przybywa on na orbitę Arachny – pogrążonej w wieloletnim mroku planety, która wkrótce przebudzi się wraz z ponownym zapłonem Gwiazdy Bistabilnej. Obie ekspedycje zamierzają wykorzystać nadchodzącą erę rozwoju technologicznego i handlu na świecie zamieszkanym przez obcą rasę. Jednak podczas gdy Queng Ho kierują się przede wszystkim chęcią zysku, plany Rozwiniętych są znacznie bardziej złowieszcze i w dużej mierze opierają się na przemocy oraz ludobójstwie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 2129
Tytuł oryginału: A Deepness in the Sky
Copyright © 1999 by Vernor Vinge Copyright for the Polish translation © 2026 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Sylwia Sandowska-Dobija Korekta: Urszula Okrzeja, Bartosz Szpojda Projekt graficzny serii, projekt okładki oraz ilustracja na okładce: Dark Crayon
Nazwa serii: Vanrad Redaktor serii: Andrzej Miszkurka ISBN 978-83-68919-70-7 Numer: wydanie II/D0
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Dla Poula Andersona.
Ucząc się pisania fantastyki naukowej, miałem wiele wspaniałych wzorów, ale dzieła Poula Andersona znaczyły dla mnie więcej niż wszystkie pozostałe. Poza tym Poul obdarzył mnie i świat niezwykłym skarbem wspaniałych, ciekawych historii – i wciąż to robi.
Bardziej osobiście, zawsze będę wdzięczny Poulowi i Karen Andersonom za gościnność, jaką okazali pewnemu młodemu pisarzowi fantastyki naukowej w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku.
V.V.
Akcja tej powieści dzieje się za tysiące lat. Związek z naszymi językami i systemami pisma jest bardzo luźny, jednak brzmienie początku nazwy „Queng Ho” jest bardzo zbliżone do głoski „cz”. (Trixia Bonsol zrozumiałaby ten problem!).
Poszukiwania objęły ponad sto lat świetlnych i osiem stuleci. Zawsze były prowadzone potajemnie i nie zdawali sobie z tego sprawy nawet niektórzy ich uczestnicy. We wczesnych latach obejmowały po prostu ukryte w transmisjach radiowych zaszyfrowane zapytania. Mijały dziesięciolecia i wieki. Pojawiały się poszlaki, wywiady z towarzyszami podróży obiektu, prowadzące w sprzecznych kierunkach. Obiekt był teraz sam i kierował się coraz dalej; zmarł, zanim w ogóle zaczęły się poszukiwania; miał flotę bojową i wracał się zemścić.
Z czasem najbardziej wiarygodne historie zaczęły wykazywać wspólne elementy. Dowody zrobiły się dostatecznie solidne, by pewne statki zmieniły harmonogramy i leciały przez dziesięciolecia, by poszukać kolejnych wskazówek. Z powodu okrężnych tras i opóźnień przepadły fortuny, ale straty dotykały kilku z największych Rodów handlowych i nie stanowiły katastrofy. Byli dość bogaci, a te poszukiwania były na tyle ważne, że nie miało to większego znaczenia. Obszar poszukiwań został zawężony: obiekt podróżował samotnie, był niewyraźną plamą wielu tożsamości, ciągiem jednorazowych zatrudnień na pomniejszych jednostkach handlowych, choć zawsze kierujących się coraz głębiej w ten koniec Przestrzeni Ludzi. Poszukiwania zawężały obszar ze stu lat świetlnych do pięćdziesięciu, potem dwudziestu… i do zaledwie kilku układów gwiezdnych.
Aż w końcu poszukiwanie wskazało na pojedynczy świat na skraju Przestrzeni Ludzi od strony jądra. Teraz Sammy mógł uzasadnić przydzielenie floty specjalnie do zakończenia poszukiwań. Załoga, a nawet większość właścicieli, nie znała prawdziwego celu misji, ale miał on spore szanse doprowadzić polowania do końca.
Sammy osobiście zszedł na powierzchnię Trilandii. Choć raz miało to sens, żeby kapitan floty sam wykonał pracę na miejscu: Sammy był jedyną osobą we flocie, która osobiście spotkała tego człowieka. A dzięki obecnej popularności jego floty tutaj mógł z łatwością poradzić sobie z wszelkimi możliwymi przeszkodami biurokratycznymi. To były dobre powody… choć Sammy wiedział, że i tak zszedłby na dół. Czekałem tak bardzo długo, a już za chwilę wreszcie go odnajdę.
– Czemu miałbym panu pomagać kogoś znaleźć? Nie jestem pańską matką! – Drobny człowieczek wycofał się w głąb swojego biura. Drzwi za jego plecami rozsunęły się na pięć centymetrów i Sammy dostrzegł wyglądające przez szczelinę wystraszone dziecko. Drobny człowieczek zatrzasnął drzwi z powrotem i popatrzył gniewnie na funkcjonariuszy Leśnictwa, którzy wprowadzili Sammy’ego do budynku. – Powiem to jeszcze raz: pracuję w sieci. Jeśli tam nie znalazł pan tego, czego szuka, to ja nie pomogę.
– Przepraszam. – Sammy dotknął ramienia najbliższego funkcjonariusza. – Przepraszam. – Wysunął się przed szereg swojej obstawy.
Właściciel dostrzegł, że w jego stronę zmierza ktoś wysoki. Sięgnął w stronę biurka. Rety. Jeśli zniszczy swoje ukryte w sieci bazy danych, nic z niego nie wyciągną.
Ale mężczyzna znieruchomiał w połowie ruchu. Zapatrzył się na twarz Sammy’ego.
– Admirale?
– Uch, raczej „kapitanie floty”, jeśli można.
– Tak, tak! Codziennie oglądamy pana w wiadomościach. Proszę, niech pan siada. To pan zwrócił się z zapytaniem?
Zmienił zachowanie niczym kwiat otwierający się na słońce. Najwyraźniej wśród mieszkańców miasta Queng Ho byli równie popularni jak w Wydziale Leśnictwa. W ciągu kilku sekund gospodarz – „prywatny detektyw”, jak siebie nazywał – wywołał dane i uruchomił programy wyszukiwania.
– Hmm. Nie zna pan nazwiska ani dobrego opisu wyglądu, tylko prawdopodobną datę przybycia. Dobrze, z kolei Leśnictwo twierdzi, że nasz obiekt musiał się stać niejakim „Bidwelem Ducanhem”. – Jego spojrzenie powędrowało w bok na milczących funkcjonariuszy i uśmiechnął się. – Są bardzo dobrzy w dochodzeniu do tego typu bezsensowych wniosków na podstawie niewystarczających informacji. W tym przypadku… – Zrobił coś ze swoimi programami szukającymi. – Bidwel Ducanh. No tak, teraz, podczas szukania, przypomniało mi się, że o nim słyszałem. Sześćdziesiąt czy sto lat temu dorobił się swoistej sławy. Postać, która pojawiła się znikąd z umiarkowaną ilością pieniędzy i niezwykłym talentem do promowania siebie. W ciągu trzydziestu lat zdobył wsparcie kilku większych korporacji, a nawet przychylność Wydziału Leśnictwa. Ducanh twierdził, że jest mieszczuchem, ale nie był partyzantem. Chciał wydać pieniądze na jakiś szalony, długoterminowy projekt. Co to było? Chciał… – Prywatny detektyw oderwał wzrok od ekranu i na chwilę wbił go w Sammy’ego. – Chciał sfinansować ekspedycję do gwiazdy Bistabilnej!
Sammy tylko kiwnął głową.
– Szlag. Gdyby mu się udało, ekspedycja Trilandii byłaby już w połowie drogi. – Detektyw milczał przez chwilę, jakby kontemplował utraconą okazję. Zajrzał z powrotem w swoje dane. – I wie pan, prawie mu się udało. Świat taki jak nasz musiałby się zrujnować, żeby wysłać wyprawę międzygwiezdną, ale sześćdziesiąt lat temu Trilandię odwiedził pojedynczy statek Queng Ho. Oczywiście nie chcieli zmieniać swoich planów, choć niektórzy poplecznicy Ducanha mieli nadzieję, że im pomogą. Ducanh nie chciał o tym słyszeć, nie chciał nawet rozmawiać z Queng Ho. Po tej sprawie facet stracił praktycznie całą wiarygodność… Zniknął z widoku.
Wszystko to było w dokumentach Wydziału Leśnictwa.
– Tak – zgodził się Sammy. – Interesuje nas, gdzie teraz znajduje się ten człowiek.
W układzie słonecznym Trilandii od sześćdziesięciu lat nie było pojazdu międzygwiezdnego. On tu jest!
– Ach, czyli uważa pan, że on może dysponować jakimiś dodatkowymi informacjami, czymś, co byłoby przydatne nawet po tym, co wydarzyło się w ciągu ostatnich trzech lat?
Sammy opanował impuls do przemocy. Jeszcze tylko trochę cierpliwości, ileż może go kosztować po całych wiekach czekania?
– Tak – odpowiedział łagodnie i roztropnie. – Nie sądzi pan, że dobrze byłoby zebrać wszystkie możliwe informacje?
– Racja. Przyszedł pan we właściwe miejsce. Wiem o mieście rzeczy, którymi ludzie z Leśnictwa nigdy nie zawracali sobie głowy. I naprawdę chcę pomóc. – Przyglądał się jakiegoś rodzaju analizie skanowania, czyli to nie był całkowicie stracony czasu. – Te sygnały obcych zmienią nasz świat i chcę, żeby moje dzieci…
Detektyw zmarszczył brwi.
– Ha! Rozminął się pan z tym całym Bidwelem, kapitanie floty. Nie żyje od dziesięciu lat.
Sammy nie odpowiedział, ale coś musiało przebić się przez jego maskę, bo drobny człowieczek wzdrygnął się, gdy na niego spojrzał.
– Ja… bardzo mi przykro, kapitanie. Może zostawił coś po sobie, jakiś testament.
To niemożliwe. Nie, gdy dotarłem tak blisko. Jednak Sammy zawsze musiał się liczyć z taką możliwością. Było to coś powszechnego we wszechświecie drobnych iskierek życia i odległości międzygwiezdnych.
– Cóż, owszem, jesteśmy zainteresowani zostawionymi przez niego danymi. – Słowa były przygłuszone.
Przynajmniej mamy zamknięcie… Tak brzmiałoby podsumowanie raportu napisanego przez jakiegoś lizusowskiego analityka wywiadu.
Detektyw stukał w swoje urządzenia, mamrocząc coś pod nosem. Wydział Leśnictwa niechętnie wskazał go jako jednego z najlepszych w mieście, z tak dobrze rozproszonymi bazami, że nie mogli po prostu skonfiskować mu sprzętu i przejąć jego działalności. Szczerze próbował pomóc…
– Może istnieć jakiś testament, kapitanie floty, ale nie ma go w sieci Grandville.
– Jakieś inne miasto? – Fakt, że Wydział Leśnictwa odseparował sieci poszczególnych miast, był bardzo złym znakiem dla przyszłości Trilandii.
– Niezupełnie. Widzi pan, Ducanh został pochowany w coemeterium Świętego Ksupera Nędzarza, tego w Lowcinder. Wygląda na to, że jego rzeczy zatrzymali mnisi. Z pewnością chętnie je wydadzą w podziękowaniu za darowiznę odpowiedniej wysokości.
Przeniósł wzrok na funkcjonariuszy i jego spojrzenie stwardniało. Może rozpoznał najstarszego, komisarza bezpieczeństwa miejskiego. Niewątpliwie mogli wpłynąć na mnichów, by wydali rzeczy bez potrzeby jakichkolwiek darowizn.
Sammy wstał i podziękował detektywowi, choć jego słowa brzmiały bardzo sztucznie nawet dla niego. Kiedy ruszył z powrotem do drzwi i swojej eskorty, detektyw szybko wyszedł zza biurka i podążył za nim. Sammy uświadomił sobie z nagłym wstydem, że nie zapłacił za pomoc. Odwrócił się, czując nagłą sympatię do gospodarza. Podziwiał kogoś, kto miał odwagę domagać się zapłaty nawet w obecności nieprzychylnych policjantów.
– Proszę, to mogę zaoferować… – zaczął Sammy.
Mężczyzna uniósł ręce.
– Nie, nie trzeba. Ale chciałbym pana poprosić o przysługę. Widzi pan, mam dużą rodzinę i najbystrzejsze dzieci, jakie mógł pan widzieć. Ta wspólna ekspedycja nie odleci z Trilandii jeszcze przez pięć albo dziesięć lat, prawda? Czy może pan dopilnować, by moje dzieci, choć jedno z nich…
Sammy przekrzywił głowę. Przysługi powiązane z powodzeniem misji miały bardzo wysoką cenę.
– Bardzo mi przykro – odpowiedział najłagodniej, jak mógł. – Pańskie dzieci będą musiały konkurować ze wszystkimi innymi. Niech pilnie studiują, niech wybiorą specjalizacje, które zostaną ogłoszone. To im da największe szanse.
– Tak, kapitanie floty! Dokładnie o taką przysługę proszę. Czy dopilnuje pan… – Przełknął ślinę i z żarem popatrzył na Sammy’ego, ignorując pozostałych. – Czy dopilnuje pan, by wolno było im studiować?
– Z pewnością. – Lekka presja w zakresie wymogów dopuszczenia do studiów w niczym Sammy’emu nie przeszkadzała. A potem dotarło do niego, co detektyw naprawdę mówi. – Dopilnuję tego, proszę pana.
– Dziękuję. Dziękuję! – Wsunął swoją wizytówkę w dłoń Sammy’ego. – Tu ma pan moje nazwisko i dane. Będę je aktualizował. Proszę pamiętać.
– Tak, uch, panie Bonsol, będę pamiętał. – To była klasyczna transakcja Queng Ho.
W dole pod pojazdem Wydziału Leśnictwa przemykało miasto. Grandville miało tylko około pół miliona mieszkańców, ale upchnięto ich w spiętrzone slumsy, nad którymi powietrze drżało od letniego żaru. Lasy Pierwszych Osadników rozciągały się na tysiące kilometrów, dziewicza głusza terraformacji.
Wzbili się wysoko w czyste niebo barwy indygo, kierując się na południe. Sammy ignorował siedzącego tuż obok szefa „bezpieczeństwa miejskiego” Trilandii. W tej chwili nie odczuwał potrzeby ani ochoty do dyplomatycznego zachowania. Wywołał połączenie do swojej zastępczyni kapitana floty. Przed jego oczami przesunął się automatycznie wygenerowany raport Kiry Lisolet. Sum Dotran zgodził się na zmianę harmonogramu: do gwiazdy Bistabilnej poleci cała flota.
– Sammy! – Przez automatyczny raport przebił się głos Kiry. – Jak poszło? – Kira Lisolet była jedyną osobą we flocie, która znała prawdziwy cel tej misji: poszukiwanie człowieka.
– Ja… – Straciliśmy go, Kira. Niestety nie potrafił się zdobyć na te słowa. – Sama zobacz, Kira. Ostatnie dwa tysiące sekund moich danych. Lecę teraz do Lowcinder… Ostatni wątek do zamknięcia.
Na chwilę zapadła cisza. Lisolet sprawnie radziła sobie z indeksowanym skanem. Po chwili usłyszał, jak klnie pod nosem.
– Dobrze… ale proszę, domknij ten wątek, Sammy. Zdarzało się już, że byliśmy pewni, że go straciliśmy.
– Jeszcze nigdy w taki sposób, Kira.
– Powiedziałam, żebyś się całkowicie upewnił. – W głosie kobiety zabrzmiały stalowe tony.
Jej ród był właścicielem dużej części floty. Sama posiadała jeden statek. Właściwie była jedyną aktywną operacyjnie właścicielką uczestniczącą w misji. Przeważnie nie stanowiło to problemu. Kira Pen Lisolet była bardzo rozsądna w niemal wszystkich sprawach, choć to był jeden z wyjątków.
– Upewnię się, Kira. Wiesz o tym. – Do Sammy’ego dotarła nagle obecność szefa bezpieczeństwa Trilandii tuż przy łokciu… i przypomniał sobie, co przypadkowo odkrył zaledwie parę chwil wcześniej. – Jak wygląda sytuacja na górze?
Odpowiedziała dość lekko, jakby przepraszająco.
– Świetnie. Mam zwolnienia dla stoczni. Umowy z przemysłowymi księżycami i kopalniami w pasie asteroid wyglądają dobrze. Dalej pracujemy nad szczegółowymi planami. Wciąż uważam, że możemy się wyposażyć i zdobyć specjalistyczną załogę w trzysta megasekund. Wiesz, jak bardzo ci Trilandczycy chcą wziąć udział w misji.
Usłyszał uśmiech w jej głosie. Ich połączenie było szyfrowane, ale wiedziała, że jego strona nie jest chroniona przed emocjami. Trilandia była klientem i wkrótce stanie się partnerem w misji, jednak powinni znać swoje miejsce.
– Bardzo dobrze. Dodaj jeszcze coś do listy, jeśli tego na niej nie ma: „Ze względu na pragnienie zdobycia najlepszej możliwej załogi specjalistów wymagamy, by programy uniwersyteckie Wydziału Leśnictwa zostały otwarte dla wszystkich, którzy zaliczą nasze testy, nie tylko dla potomków Pierwszych Osadników”.
– Oczywiście… – Minęła sekunda, akurat na otrząśnięcie się. – Boże, jak mogliśmy przeoczyć coś takiego?
Przeoczyliśmy to, bo niektórych durniów bardzo trudno jest ocenić dostatecznie nisko.
Tysiąc sekund później pod nimi pojawiło się Lowcinder. Znajdowali się prawie trzydzieści stopni na południe. Rozciągająca się wokół lodowa pustynia wyglądała jak zdjęcia równikowej Trilandii sprzed pięciuset lat, zanim Pierwsi Osadnicy zaczęli grzebać w gazach cieplarnianych i budować wyszukane struktury ekologii terraformacyjnej.
Samo Lowcinder mieściło się blisko środka ekstrawaganckiej czarnej plamy, produktu stuleci stosowania „nukleonicznie czystych” paliw rakietowych. Znajdował się tu największy lądowy port kosmiczny Trilandii, choć ostatni rozrost miasta wyglądał równie ponuro i niechlujnie jak w innych na planecie.
Ich pojazd przełączył się na wirniki i przetoczył nad miastem, opadając powoli. Słońce znajdowało się bardzo nisko i większość ulic skrywał zmierzch, choć z każdym kilometrem ulice stawały się jakby węższe. Niestandardowe kompozyty ustąpiły miejsca sześcianom, które kiedyś mogły być kontenerami towarowymi. Sammy przyglądał się temu ponuro. Pierwsi Osadnicy pracowali przez stulecia, by stworzyć piękny świat, który eksplodował im teraz pod nogami. Był to częsty problem planet po terraformacji. Istniało przynajmniej pięć umiarkowanie bezbolesnych metod poradzenia sobie z końcowym sukcesem terraformacji, ale jeśli Pierwsi Osadnicy oraz ich Wydział Leśnictwa nie byli gotowi na ich wprowadzenie… Cóż, po powrocie flota może nie zastać tu cywilizacji. Już niedługo będzie musiał odbyć szczerą rozmowę z przedstawicielami klasy rządzącej.
Wrócił myślami do chwili obecnej w momencie, gdy pojazd opadł między kanciastymi budynkami mieszkalnymi. Sammy wraz z ochroną z Leśnictwa przemaszerował przez na wpół zamrożone błoto. W pudłach na schodach budynku, do którego podchodzili, leżały sterty ubrań, być może ofiarowanych dla biednych. Ochrona nadłożyła drogi, żeby je obejść, a potem pokonali schody i weszli do środka.
Zarządca coemeterium przedstawił się jako brat Song i wyglądał staro jak śmierć.
– Bidwel Ducanh? – Jego wzrok uciekł nerwowo od Sammy’ego. Brat Pieśń nie poznał jego twarzy, ale znał Wydział Leśnictwa. – Bidwel Ducanh zmarł dziesięć lat temu.
Kłamał. On kłamał.
Sammy odetchnął głęboko i rozejrzał się po skromnym pokoju. Nagle poczuł się tak groźny, za jakiego uważały go niektóre z pokładowych szumowin. Niech mi Bóg wybaczy, ale zrobię wszystko, by wydusić prawdę z tego człowieka. Popatrzył z powrotem na brata Songa i spróbował przyjaznego uśmiechu. Chyba nie wyszło mu to zbyt dobrze, bo staruszek cofnął się o krok.
– Coemeterium to miejsce umierania ludzi, zgadza się, bracie Song?
– To miejsce, w którym wszyscy mogą doczekać swojej naturalnej pełni czasu. Wykorzystujemy wszystkie przynoszone przez ludzi pieniądze, by pomóc tym, którzy tu przybywają. – W perwersyjnej sytuacji Trilandii prymitywizm brata Songa miał swego rodzaju sens. Pomagał najbiedniejszym i najciężej chorym najlepiej, jak mógł.
Sammy podniósł rękę.
– Podaruję stuletni budżet każdemu z coemeterium twojego zakonu… jeśli zaprowadzisz mnie do Bidwela Ducanha.
– Ja… – Brat Song znowu cofnął się o krok i usiadł ciężko. Skądś wiedział, że Sammy mógł zrealizować swoją ofertę. Może… Ale potem staruszek popatrzył na Sammy’ego i w jego spojrzeniu pojawił się desperacki upór. – Nie. Bidwel Ducanh zmarł dziesięć lat temu.
Sammy przeszedł przez pokój i chwycił poręcze fotela staruszka. Opuścił głowę na wysokość jego twarzy.
– Znasz ludzi, którzy ze mną przyszli. Czy wątpisz, że jeśli im każę, rozbiorą twoje coemeterium na kawałki, element po elemencie? Wątpisz, że jeśli nie znajdziemy tu tego, czego szukamy, zrobimy to samo z każdym coemeterium twojego zakonu, na całej planecie?
Było jasne, że brat Song w to nie wątpi. Znał Wydział Leśnictwa. A jednak przez chwilę Sammy bał się, że Song oprze się nawet temu. A wtedy zrobię to, co będę musiał. Nagle staruszek jakby zapadł się w sobie i zaczął cicho łkać.
Sammy wyprostował się nad jego fotelem. Minęło trochę sekund. Starzec przestał płakać i wstał z wysiłkiem. Nie spojrzał na Sammy’ego ani nie wykonał żadnego gestu, po prostu wydreptał z pokoju.
Sammy poszedł za nim z całą obstawą. Wędrowali gęsiego długim korytarzem. Było w nim coś strasznego. Wcale nie chodziło o słabe i uszkodzone oświetlenie ani panele sufitowe ze śladami wody czy brudną podłogę. Wzdłuż całego korytarza na kanapach i wózkach siedzieli ludzie. Siedzieli i patrzyli… w pustkę. Z początku Sammy myślał, że mają przed oczami ekrany, że patrzą gdzieś w dal, może w jakieś współdzielone obrazy. Przecież niektórzy rozmawiali, inni wykonywali nieustanne skomplikowane ruchy rękami. Ale potem dostrzegł, że znaki na ścianach zostały namalowane. Zwykły, łuszczący się materiał ścian był wszystkim, co można było tu zobaczyć, a oczy siedzących w korytarzu przywiędłych ludzi były nieosłonięte i puste.
Szedł blisko za bratem Songiem. Mnich mówił sam do siebie, ale jego słowa miały sens. Mówił o obiekcie:
– Bidwel Ducanh nie był miłym człowiekiem. Nie był kimś lubianym, nawet na początku… Zwłaszcza na początku. Powiedział, że jest bogaty, ale niczego nam nie przyniósł. Przez pierwsze trzydzieści lat, gdy byłem młody, pracował równie ciężko jak każdy z nas. Żadna praca nie była zbyt brudna, zbyt ciężka. Ale o każdym miał do powiedzenia coś złego. Ze wszystkich się naśmiewał. Potrafił siedzieć przy pacjencie podczas jego ostatniej nocy życia, a potem z niego szydzić.
Brat Song mówił w czasie przeszłym, ale po kilku chwilach Sammy zrozumiał, że nie próbuje go do niczego przekonać. Song nie mówił nawet do siebie. Wyglądało to tak, jakby przemawiał w imieniu kogoś, kto wkrótce dołączy do zmarłych.
– A potem, w miarę upływu lat, jak my wszyscy mógł pomagać coraz mniej. Mówił o swoich wrogach, w jaki sposób by ich zabił, gdyby kiedykolwiek go znaleźli. Śmiał się, gdy obiecywaliśmy go ukryć. W końcu przetrwała tylko jego wredność… i to bez mowy.
Brat Song zatrzymał się przed dużymi drzwiami. Napis nad nimi był śmiały i kwiatowy: DO SOLARIUM.
– Ducanh to ten obserwujący zachód słońca. – Ale mnich nie otworzył drzwi. Stał z opuszczoną głową, nie do końca blokując wejście.
Sammy zaczął go obchodzić, a potem zatrzymał się i powiedział:
– Ta płatność, o której wspomniałem, zostanie przekazana na konto twojego zakonu.
Staruszek nie podniósł na niego wzroku. Splunął na kurtkę Sammy’ego, a potem odszedł w głąb korytarza, przeciskając się między funkcjonariuszami.
Sammy odwrócił się i pociągnął mechaniczny zamek drzwi.
– Proszę pana? – odezwał się komisarz bezpieczeństwa miejskiego. Policyjny biurokrata podszedł blisko i mówił cicho. – Uch. Nie chcieliśmy tego zadania eskorty. To powinni byli być pańscy ludzie.
Co takiego?
– Zgadzam się, komisarzu. To czemu nie pozwolił pan mi ich zabrać?
– To nie była moja decyzja. Chyba sądzili, że funkcjonariusze będą mniej rzucać się w oczy. – Policjant odwrócił wzrok. – Niech pan posłucha, kapitanie floty. Wiemy, że Queng Ho długo chowają urazy.
Sammy przytaknął, choć dotyczyło to bardziej cywilizacji klientów niż poszczególnych osób.
Policjant w końcu spojrzał mu w oczy.
– Dobrze. Współpracowaliśmy. Dopilnowaliśmy, żeby żadne informacje o pańskich poszukiwaniach nie wyciekły do pańskiego… celu. Ale nie załatwimy tego faceta dla pana. Odwrócimy wzrok, nie będziemy patrzeć. Ale go nie załatwimy.
– Ach. – Sammy spróbował sobie wyobrazić, gdzie znajdowałoby się właściwe miejsce dla tego człowieka w panteonie moralnym. – Cóż, komisarzu, niewchodzenie mi w drogę to wszystko, czego mi trzeba. Sam mogę się tym zająć.
Policjant przytaknął nerwowo. Cofnął się i nie poszedł za nim, gdy Sammy otworzył drzwi do „solarium”.
Powietrze było mroźne i stęchłe, co stanowiło pewną poprawę po wilgotnym smrodzie korytarza. Sammy zszedł w dół ciemnych schodów. Wciąż był w zasadzie wewnątrz budynku, choć tylko częściowo. Kiedyś było to wyjście prowadzące na poziom ulicy. Teraz osłaniały je plastikowe arkusze, tworząc coś w rodzaju zabudowanego patio.
Co będzie, jeśli jest jak ci nieszczęśnicy w korytarzu? Kojarzyli mu się z ludźmi żyjącymi poza możliwościami wsparcia medycznego albo ofiarami szalonych eksperymentów. Ich umysły częściowo przepadły. Takiego końca nigdy na poważnie nie rozważał, ale teraz…
Dotarł na dół schodów. Za rogiem zobaczył obietnicę światła dnia. Przetarł usta wierzchem dłoni i przez dłuższą chwilę stał bez ruchu.
Zrób to. Poszedł przed siebie, wchodząc do dużej sali. Wyglądała jak część parkingu, ale osłoniętego półprzejrzystymi arkuszami plastiku. Nie było tu ogrzewania, a przez szczeliny w arkuszach przedostawały się podmuchy zimna. Na krzesłach rozstawionych na otwartej przestrzeni kuliło się kilka mocno opatulonych postaci. Siedziały, nie zwracając się w żadnym konkretnym kierunku, niektóre patrzyły na szary kamień zewnętrznej ściany.
Sammy ledwie to zauważył. Na drugim końcu sali przez otwór w suficie wpadała skośna kolumna słonecznego światła. Pośrodku tej plamy blasku siedziała jedna osoba.
Sammy przeszedł powoli przez salę, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z osoby siedzącej w czerwonozłotym świetle zachodu. Jej twarz wykazywała podobieństwo do Rodów Queng Ho, ale nie była tą, którą Sammy pamiętał. To bez znaczenia. Musiał zmienić swą twarz dawno temu. Zresztą Sammy miał w kieszeni kurtki czytnik DNA oraz kopię kodu swojego celu.
Mężczyzna siedział owinięty kocami, a na głowie miał grubą czapkę zrobioną na drutach. Nie ruszał się, ale wyglądało na to, że coś obserwuje, chłonie zachód słońca. To on. Przekonanie pojawiło się bez racjonalnej myśli, zalewając go falą emocji. Może niekompletny, ale to on.
Sammy wziął wolne krzesło i usiadł naprzeciw postaci w świetle. Minęło sto sekund. Dwieście. Ostatnie promienie słońca zaczęły gasnąć. Spojrzenie mężczyzny było puste, ale zareagował na chłód na twarzy. Poruszył głową, niejasno szukając, i chyba zauważył swojego gościa. Sammy obrócił się tak, by jego twarz oświetlił blask nieba. Coś pojawiło się w oczach mężczyzny: zdziwienie wypływające z głębin wspomnień. Niespodziewanie wysunął ręce spod koców i gwałtownie skierował je w stronę twarzy Sammy’ego.
– Ty!
– Tak, proszę pana. Ja. Osiem wieków poszukiwań dobiegło końca.
Cel poruszył się nerwowo na wózku, poprawiając koce. Milczał przez chwilę, a gdy w końcu się odezwał, mówił urywanymi słowami.
– Wiedziałem, że twój… rodzaj będzie mnie wciąż szukał. Sfinansowałem ten piekielny kult Ksupera, ale zawsze wiedziałem… że to może nie wystarczyć. – Znowu poruszył się na wózku. W jego oczach pojawił się błysk, którego Sammy nigdy nie widział w dawnych czasach. – Nie mów. Każdy Ród trochę dołożył. Może każdy statek Queng Ho ma jednego członka załogi, który mnie szuka.
Nie miał pojęcia o poszukiwaniach, które w końcu doprowadziły do odnalezienia go.
– Nie chcemy pana skrzywdzić.
Obiekt zaśmiał się chrapliwie, nie protestując, ale wyraźnie nie wierząc.
– Mam pecha, że to właśnie ty okazałeś się agentem przydzielonym przez nich do Trilandii. Jesteś dość bystry, by mnie znaleźć. Powinni byli cię lepiej potraktować, Sammy. Powinieneś być kapitanem floty i kimś więcej, a nie jakimś zabójcą na posyłki. – Znowu się poruszył i sięgnął w dół, jakby chciał się podrapać po tyłku. Co to takiego? Hemoroidy? Rak? Rety, założę się, że siedzi na pistolecie. Był gotowy przez te wszystkie lata, a teraz zaplątał się w koce.
Sammy nachylił się ku niemu. Mężczyzna go naciągał. W porządku. To mógł być jedyny sposób na skłonienie go do rozmowy.
– W końcu się nam poszczęściło, proszę pana. Jeśli o mnie chodzi, domyśliłem się, że mógł pan tu trafić z powodu gwiazdy Bistabilnej.
Ukradkowe ruchy pod kocem na chwilę ustały. Na twarzy staruszka pojawił się szyderczy uśmiech.
– Jest tylko pięćdziesiąt lat świetlnych stąd, Sammy. Najbliższa astronomiczna enigma Przestrzeni Ludzi. A wy, wykastrowani Queng Ho, nigdy jej nie odwiedziliście. Interesuje was wyłącznie święty zysk. – Łaskawie machnął ręką, podczas gdy druga wsunęła się jeszcze głębiej pod koc. – Z drugiej strony cała rasa ludzka jest równie fatalna. Osiem tysięcy lat obserwacji teleskopowych i dwa spieprzone przeloty to wszystko, na co się zdobyliśmy… Uznałem, że może będąc tak blisko, zdołam zorganizować misję załogową. Może coś tam znajdę, coś, co da mi przewagę. A wtedy, po powrocie… – W jego oczach znowu pojawił się dziwny błysk. Rozwijał swe nierealne marzenie od tak dawna, że całkowicie go pochłonęło. A Sammy uświadomił sobie, że wcale nie ma do czynienia z kimś z demencją, a z szaleńcem.
Jednak długi należne szaleńcowi nie przestawały być długami.
Nachylił się trochę bliżej.
– Mógł pan to zrobić. Dowiedziałem się, że statek kosmiczny przyleciał tu, gdy „Bidwel Ducanh” był u szczytu wpływów.
– To byli Queng Ho. Pieprzyć Queng Ho! Umyłem od was ręce. – Jego lewa ręka przestała się poruszać. Najwyraźniej znalazł pistolet.
Sammy wyciągnął rękę i lekko dotknął koca ukrywającego lewą rękę rozmówcy. Nie było to unieruchomienie, a potwierdzenie… i prośba o jeszcze trochę czasu.
– Pham. Teraz jest powód, by lecieć do Bistabilnej. Nawet według standardów Queng Ho.
– Co? – Sammy nie wiedział, czy chodziło o jego dotyk, słowa czy imię, którego nikt nie wypowiedział od tak dawna… ale coś na chwilę skupiło uwagę starca i skłoniło go do słuchania.
– Trzy lata temu, gdy wciąż tu jeszcze lecieliśmy, Trilandczycy odebrali emisje z Bistabilnej. Pochodzą z radiowego nadajnika iskrowego, jaki może wynaleźć upadła cywilizacja, która całkowicie utraciła zdobycze technologii. Skierowaliśmy tam własne zestawy anten i przeprowadziliśmy swoje analizy. Emisje przypominają ręczny kod Morse’a, tylko że ludzkie dłonie i odruchy nigdy nie pozwoliłyby na taki rytm, jak w tym przypadku.
Starzec otworzył i zamknął usta, ale przez chwilę nie zabrzmiały żadne słowa.
– Niemożliwe – powiedział w końcu bardzo cicho.
Na wargi Sammy’ego wypłynął uśmiech.
– Dziwnie jest słyszeć to słowo z pańskich ust.
Znowu cisza. Mężczyzna opuścił głowę.
– Najwyższa wygrana. Rozminąłem się z nią o zaledwie sześćdziesiąt lat. A ty, znajdując mnie tutaj… teraz zdobędziesz to wszystko. – Rękę wciąż trzymał schowaną, ale zapadł się na swoim wózku, pokonany przez własną, wewnętrzną wizję porażki.
– Proszę pana… kilku z nas – zdecydowanie więcej niż kilku – szukało pana. Dopilnował pan, by bardzo trudno było go znaleźć, a istnieją bardzo stare powody, by utrzymywać to poszukiwanie w tajemnicy. Ale nigdy nie życzyliśmy panu niczego złego. Chcieliśmy pana znaleźć, by… – Pogodzić się? Błagać o wybaczenie? Sammy nie potrafił się zdobyć na te słowa, zresztą nie były do końca prawdziwe. W końcu ten człowiek się mylił. Lepiej skupić się na współczesności. – Bylibyśmy zaszczyceni, gdyby poleciał pan z nami do Bistabilnej.
– Nigdy. Nie jestem Queng Ho.
Sammy zawsze czujnie kontrolował bieżący status swojego statku, a w tej chwili… Cóż, warto było spróbować.
– Nie przyleciałem na Trilandię jednym statkiem. Mam flotę.
Podbródek mężczyzny uniósł się nieznacznie.
– Flotę? – Zainteresowanie było starym, choć nie do końca wygasłym odruchem.
– Są na orbicie parkingowej, ale za chwilę powinny być widoczne z Lowcinder. Chce pan zobaczyć?
Staruszek tylko wzruszył ramionami, ale teraz obie dłonie miał puste, trzymając je na kolanach.
– Pokażę panu. – W plastikowych arkuszach parę metrów dalej wycięto drzwi. Sammy wstał i powoli podszedł, by przepchnąć wózek. Starzec nie zaprotestował.
Na zewnątrz było zimno, zapewne poniżej zera. Nad dachami przed nimi utrzymywały się kolory zachodu słońca, ale jedynym dowodem na ciepło dnia była rozpryskująca mu się na butach nie do końca zamarznięta lodowa breja. Pchał wózek dalej, kierując się przez parking w stronę miejsca oferującego widok na zachód. Starzec rozejrzał się wokół.
Ciekawe, kiedy ostatni raz opuszczał tamten budynek.
– Myślałeś kiedyś o tym, Sammy, że na to przyjęcie mogą się zgłosić jeszcze inni goście?
– Proszę pana? – Byli sami na parkingu.
– Istnieją zasiedlone przez ludzi światy, które znajdują się bliżej Bistabilnej od nas.
To przyjęcie.
– Tak, proszę pana. Aktualizujemy nasz nasłuch ich układów. Najbliżej są trzy piękne planety w układzie gwiezdnym, które w ostatnich stuleciach otrząsnęły się z barbarzyństwa. Nazywają się teraz „Rozwiniętymi”. Nigdy ich nie odwiedzaliśmy. Według najlepszych przypuszczeń utworzyli jakiegoś typu tyranię, z rozwiniętą technologią, ale bardzo zamkniętą, skupioną na sobie.
Starzec prychnął.
– Nie obchodzi mnie, jak bardzo dranie skupiają się na sobie. Coś takiego mogłoby… obudzić trupa. Zabierz działa, rakiety i jądrówki, Sammy. Bardzo, bardzo dużo jądrówek.
– Tak jest, proszę pana.
Sammy doprowadził wózek staruszka na skraj parkingu. Na swoim wyświetlaczu widział statki powoli wspinające się po niebie, wciąż ukryte przed wzrokiem przez najbliższy budynek.
– Jeszcze czterysta sekund i zobaczy je pan, jak wyłonią się nad tamtym dachem. – Wskazał miejsce.
Mężczyzna nie odpowiedział, ale patrzył z grubsza w górę. Na niebie przesuwał się konwencjonalny ruch lotniczy i promy startujące i lądujące w porcie kosmicznym Lowcinder. Wieczór był wciąż jasny, ale gołym okiem widać było kilka satelitów. Na zachodzie mała czerwona kropka migała w sposób znaczący, że jest ikoną na wyświetlaczu Sammy’ego, nie obiektem fizycznym. To był znacznik gwiazdy Bistabilnej. Sammy wpatrywał się w ten punkt przez chwilę. Nawet w nocy, z dala od świateł Lowcinder, Bistabilna nie byłaby widoczna, ale przez małą lunetę wyglądała jak zwykła gwiazda klasy G… Jeszcze. Już za kilka lat będzie ją można zobaczyć tylko za pomocą najpotężniejszych teleskopów.
Kiedy moja flota tam doleci, będzie ciemna od dwóch stuleci… i będzie prawie gotowa na kolejne odrodzenie.
Opadł na jedno kolano obok wózka, ignorując przenikające zimno lodowego błota.
– Opowiem panu o moich statkach. – I zaczął opisywać masy, szczegóły specyfikacji i właścicieli… a przynajmniej ich większość. Niektórych lepiej było zostawić na inną okazję, gdy staruszek nie będzie miał pod ręką pistoletu. Cały czas obserwował jego twarz. Nie miał wątpliwości, że mężczyzna rozumie, co się do niego mówi. Przeklinał głosem bez wyrazu, rzucając nową obelgę do każdej wymienionej przez Sammy’ego nazwy. Z wyjątkiem ostatniej…
– Lisolet? To brzmi jak coś ze Strentmanna.
– Tak, proszę pana. Moja zastępczyni kapitana floty jest Strentmannką.
– Ach. – Pokiwał głową. – To byli… dobrzy ludzie.
Sammy uśmiechnął się pod nosem. Wylot planowany był za dziesięć lat. To powinno wystarczyć, by przywrócić mężczyznę do sprawności fizycznej, i może być dość długim czasem, by złagodzić jego szaleństwo. Poklepał ramę wózka koło ramienia staruszka. Tym razem pana nie opuścimy.
– Tam wyłania się pierwszy z moich statków. – Sammy znowu wskazał.
Po sekundzie nad dachem budynku pojawiła się jasna gwiazda, mknąc statecznie w stronę zmierzchu, odcinając się na tle mroku. Minęło sześć sekund i w polu widzenia znalazł się drugi statek. Następne sześć sekund i trzeci. I następny. I następny. I następny. A potem przerwa i w końcu jeden jaśniejszy od wszystkich pozostałych. Jego statki znajdowały się na stosunkowo niskiej orbicie parkingowej, cztery tysiące kilometrów nad powierzchnią. Z tej odległości były tylko punktami światła, drobnymi klejnotami zawieszonymi o pół stopnia od siebie na niewidocznej nici rozciągniętej przez niebo. Widok nie był bardziej spektakularny od orbit parkingowych frachtowców układowych czy jakichś lokalnych orbitalnych robót budowlanych… chyba że wiedziało się, jak daleką drogę przebyły te punkciki i jak daleko mogą jeszcze zawędrować. Sammy usłyszał, jak staruszek wzdycha w zachwycie. On wiedział.
Razem przyglądali się, jak siedem świetlnych kropek sunie powoli po niebie. Ciszę przerwał Sammy.
– Widzi pan ten jasny, na końcu? – Największy klejnot konstelacji. – Dorównuje największemu statkowi gwiezdnemu, jaki kiedykolwiek zbudowano. To mój statek flagowy, proszę pana… „Pham Nuwen”.
Sto sześćdziesiąt lat później
Flota Queng Ho przybyła do Bistabilnej jako pierwsza, ale to mogło nie mieć znaczenia. Przez ostatnie pięćdziesiąt lat podróży obserwowali smugi z dysz floty Rozwiniętych, hamującej w drodze do tego samego celu.
Byli obcymi spotykającymi się z dala od swoich ojczystych terenów. Nie było to niczym nowym dla kupców Queng Ho, choć zwykle takie spotkania nie były traktowane tak niechętnie i opcja handlu była potencjalnie dostępna. Tutaj… Cóż, czekał tu skarb, choć nie należał do żadnej ze stron. Unosił się zamrożony, czekając na ograbienie, wykorzystanie lub rozwinięcie, w zależności od natury zdobywcy. Tak daleko od przyjaciół, tak daleko od kontekstu społecznego… tak daleko od świadków. W takiej sytuacji zdrada mogła popłacać i obie strony doskonale o tym wiedziały. Queng Ho i Rozwinięci – dwie wyprawy obchodziły się przez wiele dni, badając zamiary i siłę ognia. Porozumienia ustalano i zmieniano, przygotowano plany wspólnych lądowań. A jednak Kupcy niewiele dowiedzieli się o prawdziwych zamiarach Rozwiniętych, więc otrzymane od nich zaproszenie na kolację zostało przyjęte z ulgą przez niektórych i cichym zgrzytaniem zębów przez innych.
Trixia Bonsol przechyliła się do niego i obróciła głowę tak, by tylko on ją usłyszał.
– No dobrze, Ezr. Jedzenie smakuje normalnie. Może nie próbują nas zatruć.
– Jest dostatecznie bez smaku – odpowiedział cicho i spróbował nie dać się rozproszyć jej dotykiem.
Trixia Bonsol urodziła się na planecie, była członkiem załogi specjalistów. Jak u większości Trilandczyków, w jej charakterze kryło się przesadne zaufanie i lubiła naśmiewać się z „kupieckiej paranoi” Ezra.
Ezr rozejrzał się wokół stołów. Kapitan floty Park zabrał na bankiet sto osób, choć bardzo niewielu zbrojmistrzów. Queng Ho siedzieli pośród niemal równej liczby Rozwiniętych. On i Trixia zajmowali miejsca z dala od kapitańskiego stołu. Ezr Vinh, praktykant kupiecki, i Trixia Bonsol, doktor lingwistyki. Zakładał, że Rozwinięci przy ich stole mieli równie niskie rangi. Według najlepszych szacunków Queng Ho Rozwinięci żyli w ścisłym reżimie autorytarnym, ale Ezr nie widział żadnych oczywistych oznak rang. Niektórzy z obcych byli skłonni do rozmów, a ich nese był łatwo zrozumiały, prawie nie różnił się od standardów transmisji. Blady, mocno zbudowany mężczyzna po jego lewej stronie przez cały posiłek podtrzymywał luźną rozmowę. Ritser Brughel wydawał się programistą bojowym, choć nie rozpoznał tego terminu, gdy Ezr go użył. Tryskał wręcz pomysłami na plany, które mogli wprowadzić w najbliższych latach.
– Drzewiej robiono już takowe rzeczy, co nie? Dorwać ich, kiejda jeszcze nie znają technologii… albo jej jeszcze nie odtworzyli – rzucił Brughel, skupiając większość wysiłków nie na Ezrze, a na starym Phamie Trinlim.
Brughel najwyraźniej uważał, że jego pozorny wiek wiąże się z jakimś szczególnym autorytetem, nie zdając sobie sprawy z tego, że starszy człowiek pośród juniorów musi być prawdziwym przegranym. Ezr nie miał nic przeciwko byciu ignorowanym, bo dawało mu to okazję do obserwowania bez przeszkód. Pham Trinli cieszył się z okazywanej uwagi. Jak jeden programista bojowy z drugim, Trinli próbował obalić wszystkie tezy blondyna, okazując przy tym głębię pewności siebie, od której Ezr dostawał zeza.
Jedno trzeba było przyznać Rozwiniętym – technicznie byli bardzo kompetentni. Mieli statki z silnikami strumieniowymi szybko latające między gwiazdami, co stawiało ich w czołówce rozwoju technologicznego. I nie wyglądało na to, żeby była to schyłkowa wiedza. Ich możliwości przetwarzania sygnałów i komputery były równie dobre jak te Queng Ho, co wzbudzało nerwowość ludzi kapitana Parka, zajmujących się bezpieczeństwem w stopniu dużo większym niż zwykłe dążenie Rozwiniętych do zachowania tajemnicy. Queng Ho trzebili złote ery setek cywilizacji. W innych okolicznościach kompetencja Rozwiniętych byłaby podstawą do szczerej satysfakcji kupców.
Byli kompetentni i pracowici. Ezr rozejrzał się poza stołami. Nie żeby miał się gapić, ale miejsce spotkania robiło wrażenie. „Kabiny mieszkalne” na statku z silnikiem strumieniowym były generalnie żałosne. Takie jednostki musiały dysponować solidnym ekranowaniem i względnie wytrzymałą konstrukcją. Nawet przy ułamku prędkości światła podróże międzygwiezdne zajmowały lata, a większość tego czasu załoga i pasażerowie spędzali w kriogenicznym śnie. A jednak Rozwinięci rozmrozili wielu swoich ludzi, zanim zbudowano kwatery mieszkalne. Wznieśli ten habitat i rozkręcili go w niecałe osiem dni, jeszcze zanim zakończyli wprowadzać ostateczne korekty orbit. Struktura miała ponad dwieście metrów średnicy, tworząc częściowy pierścień, a zbudowano ją z materiałów przewiezionych przez dystans dwudziestu lat świetlnych.
Wewnątrz pyszniły się zapowiedzi obfitości. Ogólny efekt był w pewnym stopniu klasycystyczny, jak wczesne habitaty w układzie słonecznym, zanim dobrze zrozumiano systemy podtrzymywania życia. Rozwinięci byli mistrzami tkanin i ceramiki, choć Ezr zgadywał, że mieli niemal zerowe pojęcie o sztukach biologicznych. Draperie i meble rozmieszczono tak, by zamaskować krzywiznę podłogi. Powiew z wentylatorów był bezdźwięczny i akurat na tyle silny, by wzbudzać wrażenie nieograniczonej przestrzeni. Nie było tu żadnych okien ani nawet widoków skorygowanych względem obrotu. Widoczne ściany pokryte były wyszukanymi, wykonanymi ręcznie ozdobami. Ich jasne kolory jarzyły się nawet w przyćmionym świetle. Wiedział, że Trixia chciała im się bliżej przyjrzeć. Twierdziła, że natywna sztuka jeszcze lepiej od języka ujawnia wewnętrzne serce kultury.
Vinh obejrzał się na Trixię i uśmiechnął do niej. Ona przejrzy jego uśmiech, ale może uda mu się oszukać Rozwiniętych. Ezr oddałby wszystko, by umieć emanować pozorną serdecznością kapitana Parka siedzącego przy głównym stole i prowadzącego swobodną rozmowę z Tomasem Nau z Rozwiniętych. Można by pomyśleć, że byli szkolnymi kolegami. Vinh odchylił się na oparcie, wsłuchując się nie tyle w sens, ile w nastawienie.
Nie wszyscy Rozwinięci byli wylewnymi, uśmiechniętymi typami. Na przykład rudowłosa kobieta przy głównym stole, siedząca zaledwie kilka miejsc od Tomasa Nau; została przedstawiona, ale Vinh nie pamiętał jej nazwiska. Poza błyskiem srebrnego naszyjnika kobieta była ubrana bardzo prosto, wręcz skromnie. Była szczupła, w nieokreślonym wieku. Jej włosy mogły zostać pofarbowane specjalnie na ten wieczór, ale trudno byłoby tak przygotować skórę bez żadnych barwników. Była egzotyczną pięknością, choć trzymała się z pewną nieporadnością i mocno zaciskała usta. Jej spojrzenie wędrowało wzdłuż stołów, ale równie dobrze mogłaby tu siedzieć całkiem sama. Vinh zauważył, że gospodarze nie posadzili przy niej żadnych gości. Trixia często naśmiewała się z Vinha, że jest wielkim podrywaczem… w swojej wyobraźni. Cóż, ta dziwnie wyglądająca kobieta mogłaby się pojawić raczej w jego koszmarach niż radosnych fantazjach.
Siedzący przy głównym stole Tomas Nau wstał. Kelnerzy cofnęli się od stołów. Wszyscy siedzący przy stołach Rozwinięci uciszyli się, podobnie jak większość kupców, poza tymi najbardziej zaabsorbowanymi sobą.
– Czas na toasty za międzygwiezdną przyjaźń – mruknął Ezr.
Bonsol szturchnęła go łokciem, ostentacyjnie skupiając uwagę na głównym stole. Zauważył, jak dziewczyna tłumi śmiech, gdy przywódca Rozwiniętych zaczął bardzo sztampowymi słowami.
– Przyjaciele, wszyscy jesteśmy bardzo daleko od domów. – Przesunął ręką w szerokim geście, który zdawał się obejmować także przestrzeń poza ścianami sali bankietowej. – Obie strony popełniły potencjalnie poważne błędy. Wiedzieliśmy, że ten układ gwiezdny jest niezwykły. – Wyobraź sobie gwiazdę tak ekstremalnie zmienną, że praktycznie całkowicie się wyłącza na dwieście piętnaście lat z każdych dwustu pięćdziesięciu. – Przez tysiąclecia astrofizycy niejednej cywilizacji próbowali przekonać swoich władców, by wysłali w to miejsce wyprawę. – Uśmiechnął się. – Oczywiście do naszych czasów było to zbyt kosztowne dla krain ludzkości. A jednak teraz stało się równocześnie celem dwóch ludzkich wypraw. – Wszędzie wokół stołów pojawiły się uśmiechy i myśl co za fatalny pech. – Oczywiście nie doszło do tego bez powodu. W dawnych czasach nie było prawdziwej potrzeby takiej ekspedycji, a teraz mamy powód: rasę, którą nazywacie Pająkami. Zaledwie trzecią odkrytą inteligencję pozaludzką. Na dodatek jest mało prawdopodobne, by w tak ponurym układzie planetarnym życie rozwinęło się w sposób naturalny. Pająki muszą być potomkami międzygwiezdnej rasy obcych – a czegoś takiego ludzkość nie napotkała jeszcze nigdy. Może to być największy skarb znaleziony kiedykolwiek przez Queng Ho, tym bardziej że obecna cywilizacja Pająków dopiero niedawno na nowo odkryła radio. Powinni być równie bezpieczni i ulegli jak każda upadła cywilizacja Ludzi.
Nau zaśmiał się lekceważąco i zerknął na kapitana Parka.
– Do niedawna nie zdawałem sobie sprawy, jak nasze silne i słabe strony, nasze błędy i spostrzeżenia doskonale się uzupełniają. Przybywacie z dużo większej odległości, ale w bardzo szybkich statkach. My mieliśmy bliżej, ale poświęciliśmy czas na zabranie większych zasobów. Jedna i druga strona większość przewidziała prawidłowo. Sieci teleskopów obserwowały gwiazdę Bistabilną, od kiedy tylko ludzkość wkroczyła w kosmos. Od stuleci było wiadomo, że wokół gwiazdy krąży planeta o składzie wskazującym na możliwość utrzymania życia. Gdyby Bistabilna była zwykłą gwiazdą, planeta mogłaby być bardzo przyjemna, a nie pozostawać zamrożoną kulą śniegową, którą jest przez większość czasu. W układzie Bistabilnej nie było żadnych innych ciał planetarnych, a starożytni astronomowie potwierdzili brak księżyca jedynej znajdującej się tam planety. Żadnych innych planet typu ziemskiego, gazowych olbrzymów, asteroid… ani nawet obłoku kometarnego. Przestrzeń wokół Bistabilnej została wymieciona do czysta. Coś takiego nie było dziwne w pobliżu obiektu o katastrofalnej zmienności, a Bistabilna mogła w przeszłości wybuchać… ale w takim razie jak przetrwała ta jedna planeta? Była to jedna z tajemnic tego miejsca.
W planach uwzględniono wszystkie znane fakty. Flota kapitana Parka spędziła krótki czas na miejscu na gorączkowym badaniu systemu i wydobyciu kilku kiloton materiałów lotnych z zamrożonego świata. Właściwie znaleźli w układzie cztery skały – będąc w dobrym nastroju, można by je nazwać asteroidami. Były dziwnymi obiektami: największy miał około dwóch kilometrów długości, a wszystkie składały się z litego diamentu. Naukowcy Trilandii niemal się pobili, próbując to wyjaśnić.
Jednak diamentów nie da się jeść, przynajmniej nie na surowo. Bez zwykłej mieszanki miejscowych substancji lotnych i rud życie floty mogłoby się stać bardzo niewygodne. Cholerni Rozwinięci byli równocześnie spóźnieni i mieli szczęście. Najwyraźniej zabrali mniej specjalistów naukowych i akademickich, wolniejsze statki kosmiczne… ale bardzo, bardzo dużo sprzętu.
Przywódca Rozwiniętych uśmiechnął się łagodnie i kontynuował.
– W układzie Bistabilnej jest tylko jedno miejsce, gdzie dostępne są substancje lotne: na samym świecie Pająków. – Przesunął wzrokiem po słuchaczach, zatrzymując spojrzenie na dłużej na gościach. – Wiem, że to coś, co niektórzy z was mieli nadzieję opóźnić do czasu, gdy Pająki znowu staną się aktywne… Jednak przydatność ukrywania się bywa ograniczona, a moja flota obejmuje ciężkie promy. Dyrektor Reynolt – aha, tak się nazywa ta ruda! – zgadza się z waszymi naukowcami, że miejscowi nie wyszli jeszcze poza swoje prymitywne radionadajniki. Wszystkie Pająki są teraz zamrożone pod ziemią i pozostaną tam do czasu, aż Bistabilna znowu zaświeci. – Za mniej więcej rok. Przyczyna cyklu Bistabilnej była zagadką, ale przejście z ciemności do światła powtarzało się w okresie, który nie zmienił się zauważalnie w ciągu ośmiu tysięcy lat.
Siedzący obok niego przy głównym stole S.J. Park też się uśmiechał, zapewne równie szczerze jak Tomas Nau. Kapitan floty Park nie był lubiany w Wydziale Leśnictwa Trilandii, w części dlatego, że ograniczył czas przygotowań do wylotu do absolutnie niezbędnego minimum, choć nie było jeszcze żadnych dowodów na istnienie drugiej floty. Park doprowadził też prawie do spalenia silników podczas opóźnionego hamowania, by dolecieć jeszcze przed Rozwiniętymi. Mógł się słusznie cieszyć faktem dotarcia tu jako pierwszy, ale nie zyskał na tym zbyt wiele: diamentowe skały i mały zapas substancji lotnych. Aż do pierwszych lądowań nie wiedzieli nawet, jak naprawdę wyglądają obcy. Te wycieczki, obejmujące grzebanie przy pomnikach i podbieranie ze śmietnisk, sporo ujawniły… a teraz te informacje muszą zostać przehandlowane.
– Już czas nawiązać współpracę – kontynuował Nau. – Nie wiem, ile dotarło do was z rozmów prowadzonych przez nas w ciągu ostatnich dwóch dni. Z pewnością pojawiły się pogłoski. Szczegóły poznacie już niedługo, ale kapitan Park, wasz Komitet Handlowy i ja uznaliśmy, że dzisiejszy wieczór będzie dobrą okazją do przedstawienia naszego wspólnego celu. Planujemy połączone lądowanie w znacznej sile. Głównym celem będzie zebranie przynajmniej miliona ton wody i podobnych ilości rud metali. Mamy promy, które stosunkowo łatwo się z tym uporają. W ramach dodatkowych celów zostawimy na miejscu ukryte czujniki i spróbujemy dokonać niewielkich badań dotyczących kultury. Te wyniki i zasoby zostaną podzielone po równo między naszymi dwiema ekspedycjami. W przestrzeni obie grupy użyją lokalnych skał do ukrycia naszych habitatów, prawdopodobnie w odległości kilku sekund świetlnych od Pająków. – Nau zerknął na kapitana Parka. Czyli niektóre sprawy wciąż jeszcze były omawiane.
Nau uniósł kieliszek.
– Tak więc toast. Za zakończenie błędów i nasze wspólne przedsięwzięcie. Niech w przyszłości zapanuje większe skupienie.
– Hej, moja droga, to ja miałem tu być tym z paranoją, pamiętasz? Myślałem, że mnie pobijesz za te wszystkie paskudne kupieckie podejrzenia.
Trixia uśmiechnęła się lekko, ale nie odpowiedziała od razu. Przez całą drogę z bankietu Rozwiniętych była nietypowo milcząca. Wrócili do jej kabiny w tymczasówce Kupców. Tutaj zwykle najbardziej otwarcie okazywała swoją szczerą do bólu i uroczą osobowość.
– Ich habitat zdecydowanie wyglądał miło – przyznała w końcu.
– W porównaniu z naszą tymczasówką jest dużo lepszy. – Ezr poklepał plastikową ścianę. – Jak na coś zrobionego z przywiezionych ze sobą części wyszło im doskonale.
Tymczasówka Queng Ho była niewiele więcej niż olbrzymim, podzielonym na części balonem. Sala gimnastyczna i sale zebrań miały przyzwoite rozmiary, ale trudno było to miejsce nazwać eleganckim. Elegancję Kupcy zostawiali na większe struktury, które mogli wznieść z miejscowych materiałów. Trixia miała tylko dwa połączone pokoje, łącznie nieco ponad sto metrów sześciennych. Ściany nie miały zdobień, choć dziewczyna ciężko pracowała nad dzielonym obrazowaniem: jej rodzice i siostry, panorama z jakiegoś wielkiego trilandzkiego lasu. Sporą część jej biurka zapełniały historyczne zdjęcia ze Starej Ziemi sprzed ery kosmicznej. Były tam dwuwymiarowe zdjęcia pierwszego Londynu i pierwszego Berlina, zdjęcia koni, samolotów i komisarzy. Właściwie tamte kultury były bardzo nijakie w porównaniu z ekstremami, jakie rozegrały się w historiach późniejszych światów. Jednak u zarania dziejów wszystko było odkrywane po raz pierwszy. Nigdy nie było czasów większych marzeń ani większej naiwności. Te czasy były specjalnością Ezra, ku przerażeniu jego rodziców i zdumieniu większości przyjaciół. A jednak Trixia go rozumiała. Zaranie dziejów było dla niej zapewne tylko hobby, ale uwielbiała rozmawiać o bardzo, bardzo starych pierwszych razach. Wiedział, że nigdy nie znajdzie drugiej takiej jak ona.
– Słuchaj, Trixia, co cię dopadło? Chyba nie ma nic podejrzanego w tym, że Rozwinięci mają miłe kwatery. Większość wieczoru byłaś zwykłą nierozgarniętą sobą. – Nie zareagowała na przytyk. – Ale potem coś się zmieniło. Co zauważyłaś?
Odepchnął się od biurka, by podlecieć bliżej miejsca, gdzie siedziała na ściennej sofie.
– To… to było kilka drobiazgów i… – Sięgnęła, by ująć jego dłoń. – Wiesz, że mam talent do języków. – Znowu krótki uśmieszek. – Ich dialekt Nese jest tak podobny do standardu transmisji, że w oczywisty sposób rozwinęli się dzięki Sieci Queng Ho.
– Jasne. To wszystko pasuje do ich twierdzeń. Są młodą kulturą, która wychodzi z głębokiego upadku.
Czy ja będę jeszcze musiał ich bronić? Oferta Rozwiniętych była rozsądna, niemal hojna. I z rodzaju tych, przy których każdy dobry Kupiec od razu zwiększał czujność. Jednak Trixia zobaczyła coś innego, co ją zaniepokoiło.
– Tak, ale posiadanie wspólnego języka sprawia, że trudno ukryć wiele rzeczy. Słyszałam od nich mnóstwo autorytarnych zwrotów… i wcale nie wydawały się zaszłościami. Rozwinięci przywykli do posiadania ludzi, Ezr.
– Masz na myśli niewolników? To wysoko rozwinięta cywilizacja techniczna, Trixia. Ludzie znający technikę nie są dobrymi niewolnikami. Bez ich zaangażowanej współpracy wszystko się rozpada.
Niespodziewanie ścisnęła jego rękę, nie gniewnie, nie w zabawie, ale z intensywnością, jakiej jeszcze nigdy u niej nie widział.
– Tak, tak. Ale nie znamy ich wszystkich perwersji. Wiemy, że grają ostro. Spędziłam cały wieczór, słuchając tego czerwonawego blondyna siedzącego obok ciebie i pary po mojej prawej. Słowo „handel” nie przychodzi im łatwo. Jedyna relacja z Pająkami, jaką sobie wyobrażają, to wyzysk.
– Hmm. – Trixia taka właśnie była. Rzeczy, których w ogóle nie zauważał, dla niej mogły stanowić wielką różnicę. Czasami wydawały mu się błahostkami, nawet gdy je wyjaśniła, ale czasem jej wyjaśnienie było niczym reflektor odsłaniający rzeczy, których sam nie zauważył. – Nie wiem, Trixia. Zdajesz sobie sprawę, że Queng Ho mogą brzmieć dość, uch, arogancko, gdy nie słyszą nas klienci.
Trixia na chwilę odwróciła od niego wzrok i zapatrzyła się na dziwne, eleganckie pokoje z jej rodzinnego domu na Trilandii.
– Arogancja Queng Ho wywróciła mój świat do góry nogami, Ezr. Wasz kapitan Park rozbił drzwi do systemu edukacji, otworzył Leśnictwo… A to wszystko było tylko skutkiem ubocznym.
– Nikogo nie zmuszaliśmy…
– Wiem. Nikogo nie zmuszaliście. Leśnictwo chciało udziału w tej misji, a waszą ceną za ten udział było dostarczenie pewnych produktów. – Uśmiechnęła się zimno. – Nie narzekam, Ezr. Bez arogancji Queng Ho nigdy nie dopuszczono by mnie do programu wstępnego Leśnictwa. Nie miałabym doktoratu i nie byłoby mnie tutaj. Wy, Queng Ho, jesteście kanciarzami, ale też jedną z lepszych rzeczy, która przytrafiła się mojej planecie.
Ezr przebywał w hibernacji aż do ostatniego roku na Trilandii. Szczegóły dotyczące Klienta nie były dla niego całkiem jasne, a przed dzisiejszym wieczorem Trixia nie była zbyt chętna, by o nich rozmawiać. Hmm. Tylko jedna propozycja małżeństwa na megasekundę: obiecał jej, że nie będzie tego robił częściej, ale… otworzył usta, by powiedzieć…
– Hej, czekaj! Jeszcze nie skończyłam. Mówię teraz to wszystko, bo muszę cię przekonać: jest arogancja i arogancja, a ja potrafię zobaczyć różnicę. Ludzie przy tamtym stole mówili bardziej jak tyrani niż Kupcy.
– A co z kelnerami? Czy wyglądali na stłamszonych poddanych?
– Nie… bardziej na pracowników. Wiem, że to się nie składa, ale nie widzieliśmy wszystkich ludzi Rozwiniętych. Może ofiary kryją się gdzie indziej. Jednak albo przez przesadną pewność siebie, albo zaślepienie Tomas Nau rozgłosił ich ból na wszystkich ścianach. – Popatrzyła gniewnie, widząc jego pytające spojrzenie. – Obrazy, do diaska!
Opuszczając salę bankietową, Trixia przeleciała powoli wzdłuż ścian, oglądając kolejno wszystkie malowidła. Były pięknymi krajobrazami różnych miejsc na planecie lub w bardzo dużych habitatach. Wszystkie charakteryzowały się surrealizmem w zakresie oświetlenia i geometrii, a równocześnie precyzją szczegółów poszczególnych źdźbeł trawy.
– Tych obrazów nie namalowali normalni, szczęśliwi ludzie.
Ezr wzruszył ramionami.
– Dla mnie wyglądały tak, jakby wszystkie namalowała jedna osoba. Są bardzo dobre, założę się, że to reprodukcje klasyki, jak krajobrazów zamkowych z Canberry Denga. – Kogoś z depresją maniakalną kontemplującego swą ponurą przyszłość. – Wielcy artyści często są nieszczęśliwi.
– Słowa godne prawdziwego Kupca!
Przykrył jej dłonie swoimi.
– Nie próbuję się z tobą spierać, Trixia. Aż do tego bankietu to ja byłem nieufny.
– I wciąż taki jesteś, prawda? – Pytanie zostało zadane z dużym naciskiem, bez śladu rozbawienia.
– Tak. – Choć nie aż tak jak Trixia i nie z tych samych powodów. – Podzielenie się przez Rozwiniętych połową ładunku z ich ciężkich promów jest trochę zbyt rozsądne. – Musiały się za tym kryć jakieś ostre targi. Teoretycznie możliwości intelektualne przywiezionych przez Queng Ho akademików były warte przynajmniej tyle samo co ciężkie promy, ale ten znak równości był subtelny i trudny do dowiedzenia. – Po prostu próbuję zrozumieć, co zobaczyłaś, a umknęło… No dobrze, przypuśćmy, że sytuacja jest naprawdę tak groźna, jak ją widzisz. Czy nie sądzisz, że kapitan Park i Komitet zdają sobie z tego sprawę?
– To co teraz myślą? Obserwując waszych oficerów w powrotnym wahadłowcu, odniosłam wrażenie, że ludzie są teraz dość pozytywnie nastawieni do Rozwiniętych.
– Cieszą się z dogadania umowy. Nie wiem, co myślą ludzie z Komitetu Handlowego.
– Mógłbyś się dowiedzieć, Ezr. Jeśli ten bankiet ich oszukał, możesz zażądać twardszej postawy. Wiem, wiem: jesteś praktykantem, obowiązują zasady i zwyczaje, bla, bla, bla. Ale twój Ród jest właścicielem tej wyprawy!
Ezr skulił się w sobie.
– Tylko części.
Dziewczyna pierwszy raz poruszyła ten temat. Do tej pory oboje – a przynajmniej Ezr – bali się wyraźnego przyznania tej różnicy ich statusu. Oboje dzielili głęboko zakorzeniony lęk, że to drugie może po prostu jego/ją wykorzystywać. Rodzice Ezra Vinha i jego dwie ciotki byli właścicielami około jednej trzeciej wyprawy: dwóch statków strumieniowych i trzech promów. W sumie rodzina Vinh.23 posiadała trzydzieści statków rozdzielonych między kilkanaście przedsięwzięć. Wyprawa na Trilandię była uboczną inwestycją, zasługującą jedynie na symbolicznego członka Rodu. Za stulecie lub trzy wróci do swojej rodziny, a wtedy Ezr Vinh będzie starszy o dziesięć lub piętnaście lat. Cieszył się na to spotkanie, na pokazanie rodzicom, że ich chłopiec dojrzał. A na razie brakowało mu jeszcze wielu lat do możliwości wymuszania na innych swojego punktu widzenia.
– Jest różnica między posiadaniem a zarządzaniem, zwłaszcza w moim wypadku, Trixia. Gdyby w wyprawie uczestniczyli moi rodzice, to owszem, mieliby tu dużo do powiedzenia. Ale oni byli już „Tam i z powrotem”. Ja jestem dużo bardziej praktykantem niż właścicielem. – I zaliczył już dowodzące tego upokorzenia. Jedno, co można było z pewnością powiedzieć o właściwej ekspedycji Queng Ho: nie widziało się u nich nepotyzmu, czasami wręcz przeciwnie.
Trixia milczała przez dłuższą chwilę, pytająco przesuwając spojrzeniem po twarzy Ezra. Co teraz? Vinh przypomniał sobie ponurą radę ciotki Filipy na temat kobiet, które przywiązują się do bogatych młodych Kupców, rozkochują ich w sobie, a potem próbują kierować ich życiem… albo, co gorsza, kierować interesem Rodu. Ezr miał dziewiętnaście lat, Trixia Bonsol dwadzieścia pięć. Mogła sądzić, że wolno jej po prostu żądać. Och, Trixia, proszę, nie.
W końcu się uśmiechnęła, dużo łagodniej niż zwykle.
– Dobrze, Ezr. Zrób, co musisz, ale… zrób coś dla mnie, dobrze? Zastanów się nad tym, co powiedziałam. – Obróciła się, wyciągnęła rękę i łagodnie pogłaskała go po twarzy. Jej pocałunek był miękki, nieśmiały.
Bachor czekał w zasadzce przed kajutą Ezra.
– Hej, Ezr, obserwowałam cię wczoraj wieczorem.
Prawie go to zatrzymało. Ona mówi o bankiecie. Komitet Handlowy transmitował relację do całej floty.
– Jasne, Qiwi, widziałaś mnie na wideo. A teraz widzisz mnie na żywo. – Otworzył drzwi, wleciał do środka. W jakiś sposób Bachor przylepiła się do niego na tyle blisko, że też się tu znalazła. – To co tu robisz?
Qiwi była geniuszem w zakresie własnej interpretacji pytań.
– Za dwa tysiące sekund mamy wspólną zmianę. Pomyślałam, że moglibyśmy razem pójść do bakteryki, powymieniać się plotkami.
Vinh zanurkował do drugiego pokoju, tym razem zamykając przed nią drzwi. Przebrał się w odzież roboczą. Oczywiście Bachor wciąż czekał, gdy stamtąd wyszedł.
Westchnął.
– Nie mam żadnych plotek. – Za diabła nie powtórzę tego, co mówiła Trixia.
Qiwi wyszczerzyła się triumfalnie.
– Ale ja mam. No chodź. – Otworzyła zewnętrzne drzwi kajuty i wykonała elegancki przewrót w nieważkości, wylatując na publiczny korytarz. – Chcę porównać z tobą notatki na temat tego, co tam widziałeś, ale założę się, że mam dużo więcej. Komitet miał trzy kamery, włącznie z wejściem, więc widok był lepszy od twojego.
Ruszyła z nim w głąb korytarza, wyjaśniając, jak wiele razy przeglądała nagrania, i opowiadając o wszystkich ludziach, z którymi plotkowała od tamtej pory.
Vinh pierwszy raz spotkał Qiwi Lin Lisolet jeszcze podczas przygotowań do wylotu, w przestrzeni Trilandii. Była ośmioletnią kupką czystej okropności, która z jakiegoś powodu właśnie jego wybrała za cel swojej uwagi. Po posiłku albo sesji szkoleniowej zakradała się za niego i waliła go w ramię, a im bardziej się złościł, tym większą sprawiało jej to przyjemność. Jeden solidny cios w odpowiedzi zdecydowanie zmieniłby jej podejście, ale nie można przecież bić ośmiolatki. Miała o dziewięć lat za mało do obowiązującego minimum wieku członków załogi. Miejsce dla dzieci było przed podróżami albo po nich, a nie w załogach, zwłaszcza kierujących się w bardzo izolowane miejsca. Jednak matka Qiwi była właścicielką dwudziestu procent wyprawy… Ród Lisolet.17 był prawdziwie matriarchalny, wywodził się ze Strentmanna, daleko w przestrzeni Queng Ho. Mieli dziwny wygląd i dziwne zwyczaje. Musiało zostać złamanych mnóstwo zasad, ale w końcu mała Qiwi stała się członkinią załogi. W podróży spędziła więcej lat obudzona niż ktokolwiek poza załogą Wachty. Między gwiazdami upłynęła duża część jej życia, w towarzystwie nielicznych dorosłych, często nawet bez rodziców. Sama ta myśl wystarczała, by wystudzić dużą część irytacji Vinha. Biedne maleństwo. Choć już wcale nie była taka mała. Qiwi musiała mieć czternaście lat, a teraz jej ataki fizyczne zostały w dużym stopniu zastąpione atakami słownymi, co było dobrą zmianą, biorąc pod uwagę dostosowaną do wysokiego ciążenia budowę fizyczną Strentmannczyków.
Teraz oboje sunęli przez główną oś tymczasówki.
– Cześć, Raji, jak interesy?
Qiwi witała się i uśmiechała do co drugiego mijanego członka załogi. W ciągu megasekund przed przybyciem Rozwiniętych kapitan Park rozmroził prawie połowę załogi floty, co wystarczyło do obsługi wszystkich pojazdów i całej broni, z zapasem na wszelki wypadek. Tysiąc pięćset osób nie byłoby niczym więcej niż dużą imprezą w tymczasówce jego rodziców, ale tutaj generowało tłok, choć wielu podczas swoich zmian przebywało na pokładzie statków. Przy takiej liczbie ludzi zaczynało się naprawdę zauważać, że pomieszczenia mieszkalne są tymczasowe i że co chwila nadmuchiwane są nowe przedziały. Główna oś była zaledwie punktem styku czterech bardzo dużych balonów. Powierzchnie falowały czasami, gdy cztery lub pięć osób musiało się minąć równocześnie.
– Nie ufam Rozwiniętym, Ezr. Po tych wszystkich przemowach o hojności z radością poderżną nam gardła.
Vinh burknął z irytacją.
– To czemu się tyle szczerzysz?
Przelecieli wzdłuż przezroczystego odcinka materiału, prawdziwego okna, nie tapety. Z drugiej strony znajdował się park tymczasówki. Tak naprawdę nie był o wiele obszerniejszy od dużego bonsai, ale zapewne mieścił więcej wolnej przestrzeni i żywych organizmów, niż znajdowało się w całym sterylnym habitacie Rozwiniętych. Qiwi odwróciła do niego głowę i przez krótką chwilę milczała. Żywe rośliny i zwierzęta były chyba jedynym, co potrafiło ją skłonić do ciszy. Jej ojciec był inżynierem podtrzymywania życia floty… oraz artystą bonsai znanym w całej przestrzeni Queng Ho.
Potem dziewczyna gwałtownie wróciła do chwili obecnej. Na jej usta wypłynął wyniosły uśmiech.
– Ponieważ jesteśmy Queng Ho, jeśli choć na chwilę sobie o tym przypomnimy! Mamy nad tymi nuworyszami przewagę tysięcy lat przebiegłości. „Rozwinięci”, niech mnie w łokieć całują. Osiągnęli to, co mają, dzięki słuchaniu publicznej Sieci Queng Ho. Bez Sieci wciąż pomieszkiwaliby we własnych ruinach.
Korytarz zwęził się i wykrzywił w rożek. Dobiegające z tyłu i z góry odgłosy załogi zrobiły się przytłumione przez tkaninę. Dotarli do najbardziej wewnętrznego pęcherza tymczasówki. Poza dźwigarami i generatorami była to jedyna absolutnie niezbędna część tymczasówki: jama bakteryki.
Służba tutaj była nieprzyjemna i najbardziej podstawowa z możliwych, polegała na czyszczeniu filtrów bakteryjnych pod sadzawkami hydroponicznymi. Tu, w dole, rośliny nie pachniały przyjemnie. Właściwie o ich dobrym stanie zdrowia świadczył idealny smród zgnilizny. Większość prac mogła zostać wykonana przez maszyny, ale czasami konieczne było podejmowanie decyzji wykraczających poza możliwości najlepszej automatyki, a nikt nawet nie zawracał sobie głowy opracowywaniem zdalnych urządzeń. Na pewien sposób było to bardzo odpowiedzialne zadanie. Wystarczyła jedna głupia pomyłka, a szczep bakterii mógł przedostać się przez błonę do górnych zbiorników. Jedzenie smakowałoby jak wymiociny, a woń mogła dotrzeć do systemów wentylacji. Jednak nawet najgorszy błąd prawdopodobnie nikogo by nie zabił – na statkach strumieniowych wciąż istniały bakteryki, wszystkie trzymane w ścisłej wzajemnej izolacji.
To było miejsce do nauki, idealne według norm surowych nauczycieli: praca była wymagająca intelektualnie i nieprzyjemna fizycznie, a każdy błąd mógł doprowadzić do wstydu, którego bardzo trudno byłoby się pozbyć.
Qiwi zapisała się tu na dodatkową służbę. Twierdziła, że kocha to miejsce.
– Tata mówi, że trzeba zacząć od najmniejszych żyjątek, zanim będzie można się zająć większymi organizmami. – Była chodzącą encyklopedią bakterii, ich powiązanych szlaków metabolicznych, ściekowych bukietów odpowiadających różnym kombinacjom i charakterystyk szczepów, którym zaszkodziłby kontakt z ludźmi (szczęśliwcami, którzy nigdy nie poczuliby ich woni).
W ciągu pierwszego tysiąca sekund Ezr o mało co nie popełnił dwóch błędów. Oczywiście się na nich złapał, ale Qiwi zauważyła. Normalnie dręczyłaby go bez ustanku z powodu błędów, ale dzisiaj pochłaniały ją plany dotyczące Rozwiniętych.
– Wiesz, czemu nie przywieźliśmy żadnych ciężkich promów?
Ich dwa największe lądowniki mogły przewieźć z powierzchni na orbitę tylko tysiąc ton. Mając dość czasu, zebraliby wszystkie potrzebne im materiały lotne, ale oczywiście przybycie Rozwiniętych właśnie tego czasu ich pozbawiło. Ezr wzruszył ramionami i nie oderwał wzroku od pobieranej właśnie próbki.
– Znam plotki.
– Ha. Ja nie potrzebuję plotek. I sam doszedłbyś do prawdy, gdybyś trochę policzył. Kapitan floty Park domyślił się, że możemy mieć towarzystwo. Zabrał ze sobą minimalną liczbę lądowników i habitatów, ale za to sprowadził mnóstwo dział i atomówek.
– Może. – Z pewnością.
– Problem w tym, że cholerni Rozwinięci są na tyle blisko, że zabrali dużo więcej materiału, a i tak dotarli tu zaraz po nas.
Ezr nie odpowiedział, ale to nie miało znaczenia.
– W każdym razie słuchałam plotek. Musimy być naprawdę bardzo, bardzo ostrożni. – I zajęła się omawianiem taktyk wojskowych oraz spekulacji dotyczących systemów uzbrojenia Rozwiniętych.
Matka Qiwi była zastępczynią kapitana floty, ale również zbrojmistrzynią. Zbrojmistrzynią Strentmannką. Większość czasu spędzonego przez Bachora w locie poświęcono na matematykę, trajektorie i inżynierię. Bakteryka i bonsai wynikały z wpływów ojca. Potrafiła oscylować między krwiożerczą wojowniczką, przebiegłą Kupczynią i artystką bonsai, a wszystko w ciągu paru sekund. Jak jej rodzicom w ogóle przyszło do głowy, żeby się pobrać? I jakie samotne, pokręcone dziecko sprowadzili na świat.
– Tak więc moglibyśmy pokonać Rozwiniętych w uczciwej walce – oświadczyła Qiwi. – A oni o tym wiedzą. To dlatego są tacy mili. Musimy teraz tylko odpowiednio ich wykorzystać, bo potrzebujemy ich ciężkich promów, a potem, jeśli dotrzymają umowy, oni się wzbogacą, ale my jeszcze bardziej. Te błazny nie potrafiłyby sprzedać powietrza tymczasówce bez zbiorników. Jeśli wszystko rozegra się uczciwie, wyjdziemy z tej operacji, mając nad nią kontrolę.
Ezr zakończył sekwencję i pobrał kolejną próbkę.
– Cóż – skomentował – Trixia uważa, że oni wcale nie patrzą na to jak na interakcje handlowe.
– Hm. – Zabawne, jak Qiwi obrażała niemal wszystko, co miało związek z Vinhem… z wyjątkiem Trixii. Przeważnie ją ignorowała. Dziewczyna zrobiła się nietypowo cicha. Na prawie sekundę. – Myślę, że twoja przyjaciółka ma rację. Słuchaj, Vinh, naprawdę nie powinnam ci tego mówić, ale w Komitecie Handlowym doszło do poważnego podziału. – O ile jej matka nie mówiła przez sen, to musiały być wymysły. – Zgaduję, że w Komitecie są jacyś durnie, widzący w tym wyłącznie negocjacje biznesowe, w których każda strona wkłada szczery wysiłek we wspólne dzieło, i oczywiście to my mamy najlepszych negocjatorów. Nie rozumieją, że jeśli zginiemy, nie będzie miało znaczenia, że druga strona dozna strat. Musimy przez to przejść i być gotowi na pułapkę.
Na swój własny, krwawy sposób Qiwi brzmiała dość podobnie do Trixii.
– Mama nie powiedziała tego wprost, ale mogło dojść do impasu. – Zerknęła na niego z ukosa jak dziecko bawiące się w spisek. – Jesteś właścicielem, Ezr. Mógłbyś porozmawiać z…
– Qiwi!
– Jasne, jasne. Niczego nie mówiłam. Nic nie powiedziałam!
Dała mu spokój na jakieś sto sekund czy coś koło tego, a potem zaczęła opowiadać o swoich planach zarobienia na Rozwiniętych, „jeśli przeżyjemy kilka następnych megasekund”. Gdyby nie istniały planeta Pająków i gwiazda Bistabilna, Rozwinięci staliby się odkryciem stulecia w tej części terytorium Queng Ho. Z obserwacji działań ich floty jednoznacznie wynikało, że wyjątkowo dobrze radzą sobie z automatyką i planowaniem systemów. Choć równocześnie ich statki kosmiczne były o połowę wolniejsze od tych Queng Ho, a nauki biologiczne w równym stopniu pozostawały w tyle. Qiwi miała sto pomysłów na obrócenie całej sytuacji w zysk.
Ezr pozwolił, by jej słowa po nim spływały, ledwie słyszane. Kiedy indziej mógłby się zatracić w skupieniu na pracy, którą się zajmował, ale podczas tej zmiany nie było na to szans. Realizacja planów obejmujących dwa stulecia sprowadzała się teraz do kilku krytycznych kilosekund i po raz pierwszy zaczął się zastanawiać nad działaniami kierownictwa floty. Trixia była outsiderką, jednak genialną i mającą inny punkt widzenia niż urodzeni Kupcy. Bachor była bystra, choć zwykle jej opinie były bezwartościowe. Tym razem… może mama faktycznie ją do tego podpuściła. Perspektywa Kiry Pen Lisolet została ukształtowana bardzo daleko, tak jak to tylko możliwe w granicach terenów Queng Ho, i mogła uważać, że nastoletni praktykant może wpłynąć na sytuację tylko dlatego, że pochodzi z Rodu właścicieli. Szlag.
Zmiana mijała bez dalszych głębszych myśli. Skończy ją za tysiąc pięćset sekund. Jeśli odpuści sobie lunch, będzie miał czas się przebrać… i poprosić o spotkanie z kapitanem Parkiem. W ciągu dwóch subiektywnych lat, gdy uczestniczył w wyprawie, nigdy nie próbował wykorzystywać powiązań rodziny. I w czym tak naprawdę mogę teraz pomóc? Czy faktycznie mogę przełamać impas? Zamartwiał się tym problemem aż do końca zmiany. Wciąż nad tym myślał, zdejmując kombinezon do pracy w bakteryce… i dzwoniąc do kapitańskiego sekretarza.
Uśmiech Qiwi był wyjątkowo bezczelny.
– Powiedz im prosto z mostu, Vinh. To musi być operacja bojowa.
Gestem kazał się jej uciszyć, a potem zauważył, że jego połączenie nie zostało odebrane. Zablokowane? Ezr przez moment poczuł falę ulgi, a potem zauważył, że wyprzedził go przychodzący rozkaz… z biura kapitana Parka. „Zgłosić się o 5.20.00 w sali planowania kapitana floty…”. Jak brzmiało to starożytne przekleństwo o spełnianiu życzeń? Gdy wspinał się do śluz wahadłowców tymczasówki, myśli Ezra Vinha były mocno zmieszane.
Qiwi Lin Lisolet nie było już nigdzie na widoku: dziewczyna nie była taka głupia.
Wcale nie spotkał się z jakimś oficerem sztabowym. Ezr zjawił się w sali planowania kapitana floty na pokładzie QHS „Pham Nuwen” i zastał tam kapitana floty… oraz cały Komitet Handlowy wyprawy. Nie wyglądali na zadowolonych. Vinh zdołał tylko rzucić ukradkowe spojrzenie, zanim stanął na baczność przy słupku zakotwiczającym. Kątem oka szybko policzył zebranych. Tak, byli tu wszyscy. Wisieli wokół stołu konferencyjnego sali, a ich spojrzenia wcale nie wyglądały przyjaźnie.
Park przyjął sztywną pozycję Ezra szorstkim machnięciem dłoni.
– Spocznij, praktykancie.
Trzysta lat temu, gdy Ezr miał pięć lat, kapitan Park odwiedził rodzinną tymczasówkę Vinhów w przestrzeni Canberry. Jego rodzice potraktowali go po królewsku, choć nie był nawet starszym kapitanem. Ezr zapamiętał głównie parkowe prezenty od kogoś, kto wydawał się szczerze przyjazny.
Przy następnym spotkaniu Vinh był siedemnastoletnim przyszłym praktykantem, a Park zajmował się wyposażaniem floty lecącej na Trilandię. Co za różnica. Od tamtej pory wymienili może w sumie sto słów, i to tylko przy formalnych okazjach. Ezr bardzo cieszył się z tej anonimowości, a w tej chwili oddałby za nią niemal wszystko.
Kapitan Park wyglądał tak, jakby właśnie ugryzł coś bardzo kwaśnego. Rozejrzał się po członkach Komitetu Handlowego, a Vinh zaczął się nagle zastanawiać, na kogo właściwie się tak złości.
– Młody Vi… praktykancie Vinh. Mamy tu… nietypową sytuację. Znasz delikatność sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się po przybyciu Rozwiniętych. – Kapitan nie wyglądał tak, jakby spodziewał się odpowiedzi, i „tak jest” Ezra zgasło, zanim dotarło do jego ust. – W tej chwili możliwych jest kilka sposobów postępowania. – Znowu rzut oka na członków Komitetu.
Ezr zrozumiał wreszcie, że Qiwi Lisolet wcale nie opowiadała kompletnych bzdur. Kapitan floty miał bezwzględną władzę w sytuacjach taktycznych i w zwykłych warunkach prawo weta w kwestiach strategicznych, ale w przypadku istotnych zmian celów wyprawy był na łasce swojego Komitetu Handlowego. A w tym wypadku coś poszło nie tak. To nie był zwykły pat – w takich sytuacjach kapitanowie floty mieli decydujący głos. Nie, ten impas musiał ocierać się o bunt klasy kierowniczej. Nauczyciele w szkole wspominali o takich sytuacjach, mówiąc, że gdyby kiedyś do tego doszło, to potencjalnie młodszy właściciel mógł zyskać głos w procesie decyzyjnym. Stając się kimś w rodzaju kozła ofiarnego.
– Pierwsza możliwość – kontynuował kapitan Park, ignorując ponure wnioski przemykające przez głowę Vinha. – Zgodzimy się na grę proponowaną przez Rozwiniętych. Wspólne operacje. Wspólna kontrola nad wszystkimi pojazdami w nadchodzącej misji na planecie.
Ezr przyjrzał się członkom Komitetu. Kira Pen Lisolet siedziała obok kapitana floty, ubrana w zielony mundur rodu Lisoletów. Była niemal równie drobna jak Qiwi, z poważnymi i skupionymi rysami twarzy. Jednak emanowało z niej wrażenie czystej fizycznej siły. Typ ciała Strentmannczyków był ekstremalny nawet według standardów różnorodności Queng Ho. Niektórzy Kupcy czerpali dumę z ukrywania swoich uczuć, ale nie Kira Pen Lisolet. Kira Lisolet faktycznie odczuwała odrazę do pierwszej „możliwości” Parka w stopniu, w jakim twierdziła Qiwi.
Ezr skupił uwagę na innej znajomej twarzy. Sum Dotran. Komitety kierownicze stanowiły elitę. Nie znalazło się w nich wielu aktywnych właścicieli, większość członków było zawodowymi planistami pracującymi na udziały, które pozwoliłyby im posiadać własne statki. Do tego niewiele było tam osób w bardzo podeszłym wieku. Większość tych naprawdę starych było doskonałymi ekspertami, szczerze preferującymi zarządzanie nad jakąś formę własności. Sum Dotran był jedną z takich osób. Kiedyś pracował nawet dla rodziny Vinh. Ezr domyślał się, że on także sprzeciwiał się pierwszej „możliwości” Parka.
– Druga możliwość: osobne struktury kontrolne, bez lądowań z mieszanymi załogami. Ujawnimy się Pająkom najszybciej, jak będzie to praktyczne.
I niech Bóg Handlu zdecyduje, kto będzie wielkim zwycięzcą, a kto przegranym. Gdy do gry dołączy trzeci gracz, potencjalna przewaga prostej zdrady powinna się zmniejszyć. W ciągu kilku lat ich stosunki z Rozwiniętymi powinny osiągnąć stosunkowo zwykły poziom konkurencyjności. Oczywiście Rozwinięci mogą uznać jednostronny kontakt za akt zdrady. Ich pech. Vinh miał wrażenie, że to podejście popierała przynajmniej połowa Komitetu… ale nie Sum Dotran. Staruszek poruszył lekko głową w stronę Vinha, jednoznacznie wyrażając swoją opinię.
– Trzecia możliwość: pakujemy nasze tymczasówki i wracamy na Trilandię.
Oszołomiony wyraz twarzy Vinha musiał być oczywisty. Sum Dotran dołożył uzasadnienie.
– Młody Vinhu, kapitan chce powiedzieć, że druga strona ma przewagę liczebną, prawdopodobnie także w zakresie siły ognia. Nikt z nas nie ufa tym Rozwiniętym, a jeśli zwrócą się przeciw nam, nie będzie ucieczki. Zbyt duże ryzyko…
Kira Pen Lisolet walnęła w stół.
– Protestuję! To spotkanie w ogóle jest absurdalne. Co gorsza, widzimy teraz jasno, że Sum Dotran po prostu wykorzystuje je, by wymusić własne poglądy. – To by było tyle, jeśli chodzi o jego teorię, że Qiwi działa w imieniu swojej mamy.
– Oboje zakłócacie porządek! – Kapitan Park urwał na chwilę, wpatrując się w Komitet. – Czwarta możliwość: wykonamy uderzenie wyprzedzające na flotę Rozwiniętych i zdobędziemy układ dla siebie.
– Podejmiemy próbę zdobycia go – skorygował Dotran.
– Protestuję! – Znowu Kira Pen Lisolet. Machnęła ręką, przywołując współdzielone obrazy. – Atak wyprzedzający to jedyny pewny sposób postępowania.
Obraz Lisolet nie prezentował gwiazd ani teleskopowego widoku planety Pająków. Nie zawierał też wykresów organizacyjnych czy rozkładów czasowych, tak często pochłaniających uwagę planistów. W tym wypadku było to coś przypominającego planetarne schematy floty, prezentujące pozycje i wektory obu flot względem siebie, planety Pająków i gwiazdy Bistabilnej. Obrysy wykreślały przyszłe pozycje w odpowiednich układach współrzędnych. Diamentowe skały również zostały oznaczone. Były tam też inne znaczniki, taktyczne symbole wojskowe, prezentujące gigatony, rakiety i środki wojny elektronicznej.
Ezr zapatrzył się na obrazy i spróbował sobie przypomnieć zajęcia z wojskowości. Plotki dotyczące tajnego ładunku kapitana Parka okazały się prawdą. Wyprawa Queng Ho miała zęby – dłuższe i ostrzejsze niż jakakolwiek zwykła flota handlowa. Zbrojmistrze Queng Ho mieli też trochę czasu na przygotowania i wyraźnie go wykorzystali, nawet jeśli układ Bistabilnej był pusty ponad wszelką przyzwoitość, bez dobrych miejsc na przygotowanie zasadzek i ukrycie rezerw.
