Francuski piesek - Marta Obuch - ebook + audiobook
Opis

Przeprowadzka może zmienić całe życie!

Misia zostaje właścicielką uroczego domku i dużego ogrodu, ale musi zakasać rękawy i sama zająć się remontem. Niestety nie może liczyć na swojego ukochanego, bo ten ma mnóstwo pracy. Za to do pomocy jest chętny nowy sąsiad – Luk, wyśmienity kucharz, z pochodzenia Francuz.

Misia chciałaby mu wynagrodzić starania, dlatego przygotowuje uroczystą kolację. Poda żaby i ślimaki, ale najpierw musi je złapać… Jakby tego było mało, przygarnia pod swój dach byłą kochankę swojego byłego męża i odtąd na Akacjowej zaczynają się dziać dziwne rzeczy…

Tymczasem przyjaciółka Misi, Zuza, usiłuje zdobyć prawo jazdy, nie zamierza jednak zdawać kolejnego egzaminu! Schodzi więc na drogę przestępstwa. Nie ona jedna w tym towarzystwie…

Coq au vin czy trup podany sauté? Kuchnia francuska i przestępcy, a do tego tajemnica starego domu – mieszanka co najmniej pikantna! Komedia kryminalna Marty Obuch to obowiązkowy punkt każdego dobrego menu. Mniam!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 453

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 10 min

Lektor: Donata Cieślik

Popularność


Izie Salamon, której zawdzięczam wiele powiedzonek,

a Ryszarda… rzetelną zakrzepicę!

Wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdyby Zuza nie chlapnęła jęzorem. I to śmiercionośnie, czego świadkami było co najmniej tuzin osób, które miały tego dnia zdawać egzamin na prawo jazdy, oraz bardzo miła pani ustalająca w WORD-zie terminy dla straceńców.

Otóż Zuza znowu oblała.

I to po raz dwunasty!

Owszem, w sumie zgadzała się z panującą polityką: gdyby każdy smarkacz napalony na BMW tatusia dostawał prawo jazdy od ręki, ulice, i tak już przepełnione, pękałyby w szwach. Ośrodki szkoleniowe też by cienko przędły, nie mówiąc o zarobkach instruktorów, wiadomo. Ktoś to przemyślał i odgórnie kręcił kurkiem. Normalna sprawa w kraju, który nie może się poszczycić systemem autostrad.

Problem w tym, że Zuza się uparła.

A jeśli Zuza się uparła, ciężko było ją od tego odwieść, w zasadzie było to zupełnie i absolutnie niemożliwe. W kwestii prawa jazdy nie liczyła jednak na żaden cud: za każdym razem rzetelnie się przygotowywała, za lekcje płaciła jak za zboże i wciąż szukała instruktora, dzięki któremu jej babski mózg nie myliłby prawej strony z lewą, i na odwrót. W końcu się udało – trafiła na pana Darka. Instruktorek był jeszcze niższy niż jej chłopak, Piotrek Marchewka, aż Zuza zastanawiała się, czy nie powinien mieć specjalnie podnoszonego fotela, w dodatku wytwarzał taką ilość cierpliwości, że w zasadzie nie miał prawa być człowiekiem. Już to wystarczyło, żeby pokochała go jak ojca.

Niestety, cierpliwość pana Darka nie została nagrodzona.

Po oblanym egzaminie czekał na nią żałośnie wciśnięty w kąt sali, a w spojrzeniu jego łagodnych oczu malowało się poczucie winy i… przerażenie.

Bo też Zuza w ten piękny słoneczny dzionek miała wypisany na twarzy mord.

– Zabiję go, normalnie świniaka zabiję! – oznajmiła gromko, wygrażając pięścią w stronę mężczyzny, który właśnie przemierzał plac, i pan Darek odetchnął z ulgą, że tym razem nie chodziło o niego.

– Kogo, na Boga?! – Pani w okienku wychyliła się i z zaciekawieniem popatrzyła we wskazanym kierunku, a wraz z nią do szyby przylgnął tłumek oczekujących.

Do tej pory w większości ćwiczyli masaż powierzchni gładkich swoich telefonów, teraz się ożywili i atmosfera wreszcie uległa rozluźnieniu.

– Jak to: kogo? Tego podleca. – Zuza spojrzała na kolesia w sportowej kurtce takim wzrokiem, że teoretycznie z jegomościa powinna zostać mokra plama na asfalcie.

Ale nie została.

– Pana Krzemińskiego?

– Jakiego Krzemińskiego? – nie skojarzyła. – Dwunasty raz! Ileż można…

– To jest pan Krzemiński, egzaminator. Na pewno się przedstawiał – stwierdziła blond rejestratorka i stłumiła chichot, bo pojęła, że sytuacja w jej miejscu pracy jakby wymyka się spod kontroli.

Kandydaci na przyszłych kierowców jak jeden mąż (i trzy kobiety) wbili solidarne spojrzenia w szpakowatego mężczyznę, a ten, nieświadom wyładowań za swoimi plecami, przystanął pod sąsiednim budynkiem i niedbale odpalił papierosa. Pyk, pyk, zaciągnął się z rozkoszą, nie wiedząc, że właśnie umiera na kilka sposobów jednocześnie, bo życzenie śmierci stało się udziałem całej sali – nikt nie czuł się przecież zagrożony. Można było spokojnie patrzeć bykiem i zaciskać pięści. Jednak bez obaw, wystarczyłoby, żeby Krzemiński odwrócił głowę, a wszyscy poodpadaliby od szyby jak martwe komary.

Tymczasem podniosły się głosy rozochoconych recydywistów, bo nie tylko Zuza musiała zdawać kolejny raz, że pan Krzemiński to faktycznie wybitny gnojek i znana ze swej złośliwości gadzina. Blondynka za szybą zrobiła minę, jakby coś o tym wiedziała, ale wygrał obowiązek.

– Drodzy państwo… Pani nie zdała dwanaście razy, ale przecież nie przez pana Krzemińskiego – usiłowała łagodzić. – Egzaminatorzy cięgle się zmieniają. Trzeba być wytrwałym…

– Wytrwałym?! Ale ten świniak odesłał mnie przy drugim zgaśnięciu waszego rzęcha! Graty nie samochody. – Zuza ponownie zaczęła się żołądkować. – Ledwie dotknąć, a silnik już zdycha. To jest śmieszne… Ktoś w tym kurniku w ogóle zdaje?! – Nabrała powietrza. – Zabiję gnojka, normalnie zaraz mnie ciężki szlag trafi!

– Już, już… – Kurnik najwyraźniej wstrząsnął panem Darkiem, bo choć instruktor nie czuł się kogutem, to jednak wystartował do Zuzy i wziął ją pod swe opiekuńcze skrzydła. Delikatnie, ale stanowczo, skierował podopieczną w stronę drzwi. – Jutro zapiszemy panią na kolejny termin, teraz trzeba się uspokoić. Proszę już nic nie mówić… – szepnął ostrzegawczo i na pożegnanie wyprostował usta w przepisowym uśmiechu.

Zuza musiała mieć jednak ostatnie słowo.

Odwróciła się w progu i, wciąż zaciskając pięść, wykrzyknęła:

– Zabiję!

Później swej zapalczywości bardzo żałowała, ale kiedy już pewne ciała stały się zimne i sztywne, było za późno. Nikt nie musiał zakładać fundacji „Pamiętamy”.

Scenę oglądało czternastu świadków.

Godzina była raczej niewyględna.

Fakt.

Ryszarda Kociołek wątpiła, aby pojawienie się u Misi ze spontaniczną wizytą o dziesiątej rano było szczytem kultury, postanowiła więc odczekać kwadransik i korzystając z cudownej pogody, pójść na spacer. Wcześniej zaparkowała na Akacjowej i wydobyła z bagażnika gigantycznych rozmiarów walizę, ponieważ nie mogła się pogodzić z myślą, że zostawia swoje najlepsze kreacje na pastwę złodziejaszków – ci nie odpuszczali nawet o tak daremnej porze i nawet na obrzeżach Parku Śląskiego, tego była pewna, bo kilku złodziei jednak w życiu poznała. Dzięki Hardemu, który, jak by nie patrzeć, trząsł całym śląskim półświatkiem.

A Misia BYŁA BYŁĄ żoną jej BYŁEGO faceta.

Kobietą świętą, która z powodzeniem mogła rywalizować z miłosiernym Samarytaninem albo Martą ochlapującą nogi Chrystusa. No, może z tym chlapaniem nóg to przesada, bo kiedy Misia dowiedziała się o romansie Hardego z Ryszardą, wystawiła nogi małżonka wraz z kadłubem za drzwi, ale wszystko odbyło się kulturalnie, bez żadnych niesmacznych scen. Co więcej – Misia nie miała do Ryszardy pretensji. Przynajmniej wyrażonych wprost. Uznała widać, że Hardy (jako zgnilizna moralna i rasowy przestępca) prędzej czy później i tak wywinąłby jej numer, więc lepiej, że z kimś, kogo znała, a nawet lubiła. Nie kryła przy tym obaw, że Ryszardę czeka podobny los, ale kto by myślał o losie, kiedy wszystko szło tak pysznie.

Na szczęście w życiu uczuciowym Misi pojawił się Igła, prawa ręka Hardego, co w dużym stopniu załagodziło sytuację. Przynajmniej dopóki Igła z pracownika nie przeistoczył się w amanta, a następnie w pracującego pod przykrywką glinę, który doprowadził do aresztowania swojego szefa.

Oj, działo się, działo…

Tyle że the end nie zmienił się w przypadku Ryszardy w happy end.

Na początku wierzyła, że aresztowanie Hardego to tylko taka gra. Że ukochany przygotował plan awaryjny, jak zawsze. Tymczasem mijały tygodnie, miesiące, potem minął rok, z roku zrobiły się dwa lata, a pieniądze topniały w zastraszającym tempie. „Na górze róże, na dole fiołki…” nie brzmiało już tak przekonująco. Co gorsza, urząd skarbowy położył łapę na wszystkich nieruchomościach i do kompletu uczepił się Ryszardy ZUS. Że wzywa ją do zapłacenia zaległych składek za pracowników. Jedyne trzysta piętnaście tysięcy czterysta dwadzieścia trzy złote i sześć groszy.

Pryszcz!

Tylko… Skąd ona niby ma wytrzasnąć taką kasę?!

I dlaczego Hardy tego nie uregulował?…

W firmie to ona zajmowała się papierami i choć księgowość zlecali na zewnątrz, później wszystko szczegółowo analizowała, oczywiście przymykając oko na pewne kwoty, lekutko naginane do rzeczywistości, ale gdzie się tego nie robi… Jednak płatnościami zajmował się narzeczony. Zwłaszcza płatnościami dotyczącymi pewnej spółki zapisanej na jej ojca. Hardy otrzymywał co miesiąc od swojej asystentki wykaz przelewów, ale pieczę nad licznymi kontami sprawował sam.

Taką miał zasadę, a ona ją szanowała.

Do czasu.

Bardzo szybko przekonała się jednak, że narzeczony na wolności a narzeczony w pudle to dwa różne rodzaje ukochanego. Ten drugi był mrukliwym i opryskliwym frustratem, choćby z tego powodu, że jego życie intymne toczyło się… w kratkę. Dodajmy, że odstępy między kratami były naprawdę duże. Tak duże, że zaczynało to doskwierać i jej, przecież nadal była młodą i atrakcyjną kobietą. A właśnie – to potwornie niesprawiedliwe, ale musiała ograniczyć wydatki na stroje, choć moda była nie tylko jej pasją (och, bez udawanej skromności, niektórzy uważali ją za czołową blogerkę polskiej modosfery), ale wręcz życiową filozofią.

Teraz dla przykładu – ciągnąc przez park walizę z całym swoim dobytkiem (została wyrzucona na bruk przez komornika!), mogłaby iść noga za nogą, upokorzona i zdruzgotana. Ale o wiele bardziej malowniczo prezentowała się w zwiewnej karminowej sukni, która idealnie podkreślała jej rude loki. Do tego buty ze sznurkami wokół łydek i jest sznycik i wdzięk. Bo jeśli już żegnać się ze światem, to tylko w kreacji Zienia!

Poza tym, bądźmy szczerzy, śmierć też powinna mieć swoją oprawę.

À propos śmierci i innych takich tam: gdzie niby miałaby pójść w obecnym stanie ducha, jak nie do kogoś, kto wspierał ją podczas całego pobytu Hardego w areszcie? Misia z pewnością znajdzie dla niej wolne łóżko, choćby z pościelą z kory. Przecież niedawno wprowadziła się do nowego domu, a co jak co, ale w takim domu musi być jakaś kotłowenka czy malusia piwniczusia z widokiem na ogród. Ryszardzie wiele nie potrzeba. Jeśli chodzi o telewizor, wystarczyłoby jej nawet osiemnaście cali, byle tylko wśród kanałów znalazło się Fashion TV.

Zaraz, przecież w ramach podziękowania mogłaby pomóc się Misi urządzić! Ostatnio Misia była w fatalnym nastroju, pewnie teraz nie ma głowy do aranżacji wnętrz. Igła wystawił ją do wiatru i ani myślał o przeprowadzce, bałwan. Dwa lata mydlenia oczu, tiu-tiu, a potem gadki o sikaniu do wspólnego kibelka, który z urządzenia sanitarnego urósł nagle do rangi symbolu. Że niby codzienność zabija wzniosłe uczucia. Dobre sobie!

Ryszarda westchnęła przejmująco i w zamyśleniu przeciągnęła walizkę przez trawnik, na obrośniętą krzakami ścieżkę. Tu przystanęła na moment, a kiedy obcasy pantofli na dobre ugrzęzły w runie, poczuła, że otwiera się przed nią jakaś upojna głębia, że odkrywa uniwersalną zasadę, co przeczyło opinii, że uroda i mądrość nie idą w parze. Jak nie idą, jak idą?… Zdarza się, że z miłości do grobowej deski zostaje tylko… deska klozetowa.

Proszę, jest myśl filozoficzna?

Jest.

I to jaka!

Ten galop egzystencjalnych myśli dobrze Ryszardzie zrobił. Wreszcie z siebie zadowolona, odetchnęła kilka razy, aż gumka rajstop uciskowych (walczyła z zakrzepicą) poważnie się naprężyła i konsultantka do spraw stylizacji poczuła w środku rozkosznie pikającą misję.

Tak, Misia zdecydowanie potrzebowała towarzystwa kogoś rozsądnego. A już na pewno nie zaszkodziłaby jej maleńka przebudowa wizerunku, od jakiegoś czasu ubierała się po prostu koszmarnie (koszule flanelowe i gumiaki!). Ryszarda nie zdążyła się nacieszyć myślą, jaki to nada życiu Misi sens, jak to życie odmieni barwami, fakturami i odpowiednią dietą, bo na pierwszy plan wysunęła się sprawa o wiele bardziej przyziemna.

Przekrzywione rajstopy.

Od dłuższego czasu czuła, że założone pospiesznie o poranku podążają w odwrotną stronę niż jej odnóża, a rajstopy uciskowe to nie jedwab i muślin, ale żelazna zbroja, która ma na celu poprawę krążenia. Jeśli taki sprzęt nosiłaby opisywana przez Sienkiewicza Jagienka, pośladkami rozłupywałaby nie tylko orzechy, ale i kamienie, z których śmiało można by wytwarzać kruszywo ozdobne. Jest tylko jeden problem: kiedy się to ustrojstwo źle założy, nie ma mowy o dyskretnym poprawieniu pończoszki.

Trzeba sprzęt zdjąć i naciągnąć na cztery litery od nowa.

Ryszarda wydobyła zatem nogi z gruntu, pobieżnie otarła listkiem obcasy i zyskawszy pewność, że nikt za nią nie idzie, skoczyła w gąszcz. A raczej usiłowała skoczyć, bo walizka ważyła tonę i łatwo się nie poddała. Niestety, od głównej alei rozbrzmiały czyjeś kroki, a że skrywanie się w gęstwinie miało jeszcze chwilę potrwać, a nawet wejść w fazę zasadniczą, Ryszarda z całych sił szarpnęła walizę i tłumacząc sobie w duchu z przekąsem, że Czerwony Kapturek też nie miał lekko – zanurkowała w zieleń.

Tak oto, brnąc wśród listowia i ściągając z włosów pajęczyny, dotarła do niedużej polany, która za chwilę miała stać się sceną ważnych wydarzeń.

Ale na razie wiedziała o tym jedynie opatrzność.

Póki co eksploratorka zieleni miejskiej rozejrzała się wokół i ustaliwszy, że miejsce cieszy się popularnością (na trawie dostrzegła dowód w postaci wyleżanego placka), postanowiła, że tutaj właśnie raz dwa upora się z problemem. A potem wróci na Akacjową, gdzie stanie w drzwiach i olśni Misię swoim wyglądem, którego nie zepsują falujące na jej nogach firany.

Z tym że „raz dwa” w praktyce oznaczało cały rytuał.

Kto ma żylaki, ten wie. Najpierw należało się położyć i zdjąć upiorne cud-rajstopki, a potem z wyciągniętymi w górę kończynami poczekać, aż odpłynie z nich krew. Dopiero wtedy można przystąpić do ponownego zakładania garderoby, co wcale nie jest proste, bo czynność utrudnia obrzydliwie zwarty materiał, z którym Ryszarda walczyła każdego dnia, oczywiście przeklinając przy tym na czym świat stoi. Dlatego do zakładania rajstop producent zaleca dokupić – tak, takie rzeczy się dzieją – metalowy stelaż… Stelażyk wyglądem przypomina „samolot” ginekologiczny i naprawdę bardziej kojarzy się z krowim porodem niż z seksownym nakładaniem bielizny, ale nie ma wyjścia. Na tym nie koniec. Żeby rajstopy przylegały do skóry, po wszystkim należy jeszcze wygładzić zagniecenia…

W jaki sposób?

Ryszarda już wyciągała z walizki ręcznik (nie położy się przecież na trawie – zbezcześcić Zienia chlorofilem?!), a następnie sięgnęła po… gumowe rękawiczki.

Najładniejsze, jakie znalazła w aptece.

Różowe.

Mocno pudrowane.

Komuś się tam w górze coś pomieszało.

Pory roku, na przykład.

Tegoroczne lato to nie było lato, to była rosyjska ruletka.

Jednego dnia słońce grzało tak, że człowiek marzył, żeby sczeznąć w najbliższym rowie, ale już następnego – z nieba sączył się niemrawy deszczyk, temperatura leciała na łeb na szyję i gdyby nie promocje bikini w sieciówkach, można by sądzić, że nadeszła jesień. Po kilku takich urokliwych dniach zza burych chmur wyskakiwało słoneczko, przemoczona natura wykrzykiwała z ulgą coś w rodzaju Yeah!, po czym cały scenariusz powtarzał się od początku, z zaskakującą dokładnością.

Oszaleć można.

Tym bardziej że Misia zaledwie przed dwoma miesiącami stała się posiadaczką własnego domu – a dokładnie parteru i piętra wraz z szopą, garażem, altanką oraz sporym ogrodem. Całość tuż przy Parku Śląskim. I to była dobra wiadomość. Zewsząd otaczało ją zielone, co po latach spędzonych w blokowisku stanowiło oszałamiającą odmianę. Na przykład taka kawa wypijana o poranku na osobistym tarasie pełnym hortensji. Co prawda za stolik robiły… sanki, ale kto by tam zwracał uwagę na szczegóły. Misię o wiele bardziej martwiło, że parter jak parter, ale remont należało zwyczajnie dokończyć. I to przed nadejściem zimy. Zimy poprzedzonej zwariowanym latem, a przecież powszechnie wiadomo, że prace remontowe plus wilgoć równa się grzybnia i reumatyzm.

Pocieszające, że dół po odświeżeniu ścian był właściwie gotowy, stało tam nawet kilka mebli plus nieczynny kominek i właśnie wczoraj nastąpiło doniosłe wydarzenie: Misia przywiozła na Akacjową swoje ostatnie rzeczy, a klucz do poprzedniego lokum przekazała nabywcy. Zostawiła mu w zasadzie wszystko, oprócz rzeczy osobistych i ubrań zabrała tylko laptopa, garnki, kilka talerzy i sztućce.

Chciała zacząć wszystko od nowa.

Nie przerażał jej fakt, że czas na wielkie początki wybrała, delikatnie mówiąc, średni. Ledwie pozbierała się po rozwodzie (banał: małżonek okazał się mafijnym bossem i zdradził ją z sekretarką, czyli z Ryszardą, którą znała i lubiła), sprawy znowu zaczęły się komplikować. Jej aktualny oblubieniec nie potrafił się określić, a po tym, jak wpompowała w kupno domu wszystkie oszczędności i pożyczkę od swojej przyjaciółki Zuzy, los znowu z niej zakpił. Właściciel lokalu, który dzierżawiły jako wspólniczki na studio urody Femina, tak podniósł czynsz, że musiałyby chyba pracować dwadzieścia godzin na dobę, żeby wyjść na swoje. Zwinęły więc interes i szukały nowego miejsca, co w połączeniu z pracami przy domu szło opornie.

Ale Misia się nie zrażała.

Kawa ze słoika po majonezie kieleckim smakowała wyjątkowo.

– Dziecino, musisz jak najszybciej kupić ekspres do kawy. – Zuza w kwestii napoju była nieprzejednana, jak to ona. Pociągnęła łyczek i wydęła usta w kształcie pulchnego różowego serca, ale zaraz spojrzała z czułością na migocące w słońcu stokrotki i rozchmurzyła się. – Ale ogród… bajka. Zobacz. – Pokazała z zapałem na prawo, mając już w głowie wizję przyszłości, bo była zapaloną ogrodniczką. – Tu się pierdyknie lawendę – oznajmiła słodkim głosikiem, co w zestawieniu z jej bezceremonialnym sposobem mówienia wywoływało uśmiech.

– Lawendę? – usiłowała wtrącić Misia. – A może lepsza byłaby maciejka?

– Lawendę. Całe morze lawendy, będzie pachniała oszałamiająco. Na razie zostają nam oczywiście sadzonki, ale w przyszłym roku… Tyle dobrze, że chociaż ścieżki masz wysypane kamyczkami… A tam się walnie warzywka. – Zuza dla odmiany wycelowała teraz energicznie palcem w okolice domku dla gości. – Takie dynie chociażby. Masz pojęcie? Wiesz, jak smakują dynie z własnego ogrodu?

– A właśnie. Wiesz, jak smakują… marchewki? – zagadnęła Misia i z trudem stłumiła westchnienie.

Temat Piotrka Marchewki, czyli osobistego komisarza Zuzy, jak nazywała go sama zainteresowana, stał się ostatnio równie gorący jak temat remontu czy zmiany siedziby Feminy. Komisarz po dwóch latach umizgów domagał się bowiem… ślubu, co jego wybranka przyjęła z właściwą sobie wzgardą, jak każdą próbę ograniczenia jej wolności. Zresztą wzgardy nie żałowała mu od chwili, kiedy się poznali, co nastąpiło dokładnie w dniu aresztowania Henryka vel Hardego – to właśnie Marchewka kierował śledztwem.

– Pietruszek czy tam marchewek i innej włoszczyzny mam jak na razie potąd. – Zuza przejechała palcem po czubku głowy i zaprezentowała język w odruchu wymiotnym.

Ale reakcja była chyba odrobinę przerysowana.

– Nie szkoda ci? Fajny ten Marchewka… Mikrusik, ale fajny. – Misia od dawna tłumaczyła, że polityka odciągania w czasie kiedyś się na Zuzie zemści.

– Mikrusik?! Kurdupel, a nie mikrusik. Facet sięga mi do biustu jak kijki do chodzenia…

– O, czyli jednak sięga, gdzie trzeba… Przesadzasz, jesteście tego samego wzrostu.

– …nordic walking! – Zuza nie dała sobie wytłumaczyć. – Jak facet jest z kobietą równy wzrostem, to znaczy, że jest niższy… Boże, a swoją drogą, czy marchewki to jedyne warzywa w całej wsi?!

– No tak, są jeszcze dynie…

– I w ogóle jakie małżeństwo? Co to w ogóle jest?!

– To związek dwojga… – zaczęła cierpliwie tłumaczyć Misia.

Zuza wzdrygnęła się tak, jakby w kawie zobaczyła pływającą muchę.

– A mój to co? Mój związek nie jest dwojga?! – Nie przestawała się pieklić. – Po co zaraz jakieś obietnice na śmierć i życie? I po jaką cholerę mieszać do tego państwo… Żebym mogła oficjalnie odebrać zwłoki?!

Misia z wrażenia odstawiła kawę.

A raczej odłożyła słoik na sanki.

– Słucham? – zapytała ze wzburzeniem.

– To był przykład. – Zuza machnęła lekceważąco ręką. – Oficjalnie wszystko może odbierać tylko żona. Postronnym nie wydają. Ani rzeczy, ani dokumentów… A może ja wolę być postronna, co? Nie wolno mi?

– Ale skąd… zwłoki? – Misia popatrzyła bezradnie na przyjaciółkę.

– Marchewka jest policjantem, czy nie jest? – żachnęła się Zuza. – Jest. Resztę dośpiewaj sobie sama. Ryzyko zawodowe na przykład.

– No, nie… – Misia wzniosła oczy do nieba, które w końcu przestało przypominać brudny basen: na jego skraju pojawił się jaśniejący kawałek błękitu, co pozwalało mieć nadzieję, że dzień będzie jednak piękny. – Czyli, ot tak, naturalną koleją rzeczy przeszłaś od ślubu do pogrzebu? – zapytała, kręcąc z dezaprobatą głową.

Zuza nigdy sobie nie żałowała. Jeśli już coś robiła – koniecznie z rozmachem. A jeśli w efekcie po tych zamaszystościach nie zostawał w okolicy ślad życia? Co z tego? Przynajmniej miał postać prekambryjskich skamielin, zawsze to jakaś wartość dodana.

Teraz Zuza również nie widziała w swoim słowotoku niczego niestosownego.

– Zawsze trzeba myśleć trzy kroki do przodu – wyjaśniła ze wzruszeniem ramion, aż zza ucha wyskoczył jej ciemny pukiel włosów. – Poza tym to kazirodztwo… Pół życia patrzenia, jak taki je, jak gapi się w komputer albo w telewizor… Czym się tu podniecać, skoro w kółko to samo?! Taki facet po dwudziestu latach wspólnego życia to jest bardziej jak brat, a nie jak mężczyzna! Kazirodztwo, zwykłe kazirodztwo…

– Ty się po prostu boisz. – Misia strzeliła w przyjaciółkę odkryciem i zajrzała jej w oczy, ale Zuza nie pozwoliła się zbić z tropu.

– Jakie boisz? – zaprotestowała. – Twardo stąpam po ziemi, ot co. Jestem realistką! Wiesz, ile wynosiła średnia życia, kiedy wymyślono małżeństwo? Czterdzieści lat! – wykrzyknęła z satysfakcją i rzuciła się na wafelki holenderskie, które spoczywały przed nimi na gazecie. – Nie wspomnę już o tym, że na dwa śluby przypada obecnie jeden rozwód. O, pardon… – Przycichła na chwilę, gryząc się w język.

– Nic, nic – rzuciła lekko w odpowiedzi Misia, ale Zuza przezornie postanowiła zmienić temat.

– À propos katastrof… Oblałam – wyznała, wracając myślami do dzisiejszego poranka.

– Niemożliwe. Znowu?!

Zuza już dwunasty raz podchodziła do egzaminu na prawo jazdy i zdaje się, że w tutejszym ośrodku ruchu drogowego zanosiło się na mały rekord Guinnessa. Prowadzić uwielbiała, ale jej skłonność do przesady była widoczna i w tej dziedzinie. Jeździła na pełnym gazie. I zwykle na czwórce albo na wstecznym, i dziwiła się, że oczekiwano od niej równowagi. Dopiero teraz stało się jasne, dlaczego przyjaciółka dotarła dziś na Akacjową wcześniej niż zwykle, egzamin miała przecież o ósmej!

– Czy możemy na to zdarzenie spuścić pierniczoną zasłonę milczenia? – spytała Zuza wojowniczo, po czym, jakżeby inaczej, przeszła do szczegółów i opisała Misi przebieg poranka. – I normalnie kiedy ten rzęch zgasł, poczułam, że zaraz wyciągnę z torebki tasaczek i zarządzę wiosenne porządki – zakończyła uruchomiona na dobre. – Myślałam, że Krzemińskiego zabiję. To ten dzisiejszy egzaminator… Przecież gad wie, że wszystkie auta na placu nadają się tylko do kasacji. Ale, nie, nie mógł mi darować! Jak można?! Przecież są granice chamstwa i muzyki góralskiej…

– To może… zrezygnujesz?! – zasugerowała nieśmiało Misia, uśmiechając się pod nosem, bo doskonale wiedziała, co usłyszy. – Albo chociaż zrób sobie przerwę. Jak ktoś napiera, często się nie udaje. Dopiero jak sobie człowiek odpuści…

– Odpuści? I co, mam ciągle kogoś prosić o podwózkę? Poza tym… Ja kocham prowadzić! – wyrzuciła z siebie naprawdę zrozpaczona Zuza, po czym, nie wiedzieć czemu, spojrzała takim wzrokiem na garaż sąsiada, Luka Lucateau, że Misia poczuła z tyłu głowy dziwne mrowienie.

A kiedy czuła dziwne mrowienie, coś było na rzeczy.

Przerabiała to już tyle razy, że nie miała wątpliwości.

Pytanie tylko: CO SIĘ, DO DIABŁA, ZNOWU KROIŁO?

Kombinowała właśnie, jak pociągnąć Zuzę za język, kiedy z willi naprzeciwko wyprysnął jej nowy sąsiad i Misia mimowolnie rozpłynęła się w uśmiechu. Za płotem stał Francuz we własnej osobie. Wesolutki jak bocian na wiosnę. W ceglastym pulowerku i spodniach w granatowo-białą kratę. Pomachał do nich okularami słonecznymi i z udawaną emfazą, bo uwielbiał się przekomarzać, zakrzyknął:

– Bonjour, kobiety! Miło widzieć je o taki ranek.

– Ciebie również – odparła Misia i zachęcająco wskazała na sanki. – Może kawy?

– Nie mam czasa, pardon. – Luk podrapał się po zakrzywionym nosie, który upodabniał go do imiennika z kreskówek, Lucky Luke’a. Naprawdę się zmartwił. – Dużo rzecz robienie mam dzisiaj. Ale wpadcie wieczór do restauracja. Zapraszam bardzo. Dwadzieścia godzina. Będzie coq au vin… Znacie się?

– Że co? – mruknęła pod nosem Misia, ale Zuza ruszyła z odsieczą.

– Hello! – Już odmachiwała na powitanie, mało sobie przy tym nie nadwyrężyła ręki, taką miała do Francuza słabość.

Zresztą, trudno się dziwić.

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy zdążyli się we trójkę całkiem dobrze poznać, a nawet zawrzeć sąsiedzką przyjaźń, co nie było trudne, bo Luk był zabawnym i niekonfliktowym facetem, a do tego… Wybornie gotował! One pomogły mu się więc przedrzeć przez gąszcz polskich przepisów sanitarnych i otworzyć rodzinną restaurację, a on wspierał je w pracach budowlanych. I choć poza wspólnymi kolacyjkami niewiele z tego wynikło (Francuz nie umiał nawet porządnie wbić gwoździa), nie mogły mu odmówić zapału. A zapał i osobnik płci męskiej – wiadomo. Rzadki zbieg okoliczności. Trzeba sobie cenić.

– On pyta, czy jadłyśmy kiedyś coq au vin, a nie czy piję kawę ze słoika z obcą babą – wyjaśniła na stronie Zuza i również wyszczerzyła w uśmiechu zęby. – Coq au vin?! Wspaniale. Czyli o dwudziestej! Jesteśmy umówieni…

Komisarz Piotrek Marchewka czuł się potężnie sfrustrowany.

Do tego stopnia, że od rana walczył z bólem głowy.

A wszystko dlatego, że pierwszy raz w życiu spotkał kobietę, która nie chciała wić gniazda! Było to zjawisko tak wyjątkowe, że nawet węszył małe oszustwo – kobiece sztuczki, wiadomo – chociaż w duchu wyzywał się od paranoików i zawodowych zboczeńców. Traktować własną dziewczynę jak podejrzaną? A jednak. Może Zuza tylko tak mówiła, a naprawdę pragnęła stabilizacji, bo która kobieta nie chce zatrzymać faceta na dłużej…

One przecież ZAWSZE chcą NA ZAWSZE.

Owszem, do niedawna temat rodziny przewijał się w tle i Zuza nie protestowała, kiedy roztaczał przed nią wizję wspólnej przyszłości: słodkich maleństw dokazujących pod stołem, przy którym ona i on będą się trzymać za ręce i napawać ciepłem domowego ogniska. Ale mniej więcej pół roku temu zaszła niepokojąca zmiana.

Kobieta jego marzeń zaczęła się krzywić.

O dzieciach nie mówiła inaczej niż… bachory (co za paskudne słowo!). A jeśli tylko w pobliżu rozbrzmiewało jakieś kwilenie lub krzyk czy też dolatywały ich dźwięki dziecięcej zabawy, jego wybranka zarządzała odwrót („Znowu drą ryje!”). Nawet ostatnio, kiedy planowali wyjazd w góry, Zuza kategorycznie domagała się, żeby wybrać „pensjonat dla dorosłych”. Żeby nie musiała znosić porannych wrzasków. Dla dorosłych?! Nawet nie wiedział, że takie ośrodki istnieją. Z przekąsem zapytał, czy są też pensjonaty dla dzieci, a wtedy usłyszał… Usłyszał, że owszem, są i nazywają się… DOMY DZIECKA. Po raz pierwszy odkąd byli parą, Marchewka nie wiedział, co powiedzieć. Zamurowało go. Żartować z takich spraw?! Zuza w odpowiedzi zarechotała po swojemu i rzuciła, żeby się tak nie ekscytował, bo to jedynie próbka czarnego humoru, nic więcej. Ale niesmak pozostał. Później usiłowała tłumaczyć, że wścieka ją, kiedy widzi, że dzieci są coraz bardziej rozpuszczone, a rodzice ogłupiali, że nawet w knajpach nie ma spokoju…

Tylko co on ma sobie myśleć?

Przecież Zuza nie jest zimną suką.

Bywa trochę ekscentryczna, ale na pewno drzemią w niej olbrzymie pokłady wrażliwości.

– Panie komisarzu… – padło z ust szefowej i Marchewka musiał wrócić na ziemię.

Jego nowa przełożona, na oko kobieta po czterdziestce, w wielkim czarnym fotelu wyglądała jak sowa na gałęzi; zajmowała tylko brzeg mebla, taka była drobniutka.

Ale duże i bystre oczy świdrowały to jego, to stojącego obok Igłę.

I raczej nie było w nich zamiaru objęcia ochroną rzadkich gatunków.

– Tak, słucham, pani prokurator.

– Proponuję słuchać z większym zrozumieniem… Macie znaleźć na faceta kwity, nie muszę chyba szczegółowo tłumaczyć?… Chcę zobaczyć na tym biurku – tu dziabnęła chudziutkim palcem w blat – dokumentację. Rzetelną dokumentację, która pozwoli mi napisać akt oskarżenia i kolesia posadzić. Daję wam najwyżej półtora miesiąca. Jasne?

Marchewka zerknął badawczo na kumpla, bo za cholerę nie miał pojęcia, o co w tym zoo chodzi. Na szczęście Igła udowodnił ich przynależność do homo sapiens.

Zamknął usta.

– Jakieś pytania?

Zgodnie pokręcili głowami.

Taki chudziutki, kościsty paluszek to jednak kiepska sprawa. Szybko może się znaleźć w czyimś zadku i zanim człowiek zdąży przeanalizować sytuację, już wylatuje z roboty, zwłaszcza teraz, po zmianie rządów.

– A zwróciłam się z tym do was, ponieważ… – Tu zrobiła efektowną pauzę i zahukała z satysfakcją: – Zdaje się, że macie wspólną znajomą na… Akacjowej?

Proszę, proszę, ktoś tu się przygotował.

Na korytarzu wymienili się spojrzeniami i wszystko stało się jasne.

Jasne, pełne i długo warzone.

Bez piany nie ma rozmowy, wiadomo, a jedno piwko to jak zero piwka, zresztą niedługo i tak zjedzą obiad, rozpuści się. Wylądowali zatem na Mariackiej, gdzie mieli swój ulubiony ogródek. Widok na ulicę niezakłócony, obsługa dyskretna, a odległości między stolikami na tyle duże, że nie musieli szeptać nad kuflem. O, i pogoda robiła się ładna.

Żyć nie umierać.

– Piotruś, a co ty byłeś taki zamyślony u tej Przepiórek? – Igła otarł usta i wyciągnął się z lubością na krześle.

Dobrze im się razem pracowało, choć początki były trudne. Marchewka poznał Igłę jako prawą rękę Hardego, o jego tajnej misji wiedziało zaledwie kilka osób, i to na samej górze, dlatego trudno się dziwić, że nie od razu zostali przyjaciółmi. Wtedy. Bo dzisiaj sprawy miały się zupełnie inaczej.

– Przepiórek? Czyli jednak ptactwo – parsknął Marchewka. – Od początku zajeżdżała mi sową.

– Słusznie, najmądrzejsza w całym lesie – zgodził się Igła. – Ale chyba nie myślałeś o ptakach?

– O ptakach? Wręcz przeciwnie. O kobietach myślałem. A konkretnie o jednej…

– Zuza – rzucił ze współczuciem Igła i zamilkł.

– Zuza… – Komisarz z westchnieniem zapatrzył się w rzeźbę mężczyzny umocowaną na linie, którą rozciągnięto między budynkami. – W sumie to ja mam podobnie. – Wskazał głową. – Niby parę metrów nad ziemią, niby wszystko pięknie, ale że jeszcze na łeb nie upadłem, to się dziwię… Zuza nie chce ślubu – dokończył i pociągnął łyk piwa.

– Na cholerę ci ślub? – Igła zareagował żywiołowo.

– Konserwatywny jestem, można powiedzieć.

– Jak tam uważasz, ale z tymi ślubami to zawracanie dupy… Żyjecie razem?

– Razem, ale osobno. Co to za życie? Nawet razem nie mieszkamy… Broni się.

Igła cmoknął i przylgnął spojrzeniem do ud, które przedefilowały właśnie przed ich nosami. A były to uda nad wyraz kształtne i aksamitne.

– Taaa… To z nią zerwij.

– To z nią co?! – Komisarzowi momentalnie zagotowało się w środku.

Takie rady? Takie rady to niech sobie Igła…

– Zerwij z laską i tyle.

– Co ty w ogóle mówisz, człowieku? Jakie zerwij?! Ja ją kocham!

– O, to tym bardziej.

– Jakie bardziej?!

– Kota masz? – Igła puścił do niego oko.

– Stary, za chwilę mi się uleje, tak że… miarkuj się – ostrzegł.

– Kot… Takie zwierzę. Jakbyś miał, to byś wiedział, że jak dachowca zamkniesz w domu, chce na zewnątrz.

– Co?!

– Ale spróbuj gadzinę wyrzucić na dwór i… zatrzaśnij drzwi – dokończył znacząco Igła, składając z zadowoleniem ręce. A ręce i nogi miał nad podziw długie, zresztą cały mierzył prawie dwa metry, konkretnie metr dziewięćdziesiąt sześć.

Marchewka na chwilę zesztywniał, a w jego umyśle zaczęła krążyć przedziwna myśl. Krążyła, krążyła, aż zrobiło mu się całkiem… kołowato.

– Sugerujesz, że…

– Że, że – przytaknął z szelmowską miną Igła. – Za miętki jesteś. Zuza to despotka. Nadaje się do zarządzania młynem albo do skubania gęsi. Okiełznać taką… Ja ci naświetlę sprawę psychologicznie, chcesz? – Zapalił się, bo był świeżo po szkoleniu z technik manipulacji. – Zasada mniejszego zainteresowania. Tak się paskudztwo nazywa. A w praktyce działa tak, że jak jesteś desperat i pchasz się na chama, to jak chama cię traktują. Wygrywa ten, komu mniej zależy, proste. Pożegnaj koleżankę i zamknij drzwi. Sama do ciebie przyjdzie, zobaczysz… Miauuu…

– Kretyn – skomentował Marchewka, ale poczuł nagle, że łupiący go pod czaszką od rana ból jakby odpuszcza. Tak, na ból głowy piwo najlepsze. – W podchody mam się z nią bawić?

– W podchody? Czemu w podchody? CiuciuBABKA lepsza… Tak swoją drogą, to mi się wydaje, że ty tej zabawy nie zaczynałeś. A jak ktoś nie dorósł i chce się bawić, trzeba się z nim zabawić tak, żeby dorósł. I zrozumiał. I dopiero wtedy można dojrzale. Ukróć to przedszkole, mówię ci, ukróć…

– A ty niby jesteś gdzie? W liceum? – Marchewka nie mógł sobie darować i nie nawiązać do sytuacji kumpla. Zuza już mu zdążyła zdać raport.

Igła się wykręcał.

– Że niby do czego… pijesz?

– A piję, piję… Na zdrowie! – Marchewka uniósł w toaście kufel i wreszcie się rozluźnił. – Skoro tak sobie szczerze rozmawiamy… Kiedy się wprowadzasz do Misi?

– Do Misi… Dobrze to ująłeś. A ja bym się wolał wprowadzić do NAS. Do siebie i do niej. Na Akacjowej nawet psia buda nie jest moja, za wszystko płaciła Misia i nawet nie raczyła mnie zapytać o zdanie. Ja jestem goły jak święty turecki.

– Fuckt – podsumował Marchewka i teraz on współczuł przyjacielowi. – Głupio.

– Zakur… głupio. Ale niedługo stuknie mi piętnaście lat służby, myślałem, że wyskoczę z odprawy i że wiesz… To nie, musiała kupić teraz! Okazja pieprzona się trafiła.

– Czyli pozamiatane?

– Tłumaczyłem, że nie chcę jak pasożyt… Że wolę choćby dwa pokoje, ale żebyśmy kupili za wspólne. To mi powiedziała, że się wykręcam. Bo niby wcześniej coś tam plotłem o wolności. I co z tego? Podtrzymuję! Po co mi życie na automatycznym pilocie?

Marchewka pociągnął piwka z samego dna i stwierdził, że z dna najlepsze.

– Fuckt – zgodził się.

Tym oto sposobem część nieoficjalną mieli za sobą.

Niektórzy lubią się przed pracą przejść.

Albo pobiegać, jeśli mają czas.

A jeśli wziąć pod uwagę, że nie wszyscy na świecie pracują, wychodzi na to, że Park Śląski o poranku wcale nie musi być pusty. Jest też całkiem spora grupa osób, która z zasady zagląda tu tylko rano, bo nienawidzi tłumów, w efekcie czego latem w godzinach popołudniowych przez płuca Śląska przelewa się masa ludzi złaknionych nie tylko kontaktu z naturą, ale po prostu wyczerpanych upałem. Polany zmieniają się w plaże, gdzie na promieniach UV można wyhodować najprawdziwszą opaleniznę, place zabaw pękają od śniętych dzieciaków, a w grze o pustą zacienioną ławkę wygrywają staruszki albo… najsprytniejsi.

Sześćset dwadzieścia hektarów terenów zielonych to jednak nie byle co.

Jerzy Ziętek wyświadczył tutejszym mieszkańcom prawdziwą przysługę.

Jeden z takich mieszkańców przemierzał park każdego dnia i każdego dnia robił z tego mały rytuał. Szedł sobie niespiesznie, głęboko oddychał, żeby dotlenić organizm, i rozglądał się dookoła, bo ogromnie ciekawił go świat. Jednak w tym zaciekawieniu był nieco osamotniony. Ludzie przechodzili obok, biegali albo mknęli na rowerach, ale zawsze skupieni, jakby ich ktoś zamknął w powietrznej bańce albo jakby byli jedynymi istotami na Ziemi. A przecież miło jest spojrzeć komuś w twarz i w oczach spotkać człowieka. Tyle że były to spotkania rzadkie, co robić. Im bardziej rozszerza się materia, tym bardziej kurczy się duch, zwłaszcza gdy go odciąć od źródła.

I właśnie dlatego chadzał tędy każdego dnia.

Żeby ten duch nie zdechł mu gdzieś pomiędzy pracą a domem.

Poza tym lubił poranne bulgotanie natury.

W parku eksplodowały co rusz inne zapachy, powietrze pełne było maleńkich pyłków, których nikt nie potrafił złapać, a jeśli spacerowiczom dopisało szczęście – mogli liczyć na spotkanie z dzikiem.

A nawet z lochą.

Ledwie pomyślał o faunie, kątem oka dostrzegł migocącą w alejce plamę czerwieni. Albo różu, zawsze miał problem z odróżnianiem barw. Plama ułożyła się w zwiewną sukienkę i nawet stąd dało się dostrzec przyjemne wcięcie w talii i burzę miedzianych loków, które, podświetlone słońcem, wyglądały jak kula ognia. Dama rozejrzała się lękliwe wokół siebie, po czym zeszła ze ścieżki, co i jemu przypomniało o potrzebach i obowiązkach. Ładne rzeczy, ogląda się za kobietami, a przecież zaczyna dzień ważnym spotkaniem. Już tam na niego z pewnością czekają!

W panice sprawdził godzinę, po czym błyskawicznie podjął decyzję. Spacerkiem, okrężną drogą, będzie w okolicach Planetarium za niecały kwadrans, a tymczasem już dochodzi dziesiąta. Nie ma wyjścia, musi poświęcić nowe pantofle i biec na skróty.

Z westchnieniem dał więc nura między drzewa.

Obierając kierunek, tak ustawił swojego wewnętrznego GPS-a, żeby jego trasa nie pokryła się z trasą loszki w czerwieni, ale na wszelki wypadek nadłożył nieco drogi. Dlatego tym większe było jego zdziwienie, kiedy dotarł do niewielkiej polany i ujrzał…

Szczerze mówiąc, w pierwszym momencie nie bardzo wiedział, na co patrzy. A potem zmrużył zaskoczony oczy, bo czerwień sukienki i zieleń trawy były w połączeniu tak sugestywne, że obrazek siłą rzeczy skojarzył mu się z grządką, z której wyrastała wielgachna i jędrna rzodkiewka. I tylko zastanawiał fakt, że rzodkiewka…

Rosła do góry nogami!

Lady in red, ponieważ to była ona we własnej osobie, leżała na trawce i aktualnie celowała paluchami prosto w niebo. A paluszki wygrywały jakiś skoczny rytm, od którego kołysały się na niej obiecujące krągłości. To znaczy krągłości rozlane między talią a szyją – te od pasa w dół były widoczne, owszem, ale dla kontemplujących zjawisko od drugiej strony.

Tak, za krzaczkiem naprzeciwko, w kępach koniczyny, siedziało dwóch przyczajonych kolesiów, którzy musieli mieć niezgorszy widok, bo z wrażenia poprzekrzywiali głowy i wyglądali przy tym, jakby trafiła ich pomroczność jasna. Pomroczność częściowo zawdzięczali rozpoczętej butelce, ale też panowie nie sprawiali wrażenia upojonych po całości, testosteron pod powierzchnią aż kipiał, co nie rokowało najlepiej dla driady prezentującej swe wdzięki na łonie natury.

Jak nic sprawy zaraz przybiorą gwałtowny obrót.

Ma ją tak zostawić na pastwę losu?

Spieszył się już okrutnie, może w innych okolicznościach rozegrałby to inaczej, ale czas naglił.

Nie myśląc wiele, po prostu chrząknął.

Znacząco.

Żeby zaznaczyć swoją obecność, a tym samym dać do zrozumienia, że słodki czas lenistwa dobiega końca, że należałoby może… stanąć na nogi i podziękować wybawcy? Tak, sprawy rzeczywiście przybrały gwałtowny obrót, bo czy mógł się spodziewać, że rudowłosa zerwie się z murawy jak oparzona i zacznie drzeć gardełko na cały park? I, co niebywałe, bez próby nawiązania jakiegokolwiek dialogu!

– Myślisz, że trafiłeś na ofiarę, co?!… – Obrzuciła go od góry do dołu badawczym spojrzeniem. Jednak wynik oględzin nie wypadł korzystnie, gdyż od razu przeszła do ataku: – A może myślisz, że mnie zaskoczysz, a ja się potulnie pozwolę… – urwała. – Nie, nie pozwolę się. Ja się nie pozwolę! Na pomoooc! Wszyscy mnie usłyszą, wszyscy… Tu są ogrodnicy i ludzie. Ratuuunku!

Oj, potrafiła zagotować człowiekowi krew w żyłach, choć trzeba przyznać, że z rozwianym włosem i wzburzonym licem wyglądała nad wyraz temperamentnie, a temperament to jest to, co prawdziwi mężczyźni lubią najbardziej. Aż się spocił. Już chciał pewne sprawy wyjaśnić (ogrodnicy są chyba ludźmi?), ale najpierw z krzaków dobiegł go pijacki rechot, a potem…

Driada przeszła do czynów.

Zanurkowała na chwilę w otwartej walizce i wydobyła stamtąd… Nie, zdecydowanie poziom absurdu sięgnął dzisiejszego poranka zenitu. Wydobyła… Stojak na wino? Jakieś takie powyginane pręty, zbrojenie, nie wiadomo co. Ale tym nie wiadomo czym wykręciła w powietrzu młynka jak najprawdziwszy ninja (na rękach miała gumowe rękawiczki!) i dawaj…

Rzuciła się wprost na niego.

– Ty zboczeńcu!

Poranek rozhulał się w słońcu na całego.

Było ciepło, ale nie za gorąco, motyle bezczelnie rozkładały skrzydła na kwiatach hortensji, muszki bzyczały, a gołębie usiłowały wbić się na imprezę i uszczknąć co nieco z grządek obsianych przez Zuzę ziołami.

Misia z dumą gospodyni przyjrzała się każdej roślince, każdemu kamykowi i, stwierdziwszy, że od wczoraj za wiele się nie zmieniło, przeciągnęła się z rozkoszą, po czym zarządziła malowanie ogrodzenia. Odgrażała się przy tym, że siatkę zastąpi w niedalekiej przyszłości jakimś konkretem, na przykład murem z kamieni jurajskich, ale póki co, nie mogła patrzeć na złażącą z niej całymi płatami farbę. Prowizorka jest najtrwalsza, jasna sprawa. Zuza zgodziła się z przyjaciółką w całej rozciągłości, mimo że rozciągłość liczyła wiele, wiele metrów. Zajęcie przypadło jej do gustu, nawet bardzo, gdyż machanie papierem ściernym idealnie współgrało z jej aktualnym stanem ducha.

Bo dosyć już tego dobrego!

Ma być ofiarą systemu?

O nie, ona rozpieprzy ten system w drobny mak.

Zuza stanowczo nie przyjmowała do wiadomości, że pewne fakty trzeba przyjąć do wiadomości, zwłaszcza jeśli miała do czynienia z faktami z pogranicza głupoty i fantasy. Z głupotą należało walczyć. Szlifować charakter (niekoniecznie papierem ściernym) i walczyć. Gdyby żyła w średniowiecznej Francji, ho, ho, jak nic dołączyłaby do Joanny D’Arc i wywijała mieczem w słusznej sprawie, ale żyła w Polsce. I na oficjalne wywijanie mieczykami mogli tu sobie pozwolić w imię prawa i sprawiedliwości tylko niektórzy.

Hm, na oficjalne tak, ale na… nieoficjalne?

Po oblaniu dzisiejszego egzaminu umysł Zuzy, która czuła się odgórnie zrobiona w balona, zaczął pracować pełną parą. W kasie ośrodka zostawiła już fortunę, a końca tego szaleństwa nie było widać. Jeździła za to jak szatan i nikomu nie wyrządziłaby na drodze krzywdy, więc gdzie tu sens i logika? I z czego ma płacić, skoro straciły Feminę, a rzęchy w WORD-zie pozostaną rzęchami? Ma bić głową w mur?!

O, nie, swoją głowę za bardzo szanuje, a mur… obsika.

Skoro nadal ma płacić, ekonomiczniej będzie, jeśli to prawko po prostu KUPI.

Koniec, kropka.

O dziwo, jej instruktor był tego samego zdania. Po wyjściu z ośrodka zaprosił ją na kawę i z nieudawaną bezradnością rozłożył ręce, oznajmiając, że się poddaje, że to nie na jego nerwy i że jeśli ona faktycznie wie, co robi, porozmawia ze swoim kolegą, który pomoże. Oczywiście nie za darmo. Prawo jazdy będzie jak najbardziej prawdziwe, egzamin również, tyle że nastawienie egzaminatora… ulegnie zasadniczej zmianie. Zuzy nie interesowały więc już szczegóły. Pan Darek nie podkładał jej świni, był na to zbyt poczciwy, poza tym zauważyła, że z lekcji na lekcję stawał się coraz bardziej przygaszony i ostatnio zaczynała nawet przeczuwać, że długo razem nie pojeżdżą. Miałaby znowu szukać kogoś nowego? Była już tym wszystkim zbyt zmęczona. Z radością przystała więc na układ, bo przecież samodzielne wkraczanie na drogę przestępstwa pochłania mnóstwo czasu! W dodatku czekało ją wkraczanie w konspiracji przed Misią, która – jak to nazywała – dzieliła się swoim życiem z Igłą. Czytaj: klepała mu wszystko, jak leci. W efekcie o jej przestępczym czynie dowiedziałaby się cała komenda miejska. Z Marchewką na czele jako niezłomnym stróżem prawa, rzecz jasna. A wtedy… nawet bała się o tym myśleć.

– Słuchaj, a może z tymi egzaminami to faktycznie strata czasu? – zagaiła do przyjaciółki. Aż ją skręcało, żeby przedyskutować temat.

Tak eksperymentalnie.

– Z prawem jazdy? – Misia połknęła haczyk.

– Yhy… Przecież dopóki nie wymienią w ośrodku aut, to kaszanka. Więc sobie pomyślałam… Skoro i tak bulę jak za trufle, może kogoś znajdę i… po prostu kupię to cholerne prawko? Przecież ludzie tak robią. I jeżdżą. Co sądzisz?

Misia w jednej chwili zmieniła się w słup soli.

– Oszalałaś?! – Z przerażenia aż pobladła. – Przecież to przestępstwo. Co ty chcesz? Skończyć w więzieniu? I gnić tam po wsze czasy?… A wiesz, że przez twoje wybryki Marchewka będzie w policji spalony? A skoro Marchewka, to Igła też – wyjąkała. – Wtedy to już w ogóle nie będzie szans, żeby ten dom żył. – Z rozpaczą omiotła spojrzeniem stokrotki i Zuza zrozumiała, że za chwilę poleją się tu łzy czyste, rzęsiste.

– Coś ty, przecież ja tylko tak… Fantazjuję, można powiedzieć – próbowała bagatelizować. – Zapisałam się na kolejny termin, tak że luzy.

– Luzy – powtórzyła z przekąsem Misia. – Tylko czemu ja mam na plecach ciarki, co? I to od samego rana. Bo fantazji ci akurat nie brakuje.

– Dzięki.

– To nie był komplement – sprostowała odruchowo i dla podkreślenia słów pogroziła jej palcem jak jakiś Mussolini. – O żadnym kupowaniu nawet nie myśl. Ja się nie zgadzam i nie będę cię kryć. Lojalnie uprzedzam.

– Wiem, wiem… Nie myślę – oświadczyła Zuza, bo od myślenia wolała działanie, po czym kolejny raz sprawdziła telefon. Pan Darek obiecał umówić ją ze znajomym, ale póki co w eterze trwała cisza. – A na kolację do Luka idziemy same czy zabieramy chłopaków?

Kwestię należało rozważyć.

Tymczasowo porzuciły więc ogrodzenie i poszły do kuchni, gdzie myśli się o wiele lepiej. Zwłaszcza gdy się popija mrożoną lemoniadę z cytryną i listkami mięty.

Zarówno Igła, jak i Marchewka na osobników tej samej płci reagowali jak na krowę w szkodzie, dlatego zażyłość z sąsiadem, którego po warunkach nie obsadzono by w Imieniu róży, obie do tej pory wolały utrzymywać… Może nie w tajemnicy, ale na pewno się tą znajomością nie chwaliły. Już i bez tego Igła z Marchewką popatrywali na Francuza jak na Wilka z Akacja Street.

– Właśnie nie wiem… – Misia się zamyśliła. – W sumie to chore, żeby nie móc utrzymywać stosunków…

– Aha!

– No towarzyskich przecież! Stosunków towarzyskich z sąsiadem – dokończyła pośród chichotów. – Przecież nie robimy niczego złego.

Na myśl o Francuzie Zuza uśmiechnęła się, jakby stała w cukierni po tort.

Co, a kto powiedział, że za szybą nie można się oblizywać?…

Poza tym od początku było wiadomo, że z Lukiem nigdy nic, obie były w udanych związkach i doskonale wiedziały, że Luk Lucateau tak po prostu miał. Działał na kobiety. Nie był może szaleńczo przystojny, za to zarażał uśmiechem, a konwersacja przebiegała dla niego także na poziomie organoleptycznym, więc w efekcie każda kobieta czuła się w jego towarzystwie jak wybranka, mimo że wybranek w przyległych wioskach i miasteczkach nie brakowało. I każdą Francuzik potrafił pomiziać po policzku czy siarczyście ucałować tak, że robiło jej się ciepło na sercu. A wszystko z chłopięcym wdziękiem, jakby wcale nie stuknęła mu czterdziestka.

– Nie wiem, przy nim czuję… – Zuza zawiesiła głos. – Zestraja nam się DNA. Normalnie reakcje zachodzą na poziomie międzykomórkowym. I nawet nie chodzi o seks…

– Otóż to. On jest taki… cielesno-serdeczny. – Misia znalazła wreszcie odpowiednie słowo. – Toczy się zwykła rozmowa, niby nic, na przykład o zaprawie cementowej, a facet łapie cię za ramię i topniejesz, choćbyś była Matką Teresą z Kalkuty. To trzeba mieć… Czy ja wiem. Jakiś dar? A może to ta francuszczyzna z niego wychodzi?

– Francuszczyzna to podstawa – potwierdziła skwapliwie Zuza. – Nawet nie chcę sobie wyobrażać… Chociaż, kto mi zabroni?!

– No, zdaje się, że niejaki Piotrek Marchewka by ci jednak zabronił. Tylko w jaki sposób go teraz wydobyć z cienia? Luka, w sensie…

– Też się zastanawiam. Jak Igła i Marchewka zderzą się z jego… cielesnością, he, he, może być tragedia. Trzeba by jakoś umiejętnie – zaakcentowała Zuza. – I może nie na trzeźwo, z procentami łatwiej przełkną. Trzech facetów razy trzy ego to nielicha historia. Albo matematyka wyższa… Wiem! Przecież kupiłaś dom. A co się robi, kiedy się kupuje dom? – W przebłysku geniuszu wskazała na okno.

– Zawiesza się zasłony?

– Parapetówę się urządza, moja droga – uściśliła, nie kryjąc pobłażania. – Parapetówę! Przecież na uroczystej imprezie nasi panowie nie będą robić wsi.

– Czemu na uroczystej? – Misia w jednej chwili nabrała podejrzeń.

– A choćby temu, że podamy… Ślimaki?

– Żartujesz?

– A kto marudzi, że gnojki łażą po klombach? – Zuza wskazała ręką na ogród, w którym rzeczywiście roiło się od nieproszonych gości. – I wpieprzają, co popadnie? Proszę, znalazłam rozwiązanie, więc nie podważaj. Chciałaś się bydlaków pozbyć, i to ekologicznie? Chciałaś! W takim razie nie widzę lepszego sposobu… Zjemy, wydalimy i przerobimy na nawóz. Voilà!

Misia złapała się za głowę.

Ślimaki faktycznie ją zalewały, nawet nie przypuszczała, że ślimaczek, niby miłe i pocieszne stworzonko, może się nagle wydać krwiożerczą bestią, ale tu nic się nie wydawało. One były krwiożerczymi bestiami. Produkowały śluz! I w ciągu jednej nocy potrafiły uśmiercić najpiękniejszego kwiatka. Misia walczyła dzielnie, kupiła nawet specjalne pułapki, ale już w drugim tygodniu pobytu na Akacjowej musiała się poddać.

Ale żeby gadziny jeść?!

– Luk nam dogadza? – przekonywała Zuza.

– Owszem, nawet bardzo.

–Właśnie. Dźwiga, przesuwa ciężary, gotuje… A my dla niego co?

– Przecież pomogłam. Wypełniłam papiery, dopilnowałam…

– I chwała ci za to, do darmowej knajpy mamy rzut beretem… Ale skoro dla niego kuchnia jest tak ważna, może bardziej doceni nasz wysiłek właśnie na tym polu. – Zuza podjęła decyzję i z zadowoleniem wpakowała sobie do ust listek mięty. – Dlatego przyrządzimy ślimaki. Na cześć Luka i na pohybel… śliskim!

– Boże, ale jak? – Misia usiłowała wykrzesać z siebie choć odrobinę entuzjazmu, ale szło jej raczej kiepsko. – Nigdy nie gotowałam ślimaków, proszę cię…

– To ugotujesz. Znaczy, ugotujemy. Z ziołami są podobno wyborne.

– Myślisz? – Powoli zaczęła się jednak przekonywać. – I pewnie trzeba użyć masełka?

– Bez masełka w ogóle nie ma mowy. – Zuza klasnęła w dłonie. – Kuchnia francuska to jest w ogóle jedna wielka maselniczka. Ależ się Luk ucieszy! Francuska parapetówa, masz pojęcie?… I wtedy ich ze sobą poznamy. A dzisiaj spokojnie, z rozwagą… – zawiesiła głos – …spuszczamy facetów po rynnie, zresztą Marchewka się nie zapowiadał.

W tym momencie do kuchni wkroczyła z miną urażonej hrabiny Pyza, rosyjska niebieska kotka Misi, która do tej pory miała swojej pani za złe, że obróciła ich wspólne życie w perzynę. Pyzunia od momentu zmian lokalowych schudła i zmieniła kolor tak bardzo, że zamiast szarej kluski zaczęła przypominać pełnoziarniste spaghetti.

– À propos, jak skrobałaś furtkę za domem, dzwonił Igła. – Misia nasypała karmy do miseczki, ale Pyza nawet nie spojrzała na posiłek. Wskoczyła za to na okno, skąd roztaczał się najlepszy widok, zarówno na kuchnię, jak i okolicę.

– Tak?

– Mają jakąś gorącą sprawę. Wnoszę po „obserwacji figuranta”, co za słownictwo… Dlatego chyba nie musimy nikogo z rozwagą spuszczać – powtórzyła Misia z przekąsem i znowu posmutniała. – Nawet mój własny kot jest przeciwko mnie. Boże, jak ja bym chciała, żeby ten dom żył!

– A taki jest bardzo zdechnięty? – Zuza poczuła się lekko urażona. – Dom, nie kot.

Od dwóch miesięcy przyjeżdżała tu prawie codziennie. Zostawiła w tych murach resztki godności (malowała ściany w majtkach i staniku!), jej własne mieszkanie zaczęło przypominać pieczarkarnię, tak bardzo je zapuściła, a życie towarzyskie… Czy rozmowa z parkingowym to event?

W każdym razie Misia pięknie jej podziękowała za wysiłki, nie ma co.

– Zuza, nie o to chodzi. – Misia zreflektowała się i rzuciła się ściskać przyjaciółkę. – Przecież wiesz, bez ciebie nie dałabym rady, ale myślałam, że Igła i ja… Że po tej trawie będą biegać dzieci, a nie ślimaki, że ten dom będzie pełen ludzi…

– Ile wy się z Igłą znacie? Dwa lata? – zapytała retorycznie Zuza i pokiwała głową. – To by się zgadzało. Zakochanie trwa od dwóch do trzech. A potem hormony opadają, klapki z oczu również i trzeba się zmierzyć z rzeczywistością. I wtedy wóz albo przewóz.

– Albo radiowóz – uściśliła ponuro Misia. – Z policjantem wiesz, jak jest…

– A z weterynarzem jest niby inaczej? Nie żebym sprawdzała… – zastrzegła szybko. – Ale co prawda, to prawda. Zanim Marchewka dojdzie do siebie po pracy i otrząśnie się z tej całej zawodowej agresji, trochę czasu mija – stwierdziła. – A może Igła ma jakiś kłopot i nie chce cię martwić? Rozmawiałaś z nim?

– Coś tam niby rozmawiałam. Ale mnie wodzi za nos. Raz mówi, że nie chciał, żebym płaciła za dom, bo nie jest utrzymankiem, innym razem słyszę, że brak wolności i rutyna zabijają miłość. Zupełnie jakbym słuchała ciebie, ale w jego ustach to brzmi jak: rozstańmy się… Już się w tym wszystkim gubię. – Misia pociągnęła nosem. – Ja wiem, że człowiek ma na przemian potrzebę to odcinania pępowiny, to zlewania się z drugą osobą jak z matką…

– Z matką?! – Zuza wyłowiła z tego psychologicznego wywodu tylko jedno i aż się otrząsnęła. – Z jaką matką?! Co ty wygadujesz? Ty masz być heroiną sypialni, hurysą albo wtórną dziewicą, do diabła, a nie mamusią.

– Wtórnym czym?!

– A co, jak jest wtórny analfabetyzm, nie może być wtórnego dziewictwa? – Zuza wzruszyła ramionami. – W przenośni mówię, nie zmieniaj tematu… Mamusi proszę do tego towarzystwa nie mieszać i tyle, bo Igle opadną nie tylko klapki z oczu, ale i co innego. A zadatki na opiekunkę masz, znam cię… Nie będziesz głodny? A może chcesz jeszcze herbaty? – przedrzeźniała. – Tyle dobrze, że mu nie podgrzewasz krzesełka.

– Po prostu się o niego troszczę.

– Moim