Francuski milioner - Maggie Cox - ebook
Opis

Rose musi sprzedać ukochany sklep z antykami, w którym od lat pracowała. Spotyka się z Eugene’em Bonnaire’em, właścicielem znanej w świecie sieci restauracji. Okazuje się jednak, że Eugene jest zainteresowany nie sklepem, a budynkiem dla swojej nowej restauracji. Rose, która kocha sztukę i to miejsce, odmawia sprzedaży. Eugene nie ma zamiaru przyjąć odmowy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 143

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maggie Cox

Francuski milioner

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Rose stała przy oknie, jak zahipnotyzowana wpatrując się w krople deszczu miarowo spływające po szybie, gdy nagle spostrzegła, że przed frontem sklepu z antykami zatrzymał się czarny mercedes.

Głęboko w piersi poczuła mocniejsze uderzenie serca, ponieważ od rana spodziewała się tej wizyty. Wiedziała, kto przyjechał… Eugene Bonnaire. Już nawet jego imię wywoływało u niej gęsią skórkę. Bonnaire był jednym z najpotężniejszych właścicieli sieci restauracji, słynącym z tego, że zawsze dostawał to, czego chciał, kiedy więc Philip, jej szef, wystawił na sprzedaż swój piękny sklep z antykami, biznesman natychmiast postanowił skorzystać z okazji.

Po raz kolejny żałowała, że nie ma przy niej Philipa. Od kilku dni jednak przebywał w szpitalu. Ponieważ jego stan był poważny, poprosił Rose, by jako pośrednik zajęła się sprzedażą sklepu. Zupełnie nie cieszyła jej perspektywa przeprowadzenia tak poważnej transakcji, nawet jeśli była dowodem wielkiego zaufania. Po pierwsze martwiła się o szefa, a po drugie w głębi serca miała nadzieję, że kiedyś przejmie prowadzenie sklepu. Spędziła w nim dziesięć, cudownych lat, ucząc się fachu od Philipa, i pokochała to miejsce. Nic więc dziwnego, że nie darzyła sympatią potencjalnego kupca.

Gdy mężczyzna, po otwarciu drzwi przez szofera, wysiadł wprost na zalany deszczem chodnik, najpierw zwróciła uwagę na klasyczne włoskie półbuty i elegancki ciemnografitowy garnitur. Potem przesunęła wzrok na twarz nieznajomego i na moment wstrzymała oddech. Regularne, szlachetne rysy twarzy, ostro zakończony podbródek, intensywnie niebieskie oczy, o których prasa pisała, że przeszywają człowieka na wylot… Ogarnęło ją dziwne przeczucie, że zaraz stanie twarzą w twarz ze swoim największym strachem, ale także, co było trudne do wytłumaczenia, zmierzy się z czymś cudownym i podniecającym.

Oderwała wzrok od szyby i wygładzając szybkim gestem szykowną granatową sukienkę, skierowała się do drzwi.

– Eugene Bonnaire? – Uśmiechnęła się uprzejmie, wyciągając rękę na przywitanie. – Proszę wejść. Jestem asystentką pana Houghtona. Rose Heathcote. Zostałam upoważniona do poprowadzenia rozmów.

Francuz wszedł do środka, mocno ujmując dłoń Rose.

– Bardzo mi miło, panno Heathcote. Muszę przyznać, że zrobiło mi się przykro, gdy się dowiedziałam o chorobie pani szefa. Mogę spytać, jak on się czuje?

Zanim odpowiedziała, odwróciła plakietkę na drzwiach z napisem „zamknięte”, dzięki czemu zyskała kilka sekund, by zapanować nad gonitwą myśli. Mężczyzna nie dość, że był zabójczo przystojny, nie dość, że miał przyjemny, rozgrzewający uścisk dłoni, to jeszcze natura obdarzyła go niskim, bardzo męskim i zmysłowym głosem. Modliła się, żeby zaróżowione policzki nie zdradziły jej emocji.

– Chciałabym odpowiedzieć, że lepiej, ale doktor mi uświadomił, że może minąć wiele czasu, zanim nastąpi widoczna poprawa.

– C'est la vie – rzucił filozoficznie. – Mam nadzieję, że wkrótce dojdzie do siebie. Proszę przekazać mu ode mnie życzenia szybkiego powrotu do zdrowia.

– Dziękuję. Na pewno przekażę. A teraz zapraszam do gabinetu. Będziemy mogli spokojnie omówić wszystkie kwestie.

– Zanim cokolwiek zaczniemy omawiać, chciałbym, żeby pani oprowadziła mnie po budynku. Właściwie to główny cel mojej wizyty. Potem dopełnimy wszelkich formalności. Mam nadzieję, że nigdzie się pani nie spieszy.

Rose zdała sobie sprawę, że stoi przed nią człowiek, który ma jasno wyznaczony cel, a tym celem jest decyzja, czy nabyć sklep z antykami, czy też nie.

– Jestem do pana dyspozycji – odpowiedziała uprzejmie. – Z przyjemnością pokażę panu sklep.

Poprowadziła go na górę, do jednego z trzech przestronnych pokoi umeblowanych antykami. W powietrzu unosił się lekki, nieco mdły zapach stęchlizny typowy dla staroci, łagodzony jednak przez woń wosku pszczelego używanego do czyszczenia drewnianych powierzchni. Deszcz uderzający o parapety i szyby wprowadzał atmosferę przytulności, ale zwiększał także odczucie chłodu. Rose miała na sobie dość cienką sukienkę bez rękawów i pożałowała, że nie zabrała z gabinetu ciepłego swetra.

– Pokoje są wyjątkowo duże, jak to w starym budownictwie – zauważyła, osłaniając się ramionami. – Dzięki temu można tu pomieścić tak wiele antyków: meble, gabloty z bibelotami, zbiór map i książek. Mam nadzieję, że podoba się panu to, co pan widzi.

Mężczyzna spojrzał na nią wyraźnie rozbawiony. Rose po kilku sekundach spuściła wzrok, mając świadomość, że trochę niefortunnie sformułowała pytanie. Nigdy, nawet za milion lat, nie próbowałaby przyciągnąć spojrzenia kogoś takiego jak Eugene Bonnaire. Czy pomyślał, że było inaczej? Miał reputację estety gustującego w najpiękniejszych kobietach. Rose zdawała sobie sprawę, że niestety nie zalicza się do tej kategorii.

– Muszę przyznać, że to, co widzę, bardzo mi się podoba, panno Heathcote – odparł, nie spuszczając z niej wzroku.

Te słowa wprowadziły ją w zakłopotanie i podniosły temperaturę w pokoju o kilka stopni, mimo to nadal drżała.

– To się… bardzo się cieszę. Proszę spokojnie wszystko pooglądać, bez pośpiechu.

– Zamierzam właśnie tak zrobić.

– Świetnie.

Krzyżując ramiona na piersi, cofnęła się, by odwrócić od siebie uwagę. Z napięciem obserwowała jednak, jak Francuz chodzi po pokoju, badając rozkład i proporcje pomieszczenia. Zaczynała się martwić, co zrobi, jeśli Bonnaire nie zechce kupić sklepu. Wiedziała, jak bardzo Philipowi zależało na szybkiej sprzedaży. Nie miał już sił pracować, a potrzebował pieniędzy, by spokojnie żyć na emeryturze. Leczenie także nie było tanie.

– Proszę wybaczyć – usłyszała miękki bas mężczyzny. – Widziałem, że kilkakrotnie zadrżałaś. Zimno ci, Rose? Może chciałabyś pójść po coś ciepłego?

Ponownie jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Przyczyną nie był jednak chłód, a sposób, w jaki Bonnaire wymówił jej imię. Zabrzmiało to intymnie, poufale… Zbyt poufale zważywszy na tak krótką znajomość.

– Rzeczywiście – przyznała z nieco nerwowym uśmiechem. – Pójdę po sweter. Proszę się rozgościć. Może pan obejrzeć wszystkie pokoje na tym piętrze. Będę za minutę.

Gdy wróciła, zastała go w największym pokoju, leżącym w prawym skrzydle na końcu korytarza. Znajdowały się tam najcenniejsze okazy mebli i pokaźny zbiór biżuterii w szklanych gablotach. Widząc, że przygląda się bibelotom ze szczerym zainteresowaniem, pomyślała, że może Eugene nie jest jedynie wyrachowanym biznesmanem. Może, tak jak ona, podziwia stare przedmioty z duszą i zechce kupić nie tylko budynek, ale także wszystkie antyki, by kontynuować działalność Philipa? O to modliła się w duchu, bo tylko pod takim warunkiem mogła sprzedać sklep.

Podeszła bliżej, ciekawa, co przykuło jego uwagę. Dostrzegła, że wpatruje się w dziewiętnastowieczny pierścionek z perłą i diamentami – jeden z najcenniejszych okazów w kolekcji.

– Ładny, prawda? – zagadnęła.

– Owszem – potwierdził, nie odrywając wzroku od gabloty. – Jest bardzo podobny do pierścionka, jaki mój ojciec kupił matce. Z tą różnicą, że w tamtym zarówno perła, jak i diamenty były imitacją. Ojca nie było stać na drogie prezenty.

W jego oczach dostrzegła ból, a może smutek? Nie była pewna, ale nagle wydał jej się bezradny.

– Jestem przekonana, że pańska matka uwielbiała pierścionek, tak jakby był najcenniejszy na świecie. W końcu ważniejsze jest, kto i z jaką intencją go dał, a nie to, ile kosztował – stwierdziła, a po chwili dodała miękko: – Może zainteresuje pana historia, że ten pierścionek należał do dziewczyny, która pracowała jako sanitariuszka podczas wojny krymskiej. Dostała go od wdzięcznej rodziny za opiekę nad rannym żołnierzem.

Eugene natychmiast oderwał wzrok od szklanej gabloty i utkwił w niej spojrzenie. Rose cieszyła się, że ma na sobie ciepły sweter, bo w przeciwnym razie na pewno dostrzegłby, że znów zadrżała. Do diaska, co ten facet miał w sobie, że zachowywała się jak nastolatka!

– Każdy przedmiot to oddzielna historia – powiedział z namysłem. – Klejnoty nie są pod tym względem wyjątkiem. Pozwól jednak, że zapytam. Jak myślisz, czy ta sanitariuszka była ładna, a ranny żołnierz przystojny?

Mimo że pytanie zupełnie zbiło ją z tropu, zdobyła się na uprzejmy uśmiech.

– Przystojny czy nie, wkrótce po tym jak się poznali, zmarł z powodu odniesionych ran. Lekarze byli bezradni. To strasznie smutna historia, prawda? Możemy jedynie snuć domysły, czy tych dwoje łączyło jakieś uczucie, ale fakt podarowania pierścionka został zanotowany w rodzinnych dokumentach.

– Zgaduję, że lubisz sobie wyobrażać, że ta para była ze sobą jakoś związana.

– Czemu nie? Wolę myśleć, że podczas wojennej zawieruchy zaznali trochę szczęścia, nawet jeśli trwało tylko chwilę. Prawda jest jednak taka, że nigdy się nie dowiemy, co się wydarzyło. Może to i lepiej? Tajemnice nadają życiu smak.

Rose za to na pewno wiedziała, że przestrzeń między nią a Eugenem dziwnie zmalała. Tym razem nie było mowy o dreszczach. Było jej ciepło… zbyt ciepło.

– Jeśli skończył pan oglądać górę, to może zejdziemy na dół i dokończymy rozmowę w gabinecie?

– Oczywiście – zgodził się z uśmiechem, który miał wyrażać przeprosiny, że zawraca jej głowę. – Czy jeśli poproszę o kawę, będzie to jakiś kłopot?

– Żaden kłopot. Jaką pan lubi?

– A jak myślisz, Rose? Co ci podpowiada intuicja?

Jeżeli sposób, w jaki prowadził rozmowę, był częścią taktyki mającej na celu oczarowanie jej, musiała przyznać, że działało. W końcu której kobiecie nie pochlebiałoby zainteresowanie takiego mężczyzny. Mimo to nie traciła kontroli nad sytuacją. Wiedziała, że ma do wykonania ważne zadanie i nic nie jest w stanie odwrócić jej uwagi.

– Wydaje mi się, że pije pan mocną i czarną, z dodatkiem cukru. Mam rację?

– Jestem pod wrażeniem. Co za intuicja. Na dłuższą metę może być to jednak niebezpieczne. Niewygodni są ludzie, którzy za dużo wiedzą.

Słowom towarzyszył wprawdzie uśmiech, ale Rose nie miała wątpliwości, że to było ostrzeżenie. Żaden człowiek nie osiągnąłby takiego sukcesu jak Eugene Bonnaire, gdyby nie potrafił przewidzieć, kogo należy usunąć z drogi, by dostać to, czego się pragnie.

Kiedy weszła do gabinetu, trzymając w dłoniach tacę z filiżankami, Eugene stał przy oknie odwrócony do niej tyłem. Przystanęła i przez dłuższą chwilę spoglądała na szerokie barki rysujące się pod marynarką, mocny kark i brązowe włosy z jasnymi refleksami. W powietrzu unosił się przyjemny zapach klasycznej wody kolońskiej, pobudzający zmysły i wyobraźnię. Poczuła, że zasycha jej w gardle i że czas najwyższy założyć wyobraźni kaganiec. Podeszła do dębowego biurka z czasów wiktoriańskich i odłożyła tacę na blat. Gdy ponownie stanęła z Eugeniem twarzą w twarz, musiała zmobilizować wszystkie siły, by nie dać po sobie poznać, jak wielkie wrażenie na niej robił. Był tak obłędnie przystojny, tak doskonały, jakby wyszedł spod dłuta Michała Anioła. Kiedy jednak spojrzała w niebieskie oczy dostrzegła paraliżujący chłód. A przecież na górze, gdy mówił o pierścionku podarowanym matce, te same oczy emanowały ciepłem i serdecznością i patrzył na nią tak, jakby warta była zainteresowania. Teraz taksował ją zupełnie obojętnym wzrokiem. Rose miała świadomość, że nie jest klasyczną pięknością, wcześniej jednak nigdy się tym nie przejmowała. Była niewysoka, chłopięco szczupła i nosiła krótkie włosy. Przyjaciele zwracali uwagę na jej duże, obramowane długimi rzęsami oczy o niespotykanej barwie i wysokie kości policzkowe. Mimo to i tak wiedziała, że daleko jej do tych wszystkich kobiet, które jednym spojrzeniem zdobywały upragnionych mężczyzn.

– Napijmy się kawy i przejdźmy do interesów – zaproponował Bonnaire, wyrywając ją z rozmyślań. – Mam dziś dość napięty grafik i chciałbym załatwić nasze sprawy tak szybko, jak to możliwe.

– Skoro tak, to pewnie podjął pan już decyzję?

– Zgadza się. Widziałem już cały budynek i mam pewną propozycję.

Rose natychmiast zwróciła uwagę, że nie powiedział „sklep z antykami”, tylko „budynek”. Serce podeszło jej do gardła. Philipowi zależało na sprzedaży sklepu jako całości. Miał nadzieję, że ktoś poprowadzi dalej interes.

– Chciałbym jeszcze dziś ustalić warunki sprzedaży – dodał lekko.

– Dwie kostki cukru? – spytała nieco szorstkim głosem. Jak miała tłumaczyć, że wraz ze sprzedażą traci coś dużo cenniejszego niż miejsce pracy.

– Dwie – potwierdził.

Podała mu filiżankę, po czym wzięła drugą i usiadła na krześle przed biurkiem.

– Wyjaśnijmy sobie coś. Powiedział pan, że chciałby dopełnić formalności sprzedaży budynku?

– Tak, właśnie tak.

– Proszę mi wybaczyć, ale sądziłam, że mój szef postawił sprawę jasno. Chciałby sprzedać budynek wraz z antykami. Nie może pan tego rozgraniczyć. Czy dobrze zrozumiałam, że nie jest pan zainteresowany posiadaniem sklepu ze starociami?

– Zgadza się, Rose. I proszę, mów mi po imieniu. Może wiesz, a może nie, ale jestem właścicielem sieci znanych restauracji i chciałbym kolejną otworzyć właśnie tutaj. Lokal jest idealny. A co do sklepu… obawiam się, że antyki nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Każdy biznesman chce, by interes przynosił duże zyski. Starocie, sentymenty, grzebanie się w przeszłości to nie w moim stylu. Twój szef chyba uważa podobnie, skoro sprzedaje interes. Najważniejsze to zarobić.

– Nie musi być pan aż tak dosadny – zaprotestowała, celowo ignorując prośbę, by mówiła mu po imieniu. Nie zamierzała skracać dystansu.

– Ależ, ma chère, po co owijać w bawełnę? Biznes to ostra gra.

– Być może, ale nie ma pan racji w jednej kwestii. Philip sprzedaje sklep, bo jest chory i nie ma już siły prowadzić interesu. To miejsce zawsze było dla niego przedmiotem dumy i źródłem radości. Zapewniam pana, że gdyby był zdrowy, za żadne pieniądze nie wystawiłby sklepu na sprzedaż.

– Być może, ale wystawił i zapewne chce uzyskać jak najlepszą cenę, czyż nie tak?

Spuściła wzrok i splotła dłonie, nerwowo pocierając kciukami wierzch dłoni. Gene miał rację. Philip nie miał wyboru, musiał sprzedać sklep, bo potrzebował pieniędzy. Nie mogła go zawieść. Dla niej był nie tylko szefem i mentorem, ale także najdroższym przyjacielem jej ojca.

– Tak, pan Houghton chciałby szybko dopełnić formalności, ale panie Bonnaire… Pana interesuje wyłącznie budynek, dlatego obawiam się, że nie mogę się zgodzić na sprzedaż. Domyślam się, że nie takiej odpowiedzi pan oczekiwał, ale tylko taką mogę dać. Mam nadzieję, że pan zrozumie. Przykro mi.

– Nie boisz się, że może tracisz doskonałą okazję? Jedyną okazję? Gdybym był na twoim miejscu, Rose, przyjąłbym ofertę i jeszcze pogratulował sobie udanego interesu. Wierz mi, głupotą byłoby nieskorzystanie z mojej propozycji. Twój szef ci zaufał. Chyba nie chciałabyś go zawieść?

Tak zamierzał z nią pogrywać? Ogarnęła ją wściekłość i jeszcze mocniej zacisnęła dłonie.

– Myślę, że powiedzieliśmy sobie już wszystko, panie Bonnaire – odparła lodowato. – Taka jest moja decyzja i proszę ją zaakceptować.

– Zastanów się – rzucił z ostrzegawczym błyskiem w oku. – Popełniasz duży błąd.

– Znam szefa i wiem, ile te antyki dla niego znaczą. Chce sprzedać sklep, który będzie dalej funkcjonował, a nie budynek pod restaurację. Błędem byłoby postępowanie wbrew jego woli. Dziękuję za zainteresowanie, ale spotkanie uważam za zakończone. Odprowadzę pana do drzwi.

– Nie tak szybko – zaprotestował, zrywając się z miejsca. – Posłuchaj, nie przyjechałem tu, by tracić swój albo twój czas. Przyjechałem, by kupić budynek, który, jak zrozumiałem, jest na sprzedaż. Jeśli nie chcesz sprzedać samej nieruchomości, to może przemyślisz decyzję, jeśli zgodzę się kupić także antyki. Zapewne niektóre mogą być cenne dla kolekcjonerów.

Rose wyobraziła sobie, jak zbulwersowany byłby Philip, gdyby wiedział, że Gene nie chce nabyć antyków z powodu ich historycznej wartości i piękna, tylko ze względu na cenę, jaką może za nie dostać.

– Rzeczywiście, niektóre z nich są bardzo cenne – przyznała cierpko. – Nie zmienię jednak zdania.

W odpowiedzi sięgnął do kieszeni po skórzany portfel, wyjął wizytówkę i położył na biurku.

– Myślę, że kiedy emocje opadną i spokojnie przemyślisz sprawę, będziesz chciała się ze mną skontaktować, żeby porozmawiać o sprzedaży. Au revoir.

Rose poczuła na sobie zimne, drwiące spojrzenie i podziękowała w duchu wszystkim świętym, że ten fascynujący i jednocześnie irytujący mężczyzna już wychodzi. A jednak, gdy patrzyła za nim, jak znika za drzwiami, nie była pewna, czy podjęła słuszną decyzję…

Gene, kiedy już odbył wszystkie spotkania i mógł nareszcie wrócić do biura, poprosił sekretarkę o mocną kawę, a sam zapadł w miękkie, skórzane siedzenie fotela, by przemyśleć wydarzenia dnia. Nie spodziewał się, że tak go zirytuje odmowa sprzedaży. Nie spodziewał się w ogóle żadnej odmowy. Ilekroć spodobał mu się jakiś budynek, nieważne, czy w Paryżu, czy w Nowym Jorku, zawsze szybko dobijał targu. Nie rozumiał zachowania Rose Heathcote. Większość ludzi przyjęłaby z otwartymi ramionami jego ofertę. Problem polegał na tym, że panna Heathcote nie była typową bizneswoman, którą można skusić odpowiednią sumą pieniędzy. Co gorsze, wydawała się zupełnie niepodatna na jego urok. Drażniło go to, ale z drugiej strony podziwiał tę szczupłą brunetkę za jej determinację i zdecydowanie, choć wiedział, że dziewczyna popełnia duży błąd.

Coś jeszcze przykuło jego uwagę. Nigdy u żadnej kobiety nie widział tak pięknych, fiołkowych oczu. Lśniące, czarne włosy i skóra w kolorze kości słoniowej stanowiły doskonałą oprawę. Sposób, w jaki opowiadała o swoim szefie i antykach, pełen pasji i żaru, sprawił, że zapragnął poznać ją lepiej. Intrygowała go, mimo że odrzuciła ofertę sprzedaży własności.

Gene uśmiechnął się pod nosem. Zawsze dostawał to, czego chciał i teraz też tak będzie, był tego pewien. Rose za kilka dni zda sobie sprawę, że popełniła błąd, a wtedy on zaproponuje sumę, której Philip po prostu nie będzie mógł się oprzeć. Gdyby miał więcej czasu, jeszcze dziś przekonałby ją, że sprzedaż sklepu jednemu z najpotężniejszych przedsiębiorców w kraju zapewni jej szefowi pieniądze, które wystarczą na długie lata.

Nagle jak echo powróciły do niego słowa rodziców: „Synu, nie każdy problem da się rozwiązać pieniędzmi. Żadna suma, żadne bogactwo nie umniejszyłoby bólu, jaki czuliśmy po śmierci twojej siostry, nie zapominaj o tym”.

Przez kilka sekund czuł, że opadają z niego siły i opuszcza energia, pchająca go zawsze do przodu, byle zwyciężyć, byle odnieść sukces. Nie, to nie był najlepszy czas, by rozmyślać o śmierci siostry, której odejście o mało go nie załamało.

Wyprostował ramiona, a potem położył dłoń na karku, masując przez chwilę napięte mięśnie. On i jego rodzice zawsze inaczej patrzyli na świat. On kierował się rozsądkiem i znajdywał praktyczne rozwiązania, kiedy los nie sprzyjał, oni zaś ulegali emocjom. Na samą myśl, że mógłby postępować jak rodzice, ogarniało go przerażenie. Nieraz słyszał historię ich trudnego dzieciństwa, jak często donaszali po starszym rodzeństwie stare ubrania i jak często chodzili głodni spać. Dlatego bardzo szybko zrozumiał, że pieniądze dają wolność, a potem odkrył, że ma prawdziwy talent do ich zarabiania. Dlatego nie uznawał sentymentów w biznesie. Najważniejsze to osiągnąć cel, reszta w ogóle się nie liczyła.

Uśmiechnął się, bo właśnie przyszedł mu do głowy pomysł, co zrobić, by dostać piękny stary budynek, którego Rose nie zamierzała sprzedać. Wiedział, że plan zadziała, bo nigdy nie zdarzyło się, by poniósł porażkę. Tak, za pieniądze można mieć wszystko. Poderwał się z fotela, otworzył drzwi i zwrócił się do Simony, młodej sekretarki o blond włosach i dużym biuście.

– Zapomnij o kawie, ma chère. Zarezerwuj stolik w moim klubie na ósmą wieczór.

– Czy będzie ktoś panu towarzyszył, panie Bonnaire? – spytała słodko z niewinną miną.

– Nie, Simone. Nie tym razem.

– Poproszę, żeby maitre d'hotel zarezerwował pański ulubiony stolik.

– Dziękuję.

– Zawsze do usług, panie Bonnaire. Jestem szczęśliwa, że mogę sprawić panu przyjemność. Jest pan wspaniałym szefem. Uwielbiam pracować dla pana.

Różowe, wydatne usta kobiety rozchyliły się w zapraszającym uśmiechu, a Gene poczuł nagle, że jego dobry humor pryska.

– W takim razie chyba nie będziesz miała nic przeciwko temu, żeby popracować trochę dłużej dziś wieczorem? Na biurku zostawiłem listę rzeczy do zrobienia. Dobranoc, Simone. Widzimy się rano.

Zachowanie sekretarki zirytowało go bardziej niż zwykle. Pracowała dla niego dopiero od niedawna, ale od samego początku dawała jasno do zrozumienia, że bardziej od służbowych obowiązków interesuje ją szef. Zaledwie wczoraj był świadkiem, jak mówiła do kogoś przez telefon, że to tylko kwestia czasu, kiedy wyląduje w łóżku Bonnaire’a.

Czekając na windę, mruknął zniecierpliwiony:

– Boże chroń mnie przed napastliwymi kobietami.

Tytuł oryginału: A Taste of Sin

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2015

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Anna Jabłońska

© 2015 by Maggie Cox

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-2528-1

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.