Gdzie drwa rąbią... - Joanna Wawrowska - ebook

Gdzie drwa rąbią... ebook

Joanna Wawrowska

5,0

Opis

Im dalej w las - tym więcej drzew...

Alicja przekonała się o tym, wchodząc do miejsca, w którym cień obiecywał ukojenie po przeżytym smutku, gdzie szum drzew przypominał szept zmarłych.

Gdy bajka, w której żyła dotychczas dobiegła końca, Alicja niespodziewanie sama stała się bohaterką czyjejś opowieści, jednak tym razem w fabułę uwikłani zostali nie tylko nieznajomy mężczyzna, tajemniczy autor i nieżyjący mąż, ale też las kryjący w sobie mrok.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 232

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (3 oceny)
3
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Joanna Wawrowska

 

 

 

 

 

Gdzie drwa rąbią...

 

 

Mojej Mamie

 

 

 

 

Drwal

 

Spojrzała w górę ponad korony drzew. Słońce świeciło, niebo było prawie bezchmurne. To jednak nie śpiew ptaków, nie rozkwitające na krzakach pąki czy kwiaty tu i ówdzie przebijające się spośród szarości zwiastowały nadejście wiosny. To drzewa mówiły jej, że nadszedł już czas przebudzenia. Każdy trzask, każde pęknięcie zaspanej kory, każde przebicie się życiodajnych soków z korzenia ku koronie, przynaglało las do przebudzenia. A kiedy ona wybudzi się ze swego snu? Kiedy zakończy się jej zima? Kolejny rok w jej sercu panował chłód, a wiosna nie miała dostępu do jej duszy.

Zeszła ze ścieżki, aby przytulić się do wysokiej brzozy. Smukłe drzewo o białej korze przypominało strzelistą wieżę wznoszącą się ku niebu, ku chwale stworzenia i jego Stwórcy. Poczuła pod palcami lepką substancję. Zranione drzewo puszczało swe życiodajne soki. Czy przetrwa ten uraz, czy też w ranę wda się śmiercionośna infekcja, która rokrocznie będzie je osłabiać, aby w końcu doprowadzić je do upadku?

Alicja rozejrzała się dokoła. Jedne drzewa wybudzały się z zimowego snu, inne nadal trwały w stanie hibernacji, oczekując lepszych dni. Niepewne jutra, podejrzliwe wobec zmiennej aury, czujne w stosunku do nadchodzących przymrozków wolały bezpiecznie przeczekać pierwsze powiewy ciepła, wolały zamknąć się w sobie, niż dać się uwieść ciepłu ogrzewających je słonecznych promieni. Czekały swego czasu.

Kobieta wzięła głęboki wdech. Zapach ściółki mieszał się z wonią wilgotnej gleby. Ptaki rozświergotały się na dobre, przestrzeń wypełniła się ich wibrującymi trelami radości. Ala usłyszała uporczywe, nieustępliwe stukanie dzięcioła oraz trzask gałązek. Ponownie spojrzała w górę, by dostrzec przeskakującą z gałęzi na gałąź wiewiórkę.

Czas przeznaczony na delektowanie się gmatwaniną bodźców i doznań, jak i całą tę ptasią kakofonię przerwał niepokojący hałas silnika. Jakiś pojazd wdarł się do lasu. Odpychający warkot zbliżał się w jej stronę. Zaniepokojona zawołała psa, ale Hern odbiegł zapewne zbyt daleko, by posłusznie stawić się na jej wezwanie. Na końcu ścieżki zamajaczył czarny punkt. Obiekt zbliżał się coraz szybciej. Gdy Ala była już zaledwie kilkanaście metrów od nadjeżdżającego motoru, kierowca zatrzymał się, jakby zdziwiony jej widokiem. Czarny kask chronił nie tylko głowę, ale i tożsamość motocyklisty.

- W lesie panuje zakaz jazdy pojazdami! – wykrzyknęła buńczucznie spacerowiczka. Kierowca w odpowiedzi przegazował silnik. Przyglądał jej się zza ciemnej szybki przesłaniającej jego twarz. W tym momencie Alicja poczuła ciarki na plecach. Jednocześnie zaczęło jej się robić gorąco. Nie oddaliła się znacznie od osiedla, ale o tej porze nie mogła raczej liczyć na czyjąkolwiek pomoc w tej części lasu. Wszyscy byli w pracy, więc jeśli nieznajomy ją zaatakuje, będzie musiała bronić się sama. Ubrany na czarno człowiek nadal milczał. Nie wykonał na szczęście żadnego ruchu w jej stronę. Zanim zaczęła się poważnie zastanawiać, czy nie ruszyć biegiem w kierunku domu, nadeszło nieoczekiwane wsparcie. Szczekanie potężnego wilczura zwróciło także uwagę nieznajomego. Pies biegł radośnie ku niej. Mężczyzna zjechał na przeciwległą stronę ścieżki, minąwszy ją chwilę przed tym, zanim Hern stanął przy jej nodze. Pies zaczął groźnie warczeć w stronę motocyklisty. Ala pogłaskała czworonoga, po czym wzięła go na smycz. Miała już dość spaceru. Czas było wracać.

*

Dźwięk napastliwego dzwonka przynaglał ją, aby wreszcie odebrała telefon. Przekroczywszy próg domu, rzuciła klucze i zaczęła pospiesznie szukać w zaśmieconej kieszeni komórki.

- Dzień dobry Zbyszku! Przepraszam, nie mogłam odebrać.

- Cześć Alu, nie szkodzi, cieszę się, że cię słyszę. Jak się czujesz? Wszystko w porządku?

- Tak, pewnie. Wróciłam właśnie ze spaceru. Wyobraź sobie, że spotkałam jakiegoś kretyna, tratującego las na krosowym motorze.

- O, zwrócę na to uwagę. Może to jednorazowy wybryk jakiegoś amatora jednośladów.

- Jak go następnym razem spotkam, powiem mu, że rower też ma dwa koła, a nie wywołuje w lesie tyle hałasu.

Usłyszała przyjemny rechot, którego zawsze lubiła słuchać. Śmiech Zbyszka zwykle wzbudzał w towarzyszach miłe uczucia a do tego był bardzo zaraźliwy.

- Jak ty mu coś powiesz, to na pewno w pięty mu pójdzie! – podpuszczał ją rozmówca. – Słuchaj Alu, ja dzwonię właściwie ze sprawą do ciebie. Pamiętasz, kiedyś pytałem cię o dokumentację Stefana.

Ala próbowała sobie przypomnieć ową rozmowę.

- Tak, faktycznie. Przepraszam, ale zupełnie mi to wyleciało z głowy.

- Nie szkodzi. Gdybyś mogła jednak jeszcze raz spojrzeć w te papiery, byłbym wdzięczny.

- A czego konkretnie mam szukać?

- Przede wszystkim faktur za drewno, a także umów z dostawcami. Nie musisz tego analizować, cokolwiek znajdziesz, będę wdzięczny. Jeżeli ci się uda, najlepiej byłoby, gdybyś z tym do mnie podjechała lub daj znać, to ja po drodze do pracy zajrzę do ciebie i przejrzę te papiery. Nie chcę cię jeszcze bardziej kłopotać, a poza tym ciężko mi wytłumaczyć, czego dokładnie potrzebuję.  

- Dobrze Zbyszku, obiecuję, że tym razem nie zapomnę, ale kiedy porządkowałam dokumenty Stefcia, to naprawdę niczego ciekawego tam nie znalazłam. Większość papierów i kwitów trzymał w biurze w leśniczówce. Ale sprawdzę jeszcze raz.

- Będę ci bardzo wdzięczny. Wkrótce mamy kontrolę zewnętrzną a wiesz, jak to jest – papier musi się zgadzać.

- Jasne, rozumiem to. Jeśli tylko będę mogła pomóc, odezwę się. Do usłyszenia.

- Trzymaj się kobietko! Do zobaczenia.

Odłożyła słuchawkę i pospiesznie zaczęła przygotowywać posiłek dla Herna. Po takich spacerach musiała zadbać o jego bilans kaloryczny, gdyż czasem obawiała się, że jeśli go nie nakarmi do syta, pies sam upoluje sobie przekąskę – w ogródku któregoś sąsiada. Dziś zwierzak tym bardziej zasłużył na nagrodę. Kto wie, jak skończyłoby się spotkanie z czarnym motocyklistą. Czy nieznajomy skrzywdziłby ją? Może nie, może stał tak, bo sam był zaskoczony czyjąś obecnością w lesie i bał się konsekwencji jazdy po niedozwolonym terenie? A może miał na sumieniu coś więcej niż nielegalną przejażdżkę? Może był myśliwym? Nie, przypomniała sobie, że nie dostrzegła przy nim dodatkowego ekwipunku, chociaż mężczyzna mógł mieć plecak, którego nie zauważyła. Cóż, na szczęście nic złego się nie stało, a ona ma nauczkę na przyszłość. Czuła się w tym lesie jak u siebie w domu i najwyraźniej zapomniała, że nie jest w nim tak bezpiecznie jak w domu. Poza tym, także do mieszkań zdarzają się włamania, chociażby to, którego doświadczyła cztery lata temu. Przypomniała sobie zastany wówczas rozgardiasz oraz przerażające uczucie zagrożenia towarzyszące jej później nawet w czterech ścianach swojej twierdzy.

Z nieprzyjemnych wspomnień wyrwał ją kolejny dzwonek. Uczucie lęku wywołane wspomnieniami sprzed lat oraz przeżyciami dzisiejszego poranka nie zdołało się jeszcze rozwiać, więc z pewnym niepokojem podeszła do drzwi. Za progiem czekała umundurowana kobieta.

- O, witaj Aniu. Co cię do mnie sprowadza?

Pani oficer odwzajemniła jej uśmiech.

- Przejeżdżałam nieopodal i pomyślałam, że wstąpię na chwilę.

- Jesteś po służbie?

- W zasadzie nie, ale chciałam ci coś powiedzieć, a zwykle nie bardzo mamy czas, aby się spotkać.

Ankę znała od kilku lat, ale dopiero po wypadku Stefana kobiety zaprzyjaźniły się. To właśnie Ania przyjechała do niej by poinformować ją o tragedii i to ona znalazła się w grupie, która tamtego dnia przyjęła zgłoszenie z lasu. Początkowo rzeczowe spotkania w celu zebrania wywiadów oraz ustalenia różnych faktów z czasem przerodziły się w pogaduchy pełne wsparcia, aż wreszcie bardzo dobrą znajomość.

Anka rozsiadła się na kanapie, na której kobiety plotkowały podczas tylu wspólnie spędzonych wieczorów.

- Zrobić ci kawę?

- Nie, dziękuję. Wpadłam tylko na chwilę. Nie chciałam rozmawiać z tobą przez telefon, a uznałam, że warto, abyś o czymś wiedziała.

Ala spojrzała na koleżankę z udawanym niepokojem.

- Chcesz mi postawić jakiś zarzut?

- Tak, jasne, znasz mnie. W wolnych chwilach roznoszę znajomym mandaty i upomnienia. W zasadzie nie musisz się niepokoić, ale chciałam cię uprzedzić. Wracają do sprawy Stefana.

Zaczepny uśmiech znikł z twarzy Ali.

- Jak to? Dlaczego? Pojawiły się jakieś nowe dowody w sprawie?

- Nie wiem, ale ma to związek ze zdarzeniem z przed trzech miesięcy, na pewno o tym słyszałaś, z utonięciem tego pracownika leśnego na mokradłach.

- A co te dwie sprawy mają ze sobą wspólnego? Podobno był nietrzeźwy.

- Tak naprawdę to nie mam pojęcia. Może chodzi o jakieś zaniedbania podczas organizacji pracy, a może o coś innego? Nie wiem. Takie słuchy do mnie doszły i pomyślałam, że uprzedzę cię na wypadek, gdyby znowu zechciano z tobą przeprowadzić kolejną rozmowę odnośnie wydarzeń sprzed kilku lat. Nic nie wiem, tylko uprzedzam, abyś się mogła psychicznie przygotować.

- Dziękuję, bardzo dobrze zrobiłaś. Faktycznie, spadłoby to na mnie, jak młot na czarownice.

- Chyba jak grom z jasnego nieba – roześmiała się policjantka.

- Coś by tam w każdym razie na mnie spadło – spróbowała się uśmiechnąć Ala. – Sądzisz, że mogą pojawić się nowe okoliczności wypadku? Stefana oczywiście, nie tego topielca. Chcą komuś postawić zarzuty błędu w sztuce czy jak?

- Ala, ja nic nie wiem. Przypuszczam jednak, że skoro wracają do sprawy, to cię odwiedzą.

- Kto, kryminalni?

- Zobaczymy. Na razie się tym nie martw. Wszystko w porządku? – zapytała niepewnie.

Ala skinęła głową. Otwierając Ani drzwi, usłyszała warkot silnika. Na drodze, dwa szeregi działek poniżej jej domu, sunął krosowy motor.

- Spotkałam dzisiaj tego gościa w lesie – Ala wskazała na czarnego kierowcę. Nieutwardzona droga, którą przemierzał, wyłaniała się z lasu, prowadziła z jednej strony przy rzędzie domków jednorodzinnych, a z drugiej przy polu. Motor znikł właśnie wśród drzew zasłaniających odcinek drogi prowadzącej w górę ku zamkowemu wzgórzu.

- W lesie? No no, jakiś sportowiec nam się tu trafił? Jadę zaraz do wsi, więc rozejrzę się, czy nie zaparkuje gdzieś swojego rumaka. Trzymaj się!

Ala kiwnęła na odchodne koleżance, spoglądając jeszcze raz na drogę, po której przed chwilą jechał motor. Dom, w którym mieszkała znajdował się na kameralnym osiedlu położonym w niewielkiej dolince między wzgórzami a polem. Wzgórze rozciągające się od północy porastał las, natomiast spośród drzew obrastających drugi pagórek wyłaniał się ceglany budynek – dawniej niewielki dom zakonny, dziś kaplica i hotel prowadzony przez księdza-dyrektora. Miejsce to nazywane było przez mieszkańców wsi i okolic Zamkiem. Kiedy wybudowali ze Stefanem w tym miejscu swoje własne cztery kąty, prawie osiem lat temu, nie mieli sąsiadów. Dzisiaj domek Ali był narożny, położony tuż przy lesie i od niego rozchodziły się dwa prostopadłe do siebie rzędy innych budynków. Na osiedlu znajdowały się też inwestycje deweloperskie. Odkąd mieszkała sama, obecność sąsiadów już jej nie drażniła, ale dawniej nie zawsze tak było. Większość jej okien rozpościerała się na las, dlatego cieszyła się z sąsiedztwa, szczególnie nocą. Kwestie bezpieczeństwa przeważyły nad względami estetycznymi.

Zamiast podejrzanego motoru Alicja dostrzegła teraz zjeżdżający z zamkowego wzgórza samochód sąsiada. Dariusz zajechał na podjazd sąsiadującego z nią najbliżej budynku. Uśmiechnął się do niej szeroko.

- Cześć Ala! – mężczyzna zatrzasnął drzwiczki i skierował się w stronę płotu. Hern zamachał radośnie ogonem, biegnąc powitać znajomego mężczyznę.

- Witaj Darku. Wyrzucali dzisiaj z pracy?

Darek przewrócił oczami.

- Tak dobrze to nie ma. W piątki mam ten lepszy dzień tygodnia. Co słychać? Wybierasz się może na dzisiejszą zabawę z okazji dnia wiosny?

- Tak, biorę nawet udział w jej organizacji razem z kołem gospodyń wiejskich.

- Faktycznie. Co dobrego upichciłyście?

Ala opowiedziała o wszystkich smakołykach, jakie przygotowały na dzisiejszą lokalną imprezę. Prócz możliwości kupna na jarmarku potraw i rękodzieła planowano zorganizować podczas festynu palenie Marzanny oraz wystawę prac dzieci ze szkoły podstawowej w Zamku Biskupim.

- Z tego powodu wzięłam dzisiaj dzień wolny od pracy. Za chwilę jadę do Domu Kultury, aby wszystko przygotować. Dziewczyny pewnie już tam są.

- W takim razie powodzenia i do zobaczenia! Spróbuję na pewno twoich wiktuałów.

Ala skierowała się w stronę domu. Hern, rozczarowany brakiem atencji ze strony Darka, podreptał za nią. Pies zwykle radośnie reagował na spotkania z sąsiadem, bowiem mężczyzna bawił się z nim agresywniej niż Ala. Szarpali się, gonili, wydając podczas tych dzikich harców mnóstwo hałasu. Widocznie zwierzakowi także brakowało męskiego towarzystwa.

Dariusz mieszkał tu od pięciu lat. Początkowo wynajmował dom razem ze swoją partnerką Martą od znajomego dewelopera, ale po dwóch latach pobytu w Zamku Biskupim odkupił zamieszkiwane przez siebie lokum. Blisko stąd bowiem było do większego miasta, zaś panujący dokoła spokój wsi skłoniły mężczyznę do podjęcia takiej decyzji. Zdawało się też, że będzie to dobry pomysł w dalszej perspektywie, gdyby para zechciała założyć rodzinę. Ostatecznie od roku Darek mieszkał sam. Przystojny, dobrze wykształcony, robiący karierę na uczelni, od jakiegoś czasu samotny, budził zainteresowanie okolicznych panien.

Już parę osób zwracało Ali uwagę na atencję, jaką darzył ją przystojny sąsiad, jednak Ala nie umiała jej odwzajemnić. Dla niej było jeszcze za wcześnie na to, aby przekreślić swoje dotychczasowe życie i zacząć je na nowo, tak jakby Stefana nigdy nie było.

Skierowała się w stronę gabinetu. Z wahaniem otworzyła szafkę, w której pozostały robocze dokumenty męża – sprawozdania, raporty, jakieś wyliczenia. Jeszcze raz zaczęła je przeglądać, bez większej nadziei na znalezienie w nich kwitów czy czegoś ważnego, co mogłoby się okazać przydatne Zbyszkowi. Będzie musiała go rozczarować kolejny raz, bowiem już kiedyś bezskutecznie przeszukiwała notatki męża. Zbyszek Kuczarski, nadinspektor leśnictwa w Zamku Biskupim oraz były szef Stefana, był sympatycznym człowiekiem, choć wymagającym dyscypliny przełożonym. Dawniej często widywali się, gdy Ala odwiedzała Stefka w terenie, ale także po pracy podczas spotkań przy grillu i okazjonalnych imprez. Stefan miał dobre relacje z kolegami z pracy, stanowili zgrany zespół. Wszyscy okazali jej wiele wsparcia po tragedii. Tym bardziej bolała nad tym, że teraz nie będzie mogła przyczynić się do udanego audytu znajomych.

Alicja zamknęła szufladę i uchyliła szafkę. Ze szczeliny wypadło parę zdjęć.

Na pierwszym z nich Stefan trzymał Alę na barana. Roześmiani patrzyli prosto w obiektyw, pozując na tle zielonego drzewa. Na dwóch kolejnych Stefan nadzorował wycinkę jakiegoś leśnego terenu. Alicja nie pamiętała, kiedy zrobiła mu te zdjęcia, ale czasem udawało jej się zaskoczyć męża przy pracy. Lubiła niepozowane ujęcia, bo wówczas mogła spojrzeć na kochanego człowieka w taki sposób, w jaki postrzegali go inni. Zastając go podczas wykonywania obowiązków, dostrzegała w nim profesjonalistę oraz pasjonata realizującego się w swoim powołaniu. A jakie było jej powołanie? Kiedyś myślała, że to świat fiolek, tajemnych mikstur i proszków, lecz wszystko to okazało się nieistotne, gdy rozpoczęła wspólne życie ze Stefanem w tym właśnie miejscu. Przestało wówczas być dla niej ważne, czym się zajmuje, co robi na co dzień. Liczyły się tylko te chwile, które spędzali razem, zatracając się we wzajemnych uczuciach. Codzienność przypominająca sen z bajki, nie mogła przecież trwać wiecznie. Szkoda, że wtedy o tym nie wiedziała.

*

Dookoła było gwarno, duszno i wesoło. Kolorowe ozdoby, głównie żółte, zielone, fioletowe kwiaty czy łańcuchy, rozweselały sale i korytarze Domu Kultury. Mieszkańcy okolicznych wsi tłumnie zebrali się, aby wspólnie powitać wiosnę. Dzieci, piszcząc, biegały po korytarzach, dorośli co rusz wymieniali pozdrowienia. Jedni oglądali rzemiosło lokalnych amatorskich grup artystycznych, inni próbowali swojskich wyrobów „prosto z pieca”.

Ala zdążyła już spotkać kilku sąsiadów, a także znajomych bliższych i dalszych, poinformować Zbyszka o fiasku swoich poszukiwań w gabinecie Stefka, opowiedzieć zdawkowo kilku napotkanym znajomym, co u niej słychać (a właściwie opowiadała o tym czego nie słychać, bo nie prowadziła aktualnie urozmaiconego życia). Złożyła parę obietnic, że spotka się z kimś przy najbliższej okazji, usłyszała kilka deklaracji o tym, że ktoś odwiedzi ją. Spędziła miłe popołudnie. Tyle, że była już bardzo zmęczona, a nawet trochę znużona, koniecznością uśmiechania się. Oczywiście lubiła większość napotkanych osób, ale nie miała wielkiej ochoty uczestniczyć dłużej w zabawie. Nie czuła w sobie tej radości tryskającej z oczu i ust otaczających ją ludzi. A może tylko wydawało jej się, że wszyscy są tacy zadowoleni? Przecież każdy z tu obecnych miał swoje mniejsze lub większe problemy, spędził dzień, w którym mogły mu się przydarzyć zarówno sukcesy jak i porażki. Rozejrzała się ponownie. Ludzie wyglądali na zadowolonych, mimo tego, iż pewnie nie jeden z nich przeżył dzisiaj trudne momenty.

Poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Zanim udało jej się zlokalizować, skąd zostało wymierzone, usłyszała kolejny znajomy głos:

- Cóż to za posępna mina? Pomyślałby kto, że to sama Buka postanowiła nastraszyć trochę panią wiosnę.

Ala uśmiechnęła się z przekąsem do Darka.

- Ale bardzo atrakcyjna Buka – sąsiad mrugnął do niej, pragnąc się zrehabilitować w jej oczach za ten żart.

- Ech… Jestem już trochę zmęczona. To był długi dzień.

- A o której zamykasz kram? Może zabierzemy się razem do domu? W końcu jadę w tę samą stronę.

- Właściwie to za chwilę kończę, bo dziewczyny obiecały zabrać resztę jedzenia. Jeżeli nie spieszysz się, to faktycznie chętnie bym się z tobą zabrała, bo nie przyjechałam własnym autem.

- Świetnie! Dokończ, co masz do zrobienia i spotkamy się przy stoisku Heńka Kowala. Chcę u niego kupić nalewkę orzechową.

- Oho! Pszczółki latają, ptaszki ćwierkają, widzę że i w tym kącie gruchają dwa gołąbeczki.

Do stoiska podeszła wysoka, chuda kobieta z burzą kręconych włosów. Ala spiorunowała ją spojrzeniem. Jaka ta uwaga była niestosowna! Przecież była wdową.

- Kasia!

- No co, no co. Nie rób kobieto takiej miny. Żywcem chcesz się zakopać w grobie?

Kasia puściła porozumiewawcze oko do Darka, który niczego niestosownego w jej uwadze zdawał się nie dosłyszeć. Rzucił tylko na odchodne: „Do zobaczenia!” i odszedł, uśmiechając się szelmowsko.

- Kasia, no wiesz! Proszę cię!

- Przestań, czas wracać do życia. Każdy ci to powie.

- Nikt tak bezpośrednio jak ty.

- Dlatego właśnie muszę to być ja – nie odpuszczała kobieta. – Pani Jaworowa prosiła, abym ci to przekazała.

Kasia podała Ali słoik z białą mazią i smukłą butelkę z ciemnego szkła.

- To dżem czy galaretka?

- Maść rozgrzewająco-inhalująca. O tej porze roku często dopadają mnie infekcje, a ten specyfik Jaworowej jest niezawodny, pomaga mi szybko stanąć na nogi. W tej drugiej butelce jest zapewne olej lniany, także jej wyrób. Dziękuję ci.

Koleżanka ze stoiska spojrzała na nią sceptycznie.

- Kto jak kto, ale biorąc pod uwagę, że pracujesz w służbie zdrowia, pomyślałabym, iż wybierzesz leki bardziej sprawdzone niż te z Bożej apteki. Nasza lokalna znachorka potrafi co prawda przynieść niekiedy ulgę swoimi eliksirami, jednakże wydaje mi się, że te specyfiki zapisywane na receptę są skuteczniejsze.

- Może i tak, ale nie dla mnie. Problem w tym, że mam uczulenie na wiele składników. Mój organizm źle reaguje na chemię. Dlatego od lat interesowałam się zielarstwem. Oczywiście nie neguję działania środków farmaceutycznych, ale nie wszystkie są dla mnie właściwe. A mikstury Jaworowej nie wywołują u mnie skutków ubocznych.

Schowała słoiczki do torebki.

Niespodziewanie jej wzrok napotkał spojrzenie czarnych, przenikliwych oczu. Jakiś mężczyzna w kącie sali spoglądał prosto na nią. Alę przebiegł dziwny dreszcz. Nie znała tego człowieka. Miał wysportowaną sylwetkę, był ubrany na czarno, w skórzanej kurtce. Patrzył uporczywie w jej oczy, a ona nie mogła oderwać od niego swoich. Dopiero grupa ludzi, która przechodząc, przesłoniła na chwilę nieznajomego, przerwała ich kontakt wzrokowy. Ala nie zdążyła zauważyć niczego więcej, bo w tym samym momencie do stoiska wróciła Wanda i Basia, jej koleżanki z koła gospodyń, które miały zabrać resztę tego, co zostało na stoisku. Mężczyzna w tym czasie zniknął. Gdy spojrzała ponownie w miejsce, w którym stał, nikogo już nie dostrzegła.

*

Nie chciała zmarnować tego dnia. Musiała zrobić coś, aby nie był on stracony. Nie chciała spędzić całej soboty na rozkładaniu na czynniki pierwsze wczorajszych wypowiedzi i gestów. Nie zrobiła niczego złego, a mimo to miała kaca moralnego. Nie wiedziała nawet, o co się obwiniać i wobec kogo czuć wyrzuty sumienia – w stosunku do Stefana, Darka czy siebie? Postanowiła więc wyruszyć na konną przejażdżkę na Polanę.

Było to dla niej i dla Stefana szczególne miejsce w lesie, inne niż wszystkie pozostałe polany, ze względu na pewną deklarację, którą złożyli sobie tam krótko po ślubie. Przychodzili często do owego zakątka, spacerując tylko sobie znanymi ścieżkami. Deklaracja zawarta w cieniu starego drzewa dotyczyła uczciwości, wzajemnego szacunku i wierności. Zaczęło się od żartów oraz wzajemnych przewidywań kto kogo pierwszy przestanie kochać – jako że żadne z nich nie chciało być tą czarną owcą, pojawił się pomysł spisania obietnicy uczucia. Chociaż układając słowa i wiersze przysięgi dobrze się bawili, po ukończeniu procesu twórczego oboje zgodnie przyznali, iż zamierzają słowa dotrzymać. Spisana deklaracja została umieszczona w pustej butelce po wysączonym wówczas winie, a następnie ukryta w dziupli pnia starego dębu stojącego niemal na środku polany. Słowa zrodzone z dowcipu uprawomocniły się, nabrały dla nich magicznego wymiaru, a miejsce, w którym powstały, stało się od tej pory ich małym kawałkiem prywatnego raju.

Alicja chciała tam teraz dotrzeć, by sprawdzić, czy ich sekret przetrwał próbę czasu. Tym bardziej, że przez lata mijające od śmierci męża, nie zrobiła tego, choć miała nie jedną ku temu okazję. Nadal była na Polanie częstym gościem, szczególnie w pierwszych miesiącach po wypadku. Z owym ustronnym zakątkiem wiązało się bowiem jeszcze inne zdarzenie. To właśnie tam miało miejsce zajście, w wyniku którego Stefan stracił życie.

Kilka miesięcy przed tragedią jej mąż zaangażował się w walkę przeciw planowanej wycince drzew otaczających Polanę. Oczywiście starał się bardziej przekonać Zbyszka argumentami niż ekoterroryzmem, ale ostatecznie przegrał tę bitwę. Stare dęby, które rosły w pobliżu ich zaczarowanego terenu, stanowiły cenną zdobycz dla potencjalnego kupca, dlatego nadleśniczy nie chciał tłumaczyć się swoim przełożonym z niewykonania wyznaczonych mu planów. Po śmierci Stefana wycinkę wstrzymano, ze względu na prowadzone w tym miejscu prace śledcze, jednakże Ala nie miała złudzeń, że to tylko chwilowe zaniechanie. Cieszyła się póki co, iż stan ten trwał po dziś dzień i przebywając na Polane widziała ją takimi oczyma, jakimi patrzył na nią Stefan w ostatnim momencie swojego życia. Chodziła tam jak na cmentarz, by odnaleźć niewidzialną łączność z duchem swojego męża.

Dziś zdecydowała, że przejdzie się do stajni Kruczków i pożyczy konia, aby udać się w melancholijną podróż w jakimś towarzystwie, najlepiej nie ludzkim. Chciała jednak przede wszystkim podczas jazdy wytrząść z głowy wczorajsze wspomnienia. Nie wiedziała, czy wieczór ułożył się tak a nie inaczej przypadkiem, czy też Darek go zaplanował w ten właśnie sposób. Wyszło jak wyszło.

Gdyby przyszło jej na myśl, choćby niejasne przypuszczenie, że sytuacja rozwinie się w niewłaściwym kierunku, podziękowałaby sąsiadowi za propozycję podwiezienia. Wróciłaby do domu, tak jak go opuściła – z koleżanką. Nie chciała jednak żadnej z nich kłopotać zbędnym nadkładaniem drogi. Dariusz zaś podwiózł ją pod samą furtkę, tyle że jeszcze zaprosił na kawę. Odrzuciła zaproszenie, jednakże po długich namowach nie znalazła wystarczająco mocnego i jednocześnie grzecznego argumentu, aby kolejny raz odmówić „koledze zza płotu”. Jej uprzejmość doprowadziła w konsekwencji do poczucia moralnego kaca oraz wytworzenia krępującej relacji z sąsiadem.

Tak zwana kawa przekształciła się w lampkę wina. Alicja czuła się dobrze w towarzystwie Dariusza. W momencie gdy luźne rozmowy o niczym stawały się coraz bardziej osobiste, jej kobiecy instynkt zaczął się budzić. Dyskusje od słowa do słowa przechodziły na tematy międzyludzkich relacji, następnie spraw damsko-męskich, aż wreszcie padła propozycja zacieśnienia ich znajomości, oczywiście niezobowiązująco, jakżeby inaczej. Jego poprzedni związek przecież także był niezobowiązujący, dlatego zapewne Marty już w jego domu nie widywała. Tym co najbardziej Alę gorszyło w zaistniałej sytuacji, nie był nawet pomysł przespania się z kolegą, bo ten mogła po prostu odrzucić, lecz obcesowa forma w jakiej złożył jej tę propozycję. Miała teraz nadzieję, że Darek mówiąc jej wszystkie te frazesy na temat otwierania nowych horyzontów, przekraczania granic, poznawania swoich możliwości, a w końcu dzikości, pożądaniu, pasji i namiętności był albo bardzo nietrzeźwy, albo sądził, że skłoni ją do uległości przechwałkami na temat swoich umiejętności w sztuce uprawiania miłości. Widocznie jego wdzięk i atrakcyjny wygląd nie dawały mu wystarczającej pewności siebie. Wolałaby, aby wykorzystał stary sposób komplementowania, niż podryw na Adonisa. W końcu mężczyzna niemal rzucił się na nią. Na szczęście zdołała się wyplątać z tej awantury nie dość jednoznaczną sugestią, jakoby nie była gotowa na nową relację oraz potrzebowała czasu, by uporać się z przeszłością. Żałowała, iż nie potrafiła ostudzić zapału adoratora błyskotliwą, acz dosadną odmową. Dziwiła się, że przyjął jej wykręt. A może naprawdę mu zależało na tej znajomości, może źle go oceniła? Czuła przecież, że pod maską Don Juana może skrywać się wrażliwy mężczyzna.

Intencje Darka były oczywiste niezależnie od siły jego uczuć, a ona naprawdę nie była gotowa na nową relację. A już na pewno nie z nim po wczorajszym podrywie.

Stajnia Kruczków znajdowała się niemal po sąsiedzku z osiedlem, na którym mieszkała Ala. Wystarczyło iść około dziesięciu minut drogą przez las, by niespodziewanie u podnóża jednego ze wzniesień odnaleźć niewielką stadninę prowadzoną przez zaprzyjaźnioną z Alą rodzinę.

Alicja przywitała się z gospodarzami, poprosiła o możliwość pożyczenia któregoś z zadbanych koników i po dwudziestu minutach przygotowań ruszyła w głąb lasu.

Miała ochotę puścić się galopem na pierwszym odcinku drogi wiodącej piaszczystym, szerokim duktem, ale bała się, że w weekend o tej porze może tu spotkać spacerowiczów. Później natomiast musiała jechać wolniej i uważniej, gdyż trasa zbaczała na ścieżkę wijącą się wśród drzew. Rytmiczny koński kłus i raźne parskanie wierzchowca zgodnie z jej oczekiwaniami poprawiły jej już nastrój. Czuła, że krew zaczyna szybciej krążyć w jej obiegu, a jakaś stara uśpiona energia wydostaje się z zakamarków jej jestestwa.

Zaczynała zapominać ciepły oddech Darka na swoim karku, pamięć o jego pożądliwym spojrzeniu powoli rozpływała się w świetle poranka, dwuznaczne słowa niesione przez wczorajszą noc ginęły w teraźniejszości.

Podskakując na końskim grzbiecie, znowu była sama, wolna i lekka. Niesiona przez konia, a może przez wiatr lub pragnienie ucieczki od świata, kłusowała wśród drzew, rozwiewając poranną mgłę.

Jej radość trysnęła nagle, gdy tuż przed wjazdem na ścieżkę bezpośrednio prowadzącą na Polanę dostrzegła tabliczkę informującą o zakazie wstępu ze względu na prowadzoną wycinkę. Stało się zatem. Wyrąb miał zostać wznowiony. Zastanawiało ją, dlaczego tak późno się na to zdecydowano. Wkrótce rozpocznie się pora lęgowa i nie będzie można przeprowadzić wyrębu na tak dużą skalę. Nie można z tym było poczekać do kolejnego sezonu?

Ruszyła przed siebie, mimo zakazu, gdy nagle koń stanął dęba. Rozkojarzona przykrymi myślami Alicja nie zdołała utrzymać się w siodle. Szybko poczuła miękkie igliwie pod rękoma, a zapach przegniłej po zimie ściółki uderzył ją w nozdrza. Hałas, który spłoszył konia szybko narastał. Gdy Ala podniosła głowę, ujrzała nieopodal czarny motor.

Kierowca zatrzymał się, zapewne również zaskoczony zastanym widokiem. Nie mógł wcześniej dostrzec jeźdźca, gdyż wyjechał z bocznej ścieżki prowadzącej pod górę.

Motocyklista zareagował szybko. Zszedł ze swojego pojazdu i podbiegł do spłoszonego zwierzęcia. Koń nie mógł się jeszcze uspokoić po niespodziewanym spotkaniu z głośną maszyną, ale nie był też już tak mocno przestraszony, aby żądać czyjejś krwi. Czarna postać zbliżyła się do leżącej na ziemi Ali. Kobieta przestraszyła się jeszcze bardziej niż w chwili upadku. Nieznajomy poruszał się pewnie, szybko. Nadal nie widziała jego twarzy, ale poznała go po smukłej sylwetce, czarnym ubraniu i oczywiście motorze. Był to ten sam człowiek, którego wczoraj rano spotkała podczas spaceru.

Mężczyzna zdjął kask i wówczas Alicja zobaczyła jego twarz - rozgniewaną i lodowato poważną jednocześnie. Czarne oczy zdawały się ciskać w nią sztyletami. Oblicze mężczyzny nie było jej obce, widziała go wczoraj, podczas festynu. Przeraziła się nie na żarty, bowiem było w nim coś bardzo niepokojącego. Bała się nie tylko dlatego, że leżała bezbronna w głębi lasu przed nieznajomym człowiekiem, który doprowadził do jej upadku. Motocyklista poruszał się z kocią zwinnością, jego postać emanowała opanowaniem, chłodem, wydawała się nawet niebezpieczna. Stąpał bezszelestnie po ściółce, przywodząc jej na myśl żbika albo innego dzikiego kota.

- Kobieto, rozum ci odebrało? Nie umiesz czytać? Tu nie wolno wchodzić – krzyknął groźnie przybysz.

- A pana zakaz nie obowiązuje? – zapytała rozsierdzona Ala. Strach ustąpił, a w jego miejscu pojawiła się złość. To w końcu przez niego koń się spłoszył.

- Tu nie wolno wchodzić, a tym bardziej wjeżdżać konno!

- A do lasu w ogóle nie można wjeżdżać na motorze pacanie! To zawsze jest niebezpieczne.

- Ja mogę tu być – odparł już ze spokojem.

- Tak, faktycznie, to niebezpieczne tylko dla tych, którzy chodzą po lesie lub jeżdżą dozwolonymi środkami transportu, takimi jak rower czy koń. Zawsze ktoś może ich rozjechać motorem.

- O czym ty babo mówisz, tu trwa wycinka.

- To po coś tu wjechał?

- Ja tu pracuję!

Alę zamurowało. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi, ale miała nadzieję, że może nieznajomy blefuje.

- Czyżby? Nie wiedziałam, że trwa nabór na leśników.

- Jestem drwalem.

Znowu ją zaskoczył. W zasadzie to mogła być prawda. Mimowolnie ponownie przyjrzała się jego figurze – był dość wysoki, szczupły, ale dobrze zbudowany. Tylko że drwale, których pamiętała z wyrębów byli jacyś inni, silni, lecz nie poruszali się w taki sposób jak on, nie posiadali takiej dziwnej płynności ruchów, jaką miał ten człowiek.

- To nie daje uprawnień do rozjeżdżania lasu – nie ustępowała Ala.

- Nie rozjeżdżam lasu, tylko poznaję okolicę. Tak jest łatwiej i szybciej.

- Przenieść się na tamten świat za pana sprawą – fuknęła.

Mężczyzna parsknął zirytowany, ale nie kontynuował wątku. Zamiast pomóc jej wstać, bezpardonowo chwycił ją pod pachy i postawił. Poczuła się skrępowana. Nie dość, że facet był arogancki, to jeszcze nie szanował jej strefy komfortu. Gwałtownym ruchem odtrąciła jego ramiona. Spojrzał na nią, jak na dzikie zwierzę.

- Jesteś cała?

- Tak – burknęła, ale gdy spróbowała odgarnąć z twarzy splątane włosy, poczuła gwałtowny ból przedramienia. Wydała z siebie niekontrolowany jęk.

- Hm, pewnie że tak – mruknął motocyklista. Nie pytając o zgodę, zaczął badać jej rękę. Nawet nie próbowała jej wyszarpnąć, gdyż teraz promieniujący ból czuła nawet bez poruszania.

- Raczej nie jest złamana.

- Dziękuję za diagnozę. W którym szpitalu pan doktor drwal przebywał na rezydenturze?

Skrzywił się, ale zignorował jej docinkę.

- Dasz radę mnie objąć? – zapytał.

Spojrzała na niego jak na wariata.

- Dasz radę wsiąść ze mną na motor? Konno na pewno nie dotrzesz do domu.

- Nie ma mowy. Nie wsiądę na ten motor!

- Boisz się?

- Pewnie, nieodpowiedzialnych kierowców. Wrócę pieszo.

- Dobra, koń zna adres, pod który ma pójść? – zapytał ironicznie mężczyzna.

Niestety musiała przyznać mu w duchu rację. Nie tylko nie da rady wsiąść na grzbiet rumaka, ale nawet nie doprowadzi go do stajni, bo jeśli zwierzę zechce skierować się w inną stronę niż to planowała, nie zapanuje nad nim.

- W takim razie – uniósł ją niespodziewanie i posadził na grzbiecie wierzchowca – ruszamy. Zanim zaprotestowała, poprowadził konia na ścieżkę wiodącą w drogę powrotną.

- Znasz się na koniach? – zapytała niepewnie.

- Jasne, tak jak i na medycynie. Nie martw się, poradzę sobie na tyle, by was stąd wyprowadzić.

- A co z twoim motorem? Zostawisz go tu?

Nieznajomy wzruszył ramionami. Nie odpowiedział. Wydawało się, że nie bierze pod uwagę możliwości kradzieży.

*

- Gdzie cię zostawić? – zapytał, gdy wychodzili z lasu. – Dasz radę dotrzeć do lekarza?

- Przecież postawiłeś mi już diagnozę.

Mężczyzna skrzywił się ironicznie.

- Może warto ją skonsultować. Przy okazji dostaniesz receptę na silniejsze środki przeciwbólowe. W nocy przydadzą ci się.

- Sam widzisz. Wszystko już wiem.

- A co z koniem?

- Może jest mój?

- A jest?

- Nie, - przyznała Alicja – trzeba odstawić go do stadniny.

- Czyli gdzie?

Spojrzała na niego badawczo – chyba nie było sensu pytać go, czy to zrobi. Wytłumaczyła mu jak ma dotrzeć do stajni Kruczków. Miała tylko nadzieję, że nie jest koniokradem.

- Dziękuję.

- Nie ma za co, to prawie po drodze, a ja muszę wrócić po motor.

- Jeśli jeszcze tam jest – dodała złośliwie.