girl dinner - Justyna Hrycyk - ebook
NOWOŚĆ

girl dinner ebook

Justyna Hrycyk

0,0

Opis

Ta książka jest opowieścią o doświadczaniu, emocjach i pamięci; o niespodziewanych spotkaniach przy stole i zmysłowej fascynacji, która może narodzić się nawet podczas smażenia placków; o czasach, gdy wszystko działo się naraz, a żylasta łapa kucharki nakładała mielone z buraczkami na wyszczerbione talerze; o rodzinnych królowych wypieków obdarowujących nas słodkościami, po których w ustach na zawsze zostaje gorzki posmak; o rosole pitym po seksie, kawie rozpuszczalnej (ma swoje momenty!), barszczu Amino i Cheetosach – tej wspaniałej instant przyjemności; o ciele, diecie, zdrowiu i pracy w gastronomii (od niej wszystko się zaczęło!); i wreszcie o tym, że można czasem odpłynąć w poczuciu winy i spełnienia, w poczuciu porażki i triumfu.

“Proza Justyny Hrycyk jest jak jedzenie, które kapie nam na brodę i brudzi sukienkę. Jest wspaniała, zawstydzająca, przynosząca przyjemność i poczucie winy. Girl dinner to wszystkie smaki jednocześnie, to za kwaśny, za słodki, za słony i zbyt duży kawałek tortu. Ten posiłek trzeba spożywać po ciemku, na stojąco, w środku nocy, kiedy nikt nie patrzy. Pięć gwiazdek na pięć, radość, zachwyt i ból brzucha. Smacznego”.

Emilia Konwerska

“Horda pychotek spotyka się na jednym talerzu – tak sensualnym, aż trudno uwierzyć, że to faktycznie talerz. Życie przez jedzenie: aromaty, posmaki, bukiety i inne takie. Ale nie powiem „smacznego”. Wiecie, gdzie szukać odpowiedzi na to, dlaczego”.

Natalka Suszczyńska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 118

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Justyna Hrycyk, 2026

Wydanie I

Warszawa 2026

Projekt okładki: Kira Pietrek

Projekt typograficzny i skład: Robert Oleś

Redakcja: Magdalena Kędzierska-Zaporowska / d2d.pl

Korekta: Kamila Zimnicka / d2d.pl, Beata Marzec / d2d.pl

ISBN 978-83-67121-99-6

Wydawnictwo Cyranka

Al. Promienistych 6, 02-648 Warszawa

wydawnictwocyranka.pl

redakcja: [email protected]

sprzedaż: [email protected]

girl dinner – popularny trend zapoczątkowany na tiktoku w roku 2023; szybki posiłek skomponowany z tego, co akurat jest pod ręką

PROLOG: GŁÓD

Najadłam się strachu. Całe tony, tłuste i ciężkie, przez lata. Uzależnienie nie wybiera, można jednak wybrać uzależnienie, znany fakt. Tym gorzej, jeśli jest to rzecz naturalna: każdy czasem musi jeść i się bać. Ja jednak postanowiłam pójść o krok dalej; ja, dziecko chorowite, małe i słabe, z wątłymi członkami i bladą twarzą, kachektyczna i kaleka córka straumatyzowanych komuną rodziców, postanowiłam przeżyć. Odżywienie było tu rzeczą kluczową, aby więc zmaksymalizować swoje szanse, po prostu wpierdalałam. Kompulsywnie, bez opamiętania. Z tygodnia na tydzień obserwowałam, jak mój brzuch, biodra i pośladki, coraz pełniejsze i tłustsze, stają się delikatne i miękkie. Gorycz rozczarowania piekła mnie w gardło. Okrutne! Mimo wzrostu czułam się jeszcze bardziej podatna. Zyskałam, co prawda, pewną amortyzację, wynikała ona jednak z opatulenia w warstwy, z ukrycia. Nie potrafiłam podnieść rąk, aby osłonić twarz przed ciosem, nie potrafiłam unieść nóg wystarczająco wysoko, by nie potykać się o coraz to nowe kłody na swojej drodze. Wszystko na nic. Choć próbowałam odwrócić wzrok, wybór stawał się wciąż bardziej agresywny i natarczywy: zostać w uwitym pieczołowicie kokonie i przeżyć śmierć lub wyjść i skonfrontować się twarzą w twarz z ewentualnością… Na samą myśl ogarniały mnie mdłości, krew odpływała z nalanej twarzy, przed oczami błyski mieszały się z mrokiem. Nigdy w życiu! Do tej pory świat dział się w mojej głowie, tak miało pozostać, proszę bardzo, śmiało. Jednak traciłam kontury. Rozlewałam się coraz bardziej, skóra topniała, receptory ewaporowały, wnętrze wyciekało. Uryna mieszała się z potem, pot z krwią, krew ze łzami, łzy z żółcią, żółć z kałem, kał ze śliną i płynem mózgowo-rdzeniowym. Było mi wszystko jedno i to samo. To był ostatni moment, właśnie wtedy, kawałek popiołu zawirował mi przed źrenicą, po czym wpadł pod dolną powiekę lewego oka. Ostatni przebłysk świadomości, dyskomfort i ból, w końcu ulga. Ostatni pierwszy moment, w samą porę, na czas, jak pierwszy śnieg w wigilię Bożego Narodzenia. Nie miałam wyjścia, a wyjście nie miało mnie, po prostu było przede mną, po prostu istniało. Wzruszenie ścisnęło gardło, nie było odwrotu; poczułam skurcz, pochyliłam głowę, otworzyłam usta i zwymiotowałam – wszystko, do ostatniej kropli. Po czym wyprostowałam się, w końcu kompletnie pusta i po raz pierwszy, chwiejnie i pewnie, stanęłam na własnych nogach.

Kiełbasa polska

Otwierała oczy i pierwszym, o czym myślała, była kiełba. Kopałam ją w pęcherz; umiałam już czytać, szczególnie myśli między wierszami, z liczeniem było gorzej, no ale w końcu jeśli można tylko na siebie, to po co się uczyć. Wlokła się więc do łazienki, a ja z nią, sikała, a ja z nią, spuszczała wodę, ja leżałam, ssałam kciuk, przygotowując się na najgorsze. Szłyśmy do kuchni, otwierała lodówkę i wyjmowała pęto, różowe śliskie długie jak dżdżownica XXL. Upierała się, że to ja każę jej to robić, że jestem jak robaczek, glizda podszeptująca receptorom: tęsknijcie za surowym, za umami, za kawałkami tłuszczu i ziarnami gorczycy, za czerwonym, silnym mięśniem, za czerwoną siłą. Istotnie tęskniła za siłą, za sprężystym kręgosłupem, mocnymi włosami, lekkimi skokami i długimi biegami, za działającym bez zarzutu jelitem i zwieraczami, za pewnymi konturami czerwonego ciała. Niestety, zagnieździłam się w nim ja-robaczek, codziennie rozpychając wnętrze, i to jeszcze zanim zbudowała mi łokcie. Podejrzewam, że pewnie jakoś wyczuła to moje niedostosowanie i być może z tego względu serwowała mi codzienną dawkę podwędzanej surowej staropolskiej do śniadania, obiadu i kolacji, dobitnie uświadamiając o naszym położeniu: miałyśmy przejebane. Queerowa matrioszka w biało-czerwonym kraju nad Wisłą. W przeciwieństwie jednak do tej większej, skrzętnie przyswajającej przez całe życie tajniki misternej sztuki kamuflażu, ja już wtedy nie wykazywałam zdolności i co najważniejsze, zbytniej chęci konformistycznego przetrwania. Czuła to, więc w akcie desperacji próbowała zawrócić nieuchronny proces fallicznym wieprzowym ochłapem; zrozumiałe zachowanie osoby, której grunt pali się pod nogami. Choć ja pewnie po prostu chwyciłabym nogi za pas. Ale jak ustaliliśmy, nie byłam zbyt dobrze dostosowana i w gruncie rzeczy nie wiedziałam nic o świecie. Nie to co ta większa.

Więc jak zwykle: odkroiła pięciocentymetrowy kawałek i leniwie wpakowała do buzi. Był piątek, dzień postny, Pan Jezus umierał na krzyżu, a ja kazałam jej robić takie bezeceństwa: oplatać ustami walcowaty kawał świńskiego ciała we flaku i to w półprzytomnym, lunatycznym stanie. Z przymkniętymi oczami żuła, tłuszcz zbierał się w kącikach ust, kojąc pęknięcia, nabłyszczając pełne, wysuszone wargi. Żuła dalej, kawałki włókien wchodziły w diastemy między siekaczami, kuleczki gorczycy eksplodowały, miażdżone przez nadpróchniałe trzonowce. Soczysta gorycz, miąższ spływający przełykiem, białka i tłuszcze trans niosące do mojego krwiobiegu wiadomości z kraju: nowa konstytucja w drodze, znajdzie się w niej zapis o konieczności przestrzegania prawa, ponieważ nie można wymagać, drodzy państwo, traktowania tego niuansu przez obywateli za pewnik, trzeba wszystko czarno na białym pod biało-czerwonym, więc proszę: oczywistym jest że, kobiety nie mogą decydować o swojej prokreacji, więc przepisy aborcyjne, drodzy państwo, bez zmian – no, bo umówmy się, kto by chciał zabijać takie małe robaczki rozpychające się po brzuszkach polskich kobiet, i to nawet bez łokci. W drodze również prezydent Kwaśniewski i nasz ulubiony ukochany Jan Paweł II, polski papież, w końcu jedzie do Polski, no bo w końcu tu jego miejsce, tłum szaleje, już nigdy go nie oddamy, nie wypuścimy z kraju, nafutrujemy kremówkami tak, że nie będzie mógł się ruszyć, albo jeszcze lepiej, zapadnie w śpiączkę hiperglikemiczną, położymy wtedy papieża w królewskim łożu na Wawelu, przykryjemy kołderką i zostawimy tylko paluch u prawej nogi wystający do całowania, coby cuda spływały z papieżowej stopy na cały polski naród wybrany, na wszystkie matki Polki przez Świętą Panienkę pobłogosławione niechcianą ciążą, alleluja, chwalcie Pana, od teraz możecie to robić na nowym kanale telewizji satelitarnej, gloria gloria, dzięki ci, Boże, za satelity, rozkwitają tej wiosny na balkonach piękniej niż wszystkie bratki i pelargonie, niż nasturcje i chryzantemy, surfinie, begonie i stokrotki razem wzięte. Z emocjami związanymi z pielgrzymką największego z Polaków do ziemi ojczystej (a więc, umówmy się, świętej) równać się mogą chyba jedynie emocje sportowe, a tych, drodzy państwo, ostatnio również nie brakuje: Polska w pięknym stylu remisuje z Włochami 0 : 0, ale i tak wiadomo, że byliśmy lepsi, Mazurek Dąbrowskiego kołuje nad trybunami, no bo halo, to oni tu z ziemi włoskiej do Polski, bo wszyscy do naszego kraju chcą przecież przyjeżdżać, tak tu pięknie, czerwona jucha na białym chodniku pod stadionem, łzy w oczach kibiców, to ze wzruszenia, wszystko to takie wzruszające, bo to w końcu polskość, my tak mamy, my tacy jesteśmy, wszystko robimy na sto procent, jak grać, to przegrać, jak kochać, to kopać, jak bić, to zabić. Kyrie eleison.

I tak dzień w dzień, pompowała we mnie polskość, wtłaczała mi do brzucha, głowy i każdej komórki ciała ten martyrologiczny kiełbasiany lament. Wiłam się więc w jej łonie, robaczek na łonie ojczyzny w łonie matki, najlepsze najgorsze miejsce, epicentrum wszechświata. Jednocześnie z każdym kęsem stawałam się większa, silniejsza, czułam czerwień płynącą wewnątrz mojego białego ciała, było mi od tego niedobrze, od początku zwiększanie objętości powodowało u mnie rodzaj wstrętnego dyskomfortu. Jednak przestrzeń kurczyła się, ja pęczniałam, kolejne kilogramy surowej staropolskiej pokonywały trasę z mięsnego do lodówki, z lodówki do ust tej większej, z jej ust do moich żył. Nie miałam nic do gadania, całe to pozagenetyczne wolne pole tożsamości zostało wypełnione przez sól peklową, przez falujące micele polskości, przez brzemię ofiarnych prosiąt na ołtarzu przemysłowej rzeźni numer 5. Wiedziałam, że to dopiero początek. Wiedziałam, że się urodzę, czułam to, czułam tę niechęć połączoną z jątrzącym oczekiwaniem otaczających mnie tkanek. Fuck it, pomyślałam, po czym zręcznym ruchem zrobiłam fikołka, stając na głowie. I w końcu dostrzegłam: wyjście, po raz pierwszy poczułam zalążek sprawczości, słodki smak na języku. I chyba właśnie wtedy, czołgając się przez to ciasne przejście, przechodząc żałobę rozerwania, wychodząc z kiełbasianej świątyni, po raz pierwszy poczułam pierwotną, tylko moją oś, nie wiedziałam jeszcze, co znaczy, i chyba do końca w nią nie wierzyłam. Ja – już nie taki mały, różowy robaczek, żywiący się tym, co martwe, żarliwie marzący o weganizmie.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.