Frenemy. Przyjaciel czy wróg? - Price Lauren - ebook

Frenemy. Przyjaciel czy wróg? ebook

Price Lauren

0,0
49,90 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Erika Monroe była w ostatniej klasie liceum i miała konkretne plany na przyszłość. Chciała się uczyć w college'u Stanforda: studiować chemię i uprawiać lekkoatletykę. Wiedziała jednak, że nauka na tak prestiżowej uczelni jest kosztowna, a jej rodzice mają ograniczone możliwości finansowe. Jedynym sposobem, aby spełnić marzenie, było zdobycie stypendium. Pewnego dnia podczas rozmowy z nową dyrektorką liceum usłyszała, że owszem, może je otrzymać, ale pod jednym warunkiem: musi dostarczyć dowody potrzebne do wyrzucenia ze szkoły innego ucznia. Dyrektorka podejrzewała Chase'a Thatchera o wandalizm, przemoc i posiadanie narkotyków - wszystko na terenie szkoły.

To była dla dziewczyny bardzo trudna decyzja, w końcu, z ciężkim sercem, się zgodziła. Zaczęła obserwować Chase'a Thatchera, aby zdobyć dowód jego winy. I to się udało. Równocześnie zauważyła, że Chase nie jest jednoznacznie złym chłopakiem. Skrywał w sobie samotność i wrażliwość. Potrafił być zabawny i zaskakująco delikatny. Z każdym kolejnym dniem wątpliwości Eriki rosły. Sieć kłamstw i dylematów stawała się coraz trudniejsza do zniesienia. Aż któregoś dnia dziewczyna stanęła w obliczu kolejnych decyzji. Musiała sama przed sobą rozstrzygnąć wiele kwestii. Kim właściwie był Chase? Co do niego czuła? Czy powinna dotrzymać umowy z dyrektorką?

Lauren Price dzieciństwo spędziła z nosem w książkach i na pisaniu opowiadań. Jako nastolatka zaczęła publikować na platformie Wattpad i szybko zyskała rzeszę oddanych fanów. Niedawno uzyskała dyplom Uniwersytetu w Lancasterze - oczywiście z literatury angielskiej - i zamierza kontynuować karierę pisarską.

Co jesteś gotowa oddać za spełnienie marzenia?

Książka dla czytelników powyżej szesnastego roku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 433

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Lauren Price

Frenemy.

Przyjaciel czy wróg?

Przekład: Marta Czub

Tytuł oryginału: Behind Frenemy Lines

Tłumaczenie: Marta Czub

ISBN: 978-83-289-0682-2

Copyright © Lauren Price 2022

INK ROAD is an imprint and trademark of Black & White Publishing Ltd Nautical House, 104 Commercial Street, Edinburgh EH6 6NF.

A division of Bonnier Books UK 4th Floor, Victoria House, Bloomsbury Square, London, WC1B 4DA Owned by Bonnier Books Sveavägen 56, Stockholm, Sweden.

Polish edition copyright © 2026 by Helion S.A.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres

beya.pl/user/opinie/frenem_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion S.A.

ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice

tel. 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: beya.pl

Kup w wersji papierowejPoleć książkę na Facebook.comOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » Nasza społeczność

Mamie — najlepszej nauczycielce na świecie. Dziękuję za to, że pokazałaś mi radość opowiadania historii, i za to, że nieustannie mnie inspirujesz i wspierasz.

Rozdział 1.

Odpowiedź

Sygnał interkomu jest prawie niedosłyszalny pośród gwaru.

— Eric Monroe ma natychmiast stawić się w gabinecie dyrektorki.

Na szkolnych korytarzach roją się uczniowie, brzęcząc jak muchy. Powietrze jest gęste od zapachu perfum i nastoletnich ciał. Pierwszy dzień szkoły po feriach wiosennych zawsze jest wyczerpujący: pierwszoklasiści z nowym planem lekcji, obgadywanie z powodu nierównej opalenizny i plotki na temat wakacyjnych romansów oraz przesadnie wylewne powitania ludzi, którzy poza murami tej szkoły ledwie się kojarzą. Słysząc swoje nazwisko, zatrzymuję się w pół kroku, przez co niemal od razu wpada na mnie jakiś pierwszoklasista, który śpieszy się na kolejną lekcję.

Eric Monroe?

Wzdycham przez zaciśnięte zęby z niedowierzaniem. Spędziłam w tej szkole trzy i pół roku, a sekretarz nadal nie radzi sobie z decydującą literą „a” na końcu.

Rzucam ostatnie spojrzenie na swoją szafkę i odwracam się gwałtownie na pięcie, przedzierając się z powrotem przez rzekę uczniów do wyjścia.

Jestem przekonana, że wszyscy, łącznie z chomikiem, słyszeli o nowej dyrektorce. Lindale jest małym miastem i utrata tak ważnej osobistości jak pan Boston szybko trafiła na łamy lokalnego newslettera. Jeszcze do mnie w pełni nie dotarło, że nie będę już widywała mojego ulubionego dyrektora o czterech podbródkach maszerującego sztywno szklonymi korytarzami. Według plotkarskich doniesień naszego sekretarza na Twitterze, Boston wyjechał wiosną na wakacje do Francji i postanowił już nie wracać. Trudno go winić. Gdybym mogła wybierać między Lindale High a Lyonem, to też wybrałabym popijanie wina w promieniach słońca.

Jego zysk, nasza strata. Podobno nowa dyrektorka, pani Blythe, ma fioła na punkcie dyscypliny i posłuszeństwa. Anya Dombrowski powiedziała mi, że poprzednia szkoła, w której pracowała Blythe, słynęła z nieskazitelnego zachowania swoich uczniów… oraz z zakratowanych okien. Zastanawiam się, co takiego mogłam przeskrobać, że naraziłam się jej już w pierwszej godzinie nowego semestru. Czasami na lekcjach bywam wyszczekana i bezczelna, ale nigdy aż tak, żeby narobić sobie kłopotów.

Po drodze do jej gabinetu witają się ze mną różni ludzie, ale niepokój nie pozwala mi przystawać na pogaduszki. Sekretariat jest nieduży, ciasny i zaskakująco pusty; na miejscu jest tylko sekretarz siedzący za jasnym, brzozowym biurkiem. Na mój widok Brian unosi w górę kciuk.

— Co to miało być, Brian? Jestem Erika. Erika — powtarzam z naciskiem. — Musisz przestać zjadać ostatnią literę. Tu się rozchodzi o moją godność.

— Ups, przepraszam, smarku — odpowiada Brian, przeciągając się. Nasz szkolny sekretarz ma jakieś dwadzieścia pięć lat, nosi nieprasowane koszulki polo i głupawy uśmiech. Dzięki swojemu pragmatyzmowi i przyjaznemu podejściu Brian jest żywą legendą, a na dodatek tweetuje pod biurkiem więcej niż jakikolwiek uczeń.

— Nie szkodzi — mówię, przewracając oczami. — Pani dyrektor mnie wzywała?

— Zgadza się, Ericu. Możesz wchodzić, chłopie.

— Dzięki, Brianne.

Po mojej prawej stronie znajdują się wielkie drewniane drzwi. Zastanawiam się, czy z zamierzenia miały tak groźnie wyglądać. Pukam niepewnie. Gabinet dyrektorski sam w sobie onieśmiela, lecz zwłaszcza wtedy, gdy nie ma się pojęcia, dlaczego zostało się wezwanym. Ostry kobiecy głos nakazuje mi wejść, co czynię po krótkiej chwili wahania.

Dokładnie naprzeciw mnie, za imponującym mahoniowym biurkiem, stoi pani Blythe z otwartym segregatorem w ręce. Odnotowuje szybko moje wejście — przelotnym spojrzeniem szarych oczu i skinieniem wolnej dłoni — a potem znów spuszcza wzrok na przeglądany dokument.

— Siadaj, proszę — zachęca. — Zaraz się tobą zajmę.

Zajmuję jedno z pustych krzeseł stojących przede mną i z głuchym odgłosem kładę na podłodze plecak. Ponieważ dyrektorka przegląda coś w segregatorze, mam idealną sposobność, żeby się trochę rozejrzeć. Gabinet, niegdyś ozdobiony paprotkami w doniczkach i wytartymi aksamitnymi poduszkami, teraz jest zupełnie pusty, z wyjątkiem ceramicznego kubka do espresso i kilku oprawionych dyplomów. Zniknęły kłębiące się papierzyska i ramki na zdjęcia, które niegdyś zawalały biurko, a jedynym bardziej osobistym akcentem jest podkładka pod myszkę ze zdjęciem pręgowanego kota.

— Panno Monroe — wita się dyrektorka, zamykając z trzaskiem segregator. Ma kasztanowate włosy, które opadają luźnymi puklami na ramiona. Uśmiecha się bez przekonania. Jest chyba tuż po pięćdziesiątce, być może odrobinę starsza od poprzedniego dyrektora. — Nazywam się Blythe. Miło mi poznać jedną z naszych najenergiczniejszych czwartoklasistek.

— Och, dziękuję. Mnie również miło panią poznać.

— Mam nadzieję, że pierwszy dzień po feriach upływa ci przyjemnie?

— Jak dotąd tak, dziękuję. — Ostatecznie jestem w szkole ledwie od godziny.

— Cieszę się. — Kobieta siada na imponującym skórzanym fotelu ustawionym dokładnie naprzeciwko mnie. Chowa segregator do górnej szuflady biurka, która zamyka się z trzaskiem.

— Chciała się pani ze mną widzieć? — Przechodzę do rzeczy.

— Tak. — Opiera się o fotel wyprostowana, z wysoko uniesioną brodą. To pozycja, którą przybiera osoba ciesząca się naturalnym autorytetem. Oraz tym z nadania. — Powiedz mi, Eriko, jakie masz plany po ukończeniu szkoły średniej?

Moje cele można podsumować jednym słowem:

— Stanford.

Blythe zaciska usta. Jej mina zdradza, że moja odpowiedź nie była dla niej zaskoczeniem, a być może nawet się jej spodziewała. Szybko wyjawiam więcej szczegółów.

— Chcę studiować chemię i uprawiać biegi lekkoatletyczne. Stanford ma świetną reputację w obu tych przypadkach.

— Chemię?

Kiwam głową.

— Uwielbiam nauki ścisłe. Chemia to mój ulubiony przedmiot.

— Dobrze — chwali kobieta. — Cieszę się, że wiem, czego chcesz i na co jesteś gotowa pracować. Co twoi rodzice myślą o twoich ambitnych planach?

— W pełni mnie w nich wspierają.

— Fantastyczna wiadomość, Eriko. — Dyrektorka składa dłonie na biurku w tej protekcjonalnej pozie, którą przybierają dorośli, kiedy rozmawiają z dziećmi o czymś ważnym. — Rozumiem w takim razie, że rozmawiałaś już z rodzicami na temat tego, w jaki sposób opłacisz czesne i z czego będziesz się utrzymywać podczas studiów? Na pewno jesteś świadoma, jak kosztowna jest nauka na tak prestiżowej uczelni jak Stanford.

Wiercę się ze skrępowaniem na twardym krześle. Nie mam pewności, czy głos Blythe jest podszyty autentyczną troską, czy może dyrektorka ma świadomość, że porusza drażliwy temat.

Ledwie kilka dni temu zastałam tatę w kuchni, gdzie pochylał się nad laptopem i analizował szacunkowe wydatki związane z moimi studiami. Z poważną miną przyciskał pięść do ust. Choć rzędy czarnych cyferek były tylko pikselami na ekranie, uświadomiłam sobie wtedy, że mogą one przybrać bardzo namacalną formę. Na tyle fizyczną, żeby stanąć mi na przeszkodzie. Uformować mur.

— Eee, no cóż…

Choć rodzice nigdy nie rozmawiali ze mną na temat realiów finansowych związanych ze Stanfordem, to aż za dobrze rozumiałam swoją sytuację. Rodzice mogą mi pomóc w ograniczonym stopniu. Jeśli dostanę stypendium, będę mogła pojechać do Kalifornii. Iść na wymarzone studia, uprawiać biegi lekkoatletyczne, znaleźć dorywczą pracę, żeby choć częściowo pokryć koszty utrzymania, poznać całą rzeszę inteligentnych, różnorodnych ludzi.

Jeśli nie… Cóż, nie będę nawet brała takiej możliwości pod uwagę.

Jestem świadoma, że Blythe czeka na moją odpowiedź. Zaciskam palce na spódnicy, szarpiąc niespokojnie lamówkę. Zamiast zagłębiać się szczegółowo w problemy finansowe, ograniczam się do krótkiego i znacznie optymistyczniej brzmiącego podsumowania.

— Liczę na przyznanie stypendium lub grantu, który pomoże pokryć wydatki związane ze studiami.

— Rozumiem.

Przesuwam dłonie na kolana i zaciskam je w sposób, który ma z założenia dodać mi otuchy, ale z jakiegoś powodu tak się nie dzieje. W głębi serca mam świadomość, że nie jestem wybitną uczennicą, która wyróżnia się jako kandydatka do stypendium naukowego lub sportowego. Mam dobre stopnie, ale nie znakomite. Jestem szybka, ale nie najszybsza. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że ktoś dostrzeże mój potencjał i gotowość do ciężkiej pracy.

— Eriko, zaprosiłam cię dziś do siebie, bo chciałam ci przedstawić pewną propozycję — mówi dyrektorka Blythe. Jej złożone ręce rozdzielają się, odsłaniając wnętrze dłoni. — Jest sposób, żebyś mogła zabezpieczyć finansowo swoje miejsce w Stanfordzie tej jesieni.

— Zabezpieczyć?

Czy ja dobrze zrozumiałam?

— Wiem — stwierdza kobieta z nieśmiałym uśmiechem. — Tak myślałam, że spodoba ci się to słowo.

— Spodoba? — Słyszę niedowierzanie we własnym głosie. Wciskam łokcie w kolana, pochylając się z podekscytowaniem. — Co to… To wspaniale.

— Znakomicie, że podchodzisz do tego z takim entuzjazmem.

— Co to za propozycja?

— Cieszę się, że pytasz. — Opierając się wygodniej w skórzanym fotelu, bierze z biurka wieczne pióro i zaczyna je obracać w zadbanych dłoniach. — Będziesz pracowała bezpośrednio ze mną przy realizacji prywatnego zlecenia. W zamian mogę pomóc ci uzyskać częściowe stypendium w Stanford. Dzięki temu zarówno tobie, jak i twojej rodzinie łatwiej będzie poradzić sobie z rozpoczęciem twoich studiów.

Jedno słowo budzi moje podejrzenia.

— Prywatnego? — Mój głos brzmi zauważalnie ciszej. W odmalowaną w różowych barwach wizję studenckiego życia wkrada się sceptycyzm. Nie wygląda na to, żeby to była oficjalna ścieżka.

— Tak. — Dyrektorka opuszcza dłoń z piórem. Mówi powoli, uważnie dobierając słowa: — Obie możemy coś sobie dać, Eriko. Proponuję pewnego rodzaju układ.

W tym momencie całkowicie opuszcza mnie entuzjazm. Jego miejsce zajmują nieufność i dezorientacja, zasnuwające mój umysł. Ta kobieta mnie przecież nie zna; co jej zdaniem mogłabym jej zaoferować? Nie jestem najbystrzejszą uczennicą w szkole. Nie jestem najlepszą mówczynią. Nie jestem kapitanką żadnej drużyny sportowej ani cheerleaderką, ani geniuszem technologicznym. Dlaczego ja?

— O co dokładnie chodzi? — pytam w końcu.

Dyrektorka kładzie pióro na blacie, chcąc mi zademonstrować, że teraz skupia się już wyłącznie na mnie, a potem przygląda się z uwagą mojej twarzy. Przez moment się waha, zaciskając usta, lecz po chwili oznajmia:

— Chcę, żebyś mi pomogła usunąć ze szkoły ucznia, Eriko.

Resztki nadziei opadają ciężko na dno serca.

— Chce pani zrobić ze mnie donosicielkę. — To stwierdzenie faktu, nie pytanie.

— Wolałabym nie ujmować tego w ten sposób, ale mówiąc szczerze, o to właśnie chodzi.

— Jednego ucznia?

— Tylko jednego.

— Pani próbuje mnie przekupić — zauważam cicho. — Dlatego mnie pani wybrała. Wie pani, że potrzebuję pieniędzy na studia i że może mi je pani zaoferować. Lub tak przynajmniej pani twierdzi. Skąd pani o tym wiedziała?

Nie jestem pewna, skąd bierze się moja pewność siebie, ale kiedy podnoszę wzrok na dyrektorkę, patrzę na nią spomiędzy zmrużonych powiek. Uświadamiam sobie, że kłębiące się we mnie uczucia to złość: złość na nadużywanie władzy, na manipulowanie i na nadzieję, którą pozwoliła mi w sobie obudzić. W dużej mierze jestem wściekła na to, że odczuwam niejaką pokusę, by przystać na jej szemrany układ.

— Twoja rozmowa podczas dni kariery pod koniec trzeciej klasy znajduje się w aktach. Wspominałaś wtedy, że liczysz na wsparcie finansowe college’u.

— Zgadza się.

— Nie jesteś celem, Eriko, ale to jest transakcja. — Jej wzrok łagodnieje w czymś na kształt litości. — Wybrałam cię, bo naprawdę mogę zaoferować ci coś w zamian. Nie chciałabym, żebyś miała co do tego jakiekolwiek wątpliwości.

— Którego ucznia chce się pani pozbyć?

— Chase’a Thatchera. Chodzi do czwartej klasy, być może go znasz.

— Znam ze słyszenia — precyzuję, marszcząc brwi. Chase i ja obracamy się w podobnych kręgach towarzyskich i choć nigdy nie poznałam go osobiście, jego reputacja jasno wskazuje, że nie ma powodu walczyć ze szkolnym systemem, bo działa on całkowicie na jego korzyść. Gość jest popularny, laski ślinią się na jego widok, jest niesamowicie pewny siebie. Po co miałby się buntować?

Pani Blythe wzdycha z poirytowaniem, jakby czytając mi w myślach.

— Chase jest podejrzany o wandalizm, przemoc i posiadanie narkotyków. Wszystko na terenie szkoły. Jeśli dodać to do niewystarczającej frekwencji w tym roku i agresywnego podejścia do władz szkoły, rada szkoły uważa, że mamy problem. Sama też uważam, że mamy problem.

No proszę, a to nieoczekiwany zwrot akcji.

— Na jakiej podstawie pani sądzi, że jego zachowanie w tym semestrze się nie zmieni? — rzucam wyzywająco. Z jakiegoś powodu odczuwam potrzebę, by stanąć w obronie tego chłopaka. Nie sprawia wrażenia typowego łobuza, którego trzeba wyrzucić ze szkoły, a tym bardziej próbować do tego doprowadzić. — Dlaczego się pani na niego uwzięła?

— Twój optymizm jest godny podziwu, Eriko — mówi Blythe z lekkim prychnięciem i znów składa dłonie. — Jego stopnie są poniżej średniej, jest bezczelny i zwrócił na siebie uwagę miejscowych władz. A teraz posłuchaj.

Pochyla się nad biurkiem z cierpliwym, cierpkim uśmiechem.

— Jeszcze mnie nie znasz i nie mogę od ciebie oczekiwać, że zrozumiesz moje metody działania, więc postawię sprawę jasno. Nie jestem zwolenniczką dawania komuś szansy w nieskończoność. Troszczę się przede wszystkim o reputację szkoły, na której on kładzie się cieniem.

Mam ochotę ugiąć się pod naporem jej przenikliwego spojrzenia, ale z trudem się powstrzymuję. Muszę znów się jej postawić. Przynajmniej ten ostatni raz.

— Mam pytanie.

— Słucham.

— Czy próbowała pani w ogóle z nim rozmawiać? — pytam cicho. — Dopiero co pani się tu pojawiła, a już chce go pani wyrzucać. To dość skrajne podejście; no bo myślałam, że wydalenie ze szkoły to ostateczność. Czy to nie położy się cieniem na reputacji szkoły?

— Chase w żaden sposób nie pokazał nikomu z policji ani grona pedagogicznego, że zamierza zmienić swoje zachowanie. — Głowa dyrektorki przechyla się lekko w bok, ale w jej głosie nie słychać frustracji. — Nie podejmuję tego rodzaju decyzji lekko, Eriko. Potrzebne nam dowody, nie opinie. Fakty, nie możliwości. Na tym właśnie polega twoje zadanie.

— No tak — wzdycham. Zaciskam palce na brzegu biurka.

To rozwiązanie moich problemów finansowych, tyle że nie takie, jakiego bym sobie życzyła.

— Doceniam twoje współczucie, Eriko, jest ujmujące. — Pani Blythe uśmiecha się i pokonuje dzielący nas dystans, zaciskając dłoń na mojej pięści. — Choć zależy ci na studiach na Stanfordzie, być może nie do końca nadajesz się do tego zadania. Myślałam, że szansa, jaką w ten sposób zyskasz, będzie dla ciebie nie do przecenienia, ale jeśli wolisz, mogę poprosić kogoś innego. Mam kilka innych osób na myśli.

Czuję automatyczny skurcz żołądka. Przez myśl przebiega mi malowniczy stanfordzki kampus, zadbane tereny sportowe i bezdyskusyjna renoma uczelni. A potem mina mamy, kiedy otworzę list z informacją o przyjęciu na studia. Spuszczam wzrok na kolana.

— Czy mogę się zastanowić, zanim podejmę decyzję?

— Dobrze — odpowiada Blythe po chwili namysłu. — Na odpowiedź masz czas do końca dnia, potem poproszę kogoś innego.

— Dziękuję. — Podnoszę się z miejsca i biorę z podłogi plecak. A potem na trzęsących się nogach jak najszybciej kieruję się do wyjścia.

— Miło było cię poznać, Eriko! — woła za mną pani Blythe tuż przed zamknięciem drzwi.

Chłodne powietrze w sekretariacie stanowi miłą odmianę po napiętej atmosferze w gabinecie dyrektorki. Opieram się z zamkniętymi oczami o ścianę i koncentruję na oddechu. Jak mam podjąć tę decyzję? Nie wiem, co myślę na temat tego, żeby poświęcić innego ucznia dla własnych celów. Lecz jeśli pomogę Blythe, Stanford po raz pierwszy znajdzie się w zasięgu mojej ręki. Jakie mam szanse, żeby dostać stypendium dzięki samym moim umiejętnościom? Blythe wiedziała, że są one marne i dlatego mnie wybrała.

Czołówka uniwersytecka Zachodniego Wybrzeża. Moi rodzice będą ze mnie dumni.

Zanim za bardzo dam się ponieść wyobraźni i wizji miny mojej mamy, zmuszam się, aby zastanowić się nad minusami tej decyzji. Przede wszystkim jest samolubna. Chase być może nie jest przyzwoitym człowiekiem, ale usunięcie ze szkoły na zawsze zostanie w jego papierach. Ludzie będą na mnie wściekli; ja będę wściekła na siebie. Będę się czuła jak oszustka. Być może zniszczę w ten sposób Chase’owi życie.

Ale z drugiej strony — przecież sam jest sobie winien, że źle postępował. To chyba nieuniknione, że w końcu wpadnie? Może wcale nie postąpię aż tak strasznie, jeśli trochę to przyspieszę? Czy nie powinien zmierzyć się z konsekwencjami własnych decyzji?

— Ekhm. — Ktoś chrząka, więc szybko otwieram oczy. — Ericu, żyjesz?

Patrzę ze złością na sekretarza, który ewidentnie sobie ze mnie żartuje.

— Tak, Brianie, wydaje mi się, że Eric żyje. Ale może zapytasz go o to osobiście.

Brian parska śmiechem.

— Wracaj na lekcję.

Kiwam głową, odklejam się od ściany i wychodzę za drzwi. Potrzebuję więcej niż jeden dzień na podjęcie decyzji. Muszę się kogoś poradzić, zebrać informacje, mieć czas do namysłu.

Zebrać informacje.

Muszę się przekonać na własne oczy, jaki jest Chase. Muszę zobaczyć, w co zamierzam się wpakować. Determinacja rozluźnia powoli ściśnięty ze stresu żołądek. Idę pustym korytarzem na pierwszą lekcję.

Tak. Przekonam się, jaki jest Chase, i potem zadecyduję.

* * *

— Niemożliwe, to skandal!

Miko zrównuje się ze mną w drodze do mojej szafki. Idzie krokiem prawdziwej modelki; zawsze robi wszystko z cholerną gracją. No chyba że jesteś jej przyjaciółką i widywałaś ją z makaronem zwisającym z ust albo podczas nauki układu tanecznego z TikToka.

— Nie mogę uwierzyć, że ona próbuje cię do tego zwerbować. I to pierwszego dnia pracy! Oburzające!

— Oburzające to mało powiedziane — przyznaję. — Ta kobieta jest jak taran.

Przyjaźnię się z Kumiko Tamurą od ponad roku i jej ekscentryczność nigdy mnie nie zawodzi. Jej japońskie imię brzmi jak poezja, ale ona skraca je do Mickey albo Miko. Podtrzymuję twierdzenie, że powinno się pisać o niej wiersze: ostre, feministyczne wersy z odjazdową bohaterką. Miko jest nie tylko absolutnie przepiękna — ma godną pozazdroszczenia cerę i czarne włosy, które spływają w jej warkoczach niczym strugi atramentu — ale na dodatek jest przezabawna i uparta jak osioł. Ta dziewczyna będzie któregoś dnia źródłem mojego natchnienia.

— Co zamierzasz zrobić? — pyta, poprawiając różową gumkę na warkoczu.

— Chyba z nim pogadam, zobaczę, jaki jest.

— A jeśli okaże się palantem?

Parskam lekkim śmiechem.

— Wtedy to zrobię.

— A jeśli się nie okaże?

— Lepiej, żeby się okazał.

Miko marszczy nos.

— Wydaje mi się, że twój plan trochę kuleje, kochana.

— Wolałabym, gdybyś o tym nie wspominała.

— Zobacz! Tam jest! — Głos Miko zamienia się w gorączkowy szept. Przyjaciółka chwyta mnie za rękę i ciągnie do mojej szafki. — To on, prawda?

Rzeczywiście, Chase Thatcher stoi kawałek dalej na korytarzu w towarzystwie Umy Khatri, mojej koleżanki z drużyny lekkoatletycznej. Otwieram szybko szafkę i udaję, że czegoś w niej szukam, usiłując nie zwracać na siebie uwagi. Kiedy zauważam, że Uma kładzie dłoń na jego przedramieniu, czuję się trochę jak obleśny podglądacz. Nie jestem pewna, na co liczyłam. Obserwowanie ich flirtu w niczym mi nie pomoże.

— Chyba jest zdenerwowana — szepcze Miko.

Ma rację. Przyglądając się uważniej, widzę, że twarz Umy krzywi się z bólu. Dotyk jej dłoni nie wydaje się już zalotny, tylko raczej desperacki. Zdumiona zauważam, że Chase zdejmuje jej dłoń ze swojej ręki i odsuwa na bok. Uma, chyba najsłodsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek poznałam, wybucha płaczem i ucieka.

Chase odwraca się z obojętną miną do swojej szafki.

— Ale dupa — stwierdza Miko za moimi plecami.

— Nie musisz mi mówić — mruczę.

— Nie, chodziło mi o jego tyłek. Jest boski.

Przewracam oczami i zatrzaskuję szafkę.

— I chyba przydałoby się, gdyby dostał w niego kopa.

Z nową determinacją odsuwam się od rzędu szafek i podchodzę do Chase’a. Dopiero kiedy znajduję się kilka kroków przed nim, podnosi na mnie wzrok. Ogarnia mnie poczucie winy, ale nie pozwalam, by moje uczucia zaburzyły pozbawioną emocji maskę, w jakiej zastygła moja twarz. Zatrzymuję się obok niego i opieram o pobliską szafkę. Ze spokojem i pewnością siebie.

Nie ma co do tego wątpliwości: Chase Thatcher jest być może najbardziej atrakcyjnym facetem w naszej szkole. Jego oczy mają głęboki, orzechowy odcień, włosy są zmierzwione, a skóra opinająca wysokie, wysportowane ciało cudownie piegowata. Staram się nie poddać onieśmieleniu wywołanemu łączną siłą rażenia wszystkich tych czynników. Uśmiecham się i wydobywam z siebie z lekkim trudem i zażenowaniem krótkie „cześć”.

Stojąc tak blisko niego, trudno nie zauważyć drobnych szczegółów, które wyjaśniają, dlaczego facet robi takie wrażenie na żeńskiej części Lindale High. Szczęka i policzki jak spod dłuta, pełne wargi, błyszczące oczy. Rozumiem, dlaczego ludzie w jego obecności tracą rozum.

— Znam cię? — pyta ostrożnie chłopak. — Jeśli poznaliśmy się w sobotę, to przepraszam, ale byłem zalany w trupa. Nie powtarzam randek.

W ten sposób jego urok pryska równie szybko, jak się pojawił.

— To dobrze — odpowiadam szorstko. Czy on naprawdę aż tak często zapomina twarze różnych dziewczyn, że zaznacza to na wstępie? — Nie, nie znasz mnie. Nie jestem twoją byłą.

— Aha, to dobrze. — Chyba mu ulżyło, choć okazuje to tylko przez ułamek sekundy. Mierzy mnie wzrokiem, zatrzymując spojrzenie na gołej nodze wystającej spod dżinsowej spódniczki. — W takim razie możemy się umówić. Mogę zarezerwować stolik w restauracji, jeśli chcesz, ale musisz do mnie zadzwonić, żeby dograć szczegóły.

Wyciąga coś z tylnej kieszeni i wsuwa mi do ręki, dodając na koniec ujmujący uśmiech, który trwa całe pół sekundy. Potem rozgląda się po korytarzu, tracąc zainteresowanie.

— Że co? — pytam w osłupieniu.

— Zgodziłem się, możemy iść na randkę.

— No cóż, chyba mam wielkie szczęście, ale nie pytałam, czy umówisz się ze mną na randkę. — Naprawdę się spodziewałam, że będzie uroczym flirciarzem, a jednocześnie przyzwoitym gościem. A ten facet jest egoistycznym, aroganckim gnojkiem.

— Nie?

Czyżbym usłyszała w jego głosie autentyczne zaskoczenie?

— Nie, sam wyszedłeś z takiego założenia. — Krzywię nos, przyglądając się zmiętej karteczce samoprzylepnej w dłoni. — Nie przyszłam, żeby wyznawać ci miłość, błagać o drugą randkę ani dawać ci swój numer. Nic z tych rzeczy.

Chase marszczy brwi. Po raz pierwszy, odkąd się odezwałam, odwraca się do mnie w pełni.

— W takim razie czego chcesz?

— Może porozmawiać? — Pozwalam sobie na lekką irytację w głosie. Unoszę dłonie w sarkastycznym geście poddania. Karteczka jest wciśnięta pod kciuk. — Może zapytać, dlaczego przed chwilą zraniłeś Umę? To naprawdę przemiła osoba, jeśli chcesz wiedzieć.

Chase krzyżuje przed sobą ręce. Pozwalam sobie na jedno krótkie spojrzenie na żyłę biegnącą wzdłuż jego lewego bicepsa, ale nic poza tym.

— Czy to naprawdę twoja sprawa?

— Uma jest moją koleżanką.

— W takim razie nie twoja.

Gość już mnie wkurza.

— Chciałabym tylko wiedzieć, po co umawiasz się z dziewczynami, skoro zaraz potem zamierzasz je rzucić? To musi być niesamowicie samotny sposób na życie.

Jego ciemne oczy rozszerzają się odrobinę — na tyle bardzo, że mimo jego najlepszych wysiłków, aby to ukryć, widzę, że uderzyłam w czułą strunę. Napiera na mnie szerokimi barami, jego miętowy oddech owiewa mi nos. Chase posyła mi wściekłe spojrzenie.

— Nie powtarzam randek. Mam do tego prawo. Nie twój interes. Nie wdaję się też w bezcelowe pyskówki z takimi przemądrzałymi laskami jak ty.

Chase odsuwa się, wkłada ręce do tylnych kieszeni obcisłych dżinsów i odchodzi. Aż mnie zatkało. Odprowadzam go wzrokiem, wmurowana w miejsce obok jego zamkniętej szafki. Przypominam sobie listę rzeczy, jakich zdaniem pani Blythe dopuścił się Chase, i próbuję połączyć ten opis z naszą rozmową. Narkotyki.Przemoc.Wandalizm.Bezczelność.Agresja. Był dosyć humorzasty, więc to wszystko brzmi z sensem. Może ten gość faktycznie zasługuje na wydalenie ze szkoły?

No i czy zrobię coś złego, jeśli przyłapię go na gorącym uczynku?

Ostatecznie nikt nie powinien strzelać do posłańca.

Pod wpływem impulsu wyciągam z kieszeni komórkę i wpisuję do pola z nową wiadomością numer z karteczki od Chase’a. Stukam trzęsącymi się dłońmi w klawiaturę i bez wahania wysyłam.

Rzeczywiście trudno jest zauważyć, że kogoś ranisz, skoro jesteś zapatrzony wyłącznie w siebie. Ponieważ wyglądasz mi na desperata, upewnię się, żeby przekazać twój numer osobie w potrzebie. Na pewno uda ci się znaleźć kogoś, kto zaraz nie ucieknie 😊.

Chase Thatcher sam się pogrąży.

Nikt nie może mnie winić, że akurat będę w pobliżu, by to zarejestrować.

Rozdział 2.

Kawa-ł drania

Cały czas bacznie obserwując moją siostrę, unoszę stopniowo prawą nogę nad podłokietnikiem drugiego tapicerowanego krzesła ustawionego przy jej biurku. Moja stopa płynnym ruchem opada na różową szydełkowaną poduszkę. Gratuluję sobie w myślach wprost mistrzowskiej bezszelestności. Wstrzymuję oddech, gdy lewa noga robi to samo. Powoli, boleśnie, kostka opiera się o prawą stopę. Jak ninja ro…

— Wiesz, że nie lubię, kiedy wywalasz giry do góry — przerywa mi Chloe. Skrobanie długopisu na kartce nawet nie zwalnia; siostra jest wciąż skupiona na swojej pracy.

Wzdycham mrukliwie i opuszczam stopę na siedzisko.

— Te krzesła są niewygodne. Muszę gdzieś położyć stopy. Wolisz, żebym dała je na biurko?

— Przez ciebie mam zawsze brudne poduszki.

— Jestem przekonana, że to niewielka cena za wygodę siostry.

Nie zawraca sobie nawet głowy wyprowadzaniem mnie z błędu.

— Wiesz może coś na temat Chase’a Thatchera? — pytam od niechcenia.

Rozłożyłam się już wygodnie na obu krzesłach twarzą do jej biurka. Plecy mam proste, a głos pełen nadziei. Chloe podnosi wzrok znad swojej pracy i marszczy brwi.

— A dlaczego pytasz?

Moja siostra wygląda dziwnie ze zmarszczonym czołem. Mama zawsze powtarza, że jej twarz została stworzona do uśmiechu, i wydaje mi się, że Chloe święcie w to wierzy. Widok jej zmarszczonego czoła jest nietypowy, by nie rzec wręcz nienaturalny. Chloe jest o wiele za ładna. Mama mawia też, że moja twarz została stworzona do marudzenia, ale ta teoria nigdy nie wydawała mi się logiczna.

— Jestem po prostu ciekawa — mówię, wzruszając lekko ramionami i patrząc spod zmrużonych powiek na promienną twarz siostry. W przeciwieństwie do mnie i moich odrobinę ciemniejszych włosów, Chloe może się poszczycić uroczym połączeniem mocno kręconych, jasnych loków mamy i orzechowych oczu. Jest pedagogiem szkolnym w naszym liceum, co doprowadza niekiedy do niezwykle krępujących sytuacji. Nie mówiąc o tym, że wiecznie słyszę komentarze chłopaków z mojego rocznika na temat tego, jaka jest atrakcyjna. Obrzydlistwo.

— To wiesz coś?

Chloe wraca do swojej pracy.

— Nie zdradziłabym ci niczego, nawet gdyby było mi wolno.

Fioletowy długopis tańczy na leżącej przed nią kartce. Jej włosy są zaplecione w warkocze upięte schludnie wokół głowy spinkami z motywem stokrotek. Moje włosy zwisają sobie bezładnie. Z naciskiem na bezładnie.

— Przecież nikomu nie powiem — jęczę i kopię w biurko. W wyniku mojej frustracji stojąca na brzegu doniczka z sukulentem chwieje się, a kilka kolorowych żelowych długopisów zaczyna turlać się po kartce, na której pisze Chloe. Siostra patrzy na mnie znacząco, unosząc brew. Długopis zawisa centymetr nad zeszytem.

— Kretynko, mogliby mnie za to wyrzucić z pracy.

— Zapomnij. — Macham lekceważąco dłonią. — To dla wyższego dobra.

Nigdy tak naprawdę nie oczekiwałam, że Chloe cokolwiek mi powie; wiem, że bardzo poważnie podchodzi do swojej pracy. Ma dwadzieścia cztery lata i po studiach w Portland w stanie Oregon wróciła do domu, żeby pracować na niepełny etat jako pedagog szkolny w dwóch pobliskich szkołach rejonowych. Odkąd sięgam pamięcią, Chloe zawsze chciała pomagać ludziom. Harowała w tym celu jak wół, ale nikt z jej otoczenia nigdy nie wątpił, że odniesie sukces. Chloe nie wie, co to porażka.

— Eriko, dlaczego pytasz? Czy coś się stało?

Podnoszę na chwilę wzrok i widzę, że jej orzechowe oczy lustrują z niepokojem moją twarz. Długopis, który jeszcze przed chwilą znajdował się w jej dłoni, leży teraz płasko na kartce w otoczeniu zawijasów fioletowych liter. Chloe zawsze stara się wszystkiemu zaradzić; znaleźć rozwiązanie problemu; ma nienasycony wręcz głód naprawy świata.

— Nic się nie stało — odpowiadam i kręcę głową. — Nie musisz się martwić.

Siostra mruży oczy.

— On ci się podoba?

— Podoba się mojemu środkowemu palcowi, jeśli o to ci chodzi.

Chloe wzdycha i znów bierze do ręki długopis.

— To skomplikowany chłopak, okej? Nic więcej nie powiem, ale nie oceniaj go zbyt surowo i wyluzuj ze swoimi… — Macha długopisem w powietrzu, wskazując na mnie — …bezczelnymi komentarzami.

Wzdycham z przesadą.

— Bezczelna? Ja? Jestem absolutnie zszokowana, że zarzucasz mi tego rodzaju cechę.

— Spryciara.

Uśmiecham się szeroko. Chloe zerka na zegar zawieszony na ścianie. Pomalowane na różowo żelowe paznokcie wolnej ręki bębnią rytmicznie o blat biurka.

— Czy to nie jest przypadkiem przerwa obiadowa? Musisz mnie dręczyć? Nie masz nic lepszego do roboty?

— Mam — odpowiadam słodko. — Wpadłam tylko na chwilę, żeby podkraść ci trochę…

— Nie.

— Nie bądź taka, tylko jeden kubeczek — mówię błagalnie, pochylając się na swoim siedzeniu. — Kawa z twojego ekspresu jest znacznie lepsza niż ta z filtra, którą serwują nam na stołówce.

— Jesteś prawdziwym koszmarem.

— W takim razie kubek kawy pomoże mi się z niego obudzić.

Z ust Chloe wydobywa się pełen frustracji jęk.

— Dobra. Mam cię dzisiaj odwieźć do domu?

Zrywam się z krzesła jak błyskawica, biorę jeden z papierowych kubków i naciskam guzik w ekspresie, który zapewni mi płynną rozkosz. Gabinet Chloe jest nieduży i przytulny, ciepły, pełen kolorowych ozdóbek, kaktusów i obrazków. Chyba uczniowie mają czuć się tutaj bezpiecznie. Moim ulubionym elementem wystroju jest ekspres.

— Nie, nie martw się, Miko podjedzie po mnie po treningu.

Chloe piorunuje wzrokiem moje dłonie, gdy nakładam na kubek cienkie plastikowe wieczko.

— Zacznę pobierać od ciebie opłatę za kapsułki.

— Płacę ci światłem, które wnoszę w twoje życie — oznajmiam wesoło, biorąc swoje rzeczy i podchodząc do drzwi. — Do zobaczenia! Miłego dnia!

— Udanego treningu. Aha! I ugryź się w język, zanim kogoś zranisz.

Drzwi jej gabinetu zamykają się za mną i wychodzę na cichy korytarz.

Jest początek przerwy obiadowej i Miko będzie na mnie czekała na stołówce. Upłynął oficjalnie cały dzień, odkąd zgodziłam się pomóc pani Blythe w wydaleniu Chase’a ze szkoły, a oprócz Miko nie powiedziałam o tym nikomu. Nie wiem, czy kiedykolwiek to zrobię. Na myśl o tym, że miałabym na kogoś donosić, żeby samej coś na tym ugrać, nadal zbiera mi się na mdłości. Nie wspominając nawet o stresie związanym z tym, w jaki dokładnie sposób zamierzam tego dokonać.

Może powinnam zapytać Blythe, czy wolno mi dobrać sobie pomocników. Moglibyśmy stworzyć grupowy czat, wymieniać się pomysłami. Moglibyśmy nazwać się „Brygada do Zwalczania Przestępczości Nieletnich” albo…

— Nie jestem desperatem.

Niemal wyskakuję ze skóry, kiedy ktoś staje mi na drodze, zagradzając przejście tak, że aż zataczam się zszokowana do tyłu. Syczę, bo gorąca mokka, którą trzymam w ręce, chlapie mi na przedramię, rozpalając bólem poparzone miejsca. Przez chwilę opłakuję utratę wylanej kawy, ale potem podnoszę wzrok i napotykam wściekłe spojrzenie brązowych oczu. Chase Thatcher stoi przede mną w wyzywającej pozie z ręką opartą o szafkę i zaciśniętą z irytacji szczęką.

Szybko przywołuję na twarz uśmiech.

— Widzę, że dostałeś moją wiadomość.

Chłopak krzywi się, zabiera dłoń z szafki i krzyżuje ręce na piersi. Dziś ma na sobie czarno-białą koszulkę baseballową z podwiniętymi do łokci rękawami, odsłaniającymi umięśnione przedramiona.

— Czego ode mnie chcesz?

Namyślam się przez chwilę.

— Chcę, żebyś odkupił mi kawę, skoro połowa tej się wylała.

On nie ma cierpliwości do mojej pozorowanej nonszalancji.

— Po co do mnie wczoraj zagadałaś?

— Już mówiłam: chciałam porozmawiać.

Chase śmieje się z niedowierzaniem.

— Nie znamy się, a ty mimo to uważasz, że masz prawo krytykować mnie za coś, o czym nie masz pojęcia. Więc powiedz mi, ale tak szczerze, czego ode mnie chcesz? Chyba że chodzi ci tylko o to, żeby mnie wkurzyć.

— Wisisz mi kawę — powtarzam. — I naprawdę chciałam tylko porozmawiać. Sam doprowadziłeś do tego, że zaczęłam cię krytykować, bo z góry założyłeś, że przyszłam na podryw.

Sprawdzam niewidzialny zegarek na nadgarstku.

— A teraz posłuchaj, znajomi czekają, więc jeśli masz coś ciekawego do powiedzenia, to sugeruję, żebyś się pospieszył. Kawa mi się kończy, podobnie jak zainteresowanie.

Wiem, że to pewnie niezbyt rozsądne z mojej strony, żeby go wkurzać, ale nie potrafię się powstrzymać. W dalszym ciągu nie wiem, jak doprowadzić do tego, żeby go capnęli. Muszę poczekać na właściwy moment.

— Czy to jakiś dziwny, szurnięty sposób, żeby zwrócić na siebie moją uwagę?

— No nie wierzę. — Klepię się w czoło. — Ty nadal uważasz, że cię podrywam?

— Po prostu nie wierzę, że podeszłaś do mnie tylko po to, żeby porozmawiać — odpowiada i przysuwa się bliżej mnie. Jego głos jest ostry, sceptyczny. Nagle odczuwam niezmierną wdzięczność za to, że na korytarzu jest pusto. — Nie znamy się, nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy, więc nie udawaj, że to normalne, że chcesz ze mną pogadać zupełnie bez powodu.

Oczywiście ma rację. To nietypowe, że podchodzę i zaczynam rozmowę z nieznajomą osobą zupełnie bez celu, ale co mam mu powiedzieć? Chciałam się czegoś o tobie dowiedzieć? Poznać osobę, którą będę usiłowała wyrzucić ze szkoły? Takie tłumaczenie na pewno spotkałoby się z jego aprobatą.

Muszę znaleźć sposób na to, żeby nagrać go na robieniu czegoś złego, i to jak najszybciej. Bez zaangażowania emocjonalnego, bez nawiązywania przyjaźni, bez zbliżania się na tyle, żeby mieć poczucie, że go zdradzam. Nie mogę go śledzić i na pewno nie mogę posłużyć się nagraniami ze szkolnego monitoringu, bo przecież już dawno zostałby złapany. Najlepiej byłoby to zrobić, będąc razem z nim, ale jak mam do tego doprowadzić bez zaprzyjaźniania się?

Przez kilka niezręcznych sekund wpatruję się w Chase’a, mrugając oczami, wysilając mózgownicę. W końcu przypomina mi się film, który oglądałam wczoraj wieczorem. Wild Child. Zbuntowana księżniczka. Nagle przychodzi mi do głowy rozwiązanie.

— Chcę, żebyś mi pomógł zejść na złą drogę.

W chwili, w której wypowiadam te słowa, już ich żałuję, bo natychmiast sobie uświadamiam wszystkie potencjalne wady tego planu, ale nie mogę się już wycofać. Zaciśnięte usta Chase’a rozwierają się w zaskoczeniu.

— Co takiego? — pyta głupio.

— Chcę coś zbroić — mówię z większą determinacją, niż czuję. — Chcę zepsuć trochę swoją reputację, sprawić, żeby wszyscy przestali mnie uważać za taką porządną. Chcę zwrócić na siebie uwagę.

— Podeszłaś akurat do mnie na korytarzu, bo chcesz zwrócić na siebie uwagę?

W jego głosie wyraźnie słychać niedowierzanie. Nawet ja zdaję sobie sprawę, że moje słowa zabrzmiały absurdalnie.

Misja odwołana. Misja odwołana.

— Wiesz co? Nieważne — rzucam, rumieniąc się ze wstydu i zaczynając się wycofywać. — Zapomnij o tym. Zachowuj się tak, jakby to nigdy się nie wydarzyło.

Kiedy odwracam się w przeciwnym kierunku, na mojej ręce ląduje dłoń. Dotyk Chase’a jest ciepły. Chłopak z łatwością przyciąga mnie z powrotem do siebie. Patrzę na niego nieufnie, kiedy puszcza moją rękę, ale na jego twarzy nie widać już zaskoczenia. Jest lekko napięta, ale trudna do odszyfrowania.

— Dlaczego chcesz to zrobić?

Improwizuj, Eriko. Czy najlepsze kłamstwo nie jest przypadkiem najbliższe prawdy?

— Chcę… zwrócić na siebie uwagę rodziców — mówię cicho, starając się ignorować towarzyszący tym słowom dyskomfort. Mam nadzieję, że chłopak odczyta moje wahanie jako dramatyczną pauzę zrobioną dla większego efektu. — Moja siostra jest idealna pod każdym względem, to modelowa córka. Nie jestem w stanie się z nią równać. Mam wrażenie, jakby świata poza nią nie widzieli… Chcę, żeby mnie zauważyli, dostrzegli chociaż raz.

Niemal się krzywię. Aż za bardzo przypomina to prawdę.

Mina Chase’a jakby łagodnieje, a jego wzrok wędruje na moją twarz, żeby odczytać jej wyraz. Staram się wcielić w uosobienie szczerości.

— Co konkretnie mam zrobić? O co mnie prosisz?

— O parę wskazówek — odpowiadam wymijająco, odzyskując nieco pewność siebie. Gość nie parsknął śmiechem ani mnie nie olał, więc gra nadal się toczy. — Nie chcę, żeby mnie przyłapali.

Chcę natomiast, żeby przyłapali ciebie.

Chase opiera się o szafki, wpatrując się pustym wzrokiem w korytarz. Waha się przez kilka sekund, po czym znów się do mnie odwraca.

— Dlaczego miałbym ci pomagać?

— Nie wiem — odpowiadam niezrażona. — Ale pomożesz, prawda?

Chase prycha, co brzmi jak niski pomruk wydobywający się z głębi gardła.

— No proszę, kto teraz robi odgórne założenia?

— Słuchaj, może po prostu uznajmy, że będę twoją dłużniczką?

Patrzy na mnie z lekkim uśmiechem na ustach.

— Jak się nazywasz?

— Erika Monroe — odpowiadam. Widzę po jego minie, że kojarzy moje nazwisko; słyszał o mnie. Ponieważ jestem wyszczekana, mam niezłe osiągnięcia sportowe i ładną siostrę, trudno uznać mnie w szkole za niewidzialną. Chase kiwa głową niemal porozumiewawczo, lecz zaraz potem jego twarz przybiera nonszalancki wyraz.

— Umówmy się dziś wieczorem na imprezie u Sophie Houghton. — Prostuje się, odsuwając się od szafek, o które się opierał. Przeczesuje ręką włosy. — O dwudziestej. Przyjdź, bo w przeciwnym razie ci nie pomogę. I lepiej, żeby to nie była jakaś przeciągnięta w czasie metoda na flirt. Nie toleruję manipulacji psychicznej.

— A co z moją kawą? — Potrząsam niemal pustym kubkiem, który unoszę w górę.

Chase unosi z irytacją brew.

— Co z nią?

— Wisisz mi drugą — oskarżam. — Nie odpuszczę.

— To się jeszcze okaże.

— To prawda. — Zaczynam się cofać. — Aha, no i serio, błagam, wybij sobie wreszcie z głowy, że próbuję cię poderwać. Jestem jak moja kawa… Czarna i gorzka, a dla ciebie o wiele za gorąca. — Szczerzę się w uśmiechu i okręcam na pięcie.

A teraz spadaj, Eriko. To działa wyłącznie wtedy, kiedy masz ostatnie słowo.

Idę co prawda w złym kierunku.

Mimo to czuję, że mój krok jest sprężysty. Jestem umówiona dziś z Chase’em na imprezie u Sophie, gdzie rozpocznie się pierwsza faza planu.

Im szybciej doprowadzę do wywalenia tego chłopaka ze szkoły, tym lepiej.

* * *

— Właśnie sobie uświadomiłam, że biustonosze uwydatniające piersi działają tylko wtedy, kiedy jest co uwydatniać — oświadcza ze smutkiem Miko. Stoi bokiem do lustra i obejmuje dłońmi swój biust przez promiennie żółty top odsłaniający brzuch. — Ale przynajmniej jestem prezeską grupy płaskich desek.

Uśmiecham się do niej ze swojego miejsca przy biurku, gdzie siedzę na stołku z nogą założoną na nogę.

— Te dziewczyny cię potrzebują, Miko. Twoja praca jest niezastąpiona.

— Masz rację. — Wzdycha dramatycznie. Jej dłonie odsuwają się od piersi. Odwraca się i podchodzi do mnie tanecznym krokiem. — Ja i moje maleńkie piersi zrobimy furorę na tej imprezie.

Mruczę z aprobatą. Odwracam się i rozsmarowuję na nosie warstwę ciemnoszarej maseczki z glinki. Żadna z maseczek, które udało mi się do tej pory kupić, nie zredukowała w znaczący sposób porów na moim nosie, ale i tak uważam, że miło mieć poczucie, że się o siebie dba.

— Powinnaś pożyczyć sobie ten top.

Wśród najróżniejszych kosmetyków zawalających mi biurko Miko odnajduje konturówkę do brwi i obraca ją z roztargnieniem między palcami.

— Miałam go na sobie znacznie częściej niż ty.

— To dlatego, że w żółtym wyglądasz ekstra. Nie upaćkaj go glinką — ostrzegam, kończąc nakładać maseczkę na czoło. Próbuję nie robić min, ale już czuję charakterystycznie napiętą skórę. Przesuwam łokciem tubkę w kierunku Miko, a potem wstaję i idę do łazienki umyć ręce.

Kiedy tylko powiedziałam Miko o dzisiejszej imprezie, przygotowywania do kartkówki z historii, które miałyśmy w planie, zamieniły się w przygotowania do imprezy. Miko uwielbia imprezy. Poza tym, że w towarzystwie wprost rozkwita, jest równocześnie kompletnie uzależniona od dramatów i plotek, których pośrednim źródłem jest alkohol. Czasami przyłapuję ją z uchem przyklejonym do drzwi, kiedy jakaś para kłóci się w łazience, albo całkowicie pochłoniętą obserwowaniem chłopaka, który opowiada kumplowi, kto wysyła mu rozbierane zdjęcia. W większości przypadków udaje mi się w porę ją odciągnąć, ale któregoś dnia jej bezwstydne wścibstwo się na niej zemści.

Po powrocie do pokoju widzę, że Miko leży na moim łóżku z nogami w górze i przygląda się własnym stopom.

— Co ty robisz?

Zerka na mnie przelotnie i wraca do oględzin.

— Och, próbuje tylko stwierdzić, czy nie mam jednej nogi dłuższej od drugiej.

— Gdyby tak było, dziwnie byś chodziła — stwierdzam ze śmiechem i znów siadam przy biurku. — I pewnie coś by cię bolało.

Miko opuszcza swoje mleczne nogi z powrotem na koc i podpiera się na łokciu.

— Jestem prawie pewna, że jedna z moich stóp jest większa od drugiej. Wydaje mi się, że mam też większy jeden cycek. Naprawdę nie może być tak samo z nogami? Czy to aż taka przesada?

Zagryzam wargę, żeby powstrzymać śmiech.

— Widziałaś dziś Kaia?

Z twarzy Miko w jednej chwili znika rozbawienie. Kaito jest szesnastoletnim bratem Miko, który, jak sama mówi, jest największym wrzodem na jej tyłku. Od czasu sformalizowania rozwodu i wyprowadzki ich ojca, chłopak zaczął przysparzać coraz większych problemów i coraz bardziej izolować się od rodziny. W czasie ferii wiosennych rzadko bywał w domu, wiecznie włóczył się z grupką rozbrykanych starszych chłopaków, a kiedy Miko już się z nim widziała, podobno bywał opryskliwy i bezczelny. Miko martwi się, że niemal zupełnie zerwał relację z Sadą. Ich matka nie toleruje złego zachowania, a Kai z każdym dniem wystawia ją na coraz większą próbę.

Miko ma nadzieję, że powrót do szkoły i codzienna rutyna pomogą Kaiowi odzyskać spokój. Mam nadzieję, że to zadziała. Wiem, że przyjaciółka bardzo przeżywa rozłam w rodzinie. Dawniej, kiedy jej brat poświęcał cały swój wolny czas na granie w World of Warcraft, byli ze sobą bardzo blisko.

— Nie, nie widziałam go — odpowiada. — Poprosiłam jego wychowawcę, żeby mi powiedział, jeśli nie przyjdzie.

— Czyli to oznacza, że przyszedł, tak?

Miko próbuje przywołać uśmiech.

— Najprawdopodobniej.

Kiedy już mam spytać, czy przyjaciółka wybiera się jutro na spotkanie grupy dyskusyjnej, Miko zrywa się z wrzaskiem z łóżka, plącząc się w poduszkach.

— Mój tyłek właśnie zawibrował. Wiedziałam, że coś jest ze mną nie tak.

Przewracam oczami, podnoszę się z siedzenia i podchodzę do łóżka. Mój telefon leży na pościeli. Ekran jest podświetlony i komórka brzęczy rytmicznie.

— Nie, idiotko, ktoś do mnie dzwoni.

Z nieznanego numeru. Dziwne.

Odbieram połączenie i przykładam aparat do ucha.

— Halo?

— Eriko — odzywa się ktoś barytonem. — Czas się wywiązać z obietnicy. Musisz mi wyświadczyć przysługę.

Rozdział 3.

Bandzior w opałach

Jego głosu nie da się z nikim pomylić, mimo naszych ograniczonych kontaktów.

— Chase. — Opieram się o najbliższą ścianę, o którą uderzam głucho tyłem głowy. Wbijam wzrok w sufit. — Skąd masz mój numer?

— Przecież mu wysłałaś esemesa, głupolu — odpowiada Miko z przeciwnej strony pokoju. Siedzi wyprostowana na łóżku i wyjada z miski solony popcorn, który przygotowałam dla niej wcześniej. Nie cierpię solonego popcornu, ale Miko go uwielbia, więc tata zawsze pamięta, żeby kupić na zapas. Przyjaciółka patrzy wielkimi oczami na komórkę w mojej dłoni, chrupiąc garściami przekąskę.

— Nieważne — jęczę, nim Chase zdąży odpowiedzieć na moje pytanie. Odsuwam się od ściany i podchodzę do biurka. Biorę długopis i okręcam go bezmyślnie w palcach. — Lepiej zadzwoń do kogoś innego. Nie zgodziłeś się mi pomóc, więc szansa, że ja pomogę tobie, jest jak dwója ze sprawdzianu. No wiesz, naprawdę marna.

— Musisz po mnie przyjechać — wzdycha Chase. — Jeśli mam ci pomóc, to staw się jak najszybciej na Redwood Avenue i zawieź mnie do domu mojego kumpla, Joego. O ósmej spotkam się z tobą zgodnie z planem na imprezie i wtedy będziemy mogli porozmawiać na temat rekompensaty.

Zerkam na siebie w lustrze i podskakuję, upuszczając przy tym długopis na podłogę. Zupełnie zapomniałam, że mam na twarzy maseczkę z glinki.

— Posłuchaj, czysto teoretycznie mogłabym po ciebie przyjechać, ale mam inne plany.

— Czy to plany, które możesz zmienić? — pyta Chase, chrząkając. Jego głos odrobinę łagodnieje. — Wyświadczysz mi wielką przysługę. Muszę się stąd wydostać.

— To może taksówka? Albo autobus? Są różne możliwości. — Kątem oka widzę, że Miko kręci gwałtownie głową. Wyciąga do mnie rękę, potrącając przy tym miskę z popcornem tak, że rozdęte ziarenka rozsypują się po całej pościeli. Piorunuję ją wzrokiem. — Miko chce z tobą porozmawiać.

— Czekaj, kto…

Nie udaje mi się odpowiedzieć, bo Miko wyrywa mi telefon i przyciska go do ucha z szerokim uśmiechem.

— Cześć, jestem Miko, przyjaciółka Eriki. Słyszałam, że znalazłeś się w kłopotliwej sytuacji, i chcę ci tylko przekazać, że z przyjemnością wypożyczę ci Erikę na pół godziny.

Rozdziawiam usta. Zdrajczyni.

— Redwood Avenue? To po drugiej stronie miasta, zgadza się? — pyta Miko, rzucając w kierunku moich ust ziarenkiem popcornu. Odbija się od mojego policzka. Nieruchomieje, słuchając odpowiedzi Chase’a. — Tak, Erika będzie wiedziała, gdzie to jest. Postara się jak najszybciej przyjechać. Ale proszę, nie przetrzymuj jej zbyt długo, musi mi wydepilować nogi przed imprezą.

Przysiadam na brzegu łóżka ze skrzyżowanymi rękami i mierzę złym wzrokiem moją tak zwaną przyjaciółkę.

Miko krzyżuje nogi w kostkach.

— Nie, nikt nie dysponuje takimi umiejętnościami jak Erika. Jest bardzo delikatna. Właściwie to wręcz czuła. Na pewno będzie z niej znakomita kochanka…

— Ej! — Robię wymach ręką, żeby wyrwać jej telefon, ale Miko z łatwością się uchyla.

— Och! — grucha do słuchawki, ustawiając się tak, żeby odgrodzić się ode mnie całym ciałem. — Eriko, Chase zaproponował, że sam wydepiluje mi nogi!

— Dość tego — mruczę, gdy w końcu udaje mi się odebrać jej telefon. Opieram się znów o biurko i przyciskam do ucha ciepły wyświetlacz. — Ani się waż zbliżać do jej nóg. Nie wchodzą w zakres twoich kompetencji, Thatcher.

Miko rzuca we mnie kolejnym ziarnkiem popcornu, trafiając mnie prosto w czoło.

— Chciałem tylko udowodnić, że potrafię być znacznie delikatniejszy niż ty — odpowiada gładko Chase. — Zarówno podczas depilacji, jak i podczas kocha…

Przerywam mu sarkastycznym parsknięciem.

— Mało delikatnie to ja ci przerwę.

— W takim razie przyjedziesz czy nie?

Jęczę i posyłam wściekłe spojrzenie Miko.

— Czekaj na mnie. Postaram się być jak najszybciej.

Kiedy w końcu się rozłączam, Miko siedzi po turecku na moim łóżku i uśmiecha się do mnie jak aniołek. Ignorując ją, biorę kluczyki z małego haczyka przy biurku i siadam, żeby założyć adidasy. Zawsze zamawiam odrobinę za duże, bo wkurzają mnie sznurówki, czego bardzo nie lubi moja mama.

— Ej, Miko? — odzywam się i wstaję, w końcu podnosząc na nią wzrok.

Na jej twarzy igra uśmiech.

— Tak, moja śliczna przyjaciółko?

— Pozwolę, żeby wosk stwardniał odrobinę za bardzo.

Miko przestaje się uśmiechać i mruży oczy.

— Nie zrobisz tego.

Uśmiecham się i macham palcami na pożegnanie, po czym wychodzę z pokoju i idę do łazienki, żeby zmyć z siebie tę durną maseczkę.

— Może lepiej załóż dżinsy?

* * *

Jadę powoli wąską drogą z dłońmi przyklejonymi do kierownicy. Zapadł już zmierzch, ale latarnie zapaliły się dopiero przed chwilą. Rzucają na pobocze upiorną poświatę. Budynki są odrapane i zniszczone, na chodnikach walają się puste butelki, a drzewa mają kolor plam po nikotynie. Rozglądam się za Chase’em Thatcherem i z każdą sekundą odczuwam coraz większy niepokój. Nigdy wcześniej nie byłam w tej części miasta.

Wzdrygam się, kiedy jakiś pies oszczekuje mój samochód.

Tęsknię za moim ciepłym pokojem i zapachem solonego popcornu.

Dojeżdżam prawie do końca Redwood Avenue i mam ograniczone możliwości. Albo jeszcze raz powoli objadę pobliskie ulice, albo gdzieś stanę. W chwili, w której mam już włączyć kierunkowskaz, zauważam po lewej stronie jakiś ruch. Na rogu ciemnej ulicy widać, że na tle asfaltu majaczą jakieś cienie: rozkołysane sylwetki kilku osób.

Mam wysiąść i go poszukać?

To zły pomysł. Bardzo zły. Lepiej najpierw zadzwonić.

— Jesteś kretynką, że się na to zgodziłaś — mruczę, parkując samochód na wolnym miejscu po prawej stronie ulicy. Gaszę silnik i szukam telefonu, żeby wypełnić czymś nieprzyjemną ciszę, która nagle zapadła. Wybieram jak najszybciej połączenie z ostatnim numerem, lecz nie rozlega się uspokajający sygnał. Telefon piszczy protestująco i połączenie zostaje przerwane, jeszcze zanim zostało nawiązane. Nie mam zasięgu.

Jakżeby inaczej.

Moja wściekłość na to, że Chase się nie pojawił, jest paliwem koniecznym, aby wygonić mnie z samochodu na chłodne wieczorne powietrze. Drzwi auta się zamykają i klika automatyczny zamek, zaś chłodny wiatr kąsa delikatnie moje gołe ręce w ramach ostrzeżenia. Idę w kierunku cieni majaczących przy wylocie sąsiedniej ulicy. Przez całe imponujące dwadzieścia sekund udaje mi się powstrzymać strach. To znaczy do czasu, póki nie staję na rogu i nie słyszę przerażających odgłosów i wrzasków stojącej kawałek dalej grupki. Zimne przerażenie przenika moją pierś i ściska mnie za gardło.

Dwie minuty, postanawiam. Jeśli nie znajdę go w ciągu dwóch minut, spadam stąd.

Nabieram gwałtownie powietrza i wychodzę na róg ulicy.

W jednej chwili dociera do mnie, że to był błąd. Przede mną po lewej stronie wznosi się bar Admirał, podupadłe źródło wylewających się na ulicę grupek ludzi. Nieopodal czterech facetów przygląda się mi z ławki piknikowej. Ich spojrzenia są podlejsze niż zaparkowane za nimi motocykle. Potykam się o własne stopy. Budynek baru zdaje się niemal przechylony. Zapada się na betonowym fundamencie, jakby chciał zniknąć. Parking, nieduży i otoczony żywopłotem, jest wypełniony pomrukującymi samochodami wyścigowymi.

Słyszałam o tym miejscu. Stary bar na obrzeżach miasta, gdzie domy ustępują miejsca złomowiskom i zaniedbanym terenom przemysłowym.

To tu można spotkać ludzi, przed którymi ostrzegają rodzice.

Przeklinając pod nosem, zmuszam się, żeby iść dalej w kierunku serca parkingu. W moją stronę kieruje się zbyt wiele ciekawskich spojrzeń, żebym mogła teraz zawrócić. Powietrze jest aż gęste i duszne od smrodu benzyny i spalin. Oddycham szybko i z wysiłkiem. Parking rozbrzmiewa ożywionymi rozmowami i warczeniem silników, których wibracje wyczuwam podeszwami butów. Próbuję skupić się na tym doznaniu.

— Przepraszam — odzywam się bez tchu do kobiety po prawej stronie. Jest dziwnie wysoka, ma ciemne włosy i tatuaż oplatający jej szyję. — Wiesz może, gdzie jest Chase Thatcher?

— Jest tam, z Sethem, skarbie. — Wskazuje na tylną część parkingu, ale marszczy z niepokojem czoło. — Jesteś tutaj z kimś? To nie jest zbyt bezpieczne miejsce dla samotnej dziewczyny.

— Miałam go tylko odebrać. — Usiłuję się uśmiechnąć. — Ale dziękuję. Będę uważać.

Jej mina pozostaje sceptyczna.

— Pójdę z tobą.

Rzucając na bok brudną ceratę, zostawia wypolerowany silnik, widniejący pod otwartą maską samochodu w kolorze indygo, i zaczyna przeciskać się przez tłum. Idę z wdzięcznością za nią, trzymając się blisko, gdy rozsuwa rękami ludzi. Tak blisko, że kiedy dziewczyna się zatrzymuje, cudem unikam zderzenia z jej plecami.

— Pilnuj jej — mówi do kogoś. — Upewnij się, że nic jej się nie stanie.

Odwraca się i ściska przelotnie moje ramię. Ledwie mam czas jej podziękować, bo chwilę później znów znika w tłumie.

— Erika? — odzywa się przede mną jakiś głos. Odwracam się i widzę Chase’a, który wpatruje się we mnie z niedowierzaniem. Jego zwykle nieskazitelnie czysta twarz i ubrania są zaplamione olejem, a włosy odstają w dziwne strony. Chłopak ma na sobie ciemną koszulkę, która przylega do jego torsu jak druga skóra. — Co ty tu robisz? Dlaczego nie zostałaś w samochodzie?

— Nie mogłam cię znaleźć!

— Czemu nie zadzwoniłaś?

— Nie mam zasięgu.

Odruchowo wyciągam telefon z tylnej kieszeni i znów sprawdzam zasięg. Oczywiście teraz mam cztery kreski i wiadomość od matki, która pyta, dlaczego, u licha, nie uczę się z Miko. Szybko chowam komórkę z powrotem do kieszeni.

Chase marszczy brwi.

— Powinnaś była zostać w samochodzie.

— Nie mam całego dnia, kolego. Skończyłeś już?

Mimo poirytowania, czuję, że w jego obecności schodzi ze mnie część napięcia. Choć koleś nie jest moim ulubieńcem, to w kupie zawsze raźniej. Jeśli podejdzie do nas jakiś zbir, nie będę miała problemu z tym, żeby pozwolić Chase’owi się nim zająć. Mój wzrok przesuwa się po jego umięśnionych rękach. Tak. To duży chłopiec. Na pewno sobie poradzi.

— Skończyłem — wzdycha z irytacją Chase. — Momencik.

Odwraca się i prowadzi mnie do miejsca, w którym stoi chłopak w obcisłej czarnej bluzie, pochylony nad maską jaskrawozielonego samochodu wyścigowego. Nie widzę jego twarzy, ale spod podwiniętych rękawów wystają opalone przedramiona okraszone kolorowymi tatuażami i smugami smaru.

— Seth, przyjechała po mnie znajoma. Muszę lecieć.

Seth wysuwa się jednym płynnym ruchem spod maski samochodu i odwraca do nas. Kiedy się prostuje, okazuje się bardzo wysoki. Wyciera ścierką czoło. Pod plątaniną kruczoczarnych loków widnieją orzechowe oczy, które rejestrują naszą obecność.

— Znajoma? — powtarza Seth, dotykając kolczyka w kąciku ust. Rzuciwszy pytające spojrzenie na Chase’a, w końcu przenosi wzrok na mnie, a z jego czoła znika wyraz niezrozumienia. Widać, że jest starszy, ale niewiele. Jest masywnie zbudowany i bardzo przystojny, o kanciastych rysach twarzy. Na jego usta wypływa słaby uśmiech. — Och. Nie wiedziałem, że po kogoś zadzwoniłeś.

— To jest Erika — przedstawia mnie Chase. — Eriko, to Seth Bautista.

— Podałbym ci rękę, ale… — Seth unosi ubrudzone smarem dłonie i macha do mnie powoli.

— Nie przejmuj się, nie obrażę się. — Zerkam kątem oka na równie umorusanego Chase’a i marszczę brwi. — Masz może przypadkiem jakieś worki na śmieci? Jeśli Chase wypaćka mi smarem siedzenie, to nie dojedzie do swojego kumpla.

Chase prycha.

— Jasne. — Seth pochyla się i wyciąga rolkę worków na śmieci z zawalonego rzeczami składanego stolika stojącego obok maski samochodu. Podrzuca rolkę w dłoniach, uśmiechając się szelmowsko. Nagle bez ostrzeżenia rzuca mi ją od dołu. Worki lecą w kierunku mojego brzucha, ale lądują zgrabnie w czekających dłoniach.

— Nieźle — mruczy Chase, krzyżując przed sobą ramiona.

— Dzięki — odpowiadam z dumą, bawiąc się luźnym plastikiem. Podczas krótkiego lotu w powietrzu rolka trochę się rozmotała. Rozwijam ją bardziej, żeby odwinąć cały worek, a potem przytrzymuję pionowo przed ciałem Chase’a i mrużę oczy. — Myślisz, że jeśliby wyciąć na górze dziurę na głowę, tobyś się zmieścił?

— Nie. — Ponad czarnym plastikiem przesłaniającym mi widok widać jego gniewne spojrzenie.

— Warto spróbować — stwierdza Seth, szturchając go ramieniem. — Jesteś…

— Śmieciem, wiem. Ha, ha — przerywa mu Chase sarkastycznie. Wyciąga rękę i pociąga za worek. — Bardzo pomysłowe. Eriko, możemy już iść?

Jak na dany sygnał, warkot silników wzmaga się i zamienia w prawdziwy ryk. Brutalnie wracam do rzeczywistości i przypominam sobie, gdzie jestem. Czuję w piersi ucisk niepokoju. Patrzę na samochody wyścigowe rozstawione na parkingu; metalowe bestie lśniące intensywnymi kolorami niebezpieczeństwa. Sami kierowcy wyglądają nie mniej groźnie; gazują z całej siły ku uciesze spragnionej atrakcji publiki.

— Oczywiście — potwierdzam szybko. Odrywam worek do przykrycia fotela i rzucam pozostałą część rolki Sethowi. — Miło było cię poznać.

Łapie rolkę bez trudu i szczerzy się w uśmiechu.

— Ciebie też.

Kiwam mu głową na pożegnanie, a potem idę tuż za Chase’em obok kruszącej się ściany baru Admirał i dalej przez tętniący życiem parking. Choć ledwie go znam, jego plecy stanowią pożądaną osłonę przed chmarą przerażających nieznajomych i błysków świateł. Nawet po wyjściu na Redwood Avenue, gdzie harmider ludzi i maszyn przycicha, żadne z nas nie próbuje się odezwać.