Genialny Interes - Andrzej Marek Grabowski - ebook + książka

Genialny Interes ebook

Andrzej Marek Grabowski

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Przyszłość może nas zaskoczyć! Zapomnijcie o kolonizacji Marsa i technologiach pozwalających na teleportację. Wyobraźcie sobie świat, którym rządzą ogromne robale, ludzi handlujących latami życia, urządzenia pozwalające czytać w czyichś myślach, czy odwiedziny obcej cywilizacji, odkrywającej na Ziemi skarb, którego ludzie zupełnie nie doceniają. Andrzej Marek Grabowski przedstawia nam kilka alternatyw przyszłości, a każdą z nich doprawił specyficznym poczuciem humoru.

Każdy głupi wie, że twórczość Andrzeja Marka Grabowskiego towarzyszy nam od dekad, będąc źródłem bezpretensjonalnej rozrywki.

Każdy mądry niech wyrusza z nim w pełną błyskotliwych pomysłów podróż przez fantastyczno-naukowe światy?

Genialny interes to lektura zrodzona z miłości do snucia opowieści, a przy tym pozostaje wciąż lekką, chociaż dającą do myślenia prozą.

Polecam każdemu, kto daje się porywać wyobraźni!

Marek Zychla

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 451

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Genialny interes ® Andrzej Marek Grabowski

Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt

jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody twórcy.

Wydawca wyraża zgodę na nieodpłatne wykorzystywanie wizerunku

okładki niniejszej publikacji w celach informacyjnych i promocyjnych

(w szczególności przez biblioteki, księgarnie oraz instytucje kultury),

w tym na jej prezentację w mediach społecznościowych oraz na stronach internetowych.

Wydanie pierwsze

Wojkowice 2026

ISBN: 97-883-68915-32-7

ISBN E-BOOK: 97-883-68915-33-4

Redakcja: Anna Kucharska

Korekta: Kamila Galer-Kanik

Projekt graficzny okładki: Emilia Kolosa

Skład: Marcin Halski

WYDAWNICTWO HM…

E-mail: [email protected]

Telefon: 518833244

Adres: ul. Sobieskiego 225/9 42-580 Wojkowice

Werjsa papierowa dostępna na:

WWW.WYDAWNICTWOHM.PL

W książce pojawia się sporo nieznanych dzisiaj słów. Znajdują się w niej również słowa, których sposób zapisywania na przestrzeni lat się zmieni. No cóż, nie tylko zwierzęta ewoluują, język także. Autor zapewnia, że wszystkie słowa w tej książce zostały zapisane w sposób prawidłowy, zgodnie z zasadami ortografii obowiązującymi w wieku XXII i później.

UL

Stara czyściła ręczny laser bliskiego zasięgu Xc-26, usuwając z niego najdrobniejsze ślady brudu i kurzu. Wpatrywała się w broń z taką uwagą, jakby od tego, co robi, zależało jej życie.

Bo zależało.

Gaja zerknęła na ciotkę. Marta nie zwracała na nią uwagi, praca całkowicie ją pochłonęła, przypominała rysujące dziecko, które z wysuniętym czubkiem języka tworzy kredkami postać księżniczki albo pieska. Jednak twarz tego „dziecka” była zła i pomarszczona.

Pomieszczenie tonęło w półmroku. Każdy ruch jednej z dwóch kobiet sprawiał, że płomyk świeczki drgał, a światło żółtymi językami nerwowo lizało ściany. Dziewczyna wiedziała, że musi zachowywać się wyjątkowo ostrożnie. Zamiatając podłogę, zrobiła kolejne dwa kroki w stronę kluczy. To był najlepszy moment, podobna okazja prędko się nie zdarzy. Realizacja szalonego pomysłu, na który wpadła kilka miesięcy temu, wypełniała jej cały wolny czas. Nie umiała myśleć o niczym innymi, nie potrafiła zajmować się czymś niezwiązanym z tą najważniejszą sprawą. Podjęła decyzję jeszcze w zimie, po spotkaniu w mieszkaniu Wiktora, i powoli zbliżała się do finału, który w myślach nazwała „startem”. Przecież koniec zawsze oznacza początek czegoś nowego. To będzie początek przygody, którą niektórzy nazywają życiem. Prawdziwym życiem. Wiedziała, co ją czeka, jeśli zostanie w tym pieprzonym bunkrze do osiemnastych urodzin. Stary, brodaty dziad się przeliczy! Na przygotowania miała jeszcze prawie pół roku.

Myśl o „starcie” przyprawiała ją o rozkoszne dreszcze, a na jej rękach pojawiała się gęsia skórka. To miała być najważniejsza chwila – niebezpieczne, ale dzięki temu jeszcze bardziej ekscytujące otwarcie. Bała się, ale wierzyła we własne siły, w swój spryt i inteligencję. To, co chciała zrobić, wiązało się z ogromnym ryzkiem, jakby zamierzała skoczyć na głowę w toń nieznanego jeziora, o którym wiedziała tylko tyle, że pływają w nim krwiożercze potwory. Ludzi się nie bała, bardziej robali. Krążyły o nich legendy, jednak uznała je za mity mające na celu przestraszenie młodych, wychowanie ich w lęku przed zewnętrznym światem. To przecież niemożliwe, żeby TAM było tak okropnie! Jeśli rozpocznie akcję, już nie będzie odwrotu. Nie uda jej się wycofać, powiedzieć „przepraszam” i wrócić do dawnego życia. Zostanie uznana za osobę niebezpieczną, pozbawiona wszystkich przywilejów, skazana na potępienie, poniżenie i najgorszy los. Może nawet ukarana śmiercią. Zdarzały się „kary na pokaz”, by inni zaczęli się jeszcze bardziej bać, stali się posłuszniejsi. Czy chce popełnić tę straszliwą głupotę i zaryzykować? Tak! Miała dość, dusiła się w ograniczonej murami klatce, potrzebowała powietrza i przestrzeni. Wolności!

Zrobię to! Najwyżej zeżrą mnie szerszenie albo pająki, myślała. Nie mnie pierwszą, nie ostatnią…

O swoich planach nikomu nie pisnęła ani słowa, to była jej tajemnica. Poza tym komu miałaby powiedzieć?! Nikogo nie darzyła całkowitym zaufaniem, nawet koleżanek, z którymi lubiła spędzać wolny czas. Nie mówiąc o mężczyznach. Czasami głos w jej głowie chichotał i powtarzał: „Ale się skurwysyny zdziwicie!”. A zaraz potem dodawał „i skurwycóry!”. To określenie kierowała jedynie do ciotki Marty i do Justy – naczelnej kucharki. O innych kobietach należących do plemienia myślała ciepło. Współczuła im, znała ich los i właśnie po to, by żyć inaczej niż one, postanowiła zrealizować swój plan. Czy się uda? Nie wiadomo, ale na razie każdy krok ku „startowi” był znakomitą zabawą.

Gaja jeszcze raz spojrzała na ciotkę, uspokoiła oddech; całkowicie skoncentrowała się na czynności, którą zamierzała wykonać.

Byle nie zabrzęczały!, pomyślała.

Ściągnęła rękawiczki, których zawsze używała podczas pracy, i zdecydowanym ruchem chwyciła leżący na jednej z szafek pęk kluczy, ścisnęła go w dłoni i udając, że nadal zamiata podłogę, odeszła w przeciwny kąt pokoju. Metal był tak zimny, że parzył dłoń.

To strach mnie parzy!, przemknęło jej przez myśl.

Delikatnie wysunęła upatrzony kluczyk spomiędzy innych, a następnie powoli ściągnęła go z metalowego kółka.

Jest!

Szybko włożyła zdobycz do dolnej kieszeni kombinezonu, pozostałe klucze odłożyła na leżącą na półce ścierkę. Nie zabrzęczały!

Ciotka nadal tarła, czyściła i pucowała broń, nie zwracając na Gaję uwagi. Pomarszczone dłonie starej kobiety przetarły szmatką kolbę kolejnego szybkostrzelnego lasera Xc-26, który po chwili znalazł się w szarej, metalowej szafce. Kolejny był starodawny karabin snajperski, miał pewnie ponad pięćdziesiąt lat, ale nadal można było z niego – z odległości kilometra – celnie strzelić w głowę mrówki albo pająka.

– Działa jak wszystko w ulu – powiedziała z satysfakcją Marta. Nie wiadomo: do siebie czy do Gai. Umilkła, lecz zaraz powtórzyła: – Wszystko tu dobrze działa, poza niektórymi ludźmi. Szkoda, że nie wystarczy ich od czasu do czasu naoliwić i przetrzeć szmatą! A wiesz dlaczego?

Gaja milczała.

– Bo to kretyni! – zapiszczała ze złości ciotka. – Karabin albo laser nie ma zjebanego mózgu, a facet ma. I nie rozumie, jakie mu się przytrafiło szczęście, ile nam zawdzięcza. Debile, idioci! Mam rację?!

– Tak, tak. – Pokiwała głową dziewczyna. Starała się, by w jej głosie nie zabrzmiała ironia, ale chyba nie do końca jej się to udało.

– A co, może nie? – Ciotka gwałtownie się wyprostowała i zadarła głowę. Czubek jej ostrego nosa celował między oczy Gai. Gdyby był karabinem, właśnie teraz stara powinna nacisnąć spust.

– Przecież mówię, że tak.

– Nie wiem, co ci po łbie chodzi, co naprawdę myślisz. Prawie się do mnie nie odzywasz.

– Oj, ciociu…

– Nie ciociuj mi tutaj. W pracy jesteśmy. Ciocią mogę być w domu. Zresztą nie lubię tego słowa. Nie jesteś już dzieckiem, za pół roku…

Nie dokończyła zdania, ale po plecach Gai przebiegł zimny dreszcz. Słowa kobiety przypomniały o tym, czego bała się bardziej niż pająków, mrówek, szerszeni i tego wszystkiego, co może jej grozić poza bezpiecznym budynkiem. Tak, za pół roku kończy osiemnaście lat. Czasami w nocy, gdy się budziła i nie mogła zasnąć, zapadała w duszny półsen. W tym męczącym letargu nawiedzała ją zamglona wizja podrygującego na niej cielska, które brutalnie się w nią wdzierało. Wielokrotnie czuła zapach Wiktora, który nie przykładał nadmiernej wagi do higieny. Nazywając rzecz po imieniu: przywódca plemienia śmierdział potem, którego woń usiłował zagłuszyć aromatem wody kolońskiej imitującej zapach dymu, siodła, drewna i kadzidła. Ta koszmarna mieszanka dusiła Gaję i przyprawiała o mdłości.

Nie, na pewno nie pozwoli się zgwałcić, nie urodzi dzieci temu bydlakowi. Aby tak się nie stało, pozostawały dwa wyjścia: ucieczka albo samobój.

Ponieważ dziewczyna się nie odezwała, Marta mruknęła coś pod nosem i ponownie skoncentrowała się na pracy. Najpierw zamek – rozłożyła go ze sprawnością sierżanta, który wyszkolił armię rekrutów. Mogła czyścić broń po omacku. Kapnęła trochę oleju, rozprowadziła po mechanizmach, złożyła. Jeszcze lufa! Wycior zanurzył się w śmiercionośnym tunelu, z którego wylatują pociski. Znowu szmatka, by usunąć drobiny kurzu i plamki smaru.

– A tu co? – Podniosła karabin wyżej.

Na kolbie ciemniał niewielki zaciek krwi. Widocznie ktoś nią mocno oberwał.

Stara namoczyła szmatkę w misce z wodą i przemyła zabrudzenie. Dzięki znajdującemu się w wodzie środkowi czyszczącemu plama szybko zniknęła. Kiedy wrzuciła szmatę do miski, woda zabarwiła się na różowo.

Gaja zauważyła, że ciotka się uśmiechnęła.

>Ona naprawdę lubi widok krwi, pomyślała dziewczyna. Ale mi się ciotunia trafiła!

Zdawała sobie sprawę, że jest od starej całkowicie zależna. Marta decydowała nie tylko o jej codziennych sprawach, pracy i nielicznych przyjemnościach, ale mogła także wydać na nią wyrok, podjąć decyzję o jej życiu lub śmierci. Nie, raczej by Gai nie kazała zabić. Chociaż kto wie co może tej wrednej małpie przyjść do głowy.

To była ostatnia broń przeznaczona tego dnia do czyszczenia.

– Gdzie klucze? – zaskrzeczała ciotka.

Dziewczęca ręka wychyliła się z ciemności i podała jej pobrzękujący pęk. Marta szybko znalazła odpowiedni klucz i szafka została zamknięta.

– Pośpiesz się, dziewczyno, nie będziemy tu przecież siedziały do rana. – Głos starej kobiety przypominał jazgot ratlerka.

Gaja zacisnęła usta. Pudełko z amunicją szybko przeniosła na półkę znajdującą się przy samych drzwiach. Potem drugie i kolejne. Tylko ktoś, kto uważnie przyjrzałby się rządowi kartonów z amunicją, zauważyłby, że jedno z pudeł nie przylega idealnie do glazury. Między nim a ścianą pozostała milimetrowa szparka. Na szczęście w półmroku trudno było tę nierówność wypatrzeć. A zresztą nawet gdyby stara coś zauważyła, nie była w stanie Gai nic udowodnić. Broń z szafki, do której pasował ukradziony kluczyk, była czyszczona zgodnie z harmonogramem prac już ponad miesiąc temu; od tej pory dostęp do pęku z kluczami miało kilka osób. Każda z nich mogła zdjąć kluczyk z kółka i wsunąć za paczkę.

– Zabierz to! – rozkazała kobieta, a Gaja natychmiast podniosła z podłogi szczotkę i worek ze śmieciami, po czym stanęła przy drzwiach, czekając na dalsze polecenia.

Marta zlustrowała pomieszczenie. Była zadowolona z efektu pracy, bo grymas podobny do uśmiechu ponownie na ułamek sekundy rozjaśnił jej zgorzkniałą twarz. Chwyciła miskę za mocno, różowa kropla prysnęła na jej policzek. Wytarła twarz wskazującym palcem i zerknęła na siostrzenicę. Wydawało się jej, że Gaja nie patrzy, więc szybko oblizała mokry palec i znowu się uśmiechnęła. Ale dziewczyna dobrze widziała, co zrobiła ciotka, i ponownie poczuła na karku zimny powiew strachu.

Ona jest walnięta, pomyślała. A ja za chwilę będę musiała z nią spać w jednym pokoju. Ciekawe, kiedy mnie zarżnie i wykąpie się w mojej krwi. Potem jeszcze ją doda do grzybowej potrawki!

– No, gotowe, idziemy! – rozkazała stara.

Gaja otworzyła drzwi, przepuściła ciotkę, po czym podniosła stojący na półce ogarek i wyszła na korytarz. Marta przez chwilę próbowała bezskutecznie wcelować kluczem w dziurkę zamka.

Dziewczyna się zamyśliła. Wizja mordującej ją starej nie dawała się odgonić. Potrząsnęła głową i głęboko odetchnęła. Pomogło.

Nie mogę wpadać w paranoję, nic mi nie zrobi, uśmiechnęła się do siebie. Najważniejsze, że zdobyłam klucz.

– Poświeć mi tu! – syknęła ciotka.

Gaja natychmiast uniosła prymitywną świeczkę, by oświetlić zamek. Wreszcie się udało, ciotka zamknęła drzwi. Spojrzała na twarz siostrzenicy.

– Coś taka zadowolona? – zapytała.

– Ja? – zdziwiła się Gaja.

– Nie, z duchem świętym rozmawiam.

– No bo już zrobiłyśmy, zmęczona jestem, chcę się położyć.

– Zmęczona! – prychnęła kobieta. – Położyć! We łbach wam się, młodym, poprzewracało. Posprzątała pokój i już zmęczona…

– Przecież w grzybiarni od rana pracowałam i…

– A tam, takie gadanie – przerwała jej stara i ruszyła ciemnym korytarzem. Idąc, kolebała się na boki jak kaczka.

– No świeć! – zawołała.

Dziewczyna przyśpieszyła. Idąc za ciotką, wykrzywiła usta i pokazała jej język, ale zaraz potem ponownie się uśmiechnęła.

Stara nie zauważyła, że brakuje kluczyka! Znowu się udało! Kolejny krok ku wolności został zrobiony.

Ten brakujący klucz leżał ukryty na półce za drugim pudełkiem z nabojami. Gaja wyjmie go za jakiś czas, kiedy znowu znajdzie się w magazynie. Może nastąpi to jutro albo za dwa tygodnie – zrobi to, gdy nadarzy się odpowiednia okazja. Miesiąc temu udało jej się podprowadzić jeden z trzech istniejących kluczy do drzwi wejściowych pokoju szumnie nazywanego „zbrojownią”. Kradzież tamtego klucza wywołała ogromną awanturę i śledztwo, ale nikomu niczego nie udowodniono, a ona, dziewczyna, siostrzenica Marty, była poza wszelkimi podejrzeniami. Teraz miała już dwa najważniejsze klucze i dostęp do broni! Kluczyk, który leżał za pudełkiem z nabojami, otwierał jedną z większych szaf, znajdowały się w niej: miotacze, lasery, karabiny, a nawet kilka wygodnych, niewielkich automatycznych pistoletów z przedłużonymi magazynkami. Ten sukces powinna uczcić. Kiedy stara zaśnie, wymknie się z pokoju i zajrzy do koleżanek. Na pewno Olivia, Ana albo Pola mają zakamuflowaną flaszkę z pitnym miodem, który potrafi tak rozkosznie zakręcić w głowie. A potem, jak zwykle przed snem, zacznie rozmyślać, jak TAM jest. Co będzie robiła, jak żyła. To przecież niemożliwe, żeby było TAM tak strasznie, jak mówią ci, którzy świat na zewnątrz dobrze znają: Wiktor, ciotka, Justa. Ostatecznie ludzie TAM też żyją i jakoś dają sobie radę! Kilka razy widziała zewnętrzny świat, gdy otwierano okno. Wyglądał wspaniale: las ogromnych, kolorowych kwiatów, niebo, słońce, powietrze świeże i ożywcze jak źródlana woda. To nie może być piekło, jak zawsze wmawiano młodym. To raj.

*

Pszczoły, nadmiernie obciążone zebranym nektarem, z trudem wchodziły do ula. Tłoczyły się, przepychały, ustępując miejsca wychodzącym owadom, które po zostawieniu wewnątrz słodkiego ciężaru poruszały się szybko i energicznie. Nie musiały daleko lecieć, by dotrzeć do łąki, bowiem między karłowatymi drzewkami rozpościerała się wielobarwna kwiatowa dżungla, sięgająca horyzontu szczerbatego ruinami domów. Złociste, znajdujące się na wysokości piątego, szóstego piętra mlecze, ogromne, przypominające kolorowe prześcieradła bratki, strzeliste jak palmy róże i polne goździki o pąkach wielkości namiotów cyrkowych znacznie przewyższały nieliczne, rosnące między nimi cherlawe sosenki, brzozy i topole, które przy potężnych kwiatach wyglądały jak nędzne chwasty.

Wejście do ula stanowiły znajdujące się ponad jedną z czterech narożnych wież ciężkie dwuskrzydłowe drzwi balkonowe. Tysiące okien kiczowatego gmaszyska – którego architekci i budowniczowie w najśmielszych przypuszczeniach nie wyobrażali sobie, jaką rolę będzie w przyszłości pełnił postawiony przez nich na środku rozległego placu „pałac” – zostały zamurowane. Budynek wyglądał jak ogromny bunkier. Pszczoły lądowały i startowały z rozległego tarasu, rozpościerającego się przy wejściu.

Słońce nagle wyjrzało zza monstrualnego budynku, oślepiając Andy’ego. Szybko odwrócił wzrok. Szurając nogami, przeszedł kilka kroków i usiadł na drucianej skrzynce po farbach. Zwiesił głowę, oparł brodę na dłoniach i spojrzał na pokrytą grubą warstwą kurzu i brudu posadzkę.

Zza blatu, który przed laty pełnił rolę sklepowej lady, wynurzył się Mati, wysoki jasnowłosy chłopak. Miał niespełna dwadzieścia lat, był szczupły i zwinny.

– Nic tam nie ma, pusto, jakby pieprznął destroyer. Nie licząc kurzu – powiedział i się zaśmiał. – O, co znalazłem. – Wyciągnął dłoń, na której leżał zardzewiały otwieracz do butelek. – Wiesz, wujek, co to? – zapytał, uważnie oglądając metalowy przedmiot.

Stary człowiek zerknął na znalezisko i mruknął:

– Butelki się tym otwierało.

– Nie można było odkręcić?

– Niektóre miały kapsle. Trzeba było podważyć. Do tego służył taki otwieracz.

– Głupio – ocenił chłopak, ale mężczyzna najwyraźniej nie miał ochoty na rozmowę. Ponownie zwiesił głowę i gapił się w podłogę.

– Wujek, co tak oklapłeś? – Mati przykucnął i uważnie popatrzył na swojego towarzysza. – Nie martw się, jutro będzie lepiej. Niedługo dojdziemy. Na pewno jesteśmy już blisko, jeszcze dwa, trzy dni.

Ale Andy nie odpowiedział. Z kieszeni bluzy wyjął kawałek suchego podpłomyka i zaczął go ssać. Chłopak usiadł tuż obok, na drugiej skrzynce, i ruchem głowy odrzucił spadające na twarz włosy.

– Co jest? Źle się czujesz? – Położył na ramieniu krewnego dłoń. Patrzył na niego ze współczuciem i troską.

– Pszczoły – mruknął stary, wskazując wzrokiem w kierunku gmachu, który wznosił się po przeciwnej stronie placu. – One wygrały. Może nie myślą, nie mają duszy, nigdy nie wierzyły w żadnego Boga, po prostu realizują cel wyznaczony przez naturę. Nie wiem jaki, ale na pewno jakiś cel mają. Rządzi nimi instynkt. Żyją, bo czują taką konieczność, nie myślą o głupotach, współpracują, nie walczą ze sobą. Niedługo urodzi się następne pokolenie, potem kolejne. Może kieruje nimi coś w rodzaju zbiorowej świadomości. Po coś latają, zbierają pyłek, nektar, ciągle są w ruchu, budują, tworzą przyszłość swojego gatunku. A my? Widzisz, Mati, ludzie przegrali. To tylko kwestia czasu, znikniemy z powierzchni Ziemi, wymrzemy jak dinozaury.

Chłopak wstał i podszedł do dziury w murze. Po oknie nie została nawet futryna. Zapewne ktoś ją wyrwał na opał.

– Waldi… pamiętasz go? – zapytał.

Andy smętnie kiwnął głową.

– Waldi mówił, że one ze sobą rozmawiają – powiedział Mati, patrząc na unoszące się w oddali ogromne owady. – Porozumiewają się przy pomocy tańca i bzyczenia. Aha, i jeszcze zapachu. Podobno jakieś feromony rozsiewają czy coś takiego.

– Jak mogą się porozumiewać tańcem? – zdziwił się mężczyzna.

– Pewnie każdy krok znaczy co innego, a że mają sporo nóg, to ich język może być całkiem bogaty.

Znowu się uśmiechnął, zrobił kilka drobnych kroków na palcach i machnął parę razy dłońmi, jakby były skrzydełkami.

– Bzy, bzy, bzy.

Nie udało mu się jednak wywołać uśmiechu na twarzy Andy’ego.

– Nie wierz we wszystko, co ci gadają. Pamiętam, jak pszczoły były jeszcze malutkie, o takie jak paznokieć. – Stary wyciągnął przed siebie kciuk. – Ludzie hodowali je dla miodu, bo pszczoły produkują miód. Pamiętasz, taki złocisty, gęsty płyn, znaleźliśmy kiedyś słoik w spalonym mieszkaniu nad Wisłą.

– Pamiętam, pamiętam. – Chłopak mimowolnie się oblizał. – Dobry był, słodki, oj zjadłbym trochę miodu.

– Idź, poproś, może ci dadzą.

Mati się roześmiał.

– No widzisz, wujek, nie jest tak źle, żartujesz.

Ale Andy się nie uśmiechnął.

– Owady i kwiaty urosły, drzewa i zwierzęta skarlały. Nawet ludzie stali się trochę mniejsi niż czterdzieści lat temu – powiedział. – Przez tyle tysięcy lat my byliśmy duzi, a pszczoły małe, widocznie panuje jakaś dziejowa sprawiedliwość. – Podniósł się ze skrzyni i usiadł na posadzce. Po chwili, nie przejmując się brudem i kurzem, położył się przy ścianie. Zamknął oczy, sprawiał wrażenie, że brakuje mu sił. – Mają przed sobą przyszłość – stwierdził cichym głosem. – Żyją krócej od ludzi, ale pewnie widzą jakiś cel. A my? Po co żyjemy?

Mati gwałtownie klepnął się dłońmi w uda, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć. Po chwili splunął na podłogę i mruknął:

– No to niech nas od razu robale zeżrą, nie ma co się dalej z tym wszystkim pieprzyć, tak?

Andy nie zareagował, więc chłopak mówił dalej:

– A ja się nie zgadzam, trzeba żyć! To naturalne, że człowiek chce żyć. Każde bydlę chce, szczur, karaluch, mrówka, to człowiek też przecież. Pszczoły się nad takimi sprawami na pewno nie zastanawiają, nie kombinują.

– Dobrze, że się nie zgadzasz, młody jesteś, masz dużo siły. Ale ja już nie mam. Zwierzętom na pewno łatwiej niż nam, bo nie myślą – powiedział z wysiłkiem Andy.

– Skąd wiesz?! Każde stworzenie swój rozum ma. Po co w ogóle się zastanawiać nad takimi sprawami. Trzeba zdobyć trochę żarcia, schować się i próbować przespać parę godzin, a w nocy czuwać. Następnego dnia ruszyć dalej. Zobaczysz, że niedługo dojdziemy do zamku, a może wcześniej ktoś nas uratuje.

– Kto? – zapytał cicho mężczyzna.

– Ludzie.

– Ludzie cię prędzej zgwałcą, zabiją i zeżrą, niż uratują. Ludzie to nie pszczoły, nie współpracują, tylko ciągle walczą, o wszystko, o byle gówno…

– Nie wszyscy są źli. My nie jesteśmy, to może inni też nie są. Jak odnajdziemy nasze plemię, to życie będzie inne.

– Nasze plemię już nie istnieje.

– Przestań, wujek! Punkt zbiórki jest wyznaczony. Dotrzemy tam. Zostało nam tylko kilka kilometrów. A jak nikt nie przeżył, to znajdziemy inną grupę.

– Niewiele w życiu widziałeś. Ja wolę się trzymać od obcych z daleka – przerwał mu Andy.

– A ja nie! Jak spotkamy ludzi, podejdę do nich i… – Mati nagle urwał.

W oddali coś cicho zaszurało i stuknęło. Raz, drugi, trzeci. Odgłosy powoli się zbliżały. Teraz usłyszał je także Andy.

Podniósł się z podłogi i sięgnął pod kurtkę. Wyjął pistolet, odbezpieczył go i z uwagą spojrzał w stronę pustej futryny po drzwiach. Korytarzem, z wnętrza budynku, coś lazło w ich stronę.

W dłoni Matiego także pojawiła się broń. Nie ulegało wątpliwości, że nadchodzi jakieś stworzenie. Człowiek albo zwierzę. Jednak sądząc po szeleście, jaki towarzyszył każdemu krokowi, najprawdopodobniej był to skrzydlaty owad. Pewnie karaluch, jego twarde skrzydła pocierały o ściany korytarza, powodując hałas. Mrówki chodziły znacznie ciszej, nie mówiąc o pająkach, których kroki były dla ludzkiego ucha w ogóle niesłyszalne.

– Chodź, zdążymy – zdecydował Andy. – Szkoda nabojów.

Jak na swój wiek i okazywaną przed chwilą słabość energicznie się pochylił, podniósł plecak i zaskakująco szybko podszedł do dziury po oknie, wyjrzał na zewnątrz, po czym usiadł na parapecie i zeskoczył na popękane płyty chodnika. Mati zrobił to samo.

Przebiegli kilkadziesiąt kroków i zanurkowali w bramie sąsiedniego domu. Tam na parterze także kiedyś znajdował się sklep. Zapewne spożywczy, bo na pozostałym kawałku szyby wystawowej nadal widać było fragment namalowanej ryby, wypłowiałą głowę z wytrzeszczonym okiem, a poniżej kilka srebrnych łusek i płetwę.

Przycupnęli na podłodze pod ścianą. Andy ciężko oddychał. Po chwili Mati wychylił się przez pozbawione szyby okno wystawowe i spojrzał na ulicę. Była pusta, nikt ich nie ścigał. Andy przesiadł się na obrócone dnem do góry przerdzewiałe wiadro i ponownie spojrzał na ogromny budynek, który wznosił się po przeciwnej stronie placu. Wszystkie okna, a były ich setki, zostały przez pszczoły zaklejone, jeden duży otwór nad niewysoką wieżą stanowił wejście do ogromnego ula.

– Kiedyś mi mówiłeś, jak się ten wieżowiec nazywał. – Młody zmarszczył czoło.

– Pałac Kultury i Nauki. Wielu ludziom się nie podobał, nazywali go Balas Kultury. Jedni chcieli go zburzyć, inni uważali za symbol Warszawy, za zabytek. Wewnątrz teatry, kina, restauracje, muzea, tysiące pokoi biurowych, ogromna sala koncertowa, a nawet basen – odpowiedział Andy. – Iglicy i zegara teraz brakuje. A ten czub miał podobno pięćdziesiąt metrów.

– Byłeś w środku?

– Raz, jako dzieciak.

– Jak tam jest? Opowiedz!

– Marmury, wielkie sale, szerokie schody, kryształowe żyrandole. Tak było kiedyś, a teraz… nie wiem. Poszedłem z mamą do teatru lalkowego. Pamiętam do dziś. – Wspomnienia sprawiły, że stary człowiek wreszcie lekko się uśmiechnął. – To była bajka o dziewczynce, która podróżowała na żyrafie i spotkała różowego smoka… Takie tam głupoty, ale patrz, do dziś pamiętam, że w czasie spektaklu zachciało mi się siusiu i musieliśmy się przeciskać między siedzącymi widzami. Dzieci nie zwracały na nas uwagi, ale za to dorośli… Niektórzy byli wściekli, mruczeli, stękali, syczeli. Jeszcze wtedy ludziom się wydawało, że świat zawsze będzie tak urządzony, żeby im się wygodnie i bezpiecznie żyło. Wszystko dla nich! Ale i tak ciągle narzekali! Na drożyznę, na wysokie kredyty, podatki, na ciężką pracę, bez przerwy się żarli, sprzeczali, knuli, intrygowali, kłócili się o każde głupstwo. Pamiętasz ciotkę?

– Renatę? No pewnie! Głaskała mnie po głowie i mówiła, że wyrosnę na pięknego młodzieńca – zaśmiał się. – Lubiłem ją. Dawała mi czereśnie i truskawki.

– Zawsze jej coś nie pasowało. A to w mieszkaniu było za zimno, a to za gorąco, a to za dużo ludzi w parku, a to dzieci hałasowały, krzyczały, za głośno się bawiły. Szczekające psy ją tak wkurwiały, że dostawała szału. Ciągle robiła awantury tym, którzy chodzili niewłaściwą stroną chodnika…

– Jak to? Która strona jest właściwa?

– No prawa. Tak jak samochody po jezdni jeździły prawą stroną, tak ludzie po chodniku powinni prawą chodzić. Niby miała rację, ale czy to takie ważne? A ona kłóciła się z tymi, którzy chodzili lewą stroną, i musiała ich omijać. Dopiero jak karaluch, wielki jak autobus, szedł z przeciwka całą szerokością drogi, to nic nie powiedziała, tylko zaczęła tak spieprzać, że mało jej peruki nie zwiało.

Mati zachichotał.

– Ale w sumie dobra była z niej kobieta. Strasznie mi jej brakuje. – Mężczyzna zwiesił głowę.

– Pająk, tak?

– Wyszedłem zdobyć coś do jedzenia, a kiedy wróciłem, wisiała nogami do góry pod sufitem, zawinięta w pajęczynę. Pusta była, sama skóra i kości zostały, całą ją wyssał, skurwysyn. Pewnie wyważył drzwi. Próbowała się bronić, na podłodze leżał pistolet, ale nie zdążyła strzelić, zawsze ręce jej się trzęsły, jak trzymała broń.

– Przykro mi, wujku, każdy kogoś stracił.

– Tak, ludzie nie rozumieli, że żyją w raju – ciągnął Andy, jakby nie słyszał jego słów. – No i się doigrali. Żeby wtedy wiedzieli, do czego te ciągłe kłótnie i wojny doprowadzą, to pewnie by takich idiotyzmów nie robili…

Opowieść przerwał atak kaszlu. Stary człowiek ciężko westchnął i zamknął oczy.

– No widzisz… – wyszeptał. – Nie mam już sił. Czuję, dosłownie fizycznie czuję, jak coraz szybciej ze mnie wyciekają. Jakbym był dziurawym wiadrem, o, takim, na jakim siedzę. Jak długo jeszcze dam radę tak się tułać? Tylko cię opóźniam, przeszkadzam, zjadam to, czym ty mógłbyś się najeść. A ja nie chcę cię zatrzymywać… Może faktycznie ktoś dotarł do zamku, może odbudowują plemię…

– No co ty, wujek! Przecież we dwóch łatwiej. Dojdziemy razem. Albo wcale – dodał zdecydowanym głosem. – Twoje doświadczenie jest nam potrzebne. Jesteś mądry! Zawsze radziłeś, co mamy zrobić, i zawsze było dobrze.

– A tam, mądry. – Stary skrzywił się, jakby rozgryzł gorzką pestkę. – Nie przewidziałem ataku mrówek, a mogłem. Gdybym na czas ustawił zwiad od strony mrowiska, wiedzielibyśmy, że się na nas szykują.

– Nikt nie miał do ciebie pretensji.

– A z kim rozmawiałeś?

– No… – zawahał się Mati. – Z Krisem, z Bolem…

– Szkoda, że dwa dni później już nie żyli.

Mati nie odpowiedział, znowu spojrzał przez okno. Ogromny owad przefrunął niedaleko, rzucając cień na całe pomieszczenie. To była pszczoła albo szerszeń. Na szczęście nie zajrzał do sklepu, poleciał dalej.

– Nie przejmuj się mną, bądź ostrożny – odezwał się znowu Andy. – Może faktycznie trafisz na porządnych ludzi i jakaś grupa cię przyjmie. Młody jesteś, silny, takich im trzeba. Ja dalej nie pójdę.

– Nie zostawię cię, wujku. – W głosie Matiego zabrzmiała ciepła nuta. Podszedł do starszego mężczyzny, przykucnął i delikatnie pogładził go po ramieniu. – Jeszcze dajemy radę. Razem. To już na pewno niedaleko.

– Idź! – powiedział stanowczo Andy. – Rozmawialiśmy o tym dziesięć razy, ale dzisiaj już mam dość. Naprawdę brakuje mi sił – powtórzył.

– Uda się nam, zobaczysz – upierał się Mati, próbując się uśmiechnąć. – Zbudujemy nowy świat. Jak w tej piosence! „Zbudujemy nowy świat, nowy świat bez wad” – zanucił.

– Nie, już nie. Zostanę tutaj. Podjąłem decyzję, wiem, co zrobię.

W oczach chłopaka błysnął strach.

– Co?!

Andy oparł się o ścianę, rozpiął kurtkę i wyjął z wewnętrznej kieszeni nieduży płócienny worek. Jego zawartość metalicznie zagrzechotała.

– Weź naboje! – Podał pakunek Matiemu.

– Wujku, nie.

– Nie chcę dalej iść, naprawdę.

Zdjął z ramienia plecak i przez chwilę grzebał w jego wnętrzu. Wreszcie znalazł. Była to puszka sardynek. Wyciągnął dłoń w kierunku siostrzeńca.

– To też weź! Ale nie zjedz od razu, trzymaj na najczarniejszą godzinę. Samo białko i tłuszcz, w razie czego postawi cię na nogi.

Mati nie przyjął prezentu.

– Nie ma mowy – powiedział, energicznie kręcąc głową. – Wujek, nigdzie bez ciebie nie idę.

– Nie mam siły, zrozum! – powtórzył z uporem stary. – Jestem tak zmęczony, że chcę zasnąć i więcej się nie obudzić. Wiem, że trudno ci to sobie wyobrazić, ale skończyłem już siedemdziesiąt pięć lat i czuję się beznadziejnie, znacznie gorzej niż jeszcze dwa, trzy lata temu. Bez-na-dziej-nie! – dodał ponownie.

– Będę wszystko za ciebie robił.

– Dałem ci naboje, zostawię sobie tylko jeden. – Przeładował broń i wyjął magazynek. – Bierz! Nie gniewaj się, wiem, że powinienem oddać ci też mój pistolet, ale po prostu… – urwał i zamknął oczy – po prostu się boję. Boję się bólu. Zawsze się bałem, a to musi boleć jak cholera, kiedy jakieś bydlę żre cię żywcem. Wiem, mogę to zrobić teraz, a ty wziąłbyś sobie pistolet, ale w tej chwili nie mam siły nawet na to. Muszę się przygotować. Śpiwora ci nie daję, bo stary i dziurawy, do niczego się nie przyda, twój jest lepszy. Moje ubranie też byle jakie. Poleżę tu, poczekam, aż mnie znajdą, a wtedy… No, idź już, teraz jest dobry moment.

Mati przez chwilę patrzył na mężczyznę, będącego jedyną bliską osobą, jaką miał na świecie. Zacisnął usta. W jego oczach pojawiły się łzy, które szybko wytarł rękawem.

– Magazynka nie wezmę – powiedział, chowając do swojego plecaka torbę z nabojami. – Odpocznij, wrócę po ciebie. Rozejrzę się tylko po okolicy, znajdę coś do jedzenia, upoluję biedronę albo motyla, może spotkam jakąś grupę, która będzie porządnie wyglądała. Nie ruszaj się stąd…

– A gdzie niby miałbym iść?

– Tak mi się tylko powiedziało. Przyjdę najpóźniej za dwie godziny, a potem…

– Tylko pamiętaj – przerwał mu stary – nawet jak cię ludzie zaatakują, nie strzelaj do nich, od razu się poddaj. Oni i tak mają lepszą broń: lasery, hukowce, miotacze, z tą starą pukawką nie wygrasz, a jak któregoś postrzelisz, to będą się mścić, zamęczą na śmierć. Lepiej niech cię od razu zabiją.

– Wiem. Przecież nigdy do nikogo nie strzelaliśmy. Nie zabiję człowieka, już lepiej niech oni mnie… Pamiętam, co mówił ojciec.

– No, ruszaj!

Andy z powrotem wsunął magazynek do pistoletu, położył się na boku i zamknął oczy.

Mati ostrożnie wyjrzał przez okno. Pusto. Wyskoczył. Ruszył powoli, cały czas starając się mieć za plecami ścianę budynku. Wiedział, że najbardziej trzeba uważać na okna i otwory, w których kiedyś znajdowały się drzwi. W takich zacienionych miejscach czaiły się skorki, pająki, tęczniki albo pluskwy. Oczywiście zerkał także w górę, stamtąd groził atak ważki, osy albo szerszenia. Nawet tłuste, powolne muchy potrafiły niebezpiecznie zaatakować, więc poruszanie się z dala od dających schronienie zabudowań było szaleństwem.

*

– Idziesz? – zapytała Maryla i ruszyła w stronę drzwi.

– Zaraz kończę – zawołała Gaja. – Muszę oczyścić wybierak, nie czekaj na mnie.

Została sama w gliździarni. Kiedy upewniła się, że w długiej piwnicznej sali nikogo poza nią nie ma, podeszła do jednej z wielu desek, stanowiącej burty skrzyń z hodowlą. Przykucnęła. Odkryła tę wspaniałą skrytkę dwa lata temu. Odpowiednio pociągnięta płyta podłogi dawała się przesunąć i wtedy można było pod skrzynię włożyć nawet całkiem spory pakunek. Zmieściła się tam i siekiera, i duża butla z miodem, i zapasowe ubranie, zmieściłby się nawet pistolet maszynowy albo dwa lasery. Dziewczyna wyjęła ze skrytki metalową kasetkę, a następnie wyciągnęła z niej pęk kluczy. Na metalowe kółko naciągnęła kluczyk do szafy z bronią. Wróciła po niego do zbrojowni w nocy, kiedy cały ul pogrążył się we śnie. Zatrzasnęła kasetkę, włożyła ją do skrzyni i starannie zamknęła swój tajny magazyn. Gwiżdżąc wesołą melodię, szybkim krokiem ruszyła do wyjścia.

*

Andy został sam. Wiedział, że źle zrobił. Nie powinien tak się ze sobą cackać. Chłopak miałby drugi pistolet i jeszcze kilka nabojów. Nie wiadomo, co go czeka, przecież druga broń i tych kilka pocisków mogą mu uratować życie. Za późno, żeby go zawołać, nie usłyszy. Ale na pewno jeszcze usłyszy strzał! Tak, nie ma na co dłużej czekać. Wykonał gest, którego nauczyła go matka. Złączone palce prawej dłoni dotknęły czoła, następnie klatki piersiowej na wysokości mostka, potem lewego ramienia, a wreszcie prawego. Rytuał kończyło złączenie dłoni.

– Idę do ciebie, mamo… – powiedział drżącym głosem, chwycił pistolet i włożył lufę do ust. Była zimna jak palec trupa. Lekko nacisnął cyngiel. Jednak nie docisnął go do końca. Nagle poczuł ogromny żal.

To już koniec, pomyślał. Beznadziejny koniec, w brudzie i głodzie, na podłodze zniszczonego, zasyfiałego sklepu. Ale co zrobić, skoro brakuje sił, a życie nie daje żadnej nadziei. Ona podobno umiera ostatnia. Niestety jego nadzieja właśnie umarła. Życie! Teraz, na starość, zrozumiał, że tak naprawdę człowiek nie ma niczego poza życiem. Kiedyś wydawało mu się, że warto pracować, zdobywać, walczyć. Czterdzieści lat temu miał dom z ogrodem i elegancki samochód, domowe kino, sprzęt grający, pralkę, zmywarkę, srarkę… Okazało się, że to wszystko nic nie znaczyło. Zniknęło razem z cywilizacją… Życie! Otrzymał je w chwili urodzenia, straci w momencie śmierci… Banał, jaki staje się udziałem każdej istoty.

Nagle gdzieś blisko huknął strzał. Potem drugi.

Andy usiadł tak gwałtownie, że lufa uderzyła go w przedni ząb, jeden z ostatnich, jakie mu zostały. Zaklął z bólu.

Mati! To strzelał Mati! Na pewno on.

Zerwał się z podłogi i najszybciej jak mógł wyskoczył przez okno na ulicę. Nie przestrzegając żadnych zasad bezpieczeństwa, ruszył truchtem w stronę, w którą przed chwilą poszedł siostrzeniec. Jeszcze kilka kroków i dom urywał się w połowie, jak przecięty nożem ogromny tort. Na chodniku piętrzyły się sterty gruzu, połamane framugi i okna. Andy wyjrzał zza szczerzących się w zburzonym murze cegieł.

W leżącym na dachu spalonym samochodzie, z którego została tylko zardzewiała karoseria, schował się Mati. W wyciągniętej dłoni trzymał pistolet. Nad nim unosił się szerszeń. Był wielkości niedużego helikoptera, jego pręgowany tygrysi odwłok uderzał w auto, za każdym razem przesuwając je o kilka metrów. Ostrze żądła raz po raz cięło powietrze nie dalej niż metr od chłopaka. Mati przewracał się wewnątrz skorupy wozu, ale jakimś cudem do tej pory nie wypadł na zewnątrz.

Andy szybkim krokiem ruszył w stronę owada. Stanął, podniósł pistolet i spokojnie wymierzył. Musiał wcelować w oko. Inne części ciała zwierzęcia były chronione tak grubym pancerzem, że kula wystrzelona ze zwykłego pistoletu nie miała szansy go przebić, odbiłaby się od niego jak od czołgu. Dlatego szerszenie były tak niebezpiecznymi przeciwnikami. Na szczęście miały duże oczy.

Na chwilę wstrzymał oddech, poczekał, aż owad odwróci się do niego przodem, i strzelił. Głowa zwierzęcia odskoczyła w tył, jakby szerszeń otrzymał mocny sierpowy, po czym runął na ziemię. Kilka razy machnął nogami i zamarł.

Mati wyczołgał się z auta, spojrzał na ogromną osę, splunął i odwrócił się do stojącego obok mężczyzny.

– Widzisz, wujek, że jesteś mi potrzebny. Uratowałeś mnie, nie możesz umrzeć. – Uśmiechnął się radośnie.

– Rzeczywiście, na coś się jeszcze przydałem. – Stary odetchnął i schował broń.

Mati wyciągnął zza paska krótką maczetę, zwinnie wskoczył na grzbiet martwego owada i kilkoma mocnymi uderzeniami pozbawił go skrzydeł. Następnie z miejsc, z których skrzydła wyrastały, wyciął dwie bryły soczystego mięsa – jedyne nadające się do jedzenia fragmenty zwierzęcia, pozostałe były zbyt twarde, łykowate albo po prostu tak niesmaczne, że tylko ktoś wygłodzony do granic wytrzymałości mógłby się na nie połakomić. Oni mieli na obiad dwa ogromne steki, więc inne części szerszenia ich nie interesowały.

– Trzymaj, wujek. – Podał steki Andy’emu, a sam ruszył w poszukiwaniu opału.

Andy poszedł do poprzedniej kryjówki po plecak, a następnie zajrzał do kolejnego, pozbawionego szyb budynku. Była to dawna apteka. Sprawiała lepsze wrażenie niż brudny sklep spożywczy. W sporej sali znajdowały się tylko poprzewracane metalowe regały, niektóre zdążyły zardzewieć. Wszedł do środka, położył mięso na jednym z nich i wrócił po leżącą przy drzwiach sporą gałąź. Kiedy wciągnął ją do apteki i połamał na drobne kawałki, wrócił Mati z naręczem desek, tektury, patyków i innych nadających się do spalenia drewienek.

Nadziali mięso na wyjęte z plecaków druty i zapalili niewielkie ognisko. Dym ulatywał przez okno, więc co jakiś czas, by nie był zbyt gęsty, Mati machał znalezioną na podłodze plastikową tacą. Zdecydowanie nie chcieli, by jakieś zwierzę lub człowiek dowiedzieli się o ich obecności.

Przez kilka minut opiekali steki, od razu obgryzając nadające się do jedzenia osmolone kawałki.

– Jakie dobre żarcie! Nie miałem pojęcia, że byłem taki głodny – zaśmiał się chłopak. – Nawet soli nie trzeba.

Andy ze zrozumieniem pokiwał głową.

– Nie jadłem solonego mięsa od ponad roku – mruknął.

– Dasz radę iść dalej? – zapytał chłopak.

Stary człowiek westchnął.

– Kiedy poszedłeś, zamknąłem oczy i już chciałem to zrobić, ale poczułem, że jeszcze nie jestem gotowy, że żal mi życia, jakie by ono nie było. Jednak trudno zabić w sobie nadzieję.

– No jasne, zobaczysz, że będzie dobrze. – Mati się uśmiechnął.

Zadeptał ognisko i usiadł obok wujka. Przez chwilę w milczeniu jedli posiłek. Kiedy skończyli, otarli okopcone druty liśćmi i włożyli je z powrotem do plecaków.

– Może coś tu znajdziemy. – Mati znowu wstał i podszedł do zamkniętych drzwi prowadzących na zaplecze. Na wszelki wypadek wyjął z kieszeni pistolet, po czym nacisnął klamkę.

– Zamknięte.

Wrócił do plecaka, wyciągnął z niego łom. Niestety drzwi musiały mieć blokady antywłamaniowe, bo nie dały się podnieść na zawiasach. Ponownie zajrzał do plecaka i tym razem wyjął z niego kilka związanych sznurkiem wytrychów. Pasował najmniejszy. Pomógł sobie drugim zakrzywionym drutem i zamek zapraszająco pyknął.

Pomieszczenie stanowiło zaplecze apteki, nie miało okna i zachowało się w idealnym stanie. Widocznie metalowe, uzbrojone w blokady drzwi stanowiły na tyle dobre zabezpieczenie, że nikomu nie chciało się ich forsować. Jednak zawartość szuflad była rozczarowująca. Poza kilkoma opatrunkami i strzykawkami znajdowało się w nich tylko trochę lekarstw, których termin przydatności minął ponad trzy dekady temu.

– Zobacz, wujek, tutaj moglibyśmy się przespać – powiedział. – Można drzwi zamknąć od środka i będziemy bezpieczni.

– Przecież to pułapka. Nie masz jak uciec. – Andy wzruszył ramionami.

– No niby tak, ale kto tu przyjdzie? Te budynki już dziesięć razy zostały ograbione, nic tu nie ma.

– Mrówki! Wyczują twój zapach i będą pilnowały drzwi tak długo, aż wyjdziesz. A poza tym nie cierpię zamkniętych pomieszczeń, nie pamiętasz? – westchnął Andy. – Opowiadałem ci, jak w czasie wojny dwa tygodnie siedziałem w zasypanej piwnicy.

– No tak – rzekł Mati. – Idziemy czy chcesz jeszcze odpocząć?

– Trzeba ruszać. – Kiwnął głową.

Podeszli do okna, by się wydostać na zewnątrz, gdy nagle z góry spłynął cień. Do pomieszczenia wpadła mgła jasnego pyłu, obsypując ich głowy i ramiona. Słodki talk wdzierał się do uszu, oczu, nosa. Nie zdążyli nawet podnieść rąk, by zasłonić usta. Pierwszy przewrócił się starszy mężczyzna, chwilę po nim na posadzkę osunął się chłopak. Ogarnęła ich ciemność.

*

Gaja nienawidziła zebrań, które następowały po śmierci któregoś z członków wspólnoty. Wiktor przybierał ton namaszczonego przez stwórcę mędrca, toczył okrągłe zdania o misji, przetrwaniu, obowiązkach i wzajemnej solidarności. Gładził się przy tym po brodzie, co zapewne w jego mniemaniu przydawało mu dostojeństwa, a według Gai wyglądało tak kretyńsko, że parę razy zdarzyło się jej parsknąć cichym śmiechem. W czasie przemówienia zerkał na Gaję, jakby chciał sprawdzić, czy jego mądre słowa i godna postawa wywierają na dziewczynie wrażenie.

– Nasza społeczność jest wierna zasadom spisanym zaraz po wojnie. Jedną z najważniejszych jest klauzula moralności. To nasz fundament, gwarancja przetrwania, bo tylko postępowanie zgodnie z zasadami uczciwości i wysoki poziom etyki pozwolą nam zachować godność i doprowadzić arkę, którą wszyscy płyniemy, do krainy szczęścia i dobrobytu. Jedynie uczciwe, pracowite życie może uratować kulturę daną nam przez przodków i przekazać ją następnym pokoleniom.

Dziad pieprzy jak nawiedzony, myślała Gaja. Co za zakłamany bydlak! Moralność, etyka! Życie w ulu nie ma z nimi nic wspólnego.

Wiktor przełknął ślinę i kontynuował przemówienie:

– Straciliśmy kolejnego przyjaciela, Karla, wszyscy go dobrze znaliśmy, był życzliwym, dobrym człowiekiem i rzetelnym robotnikiem, ważnym członkiem naszej wspólnoty. Nie będzie go łatwo zastąpić. Przez chwilę pomyślmy o nim w ciszy.

Po minucie milczenia Wiktor głośno westchnął i dodał:

– W ostatnim czasie na drugą stronę życia, na stronę śmierci, odeszło wielu naszych przyjaciół. Nie zapominajmy zatem o jednym z naszych najważniejszych obowiązków: o reprodukcji! Nasza społeczność nie może wyginąć. Szanujemy prawa natury, ale także, nawet w tej skomplikowanej sytuacji, doceniamy indywidualność każdego mężczyzny i każdej kobiety, dlatego wspólnota nie chce wywierać na nikogo presji. Najważniejsze są jednak zobowiązania wobec plemienia! Musimy pamiętać, że każda kobieta kończąca osiemnaście lat ma obowiązek wybrać sobie partnera, z którym spłodzi potomków. W uzasadnionych przypadkach, jeśli kobieta nie chce lub nie jest w stanie się zdecydować, decyzję może za nią podjąć rada starszych, która, jak wszyscy wiemy, kieruje się najwyższym dobrem naszej wspólnoty. To chyba zrozumiałe.

Gaja dobrze tę zasadę rozumiała. Ich społecznością rządziły niemal takie same prawa, jakie kierowały stadem dzikich zwierząt. Najsilniejszy samiec, czyli Wiktor, wybierał najładniejsze partnerki, mniej atrakcyjne zostawiając innym mężczyznom. Tak naprawdę chodziło o hierarchię w kolejności dziobania, czy raczej w tym wypadku – bzykania.

Kiedy Wiktor już się nagadał, następowała modlitwa prowadzona przez starego Oskara, który był kimś w rodzaju duchownego. Łysy i przygarbiony Oskar nie miał święceń kapłańskich, przed wojną służył do mszy, a później był szafarzem, jak powszechnie plotkowano – samozwańczym. Po ostatnich słowach Oskara następowała chwila ciszy, a potem spożywano posiłek. Główne danie stanowiło mięso. Ciotka zawsze dziękowała obrońcom za zabicie szerszeni, mrówek albo os. Raz podobno, w czasie wyprawy po opał i zioła, mężczyznom udało się upolować ogromnego turkucia. Smakowite steki starczyły na kilkanaście posiłków. Gaję dziwiło, że mięso spożywane w czasie stypy zawsze miało taki sam słodkawy smak. Niezależnie od tego, z jakiego zwierzęcia pochodziło.

– Mam swoją ulubioną przyprawę – tłumaczyła ciotka, lecz na pytanie jaką odburkiwała, że Gaja dowie się, kiedy zostanie jej wyznaczona odpowiednia funkcja w kuchni. – To już niedługo – obiecywała Marta. – Tylko się staraj. Może nadejdzie dzień, kiedy zostaniesz w naszym plemieniu ważną osobą.

Gai się to gadanie nie podobało. Nie chciała być żadną „ważną osobą”. Wiedziała, co kryje się za tymi słowami. Na myśl o Wiktorze przechodziły ją ciarki. Zdawała sobie sprawę ze swojej urody, zauważyła, że dziad po prostu ślini się na jej widok. Parę miesięcy temu zaprosił ją na spotkanie w prywatnym apartamencie. Najpierw się zdziwiła, bo tego typu imprezy były zarezerwowane wyłącznie dla starszyzny.

– Doceń, jakie spotkało cię wyróżnienie – powiedziała ciotka. – I zachowuj się odpowiednio, bądź miła dla Wiktora! Pamiętaj, że od jego życzliwości dużo zależy! To ważne dla ciebie i dla mnie! Rozumiesz?

– Tak, bardzo dobrze rozumiem.

Marta nie usłyszała w jej głosie ironii.

– No to włóż mój naszyjnik, wyjątkowo pasuje do twojej urody. – Kobieta spróbowała się uśmiechnąć, ale na jej twarzy pojawił się tylko krzywy grymas.

Na spotkanie przyszła cała rada starszych i kilku funkcyjnych. Ciotka zachowywała się jak doświadczona stręczycielka, zachwalała Gaję, jakby ta była przeznaczoną na sprzedaż jałówką.

Jeszcze chwila, a każe mi się rozebrać i pokazać cycki, pomyślała dziewczyna.

Na szczęście do tego nie doszło. Kiedy rozpoczęto grę w kierki, Marta robiła wszystko, by towarzystwo nie zwracało uwagi na Wiktora i Gaję, którzy zostali w saloniku. Gdy Wiktor wypił kilka kieliszków miodu, zaczął dziewczynie szeptać do ucha mętne teksty o przekazywaniu najlepszych genów, bredził o odpowiedzialności wobec mieszkańców ula. Jego silne łapska zaczęły niebezpiecznie krążyć wokół ciała Gai. Wreszcie miała tego dość, wstała i wróciła do swojego pokoju, który dzieliła z ciotką. Następnego dnia rozpętało się piekło. Stara od rana opieprzała ją i wyznaczała najgorsze prace. Oczywiście w repertuarze szykan na pierwszym miejscu znajdowało się czyszczenie zafajdanego i zasikanego brzegu strumyka, szorowanie kotłów i podłogi. To właśnie tego dnia w głowie Gai powstał plan, ukrywający się pod hasłem „start”.

Może wezmę ze sobą jedną czy dwie dziewczyny, myślała. Ale do ostatniej chwili nic im nie powiem. Muszą mi zaufać.

*

Andy, obudził się, lecz przez chwilę nie otwierał oczu, udając, że śpi. Nasłuchiwał uważnie, ale nie dobiegł do niego żaden dźwięk. Słodki zapach, który go otaczał, był tak intensywny, że prowokował do mimowolnego oblizania ust. Tak, wargi także miał słodkie. Ostrożnie uchylił powieki. W pomieszczeniu panował złocisty półmrok. Nie świeciła żadna lampa czy świeca, ciemnozłote światło dochodziło przez znajdujący się wysoko nad podłogą otwór. Jeśli było to okno, to zostało zapaćkane czymś żółtym.

Usiadł i rozejrzał się dookoła. Sala, w której się obudził, była owalna, miała około trzydziestu metrów kwadratowych, pod jedną ze ścian stał zakurzony fortepian! Coś takiego! Nie widział podobnego instrumentu od czasów przedwojennych! Dopiero po chwili zauważył, że pod przeciwną ścianą leży zwinięta jak embrion ludzka postać. Wstał i ostrożnie do niej podszedł. To Mati! Przyklęknął przy chłopaku i dotknął jego czoła. Było ciepłe. Potrząsnął ramieniem siostrzeńca. Raz, drugi, wreszcie Mati jęknął, obrócił głowę i dostrzegł pochylającego się nad nim wujka. Gwałtownie usiadł i się rozejrzał.

– Co się stało? – zapytał nieprzytomnym głosem. – Gdzie jesteśmy?

– Nie mam pojęcia. To chyba jakaś sala prób…

– Co?!

– No sala, w której ćwiczyli muzycy.

– Jak słodko… w ustach. – Mati oblizał wargi, tak jak to przed chwilą zrobił Andy.

– Słodko – zgodził się wujek. – Aż za słodko.

Chłopak wstał i podszedł w pobliże otworu, przez który sączyło się złociste światło.

– Tam chyba jest szyba, ale czymś zaklejona.

Nagle ruszył szybkim krokiem w przeciwną stronę.

– Tu jest wyjście!

Rzeczywiście, w małym korytarzyku znajdowały się podwójne drzwi. Nacisnął klamkę, ale drzwi nie dały się otworzyć.

– Zamknięte na klucz – stwierdził i automatycznie zaczął się rozglądać za swoim plecakiem, w którym miał komplet wytrychów. Ale plecaka nigdzie nie było.

Andy nagle poczuł ogarniające go przerażenie. Stalowe obręcze ścisnęły jego płuca. Znowu znalazł się w pomieszczeniu, z którego nie mógł się wydostać!

Jednak trzeba było strzelić i ze sobą skończyć, pomyślał.

Jego mózg w ciągu ułamka sekundy rozprysnąłby się na tysiąc kawałków i teraz nie musiałby się niczym martwić, niczego się bać. Spróbował zaczerpnąć powietrza. Udało się. Jeszcze raz, i jeszcze.

– Nie mamy plecaków i broni – stwierdził Mati. – Kto nas tu zamknął?

– Ten, kto nas porwał i tu przyniósł.

Chłopak ponownie podszedł do ściany, zadarł głowę i zauważył:

– Wujek, jakbyś stanął mi na ramionach, mógłbyś sprawdzić, czym to okno jest zaklajstrowane, może uda się przebić, zdrapać…

Nie dokończył. W zamku zachrobotał klucz, a po chwili oba skrzydła drzwi się otworzyły.

Mati błyskawicznie podskoczył do Andy’ego, jakby chciał go bronić przed domniemanym napastnikiem.

Do sali wszedł niski i szczupły człowiek, za to obdarzony przez naturę sporym nosem, pod którym jaśniał krótki żółtawy wąsik. Ubrany był w jasny kombinezon, na głowie miał korkowy kask. Wyglądał jak dziewiętnastowieczny odkrywca niezbadanych terenów na Czarnym Lądzie.

– Obudziliście się – ni to zapytał, ni stwierdził. – Pięknie! – Jego pociągłą twarz ozdobił uśmiech. – Bardzo się cieszę. – Jestem Bart. A to pani Matylda.

Do pomieszczenia wsunęła się ogromna pszczoła. Wielkie migdałowe oczy wpatrywały się uważnie w mężczyzn, futro miała gęste i wyjątkowo ciemne. Za pierwszym owadem wdreptały jeszcze dwie pszczoły, przewyższające wzrostem tę pierwszą.

Andy i Mati odruchowo się cofnęli.

– Spokojnie, nie bójcie się. – Bart podniósł dłoń w uspokajającym geście. – Pani Matylda i strażniczki nie zrobią wam nic złego. Przyszły z propozycją jako przedstawicielki ula.

Stojący pod ścianą mężczyźni spojrzeli na siebie ze zdumieniem.

– Ula?! – wyrwało się Matiemu.

– No tak, możecie nie widzieć. – Ich nowy znajomy pokiwał głową i zaraz dodał: – Znajdujecie się w ulu, w gościnie u pszczół.

– Porwały nas – mruknął Andy.

Pszczoła nazwana Matyldą najwyraźniej rozumiała język ludzi, bo głośno bzyknęła, co zabrzmiało jak ostrzeżenie.

– Oj tam, oj tam – zaśmiał się sztucznie Bart. – Zaraz „porwały”. Przyjmijmy, że była to forma zdecydowanego zaproszenia. Ale to przecież teraz nieistotne. Jesteście z nami, a najważniejsza jest oferta, jaką pani Matylda chce wam przedstawić. Wreszcie będziecie mogli spokojnie, bezpiecznie i godnie żyć!

– Jaka oferta? – zapytał Andy.

– Pracy, oczywiście, a właściwie – Bart się zawahał – mamy propozycję pozytywnej odmiany, jaka może zajść w waszej… sorki, nędznej egzystencji.

– Ale jakiej pracy?! – zdziwił Mati. – Pszczoły chcą nam dać pracę?

– Zgodnie z prawem panującym w królestwie pani Matylda przedstawi wam propozycję osobiście, ja tylko przetłumaczę.

Mężczyzna w białym kombinezonie ukłonił się owadowi. W odpowiedzi pszczoła zaczęła drobić małymi kroczkami, przystawała, podnosiła łapy, brzęczała i bzykała, a nawet parę razy z furkotem machnęła ogromnymi skrzydłami. Kiedy zakończyła niezwykły taniec, kiwnęła głową i spojrzała na Barta.

Bart ponownie nisko się jej ukłonił i przetłumaczył wytańczone i wybrzęczane słowa:

– Pani Matylda powiedziała, że zostaliście zakwalifikowani jako pomocnicza siła robocza. Zaprasza was do aktywnego uczestniczenia w życiu ula, do budowania wspólnej przyszłości ludzi i pszczół. Oczywiście możecie odmówić. Jeśli zdecydujecie się na życie tutaj, to na zawsze. Już nigdy nie będziecie mogli opuścić królestwa Matki Pszczoły.

Przez chwilę panowała cisza.

– No nie, to jakieś żarty?! – wybuchnął Mati.

– Uspokój się! – skarcił go wujek i zwrócił się do Barta. – O jaką pracę chodzi? Nie rozumiem. Co mielibyśmy robić?

– No jak to, o co? – Tym razem to przybyły sprawiał wrażenie zdziwionego. – Jest tu dużo pracy, ale przede wszystkim będziecie pracować przy produkcji miodu, oczywiście.

– Przecież to pszczoły robią miód! – stwierdził Andy.

Bart parsknął.

– Dawne czasy! Pokażę wam, jak wygląda linia produkcyjna, wtedy wszystko zrozumiecie.

Pszczoła znowu niecierpliwie bzyknęła, Bart szybko przyklęknął, po czym na czworakach, wydając brzęczące dźwięki ustami, podnosząc, to rękę, to nogę, wykonał taniec będący tłumaczeniem słów wypowiedzianych przez ludzi.

Andy i Mati patrzyli na ten spektakl z niedowierzaniem pomieszanym z zażenowaniem. Dorosły facet łażący na czworakach i pobzykujący jak owad wyglądał idiotycznie. Jednak Bart rzeczywiście potrafił się porozumieć z pszczołami, bo po chwili pani Matylda dostojnie skinęła głową i w towarzystwie strażniczek wyszła z pokoju.

*

Ogromna pieczarka wielkości plażowego parasola powoli zaczęła się przechylać. Gaja podparła ją drewnianym trzymadłem i jeszcze raz pociągnęła ku sobie ostrze piły. Grzyb spadł z przeciętego pieńka i zaczął się przewracać. Dziewczyna chwyciła go obiema rękami i delikatnie położyła na ściółce.

– Oliwka! – zawołała do koleżanki, która natychmiast ruszyła w jej stronę, pchając przed sobą wózek.

Podniosły pieczarkę i umieściły ją w wiklinowej kapsule na kołach.

Oliwka, czarnowłosa piętnastoletnia dziewczynka o ogromnych, wiecznie zdziwionych oczach, rozejrzała się, by sprawdzić, czy na pewno nikogo nie ma w pobliżu. Były same. Przy drzwiach wyjściowych, dobre dwadzieścia metrów od nich, pracowała następna para, a kolejna jeszcze dalej.

– Podobno złapały dwóch nowych facetów – szepnęła Oliwka. – Anka mówiła, że jeden jest młody i ładny jak malowany – zachichotała. – Wysoki, ma długie jasne włosy.

Gaja poczuła nagłe ciepło, które wykluło się z serca i zaczęło promieniować na całe ciało. Ze zdumieniem zauważyła, że na rękach ma gęsią skórkę.

Co się dzieje?!, zdziwiła się w myślach. Czyżby właśnie w ten sposób dała znać o sobie słynna kobieca intuicja?

– I co, zostaną? – zapytała obojętnym tonem.

– Nie wiem, Anka widziała ich, kiedy szli z Bartem do miodowni. Drugi to staruszek, ale podobno jakoś tam podobny do tego młodego. Może jego dziadek.

– Przydałoby się kilku nowych facetów – mruknęła Gaja. – Ale młodych.

– No! – Oliwka westchnęła. – Czuję, że już się w tym pięknisiu zakochałam! – Zaśmiała się głośno i radośnie.

– W tym staruszku?

– No co ty?! – Oliwka klepnęła ją w plecy i zaniosła się śmiechem.

Gaja też się roześmiała.

– Ej, co wam tak wesoło?! – zawołał jeden z pracujących przy drzwiach mężczyzn. – Do roboty się lepiej weźcie!

Dziewczyny spojrzały na siebie i wykrzywiły usta, przedrzeźniając go.

– Ble, ble, ble, ble, ble – szepnęła piętnastolatka i znowu obie zachichotały.

*

W ogromnej hali pracowało kilkadziesiąt ubranych w białe lub żółte kombinezony osób – mężczyzn i kobiet. W olbrzymich basenach mieszali gęstą złocistą substancję albo machali ogromnymi wachlarzami nad pełnymi płynu zbiornikami. Inni przelewali miód do słojów, przenosili pękate lniane worki, puste lub pełne szklane naczynia. Dopiero po chwili Andy zauważył, że kolor płynu w poszczególnych zbiornikach nieco się różni, od jasnożółtego po miedzianozłoty. Pomiędzy basenami rozłożone zostały tory, po których inni pracownicy – ci mieli na sobie kombinezony niebieskie – pchali wózki załadowane skrzyniami, workami, wielkimi słojami lub beczkami. Hala szumiała gwarem rozmów, okrzyków, stukotem kół wagonów, pluskiem cieczy. Wypełniający to miejsce słodki zapach miodu niemalże zatykał usta i nos, oszałamiał.

– Na początku dostaniecie robotę przy sprzątaniu, noszeniu pustych opakowań, ładowaniu ich na wózki. – Bart pokazał palcem koniec hali, gdzie odbywały się opisane przez niego czynności. – Kiedy wykażecie się dobrą pracą, dostaniecie poważniejsze zadania.

– Jakie? – zapytał Mati.

– Najlepszym zajęciem jest wachlowanie nektaru.

Mati prychnął.

– Żartujesz?

– No nie. – Bart zmarszczył brwi. – W destylarniach w ten sposób odparowujemy wodę. O, w tamtych basenach. – Ponownie wyciągnął dłoń.

– Właśnie się zastanawiałem, co ci ludzie robią – odezwał się Andy.

– Skonstruowaliśmy lekkie wachlarze z suszonej trawy. Mniej więcej po roku możecie trafić do destylarni. Stoisz kilka godzin, gadasz z kumplem i od czasu do czasu machniesz wachlarzem. Żyć, nie umierać. Jeszcze lepsze jest plecenie wachlarzy, ale tym zajmują się przede wszystkim kobiety.

– A jak tu jest z jedzeniem? – zapytał Andy.

– No a co można jeść w ulu? – Bart wzruszył ramionami. – Miód. Tam, na zewnątrz, za łyk miodu wielu oddałoby wszystko, co mają, a wy będziecie mieli go, ile dusza zapragnie. Inna sprawa, że w dzisiejszych czasach ludzie mają niewiele. Jak to się mówi: nic, z przewagą gówna – zaśmiał się ze swojego dowcipu, ale Andy i Mati nie wyglądali na rozbawionych. – Hodujemy też grzyby i mięso – kontynuował przemowę Bart. – Nawet całkiem niezłe, ale na smakołyki nie liczcie, tutaj nie żyje się, żeby jeść, ale je, aby przeżyć. Najważniejsze, że nikt nie chodzi głodny. Decyzja należy do was. Dodam tylko, że po pracy jest czas wolny.

Bart przysunął się bliżej i powiedział szeptem:

– Produkujemy na boku miody pitne, rozumiecie, fermentowane. – Mrugnął okiem. – Są kobiety, nawet więcej niż mężczyzn, więc zawsze jest kilka wolnych, nie będziecie samotnie spędzać nocy. Paru gości umie grać na instrumentach, urządzamy koncerty, turnieje szachowe, gramy w karty. No i jest mnóstwo książek, w Pałacu była biblioteka, kilkadziesiąt tysięcy tytułów. Nie jest tu źle, naprawdę, na pewno lepiej niż na zewnątrz. Najważniejsze, że przez cały czas nie będziecie musieli walczyć o życie, uciekać, ukrywać się przed robalami. Znam to, bo przecież po wojnie też przez kilka lat tułałem się na zewnątrz. Zazwyczaj jest tu aż za spokojnie, a zimą po prostu nieustający łikend, bo ul pogrąża się w letargu. Można zatracić się w lenistwie.

– A pszczoły? Nie są niebezpieczne? – zapytał Andy.

– No co wy?! – Bart wzruszył ramionami. – Pszczoły bez powodu nie zrobią krzywdy żadnemu człowiekowi. Przecież ludzie są pożyteczni, produkują miód!

Mati parsknął śmiechem.

– Ludzie są pożyteczni, ładnie to zabrzmiało.

– No, tak. Będziecie bezpieczni, o ile nie spróbujecie uciec z ula. Bo – dyskretnie się rozejrzał – one się strasznie boją szpiegów i inwazji ludzi. Rozumiecie, tyle jedzenia w jednym miejscu. A wiadomo, jacy są ludzie. Wyobraźcie sobie bandę wykolejeńców z miotaczami, laserami i bomberami. Wykończyliby je w pół godziny. Dlatego pszczoły przez całą dobę obserwują okolicę, w nocy robią to dla nich opłacane miodem ćmy, a jeśli zbliża się zbrojna grupa, natychmiast starają się ją zneutralizować.

– Jak neutralizować? – spytał Mati.

– Tak jak was. Zresztą ja też się tutaj dostałem w ten sposób. Pszczoły nauczyły się produkować z kwiatów chmielu i maku usypiający proszek. Tak naprawdę to ich jedyna prawdziwa broń, bo żądełkami to sobie mogą atakować dupę osła. Na uzbrojoną w maszynowe giwery gromadę z wypiętym tyłkiem nie ma się co porywać. Bandytów posypują proszkiem, a jak ci usną, zagryzają ich i po kłopocie.

– Dlaczego nam to wszystko mówisz? – zapytał Andy.

– Od pewnego czasu byliście obserwowani przez wywiadowców ula, nie jesteście bandytami, po prostu chcecie przeżyć, no i zabiliście szerszenia, zapunktowaliście, więc pszczoły dają wam szansę.

– Szerszenia? – zdziwił się Mati. – To takie ważne?

– Szerszenie to najwięksi wrogowie ula. Nie działa na nie usypiający proszek, są znacznie silniejsze od pszczół, a gdy napadają rojem… – Bart urwał. – Zresztą będziecie mieli czas, żeby wszystkiego się dowiedzieć. Jeśli z nami zostaniecie, oczywiście.

– Ile czasu mamy na podjęcie decyzji? – zadał pytanie Andy.

Bart przez chwilę milczał. Patrząc na jednego, a potem na drugiego, poruszał żuchwą, jakby coś przeżuwał. Wreszcie powiedział:

– Zero czasu. Tu nikt nie będzie sobie wami zawracał głowy. Jak to kiedyś mówiono „rybka albo pipka”. – Zaśmiał się nerwowo. – Za chwilę wrócimy do pani Matyldy i musicie zadeklarować, chcecie zostać czy nie.

– A co, jeśli nie będziemy chcieli? – spytał Mati.

– No co? Przecież już was nie wypuszczą!

– Aha – powiedzieli równocześnie mężczyźni i obaj głośno westchnęli.

– Czyli tak naprawdę nie mamy wyjścia, musimy się zgodzić – stwierdził starszy.

– No, sorry. – Bart kiwnął głową. – Byłoby mi przykro, gdyby was wyeliminowały, bo już was polubiłem. Co was czeka na zewnątrz? Walka o każdą następną chwilę, głód, nieprzespane noce, ciągły strach, nie zazdroszczę nikomu życia poza ulem, jeszcze pamiętam, jak to było. Dobrze się zastanówcie.

– Wyeliminowały, ładnie to brzmi. – Andy pokręcił głową.

– No to uśpiły. Na zawsze. Tak lepiej? – Bart się skrzywił . – A jak by był z tym problem, to was po prostu zagryzą. Nie żądlą, to już dla nich ostateczność, bo wiecie…

– Wiemy – przerwał mu Andy. – Jak pszczoła użądli, to zdycha.

– My używamy słowa „umiera”. – Na twarzy Barta ponownie pojawił się nieprzyjemny grymas. – Nie muszą żądlić, są naprawdę silne. Człowiek nie ma szans w walce z pszczołą. Zwłaszcza że jest ich w ulu kilka tysięcy. – Zaśmiał się nerwowo.

Andy i Mati przez chwilę się nie odzywali.

– Jak długo tu jesteś? – zapytał wreszcie Andy.

– Prawie siedem lat. Nie wiem dokładnie, bo czas zaczęliśmy liczyć dopiero od narodzin pierwszego dziecka, czyli mniej więcej sześć lat temu. No, to jaka decyzja?

Andy i Mati ponownie na siebie spojrzeli.

– Panowie, tu nie ma się nad czym zastanawiać. Jesteście porządnymi ludźmi, nie żadnymi łajzami. Takich jak wy nam potrzeba. Może kiedyś sytuacja się zmieni, wyjdziemy na zewnątrz i zbudujemy nową społeczność. Mamy już ponad dwudziestkę dzieci, które tutaj się urodziły. Dla nich musimy stworzyć sensowną przyszłość. To co wybieracie: życie czy śmierć?

– Przecież nie mamy wyjścia, zgadzam się – powiedział cicho Andy.

Młodszy przygryzł usta i tylko kiwnął głową.

*

Szerokimi schodami zrobionymi z jasnego marmuru weszli na wyższe piętro, gdzie w ogromnej pustej sali przyjęła ich pani Matylda. Tym razem towarzyszyły jej aż cztery potężne strażniczki, które przez cały czas stały dwa kroki za nią. Sprawiały wrażenie, że tylko czekają na sygnał, by rzucić się na ludzi i ich zabić.

Bart znowu odtańczył kilka zdań, bzykając i tupiąc, po czym podniósł się z kolan.

Matylda akceptująco pokiwała głową, a następnie wygłosiła taneczną przemowę. Kiedy znowu znieruchomiała, spojrzała ogromnymi oczami na ludzi.

– Powtarzajcie za mną – rozkazał Bart. – Przysięgam być wiernym Królowej Matce i wszystkim pszczołom…

Andy i Mati powtórzyli.

– …nie opuścić ula, bronić go wszelkimi siłami, nawet z narażeniem życia, pracować i żyć uczciwie, wykonywać wszelkie polecenia przełożonych, nawet wbrew własnym poglądom… – kontynuował ich nowy znajomy. Poczekał, aż mężczyźni powtórzą, i zakończył przysięgę: – Przyjmuję do wiadomości, że złamanie tych zasad karane jest śmiercią.

Andy i Mati wypowiedzieli także te słowa.

Wizyta zakończyła się kilkoma rutynowymi kwestiami wybzyczanymi i wytańczonymi przez Matyldę, a później przetłumaczonymi przez Barta:

– Witam was w ulu w imieniu Królowej Matki, własnym oraz wszystkich pszczół, niechaj wasze życie będzie udane i pracowite.

– Ukłońcie się, spotkanie skończone – poinstruował ich Bart.

Zrobili, co kazał. Pszczoły także się ukłoniły, po czym wyszły z pomieszczenia.

– No to witam na pokładzie. – Bart uścisnął im dłonie. – Cieszę się z każdego nowego człowieka, bo im nas tu więcej, tym życie wygląda normalniej. Chodźcie do dormitorium.

*

Część mieszkalna ludzi, nazwana przez Barta szumnie dormitorium, składała się z kilku różnej wielkości sal znajdujących się w podziemiach pałacu. Bart zaprowadził ich do największej z nich, tak ogromnej, że mogłoby w niej spać jednocześnie kilkaset osób. Światło sączyło się przez zaklejone woskiem, zakratowane malutkie okienka umieszczone wysoko pod sufitem. Nieco blasku rzucał ogień z wielkiego paleniska znajdującego się na środku pomieszczenia. Wisząca nad nim szeroka rura wciągała dym gdzieś wysoko, prawdopodobnie do znajdującego się na wyższej kondygnacji komina. Na ścianach rozmieszczono kinkiety z dającymi niewiele światła ogarkami.

Na palenisku stał olbrzymi gar, w którym bulgotała przygotowywana przez kobiety potrawa. Kucharka, która mieszała łychą gęstą breję, nie zwróciła na przybyłych uwagi, natomiast asystujące jej dwie młodsze kobiety zerknęły na nich z ciekawością.

– Witaj, Justo – ukłonił się Bart. – Chcę ci przedstawić dwóch nowych. Są już po przysiędze.

Starsza kobieta, nazwana Justą, obróciła się w ich stronę. Jak na swój wiek była zdumiewająco piękna, jej pociągłą twarz o zaostrzonych wiekiem i pociętych zmarszczkami rysach wieńczył przetykany srebrnymi pasemkami siwizny kok.

– Przedstawcie się! – powiedziała nieznoszącym sprzeciwu głosem.

Bart popchnął lekko Andy’ego i Matiego w stronę ogniska, Mati potknął się o leżącą na podłodze gałąź, co sprawiło, że dwie młode kobiety zachichotały.

– Jestem Andy. – Starszy mężczyzna kiwnął głową. – A to mój siostrzeniec Mati.

– A co, sam nie umie mówić? – zaśmiała się jedna z młodych.

– Miło mi. – Starsza kobieta mruknęła w taki sposób, jakby wcale nie cieszyło jej zjawienie się przybyszy.

– Anna – rzuciła jej pomocnica.

– Pola – odezwała się druga z nich.

Anna miała ciemne, krótko obcięte włosy, Pola jasne. Obie były szczupłe, ubrane w żółte robocze kombinezony, więc Mati, chociaż starał się im przyjrzeć, nie był w stanie dostrzec, czy są zgrabne. Niemniej widok dziewcząt spowodował, że jego serce zaczęło szybciej bić. Nie spotkał kobiety od kilku miesięcy i dopiero w tej chwili zrozumiał, jak bardzo mu tego widoku brakowało.

– Będziecie mieli dużo czasu, żeby się lepiej poznać – stwierdził Bart. – Teraz chodźcie za mną, oprowadzę was po naszym królestwie.

Za ścianą znajdowała się druga, nieco mniejsza, ale także bardzo rozległa sala. Na podłodze leżały porozkładane pojedynczo lub parami sienniki, na nich porządnie ułożone śpiwory i poduszki.

– Tu będziecie spać. Z magazynu weźmiecie materace, zdaje się, że śpiwory macie swoje – stwierdził Bart.

– Wszystko nam zabrali – odpowiedział Mati.

– Swoje rzeczy dostaniecie z powrotem. Poza bronią oczywiście.

Bart otworzył drzwi. W pomieszczeniu leżało w rzędach, jeden na drugim, kilkadziesiąt materacy. Mati zdjął dwa z wierzchu i przeciągnął je do noclegowni.

– Żyjemy zgodnie z tradycją, jak starożytne plemię. – Bart się uśmiechnął. – Kobiety opiekują się dziećmi, szykują posiłki, a po powrocie mężczyzn z pracy wszyscy razem je spożywamy. Oczywiście część kobiet także pracuje przy produkcji i w hodowli. Roboty jest sporo.

Uchyliły się drzwi znajdujące się obok części sypialnej i z kolejnej sali wyjrzała trzy-, może czteroletnia jasnowłosa dziewczynka. Trzymała palec w buzi i z uwagą przyglądała się nieznajomym.

Bart pomachał do niej przyjaźnie, po czym wyjaśnił:

– Tam są sypialnie dzieci, wstęp tylko dla opiekunów. Czyli nie dla was – zaśmiał się.

Za dziewczynką pojawiła się starsza kobieta, która chwyciła małą za rękę i zamknęła drzwi.

Bart dotknął palcem kurtki Andy’ego.

– W tych łachach nie będziecie mogli chodzić. Gdybyście spotkali pszczołę, zagryzie was, zanim zdążycie pierdnąć ze strachu. Kombinezony, które dostaniecie, są nasączone odpowiednim zapachem, pachną ulem. W nich będziecie dla pszczół swoi, nie zrobią wam krzywdy. Tak to działa. Wszystkie kombinezony mamy w jednym rozmiarze, jesteś średniego wzrostu, więc będzie na ciebie pasował – zwrócił się do Andy’ego. – Gorzej z tobą. – Zmierzył wzrokiem Matiego. – Dryblasy i kurduple mają przechlapane, a ty jesteś dość wysoki. Zresztą widzieliście, że dziewczyny w swoich ubraniach po prostu toną. I tak mają poskracane rękawy i nogawki. Mamy coś w rodzaju pracowni krawieckiej i ubrania nieco się modyfikuje. Ale z dużego łatwiej zrobić mniejsze niż odwrotnie. Oczywiście oddamy wam wasze śpiwory, plecaki i drobiazgi, które mieliście, to będzie wasz jedyny majątek. Buty też dostaniecie, chociaż tu, w ulu, wiele osób woli chodzić na bosaka.

Później Bart zaprowadził ich do korytarzy i pomieszczeń położonych jeszcze niżej. Kiedy otworzył drzwi pierwszego z nich, owionął ich dawno zapomniany zapach lasu. W całej ogromnej piwnicy jak hełmy kosmitów srebrzyły się kapelusze gigantycznych pieczarek. Na końcu sali pracowało kilka osób, które podniosły głowy, żeby na nich spojrzeć.

– Nie wiem, czy lubicie grzyby, ale będziecie musieli się do nich przekonać, bo to jeden z podstawowych składników naszej diety – stwierdził Bart. – Niby zwyczajne pieczarki i boczniaki, ale dzięki odpowiedniemu nawożeniu udało się nam wzbogacić ich smak. Niedługo się przekonacie.

Przeszli kawałek dalej.

– A tu jeszcze jedna hodowla – oznajmił Bart, otwierając następne drzwi.

Była to równie ogromna piwnica, prawie w całości wypełniona czarną, wilgotną ziemią umieszczoną w kilkunastometrowych drewnianych skrzyniach przypominających szuflady. Na wierzch jednej z nich weszli po drewnianych schodkach. Strop znajdował się tak nisko, że musieli się mocno pochylić, ale i tak Mati kilka razy walnął głową o sufit.

– Tutaj z kolei hodujemy mięso.

– Mięso?! – Chłopak się wzdrygnął. – Jak hodujecie mięso?

Bart chwycił wiszące na ścianie urządzenie, przypominające skrzyżowanie bosaka z siatką na ryby.

– To jest wybierak – powiedział i ostrożnie wsunął go w grunt, na którym stali. – Może trafi się wam robota i tutaj.

Po chwili szarpnął wybierakiem jak wędką i z trudem wyciągnął na powierzchnię ogromną wijącą się dżdżownicę. Miała ponad metr długości i szerokość ramienia dobrze zbudowanego mężczyzny. Zręcznie potrząsnął narzędziem i robal wpadł do siatki, w której wił się i prężył.

– Dobre mięso, ale ta musi jeszcze trochę podrosnąć – stwierdził Bart, uwalniając glizdę, która błyskawicznie wkręciła się z powrotem w pulchną ziemię.

– O w mordę. – Mati splunął.

– Nigdy nie jedliście dżdżowniciny? – zdziwił się Bart. – Smakuje trochę jak wędzona polędwica, ale rzecz jasna nie jest słona.

– Różne gady już jadłem – pokręcił głową Andy – ale takich robali jeszcze nigdy.

– Wystarczy wypatroszyć, dodać przyprawy i usmażyć. Albo udusić. Pychota!

– Chyba to wasze żarcie nie przejdzie mi przez gardło – jęknął Mati.

– Poczekaj, aż zgłodniejesz – zaśmiał się Bart. – Poza grzybami i „mięskiem” – mrugnął – mamy oczywiście dużo miodu. Pszczoły nam go nie żałują, ale po kilku dniach na jego widok będziecie rzygać. Zresztą od smaku grzybowego gulaszu także. A potem minie jeszcze klika tygodni i się przyzwyczaicie. Znam nawet takich, którzy to nasze żarcie lubią. Na przykład ja! – Znowu się zaśmiał.

Bart starannie zamknął drzwi sali, w której hodowano „mięso”, i poprowadził ich wąskimi schodami piętro niżej. Korytarz był oświetlony umieszczonymi na ścianach słojami. Widząc ich zdziwione spojrzenia, wyjaśnił:

– To nasze latarki. Mój wynalazek!

– Ale co w nich świeci? – zapytał Andy.

– Zaraz wam pokażę.

Pochylił głowę i przeszedł przez wykuty w murze otwór. Znaleźli się w długiej kamiennej grocie, gdzie pomiędzy większymi i mniejszymi głazami żwawo płynął dość szeroki strumyk.

– Stąd bierzemy wodę, tutaj możecie się napić, trochę dalej umyć, a tam, na końcu, załatwiacie potrzeby fizjologiczne. – Bart pokazał palcem tonący w ciemności długi korytarz. Zrobił kilka kroków i otworzył stojącą na kamiennej podłodze skrzynię. Wyjął z niej jeden z kilku znajdujących się w niej szklanych słoi, wyposażonych w drewnianą rączkę.

– Robaki świętojańskie! – oznajmił z dumą.

Rzeczywiście, w słoju siedział świecący żuk wielkości sporego szczura.

– Coś takiego! – zachwycił się Andy. – Świetny pomysł.

– Dzięki temu wynalazkowi awansowałem – pochwalił się Bart. – Miałem jeszcze kilka innych pomysłów racjonalizatorskich, opowiem wam o nich później przy ognisku.

Kiedy Bart podniósł „lampkę”, w żółtozielonkawym świetle przed oczami Andy’ego i Matiego ukazała się dalsza część strumienia, który po kilkunastu metrach wpływał pod skalną ścianę.

– Oczywiście załatwiajcie się bezpośrednio do wody. Tylko niech wam się nie pomyli, myjemy się za ujęciem wody do picia, a że tak powiem – wydalamy – jeszcze dalej, chyba nie muszę wam tego tłumaczyć.

– Całkiem sensownie wymyślone – pochwalił Andy.

– I jeszcze jedna rada, starajcie się nie obsrywać brzegu, bo jedną z waszych pierwszych prac będzie sprzątanie tego miejsca.

– Jasne – mruknął Mati.

– Jeśli chodzi o mycie, woda jest cholernie zimna, będziecie musieli się przyzwyczaić. Ale można wytrzymać. Zahartujecie się – zachichotał Bart.

– Nie można wziąć wody do jakiejś balii i podgrzać? – Mati zanurzył dłoń w strumyku i wypił kilka łyków. Zanim Andy się pochylił, żeby zrobić to samo, Bart otworzył stojącą obok skrzyni szafę i podał mu kubek.

– Dziękuję – mruknął Andy i zaczerpnął wody.

– W tym miejscu możecie się myć bez ograniczeń, codziennie rano i wieczorem, a raz w miesiącu organizujemy kąpiel w ciepłej wodzie. Problem jest z opałem. Najczęściej palimy suchymi kłączami i liś

mi roślin pomieszanymi z woskiem. Z dymem poszła już większość mebli, które znajdowały się w tym budynku, a uwierzcie mi, że było ich naprawdę dużo. Tu przed wojną były tysiące pokoi biurowych. Czasami pszczoły pozwalają otworzyć okno, ale to skomplikowana operacja, bo najpierw trzeba rozewrzeć kraty, a kilkanaście pszczół musi patrolować teren w pobliżu, żeby nie zakradł się nikt obcy. No i żeby nikt nie uciekł z ula. – Bart znowu się zaśmiał. – Kiedy otwieramy okno, ścinamy rosnące w pobliżu trawy, chwasty i kwiaty, część zjadamy jako surówki, część suszymy na opał. Ale jest tego za mało, musimy oszczędzać paliwo. To słaba strona tej zabawy, bo przecież codziennie trzeba gotować jedzenie.

Mężczyzna spojrzał na „nowych” i stwierdził:

– To chyba wszystko.

Wstawił kubek do szafy, włożył do skrzyni słój ze świecącym owadem i wyszedł z groty.

– Chodźcie – zachęcił ich do wyjścia.

Mati i Andy ruszyli za nim.

– A właściwie dlaczego nie można po prostu wyjść po drewno? W czym problem? – zapytał chłopak. – Przecież dookoła pałacu rośnie pełno drzew, cały las.

Ich przewodnik natychmiast się cofnął i stanął bardzo blisko niego. Spojrzał mu w oczy i z naciskiem powiedział:

– Nie słuchałeś, co mówiłem?! Nie wychodzimy poza ul, rozumiesz? To główna zasada. Nawet o tym nie myśl. Co z tobą jest nie tak? Wyglądasz na bystrego chłopaka, a trzeba ci wszystko pięć razy tłumaczyć!

– No ale przecież… – Mati próbował coś jeszcze powiedzieć, ale Bart mu gwałtownie przerwał.

– Wbij to sobie do głowy! Powiem ostatni raz: jeśli chcesz żyć… tutaj żyć, nie myśl o tym, nie rozmawiaj na ten temat! Nie wychodzimy na zewnątrz! Świat poza ulem dla nas nie istnieje! – Jego głos zrobił się ostry i nieprzyjemny. – To najważniejsza zasada! Nie kombinuj, bo…!

– Dobrze, już dobrze, zapamiętamy – powiedział Andy pojednawczo.

Bart wypuścił powietrze i zrobił dwa kroki w stronę schodów.