Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Świat przedstawiony w opowiadaniach Adama Wojtyszko bywa absurdalny, zabawny i niepokojący. Bohaterowie próbują radzić sobie z własnymi słabościami, lękami i pragnieniami, często wpadając przy tym w sytuacje równie komiczne, co gorzkie.
Autor z lekkością i ironią opowiada o ludziach trochę zagubionych, trochę ekscentrycznych, ale ujmująco autentycznych. Codzienność miesza się tu z groteską, a zwykłe zdarzenia potrafią nagle przybrać nieoczekiwany obrót.
Adam Wojtyszko - reżyser i scenarzysta teatralny, filmowy, telewizyjny oraz radiowy. Od 2024 roku dyrektor i główny reżyser Teatru Polskiego Radia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 127
Copyright © by Adam Wojtyszko Copyright © for illustrations by Wanda Koss Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca
All rights reserved
Redaktorka prowadząca: Agnieszka Radzikowska Redakcja: Ewa Skibińska Korekta: Anna Brzezińska, Maciej Korbasiński Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN 978-83-8382-924-1
…i wtedy Marcel wpadł do mojego mieszkania, krzycząc: „Kółkąt cię niszczy! Tłamsi cię!”. Nie chciało mi się wypychać go za drzwi, więc słuchałem jego jazgotliwego gdakania. W krótkich przerwach miał irytujący nawyk przytakiwania samemu sobie. Układał wtedy usta w wydatny odbycik i przymykał oczy, kiwając małą głową. Powszechnie wiadomo, że Marcel jest idiotą, ale idiota czasem też miewa rację.
Kółkąt – kształt, który tak bardzo zmienił oblicze ludzkości – odkryłem niechcący trzy lata temu. Ta idealnie okrągła figura geometryczna, która jednocześnie posiada jeden kąt ostry, powstała z połączenia bezmyślnego bazgrania na marginesie notatnika w czasie nudnego wykładu z etyki i erotycznej iskierki wywołanej spojrzeniem koleżanki. Zerknęła na mnie ponętnie w chwili, kiedy akurat o niej fantazjowałem, i długopis tak jakby uskoczył mi w inny wymiar. W pierwszej chwili zabolał mnie mózg i oczy, ale po sekundzie uznałem, że stworzyłem coś niezwykłego. Właściwie nie stworzyłem, tylko całkowicie przypadkiem nabazgrałem zjawisko, które odmieniło losy świata. W ciągu kilku tygodni stałem się niewyobrażalnie sławny. Każdego dnia udzielałem wywiadów i pozowałem do sesji z pierwszym szkicem kółkąta – fenomenu, który znalazł zastosowanie w prawie wszystkich dziedzinach ludzkiej aktywności. Podniósł wydajność silników zarówno spalinowych, jak i elektrycznych o ponad siedemdziesiąt procent. Obniżył koszty budowlane o ponad połowę, zmienił myślenie o wzornictwie, medycynie, elektronice, ekonomii, ekologii, a nawet gadżetach erotycznych. Kształt, który od zawsze był tuż obok, dostępny dla ludzkości, choć pozostawał w ukryciu, stał się symbolem ćwierćwiecza, a ja przy okazji świńsko się na tym wzbogaciłem. Nie po prostu wzbogaciłem – tylko świńsko. Wiele bardzo złych decyzji inwestycyjnych później byłem już tylko zwyczajnie bogaty i niepomiernie samotny. Ciężkie stalowe chmury dysocjacji osobowości z wolna formowały tornado w mojej psychice. Sam fakt, że potrafiłem wymęczyć tak okropne zdanie jak to poprzednie, jest dowodem na mój rozpaczliwy stan. Więc zrobiłem to, co każdy stałocieplny ssak uczyniłby w mojej sytuacji. Zwiałem na drzewo.
Jestem drzewem rozłożystym. Rozłożystość mnie określa. Cała masa istotek znajduje schronienie w moich gałęziach, korzeniach i dziuplach, ale dwa dni temu wszedł na mnie facet i je odstrasza. Popłakuje cicho albo stara się nie spaść w czasie snu, albo gapi się w pustkę. Przegryw. Jego pojawienie się zbiega się z moim uzyskaniem świadomości, więc musi w nim być coś wyjątkowego, ale sprawia przygnębiające wrażenie. Całe swoje poprzednie istnienie ograniczałom do fotosyntezy i szumienia, aż tu nagle tadaaaam: ubrana w narrację tożsamość. Duży stres, nie powiem. Sporo liści z nerwów zgubiłom. Mnóstwo pytań. Po co jestem, skąd, czy to dobrze? Koleś jest jakimś nośnikiem niecodziennej wartości, ale nie podoba mi się to, że się zalągł. I że beczy. Myszki uciekły. Wiewiórki też. Tylko mszyca została. Nawet dzięcioł trzyma dystans. Jestem zakorzenione w parku w śródmieściu, więc wiele widziałom. Seks, bójki, popijawy, joga i inne odchyły to codzienność. Czasem się dzieci wdrapują, ale szybko się nudzą. A ten nie. Ten siedzi i skamle. Wyciągnął jakieś ostre gówno i próbował wyryć mi w korze trochę kółko, trochę kąt ostry, ale go siekłom rózgą w twarz. Znów się mazgaj rozkleił, ale przestał ryć. Jak się nie opanuje, będę musiało go zabić. Mogę udusić, zrzucić albo namówić dzięcioła na brutalny atak w głowę. Ile ja mam myśli! Szok, że w ogóle umiem używać słowa „szok”!
Kaszmira przyszła i próbowała mnie namówić, żebym zlazł. Tak dużo rzeczy mnie w niej drażni, że na złość nie zejdę. Jej głos, jej mruganie, jej zapach i to, że w ogóle jest tak niesamowicie atrakcyjna. Podoba się wszystkim facetom bez wyjątku. Oblepiają ją ukradkiem spojrzeniami, a ja wizualizuję ją sobie z każdym z nich w mrocznej jaskini swojej zazdrości. Wiem, że gdyby nie kółkąt, nie miałbym u niej żadnych szans na nic oprócz parsknięcia, ale dzięki sławie i bogactwu od dwóch lat była moją żoną. Nie cierpiała seksu ze mną, chociaż bardzo starała się udawać. Używała wszystkich tandetnych sztuczek zapożyczanych z trzeciorzędnego porno. Absurdalne pojękiwania przeplatane kwestiami w stylu: „Oł jes, its soł big!” albo „It fil soł gud!”. Wszystko z twardym bułgarskim akcentem. Nigdy, ani przez nanosekundę nie wierzyłem, że jest jej przyjemnie. Ale doceniałem starania. Oczywiście zaproponowała, że mnie zadowoli, jak opuszczę drzewo.
– Mnie się nie da zadowolić! – wrzasnąłem i prawie spadłem.
W końcu wlazła do niego na moją gałąź. Jest piękna, ale pusta jak obietnica nieśmiertelności… Jeny! Skąd mi się biorą takie teksty?! Muszę zacząć kontrolować przepływ sensów, bo oszaleję. Najpierw udawała, że jej smutno, że już mu się nie podoba, a kiedy on gwałtownie zapewniał ją, że jest jego boginią, rozpięła mu rozporek zębami. Wykazała się koordynacją i sprawnością, która wystarczała, żeby oboje nie skręcili karków. Szacun. W czasie uniesienia podsunęła mu do podpisania dokument zrzeczenia się praw do kółkąta. Wiem o tym, ponieważ wykrzyczała, zadowalając go analnie: „Oł jes, fak mi and podpisz akt zrzeczenia się praw do kółkąta!”. Idiota podpisał. Natychmiast zaczęła się zbierać, nawet na niego nie patrząc. Bez pożegnania ani niczego. Na szczęście na tym poziomie świadomości mogłom już kontrolować prostsze struktury neuronowe. Wysłałom dwieście osiemdziesiąt trzy mszyce, żeby zżarły fragment dokumentu z podpisem. Bardzo skuteczne i posłuszne dranie. Kaszmira nawet się nie zorientowała. Poszła. Przyszedł Marcel, który w moim drzewnym odczuciu jest idiotą.
Lojalność Marcela jest wprost proporcjonalna do jego głupoty. Nigdy mnie nie zawiódł (no chyba że mówimy o jego próbach sformułowania jakiejkolwiek sensownej myśli) i zawsze wiedział, kiedy przynieść jedzenie. Pizza kilkukrotnie wylądowała w piachu, bo Marcel ubzdurał sobie lęk wysokości i zamiast do mnie dołączyć, próbował ją podrzucać. Chrzęściła w zębach. Ponarzekał trochę na ceny benzyny, próbował sobie bezskutecznie przypomnieć żart o bocianie ze Śląska i przestrzegał mnie przed Kaszmirą. Chyba zapomniałem mu powiedzieć, że jest moją żoną. Z kontekstu wywnioskowałem, że naciągnęła go na większą kasę. Kiedy przeszedł do rozkminiania, jak uwieść jedną z bliźniaczek syjamskich, poczułem, że nie wytrzymam. Zacząłem się zsuwać z drzewa. Przez chwilę miałem wrażenie, że roślina nie chce mnie wypuścić. Taki jakiś dziwny magnetyzm. Coś huknęło w pustej fontannie.
Marcel tak strasznie bredził… Kiedy doszedł do rozważań na temat seksu ze zrośniętymi siostrami, całą mocą psychokinezy przejełom sterowanie nad dzięciołem. Po krótkim kołowaniu ptak rozpoczął pikowanie prosto w głowę tego kretyna. Nagłe zsuwanie się człowieka podrażniło korę, odwracając moją uwagę od ataku. Dzięcioł oprzytomniał akurat na tyle, żeby lekko skręcić i roztrzaskać się w suchej fontannie. On chciał uciec. Maksymalną koncentracją próbowałom go zatrzymać. Nasze jaźnie (jego mięsna, a moja drewniana) splotły się na ułamek z dziką mocą, ale niestety moja nadwątlona wcześniejszym atakiem koncentracja nie wystarczyła, żeby go zawrócić. Razem z nim odchodziła moja świadomość… moje liście… światło… szum… eeee… korniki. Jestem drzewem rozłożystym. Rozłożystość mnie…
Łaziłem po mieście, aż znów zgłodniałem. Nie miałem kasy, a telefon padł mi przedwczoraj, więc wróciłem do swojego mieszkania. Sprzęty AGD zamawiała Kaszmira, wydając moje pieniądze bez żadnych zahamowań. Lodówka miała interfejs inteligentniejszy od Marcela i pojemność tira. Zawisłem na drzwiach, próbując wymyślić, co chcę zjeść. I wtedy lampka we wnętrzu jakby mnie zahipnotyzowała. To światło było smaczne. Poczułem na swojej skórze dwutlenek węgla. Drzewo ewidentnie coś mi przekazało. Pragnąłem fotonów, wody i CO₂. Fotosynteza powolutku zaczynała działać.
Zamarłem na długie godziny, chłonąc. Ostatnie, co pamiętam, to głos policjanta wołającego do kolegi: „To ten facet od kółkąta! Jest cały zielony i wypuścił pędy!”.
Chcę być człowiekiem rozłożystym.
Tymon panicznie bał się ciemności. Nie była to zwykła fobia, ale gama stanów lękowych podniesiona nieomal do rangi sztuki. Jeden z jego terapeutów twierdził, że u podstaw leży strach przed śmiercią podświadomie utożsamiony z mrokiem. Możliwe.
Tymon tak bardzo obawiał się ciemności, że każde zamknięcie oczu wywoływało u niego dreszcze niepokoju. Dlatego nauczył się mrugać na przemian raz lewym, raz prawym okiem, tak by nigdy nie tracić rzeczywistości z pola widzenia. Każde pójście spać traktował jak generalną próbę przed śmiercią. Dlatego od dziesięciu lat nie położył się do łóżka trzeźwy, a i tak spał tylko za dnia. Nocą za bardzo się bał.
Gdy był mały, jego rodzice niezależnie od siebie stracili wzrok. Mama przez guza mózgu, a ojciec przez jakąś parszywą bakterię atakującą nerwy łączące gałki oczne z potylicą oraz jądra.
Tymon od najmłodszych lat był zmuszony opiekować się ślepymi rodzicami. Trauma zaczęła się od ojca, który codziennie rano spadał z łóżka, wrzeszcząc: „Czy ja już umarłem?!”. Po paru miesiącach dołączyła do niego matka. Od świtu rodzice szlochali przytuleni, kuląc się na dywaniku przy łóżku i czekając, aż Tymon przyjdzie do nich i zapewni, że mało prawdopodobne jest to, aby umarli wszyscy troje naraz. Potem wkraczali razem w kolejny dzień pozbawiony sensu, kolorów i radości.
Umarli we śnie, gdy miał osiem lat. Zanim Tymon nauczył się mrugać na przemian, spędził długie miesiące na wmasowywaniu gruboziarnistego peelingu w powieki, żeby uczynić je jak najbardziej prześwitującymi. Jednej, jak zwykle nieprzespanej nocy oglądał przy zapalonych wszystkich światłach telewizję. Dokument o zwierzątkach. Prowadzący z udawanym entuzjazmem opowiadał o tym, że sowy mają trzy powieki – do spania, mrugania i jeszcze jedną do zachowania czystości oka. Oświecenia doznał, widząc, że ptak mruga niesymetrycznie.
Następne tygodnie poświęcił na doskonalenie techniki naprzemiennego widzenia. Wywołało to wiele niezręcznych sytuacji, gdyż jego mruganie odbierane było jako przejaw spoufalania się bądź choroba nerwowa. Raz próbował wyjaśnić pani w sklepie, że to nie tiki nerwowe, tylko sposób na permanentne widzenie, ale kobieta nie wydawała się uspokojona.
Tymon robił wszystko, żeby nawet na ułamek sekundy nie pogrążać się w ciemności. Nie ubierał się w swetry ani koszule, które nie były rozpinane. Nie tolerował zasłon, firanek i żaluzji. Kupił mały generator na wypadek awarii prądu i całe mnóstwo pałeczek świetlnych. Fosforyzujące światło chemiczne nie było bardzo intensywne, ale świeciło dwanaście godzin i w razie czego pozwalało uniknąć panicznego migotania przedsionków.
Największym marzeniem Tymona było wyjechać na wszystko jedno który biegun polarny, gdzie dzień może trwać nawet pół roku. Zafascynowany faktem, że tarcza słońca nie chowa się tam za horyzont, założył fundację naukową, której celem było sprawdzenie reakcji słoneczników na wędrówkę słońca po widnokręgu. Uzyskał duże dofinansowanie i wyruszył uzbrojony w osiem szklarniopodobnych ogrzewanych prostopadłościanów, w których przewoził kwiaty.
Eksperyment pokazał, że roślinki nie były w stanie obracać się w kółko i po kilku dniach ukręciły sobie łby. Pieniądze z dofinansowania kończyły się, a dalsze przebywanie na kole podbiegunowym przestało być jakkolwiek uzasadnione.
Zakochany w rozświetlonej bieli, Tymon postanowił zerwać kontakt z cywilizacją i polując na foki, przeżyć jak najdłużej w raju bez ciemności. Jednak cholernie zimna aura zmusiła go do myślenia o przeniesieniu się do Las Vegas. Ciepło, zawsze jasno i beztrosko.
Za ostatnie pieniądze kupił bilet na samolot. Z przerażeniem obserwował mężczyznę, który zakładał właśnie opaskę na oczy, żeby łatwiej zasnąć. Zaniepokojona stewardesa spytała go, czy nie potrzebuje pomocy. Jej uwagę zwróciło naprzemienne mruganie Tymona. Nie licząc na zrozumienie, zaczął jej tłumaczyć sekrety swojej techniki permanentnego widzenia. Zdziwiło go, że dziewczynie napłynęły łzy do oczu. Wzruszona i onieśmielona wyznała Tymonowi, że została stewardesą po to, by podróżować zawsze wbrew zachodzącemu słońcu. Prawie jej się to udaje i spędzałaby sto procent życia w blasku dnia, gdyby nie nieżyczliwe koleżanki, które wpisują się w grafik lotów bez porozumienia z nią.
Jej lęk przed mrokiem wywołała babcia, która za karę zamykała ją w pustej beczce po nafcie i nie wypuszczała dziewczynki, dopóki ta nie wyznała skruchy. Mała Lisa (bo tak miała na imię stewardesa) wrzeszczała, że przeprasza i że jest jej przykro, ale starucha nie umiała sama wymieniać baterii w swoim aparacie słuchowym i musiała czekać na siostrzeńca, który wpadał do niej raz w tygodniu z zakupami.
Tymon i Lisa nie zakochali się w sobie. Nawet nie za bardzo się polubili. Ale przez resztę życia otuchy dodawała im myśl, że nie są zupełnie odosobnieni w swoich lękach.
Tymon został konserwatorem tablic świetlnych w Vegas i nauczył się spać z otwartymi oczami. Lisa zakochała się w ściganym wieloma listami gończymi handlarzu narkotyków, który zabrał ją na nielegalną plantację marihuany. Plantacja z oczywistych względów była dobrze ukryta i całodobowo naświetlana supermocnymi reflektorami. Dziewczyna w pełnym ich blasku paliła zioło i kochała się ze swoim bandytą. Tymon i Lisa dość przyjemnie (jak na to, jakimi byli dziwolągami) przeżyli życie, niosąc światu przesłanie mówiące o tym, że każdy człowiek ma prawo do pielęgnowania swoich słabości i lęków.
Hadgawa jest bardzo małą republiką. Tak małą, że nawet nie ma sensu zaznaczanie jej granic na mapie w skali większej niż jeden do pięćdziesięciu tysięcy, bo staje się ona jedynie mikrokropką.
To jedno z tych miejsc, których opis na mapie jest większy niż samo miejsce. Republika ta jest częścią tajnego międzynarodowego projektu, mającego na celu umieszczenie wszystkich niefajnych ludzi w jednym regionie i odizolowanie ich od tych zwyczajnych.
Kiedyś było znacznie gorzej. Naprawdę wredni i beznadziejni ludzie żyli wśród tych tylko trochę irytujących, czyniąc ich życie niemożliwym do zniesienia. Nie chodzi o żadnych kryminalistów i zwyrodnialców, bo motywy tychże można przynajmniej zrozumieć. Chodzi o ludzi zupełnie nieprzewidywalnych w czynieniu innym przykrości.
Prawdziwy socjopata jest dla systemu łatwy do wychwycenia, ponieważ jego skłonność do przekraczania granic wiąże się z nieostrożnością, podczas gdy inteligentny półskurwiel jest w stanie zachwiać porządkiem świata bardziej niż przeciętny zbrodniarz wojenny. Półzło jest niebezpieczniejsze, gdyż dezorientuje.
Hadgawa powstała niepostrzeżenie trzydzieści lat temu. Prawie wszystkie rządy zgodziły się na potajemne sfinansowanie przedsięwzięcia, co wiązało się z kupieniem kawałka ziemi w ciepłym regionie nienękanym kataklizmami, epidemiami, konfliktami zbrojnymi, problemami z zabudowaniem oraz przekupieniem przyszłych mieszkańców. Tylko dwóch ludzi nie zgodziło się przenieść do nowego kraiku za pieniądze. Zrobili to z czystej złośliwości, więc ich zabito. Reszta (prawie sześć tysięcy osób) bez wahania podpisała Deklarację Izolacyjną, choć bezpośredni skan mózgów pokazywał, że ich ośrodki kłamstwa wręcz kipiały, łącząc się z ośrodkami rozkoszy. Byli to ludzie w wieku od siedemnastu do dziewięćdziesięciu trzech lat. Pół na pół kobiet i mężczyzn.
Pierwszych kilka miesięcy upłynęło Hadgawczykom na czujnym i przymilnym przyglądaniu się sobie wzajemnie. Potem przyszedł czas na nieśmiałe ataki, które błyskawicznie przerodziły się w tajfun wredoty.
Nie było w republice krzesła, na którym ktoś nie podłożyłby pinezki, wszystkie klamki zostały wysmarowane pastą do zębów, na gwoździe natrafiano w każdym posiłku (i w co drugim słonym paluszku), a martwe gołębie i koty podrzucane były na werandy tak często, że dobrym interesem okazało się założenie ich hodowli.
Wszystko to odbywało się w przesympatycznej atmosferze ociekającej życzliwością i zrozumieniem. Prawo zostało całkowicie zastąpione przez religię.
Republika położona jest na wyspie leżącej dokładnie pośrodku nigdzie. Jeżeli komuś niepowołanemu zdarzy się nią zainteresować, natychmiast zostaje wielokrotnie zapewniony, że nie znajdują się tam żadne tajne bazy wojskowe. Tak ukierunkowane domysły są jeszcze przyprawiane dementowaniem pogłosek o tajnych więzieniach CIA. Cała wyspa otoczona jest wysokim betonowym murem, którego strzegą siły zbrojne wszystkich dogadanych państw. Ogólnie nikt, poza kilkoma paranoikami, się nie czepia, a świat naprawdę stał się lepszy.
I właśnie moja matka pochodzi z Hadgawy. Nie wychowała się tam, gdyż jako niemowlę została przerzucona przez mur wprost pod stopy dwóch patrolujących zakazaną strefę żołnierzy. Obaj Polacy wzruszyli się losem zupełnie nagiej dziewczynki, którą ktoś po prostu cisnął jak piłkę, i lekceważąc całkowity zakaz przyjmowania czegokolwiek z drugiej strony muru, postanowili przemycić niemowlę do Polski i wychować na dobrą katoliczkę. Wiedzieli, że dowództwo kazałoby ją natychmiast katapultować z powrotem.
Tak Helenka przedostała się do naszego kraju. Pomimo tego, że major Dębski przyodział ją najdokładniej, jak potrafił, w ubranko pośpiesznie uszyte z polskiej flagi i zawinął w kocyk, już na pokładzie helikoptera zakosiła mu sto dolarów z kieszeni munduru.
Potem było tylko gorzej. Mała Helenka kradła, kłamała i czyniła podłości w sposób tak naturalny, że najbliżsi całkowicie serio zastanawiali się, czy to możliwe, żeby antychryst był małą dziewczynką. Prababcia rodu, zaprawiona w wychowawczych bojach, z uporem godnym płyty tektonicznej prowadziła moją mamę do kościoła, twierdząc, że jeżeli tym sposobem wychowała czworo swoich dzieci, siedmioro wnucząt i liczny oddział prawnucząt, to i to krnąbrne dziecko w końcu złamie miłość Chrystusowa. Gówno prawda. Helenka już jako sześciolatka podrzucała księdzu do Pisma Świętego liściki z nieprzeciętnie zbereźnymi propozycjami. Msza upływała jej na radosnym oczekiwaniu na reakcję biednego duszpasterza. Kilka razy stracił przytomność, gdy po przeczytaniu karteczki odnalazł dziewczynkę wzrokiem, a ta mrugnęła do niego, lekko wysuwając język.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
