Gangsterzy - K.C. Hiddenstorm - ebook + książka

Gangsterzy ebook

K. C. Hiddenstorm

4,2

56 osób interesuje się tą książką

Opis

Prawdziwy mafijny romans dopiero się zaczyna.

 

Ryan Taylor jest pracownikiem i jednocześnie prawą ręką szefa mafii, właściciela nocnego klubu, Nieskończoności. 

Eva Nolan to córka miliardera, która ma za sobą burzliwą przeszłość.

Wydaje się niemożliwe, aby ta dwójka miała ze sobą coś wspólnego. Do czasu, aż poznają się… w najgorszych z możliwych okolicznościach.

Kiedy jedno ze zleceń idzie źle, to Ryan musi posprzątać bałagan. Tym bałaganem jest Eva. Nie wie jeszcze, że zarówno dla niego, jak i dla dziewczyny będzie to początkiem przygody, która zmieni życie obojga.

 

"Lektura obowiązkowa dla każdej fanki niegrzecznych książek! Takiego romansu mafijnego jeszcze nie było!" - Kinga Litkowiec, autorka serii Demony z Los Angeles

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 368

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (159 ocen)
90
32
22
12
3
Sortuj według:
Ewelina2409

Nie oderwiesz się od lektury

Mega
00
Joannatroszynska

Nie oderwiesz się od lektury

Super I jeszcze raz super książka, pełna zaskakujących sytuacji,chciało mi się płakać i śmiać jak ja czytałam gorąco polecam 😊
00
Ruddaa

Z braku laku…

Pomysl na fabułę nawet ok ale wykonanie jak dla mnie do dupy do tego główny bohater jakis dennie nudny a bohaterka glupia jak stado gwoździ.
00
AnnaBern

Nie oderwiesz się od lektury

świetna! :)
00
natalia_natka

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna książka, lekko się ją czyta, dialogi śmieszne i takie dosc realistyczne. Czekam na więcej !
00

Popularność




Copyright © by K.C. Hiddenstorm, 2020Copyright © by Wydawnictwo WasPos, 2021All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowaniaoraz udostępniania publicznie bez zgody Autora orazWydawnictwa pod groźbą odpowiedzialnościkarnej.

Redakcja: Barbara Mikulska

Korekta I: Paulina Aleksandra Grubek

Korekta II: Aneta Krajewska

Zdjęcie na okładce: © by Volodymyr TVERDOKHLIB/Shutterstock.com

Projekt okładki: Mateusz Rękawek

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek

Ilustracje przy nagłówkach: © by DGIM studio/Shutterstock.com

Wydanie I - elektroniczna

ISBN 978-83-67024-14-3

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

Spis treści

Część pierwsza

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

Część druga

1

2

3

4

5

6

7

OD AUTORKI

Część pierwsza

Raz, dwa, trzy, uciekasz ty

Nie umiem być samW tej ciszy silniejszej ode mnieI muszę wstaćI muszę iśćGdzie grająGrają mocno

Jonasz Kofta „Nie umiem byćsam”

1

Ryan Taylor zatrzymał się w połowie sali na dolnym poziomie Nieskończoności. Poprawił słuchawkę w uchu i rozejrzał się z pozornym znudzeniem. W rzeczywistości jego czujne oczy rejestrowały każdy szczegół, wszystko, co mogło oznaczać potencjalne zagrożenie. Klub był jednym z największych w mieście, ale paradoksalnie najistotniejszym pomieszczeniem był pokój na tyłach, niewielki w porównaniu z rozmiarami obu sal. Tylko nieliczni wiedzieli o jego istnieniu, a jeśli wiedzieli, to znaczy, że grali tam o bardzo wysokie stawki. Zadanie Ryana polegało na tym, żeby nie przeszkadzał im nikt niepożądany. Międzyinnymi.

Muzyka mieszała się ze szmerem głosów. Był piątek wieczór i panował spory ruch. Ludzie tańczyli, pili alkohol, gapili się na striptizerki, zostawiali dolary przy barze. W powietrzu unosiła się woń perfum, potu, pieniędzy i zepsucia. Do jednej z kelnerek zagadywał tajniak, który wcześniej kręcił się na górnym poziomie. Natrętny jak mucha i równie nieszkodliwy. Wracał do Nieskończoności z godną podziwu regularnością, przekonany, że wreszcie znajdzie coś, co pozwoli mu zamknąć tę budę i pociągnąć wszystkich na dno. I za każdym razem wychodził z niczym.

Ktoś łagodnie trącił go w ramię. Ryan odwrócił się i zobaczył niską brunetkę, uśmiechającą się do niego z pijackim rozmarzeniem.

– Przepraszam najmocniej – powiedziała, unosząc butelkę piwa. – Nie zauważyłampana.

Ryan dał jej znak, by szła dalej. Mimo że nie nosił identyfikatora, trudno byłoby go pomylić z jednym z gości. Ludzie, wyjąwszy pijane panny, ochoczo schodzili mu z drogi, bezbłędnie odczytując wypisane na twarzy ostrzeżenie. Był wysoki, barczysty, miał zaczesane do tyłu krótkie ciemne włosy, przeszywające spojrzenie lekko skośnych nefrytowych oczu i chód zdradzający pobyt w armii. Szyty na miarę garnitur skrywał wysportowane, pokryte tatuażami ciało.

– Jedynka, jesteś? – W słuchawce rozległ się głos. Tej nocy był toTony.

– Jestem – potwierdził Ryan, odprowadzając spojrzeniem tajniaka. Skończył rozmowę z kelnerką i dryfował w stronę kolejnejofiary.

– Ta złodziejka znowu przylazła – oznajmił Tony. – Mignęła mi na kamerze na parkingu, ale chyba nie weszła dośrodka.

– Przyjąłem – powiedziałRyan.

Bardziej wyczuł, niż usłyszał przebijające się przez muzykę zamieszanie. Poprawił poły marynarki i zaczął się powoli przesuwać w stronę wejścia. Kątem oka zauważył przypatrującą mu się brunetkę. Tę, która go potrąciła.

Minął krótki przedsionek i znalazł się przed tłumem czekających na wpuszczenie gości. Steven, czarnoskóry mężczyzna z brylantowymi kolczykami, przywoływał do siebie kolejne osoby, sprawdzał je ręcznym wykrywaczem metalu, po czym wpuszczał bądź nie. Drugi ochroniarz tłumaczył coś Lilly, byłej pracownicy, gestykulując z coraz większym zniecierpliwieniem. Jego ręka raz za razem manipulowała przy paralizatorze. Nie wyglądało to zbytdobrze.

– Jakiś problem, Joe? – zapytał Ryan, stanąwszy w otwartych drzwiach lokalu. Rześkie, przyjemnie chłodne powietrze owiało mu twarz.

Łysy mężczyzna, nazwany Joe, odwrócił się w jegostronę.

– Dziwk… to znaczy ta pani… nie chce stąd iść – oznajmił, kiwając głową w stronę ładnej kobiety w krótkiej pstrokatej sukience. Zaplecione w warkoczyki włosy spływały jej na ramiona, pomalowane na neonową zieleń paznokcie jaśniały jakimś upiornymblaskiem.

– Zajmę się tym – rzucił Ryan, wymijającgo.

– Cześć, słodziutki – powiedziała kobieta, uśmiechając się na jego widok. Z niedużej kwadratowej torebki wygrzebała paczkę lucky strikeów, wytrząsnęła jednego i wsunęła sobie do ust. Jeszcze chwilę pogrzebała w torebce, wyłowiła tanią plastikową zapalniczkę i przypaliła papierosa. Rozżarzył się na czerwono, maleńki punkcik pośród granatu nocy. – Cieszę się, że cięwidzę.

– Ja wręcz przeciwnie – odparłRyan.

– Możesz powiedzieć swoim chłopcom, żeby nie odstawiali cyrku i mnie wpuścili? – zapytała, zalotnie trzepoczącrzęsami..

– Tak się składa, że nie mogę – wyjaśnił. Zmrużył oczy, gdy kobieta wydmuchnęła dym w jego stronę. Mięśnie szczęki napięły się podskórą.

– A jeśli cię ładnie poproszę? – Nie dawała zawygraną.

– Lilly, zrób sobie i mnie tę przysługę i wynoś się stąd – powiedział z lodowatym spokojem.

Kobieta zaciągnęła się zachłannie i wypuściła kolejną potężną chmurędymu.

– Chcę tam wejść – powiedziała z uporem. – Mam do tegoprawo.

Rozejrzał się na boki i zrobił krok w jejstronę.

– Straciłaś to prawo w momencie, gdy postanowiłaś okradać klientów – odparował.

Prychnęła.

– Niczego minie…

– Wystarczy tego pierdolenia. – Ryan dyskretnie ujął ją pod ramię i pociągnął za róg budynku. Pulchny łysiejący facet popatrzył w ślad za nimi, ale szybko stracił zainteresowanie.

– Ała, hej, to boli – poskarżyła się dziewczyna. – Zluzuj trochę, co?

Ryan mocniej zacisnął palce na jejciele.

– Ojej, naprawdę? To teżboli?

– Sukinsyn – warknęła. Próbowała podnieść papierosa do ust, ale Ryan szarpnął jej ramieniem tak, że niedopałek spadł na ziemię. Popatrzyła za nim tęsknym wzrokiem, następnie przeniosła go na twarz wlokącego ją mężczyzny. – A kiedy chciałeś, potrafiłeś być taki słodki. – Zerknęła na widoczną pod marynarką kaburę i uśmiechnęła się bezczelnie. – Pamiętasz, jak się zabawialiśmy i co wtedy robiłeś ze swoimpistolecikiem?

Ryan zatrzymał się i pchnął Lilly na ścianę budynku. Tłoczący się przed wejściem ludzie zostali daleko poza zasięgiem wzroku, dudniąca muzyka dolatywała tu zaledwie jako echo samejsiebie.

– Widzę cię tu po raz ostatni, jasne? – Jego głos wciąż był lodowatospokojny.

– A jeśli nie? – Ujęła w palce jeden z warkoczyków i przeciągnęła po nim dłonią. – Jeśli będę tu wracać? Jeśli się nie wyniosę i nie dam cispokoju?

Złapał ją za nadgarstek i wykręcił. Syknęła.

– Jeśli nie, to ci w tym pomogę. – Popatrzył na nią przeciągle. – A to nie będzie dla ciebie przyjemne. Zrozumiałaś?

Kobieta skuliła się pod tym spojrzeniem. Na jej twarzy malowała się przemieszana ze strachemnienawiść.

– Straszny z ciebie sukinsyn – powtórzyła.

Ryan sięuśmiechnął.

– Za to mipłacą.

Przyjrzała mu się z namysłem i powoli pokręciłagłową.

– Nie. Ty tolubisz.

Westchnął.

– To jak? – zapytał, nie przestając wykręcać jej nadgarstka. – Przestaniesz tuprzychodzić?

W oczach kobiety zamajaczyłyłzy.

– Dobra! – zgodziła się. – Dobra, przestanę.

Puścił jej nadgarstek i klepnął wpośladek.

– Wspaniale. To teraz bądź grzeczna i spieprzaj, zanim mniezdenerwujesz.

Lilly jeszcze chwilę stała bez ruchu. Wreszcie postąpiła krok do przodu, obciągnęła kusą sukienkę, ledwie zasłaniającą majtki i z godnością, na jaką w tym momencie było ją stać, pomaszerowała wzdłużściany.

Ryan patrzył za nią z nieprzeniknioną miną. Jej sylwetka malała, stapiając się z mrokiem nocy. Neonowe paznokcie jeszcze chwilę jaśniały w ciemności niczym świetliki, wreszcie i one zniknęły. Od wejścia dobiegł perlisty śmiech, wyraźny jak błyskawica, znajomy w jakiś przykry, męczącysposób.

Zerknął na zegarek. Wskazówki pokazywały kwadrans po północy. Jeszcze trzy i pół, może cztery godziny i wróci do domu. Nie będzie senny, więc naleje sobie szklankę whisky, potem następną, a jeszczepóźniej…

– Jedynka, gdzie ty polazłeś? – odezwał się ukryty w słuchawceTony.

– Jakiś problem? – zapytał.

– Tak – potwierdził Tony. – Zaplecze.

– Idę. – Ryan strzepnął poły marynarki i ruszył dowejścia.

Przeciął salę, wymijając gości z niewymuszoną wprawą. Rozejrzał się za tajniakiem, przekonany, że to on jest źródłem problemów, ale nie. Facet stał grzecznie przy barze z jakąś niebieskowłosą małolatą. Na jego widok uniósł dłoń w geście pozdrowienia, ale Ryan gozignorował.

Za wejściem do toalet skręcił w prawo i znalazł się w długim korytarzu prowadzącym na tyły budynku. Barwione świetlówki na suficie oblewały ściany fioletem, przełamując ich czerń. Doszedł do podwójnych drzwi, zatrzymał się i zerknął przez ramię, sprawdzając, czy nikt za nim nie idzie. Wprawdzie nie słyszał kroków, ale… W tym fachu podobno każdy prędzej czy później wpada w paranoję. Pchnął dźwignię paniczną i wszedł do środka. Do jego nozdrzy doleciał zapach cygar, wody kolońskiej i dobrego, mocnego alkoholu. Bardzo przyjemna mieszanka.

W przeciwieństwie do rozgrywającej sięsceny.

– Nie pozwolę się, kurwa, okiwać! Nie pozwolę, słyszycie?! – darł się tyczkowaty mężczyzna, rzucając karty na obciągnięty zielonym suknem stół do pokera. Z piskiem odsunął krzesło i poderwał się na nogi. – Myślicie, że ślepy jestem?!

Nikt nie odpowiedział. Pozostali patrzyli na niego z minami wyrażającymi zaniepokojenie, znużenie czy wręcz rozbawienie. Ryan kolejno przeskoczył spojrzeniem po ich twarzach. Kojarzył każdego z widzenia, tego wieczoru nie było tu nikogo nowego. Symboliczny kufer wypełniony pieniędzmi stał w rogu; pewne rzeczy nigdy się nie zmieniały.

– No co, nagle was, kurwa, przytkało? – wyłmężczyzna.

Vincent Russo, jeden z graczy i szef lokalu w tej samej osobie, zerknął na Ryana i ledwie zauważalnie skinął głową. Następnie przygładził idealnie ułożone srebrne włosy i zajął się oglądaniem żetonu podniesionego z pokaźnej kupki. Na palcach miał sygnety z drogimi kamieniami, mieniącymi się w świetle zawieszonej nad stołem lampy. Dalej, na prawo, stał barek. Przysadzisty blondyn popatrzył w jego stronę i zrobił ruch, jakby chciał wstać i nalać sobie drinka, ale Russo powstrzymał gogestem.

– Ty? – Pokrzykujący gracz wskazał siedzącego na prawo od niego mężczyznę o nieprawdopodobnie czarnych włosach. Ryan uznał, że muszą być farbowane. – Ty się, kurwa, cieszysz, tak?

Mężczyzna zaprzeczył powolnym ruchemgłowy.

– A mnie się wydaje, że się cieszysz! – brnął tyczkowaty facet. Jego obwisłe policzki zabarwił niezdrowyrumieniec.

– Proszę zachować spokój – poradził Ryan, podchodząc do niego. Położył mu dłoń na ramieniu i zmusił, by usiadł nakrześle.

Facet syknął, gdy palce Ryana wbiły mu się w bark, po czym potulnie klapnął nasiedzenie.

– Możemy już chyba… – zaczął przysadzisty blondyn, ale ten nie dał mudokończyć.

– Kantowałeś, mały skurwielu! – zawył, dźgając powietrze przed oczami siedzącego obok blondynaAzjaty.

– Proszę zachować spokój – powtórzył Ryan, wzmacniającchwyt.

Facet drgnął. Spojrzał Ryanowi w twarz, następnie na jego rękę i zamrugał, jak gdyby dopiero teraz uzmysłowił sobie, że trzyma go zaramię.

– Możesz wziąć tę gadkę o spokoju i wsadzić sobie w dupę! – fuknął. – Oni mnie, kurwa, ojebali! Zwłaszcza ten mały, żółty chuj! I jeśli komuś się wydaje, że…

Ryan odchylił połę marynarki, ukazując rękojeść tkwiącego w kaburzepistoletu.

– Ja też mogę panu wsadzić różne rzeczy, na przykład lufę w gardło, ale chyba nikt by tego nie chciał, prawda? – szepnął mu doucha.

Mężczyznazbladł.

– Oni mnie, do kurwynędzy…

– Sugeruję, aby przedyskutował pan ze mną tę sprawę na zewnątrz – powiedział Ryan, ale to nie była sugestia, co facet bezbłędnie wyczytał z jego oczu. – Tej nocy ma pan już chyba dośćpokera.

Tyczkowaty gracz niechętnie skinął głową. Złapał się krawędzi stołu i wstał chwiejnie, jak gdyby nagle najprostszy ruch stanowił wielki problem. Powiódł wzrokiem po pozostałych i zrobił ciężki, chrapliwywdech.

– Żółty skurwiel – wymamrotał, rzucając siedzącemu przed nim Azjacie mściwespojrzenie.

– Rano ktoś się z tobą skontaktuje, Anton – odezwał się Russo, nie przerywając oględzin żetonu. – Spokojnejnocy.

Anton kwiknął. Otworzył usta, przemyślał sprawę i zamknął je, nie mówiąc ani słowa. Ryan wbił mu palce pod żebra i poprowadził w stronęwyjścia.

Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, odgradzając od pozostałych graczy, mężczyzna zacząłskomleć.

– Nie rozumiesz, człowieku? Muszę tam wrócić! Muszę sięodegrać!

Ryan uśmiechnął się bez cieniawspółczucia.

– Obawiam się, że toniemożliwe.

– Ale ja muszę! – zaoponował Anton. Wczepił się palcami w poły marynarki Ryana i zacząłszarpać.

Ryan złapał go za przeguby, wbijając paznokcie w miękką skórę i oderwał ręce od swojegogarnituru.

– Może pan wypić drinka na koszt firmy, a potem wrócić do domu – powiedział spokojnie. – Może pan też zrobić coś głupiego i bardzo pożałować. Co panwybiera?

Facet nerwowo przełknąłślinę.

– Faktycznie – zgodził się. – Jakoś zaschło mi wgardle.

2

Ryan zaprowadził Antona do baru. Wskazał mu wolny stołek, następnie skinął na stojącego za kontuarem krótko ostrzyżonego mężczyznę i polecił, by nalał gościowi czegoś mocnego. Barman – Mike Reynolds – zarzucił sobie ścierkę na ramię, odwrócił się i sięgnął po butelkę whisky.

– Nie – bąknął Anton, patrząc gdzieś przez niego. – Dajczystą.

Mężczyzna wzruszył ramionami i zrobił, o co gopoproszono.

– Ciężka noc, co? – zapytał, podsuwając Antonowi szklankę zwódką.

Anton opróżnił ją paroma długimi łykami. Skrzywił się, otarł usta ipowiedział:

– Zajebiście ciężka. Mogę jeszcze raz tosamo?

Mike przeskoczył spojrzeniem na Ryana. Ten kiwnął głową i mężczyzna ponownie napełnił szklankę wódką. Obaj umieli poznać Wielkich Przegranych wychodzących z pokoju na tyłach. Wszyscy mieli to samo tępe, oszołomione spojrzenie i zwieszone ramiona, jakby dźwigali na nich niewyobrażalny ciężar. Jednak mało kto przegrywał w tak histerycznym stylu jak Anton. Dobrze, że każdy gość był trzepany przy wejściu i grzecznie proszony o pozostawienie broni, jeśli akurat przyszło mu do głowy jakąś ze sobą przynieść. Inaczej facet pewnie by wyciągnął gnata i zastrzelił kogoś, prawdopodobnie tego Azjatę, zanim Ryan dotarłby namiejsce.

Anton zakołysał szklanką. Podniósł ją do ust, wychylił kolejną porcję alkoholu i czknął. Prześlizgnął się spojrzeniem po tańczącej na najbliższym podeście striptizerce i ponownie skupił je naszklance.

– Trzeciej nie dostanę, co? – zapytał lekkobełkotliwie.

Ryan pokręciłgłową.

– Przyjechał panautem?

Anton zaprzeczył. Z trudem odkleił wzrok od wyginającej się przy rurze rudowłosej tancerki iwyjaśnił:

– Ktoś mnie podwiózł. Ale teraz tego kogoś już niema.

– Taksówki czekają przy głównej ulicy – podsunął Ryan. – Radzę z którejśskorzystać.

Anton się zaśmiał, choć bardziej zabrzmiało to jakszloch.

– Niby, kurwa, czym za nią zapłacę?

Ryan zmierzył go beznamiętnym spojrzeniem. Nie obchodziło go ani to, ile ten facet przegrał, ani jakich kłopotów sobie przez to narobił. Chciał jedynie dociągnąć tę noc bez większych spięć. Tu, na oczach gości, takie spięcia byłyby bardzo źle widziane. Nieskończoność to lokal na poziomie, nie jakaś mordownia. Inna kwestia, że gracze z pokoju na tyłach potrafili czasem zniknąć w dość tajemniczych okolicznościach. Ale o tym nikt nie musiałwiedzieć.

– Może się po prostu przejdę – dokończył Anton ponuro. Zsunął się ze stołka i podreptał w stronęwyjścia.

Barman patrzył w ślad za nim, ściągając ścierkę zramienia.

– Strasznie przybity typ – powiedział, przecierająckontuar.

– Żebyś widział go na tyłach. – Kącik ust Ryana się uniósł. – Wtedy nie był takiprzybity.

Mikecmoknął.

– Po co tacy grają? – zapytał. – Jak się niema…

– Cosmopolitan poproszę – odezwała się elegancka kobieta pod pięćdziesiątkę. Spojrzała na Ryana i puściła oko. – A dlaciebie?

Uniósł ręce i cofnął się okrok.

– W pracy nie piję – powiedział.

Kobieta się roześmiała. Jej obfity biust zafalował przy tymruchu.

– Nie bój się, chłopczyku, nie chciałam cię poderwać. Wydałeś mi się smutny, to wszystko. – Nakryła dłonią jego dłoń i dodała: – Tak między nami… wolę smak cipki niżkutasa.

Ryan znieruchomiał i równocześnie usłyszał brzęk tłuczonego szkła dobiegający zza kontuaru. Spojrzał w tamtymkierunku.

– Cholera, śliskie te szklanki! – poskarżył się Mike, spoglądając na potrzaskane odłamki szkła u swoich stóp. Teatralnie rozejrzał się za miotłą i Ryan zorientował się, że ledwie powstrzymuje się odśmiechu.

– Gdybyś jednak miał ochotę na tego drinka… będę tu jakiś czas – zapewniła kobieta, po czym przeniosła spojrzenie na barmana. – Cosmopolitan, pamiętapan?

– Moment – odparł Mike, zmiatającszkło.

Ryan obdarzył kobietę przelotnym uśmiechem, po czym ruszył w stronę wyjścia. Chciał sprawdzić, czy Anton nie wpadł przypadkiem na jakiś głupi pomysł.

Wyszedł na rześki chłód. Do jego uszu docierało jednostajne dudnienie muzyki, której na jakimś poziomie świadomości właściwie już nie słyszał; była jak szum tła, to wszystko. Nie zobaczył Antona, tylko dwóch ochroniarzy i kilku maruderów, zbyt pijanych, by ktoś przy zdrowych zmysłach wpuścił ich doNieskończoności.

Noc umierała, pociągając za sobą całkiem spore grono ofiar. Jedni obudzą się rano z kacem, inni z wyczyszczonym kontem, jeszcze inni z jednym i drugim. W obcym łóżku, w domu, w rynsztoku. Wszystko było dozwolone.

Kiedy wracał na salę, spotkał tę samą niską brunetkę, która wcześniej przypatrywała mu się z takim przejęciem. Wyraźnie ucieszyła się na jegowidok.

– Cześć – powiedziała, błyskając uśmiechem. – Miałam nadzieję, że jeszcze sięspotkamy.

Ryan zlustrował ją spojrzeniem. Była całkiemładna.

– Zobacz, teraz już nie mam w ręku piwa – ciągnęła.

Uniósłbrew.

– I co, chcesz, żebym ja ci jekupił?

Przygryzławargę.

– Akupisz?

– Nie – odparł Ryan i zrobił krok, chcąc wyminąćdziewczynę.

Złapała go za rękaw. Wpatrywała się w niego błyszczącymi z podnieceniaoczami.

– A co mógłbyś mizrobić?

Ryan rozejrzał się naboki.

– Teraz nic. Pracuję.

– A jak skończysz? – naciskała.

Zastanowił się, chociaż w zasadzie nie było nad czym. Okazja czyni złodzieja i tak dalej, i takdalej.

– Kończę przed szóstą. Jeśli wciąż tubędziesz…

– Będę – zapewniładziewczyna.

Ryan skinął głową i ruszył w swoją stronę.

Reszta nocy upłynęła we względnym spokoju. Dziewczyna pozostawała na skraju pola widzenia przez cały czas, dopóki nie skończył pracy. A kiedy skończył, zabrał ją do łazienki na górnym poziomie Nieskończoności. Sprawdził, czy nikogo więcej tam nie ma, wyciągnął słuchawkę z ucha i służbowym kluczem przekręciłzamek.

– Nie boisz się, że coś może ci się stać? – zapytał, przyszpilając ją do drzwi. Oparł się o nie ręką, jego dłoń znalazła się kilka centymetrów od głowy dziewczyny. Drugą wodził po jejtwarzy.

Oblizaławargi.

– Myślę, że to będzie coś dobrego – mruknęła. Zebrane w koński ogon włosy odsłaniały jej szyję, po której Ryan przejechał opuszkami palców. Miała rozgrzaną, przyjemną w dotykuskórę.

– A wyglądam ci na dobrego faceta? – odpowiedział pytaniem, powoli rozpinając guziki jej bluzki. Czuł narastające zmysłowe napięcie i wypychającą spodnie erekcję.

– Nie – odparła. – Ale chcę, żebyś mniezerżnął.

– Wiem. – Ścisnął jej pierś. Mocno. Chciał sprawdzić, jakzareaguje.

Spodobało jejsię.

Drżała pod wpływem jego bliskości, słyszał pragnienie w jej przyspieszonym oddechu. Wychyliła się do przodu, chcąc go pocałować, jednak Ryan złapał ją za gardło.

– Jeszcze ci nie pozwoliłem – powiedział, kciukiem drażniąc jej sutek. Oba kusząco prężyły się pod koronką, pokazywały, jak bardzo dziewczyna jest podniecona.

Zagryzła dolną wargę. Patrzyła na niego spod wachlarza sztucznych rzęs, twarz miała zarumienioną. Ryan zrozumiał, że podnieca ją jego dominacja, fakt, że może z nią zrobić wszystko. Widział to w jej spojrzeniu, w niecierpliwych ruchach bioder, ocierających się o jego krocze.

Kiedy wreszcie ją puścił, chciwie wpiła się w jego usta. Smakowała alkoholem i słodyczą jakiegoś owocowego cukierka. Ryanowi spodobało się to połączenie.

Ujął ją za pośladki i przycisnął do siebie. Wskoczyła na niego, nogami oplatając w pasie. Nie przestając jej całować, przeniósł ją do szeregu umywalek i posadził na krawędzi pierwszej. Jego ręce błądziły po jej piersiach, wślizgiwały się pod cienką koronkę biustonosza. Rozerwał go zdecydowanym ruchem, po czym uszczypnął dziewczynę w sutek. Stęknęła.

– Wciąż się nie boisz, że zrobię ci krzywdę? – zapytał, wsuwając dłoń między jej uda. Miała kusą spódniczkę, która teraz podjechała do pępka, ukazując seledynowe majtki. Ryan odchylił je na bok i wsunął palec w wilgotnezagłębienie.

– Nie – westchnęła.

Wolną ręką Ryan gwałtownie szarpnął ją za włosy, odchylając głowę. Oczy dziewczyny rozszerzył cień strachu. Patrzyła na niego z twarzą tak blisko jego twarzy, że wyraźnie czuł jejoddech.

– A powinnaś – szepnął i zwiększył nacisk palców na jej najwrażliwszy punkt.

Zamruczała zzadowoleniem.

Ryan jeszcze chwilę pieścił ją w ten sposób, następnie pociągnął za rękę, zmuszając, by stanęła na podłodze. Obrócił ją tyłem do siebie i złapał za kark, przyciskając twarz dziewczyny do marmuru, jakim obramowana była umywalka. Wolną ręką sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął prezerwatywę. Zębami rozerwał opakowanie, po czym odpiął klamrę paska. Dziewczyna przyglądała mu się z ukosa z jakąś tępą fascynacją. Nie wiedział, jak miała na imię, i nic go to nie obchodziło. Może jeszcze ją tu zobaczy, może nie, może znów zerżnie, a może nie. Po niej przyjdą następne, równie bezimienne, napalone i lekkomyślne. Przed nią też przychodziły.

Rozpiął rozporek, nasunął prezerwatywę na sterczącego penisa, po czym wbił się w dziewczynę. Jęknęła. Jej rozczapierzone palce przejechały po porcelanie.

– Zrób to mocno – poprosiła. – A potem zerżnij mnie wtyłek.

Ryan pochylił się nad nią ipowiedział:

– Zrobię to tak, jak ja chcę. Rozumiesz? – Ujął ją za biodra i naparł na nią z większą siłą. Wycofał się, pchnął, cofnął… Drażnił się z nią, ale zaraz przestał. Przymknął powieki i zaczął poruszać się coraz szybciej. Takie chwile miały w sobie czyste, pierwotne podniecenie. I pustkę, taką samą, jaką dostrzegł w spojrzeniu dziewczyny. Ale to nie miało znaczenia, nie teraz. Ponieważ teraz istniało tylko zwierzęce, bezmyślne pragnienie. Pęd, w którym z rozkoszą się zatracał.

– Jak ja to lubię – wymruczała, gdy posuwał jąrytmicznie.

Ryan szarpnął ją za włosy, zmuszając, by uniosłagłowę.

– Jakbardzo?

– Bardzo – potwierdziła.

– To też lubisz, tak? – zapytał, wsuwając jej palec międzypośladki.

Mruknęła gardłowo. Ryan widział w lustrze jej wykrzywioną podnieceniemtwarz.

– Tak, o kurwa, tak!

Jeszcze chwilę pieścił jej odbyt, potem włożył jej rękę pod brzuch i podciągnął, tak że plecy dziewczyny opierały się o jego tors. Drobne piersi kołysały się w rytm jego ruchów. Złapał ją za jedną, potarł sutek, następnie zsunął dłoń niżej, między nogi dziewczyny. Spomiędzy jej rozchylonych ust dobył się przeciągły jęk. Patrzyła na ich odbicia w lustrze, uśmiechając się lubieżnie. Smugi różowej pomadki zdobiły jejpoliczek.

Wykonała ruch, jakby chciała się odwrócić, ale nie pozwolił jej na to. Chwycił ją za kark i ponownie przycisnął do chłodnego marmuru. Wymierzył jej klapsa w pośladek, po czym pochylił się i wsunął rękę między nogi. Pieścił ją i rżnął jednocześnie. I nagle znieruchomiał. Dziewczyna posłała mu zniecierpliwionespojrzenie.

– Nie… nie przestawaj – wychrypiała. – Proszę.

– Prosisz? – Ryan mocniej nacisnął nałechtaczkę.

– Tak… – Poruszyła biodrami, prowokując go do wznowienia ruchów. – Proszę. Apotem…

Ponownie wymierzył jej klapsa wpośladek.

– Nie ma potem. Rżnę cię tak, jak mi siępodoba.

Dziewczyna krzyknęła, gdy jego palec znów znalazł się w jej drugiej dziurce. Spojrzała na niego ekstatycznym, nieprzytomnym wzrokiem. Widział, że jest na granicy, co dodatkowo go podkręciło.

Owinął sobie jej zebrane w kucyk włosy wokół dłoni niczym linę i równocześnie wykonał mocne pchnięcie. Dziewczyna jęknęła przeciągle. Przez twarz Ryana przeleciał dziki grymas. Naparł na biodra dziewczyny, odnalazł poprzedni rytm i zaczął pieprzyć. Jego palce poruszały się między jej nogami, stymulując łechtaczkę. Doszła szybko, intensywnie, krzycząc i wijąc się podnim.

Pchnął jeszcze raz, bardzo mocno, następnie wysunął się z dziewczyny, okręcił ją twarzą do siebie i pokazał, by uklękła. Zrobiła to bez protestu. Ryan ściągnął prezerwatywę, ujął dziewczynę za tył głowy i przysunął do siebie, zmuszając, by wzięła członka doust.

– Do końca – polecił.

Spojrzała na niego z tą swoją tępą fascynacją, po czym zaczęła ssać. Językiem kreśliła kółka na główce penisa, dodatkowo stymulując go dłonią. Paznokciami drugiej szorowała po nogawce spodni. Z początku leniwe ruchy zaczęły nabierać tempa. Dziewczyna wsuwała sobie członka do ust, wysuwała, lizała, znów wsuwała. Próbowała drażnić się z Ryanem, tak jak wcześniej on robił to z nią.

– Bądź grzeczna – polecił.

Złapał ją za włosy, ponownie okręcając je wokół dłoni, i zaczął rytmicznie poruszać biodrami. Podniecenie narastało elektryzującymi falami. Czuł, że zbliża się do spełnienia. Usta dziewczyny ciasno obejmowały penisa. Pieprzył ją w nie bez skrępowania, patrząc na nią, ale wcale jej niewidząc.

Jej dłoń mocniej zacisnęła się na członku. Dziewczyna wsunęła go sobie naprawdę głęboko i wtedy na Ryana opadł płynny ogień. Drgnął i zalał jej gardło ciepłą spermą. Przez chwilę trwał nieruchomo, po czym powoli wysunął się z ust dziewczyny. Polizała penisa koniuszkiem języka i uśmiechnęła sięszeroko.

– Lubię takich seksownych nieznajomych jak ty – powiedziała. – Smakowitych seksownych nieznajomych. – Powoli podniosła się z kolan. – Możemoglibyśmy…

– Nie – uciął Ryan. – Niesądzę.

Na twarzy dziewczyny odmalował sięzawód.

– Myślałam, że dopóki nie ma mojego… – powiedziała bardziej do siebie, ale on już jej nie słuchał.

Zapiął rozporek, następnie sprzączkę paska i ruszył w kierunku drzwi. Otworzył zamek. Stłumiony szczęk przebił się przez zaległą w pomieszczeniu ciszę. Ryan zerknął przez ramię. Dziewczyna stała przed lustrem, ścierając z twarzy śladypomadki.

– Wiesz, jak wyjść, prawda? – zapytał z dłonią naklamce.

– A zobaczę cię tu jeszcze? – Lubieżny uśmiech powrócił na jej twarz. – Moglibyśmy porobić różne ciekawe rzeczy.

– Może – powiedział Ryan i wyszedł nakorytarz.

Wyminął zmywającego podłogę sprzątacza i zszedł po schodach. Na dole jakiś pijany facet upierał się, że zgubił gdzieś swoją szczęśliwą monetę. Poza nim była tu tylko obsługa. Jeden z ochroniarzy wskazał coś obok środkowego podestu tanecznego, po czym grzecznie poprosił gościa o opuszczenie lokalu. Mężczyzna wymamrotał jakieś słowa, zabrzmiało to jak „być może” albo „pomidorze”, po czym bez szczególnego entuzjazmu ruszył z ochroniarzem w kierunkuwyjścia.

Ryan przyglądał się temu, idąc w stronę baru. Teraz kiedy nie był oblegany przez ludzi, wydawał sięnagi.

– Musiałeś zostać po godzinach? – zagadnął Mike z chytrymuśmieszkiem.

– Niezadowolona klientka. – Ryan wzruszył ramionami. – Musiałem popracować nad tym, żeby nie wniosła skargi. Szef tego nielubi.

– Podziwiam twoją zdolność mediacji – powiedział barman, polerując szklankę. – Wiesz, mogłeś jeszcze poprosić o pomoc tę kocicę od lizania cipek – dodał i zachichotał. – Wtedy twoje oprawione zdjęcie zawisłoby na ścianie przy barze z podpisem „pracownikmiesiąca”.

Ryan usiadł na stołku naprzeciwko niego i przez chwilę przyglądał mu się wmilczeniu.

– Długo będziesz ją tak polerował? – zapytał. – Chyba już jestczysta.

Mike krytycznie przyjrzał się szklance, po czym odstawił ją podladę.

Za jego plecami, ustawione na półkach na lustrzanej ścianie, pyszniły się butelki z najrozmaitszymi alkoholami. Zdawały się przyzywać, prosiły, by skosztować ichzawartości.

– Nie masz podejścia do kobiet – orzekł, zabierając się za czyszczeniekolejnej.

– Nie mam? – zdziwił sięRyan.

Barman zacmokał i pokręciłgłową.

– Ni cholery niemasz.

Ryan wychylił się, sięgnął za kontuar, namacał butelkę wody i zacisnął na niej palce. Poprawił się na siedzeniu, odkręcił ją, pociągnął parę łyków izapytał:

– A wnioskujesz to napodstawie…?

Barman przyjrzał mu się spodbyka.

– Laski się do ciebie kleją, a ty traktujesz je jak zło konieczne. Dmuchasz i porzucasz, jakbyś się bał, że jeśli z którąś spędzisz zbyt wiele czasu, zarazi cięcholerą.

– Nie zarazi. Używam prezerwatyw. – Ryan puścił oko.

Barman zignorował ten komentarz. Uzbrojona w szmatę ręka poruszała się po krawędzi szklanki, tam i z powrotem, tam i zpowrotem.

– Zamiast się nimi bawić, może zaproś którąś nakolację?

Ryanparsknął.

– Sugerujesz, że mam szukać miłości w klubie z gołymipanienkami?

Mike przewróciłoczami.

– Nikt nie mówi o miłości. – Zamyślił się. – Chociaż, wiesz, kuzyn mojejmatki…

Ryan uniósłdłoń.

– To była naprawdę długanoc.

Barman westchnął. Odstawił szklankę, którą przeszorował niemal na wylot i zarzucił sobie ścierkę naramię.

– Chcę tylko powiedzieć, że tak właśnie się tworzy krąg wzajemnych krzywd. Najpierw ktoś rani ciebie, potem ty kogoś… Łatwiej w tym trwać, niż toprzerwać.

Ryan poczuł, jak coś przewraca mu się wżołądku.

– Poruszające – podsumował i pociągnął kolejny łyk wody. – Takimi historyjkami raczysz klientów, Mike?

– Głównie wódą – odparł Mike. – Psychologiczne gadki zostawiam dlaciebie.

– Więc według ciebie ich potrzebuję? – zapytał Ryan z lekkim znużeniem. – Może minąłeś się zpowołaniem?

Barman plasnął ścierką o kontuar i zaczął ścierać z niego ślady palców. Jego ręce najwyraźniej nie znosiłybezczynności.

– Chodzi o to, że pewnego razu możeszsię…

– Ryan! – Doleciało ich od strony korytarza. Obaj odwrócili głowy w tamtym kierunku. – Cieszę się, że wciąż tujesteś.

Ryan spojrzał na idącego ku niemu Russo i zsunął się zestołka.

– Czy coś się…? – zaczął, ale mężczyzna pokręciłgłową.

– Nie, wszystko w porządku. – Skierował spojrzenie na barmana. – Co masz tam dobrego? Może macallana? Tak? To podajRyanowi.

Mike odwrócił się, zlustrował półki z alkoholami, po czym sięgnął po butelkę macallana; złotobrązowy płyn zamigotał w świetle odbitych od lustrzanej ściany lamp. Zerknął pod kontuar, chwilę pogrzebał i wyciągnął arkusz szarego papieru. Owinął nim whisky i podałRyanowi.

– Proszę. Firmastawia.

Ryan wziąłbutelkę.

– Dzięki, szefie – powiedział, patrząc naRusso.

Mężczyzna skinąłgłową.

– Cenię sobie twoją finezję w pracy – wyjaśnił. – Można powiedzieć, że uratowała tę nieszczęsną partiępokera.

– Wygrał pan? – włączył sięMike.

Na wargi Russo wypłynął nikłyuśmiech.

– Ja zawsze wygrywam – odparł i ruszył w stronę wyjścia. – Odprowadzisz mnie, Ryan?

Ryan wymienił spojrzenia z barmanem, po czym podążył w ślad zaszefem.

3

Wyszli na parking zalany porannym słońcem. Dzień budził się do życia, rozwijał niczym pąk kwiatu. W powietrzu czuć było przedsmak ciepła, które za parę godzin zmieni się w skwar. Russo szedł przodem, Ryan parę kroków za nim. Butelkę trzymał w lewej dłoni tak, aby prawą w razie potrzeby wyciągnąć broń.

Jego oczy czujnie skanowały wszystko dookoła, jednak żadnego zagrożenia nie było.

Zatrzymali się przy czarnym SUV-ie Russo. Solidnym, szybkim i zupełnieniepozornym.

Nikt nie obejrzałby się za nim na ulicy i właśnie o tochodziło.

– Co sądzisz o Morettim i Winchesterze? – zapytałszef.

Ryan sięzastanowił.

– Szczerze? Jeden to idiota, a drugidebil.

Russo pokiwałgłową.

– Mam podobne zdanie – wyznał, przyglądając się swoim sygnetom. – Dlatego nie daję ich na frontową bramkę zbytczęsto.

– Słusznie – mruknął Ryan.

Główną ulicą z rykiem przejechał motocykl. Żaden z mężczyzn nie zwrócił na niegouwagi.

– Przynajmniej nie będzie ich szkoda, w razie gdyby coś się posypało – dodał Russo, zupełnie jakby mówił o talerzach, które mogą siępotłuc.

W razie czego nie będzie ich szkoda? O to Ryan nie zapytał, w gruncie rzeczy nawet go to nie obchodziło. Jego praca nie polegała na zasypywaniu szefa pytaniami. Nie, jeśli nie było to absolutnie konieczne. On miał działać. I byćskuteczny.

– Są oddani sprawie – zauważył, odprowadzając spojrzeniem faceta, którego kojarzył z pokoju pokera. To był ten z niedorzecznie czarnymi włosami. Przemykał wzdłuż ogrodzenia, nerwowo oglądając się za siebie. – Zajadli, ale to dobrze. Co jeszcze? Hm…

– Nadgorliwi? – podsunąłRusso.

– Zdarzało się – zgodził się Ryan. Obserwował, jak facet wsiada do auta, rusza i dziwacznym slalomem wyjeżdża z parkingu. – Ale mimo wszystko sądyskretni.

Russo uśmiechnął się i klepnął Ryana wramię.

– No dobrze, to sobie porozmawialiśmy. Do zobaczenia wieczorem – powiedział i otworzył drzwi SUV-a.

Kiedy odjechał, Ryan ruszył w stronę własnego samochodu. Ten również nie był wyszukany. Grafitowy chrysler, nic, na czym ktoś chciałby zawiesićoko.

Do domu dotarł dwadzieścia minut później. Wysiadł z auta, zabrał owiniętą w papier butelkę macallana z tylnego siedzenia, włączył alarm i ruszył w stronę drzwi. Otworzył je wyciągniętym z kieszeni kluczem, po czym wszedł, odruchowo kładąc dłoń na rękojeścipistoletu.

Przez chwilę nasłuchiwał, jednak poza swoim własnym oddechem nie doleciał go inny dźwięk.

Zaryglował zamek i skierował się do kuchni. Przesunął pudełko po pizzy tak, żeby zrobić miejsce na stole i postawił tam whisky. Zdjął marynarkę, rzucił ją na oparcie krzesła, następnie wyciągnął czystą szklankę z szafki obok zlewu. Odwinął butelkę z papieru, odkręcił zakrętkę, po czym nalał sobie drinka. Wziął łyk i wykrzywił wargi w grymasie, który mógłby być uśmiechem. Alkohol był dobry i mocny. Spłynął do gardła złotym ciepłem, rozlewając w żyłachspokój.

Ze szklanką w dłoni Ryan podszedł do okna. Wychodziło na główną ulicę, wzdłuż której szła właśnie młoda kobieta. Nagle wyrzuciła ręce w powietrze i uśmiechnęła się szeroko. Zerwała się do biegu, ale do kogo biegła? Tego Ryan już nie zobaczył. Miejsce w kadrze zajął dzieciak na rowerze; kradzionym, wnioskując po szybkości, z jaką pedałował. Śmignął przez chodnik, staranował czyjś trawnik oraz znajdujący się na nim klomb i pojechał w swoją stronę. Nic nadzwyczajnego. Normalny poranek, który w wewnętrznej strefie czasowej Ryana Taylora był wieczorem.

Odchylił wieko pudełka po pizzy z nadzieją, że może został w nim jakiś zapomniany kawałek, ale nie. Było puste. Westchnął i nalał sobie następnego drinka, tym razem napełniając szklankę w mniej więcej trzech czwartych. Zakołysał nią, patrząc na przelewający się wewnątrz złotobrązowy płyn. Przytknął brzeg szkła do ust i przechylił. Tak, whisky była naprawdę dobra. Można by pomyśleć, że tak właśnie smakuje szczęście. Można się również z łatwością zatracić w tym ciepłym, otępiającym spokoju i bez żalu zamienić na niego potrzebę bliskości. Ryan w każdym razie nie żałował.

Jeszcze chwilę spoglądał przez okno, ale zaraz odwrócił wzrok. Nie było tam nic, co by go interesowało. Bo i dlaczego miałoby? Po co mu inny świat, skoro miał swój własny gorzki kosmos? Zlustrował kuchnię, przeskakując po piętrzących się w zlewie kubkach i sztućcach, prostokątach słońca kładących się na podłodze, lodówce, blacie… Jego wzrok znieruchomiał i wrócił ku lodówce. Do jej drzwi przytwierdzony był magnes w kształciesamolotu.

Ryan uniósł szklankę, jakby wznosił jakiś milczący toast, po czym paroma długimi łykami opróżnił zawartość. Napełnił ją ponownie, zapatrzył się na butelkę w swojej dłoni… i wylał resztę whisky do zlewu. W przeciwnym razie pozbyłby się jej w bardziej tradycyjny sposób. I prawdopodobnie zacząłby za dużo myśleć, roztrząsać, analizować; wóda miała to do siebie, że po przekroczeniu pewnej dawki przenosiła z krainy płynnego spokoju do bram posępnej melancholii. Mogłyby, na przykład, powrócić do niego słowa Mike’a, uwaga Lilly. Jedno miało go za bezdusznego sukinsyna, drugie za sadystę, ale to były błędne wnioski wyciągnięte na podstawie mylnego osądu. Prawda jest zazwyczaj dalece bardziej złożona. I unurzana we wszystkich możliwych odcieniach szarości.

Ale to lepiej, pomyślał, że postrzegają mnie właśnie w taki sposób. To oszczędzało wielu zmartwień, ułatwiało mnóstwo rzeczy. Nieskończoność była tylko i wyłącznie pracą, a funkcjonowanie tam miało określone zasady. Poza pracą natomiast… Cóż, ludzie nie należeli do gatunku szczególnie budzącego zaufanie. Ryan miał okazję się o tym przekonać. I bardzo dobrze radził sobie beznich.

– Krąg wzajemnych krzywd – prychnął, mrużąc oczy.

Mimowolnie zastanowił się nad tym i doszedł do przekonania, że to nie do końca tak. Zło rodzi zło, ale nie tylko. Ono odziera nas z dobra, unicestwia je kawałek po kawałku. A to, co pozostaje…

Dopił resztkę whisky, odstawił szklankę na stół i ruszył w stronęholu.

Po drodze zatrzymał się przy lodówce, rzucając przytwierdzonemu do niej samolotowi ostatniespojrzenie.

Wszedł na górę i skierował się do sypialni. Odpiął kaburę z bronią i położył na nocnej szafce. W następnej kolejności pozbył się koszuli i rzucił na podłogę. Ściągnął spodnie i w samych bokserkach zwalił się na materac.

Wsunął ręce za głowę i jakiś czas leżał, wpatrując się w sufit. Czuł, jak buzuje w nim adrenalina, pęd przeżytej nocy. Może to błąd, że wylał whisky? Może powinien był urżnąć się na umór? Sen przyszedłbywtedy…

Dzwonek do drzwi przeciął ciszę. Ryan gwałtownie wyprostował się na łóżku i sięgnął po pistolet. Wyjął go z kabury i podszedł dookna.

– Kurwa – warknął.

Okrążył łóżko, podniósł spodnie i wciągnął je na siebie. Zerknął na pistolet. Po krótkim namyśle odłożył go z powrotem na szafkę i opuścił sypialnię. Zszedł po schodach, przeciął hol i zbliżył się do drzwi w momencie, w którym brzęczenie dzwonka zabrzmiało ponownie.

Przekręcił klucz w zamku, po czym nacisnął klamkę i uchylił drzwi.

– Hej, słodziutki. – Lilly miała na sobie tę samą krótką pstrokatą sukienkę co na parkingu Nieskończoności, jednak neonowe paznokcie teraz, w świetle dnia, nie robiły już tak upiornego wrażenia.

– Lilly, po chuj tu przyszłaś? – zapytał.

Uśmiechnęła się niezrażona. Nawet teraz, po nieprzespanej nocy, była bardzo atrakcyjna. W ten drapieżny, niezwykle sensualnysposób.

– Do ciebie – wyjaśniła. – Wpuściszmnie?

Ryan wysunął głowę za próg i uważnie zlustrował ulicę. Następnie złapał dziewczynę za rękę, wciągnął do domu i kopnięciem zatrzasnąłdrzwi.

– Nie tak ostro – pouczyła Lilly afektowanym tonem. Spojrzała na swoje przedramię z widocznym śladem palców Ryana i zaczęła je rozmasowywać. – Będę miałasiniaka.

Ryan pchnął ją na zamkniętedrzwi.

– Pytałem o coś, prawda?

Uśmiechnęła się, ale już bez poprzedniej pewności. W jej oczach pojawił się cieństrachu.

– Pomyślałam, że… nowiesz…

– Że pożyczę ci forsę, czy że uda ci się zabrać mi ją zportfela?

Zaśmiała sięnerwowo.

– Ryan, no coś ty. – Chciała musnąć jego policzek, ale odtrącił jej rękę. – Przecież podobało ci się, jak się zabawialiśmy. W klubie, w twoimdomu.

Ach, więc o to chodziło. Nie dość, że Lilly skubała klientów Nieskończoności, to jeszcze uroiła sobie, że ma u Ryana jakieś specjalne względy, bo parę razy się rżnęli.

– I to był błąd – skwitował.

– Czyżby? – Wypchnęła biodra do przodu, chcąc dotknąć jego krocza. Miała w oczach tę niecierpliwą gorączkę, którą Ryan bardzo dobrzeznał.

I postanowił towykorzystać.

– Klękaj – powiedział, czując, że momentalnie robi siętwardy.

– Słucham?

– Nakolana.

Lilly dobrze zinterpretowała ostrą, naglącą nutę w jego głosie. Posłusznie uklękła, po czym sięgnęła do rozporka. Zsunęła mu spodnie razem z bokserkami i wyplątała z nich najpierw jedną, potem drugą nogę. Przeszorowała mu swoimi neonowymi paznokciami po udach i wreszcie zacisnęła dłoń na penisie. Zaczęła nią poruszać w górę i w dół, patrząc Ryanowi w oczy, ale on chciał to rozegrać inaczej. Chwycił ją za zaplecione w warkoczyki włosy, odchylając głowę i włożył jej penisa w usta. Wzięła go bez oporów, naprawdęgłęboko.

Rżnął ją w ten sposób, aż poczuł, że zbliża się do spełnienia. Wysunął penisa z ust dziewczyny ipolecił:

– Wstań.

Zrobiła to bezsłowa.

– A teraz sięodwróć.

Lilly okręciła się na pięcie. Kusa sukienka teraz podjechała jeszcze wyżej, ukazując czerwoną koronkę i jędrne, opalone pośladki. Ryan wsunął palec pod materiał i namacał łechtaczkę. Potarł ją, na co dziewczyna odpowiedziała pomrukiem. Złapał ją za kark i lekko pochylił górną połowę jej ciała, następnie włożył kolano między nogi, zmuszając, by rozstawiła je nieco szerzej. Odciągnął majtki na bok i przez chwilę patrzył na cipkęLilly.

– Czekasz na to? – zapytał, wsuwając w nią dwapalce.

– Tak – odpowiedziała zwestchnieniem.

Ryan się uśmiechnął. To nie był przyjemnyuśmiech.

– A może na to? – powtórzył pytanie, ocierając się główką penisa o jejwejście.

Lilly jęknęła. Chciała na niego spojrzeć, ale Ryan ścisnął ją za kark, blokując ruch. Następnie ściągnął jej majtki i odrzucił nabok.

– Pobaw się chwilę sama ze sobą – rozkazał, odwracając się w stronę wieszaka. Jeśli dobrze pamiętał, w kurtce powinien miećgumki.

Lilly stanęła w lekkim rozkroku. Oparła się o skraj szafki jedną ręką, drugą wsuwając sobie między nogi. Wypięła pośladki, tak by mężczyzna lepiej widział, i zaczęła wkładać w siebie palce. Najpierw dwa, potem trzy.

Ryan widział, że robi się coraz mocniej wilgotna i poczuł, że jego penis twardnieje jeszcze bardziej. Wsunął rękę do kieszeni wiatrówki, namacał prostokątny kształt i zacisnął na nim palce. Wyciągnął opakowanie, rozerwał je zębami i zastygł niezdecydowany. Zastanowił się, po czym rzucił prezerwatywę za siebie. Tym razem zabawi sięinaczej.

Podszedł do Lilly i złapał ją za pośladek. Widząc, że chce cofnąć rękę z cipki, powiedział:

– Nie, nieprzestawaj.

Lilly rzuciła mu zdumione spojrzenie. Nie przestała jednak sięmasturbować.

– Właśnie tak – mruknął, rozchylając jej pośladki. Nakierował penisa i chwilę ślizgał się po wejściu do jej drugiej dziurki.

Dziewczyna oddychała płytko, właściwie dyszała. Wiedziała, co zaraz zrobi, czekała na to. Pieściła się coraz intensywniej, jej cipka była śliska od wilgoci i Ryan zrozumiał, że jest bardzo blisko orgazmu.

Złapał ją w talii i naparł na pośladki. Krzyknęła, kiedy się w nią wbił. Do samego końca. Zaczął posuwać ją mocnymi, brutalnymi ruchami. Był jak zwierzę i nie próbował tego kontrolować. Nie chciał i niemusiał.

Nagle Lilly napięła się, po czym wygięła plecy włuk.

– Tak, o tak! – zawołała, agresywnie wsuwając w siebie palce. Ryan wyraźnie je czuł, ocierające się o penisa przez cienką ściankę.

To wystarczyło. Doszedł z rykiem, spuszczając się w tyłkuLilly.

Pchnął jeszcze jeden, ostatni raz iznieruchomiał.

Wysunął się z niej powoli, ze stęknięciem. Dziewczyna zerknęła przez ramię, posyłając mu nieprzytomne spojrzenie. Miała zarumienione policzki i błyszczące oczy. Uśmiechnęła się, ale Ryan nie odpowiedział tymsamym.

– Miło, że wpadłaś – powiedział, wymierzając jej klapsa w pośladek. Nie był pieszczotliwy, lecz rozmyślniebrutalny.

Lilly syknęła, patrząc na Ryana z urazą. Zaraz jednak jej spojrzenie odzyskało poprzedni wyraz.

– Wiedziałam, że się ucieszysz. – Błysnęła uśmiechem. – Tak dobrze nam sięukładało.

Ryan spojrzał na nią lekkoosłupiały.

– Nie było żadnych „nas”, po prostu cię pieprzyłem. – Nachylił się, podniósł spodnie i włożył je na siebie. – Tak jak teraz.

Lilly wyprostowała się i obciągnęłasukienkę.

– Nie, słodziutki, to coś więcej, po prostu nie chcesz tego przyznać – stwierdziłaautorytarnie.

Ryan nie odpowiedział.

– Widzisz? Twoje milczenie to najlepszy dowód. – Rozejrzała się za majtkami, ale kiedy chciała je podnieść, Ryan zagrodził jejdrogę.

Złapał ją za gardło i przycisnął dościany.

Lilly założyła, że to dalsza część zabawy i na jej wargi wypłynął lubieżnygrymas.

Zaraz jednak zrozumiała swój błąd. Złapała go za rękę i spróbowała z siebie zerwać. Bezskutecznie.

– Hej, ty chyba nie… – wycharczała z trudem. – Ryan…

Mocniej zacisnął palce na jej szyi, odcinając dopływ powietrza. Lilly patrzyła na niego rozszerzonymi oczami, w których odmalował sięstrach.

– Teraz mnie posłuchasz – powiedział, nie przestając jej dusić. – Bardzouważnie.

Lilly raz po raz otwierała usta, starając się złapać najmniejszy łyk powietrza. Niestety, nie była w stanie. Jej wargi zaczęły sinieć. Oczy wychodziły z orbit. Okładała trzymającą ją rękę, drapała, ale Ryan trwałnieruchomo.

– Nigdy więcej nie przyjdziesz do Nieskończoności. Tym bardziej do mojego pierdolonego domu – powiedział, stopniowo zwiększając nacisk na jej gardło. Jeszcze chwila i ją zadusi, miażdżąc krtań. Wiedział to i Lilly również wiedziała. Strach w jej oczach zmienił się w czyste przerażenie. – Rozumiesz?

Chciała odpowiedzieć, ale była w stanie wydać z siebie tylkocharkot.

– Pytałem, czy rozumiesz? – powtórzył Ryan i wreszcie, po nieskończenie długiej chwili, zwolniłuścisk.

Lilly runęła na kolana, spazmatycznie łapiąc powietrze. Oparła dłonie o podłogę i zaczęła kaszleć. Kiedy uniosła głowę, zobaczył, żepłacze.

– Jesteś bydlakiem! – krzyknęła przez łzy. – Pojebanymsukinsynem!

– Następnym razem nie cofnę ręki – powiedział.

Lilly posłała mu wściekłespojrzenie.

Otarła policzki, następnie wstała, używając szafki jako punktupodparcia.

Ryan schylił się, podniósł majtki dziewczyny i wyciągnął je w jej stronę. Wyrwała mu je szarpnięciem i ruszyła dodrzwi.

– Myślałam, że jesteśinny.

Ryan zerknął na swoje przedramię, na wytatuowany na nim symbol sił powietrznych. Kiedyś byłem, pomyślał.

– Więcej tu nie przychodź – powiedział, otwierającdrzwi.

4

Eva przygryzała końcówkę reklamowego długopisu Lavish Estate, spoglądając przez okno beznamiętnym wzrokiem. Słońce zalewało wybetonowany parking nieznośnym skwarem, ale dla niej wydawało się zamglone, jakby między nią a światem ktoś rozpostarł ponury woal. Na przykład taki, jaki przesłaniał twarz jej matki, gdy leżała wtrumnie.

Przestań!

Mocniej zacisnęła zęby na długopisie. Nasadka pękła z trzaskiem. Eva wypluła kawałek niebieskiego plastiku, nie odrywając wzroku od okna. Ten dzień, jego smak, widok, dźwięki tła, kąt padania światła czy zapach… wszystko przywoływało wspomnienia. Tyle że niekoniecznie takie, jakich by sobie życzyła.

Przestań o tymmyśleć!

Jednego letniego dnia mała Eva bawi się z matką w ogrodzie, a kolejnego dzieje się coś, czego nie rozumie. Ojciec nie pozwala jej wejść do łazienki, mówi, że mama jest bardzo zmęczona i musiodpocząć.

Przez szparę w drzwiach dziewczynka dostrzega szkarłat zalewający pomieszczenie i intuicyjnie wyczuwa, że stało się coś złego, coś nieodwracalnego. Dopiero po latach wie, co takiego. Jej matka odebrała sobie życie. Stała się jednym z motyli, które z taką lubością rysowała córce. Wzleciała ku wolności, jak zapewne…

– Hej, Nolan!

Drgnęła na dźwięk swojego nazwiska. Wypuściła długopis z ręki. Uderzył w biurko, potoczył się po blacie i spadł napodłogę.

– Tak? – Odwróciła się i napotkała gromowy wzrokszefa.

– Nie miałaś przypadkiem pokazać domu klientowi? – zapytał Andy Peters. Zmarszczył krzaczaste brwi i dodał: – Michael Ellison nie lubi czekać.

Szlag, szlag, szlag!, pomyślała Eva, oblewając sięrumieńcem.

– Wiem. Właśnie wychodziłam – bąknęła, podnosząc się z fotela. Przejechała ręką po niedbale uczesanych krótkich jasnych włosach, chwyciła marynarkę, podkładkę z dokumentami i potruchtała dowyjścia.

– Tylko, Nolan! – zawołał za nią Peters. – Nie schrzańtego!

Uniosła rękę na znak, żerozumie.

– Żaden problem, szefie.

Pod dom, który miała pokazać Ellisonowi, dotarła pięć minut przed czasem, ale on już tam był. Stał na podjeździe, opierając się o błotnik złotego bugatti chirona. Wbity w drogi garnitur, wyglądał nienagannie. Miał przyprószone siwizną włosy, skrzyżowane na piersi ręce i lekko zadartą głowę, jak gdyby kontemplował górny taras domu, który – jak Eva miała nadzieję – postanowikupić.

Zaparkowała za jego wozem. Narzuciła na siebie marynarkę, przykrywając bluzkę z głębokim dekoltem; nieważne, że było gorąco, musiała wyglądać profesjonalnie. Wzięła drewnianą podkładkę z siedzenia pasażera i ruszyła w stronęmężczyzny.

– Dzień dobry, panie Ellison. – Przywołała na uszminkowane na czerwono usta swój firmowy uśmiech i wyciągnęła ku niemu dłoń. – Mam nadzieję, że nie czeka pan zbytdługo.

Zmierzył ją wzrokiem. Bardzo uważnie, jak gdyby to ona była towarem, niedom.

– Czas – rzucił z rozbawieniem. – A czymże onjest?

Eva nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, postawiła więc namilczenie.

– I nie, nie czekam zbyt długo – podjął. – Dzień dobry. – Uścisnął jej dłoń, uśmiechając się przy tym. – Panito…?

– Eva – przedstawiła się. – Eva Nolan.

– Proszę, chodźmy. – Wyciągnął rękę w kierunku domu. – Chętnie zobaczę, co ma pani dozaoferowania.

Eva przełożyła podkładkę do drugiej ręki. Ruszyła przodem, czując na sobie wzrok Ellisona. Miała wrażenie, że przewierca ją nawylot.

Wstukała kod, dezaktywując alarm, po czym wyciągnęła klucz z kieszeni spodni. Wsunęła go w zamek, przekręciła i otworzyładrzwi.

– Zapraszam. – Ponownie zaserwowała mężczyźnie swój firmowy uśmiech. – Czuję, że to będzie dom pańskichmarzeń.

Nienawidziła tej kretyńskiej gadki, ale to był niezbędny element tej gry. Pewnego rodzaju uwodzenie klienta, czarowanie. Wmówi facetowi, że potrzebuje tego domu, że pragnął go od dawna, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nicprostszego.

Co za szajs, westchnęła, zdmuchując grzywkę zczoła.

Czy właśnie dlatego jej matka postanowiła się zabić? Bo zapędziła się w kozi róg i wiodła życie, którego skrycie nienawidziła? Bo pozwoliła swojemu mężowi zrobić z siebie osobę, którą nigdy nie była i być nie chciała? Czy stąd brały się motyle? Były błaganiem o pomoc, którego nikt w porę nie usłyszał? Z biegiem czasu Eva nabierała coraz większego przekonania, że tak. Zaczynała się również bać, że skończy tak samo jak matka. Że jeśli w którymś momencie nie skręci ze źle obranej drogi, nie wytrzyma. Zamknie się w łazience, napuści do wanny gorącej wody, wejdzie do niej i podetnie sobie żyły. To podobno nie boli. Jest jak dryfowanie, powolne odpływanie wsen.

Nie myśl otym!

Zamrugała parokrotnie, skupiając się wyłącznie na tu iteraz.

– To oryginalne lampy od Tiffany’ego – powiedziała, gdy mijali hol. – Zamówione przez pierwszego właściciela i niezmieniane od tegoczasu.

– Ładne – ocenił Ellison, ledwie prześlizgując się po nichspojrzeniem.

Wyszli na przestronną klatkę schodową. Ich kroki odbijały się głucho, drobinki kurzu wirowały w złotych promieniach słońca. W powietrzu unosił się zapach luksusu, jeszcze anonimowy, tylko czekający, aż ktoś uczyni goswoim.

– Drewniane podłogi również są oryginalne – ciągnęła Eva. – Idealnie odrestaurowane, wyglądają jak nowe. Teraz trudno znaleźć drewno takiejklasy.

– Mhm – mruknął Ellison. Zerknął na podłogę, następnie podniósł wzrok na sufit. – To też Tiffany? – zapytał, wskazującklosz.

– Zgadza się. Ma pan dobre oko – pochwaliła.

Ellisonprzystanął.

– Czyli w większości dom jest dobrze utrzymanymzabytkiem?

Zaprzeczyła ruchemgłowy.

– Zachowano tylko pewne detale. – Przeciągnęła palcami po futrynie z wiśniowego drewna. – Te, które były unikatowe, decydowały o charakterze tegomiejsca.

– Rozumiem. – Kącik ust Ellisona sięuniósł.

– Proszę, tu mamy kuchnię. – Eva skierowała mężczyznę na lewo. – Niech pan zwróci uwagę na białe blaty z kamienia kwarcowego i podłogę z płytek łupkowych. – Uśmiechnęła się uśmiechem lalki. – Robi wrażenie, prawda?

Ellison pokiwałgłową.

– Moja mama mawiała, że kuchnia jest sercemdomu.

Tu cię mam, pomyślała Eva i postanowiła pociągnąćtemat.

– To prawda – zgodziła się wciąż z tym uśmiechem lalki doklejonym do ust. – Tutaj może pan przygotowywać ulubione przysmaki na najnowszym, sześciopalnikowym piecu. Jest też piekarnik konwekcyjny, duża, pojemna lodówka oraz lodówka dowina.

– Rzadko gotuję – zwierzył się Ellison. – Lubię to, ale brak czasu… i takie tamróżne.

– To miejsce skusi pana, by znaleźć choć chwilę. – Eva zatoczyła ręką łuk w powietrzu. – Gdyby jednak wolał pan zatrudnić kucharza, jest tuoddzielne…

– A sypialnie? – wszedł jej w słowo. – Ile ichjest?

– Cztery – odparła Eva. – Główna zawiera garderobę w zabudowie. Jest połączona z łazienką spa. Czy chciałby pan ją terazobejrzeć?

– O tak – mruknąłEllison.

Eva wyszła z kuchni i skierowała się w stronę spiralnych schodów. Mężczyzna podążał za nią. Tak blisko, że czuła na karku jego oddech. Kiedy znaleźli się na górze, poprowadziła go do drugich drzwi naprawo.

– Proszę zwrócić uwagę na te przyjemne jasne tony naturalnego światła. Pomieszczenie zostało tak zaprojektowane, żeby…

Ellison nie dał jej skończyć. Rzucił się na nią, przyszpilając do ściany. Podkładka wypadła z jej rozwartych palców. Ustami wpił się w jej usta, kolanem rozchylił uda i musnął ją między nogami w perwersyjnymgeście.

Eva szarpnęłagłową.

– Panie Ellison! – zawołała zbulwersowana. – Co panrobi?!

Mężczyzna uśmiechnął się obrzydliwie. Na jego pobrużdżonej twarzy pojawiło się więcej zmarszczek, upodabniając ją do suszonejśliwki.

– Oboje wiemy, że nie chodzi o dom. – Zacisnął palce na jej nadgarstkach. – Nie tylko o dom – powtórzył i przejechał językiem po jejszyi.

Eva poczuła, że robi jej się gorąco. Nie była jedynie pewna, czy ze strachu, czywściekłości.

– Puszczaj!

Pokręciłgłową.

– Mam inny pomysł. Chciałbym przetestować to łóżko, zanim kupię dom. Co ty na to, Eva?

Och, więc tak to sobie zaplanował. Transakcja zostanie sfinalizowana, jeśli pośredniczka da mu się zerżnąć. Jeżeli nie jego wspaniała osoba, to bajeczna prowizja powinna ją skusić, tak pewnie myślał. Skurwiel.

– Puść mnie! – powtórzyła.

Zaśmiałsię.

– Skoro wolisz na ostro…

– Wolę! – warknęła Eva i z całej siły kopnęła go międzynogi.

Ellison wydał z siebie cienki pisk. Puścił jej nadgarstki, złapał się za krocze i osunął na kolana. Twarz mu poczerwieniała, kosmyk srebrnych włosów opadł naskroń.

– Pożałujesz tego! – wysyczał. – Maładziwko.

Eva zerknęła w bok na nocną lampkę. Miała ochotę chwycić ją i rozbić na głowie Ellisona, ale się powstrzymała. Następnie jej spojrzenie prześlizgnęło się po leżącej na podłodze podkładce z dokumentami… i tym razem już się nie powstrzymała. Podniosła ją, zamachnęła się i trzasnęła mężczyznę wgłowę.

– Ty suko! – Dotknął obolałego miejsca i spojrzał na nią z koszmarną, podszytą wściekłością niewiarą. – Zniszczę cię! – obiecał.

Eva upuściłapodkładkę.

– Do widzenia – rzuciła, ruszając w stronę wyjścia. – Oferta sprzedażowa jestnieaktualna.

5

Eva postanowiła, że wróci do Lavish Estate okrężną drogą. Musiała ochłonąć, musiała… po prostu pojeździć i oczyścić myśli. Tak, dokładnie. A jazda zawsze pomagała.

Ściągnęła marynarkę i opuściła szyby. W aucie panował niemiłosierny skwar. Rozejrzała się za butelką wody, ale żadnej nie znalazła. Trudno, kupi coś po drodze. I może nawet kiedyś dorobi się nowego samochodu, takiego z komputerem pokładowym, sprawną klimatyzacją i innymi bajerami, które w dwudziestym pierwszym wieku są standardem. Lecz, jak widać, nie dla niej. Prowizja za dom, który miała nadzieję opchnąć Ellisonowi, przepadła. To nic, poradzi sobie bez niej. Bez karty kredytowej ojca również. I tak zbyt często jejużywała.

Zrobiła jeden szybki przystanek, przy 7-Eleven. Kupiła butelkę rozkosznie zimnej wody i łapczywie wypiła połowę, zanim wróciła do auta. Przystanęła na krawężniku i krytycznie spojrzała na swojego chevroleta z nadgniłymi progami. Niedługo go zmienię, obiecała sobie, wsiadając za kierownicę.

Wściekłość spływała z niej z każdym przejechanym kilometrem, pozostawiając kwaśny smak zużytej adrenaliny. Co za buc. Co za cholerny buc! Czy Ellison naprawdę sądził, że da się przelecieć? Że pieniądze wszystko załatwią? Prawdopodobnie tak. I prawdopodobnie pierwszy raz spotkał się z odmową. Ponieważ ludziom tego pokroju się nie odmawia. Eva dobrze znała ten typ. Ludzi z Wielką Forsą. Jej ojciec był taki. David Odpowiednia Suma Załatwi SprawęNolan.

Jakaś część jej myśli znów chciała odpłynąć w stronę matki. Zastanowić się, jak wielką rolę w jej samobójstwie odegrał ojciec. Czy nie było tak, jakby niewidzialną ręką trzymał brzytwę i ciął nadgarstki? Bóg wie, że są rzeczy gorsze niż pięść opadająca na twarz, a on zrobił je wszystkie. Czyny, których nie można wybaczyć, działania, które…

Wystarczy, wystarczy, wystarczy!

Eva ścięła zakręt i wyjechała na kolejną ulicę. Słońce wciąż stało wysoko, rozgrzewając wnętrze chevroleta. Przed przednią szybą przeleciał jakiś owad, może nawet motyl, i coś ścisnęło ją zagardło.

Dostrzegła długi sznur samochodów przed sobą, ale było już za późno, by obrać innądrogę.

– Cholera jasna – wymamrotała, wciskająchamulec.

W porządku, postoi tu godzinę albo pięć, żaden problem. Wcale jej się nie paliło, żeby opowiedzieć Andy’emu Petersowi o tym, jak sprawa się spieprzyła. Bardzo wątpliwe, że będzie chciał wnieść oskarżenie. Nie wobec Michaela Ellisona. Jej na pewno też toodradzi.

Kiedy wreszcie dotarła do Lavish Estate, była niemal idealnie spokojna iopanowana.

Zdmuchnęła wchodzącą do oka grzywkę i energicznie pchnęła drzwi. Weszła w przyjemny chłód klimatyzatorów. Przecięła korytarz, otworzyła następne drzwi, ruszyła w stronę swojego biurka… i zamarła. Peters pędził ku niej, jego szeroka twarz miała kolor wozustrażackiego.

– Nolan! – ryknął. – Coś ty, kurwa, zrobiła?!

Evazamrugała.

– Proszę?

– Odbiło ci?! – Kropelki śliny trysnęły z ust Petersa prosto na jej twarz. – Coś tynarobiła?!

– Chodzi o Ellisona? – zapytała, nagle nabierając bardzo złych podejrzeń. – Facet się na mnierzucił.

Petersprychnął.

– Rzucił się? Michael Ellison się na ciebie rzucił? Myślisz, że w touwierzę?

Eva poczuła, jak gorąco dociera do jejpoliczków.

– Tak! Ponieważ mówię prawdę. Facet rzucił się na mnie, kiedy pokazywałam mudom.

Peters zmarszczył krzaczaste brwi. Świszczał, jakby nabieranie powietrza przychodziło mu z trudem. Kolor jego twarzy z ognistej czerwieni zaczął przechodzić wpurpurę.

– Och, czyżby?

– On coś powiedział, tak? – Eva zmrużyła oczy. – Powiedział, że to ja cośzrobiłam?

– A nie zrobiłaś? – Kolejna porcja śliny wytrysnęła z ust Petersa. – Nie zaczęły cię denerwować pytania Ellisona, na które, co zresztą mnie nie dziwi, nie byłaś w stanie odpowiedzieć? Nie potraktowałaś goobcesowo?

– Nie! Wcale tak niebyło!

– Nie rąbnęłaś go podkładką w łeb? – Przyjrzał się jej ostentacyjnie. – To gdzie ją teraz masz? W aucie? A może wyrzuciłaś podrodze?

Eva poczuła, że robi się jejduszno.

– Uderzyłam go, ale… to byłasamoobrona!

– Obraziłaś go, Nolan, napadłaś, a on zażądał twojej głowy! – wykrzyczał Peters jednym tchem. – Co robisz takie oczy? Coś ty sobie myślała? To dla ciebiezabawa?

Eva powiodła spojrzeniem po pokoju, próżno szukając wsparcia u innych pracowników Lavish Estate. Przypatrująca się jej znad laptopa rudowłosa stażystka, Katherine albo Kimberly, wyglądała wprawdzie niemal współczująco, za to ten złamas, Stevens, nie próbował nawet ukryćuśmiechu.

A więc było tak, pomyślała z wywołaną nową falą adrenaliny klarownością, sukinsyn zadzwonił do Petersa albo nawet pofatygował się tu osobiście, przedstawiając swoją wersję wydarzeń. Sprzedał mu zapchloną bajeczkę, a że był pierwszy, zeznanie działało na jego korzyść. Podczas gdy Eva przemierzała kolejne ulice, szukając spokoju ducha, on wcielił plan w życie i teraz się z niej śmiał. Pożałujesz tego, tak jej powiedział. A potem, kiedy trzasnęła go tą nieszczęsną podkładką, dodał, że ją zniszczy. I, proszę, grunt już palił się jej pod nogami.

– Facet się na mnie rzucił – powtórzyła z uporem. – Powiem to samo, podpięta do wariografu i przejdę test. Niech mi pan, do cholery, uwierzy!

Peters zrobił ruch, jakby chciał złapać ją za łokieć, ale się rozmyślił. Skinieniem głowy wskazałdrzwi.

– Wyjdźmy – wycedził.

Ruszył do wyjścia, przygarbiony i posapujący. Eva odwróciła się, pokazała Stevensowi wyprostowany środkowy palec, po czym pomaszerowała zaszefem.

Stanęli w cieniu budynku, nieopodal popielniczki. Eva obrzuciła niedopałki krytycznym spojrzeniem. Paliła jako gówniara i teraz z chęcią wróciłaby do nałogu. Tego i wszystkichinnych.

– Zdajesz sobie sprawę, co by się stało, gdyby Ellison wniósł oskarżenie? – zapytał Peters, wyjmując paczkę papierosów z kieszeni na piersi. – Puściłby mnie, kurwa, ztorbami.

– Oskarżenie?! – Eva starała się mówić spokojnie, ale marnie jej szło. – Na jakiejpodstawie?!

– Rusz głową, Nolan. – Peters wytrząsnął papierosa z paczki. – Układ jest prosty: ty wylatujesz, Ellison zapomina o całej sprawie. – Wsunął marlboro do ust. – I ja się na ten układ zgodziłem.

Eva miała ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem. Odnosiła wrażenie, że znalazła się w jakimś poronionymfilmie.

– Przecież ja nic nie zrobiłam! Dlaczego nie chce mi panuwierzyć?

Peters zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko. Jego twarz powoli odzyskiwała normalnąbarwę.

– A dlaczego mam nie wierzyć jemu? – odpowiedział pytaniem, wydmuchując chmurę sinoniebieskiegodymu.

Eva otworzyła usta i zaraz je zamknęła. Bo jest mężczyzną, dlatego? Taki argument był idiotyczny. To nie płeć Ellisona zawiniła, tylko fakt, że był dupkiem. Co właściwie miała na swoją obronę? Nic. Słowo przeciwko słowu, to wszystko. Tyle że Ellison był szanowanym facetem z forsą i nieposzlakowaną opinią, natomiast ona… zblazowaną córeczką bogatego tatusia z szemraną przeszłością. Zajebiście fatalnepołożenie.

– Po co miałabymkłamać?

Peters wzruszył ramionami i wydmuchnął kolejną chmurędymu.

– Odszkodowanie? Rozgłos? Jedno idrugie?

– Nic mu nie zrobiłam! – zaoponowała. – Toon…

– Tak, wiem, rzucił się na ciebie. – Peters przewrócił oczami. – Zdajesz sobie sprawę, że twoja sytuacja źle wygląda? Znikasz na ponad dwie godziny, jakbyś musiała poukładać sobie wszystko w głowie, wymyślić sensowną linię obrony, podczas gdy Ellison dzwoni do mnie od razu po tym, co się stało.

Eva zacisnęła dłonie wpięści.

– Nie każdy jest takim wyrachowany, pieprzonym sukinsynem jakon!

Peters popatrzył na nią zpolitowaniem.

– Masz jakieś dowody? Coś, co przekona mnie do twojejwersji?

– A on ma?! – ryknęła. – Ma coś poza swoją kłamliwągadką?

– Guza na głowie – powiedział Peters ze śmiertelną powagą. – Jego prawnikowi towystarczy.

– Ja też mam prawnika – odparowała Eva, wojowniczo unoszącpodbródek.

Peters sięzastanowił.

– Nie radzę ci iść z tym do sądu. Wątpię, żeby ława przysięgłych ci uwierzyła. – Zaciągnął się z pasją, po czym zgasił niedopałek wpopielniczce.

– Nie rozumie pan? – Głos jej się łamał i znienawidziła się za to. – On… on…

– Co? – Górna warga Petersa uniosła się, ukazując szereg zębów. – Uwziął się na ciebie? Nieszczęśliwie zakochał? Nie rozśmieszaj mnie, Nolan.

Eva wzięła głęboki wdech, policzyła do trzech i powoli wypuściła powietrze. Miała wrażenie, że cokolwiek zrobi lub powie, tylko pogorszy swoją i tak fatalnąsytuację.

– Mówię prawdę! Niczego mu nie zrobiłam. Toniedorzeczne!

– Masz pół godziny, żeby zabrać swoje rzeczy – stwierdził Petersbeznamiętnie.

– Ale…

– Na wypłatę też nie licz.

– Słucham?!

– Pokpiłaś sprawę, Nolan. Ciesz się, że tylko tak to się kończy. – Odwrócił się i ruszył dowejścia.

Eva patrzyła za nim rozszerzonymi szokiem oczami. Pod powiekami czuła palące łzyupokorzenia.

6

Uwinęła się z pakowaniem w kwadrans. Wyszła z Lavish Estate na sztywnych nogach, starając się na nikogo nie patrzeć. Pod pachą niosła kartonowe pudło ze swoimi rzeczami, niedorzecznie lekkie, kompletne przeciwieństwo tego, jak się czuła. Nie było tego wiele: kubek z nadrukowanym wizerunkiem motyla, oprawione w ramkę zdjęcie, na którym ona i Arthur radośnie szczerzą się do obiektywu, pluszowy miś wielkości dłoni, ilustrowany przewodnik po architekturze na przestrzeni wieków, kolorowy klips do dokumentów, długopis z futrzanympomponem.

Wrzuciła pudło na tylne siedzenie chevroleta i chwilę patrzyła na nie tępym wzrokiem. Zastanowiła się, co pomyślałby ktoś, kto by je znalazł, gdyby właścicielka uległa śmiertelnemu wypadkowi. Że interesowała się architekturą i lubiła futrzane długopisy? Że była wesołą, pełną życia osobą z