Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Magiczny dom. Bolesna przeszłość. Wezwanie, które może wszystko zmienić.
Arthur Parnassus wiedzie dobre życie, zbudowane na zgliszczach złego. Kieruje niezwykłym sierocińcem na odległej i osobliwej wyspie i ma nadzieję wkrótce zostać przybranym ojcem szóstki magicznych „niebezpiecznych” dzieci, które tam mieszkają. Arthur ciężko pracuje i kocha całym sercem, więc żadne z dzieci nigdy nie zaznało zaniedbania i bólu, których on, dawno temu, doświadczał na tej samej wyspie. Kiedy zostaje wezwany do złożenia publicznego oświadczenia na temat swojej przeszłości, zdaje sobie sprawę, że nad nim i nad jego podopiecznymi zawisły ciemne chmury. Bez wahania staje na czele walki o przyszłość, na którą zasługuje jego rodzina i wszystkie istoty magiczne. A kiedy kolejne niezwykłe dziecko postanawia zamieszkaćw ich niezwykłym domu, staje się oczywiste, że zbliża się decydująca bitwa: ich rodzina albo stanie się silniejsza niż kiedykolwiek, albo się rozpadnie.
Witajcie ponownie na wyspie Marsyas. „Gdzieś za morzem” to niezwykła historia o miłości i walce. To magiczna i wzruszająca opowieśćo przerażającym i zarazem cudownym doświadczeniu walki o życie, jakiego pragniesz.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 522
Data ważności licencji: 1/15/2031
Tytuł oryginału: Somewhere Beyond the Sea
Projekt okładki: © by Red Nose Studio
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja: Dorota Kielczyk
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Monika Łobodzińska-Pietruś, Maria Śleszyńska
© 2024 by TJ Klune. By arrangement with the author. All rights reserved.
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2025
© for the Polish translation by Arkadiusz Nakoniecznik
ISBN 978-83-287-3616-0
Wydawnictwo Akurat
Wydanie I
Warszawa 2025
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawnictwo Akurat
imprint MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Dla społeczności trans na całym świecie: widzę was, słyszę, kocham. Ta historia jest dla was.
Znaleźliśmy się na rozdrożu. Celem tego przesłuchania – i wszystkich, które mogą nastąpić później – jest ustalenie: czy, a jeśli tak, to jakie zmiany należy wprowadzić do Zasad i Przepisów obowiązujących obecnie w magicznej społeczności. Jak do znudzenia informowała prasa, Wydziały Nadzoru nad Magicznymi Nieletnimi i Magicznymi Dorosłymi znalazły się pod szczegółową obserwacją, a po rozwiązaniu się Najwyższego Kierownictwa nie są przez nikogo zarządzane.
Arthur Parnassus był przekonany, że wybuchnie płomieniem, jak tylko po raz pierwszy od wielu dziesięcioleci zejdzie z promu na piasek wyspy. Nie uczynił tego, ale niewiele brakowało; płonący w nim ogień był najjaśniejszy od lat. Arthura korciło, żeby wyrwać się ze skóry, rozpostrzeć skrzydła, wzbić się w niebo i poczuć w piórach znajomy słony wiatr. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że gdyby tak zrobił, to najprawdopodobniej odleciałby stąd na zawsze, a to nie powinno się wydarzyć. Wrócił tu z jakiegoś powodu.
– Lepiej niech się pan zastanowi! – zawołał właściciel promu, prostak o krostowatej twarzy, w brudnym kombinezonie, obdarzony uroczym imieniem Merle. Stał przy relingu trzy metry nad głową Arthura. – Jak odpłynę, utknie pan na dobre. Nie zawinę tu po zmierzchu.
Arthur nawet na niego nie spojrzał. Zafascynowała go wijąca się przed nim gruntowa droga; znikała w lesie tak gęstym, że promienie świecącego wysoko słońca z najwyższym trudem docierały do leśnego poszycia z liści i mchu. Uszy wypełniał mu chlupot morskich fal liżących biały piasek. Przywodził na myśl młodość: dobre i złe rzeczy, wszystko.
– Dziękuję, Merle. Twoja pomoc okazała się nieoceniona. – Zerknął na prom. – Myślę, że dam sobie radę. Wezwę cię, gdybym chciał wrócić na stały ląd.
– Jak? Tu nie ma telefonów. Ani prądu. Ani wody.
– To się zmieni. Transport przybędzie jutro rano, punktualnie o dziesiątej. Dostarczysz wszystko tutaj, prawda?
Przewoźnik skrzywił się, ale w jego oczach błysnęła chciwość. Pociągnął wyniośle nosem.
– Ale za inną stawkę. Paliwo nie jest tanie, a jeden człowiek, który musi kursować w tę i z powrotem…
– Oczywiście – przerwał mu Arthur. – Zasługujesz na godziwe wynagrodzenie.
Merle zamrugał.
– No pewnie. Też tak myślę. – Spojrzał na dwie walizki przy stopach Arthura. Jedna stara, druga nowa. – Czemu pan tu przyjechał?
Na niebie ani jednej chmurki. Błękit w górze taki sam jak ten na dole. Końcówka lata. Ciepło, choć z drugiej strony – jemu zawsze było ciepło. Powietrze przesycone solą drażniło nos. Napełnił płuca.
– A czemu nie?
Merle się wzdrygnął.
– To okropne miejsce. Nawiedzone, z tego, co słyszałem. Nikt tu nie mieszka. Już od dawna. – Splunął za reling. – A kiedy tu mieszkali, nie wolno nam było o tym mówić. Cicho sza, wie pan.
– Wiem – mruknął Arthur, po czym głośniej dodał: – Merle, znasz może człowieka, który nazywa się Melvin?
– Co takiego? Skąd pan…? To był mój ojciec.
– Tak myślałem.
Uroboros. Wąż pożerający własny ogon w niekończącym się cyklu. Może to jednak był błąd. Miasteczko, z którego przypłynęli, z tego miejsca wyglądało tak samo jak przed laty: domy w pastelowych różach, żółciach i zieleniach, ludzie w letnich strojach, pozbawieni trosk, bezpieczni – bo czemu nie? Przecież są właśnie ludźmi. Świat został stworzony dla nich.
Prom też był ten sam, choć przez lata dokonano kilku ulepszeń: został pomalowany, a stare, popękane siedzenia wymieniono na nowe. Nawet Merle nie wywoływał dysonansu, ponieważ ze swoimi martwymi oczami i opuszczonymi kącikami ust bardzo przypominał Melvina. Wszystko było takie samo. Wszystko z wyjątkiem Arthura.
– Znałem go – powiedział.
Niewiele brakowało, żeby dodał: I ciebie też. Naburmuszonego nastolatka, pętającego się po promie ze szmatą na kiju.
– Umarł – mruknął Merle. – Dziesięć lat temu.
– Przykro mi z powodu pańskiej straty.
Przewoźnik zbył go machnięciem ręki.
– Jak go pan poznał?
Arthur uśmiechnął się.
– Będziemy w kontakcie. – Chwycił walizki i wyprostował plecy. Dotarł tu. Nareszcie. Nadeszła pora zobaczyć wszystko, co jest do zobaczenia, i żywić nadzieję, że wyprawa się opłaci. – Nie zapomnę twojej uprzejmości. Ruszam. Żegnaj, dobry człowieku!
Droga wiła się przez coraz gęściejszy las, cienie migotały w podmuchach wiatru. Jeszcze się nie spocił, choć trasa okazała się dłuższa, niż zapamiętał. Kaprysy młodości, westchnął w duchu. Niewyczerpana energia, dzięki której nie miało znaczenia, czy jest do przejścia jeden kilometr czy sześć. Arthur zbliżał się do czterdziestki i choć na formę nie narzekał, to dni, kiedy mógł biec w nieskończoność, dawno już minęły.
Za zakrętem stanął. Drogę zagradzały drzewa.
Pięć drzew. Wyrosły w poprzek przejścia tak blisko siebie, że nie dałoby rady między nimi się przecisnąć. Górowały nad nim, sięgając nieba, i sprawiały wrażenie znacznie starszych, niż powinny być. Wyglądały na sto lat albo więcej, ale nie mogły tyle mieć. Kiedy ostatnio szedł tędy, jeszcze nawet nie zaczęły kiełkować.
Było to zatem coś innego. A raczej: był to ktoś inny. Nie chodziło o drzewa, nie. Ktoś go obserwował.
Arthur postawił walizki i podszedł do środkowego drzewa. Przycisnął dłoń do pnia. Kora była szorstka i popękana.
– Jesteś tam? – spytał. – Na pewno jesteś. Przypuszczam, że to twoje dzieło.
Odpowiedział mu tylko śpiew ptaków.
– Znasz mnie – ciągnął Arthur. – W każdym razie takiego, jakim byłem wtedy. – Roześmiał się, ale w jego śmiechu nie brzmiała ani nuta wesołości. – Wróciłem, bo mam nadzieję, że uda mi się uczynić to miejsce czymś więcej, niż było kiedyś. – Zamknął oczy i przycisnął czoło do pnia. – Jeśli zajdzie taka konieczność, zrobię to sam, ale tylko za twoim pozwoleniem.
Przez pień przebiegło drżenie. Arthur otworzył oczy. Cofając się powoli, obserwował, jak drzewo trzęsie się coraz mocniej, jak korzenie wystrzeliwują z ziemi niczym macki, pełzną i owijają się wokół sąsiednich drzew, zaciskają się coraz mocniej i z przeraźliwym skrzypieniem rozsuwają pnie na boki, tworząc przejście.
Na drodze zostało tylko środkowe drzewo. Wciąż się trzęsło, drżały wszystkie konary i liście. Cienka gałązka musnęła policzek Arthura, zielone listki połaskotały go w nos. Nie cofnął się.
– Chłopiec – usłyszał szept. – Ognisty chłopiec wrócił do domu.
– Tak – odparł równie cichutko. – Wróciłem.
Pień obrócił się, podłoże pękło z trzaskiem, już wszystkie korzenie wyłoniły się z ziemi. Arthur patrzył z uśmiechem, jak drzewo odchodzi na nich, jak na stopach, na pobocze. Kiedy znalazło właściwe miejsce, korzenie natychmiast zanurkowały w glebę. Doły i wyrwy szybko się zapełniły i po chwili droga była tak samo równa i gładka jak wcześniej.
Arthur skłonił się lekko.
– Dziękuję. Jeśli kiedyś będziesz gotowa, to wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Podniósł walizki i ruszył dalej.
W chwili, kiedy wyszedł z lasu i po raz pierwszy od dwudziestu ośmiu lat zobaczył dom, nie było niczego nadzwyczajnego. Usadowiony na poszarpanym klifie górował nad nim, oświetlony od tyłu przez słońce. Przed wejściem znajdowała się betonowa fontanna, poznaczona smugami zielonej i czarnej pleśni. Cegły w murze popękały i się kruszyły; ich odłamki walały się w trawie dokoła budynku. Ściany między oknami w białych ościeżnicach, z resztkami szyb, porastały pnącza; rośliny zasłaniały połowę frontu. – Sześciometrowa wieżyczka na szczycie wyglądała tak, jakby miała runąć przy najlżejszym dotknięciu. Obok domu roztaczał się zarośnięty ogród ze złocistymi, różowymi i czerwonymi kwiatami oraz altaną, na której dziewięcioletni chłopiec z ogniem we krwi wyrył swoje inicjały, aby dowieść, że istnieje: AFR. Arthur Franklin Parnassus.
W pewnej odległości od domu stał budynek, którego nigdy wcześniej nie widział. Niczego tam nie było, kiedy jako dziecko opuszczał to miejsce z załzawionymi oczami, odwykłymi od słonecznego blasku po długim czasie zamknięcia w ciemności. Silne ramię pomogło mu wtedy wspiąć się po schodach i zaprowadziło go do czekającego samochodu. Nowy budynek był niewielki, wzniesiony z takiej samej cegły jak dom, o którym tyle razy śnił. Arthur wiedział, że w ciągu minionych lat tak zwany sierociniec kilkakrotnie zmieniał właścicieli, ale, o ile wiedział, od dość dawna nikt tu nie mieszkał. Domek gościnny – bo tym chyba był – powinien mu na razie wystarczyć. Okna nienaruszone, dach na oko w lepszym stanie niż ten głównego budynku, gdzie brakowało części dachówek, zrzuconych przez wichury.
Poruszając się jak we śnie, zostawił bagaże przy schodach na ganek. Ścieżka wiodąca przez zdziczały ogród była prawie niewidoczna, porośnięta gęstą, agresywną roślinnością. Minął altanę, z trudem torując sobie drogę. Na tyłach budynku, u samej podstawy budowli, ujrzał dwuskrzydłowe drewniane drzwi z czarnymi osmaleniami. Zamknięte na zardzewiałą kłódkę strzegły wejścia prowadzącego w dół. Arthur miał klucz. Miał wszystkie klucze.
Nie wszedł do środka. Wiedział, co tam zobaczy. Znaki na ścianie. Kamienie poczerniałe od ognia, którym płonął. Wieczną ciemność, jeśli pominąć jego ogień.
Wtedy duch zaszedł Arthura od tyłu, otoczył ramieniem jego szyję i go unieruchomił.
– Zasłużyłeś na to – parsknął mu do ucha. – Nauczysz się, gdzie twoje miejsce. Zapamiętaj moje słowa, chłopcze. A teraz powiedz to. Czym jesteś? Powiedz.
– Jestem wynaturzeniem – wychrypiał Arthur głucho.
Ramię znikło.
Słońce przesuwało się po niebie, a on stał i patrzył na drewniane drzwi do piwnicy.
Nie mógł tego zrobić. Nie miał pojęcia, dlaczego wyobrażał sobie, że da radę. Za dużo. Za dużo tego wszystkiego. Wracając ścieżką, zaciskał pięści na włosach. Walizki były tam, gdzie je postawił. Schylił się, dotknął uchwytów.
– Arthurze.
Głos brzmiał donośnie i wyraźnie, jakby ktoś stał tuż-tuż, na ganku.
Podniósł głowę. Był sam.
Choć może nie do końca. Zobaczył coś, co w pierwszej chwili uszło jego uwagi: mały żółty kwiatek rosnący w szczelinie pierwszego drewnianego schodka. Nie większy od paznokcia kciuka, uparcie rósł, przeciskał się przez szparę, aż wreszcie dotarł do słońca.
Powoli podszedł do niego, przyklęknął i ostrożnie dotknął płatków. Poczuł na palcach ciepło słonecznych promieni. Odrodzenie. Wytrwałość. Barwy. Życie. Wszystko, co najważniejsze, w najmniejszych porcjach.
Uśmiechnął się i po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł, jak coś naprawia się w jego piersi.
– Cóż – powiedział. – Jeśli ty możesz, to przypuszczam, że ja też dam radę.
Lato chyliło się ku jesieni, liście zmieniały kolor, powietrze nie było już tak ciepłe. Arthur czyścił papierem ściernym balustradę ganku, żeby móc ją pomalować. Najchętniej na biało, tak żeby pasowała do framug okien, które już odnowił. Merle okazał się całkiem pomocny, choć narzekał na ilość materiałów sprowadzanych przez Arthura co tydzień na wyspę. Trzeba jednak uczciwie stwierdzić, że narzekania cichły, gdy tylko przewoźnik otrzymał zapłatę. Zdarzało mu się nawet bez entuzjazmu pomagać przy załadunku brązowego vana; Arthur kupił auto kilka tygodni wcześniej.
Praca zbliżała się do końca. Teraz należało sprawdzić, czy fugi między kuchennymi płytkami schną, jak należy. Właśnie zamierzał wejść do domu, kiedy coś zatrzepotało mu w głowie i poczuł jakby muśnięcie motylich skrzydeł na skórze.
Spojrzał na drogę.
Stała tam bosa kobieta w długiej białej sukni. Przechyliła głowę, biała fryzura afro przypominała obłok. Wpięte we włosy białe i różowe kwiaty otwierały się i zamykały w promieniach popołudniowego słońca. Jej skóra miała piękny ciemnobrązowy odcień. Nie sposób było określić wiek przybyszki; młodzieńcza twarz zupełnie nie pasowała do ciemnych oczu, wiekowych i niespokojnych.
Skrzydła – cztery przezroczyste przydatki wyrastające z pleców, dłuższe od jego ramion – trzepotały delikatnie. Przenikające przez nie promienie słońca spływały na ziemię kaskadą barw. Nagie ręce trzymała opuszczone wzdłuż ciała, delikatne palce drżały leciutko.
Arthur powoli zszedł po schodach i się zatrzymał. Był bardziej zdenerwowany, niż przypuszczał. Nie wiedział, co powiedzieć, od czego zacząć.
Popatrzyła nieco dalej, na dom, po czym znowu spojrzała na niego.
– Jesteś.
Głos miała taki, jaki zapamiętał: łagodny, melodyjny, z nutką smutku.
– Jestem.
– Dlaczego?
– Bo tak trzeba – odparł po prostu.
Skinęła głową, jakby takiej właśnie odpowiedzi oczekiwała. Zrobiła kilka kroków w jego kierunku. Pod jej stopami z ziemi wystrzeliwały źdźbła trawy. Takie same trawiaste ślady ciągnęły się za jej plecami.
– Ten dom. To miejsce. Powinien był spłonąć.
– Tak.
– A jednak tu jesteś.
Uśmiechnął się łagodnie.
– Jestem. I ty też. Znowu razem.
Pokręciła głową.
– Jak możesz to wytrzymać? Jak możesz choćby myśleć o… – Westchnęła, jej skrzydła opadły. – Zamierzałam go zniszczyć. Po tym… Po tym, jak wszyscy odeszliście. Chciałam wrócić tu i sprawić, żeby ziemia się otworzyła i pochłonęła go w całości. – Otarła oczy wierzchem dłoni.
– Ale tego nie zrobiłaś.
– Nie. Nie zrobiłam. – Przeniosła wzrok na drzewa. – A teraz zastanawiam się dlaczego. Co mnie powstrzymało. Dlaczego zwlekałam. Dlaczego dzisiaj tu przyszłam.
– Nie odpowiem ci na to – stwierdził Arthur. – Mogę tylko zapewnić, że tym razem będzie inaczej. Dam dzieciom to, czego sam nie miałem: miejsce, gdzie mogą być, kimkolwiek zechcą, bez względu na to, do czego są zdolne czy skąd pochodzą.
– Nie poradzisz sobie sam.
– Poradzę – odparł. – I zrobię to, jeśli będę musiał.
– Nie. Nie zrobisz.
Minęła Arthura – nawet na niego nie popatrzyła, tylko wyrwała mu papier ścierny z dłoni. Mamrocząc coś pod nosem, wspięła się po schodach i ze zmarszczonymi brwiami przyjrzała się balustradzie. Następnie skinęła głową i zaczęła pracę tam, gdzie Arthur przerwał.
– Twoja suknia… Czy nie chciałabyś…?
Zatrzymała się na chwilę.
– Nic nie szkodzi. To tylko sukienka.
Obserwował ją, niezdolny wykonać żadnego ruchu.
– Witaj, Zoe – powiedział, kiedy wreszcie skierowała na niego spojrzenie.
– Witaj, Arthurze – odparła Zoe Chapelwhite. Zadrżała jej dolna warga. – Tak mi… – A potem wyrzuciła z siebie jednym tchem: – Tak mi przykro z powodu…
Podniósł rękę.
– Nie potrzebuję tego od ciebie. Nigdy nie potrzebowałem.
– Ale ja niczego nie zrobiłam, żeby do tego…
– Zoe. To nie twoja wina. Nigdy nie była twoja wina. Groziło ci zdemaskowanie. Gdyby się o tobie dowiedzieli, przyszliby też po ciebie.
– Tego nigdy się nie dowiemy – powiedziała ze wzrokiem wbitym w poręcz.
– Możliwe. Mimo to jesteś tutaj. Jak to o tobie świadczy? Wydaje mi się, że nie najgorzej.
– „Dajcie mi tylko swoich biednych tłumy całe, obejmę ich gościnnie mymi ramionami. Przyślijcie mi bezdomnych gromady niemałe, dla nich podnoszę lampę nad portu wodami”1 – wyrecytowała. W jej oczach lśniły łzy.
– Emma Lazarus – odgadł Arthur z zadowoleniem. – Tak, Zoe. Przygarniemy ich wszystkich.
– Mówisz serio… – wyszeptała.
– Owszem. Przyda mi się każda pomoc, ale zrozumiem, jeżeli się wycofasz. Zamierzam robić to, co do tej pory. Być może będę potrzebował więcej czasu, lecz w końcu dotrę do celu.
Nie odeszła.
Doprowadzenie domu do nienagannego stanu zajęło im większą część roku. Arthur zdawał sobie sprawę, że jeśli wszystko ułoży się po jego myśli, to czekają go szczegółowe inspekcje, a każde, nawet najmniejsze uchybienie, będzie wykorzystane przeciwko niemu.
Pewnego dnia Zoe kazała mu przestać.
– Co takiego? – Przerwał malowanie ostatniego kawałeczka ściany w kuchni.
Właściwie nie było to niezbędne, ale zauważył, że w jednym miejscu pod warstwą farby zostały pęcherzyki powietrza. Miały raptem po kilka centymetrów długości i szerokości, lecz Arthur uznał, że trzeba to poprawić. Wszystko musiało być na medal.
– Chodź ze mną.
Pokręcił głową.
– Nie mogę. Jest mnóstwo roboty. Jutro przywiozą mulcz, mam jeszcze sporo pracy przy altanie, a wczoraj odkryłem wystający gwóźdź w desce, co oznacza, że należy sprawdzić podłogi w całym domu, żeby…
– Arthurze, wszystko już skończone – przerwała mu Zoe. – Co najmniej od miesiąca. Oboje o tym wiemy. – Przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, po czym dodała: – Idź do biura. Wiesz, co trzeba zrobić. – Odwróciła się i ruszyła do drzwi, ale zatrzymała się na progu kuchni. – Wyspa była kiedyś większa – powiedziała, nie odwracając się. – Wiedziałeś o tym?
Wyszła, a on długo patrzył w ślad za nią.
Zrobił, jak kazała. Maszyna do pisania stała na starym biurku. Była już w niej czysta kartka, duży zapas leżał obok na blacie. Na pierwszej kartce widniała odręczna, nagryzmolona notatka. Liścik od Zoe.
Pora sprowadzić je do domu.
Z
Roześmiał się. Zapłakał.
– Boję się – wyszeptał. – W życiu się tak nie bałem.
Zaczął pisać na maszynie. Nie przerywał aż do samego końca.
Do osób zainteresowanych w Wydziale Nadzoru nad Magicznymi Nieletnimi.
Nazywam się Arthur Parnassus. Mam propozycję. Wszedłem w posiadanie pewnego domu na wyspie Marsyas. Przez miniony rok ze współpracownikami remontowałem go nie tylko po to, żeby nadawał się do zamieszkania, ale żeby mógł ponownie służyć jako dom dla osieroconych magicznych dzieci. Do listu dołączam zdjęcia dokumentujące rezultaty…
Potem zrobił coś, czego nie mogła zrobić jego dziesięcioletnia wersja: wysłał list. Wrzucając go do skrzynki pocztowej w wiosce, dostrzegł coś, co zmroziło mu krew w żyłach: w oknie urzędu pocztowego wisiał plakat przedstawiający rodzinę. Szeroko uśmiechnięci jasnowłosi chłopiec i dziewczynka, a po bokach dwoje dorosłych, najprawdopodobniej rodzice. Wszyscy trzymali się za ręce, idąc po dywanie łąki skąpanej w słonecznym blasku, porośniętej dzikimi kwiatami. Niżej, ułożony z grubych czarnych liter, znajdował się napis, który Arthur z niedowierzaniem czytał wciąż od nowa:
TY PIERWSZY ZADBAJ O BEZPIECZEŃSTWO SWOJEJ RODZINY! WIDZISZ COŚ, POWIEDZ COŚ!
A pod nim:
UFUNDOWANE ZE ŚRODKÓW WYDZIAŁÓW NADZORU NAD MAGICZNYMI NIELETNIMI I DOROSŁYMI
Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w kierunku promu.
Minął miesiąc. Potem drugi. Potem trzeci, czwarty i piąty. Arthur nie rozpaczał. Wiedział, że to tylko kwesta czasu, że prędzej czy później dostaną odpowiedź.
A potem, pewnego chłodnego jesiennego dnia, zadźwięczał dzwonek u drzwi.
Na ganku stał mężczyzna z walizką w jednej ręce i aktówką w drugiej. Był młodszy, niż Arthur się spodziewał, najwyżej trzydziestoparoletni, do tego przystojny, z falującymi ciemnymi włosami, nieco zmierzwionymi po podróży promem. Miał na sobie czarny garnitur dopasowany do szczupłej sylwetki, krawat w odcieniu wściekłej czerwieni i eleganckie półbuty pokryte warstwą kurzu.
– Witam! – powiedział. – Szukam pana Arthura Parnassusa.
Arthur wyciągnął rękę. Taki mały test.
– Właśnie go pan znalazł.
Mężczyzna odrobinę się zawahał, po czym uścisnął mu dłoń. Miał mocny chwyt i ciepłą skórę. Kiedy obaj cofnęli ręce, uśmiechnął się.
– Ach! Wspaniale. Reprezentuję Najwyższe Kierownictwo Wydziałów Nadzoru nad Magicznymi Nieletnimi i Dorosłymi. Nazywam się Charles Werner. Przyjechałem, żeby przedyskutować pańską propozycję oraz przestawić naszą. Jest odrobinę… niestandardowa, sądzę jednak, że będzie pan zainteresowany.
Przynęta na haczyku. Arthur doskonale o tym wiedział, mimo to zrobił jedyną rzecz, jaką mógł zrobić: cofnął się o krok i zaprosił Charlesa Wernera do środka.
Później Arthur Parnassus patrzył z pomostu na zbliżający się prom. Na pokładzie było dziecko. Pierwsze, ale nie ostatnie. Słońce zniżało się ku morzu, zamieniając fale w małe, szybko sunące ogniste góry.
– Boisz się? – zapytała Zoe. Stała obok niego.
– Chyba tak – odparł. – Wielu rzeczy. Ale tego? Nie. Na pewno nie tego. Nie mam żadnego powodu, żeby się bać.
To ich powinieneś się bać,usłyszał w głowie uwodzicielski szept.
Zepchnął go w najgłębsze otchłanie umysłu. Gdy prom był tuż-tuż, Arthur Parnassus zaczął nucić pod nosem:
– „Gdzieś… Gdzieś za morzem… Ktoś czeka… Ktoś czeka na mnie…”
Mój ukochany stoi na złocistym piasku
i patrzy na żeglujące statki.
Wiele lat później, w ciepły czerwcowy poranek Arthur Parnassus otworzył oczy i zmarszczył brwi. Słońce za oknem świeciło zbyt mocno. W otumanionym snem umyśle natychmiast zrodziła się przerażająca myśl, że może ma z tym coś wspólnego pewien syn szatana. W ubiegłym tygodniu odgrażał się, że ciśnie Ziemią w Słońce, po tym, jak narobił sobie kłopotów, usiłując tchnąć życie w człowieka z błota, którego ulepił po obfitej ulewie. Arthur zastał go utytłanego błockiem od pięt po czubek nosa, obok ukończonego w połowie dzieła. Kiedy zwrócił mu uwagę, że obdarzanie błota świadomością to nie najlepszy pomysł, chłopiec, jak to miał w zwyczaju, zagroził planetarną katastrofą.
Kiedy więc Arthur gwałtownie usiadł w łóżku, wcale nie był pewien, czy Lucy nie maczał palców w tym zjawisku nadmiernego blasku. Nie żeby był do końca przekonany, że chłopiec istotnie mógłby doprowadzić do zderzenia Ziemi ze Słońcem, ale z drugiej strony urwis wydawał się naprawdę ogarnięty obsesją na punkcie człowieka z błota, który tymczasem zdążył się już zamienić w błotnistą kałużę.
Zerknąwszy na budzik przy łóżku, Arthur zrozumiał, że to nie koniec świata spowodowany przez Słońce, tylko coś znacznie gorszego.
Była sobota, ósma trzydzieści dwie rano, a w domu panowała kompletna cisza.
Ktoś, kto miał sześcioro dzieci rozmaitych kształtów i rozmiarów, obdarzonych najróżniejszymi magicznymi zdolnościami, doskonale wiedział, że poranne wylegiwanie się w łóżku to nic innego jak wymyślne marzenie. Dzieci – zwłaszcza te dzieci – za nic nie rozumiały pojęcia czasu. Nie dalej jak wczoraj o wpół do szóstej rano do ich sypialni wkroczył amorficzny zielony glut i radosnym, skrzekliwym głosem obwieścił, że udało mu się utoczyć atrament z nosa, choć do tej pory nie miał pojęcia, że coś takiego potrafi.
– Nie wsadziłem tam żadnego pióra ani jakiegoś tuszu! Dlaczego teraz cieknie ze mnie atrament? Rany, czy myślicie, że staję cię człowiekiem? A w ogóle, jak pozbyć się śladów atramentu z sufitu?
Zaowocowało to oczywiście dyskusją, w trakcie której uznano, że pojawienie się atramentu stanowi dowód wejścia w okres dojrzewania. To nie spotkało się z entuzjazmem ze strony glutowatego chłopca – przynajmniej do chwili, kiedy zaczął rozważać, jak będzie wyglądał z wąsami albo krzaczorami na piersi. Zanim Arthur zdołał zaprowadzić spokój, pojawiło się jeszcze troje dzieciaków, a nie wybiła nawet szósta.
W wieku czterdziestu kilku lat Arthur odkrył, że szósta rano nadchodzi znacznie szybciej niż kiedyś. Stawy skrzypiały i potrzaskiwały przy przeciąganiu się, jasne włosy (z pasemkami siwizny coraz większymi niemal z dnia na dzień) sterczały we wszystkie strony. W kręgosłupie coś pyknęło przyjemnie raz i drugi, kiedy poruszał palcami u stóp. Mętlik w głowie powoli się rozjaśniał, w miarę jak z Arthura opadały resztki snu.
Gdzie są dzieci?
Odwrócił się w stronę wypukłości na łóżku. Kołdra była podciągnięta tak wysoko, że spod niej wystawała tylko strzecha rzednących kasztanowych włosów. Dało się też słyszeć ciche pochrapywanie. Potrząsnął pagórkiem, zerkając na drzwi dzielące sypialnię od sąsiedniego niedużego pokoju. Stały otwarte. Lokator pokoju – niszczyciel słońc – znikł, zostawiając za sobą częściowo zasłane łóżko, dwie skarpetki (nie do pary) na podłodze oraz potrzaskane płyty na ścianach.
– Ooosochooozi? – wymamrotał pagórek. – Nie, babciu. Nie pomogę ci szukać ignamów.
– Linus! – Arthur ponownie szturchnął pagórek. – Obudź się! Coś się dzieje.
Omal nie spadł z łóżka, kiedy Linus Baker zerwał się na równe nogi i potoczył wokół dzikim wzrokiem. Piżama, którą miał na sobie, była nieprawdopodobnie wymięta.
– Kto tu? – zażądał wyjaśnień kategorycznym tonem. – Kto zwędził ignamy z piwnicy babci? – Zamrugał. – Nie mam pojęcia, dlaczego to powiedziałem. – Poklepał się po wydatnym brzuchu. – To chyba był sen. Tak kończy się objadanie ciastem przed pójściem do łóżka. – Opuścił rękę i zmarszczył brwi. – Arthurze, dlaczego tak na mnie patrzysz?
– Bo się tobą zachwycam – odparł Arthur zgodnie z prawdą.
Na twarzy Linusa wykwitł rumieniec.
– Och. Hm. No cóż, szczerze mówiąc, czasem sam sobą się zachwycam. Czy właśnie przez ten zachwyt mnie obudziłeś? Urocze, ale… Dlaczego słońce świeci tak jasno? Która godzina?
– Wpół do dziewiątej.
Linus wybałuszył oczy.
– Wpół do dziewiątej rano? Niemożliwe! Nigdy nie dały nam pospać tak długo. Rekord to szósta czterdzieści dwie, ale i tak został ustanowiony tylko dlatego, że nocowały wtedy u Zoe. Zresztą obudziły nas zaraz po powrocie. – Ruszył do drzwi; po drodze zgarnął z wieszaka dwa identyczne niebieskie szlafroki. – Co ty jeszcze robisz w łóżku, do licha? Musimy je znaleźć!
Arthur wstał i szybko podszedł do niego, ale zamiast odebrać swój szlafrok, ujął twarz Linusa w obie dłonie i mocno go pocałował – pal licho, że przed umyciem zębów. Oszołomiony Linus zamrugał powoli. Arthur miał nadzieję, że tak będzie już zawsze.
– Dlaczego? – wykrztusił wreszcie Linus.
– Dlatego że mogłem.
– Rozumiem. Mógłbyś jeszcze raz, gdybyś chciał.
– Mógłbym?
Arthur pochylił się do przodu, żeby to zrobić, lecz jego twarz została delikatnie odepchnięta.
– Mógłbyś – powtórzył Linus z naciskiem. – Ale możemy też wyjść i sprawdzić, dlaczego mogliśmy wylegiwać się tak długo. Słowo daję, jeśli znowu przyprowadziły z lasu jakiegoś zwierzaka, którego uznały za przyjaciela, to poważnie z nimi porozmawiam!
– Ostatni wcale nie był taki zły – zauważył Arthur, zakładając szlafrok.
Linus się skrzywił.
– Jaszczur wielkości Kaliope, który usiłował zeżreć moje kapcie.
– A ty odparłeś ten atak z właściwym sobie wdziękiem, wrzeszcząc wniebogłosy i wyzywając gadzinę od boa dusicieli.
– Nie wiem, kiedyś ubzdurałeś sobie, że jesteś zabawny. Owszem, jesteś, ale teraz nie pora na żarty. Pora spanikować.
– Może nic się nie stało, a my tylko zbyt nerwowo reagujemy – zasugerował Arthur bez większego przekonania.
Linus przewrócił oczami.
– Dobrze wiesz, że przy nich nie ma czegoś takiego jak zbyt nerwowa reakcja. Pamiętasz, raz Talia… Gdzie Kaliope?
Kaliope, zwana także złem wcielonym. Kot niepodobny do żadnego kota, jakiego Arthur kiedykolwiek poznał. Nie chodziło tylko o jej wielkość – wspaniałe puszyste futro znacznie ją powiększało – ani o umaszczenie, smoliście czarne z białym krawacikiem na piersi. Najbardziej wyróżniały ją jaskrawozielone oczy. Śledziła nimi wszystko, ponad wszelką wątpliwość planując w mig uśmiercić każdego, kogo uznał za istotę niegodną przebywania w jej towarzystwie. Choć Arthur zdawał sobie sprawę z tego, że ludzie przejawiają tendencję do antropomorfizowania swoich ulubieńców i przeceniania ich inteligencji („Jakiż on bystry! Szkoliłem go przez pół roku i sami zobaczcie, co potrafi!”), to z Kaliope było zupełnie inaczej. Gdyby nie wiedział, że to niemożliwe, byłby gotów przysiąc, że kotka rozumie każde ich słowo. Mimo to, zgodnie z zasadami własnego gatunku, nie dzieliła się z nikim swoją opinią i ignorowała wszystko dookoła.
Większość nocy spędzała zwinięta w kłębek w nogach łóżka i mruczała ostrzegawczo, gdy tylko któryś z nich drgnął. Teraz jednak jej miejsce było puste; zostało jedynie kilka czarnych włosów na kocyku, który Sal dla niej udziergał. Kiedy jej ten prezent ofiarował, Kaliope tak głośno dała wyraz swojemu zadowoleniu, że było ją słychać w całym domu.
– Na pewno jest z nimi – stwierdził Arthur. – A skoro tak, to nic im nie grozi. Nie pozwoliłaby, żeby któremuś z nich stała się krzywda.
– To prawda – przyznał Linus. – Współczuję każdemu, kto chciałby zadrzeć z nimi w jej obecności. Trochę głupio stracić oczy przez kota.
W długim holu panowała cisza. Wszystkie drzwi prowadzące do pokojów dzieci były otwarte, same pokoje zaś puste. U Sala, na biurku przy oknie, stała maszyna do pisania w dębowej skrzyneczce z monogramem, którą Arthur i Linus podarowali mu na święta. U Chaunceya pachniało odrobinę solą. Podłogę pokrywała warstwa ciepłej morskiej wody, dostarczonej ogrzewanymi rurami. W pokoju Phee z sufitu zwieszały się dziesiątki doniczek z roślinami, na ścianie zaś widniał mural przedstawiający las. Poszczególne fragmenty zostały wykonane z rozmaitą biegłością, jako że w tworzeniu uczestniczyły wszystkie dzieci. Drzewa Lucy’ego przypominały szkielety, z kolei te spod ręki Talii wyglądały jak kłębki zielonej waty cukrowej na brązowych patykach. Jeśli chodzi o gnomkę, to, o dziwo, w jej pokoju w ogóle nie było roślin; zamiast zielonych pnączy na ścianach wisiały korkowe tablice z imponującą kolekcją narzędzi ogrodniczych. Na koniec – choć z pewnością nie dlatego, że było to najmniej istotne miejsce – wspięli się po drabinie na poddasze, gdzie pewna wiwerna zbudowała jedno ze swoich licznych gniazd. Arthur wsadził głowę przez otwarty właz i rozejrzał się w półmroku: koce, ręczniki i cegła, w której Teodor kochał się od trzech tygodni, lecz ani śladu samego Teodora.
Arthur nie chciał ulegać panice, ale nagłe zniknięcie podopiecznych sprawiło, że wokół jego serca zaczęła się zaciskać lodowata obręcz. Co prawda, wiedział, że Zoe ostrzegłaby ich, gdy na wyspę próbował dostać się nieproszony gość, mimo to niepokój Arthura ani trochę się nie zmniejszył.
– I co? – zawołał Linus z dołu.
– Nic – odparł Arthur, po czym zaczął schodzić po drabinie.
– Gdzie mogły się podziać? Na pewno nie wybrałyby się nigdzie bez pozwolenia, więc wygląda na to, że…
Z parteru dobiegł głuchy łomot, a zaraz potem donośny trzask.
– Kuchnia! – wykrzyknęli Arthur i Linus równocześnie.
Już spokojniejsi podeszli do schodów. Wychyliwszy się za balustradę, ujrzeli Phee – siedziała na najniższym stopniu, z rudymi włosami związanymi w luźny kucyk i trzepoczącymi skrzydłami. Nimfa miała na sobie szorty i zielony podkoszulek, odsłaniający jasne ramiona pokryte piegami. Krótko po tym, jak skończyła dwanaście lat, dość gwałtownie urosła, zupełnie jak któreś z jej drzewek.
Przed nią stał Chauncey, zmiennokształtny zielony chłopiec. Zamiast ramion miał macki pokryte ssawkami. Ze szczytu głowy wyrastały mu cienkie, trzydziestocentymetrowe czułki zakończone gałkami ocznymi. Poruszały się z ekscytacją. Ubrany był w prochowiec spięty paskiem wokół tego, co równie dobrze mogło być jego talią, jak i klatką piersiową. Linus z Arthurem nie musieli długo czekać, żeby się dowiedzieć, co dzieciaki knują.
– Myślisz, że to usłyszeli? – spytał Chauncey głosem jak gruba mokra gąbka wyciskana do metalowego wiadra.
– Ciii!… – skarciła go Phee. – Nie tak głośno!
Czułki skurczyły się bardzo; szeroko otwarte, niemrugające oczy znalazły się teraz na czubku głowy.
– Myślicie, że to usłyszeli? – powtórzył szeptem.
– Wątpię – powiedziała Phee, szarpiąc za brzeg jego płaszcza. – Obaj chrapią, więc raczej nie.
Linus sapnął, Arthur zaś nawet nie próbował ukryć uśmiechu.
– Och… A czy ja chrapię? – spytał Chauncey.
– Jesteś chłopcem, więc pewnie tak. O co chodzi z tym płaszczem?
Wyprostował się dumnie.
– Wykonujemy tajną misję. Wszyscy wiedzą, że kiedy ktoś wykonuje tajną misję, musi się odpowiednio ubrać. – Postawił kołnierz. – Tajny agent Chauncey, do usług.
– Myślałam, że chcesz być chłopcem hotelowym.
– Jedno nie przeszkadza drugiemu. Mogę ocalić świat, a potem przynieść ci walizki. To się nazywa operacja pod przykryciem. Czytałem o tym w książce. – Oczy wykonały obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni. – Mogę powiedzieć ci coś, czego jeszcze nikomu nigdy nie mówiłem?
– Jasne. To co tam? Dobrze się czujesz?
Machnął macką.
– Tak, dobrze. Ha, nie tylko dobrze. Czuję się bajońsko…
Linus lekko szturchnął Arthura łokciem.
– Słyszałeś?! – wyszeptał podekscytowany. – Moje lekcje słownictwa zaczynają przynosić efekty!
– …co oznacza, że wszyscy patrzą na mnie z zachwytem i niedowierzaniem.
Phee się roześmiała.
– Co chciałeś mi powiedzieć?
– Ano właśnie. Czy zdarzyło ci się kiedyś, że idziesz przez las, widzisz na ziemi sosnową szyszkę, lecz w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby ci doradzić, że nie powinnaś jej jeść?
– Pewnie, że tak. Ale…
Chauncey odetchnął głęboko.
– Co za ulga! Mnie też się to zdarzyło! A już myślałem, że jestem jedyny. Od razu mi lżej.
– Czy… Czy ty zjadłeś tę szyszkę?
– Owszem – odparł Chauncey z dumą. – Zgadnij, jak smakowała.
– Nie mam najmniejszego pojęcia.
Oczy Chaunceya pochyliły się do przodu i zatrzymały zaledwie kilka centymetrów od twarzy Phee.
– Pamiętasz, jak Talia robiła ciasto pekanowe, ale okazało się, że nie mamy orzechów pekan? Wtedy użyła cukierków kukurydzianych i ciasto wyszło okropnie słodkie? Linus powiedział, że od tego popsują się nam zęby, ale i tak zjedliśmy ten wypiek, a potem nie spaliśmy przez trzy dni, bo wszyscy czuliśmy zapachy kolorów.
Phee zmarszczyła brwi.
– Tak właśnie smakowała szyszka?
– Nie. Po prostu lubię tę historię. Szyszka była paskudna i okropnie długo musiałem ją żuć.
Phee zakasłała, ale zabrzmiało to tak, jakby z trudem tłumiła śmiech.
– Zjadłeś ją? Całą?
Chauncey mrugnął najpierw lewym okiem, potem prawym.
– Tak, bo co?
– Żeńskie szyszki sosnowe zawierają jadalne nasiona zwane pignoli albo orzeszkami piniowymi – wyjaśniła. – Są trochę słodkie, a trochę orzechowe. We Włoszech robi się z nich ciastka.
Skóra Chaunceya pociemniała, przybierając barwę ciemnych sosnowych igieł.
– Czyli że co? Zjadłem dziewczynkę?! O nie! – Uniósł macki i odchylił głowę. – Nie chciałem! Upadłem na nią, a ona… A ona po prostu wśliznęła mi się do ust!
– O rany! – jęknął Linus. – Ani słowa, Parnassus. Ani słowa!
– Nie, nie, nie – zaprzeczyła z zapałem Phee. – Są rośliny męskie i są żeńskie, ale nie w taki sposób jak ty albo ja. Też są żywe, choć inaczej. Wiele roślin to hermafrodyty, czyli są równocześnie męskie i żeńskie. Na przykład róże i lilie. Kiedy mówię o żeńskich, po prostu mam na myśli te, z których bierze się nasiona.
Chauncey zamrugał.
– Aha, rozumiem. Czyli jedzenie szyszek to nie to samo, co jedzenie ludzi?
– Zgadza się.
– Dzięki Bogu. – Odwrócił wzrok, skóra mu pojaśniała. – I tak już wystarczająco się mnie boją.
– Co on opowiada? – mruknął Linus, po czym ruszył ku schodom.
Arthur delikatnie chwycił go za nadgarstek i zatrzymał, kręcąc przy tym głową. Usta Linusa wykrzywiły się nieprzyjemnie.
– Nie pozwolę, żeby Chauncey myślał, że…
– Wiem, ale dajmy Phee szansę – wyszeptał Arthur.
Nimfa szarpnęła za skraj płaszcza i przyciągnęła Chaunceya do siebie. Chłopiec objął ją mackami i położył oczy na jej głowie.
– Coś się stało? – spytała Phee.
Zmiennokształtny chłopiec westchnął.
– Może.
– Chcesz o tym pogadać?
– Może.
Pogłaskała go po plecach.
– Nie musimy rozmawiać teraz, zwłaszcza jeśli nie jesteś gotowy.
– To głupie… – wymamrotał. – Weszła kobieta. Miała siedem walizek. Pan Swanson… – miejscowy chłopiec hotelowy, jego bohater – był akurat zajęty, więc postanowiłem jej pomóc.
– Cały ty.
– Zaproponowałem, że wezmę walizki. Wtedy zaczęła krzyczeć, że jakiś ślimak morski chce ją okraść.
– Ślimak morski? No błagam. Powinna się cieszyć.
– Prawda? – Chauncey uwolnił ją z objęć. – Przyszedł pan Swanson. Myślałem, że weźmie jej bagaż, ale wiesz, co zrobił?
– Co?
– Powiedział, że tacy jak ona nie są mile widziani w naszym porządnym hotelu, a potem wyrzucił ją na ulicę!
– O rety! – Ton głosu Phee świadczył o tym, że była pod równie dużym wrażeniem, jak Arthur. – Założę się, że nieźle się wkurzyła.
– Myślałem, że wybuchnie. Potem pan Swanson oznajmił, że już pora na lunch, i jedliśmy kanapki, a on opowiadał mi o wszystkich chłopcach hotelowych, których poznał.
– Ale…
– Ale ja tego nie rozumiem – podjął Chauncey. – Przecież chciałem tylko pomóc. Nic nie poradzę na to, jak wyglądam. To nie moja wina, że jestem…
– Przystojny jak diabli?
Wybałuszył na nią oczy.
– Co takiego?
– Jesteś przystojny. Więcej: jedyny w swoim rodzaju. Nigdy nie spotkałam kogoś takiego. A twoje oczy? Pff, nikt takich nie ma. Myślisz, że ktoś z nas tak doskonale wyglądałby w prochowcu? Pamiętasz, ile było śmiechu, kiedy przymierzyłam twoją czapeczkę? Ale kiedy ty ją zakładasz, to mnie aż korci, żeby szybko spakować walizkę tylko po to, byś mógł mi ją ponieść, chociaż nigdzie się nie wybieram.
– Jestem niezły w noszeniu walizek.
– No ba! Nie obiecam ci, że coś takiego już nigdy się nie wydarzy, ale musisz tylko pamiętać, że to świadczy o nich, nie o tobie.
– Nie jestem potworem – powiedział Chauncey.
– Nie jesteś – potwierdziła Phee. – Jesteś Chauncey. Najlepszy Chauncey, jakiego znam.
– Przystojny jak diabli.
– Oczywiście.
– I mogę objadać się szyszkami, bo to nie są ludzie.
– Owszem, choć nie jestem pewna, czy będziesz z tego zadowolony, robiąc kupę.
– Zawsze mi się fajnie robi kupę, więc bez obaw!
Kolejny łomot z kuchni, potem soczysta wiązanka z ust małego diabła, który z pewnością nie poznał tych słów w tym domu:
– A niech to, na butwiejące jądra starego osła!
– Za mną! – Arthur pociągnął Linusa za rękę. Zatrzymali się w połowie holu przed drzwiami pokoju Sala. Arthur mrugnął porozumiewawczo, po czym przeciągnął się, ziewając rozdzierająco.
– No, no! – powiedział dość głośno, żeby było go słychać nawet na parterze. – Ależ się wyspałem! Ty też, Linusie?
– Jak najbardziej! – niemal odkrzyknął Linus. – Jestem tak pochłonięty tym, jak dane mi było wypocząć, że w ogóle mnie nie obchodzi, co się stało w kuchni!
– Alarm! – wydarł się Chauncey. Obaj mężczyźni z trudem stłumili śmiech. – Wszyscy na stanowiska! Kurczaki wyszły z kurnika!
Kolejny łomot garnków, a następnie głos Lucy’ego:
– Jeszcze niegotowe! Udusić kurczaki!
Kiedy Arthur i Linus stanęli u szczytu schodów, Phee i Chauncey czekali na nich z niewinnymi uśmiechami na twarzach.
– Dzień dobry – powiedział Arthur pogodnym tonem. Zaczęli schodzić po stopniach. – Dobrze spaliście?
– Doskonale! – zaszczebiotał Chauncey. – A co najważniejsze, nie robimy niczego niewłaściwego!
– Przynajmniej na razie – mruknął Linus.
Obaj mocno wyściskali Phee i Chaunceya. Dzieciaki odwzajemniły się z zapałem. Następnie Linus zerknął na Arthura i powiedział:
– Ciekawa sprawa, dziś rano zupełnie straciliśmy poczucie czasu. Wiecie coś może na ten temat?
Phee zatrzepotała powiekami.
– My?
– Nie mamy bladego pojęcia, o czym mówicie – zapewnił Chauncey.
– Hmm… – mruknął Arthur. – W takim razie nie pozostaje nam chyba nic innego, jak zacząć przygotowywać śniadanie. Linusie, może sprawdzisz, gdzie są pozostałe dzieci, a ja w tym czasie pójdę do kuchni i…
Phee i Chauncey jak na komendę rzucili się do drzwi kuchennych i zatarasowali dostęp.
– Nie możesz – stwierdziła Phee. – Tam jest… zajęte.
Za okrągłymi okienkami w dwuskrzydłowych drzwiach mignął kształt pokryty gadzimi łuskami. Trzymał w szponach coś, co przypominało miotłę. Zaraz potem w jednym okienku pojawiła się urocza twarz, w ułamku sekundy odmalowało się na niej przerażenie, po czym znikła.
– Jak to: są za drzwiami? – usłyszeli głos Lucy’ego.
– Chyba wpadliśmy w kłopoty. – To głos Talii. – Jak udało ci się rozsmarować ciasto na suficie?
– To wcale nie było takie trudne – odparł Lucy.
– O rety! – wykrzyknął Chauncey. – Właśnie sobie przypomniałem, że muszę porozmawiać z Linusem i Arthurem o różnych rzeczach. I sprawach.
Linus splótł ramiona.
– Wymień chociaż dwie.
– Ziemniaki i Portugalia – odparł Chauncey bez zastanowienia.
– Co z nimi? – zapytał Arthur.
– Nie mam pojęcia – przyznał Chauncey i cały oklapł. – Wybacz, Phee. Robiłem, co mogłem.
– Nie wątpię. No cóż, skoro zostaliśmy zdemaskowani, to równie dobrze możemy przestać udawać. – Spojrzała hardo na Arthura i Linusa. – Razem to wymyśliliśmy, więc jeśli zdecydujecie dać szlaban, to wszystkim!
– Zanosi się na coś poważnego – powiedział Arthur grobowym tonem.
– I co najmniej niepokojącego – dodał Linus.
– Zaczekajcie tu, proszę.
Phee chwyciła Chaunceya za mackę i pociągnęła chłopca do kuchni. Choć starała się ze wszystkich sił zasłonić sobą widok, Arthur i Linus zdążyli zobaczyć co nieco przez szparę.
– Co to było na ścianach? – spytał Linus, kiedy drzwi się zamknęły.
– Wyglądało na ketchup – odparł Arthur. – Czyż to nie urocze?
– Zdaje się, że ty i ja zupełnie inaczej rozumiemy to słowo.
– Może więc powinieneś zacząć zaglądać na moje lekcje słownictwa?
Z kuchni dobiegały przytłumione głosy, choć biorąc pod uwagę, że należały do sześciorga dzieci, które były tym, kim były, określenie „przytłumione” nabierało specyficznego znaczenia.
– Oni wiedzą! – wykrzyknął szeptem Chauncey. – Stoją tuż za drzwiami i wszystko wiedzą! Jesteśmy zgubieni!
– Lucy, co ty, do licha, zrobiłeś z blatami? – zainteresowała się Phee.
– Miałem problem z rozbijaniem jajek. Potem pojawiła się Kaliope i teraz mamy podłogę w kocie łapki.
– Sufit też – zauważył Chauncey.
– Bo omyłkowo odwróciłem grawitację, kiedy dodawałem masło.
– To ma sens. – Chauncey pacnął się macką w czoło. – Ludziom na pewno wciąż się przydarzają takie hece. Gotowanie to poważna sprawa.
Rozległo się głośne ćwierknięcie.
– Teodor ma rację – powiedział Sal. – Powinniśmy wziąć odpowiedzialność za bałagan, którego narobiliśmy.
– Nie narobiłeś żadnego bałaganu – odparła Talia. – To robota Lucy’ego. I moja, bo to nie w porządku, żeby sam rozbijał wszystkie jajka.
– Dałem ci jedno, a ty rzuciłaś nim o ścianę!
– Nieprawda – upierał się Sal. – Razem nawywijaliśmy.
– Zgadzam się – zawtórował mu Chauncey. – Kto jest za tym, żebyśmy wszyscy dostali szlaban? Dlaczego nikt nie podnosi macki?
Teodor kliknął gdzieś w gardle dwa razy, a następnie warknął. Dzieci wybuchnęły śmiechem.
– No, Linus właśnie tak by zrobił – powiedziała Phee. – Założę się, że byłby przy tym czerwony jak burak.
– Wcale nie! – mruknął Linus z oburzeniem.
– Masz zaczerwienioną twarz, Linusie – wyszeptał Arthur. – Czy aby na pewno dobrze się czujesz?
– To przez ciebie robią sobie z tego żarty!
– Phee, odwróć ich uwagę do chwili, aż będziemy gotowi – zarządził Sal. – Reszta do sprzątania! Im szybciej weźmiemy się do roboty, tym szybciej skończymy.
Phee wyskoczyła na zewnątrz i uśmiechnęła się szeroko.
– Hej! – rzuciła jakby nigdy nic. – Wielkie dzięki za cierpliwość. Bardzo to doceniamy.
– Wspaniale – odparł Arthur. – Czy możemy wejść do kuchni? Teraz, w tej chwili?
Nimfa zerknęła przez ramię.
– Eee… Raczej niekoniecznie. Och, Linusie, właśnie sobie przypomniałam! Chciałam cię spytać o coś bardzo, bardzo ważnego. Co najmniej od minuty o niczym innym nie myślę.
– Czekamy z zapartym tchem – wycedził Arthur.
– Świetnie. Doskonale. Hmm. – Skrzywiła się, kiedy zza drzwi dobiegł potężny łoskot. – Chodzi o wasze organy! – wykrzyknęła, zanim Arthur zdołał skomentować niepokojący odgłos.
– Znowu? – jęknął Linus. – Ile razy mam powtarzać, że bez względu na to, co mówi Talia, nie podpiszę klauzuli „Nie reanimować” ani nie przekażę jej swoich płuc, nerek i wątroby? Nie mam pojęcia, skąd wzięła pomysł, że moje organy przydadzą się jej różom, ale powtarzam po raz kolejny: nie przydadzą się!
– To właśnie jej powiedziałam – stwierdziła Phee z zadowoleniem. – A potem przypomniałam, że to i tak kwestia czasu, więc można uznać sytuację za obopólne zwycięstwo.
– Słyszeliśmy twoją rozmowę z Chaunceyem – powiedział Arthur półgłosem.
Phee niepewnie przestąpiła z nogi na nogę. Ze wszystkich dzieci to właśnie ona stanowiła największą zagadkę. Kochała rodzeństwo i bezgranicznie je wspierała. Arthur wiedział, że jest dobra, empatyczna i bardziej niż odrobinę drażliwa. Równocześnie miała problem z przyjmowaniem pochwał i nie lubiła znajdować się w centrum uwagi. Bez wątpienia była trudna w obsłudze; wystarczyło odrobinę przedobrzyć, żeby zamknęła się w sobie, zbyła sprawę milczeniem albo szybko zmieniła temat. Starał się mówić jej przynajmniej raz dziennie, jak bardzo jest z niej dumny.
Wzruszyła ramionami, unikając jego wzroku.
– To nic takiego. Chauncey chciał z kimś pogadać, a ja akurat byłam pod ręką. Każdy zrobiłby to samo na moim miejscu.
– Być może, jednak Chauncey nie przyszedł z tym do mnie ani do Linusa, ani do nikogo innego. Przyszedł do ciebie, Phee. Dzieli się z tobą nie tylko swoimi radościami, ale również troskami.
– Nie powinien mieć żadnych trosk – odparła. – Myślałam, że wszystko lepiej się ułoży. Tak mówiliście. Przepraszam – dorzuciła szybko. – To nie w porządku wobec was.
– Nie przepraszaj. Rzeczywiście tak mówiliśmy. Naprawdę chciałbym mieć dla ciebie lepszą odpowiedź niż taką, że potrzeba więcej czasu. – Ujął jej dłoń w swoje dłonie. – Przykro mi, Phee.
Podniosła wzrok na Linusa. Arthura uderzyło to, jak łagodne miała spojrzenie. W jej nieprzeniknionym pancerzu pojawiło się pęknięcie. Od czasu do czasu na mgnienie oka pokazywała swoją dziewczęcą naturę. Arthur cenił te chwile tak samo jak Teodor swoje guziki.
– Dziękuję, Linus. Jesteś spoko.
Uścisnął jej dłoń.
– Dla ciebie wszystko. A teraz wejdziemy do kuchni czy wolisz…
Przerwał mu podekscytowany głos Lucy’ego:
– Potrafisz zionąć ogniem? Do licha, Teodorze! Spalmy to wszystko!
– Myślę, że właśnie teraz powinniśmy zainterweniować – powiedział Arthur.
– Takie są skutki długiego spania – wymamrotał Linus. – Wydaje ci się, że trochę wypocząłeś, a za chwilę ktoś zaczyna zionąć ogniem.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji
1 Emma Lazarus, Nowy Kolos Rodyjski, przeł. Wiktor J. Darasz [przyp. tłum.]. [wróć]
