Frytki z cukrem - Wojtyszko Adam - ebook + książka

Frytki z cukrem ebook

Wojtyszko Adam

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Świat przedstawiony w opowiadaniach Adama Wojtyszko bywa absurdalny, zabawny i niepokojący. Bohaterowie próbują radzić sobie z własnymi słabościami, lękami i pragnieniami, często wpadając przy tym w sytuacje równie komiczne, co gorzkie.

Autor z lekkością i ironią opowiada o ludziach trochę zagubionych, trochę ekscentrycznych, ale ujmująco autentycznych. Codzienność miesza się tu z groteską, a zwykłe zdarzenia potrafią nagle przybrać nieoczekiwany obrót.

Adam Wojtyszko - reżyser i scenarzysta teatralny, filmowy, telewizyjny oraz radiowy. Od 2024 roku dyrektor i główny reżyser Teatru Polskiego Radia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 127

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Adam Woj­tyszko Copy­ri­ght © for illu­stra­tions by Wanda Koss Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca

All rights rese­rved

Redak­torka pro­wa­dząca: Agnieszka Radzi­kow­ska Redak­cja: Ewa Ski­biń­ska Korekta: Anna Brze­ziń­ska, Maciej Kor­ba­siń­ski Pro­jekt okładki: Daniel Rusi­ło­wicz Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 978-83-8382-924-1

Kółkąt

…i wtedy Mar­cel wpadł do mojego miesz­ka­nia, krzy­cząc: „Kół­kąt cię nisz­czy! Tłamsi cię!”. Nie chciało mi się wypy­chać go za drzwi, więc słu­cha­łem jego jazgo­tli­wego gda­ka­nia. W krót­kich prze­rwach miał iry­tu­jący nawyk przy­ta­ki­wa­nia samemu sobie. Ukła­dał wtedy usta w wydatny odby­cik i przy­my­kał oczy, kiwa­jąc małą głową. Powszech­nie wia­domo, że Mar­cel jest idiotą, ale idiota cza­sem też miewa rację.

Kół­kąt – kształt, który tak bar­dzo zmie­nił obli­cze ludz­ko­ści – odkry­łem nie­chcący trzy lata temu. Ta ide­al­nie okrą­gła figura geo­me­tryczna, która jed­no­cze­śnie posiada jeden kąt ostry, powstała z połą­cze­nia bez­myśl­nego bazgra­nia na mar­gi­ne­sie notat­nika w cza­sie nud­nego wykładu z etyki i ero­tycz­nej iskierki wywo­ła­nej spoj­rze­niem kole­żanki. Zer­k­nęła na mnie ponęt­nie w chwili, kiedy aku­rat o niej fan­ta­zjo­wa­łem, i dłu­go­pis tak jakby usko­czył mi w inny wymiar. W pierw­szej chwili zabo­lał mnie mózg i oczy, ale po sekun­dzie uzna­łem, że stwo­rzy­łem coś nie­zwy­kłego. Wła­ści­wie nie stwo­rzy­łem, tylko cał­ko­wi­cie przy­pad­kiem naba­zgra­łem zja­wi­sko, które odmie­niło losy świata. W ciągu kilku tygo­dni sta­łem się nie­wy­obra­żal­nie sławny. Każ­dego dnia udzie­la­łem wywia­dów i pozo­wa­łem do sesji z pierw­szym szki­cem kół­kąta – feno­menu, który zna­lazł zasto­so­wa­nie w pra­wie wszyst­kich dzie­dzi­nach ludz­kiej aktyw­no­ści. Pod­niósł wydaj­ność sil­ni­ków zarówno spa­li­no­wych, jak i elek­trycz­nych o ponad sie­dem­dzie­siąt pro­cent. Obni­żył koszty budow­lane o ponad połowę, zmie­nił myśle­nie o wzor­nic­twie, medy­cy­nie, elek­tro­nice, eko­no­mii, eko­lo­gii, a nawet gadże­tach ero­tycz­nych. Kształt, który od zawsze był tuż obok, dostępny dla ludz­ko­ści, choć pozo­sta­wał w ukry­ciu, stał się sym­bo­lem ćwierć­wie­cza, a ja przy oka­zji świń­sko się na tym wzbo­ga­ci­łem. Nie po pro­stu wzbo­ga­ci­łem – tylko świń­sko. Wiele bar­dzo złych decy­zji inwe­sty­cyj­nych póź­niej byłem już tylko zwy­czaj­nie bogaty i nie­po­mier­nie samotny. Cięż­kie sta­lowe chmury dyso­cja­cji oso­bo­wo­ści z wolna for­mo­wały tor­nado w mojej psy­chice. Sam fakt, że potra­fi­łem wymę­czyć tak okropne zda­nie jak to poprzed­nie, jest dowo­dem na mój roz­pacz­liwy stan. Więc zro­bi­łem to, co każdy sta­ło­cieplny ssak uczy­niłby w mojej sytu­acji. Zwia­łem na drzewo.

* * *

Jestem drze­wem roz­ło­ży­stym. Roz­ło­ży­stość mnie okre­śla. Cała masa isto­tek znaj­duje schro­nie­nie w moich gałę­ziach, korze­niach i dziu­plach, ale dwa dni temu wszedł na mnie facet i je odstra­sza. Popła­kuje cicho albo stara się nie spaść w cza­sie snu, albo gapi się w pustkę. Prze­gryw. Jego poja­wie­nie się zbiega się z moim uzy­ska­niem świa­do­mo­ści, więc musi w nim być coś wyjąt­ko­wego, ale spra­wia przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. Całe swoje poprzed­nie ist­nie­nie ogra­ni­cza­łom do foto­syn­tezy i szu­mie­nia, aż tu nagle tada­aaam: ubrana w nar­ra­cję toż­sa­mość. Duży stres, nie powiem. Sporo liści z ner­wów zgu­bi­łom. Mnó­stwo pytań. Po co jestem, skąd, czy to dobrze? Koleś jest jakimś nośni­kiem nie­co­dzien­nej war­to­ści, ale nie podoba mi się to, że się zalągł. I że beczy. Myszki ucie­kły. Wie­wiórki też. Tylko mszyca została. Nawet dzię­cioł trzyma dystans. Jestem zako­rze­nione w parku w śród­mie­ściu, więc wiele widzia­łom. Seks, bójki, popi­jawy, joga i inne odchyły to codzien­ność. Cza­sem się dzieci wdra­pują, ale szybko się nudzą. A ten nie. Ten sie­dzi i skamle. Wycią­gnął jakieś ostre gówno i pró­bo­wał wyryć mi w korze tro­chę kółko, tro­chę kąt ostry, ale go sie­kłom rózgą w twarz. Znów się mazgaj roz­kleił, ale prze­stał ryć. Jak się nie opa­nuje, będę musiało go zabić. Mogę udu­sić, zrzu­cić albo namó­wić dzię­cioła na bru­talny atak w głowę. Ile ja mam myśli! Szok, że w ogóle umiem uży­wać słowa „szok”!

* * *

Kasz­mira przy­szła i pró­bo­wała mnie namó­wić, żebym zlazł. Tak dużo rze­czy mnie w niej drażni, że na złość nie zejdę. Jej głos, jej mru­ga­nie, jej zapach i to, że w ogóle jest tak nie­sa­mo­wi­cie atrak­cyjna. Podoba się wszyst­kim face­tom bez wyjątku. Oble­piają ją ukrad­kiem spoj­rze­niami, a ja wizu­ali­zuję ją sobie z każ­dym z nich w mrocz­nej jaskini swo­jej zazdro­ści. Wiem, że gdyby nie kół­kąt, nie miał­bym u niej żad­nych szans na nic oprócz par­sk­nię­cia, ale dzięki sła­wie i bogac­twu od dwóch lat była moją żoną. Nie cier­piała seksu ze mną, cho­ciaż bar­dzo sta­rała się uda­wać. Uży­wała wszyst­kich tan­det­nych sztu­czek zapo­ży­cza­nych z trze­cio­rzęd­nego porno. Absur­dalne poję­ki­wa­nia prze­pla­tane kwe­stiami w stylu: „Oł jes, its soł big!” albo „It fil soł gud!”. Wszystko z twar­dym buł­gar­skim akcen­tem. Ni­gdy, ani przez nano­se­kundę nie wie­rzy­łem, że jest jej przy­jem­nie. Ale doce­nia­łem sta­ra­nia. Oczy­wi­ście zapro­po­no­wała, że mnie zado­woli, jak opusz­czę drzewo.

– Mnie się nie da zado­wo­lić! – wrza­sną­łem i pra­wie spa­dłem.

* * *

W końcu wla­zła do niego na moją gałąź. Jest piękna, ale pusta jak obiet­nica nie­śmier­tel­no­ści… Jeny! Skąd mi się biorą takie tek­sty?! Muszę zacząć kon­tro­lo­wać prze­pływ sen­sów, bo osza­leję. Naj­pierw uda­wała, że jej smutno, że już mu się nie podoba, a kiedy on gwał­tow­nie zapew­niał ją, że jest jego bogi­nią, roz­pięła mu roz­po­rek zębami. Wyka­zała się koor­dy­na­cją i spraw­no­ścią, która wystar­czała, żeby oboje nie skrę­cili kar­ków. Sza­cun. W cza­sie unie­sie­nia pod­su­nęła mu do pod­pi­sa­nia doku­ment zrze­cze­nia się praw do kół­kąta. Wiem o tym, ponie­waż wykrzy­czała, zado­wa­la­jąc go anal­nie: „Oł jes, fak mi and pod­pisz akt zrze­cze­nia się praw do kół­kąta!”. Idiota pod­pi­sał. Natych­miast zaczęła się zbie­rać, nawet na niego nie patrząc. Bez poże­gna­nia ani niczego. Na szczę­ście na tym pozio­mie świa­do­mo­ści mogłom już kon­tro­lo­wać prost­sze struk­tury neu­ro­nowe. Wysła­łom dwie­ście osiem­dzie­siąt trzy mszyce, żeby zżarły frag­ment doku­mentu z pod­pi­sem. Bar­dzo sku­teczne i posłuszne dra­nie. Kasz­mira nawet się nie zorien­to­wała. Poszła. Przy­szedł Mar­cel, który w moim drzew­nym odczu­ciu jest idiotą.

* * *

Lojal­ność Mar­cela jest wprost pro­por­cjo­nalna do jego głu­poty. Ni­gdy mnie nie zawiódł (no chyba że mówimy o jego pró­bach sfor­mu­ło­wa­nia jakiej­kol­wiek sen­sow­nej myśli) i zawsze wie­dział, kiedy przy­nieść jedze­nie. Pizza kil­ku­krot­nie wylą­do­wała w pia­chu, bo Mar­cel ubz­du­rał sobie lęk wyso­ko­ści i zamiast do mnie dołą­czyć, pró­bo­wał ją pod­rzu­cać. Chrzę­ściła w zębach. Pona­rze­kał tro­chę na ceny ben­zyny, pró­bo­wał sobie bez­sku­tecz­nie przy­po­mnieć żart o bocia­nie ze Ślą­ska i prze­strze­gał mnie przed Kasz­mirą. Chyba zapo­mnia­łem mu powie­dzieć, że jest moją żoną. Z kon­tek­stu wywnio­sko­wa­łem, że nacią­gnęła go na więk­szą kasę. Kiedy prze­szedł do roz­k­mi­nia­nia, jak uwieść jedną z bliź­nia­czek syjam­skich, poczu­łem, że nie wytrzy­mam. Zaczą­łem się zsu­wać z drzewa. Przez chwilę mia­łem wra­że­nie, że roślina nie chce mnie wypu­ścić. Taki jakiś dziwny magne­tyzm. Coś huk­nęło w pustej fon­tan­nie.

* * *

Mar­cel tak strasz­nie bre­dził… Kiedy doszedł do roz­wa­żań na temat seksu ze zro­śnię­tymi sio­strami, całą mocą psy­cho­ki­nezy prze­je­łom ste­ro­wa­nie nad dzię­cio­łem. Po krót­kim koło­wa­niu ptak roz­po­czął piko­wa­nie pro­sto w głowę tego kre­tyna. Nagłe zsu­wa­nie się czło­wieka podraż­niło korę, odwra­ca­jąc moją uwagę od ataku. Dzię­cioł oprzy­tom­niał aku­rat na tyle, żeby lekko skrę­cić i roz­trza­skać się w suchej fon­tan­nie. On chciał uciec. Mak­sy­malną kon­cen­tra­cją pró­bo­wa­łom go zatrzy­mać. Nasze jaź­nie (jego mię­sna, a moja drew­niana) splo­tły się na uła­mek z dziką mocą, ale nie­stety moja nad­wą­tlona wcze­śniej­szym ata­kiem kon­cen­tra­cja nie wystar­czyła, żeby go zawró­cić. Razem z nim odcho­dziła moja świa­do­mość… moje liście… świa­tło… szum… eeee… kor­niki. Jestem drze­wem roz­ło­ży­stym. Roz­ło­ży­stość mnie…

* * *

Łazi­łem po mie­ście, aż znów zgłod­nia­łem. Nie mia­łem kasy, a tele­fon padł mi przed­wczo­raj, więc wró­ci­łem do swo­jego miesz­ka­nia. Sprzęty AGD zama­wiała Kasz­mira, wyda­jąc moje pie­nią­dze bez żad­nych zaha­mo­wań. Lodówka miała inter­fejs inte­li­gent­niej­szy od Mar­cela i pojem­ność tira. Zawi­słem na drzwiach, pró­bu­jąc wymy­ślić, co chcę zjeść. I wtedy lampka we wnę­trzu jakby mnie zahip­no­ty­zo­wała. To świa­tło było smaczne. Poczu­łem na swo­jej skó­rze dwu­tle­nek węgla. Drzewo ewi­dent­nie coś mi prze­ka­zało. Pra­gną­łem foto­nów, wody i CO₂. Foto­syn­teza powo­lutku zaczy­nała dzia­łać.

Zamar­łem na dłu­gie godziny, chło­nąc. Ostat­nie, co pamię­tam, to głos poli­cjanta woła­ją­cego do kolegi: „To ten facet od kół­kąta! Jest cały zie­lony i wypu­ścił pędy!”.

Chcę być czło­wie­kiem roz­ło­ży­stym.

Jasne

Tymon panicz­nie bał się ciem­no­ści. Nie była to zwy­kła fobia, ale gama sta­nów lęko­wych pod­nie­siona nie­omal do rangi sztuki. Jeden z jego tera­peu­tów twier­dził, że u pod­staw leży strach przed śmier­cią pod­świa­do­mie utoż­sa­miony z mro­kiem. Moż­liwe.

Tymon tak bar­dzo oba­wiał się ciem­no­ści, że każde zamknię­cie oczu wywo­ły­wało u niego dresz­cze nie­po­koju. Dla­tego nauczył się mru­gać na prze­mian raz lewym, raz pra­wym okiem, tak by ni­gdy nie tra­cić rze­czy­wi­sto­ści z pola widze­nia. Każde pój­ście spać trak­to­wał jak gene­ralną próbę przed śmier­cią. Dla­tego od dzie­się­ciu lat nie poło­żył się do łóżka trzeźwy, a i tak spał tylko za dnia. Nocą za bar­dzo się bał.

Gdy był mały, jego rodzice nie­za­leż­nie od sie­bie stra­cili wzrok. Mama przez guza mózgu, a ojciec przez jakąś par­szywą bak­te­rię ata­ku­jącą nerwy łączące gałki oczne z poty­licą oraz jądra.

Tymon od naj­młod­szych lat był zmu­szony opie­ko­wać się śle­pymi rodzi­cami. Trauma zaczęła się od ojca, który codzien­nie rano spa­dał z łóżka, wrzesz­cząc: „Czy ja już umar­łem?!”. Po paru mie­sią­cach dołą­czyła do niego matka. Od świtu rodzice szlo­chali przy­tu­leni, kuląc się na dywa­niku przy łóżku i cze­ka­jąc, aż Tymon przyj­dzie do nich i zapewni, że mało praw­do­po­dobne jest to, aby umarli wszy­scy troje naraz. Potem wkra­czali razem w kolejny dzień pozba­wiony sensu, kolo­rów i rado­ści.

Umarli we śnie, gdy miał osiem lat. Zanim Tymon nauczył się mru­gać na prze­mian, spę­dził dłu­gie mie­siące na wma­so­wy­wa­niu gru­bo­ziar­ni­stego peelingu w powieki, żeby uczy­nić je jak naj­bar­dziej prze­świ­tu­ją­cymi. Jed­nej, jak zwy­kle nie­prze­spa­nej nocy oglą­dał przy zapa­lo­nych wszyst­kich świa­tłach tele­wi­zję. Doku­ment o zwie­rząt­kach. Pro­wa­dzący z uda­wa­nym entu­zja­zmem opo­wia­dał o tym, że sowy mają trzy powieki – do spa­nia, mru­ga­nia i jesz­cze jedną do zacho­wa­nia czy­sto­ści oka. Oświe­ce­nia doznał, widząc, że ptak mruga nie­sy­me­trycz­nie.

Następne tygo­dnie poświę­cił na dosko­na­le­nie tech­niki naprze­mien­nego widze­nia. Wywo­łało to wiele nie­zręcz­nych sytu­acji, gdyż jego mru­ga­nie odbie­rane było jako prze­jaw spo­ufa­la­nia się bądź cho­roba ner­wowa. Raz pró­bo­wał wyja­śnić pani w skle­pie, że to nie tiki ner­wowe, tylko spo­sób na per­ma­nentne widze­nie, ale kobieta nie wyda­wała się uspo­ko­jona.

Tymon robił wszystko, żeby nawet na uła­mek sekundy nie pogrą­żać się w ciem­no­ści. Nie ubie­rał się w swe­try ani koszule, które nie były roz­pi­nane. Nie tole­ro­wał zasłon, fira­nek i żalu­zji. Kupił mały gene­ra­tor na wypa­dek awa­rii prądu i całe mnó­stwo pałe­czek świetl­nych. Fos­fo­ry­zu­jące świa­tło che­miczne nie było bar­dzo inten­sywne, ale świe­ciło dwa­na­ście godzin i w razie czego pozwa­lało unik­nąć panicz­nego migo­ta­nia przed­sion­ków.

Naj­więk­szym marze­niem Tymona było wyje­chać na wszystko jedno który bie­gun polarny, gdzie dzień może trwać nawet pół roku. Zafa­scy­no­wany fak­tem, że tar­cza słońca nie chowa się tam za hory­zont, zało­żył fun­da­cję naukową, któ­rej celem było spraw­dze­nie reak­cji sło­necz­ni­ków na wędrówkę słońca po wid­no­kręgu. Uzy­skał duże dofi­nan­so­wa­nie i wyru­szył uzbro­jony w osiem szklar­nio­po­dob­nych ogrze­wa­nych pro­sto­pa­dło­ścia­nów, w któ­rych prze­wo­ził kwiaty.

Eks­pe­ry­ment poka­zał, że roślinki nie były w sta­nie obra­cać się w kółko i po kilku dniach ukrę­ciły sobie łby. Pie­nią­dze z dofi­nan­so­wa­nia koń­czyły się, a dal­sze prze­by­wa­nie na kole pod­bie­gu­no­wym prze­stało być jak­kol­wiek uza­sad­nione.

Zako­chany w roz­świe­tlo­nej bieli, Tymon posta­no­wił zerwać kon­takt z cywi­li­za­cją i polu­jąc na foki, prze­żyć jak naj­dłu­żej w raju bez ciem­no­ści. Jed­nak cho­ler­nie zimna aura zmu­siła go do myśle­nia o prze­nie­sie­niu się do Las Vegas. Cie­pło, zawsze jasno i bez­tro­sko.

Za ostat­nie pie­nią­dze kupił bilet na samo­lot. Z prze­ra­że­niem obser­wo­wał męż­czy­znę, który zakła­dał wła­śnie opa­skę na oczy, żeby łatwiej zasnąć. Zanie­po­ko­jona ste­war­desa spy­tała go, czy nie potrze­buje pomocy. Jej uwagę zwró­ciło naprze­mienne mru­ga­nie Tymona. Nie licząc na zro­zu­mie­nie, zaczął jej tłu­ma­czyć sekrety swo­jej tech­niki per­ma­nent­nego widze­nia. Zdzi­wiło go, że dziew­czy­nie napły­nęły łzy do oczu. Wzru­szona i onie­śmie­lona wyznała Tymo­nowi, że została ste­war­desą po to, by podró­żo­wać zawsze wbrew zacho­dzą­cemu słońcu. Pra­wie jej się to udaje i spę­dza­łaby sto pro­cent życia w bla­sku dnia, gdyby nie nie­życz­liwe kole­żanki, które wpi­sują się w gra­fik lotów bez poro­zu­mie­nia z nią.

Jej lęk przed mro­kiem wywo­łała bab­cia, która za karę zamy­kała ją w pustej beczce po naf­cie i nie wypusz­czała dziew­czynki, dopóki ta nie wyznała skru­chy. Mała Lisa (bo tak miała na imię ste­war­desa) wrzesz­czała, że prze­pra­sza i że jest jej przy­kro, ale sta­ru­cha nie umiała sama wymie­niać bate­rii w swoim apa­ra­cie słu­cho­wym i musiała cze­kać na sio­strzeńca, który wpa­dał do niej raz w tygo­dniu z zaku­pami.

Tymon i Lisa nie zako­chali się w sobie. Nawet nie za bar­dzo się polu­bili. Ale przez resztę życia otu­chy doda­wała im myśl, że nie są zupeł­nie odosob­nieni w swo­ich lękach.

Tymon został kon­ser­wa­to­rem tablic świetl­nych w Vegas i nauczył się spać z otwar­tymi oczami. Lisa zako­chała się w ści­ga­nym wie­loma listami goń­czymi han­dla­rzu nar­ko­ty­ków, który zabrał ją na nie­le­galną plan­ta­cję mari­hu­any. Plan­ta­cja z oczy­wi­stych wzglę­dów była dobrze ukryta i cało­do­bowo naświe­tlana super­moc­nymi reflek­to­rami. Dziew­czyna w peł­nym ich bla­sku paliła zioło i kochała się ze swoim ban­dytą. Tymon i Lisa dość przy­jem­nie (jak na to, jakimi byli dzi­wo­lą­gami) prze­żyli życie, nio­sąc światu prze­sła­nie mówiące o tym, że każdy czło­wiek ma prawo do pie­lę­gno­wa­nia swo­ich sła­bo­ści i lęków.

Faceci mojej mamy

Had­gawa jest bar­dzo małą repu­bliką. Tak małą, że nawet nie ma sensu zazna­cza­nie jej gra­nic na mapie w skali więk­szej niż jeden do pięć­dzie­się­ciu tysięcy, bo staje się ona jedy­nie mikro­kropką.

To jedno z tych miejsc, któ­rych opis na mapie jest więk­szy niż samo miej­sce. Repu­blika ta jest czę­ścią taj­nego mię­dzy­na­ro­do­wego pro­jektu, mają­cego na celu umiesz­cze­nie wszyst­kich nie­faj­nych ludzi w jed­nym regio­nie i odizo­lo­wa­nie ich od tych zwy­czaj­nych.

Kie­dyś było znacz­nie gorzej. Naprawdę wredni i bez­na­dziejni ludzie żyli wśród tych tylko tro­chę iry­tu­ją­cych, czy­niąc ich życie nie­moż­li­wym do znie­sie­nia. Nie cho­dzi o żad­nych kry­mi­na­li­stów i zwy­rod­nial­ców, bo motywy tychże można przy­naj­mniej zro­zu­mieć. Cho­dzi o ludzi zupeł­nie nie­prze­wi­dy­wal­nych w czy­nie­niu innym przy­kro­ści.

Praw­dziwy socjo­pata jest dla sys­temu łatwy do wychwy­ce­nia, ponie­waż jego skłon­ność do prze­kra­cza­nia gra­nic wiąże się z nie­ostroż­no­ścią, pod­czas gdy inte­li­gentny pół­skur­wiel jest w sta­nie zachwiać porząd­kiem świata bar­dziej niż prze­ciętny zbrod­niarz wojenny. Pół­zło jest nie­bez­piecz­niej­sze, gdyż dez­orien­tuje.

Had­gawa powstała nie­po­strze­że­nie trzy­dzie­ści lat temu. Pra­wie wszyst­kie rządy zgo­dziły się na pota­jemne sfi­nan­so­wa­nie przed­się­wzię­cia, co wią­zało się z kupie­niem kawałka ziemi w cie­płym regio­nie nie­nę­ka­nym kata­kli­zmami, epi­de­miami, kon­flik­tami zbroj­nymi, pro­ble­mami z zabu­do­wa­niem oraz przekupie­niem przy­szłych miesz­kań­ców. Tylko dwóch ludzi nie zgo­dziło się prze­nieść do nowego kra­iku za pie­nią­dze. Zro­bili to z czy­stej zło­śli­wo­ści, więc ich zabito. Reszta (pra­wie sześć tysięcy osób) bez waha­nia pod­pi­sała Dekla­ra­cję Izo­la­cyjną, choć bez­po­średni skan mózgów poka­zy­wał, że ich ośrodki kłam­stwa wręcz kipiały, łącząc się z ośrod­kami roz­ko­szy. Byli to ludzie w wieku od sie­dem­na­stu do dzie­więć­dzie­się­ciu trzech lat. Pół na pół kobiet i męż­czyzn.

Pierw­szych kilka mie­sięcy upły­nęło Had­gaw­czy­kom na czuj­nym i przy­mil­nym przy­glą­da­niu się sobie wza­jem­nie. Potem przy­szedł czas na nie­śmiałe ataki, które bły­ska­wicz­nie prze­ro­dziły się w taj­fun wre­doty.

Nie było w repu­blice krze­sła, na któ­rym ktoś nie pod­ło­żyłby pinezki, wszyst­kie klamki zostały wysma­ro­wane pastą do zębów, na gwoź­dzie natra­fiano w każ­dym posiłku (i w co dru­gim sło­nym paluszku), a mar­twe gołę­bie i koty pod­rzu­cane były na werandy tak czę­sto, że dobrym inte­re­sem oka­zało się zało­że­nie ich hodowli.

Wszystko to odby­wało się w prze­sym­pa­tycz­nej atmos­fe­rze ocie­ka­ją­cej życz­li­wo­ścią i zro­zu­mie­niem. Prawo zostało cał­ko­wi­cie zastą­pione przez reli­gię.

Repu­blika poło­żona jest na wyspie leżą­cej dokład­nie pośrodku ni­gdzie. Jeżeli komuś nie­po­wo­ła­nemu zda­rzy się nią zain­te­re­so­wać, natych­miast zostaje wie­lo­krot­nie zapew­niony, że nie znaj­dują się tam żadne tajne bazy woj­skowe. Tak ukie­run­ko­wane domy­sły są jesz­cze przy­pra­wiane demen­to­wa­niem pogło­sek o taj­nych wię­zie­niach CIA. Cała wyspa oto­czona jest wyso­kim beto­no­wym murem, któ­rego strzegą siły zbrojne wszyst­kich doga­da­nych państw. Ogól­nie nikt, poza kil­koma para­no­ikami, się nie cze­pia, a świat naprawdę stał się lep­szy.

I wła­śnie moja matka pocho­dzi z Had­gawy. Nie wycho­wała się tam, gdyż jako nie­mowlę została prze­rzu­cona przez mur wprost pod stopy dwóch patro­lu­ją­cych zaka­zaną strefę żoł­nie­rzy. Obaj Polacy wzru­szyli się losem zupeł­nie nagiej dziew­czynki, którą ktoś po pro­stu cisnął jak piłkę, i lek­ce­wa­żąc cał­ko­wity zakaz przyj­mo­wa­nia cze­go­kol­wiek z dru­giej strony muru, posta­no­wili prze­my­cić nie­mowlę do Pol­ski i wycho­wać na dobrą kato­liczkę. Wie­dzieli, że dowódz­two kaza­łoby ją natych­miast kata­pul­to­wać z powro­tem.

Tak Helenka prze­do­stała się do naszego kraju. Pomimo tego, że major Dęb­ski przy­odział ją naj­do­kład­niej, jak potra­fił, w ubranko pośpiesz­nie uszyte z pol­skiej flagi i zawi­nął w kocyk, już na pokła­dzie heli­kop­tera zako­siła mu sto dola­rów z kie­szeni mun­duru.

Potem było tylko gorzej. Mała Helenka kra­dła, kła­mała i czy­niła pod­ło­ści w spo­sób tak natu­ralny, że naj­bliżsi cał­ko­wi­cie serio zasta­na­wiali się, czy to moż­liwe, żeby anty­chryst był małą dziew­czynką. Pra­bab­cia rodu, zapra­wiona w wycho­waw­czych bojach, z upo­rem god­nym płyty tek­to­nicz­nej pro­wa­dziła moją mamę do kościoła, twier­dząc, że jeżeli tym spo­so­bem wycho­wała czworo swo­ich dzieci, sied­mioro wnu­cząt i liczny oddział prawnu­cząt, to i to krnąbrne dziecko w końcu zła­mie miłość Chry­stu­sowa. Gówno prawda. Helenka już jako sze­ścio­latka pod­rzu­cała księ­dzu do Pisma Świę­tego liściki z nie­prze­cięt­nie zbe­reź­nymi pro­po­zy­cjami. Msza upły­wała jej na rado­snym ocze­ki­wa­niu na reak­cję bied­nego dusz­pa­ste­rza. Kilka razy stra­cił przy­tom­ność, gdy po prze­czy­ta­niu kar­teczki odna­lazł dziew­czynkę wzro­kiem, a ta mru­gnęła do niego, lekko wysu­wa­jąc język.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki