Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Czy nieznajomi ludzie mogą sobie ufać i dochować tajemnicy? Tego felernego dnia czwórka uczniów wsiada do szkolnego autobusu, nie znają się i nie mają ze sobą nic wspólnego oprócz tego, że wyruszając w drogę popełnili największy błąd w życiu. Podczas jazdy ktoś strzela do kierowcy, autobus stacza się z drogi, panuje chaos i zamieszanie. Layla, Kai, Liam i Fliss, próbując wydostać się z wraku, znajdują torbę martwego kierowcy z milionem funtów oraz broń.
Każdy z nich potrzebuje tych pieniędzy dla swoich tajemniczych celów. Zaginionej torby szuka ktoś bardzo niebezpieczny i bezwzględny. Jeśli Layla, Kai, Liam i Fliss chcą przeżyć, muszą trzymać się razem. Ale czy czworo dobrych kłamców naprawdę może sobie zaufać?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 370
Rok wydania: 2025
© Copyright by Sarah Wishart
© Copyright for the Polish edition
by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2025
Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieł w jakiejkolwiek formie. HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC.
Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.
Bez ograniczania wyłącznych praw autora i wydawcy, jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI) jest wyraźnie zabronione. HarperCollins korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.
HarperCollins Polska sp. z o.o.
ul. Domaniewska 34a
02-672 Warszawa
www.harpercollins.pl
HarperYA jest imprintem młodzieżowym HarperCollins Polska.
www.HarperYA.pl
Tłumaczenie: Anna Klingofer-Szostakowska
Redaktor prowadząca: Katarzyna Kępka
Redakcja: Magdalena Adamska
Korekta: Małgorzata Merkel-Masse, Tatiana Audycka-Szatrawska
Wydawca: Katarzyna Moga
Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża
Korekta
Magdalena Jabłonowska – Przecinek i spółka
ISBN: 978-83-291-0214-8
YALIARS_01
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
Dla Darrena, Jamesa i Luke’a – z miłością
Wtorek, 1 października, 2.31
– Gdzie są pieniądze?
Donald Trump przyciska broń do mojego czoła i zrywa knebel dłonią w rękawiczce. Wstrzymuję oddech, podnoszę wzrok i patrzę na maskę. Wpatrują się we mnie intensywnie turkusowe oczy – soczewki, prawda? To część przebrania, podobnie jak modulator głosu. Kątem oka dostrzegam krew tworzącą kałużę wokół martwej osoby z mojej klasy. Przeszywa mnie dreszcz. Więzy wbijają mi się głębiej w nadgarstki. Broń wycelowana jest teraz w drżącego człowieka klęczącego obok mnie w grocie. Staram się nie panikować; ujawnianie emocji to idealny sposób, żeby zapewnić sobie kulkę w łeb.
– Mów, gdzie je schowaliście – odzywa się piskliwy głosik.
Słychać okropny dźwięk, jakby ktoś się krztusił. Lufa błyskawicznie zwraca się w stronę tłumionego szlochu. Powtórka pytania. Kolejny knebel zdjęty. I następny.
Jesteśmy w tym wszyscy razem.
Zgodziliśmy się na to we czworo po wypadku w zeszłym tygodniu, ale wszyscy kłamaliśmy. Teraz zostało nas tylko troje. Kto pierwszy się złamie?
– Nikt? – pyta ostro metaliczny głos. – Okej, niech będzie, jak chcecie. Zabawmy się.
Serce łomocze mi o żebra, gdy celuje we mnie.
– Prawda czy wyzwanie.
– C-c-co?
– Nie każ mi powtarzać.
– W porządku… Wyzwanie… Nie, prawda. Chcę powiedzieć prawdę. Tak jak od początku, od pierwszego dnia… To oni… – Słowa zamierają mi na ustach. Kolejne kłamstwo.
– Zacznijmy od czegoś łatwego. Do której szkoły chodzisz?
Z moich ust wyrywa się westchnienie ulgi.
– Liceum Kingsborough.
– Zła odpowiedź. Martwe dzieciaki nie chodzą do szkoły.
Zamaskowana postać pociąga za spust.
PONIEDZIAŁEK, 23 WRZEŚNIA, 7.29
LAYLA
Nie jestem złodziejką! Nigdy w życiu niczego nie ukradłam.
Ręce mi się trzęsą ze złości, gdy spryskuję włosy toną suchego szamponu przed lustrem w łazience; nie miałam czasu ich umyć. Przespałam budzik, po tym jak wreszcie udało mi się zasnąć koło czwartej nad ranem. Wcześniej leżałam w łóżku i odtwarzałam w myślach tę okropną scenę, kiedy pani Cavendish oskarżyła mnie o kradzież pierścionka z pokoju hotelowego. Podobno ktoś widział, jak wchodziłam w sobotę do apartamentu. Co za kłamstwo! Powiedziałam pani C, że ta osoba z kimś mnie pomyliła albo specjalnie mnie wrabia.
Ale ona nie chciała słuchać, tylko od razu mnie zwolniła.
„Powinnaś być wdzięczna, że nie wezwałam policji”.
Zanim zapłakana poszłam na postój traktora morskiego, Rachel, jedna z zatrudnionych na pełen etat pokojówek, uściskała mnie i zapewniła, że mi wierzy. Powiedziała, że w ostatnich miesiącach w Sea Haven znikała biżuteria i pieniądze, zginęła też srebrna ozdoba z lampartem. Pani C szukała kozła ofiarnego – uznała, że wyleje kogokolwiek i w ten sposób załagodzi ze starszą panią sprawę zaginionego pierścionka, bo nie chciała, żeby znowu pojawiła się policja. Twierdziła, że martwy pijany gość już dość kiepsko wpłynął na interesy w tym sezonie.
Tylko dlaczego padło akurat na mnie?
Pani C nie powiedziała nic, co brzmiałoby wprost rasistowsko, ale nigdy nawet nie spróbowała wymówić mojego nazwiska – Abdullatif – prawidłowo i uważała, że przezabawnie jest nazywać mnie Q.L., od Queen Latifah, w grafiku. Oczywiście cały personel urodzony i wychowany w północnej części hrabstwa Devon jakimś cudem unikał jej polowania na czarownice. Pani C nie ukarała nawet zarządcy nieruchomości za to, że zapomniał postawić tabliczkę UWAGA! NIEBEZPIECZEŃSTWO na szczycie urwiska za hotelem, skąd tamten gość spadł i się zabił.
– Pospiesz się! Jest już wpół do! – drze się pod schodami mama.
– Idę!
Nie mogę jej powiedzieć, co się stało – jej lista zmartwień i tak jest już pełna. Udam, że rzuciłam sobotnią pracę, bo miałam dość sprzątania toalet. Ta część mojej historii jest zgodna z prawdą. Wysłałam esemesa do Frankie, szefowej Lobster Bar, a ona zgodziła się przyjąć mnie na próbę jako kelnerkę w sobotni wieczór. Mogę towarzyszyć Liamowi. To najbystrzejszy uczeń w mojej grupie matematycznej i w całej szkole. Prawdopodobnie w całym Devonie.
– Laylo! – Tym razem to mój ojczym Leon. – Autobus nie będzie na ciebie czekał!
Jakbym nie wiedziała.
Sadysta Silas, gdy tylko zauważy mnie w bocznym lusterku, zawsze zamyka drzwi autobusu i zmusza mnie do biegu. Regularnie pokonuję drogę wstydu do miejsca, gdzie zwykle siadam, trzy rzędy od przodu, podczas gdy pozostałe dzieciaki witają mnie powolnymi oklaskami, w każdym razie te, które zdążyły się już obudzić.
– Zaraz będę gotowa!
Idę do swojego pokoju. Po drodze przystaję przy drzwiach Saliha i zaglądam do środka. Całą podłogę pokrywają klocki Lego – to pułapka specjalnie obmyślona tak, żeby zadawać maksymalny ból bosym stopom. Ściany oblepione są plakatami sławnych piłkarzy. Patrzę na głowę mojego brata wspartą na poduszce – kiedyś cała w ciemnobrązowych kędziorach, teraz jest łysa. Przystaję, nasłuchując oddechu, ale on nie wydaje żadnego dźwięku. Omijam maleńkie klocki i pochylam się nad łóżkiem, gorączkowo przyglądam się ustom i klatce piersiowej Saliha w poszukiwaniu jakiegoś ruchu.
Nagle siada na łóżku, wyprostowany.
– Wypad stąd, zanim czymś w ciebie rzucę!
Odsuwam się gwałtownie z poczuciem winy.
– Przepraszam, habibi! Chcesz czegoś?
– Żebyś się odczepiła? I nie jestem twoim kochaniem!
Wycofuję się, kuśtykając, bo płytka lego złośliwie wbija mi się w piętę.
– Okej, już mnie nie ma.
– I zamknij za sobą drzwi, MM!
Nienawidzę tego przezwiska – to skrót od „Mini Mama” – ale zanim zbiegnę na dół, zostawiam drzwi lekko uchylone.
– Nie zapomnij przyjść wcześniej dzisiaj wieczorem, żeby zająć sobie dobre miejsce – mówię do mamy i rzucam plecak obok pralki. Kładę bilety na stole, podczas gdy ona i Leon wpatrują się w wiadomość na jej komórce. Wkładam chleb do tostera, po czym wlewam wodę do kanaki[1] i wsypuję do niej mieloną kawę i cukier. Nie przetrwam porannej matematyki bez kofeiny.
Stawiam tygielek z długą rączką na kuchence i sprawdzam telefon, czekam, aż mieszanka podgrzeje się i spieni. Napisała do mnie moja przyjaciółka Alvita:
Nie spóźnij się na autobus. Zaklep miejsce dla Kaia!
Dodała GIF-a z dwoma całującymi się pluszowymi misiami. Odpowiadam zarumienionym emoji. I po co się przyznawałam, że on mi się podoba? Będzie mnie teraz męczyć, żebym z nim flirtowała w drodze do szkoły. Na szczęście Alvita wsiada później, w miejscu, skąd zabiera się najwięcej dzieciaków, a on już wtedy będzie siedział. Muszę się zbierać. Jest tylko jeden poranny autobus dla uczniów, których nikt nie odwozi do szkoły. Zero szans, żeby mama czy Leon mnie podrzucili, a nie mogę zacząć nauki jazdy, dopóki nie skończę siedemnastu lat, dopiero w styczniu.
Zdejmuję tygielek z kuchenki, gdy piana się unosi, i odstawiam go z powrotem, tak jak Baba – tata – mnie nauczył. Zerkam na mamę i Leona, ale oni są przyspawani do jej telefonu.
– Słyszeliście mnie? Koncert zaczyna się o piątej, ale wpuszczają od czwartej trzydzieści. – Zerkam na toster. Przy wszystkich działa jak trzeba, ale ja musiałam go czymś wkurzyć w poprzednim życiu. Zawsze zwęgla mi pieczywo swoimi złowrogimi promieniami śmierci.
– Co się stało?
Mama patrzy na mnie niewidzącym wzrokiem. Pod oczami ma ciemne obwódki; znów się nie wyspała, bo co parę godzin zagląda do Saliha. Odgarnia przetłuszczony kosmyk kasztanowych włosów, który wysunął się z kucyka.
– Coś mamy w planie? – wtrąca Leon.
– Halo? Koncert mojego chóru! Śpiewamy piosenki z Króla rozrywki.
– To już dziś? – pyta mama i marszczy czoło.
Zapomnieli! Odkąd kilka miesięcy temu zdiagnozowano u Saliha neuroblastomę, znalazł się na pierwszym miejscu, i słusznie. Musieliśmy zrezygnować z różnych rzeczy, wiele poświęcić. Ale zepchnięcie na drugie miejsce… cóż, czasem bywa bolesne.
Mama cmoka z dezaprobatą i przeszukuje wzrokiem kalendarz na drzwiach lodówki.
– Na pewno zapisałam. Zakręciłam się przez to eksperymentalne leczenie Saliha. Wypadło mi z głowy, żeby znaleźć dla niego opiekę, przepraszam.
– W porządku. – Staram się nie okazać zawodu. Mama i Leon myślą wyłącznie o tym amerykańskim leczeniu, od kiedy wysłali zgłoszenie w zeszłym miesiącu. – Będę w tylnym rzędzie. I tak byście mnie za bardzo nie widzieli.
– Myślałem, że jesteś jedną z solistek – mówi Leon.
Wzruszam ramionami.
– Nie dostałam tej piosenki, którą chciałam.
To kłamstwo, ale nie muszą znać prawdy. Pan Grange zdegradował mnie do chóru, po tym jak opuściłam zbyt wiele prób. Przeniósł spotkania z pory lunchu na szesnastą, a ja nie chciałam zawracać głowy mamie i Leonowi, żeby odbierali mnie tak późno. Powinnam też uczęszczać do klubu pracy domowej po szkole, nadrobić zadania z muzyki i teatru. Przez brak snu moja koncentracja leży.
Potrząsam tosterem, po czym odłączam go z gniazdka i wbijam do środka nóż. Pieczywo się spaliło. Unosi się dym, gdy uwalniam tlące się czarne kromki. Wyrzucam je do kosza i kieruję się do tygielka. Kawa kipi. Poddaję się, serio.
– Nie, Laylo, to wcale nie jest w porządku!
Odwracam się na pięcie. Mama zasłania twarz dłońmi, ma opuszczone ramiona. Leon ją obejmuje. Jestem okropnie samolubnym człowiekiem. Żałuję, że w ogóle wspomniałam o tym koncercie. Pewnie lepiej będzie, jeśli nie przyjdą. Nie chcę, żeby wpadli na panią C – jej córka, Fliss Cavendish, jest jedną z solistek. Zaraz, a może to Fliss sprawiła, że wyleciałam z pracy, żeby mogła rozsiewać plotki na mój temat po całej szkole? Wcale bym się nie zdziwiła.
– Nie ma sprawy, naprawdę!
Mama kręci głową i ociera oczy rękawem.
– Co się stało? O co chodzi? – pytam.
– Lekarz ze Stanów przysłał nam maila w sprawie tego eksperymentalnego leczenia – odpowiada cicho Leon.
W moje serce wbija się maleńki sztylet.
– Nie przyjmie Saliha?
– Nie, twój brat został przyjęty. – Oczy Leona zachodzą łzami. – Moglibyśmy polecieć i od razu rozpocząć terapię.
– N-n-nie rozumiem. To świetna wiadomość… prawda? – Uważnie przyglądam się ich twarzom. Nie widzę na nich szczęścia. – Dzięki temu Salihowi się poprawi. Powiedzieliście, że to eksperymentalne leczenie, ale być może pozbyłby się raka na zawsze.
– Masz rację – mówi mama. – To jego jedyna…
– Sandy! – przerywa jej Leon.
– Chciałam powiedzieć… to największa szansa dla Saliha, żeby wrócił do zdrowia.
Gwałtownie wciągam powietrze, gdy dociera do mnie znaczenie jej słów. To jedyna szansa dla Saliha na pokonanie nowotworu – rzadkiego, ale agresywnego. Chwytam się blatu, a kuchnia wiruje. Podczas ostatniej wizyty w szpitalu lekarz powiedział, że Salih „dobrze reaguje na leczenie”. Mama i Leon uściskali się i odtańczyli zwariowany taniec wokół jego łóżka. Ale gdy teraz patrzę na ich pełne cierpienia twarze, dociera do mnie, że byłam głupia. Guz przecież wciąż tam jest. Mógł urosnąć, dać przerzuty, jak rak płuc Baby. Tata umarł rok po otrzymaniu diagnozy, niedługo po trzecich urodzinach Saliha.
– To w czym problem?
Zagryzam dolną wargę, gdy mama wpatruje się w stos wyciągów bankowych i niezapłaconych rachunków na stole.
– Ile potrzebujemy? – Milknę i szybko obliczam w myślach. – Mogę pomóc, zaoszczędziłam jakieś czterysta funtów. – Jeśli dostanę tę fuchę kelnerki, mogłabym ubłagać Frankie o zmiany w dni powszednie i weekendy.
– Dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów – odpowiada cicho Leon.
Kolana uginają się pode mną. Wzdłuż mojego kręgosłupa wędrują lodowate dreszcze. Równie dobrze mógłby powiedzieć: dwa miliony. Mama opiekuje się Salihem przez całą dobę, siedem dni w tygodniu, a u Leona uraz pleców wykluczył pracę na budowie. Dopiero teraz znalazł fuchę jako kurier na część etatu, choć przeprowadziliśmy się do Sandstown, miasteczka na obrzeżach Kingsborough, dziewięć miesięcy temu.
– Co zrobimy? – Głos mi się łamie.
– Ty się tym nie martw. Coś wymyślimy. – Leon marszczy brwi. – Ubłagam bank o pożyczkę. Może moi rodzice mogliby wziąć większy kredyt pod hipotekę i…
– Zakładam dziś zbiórkę na JustGiving – przerywa mu mama. – I poproszę o pomoc twoją babcię.
Marszczę czoło. Teta nie rozmawia z mamą od jej ślubu z Leonem trzy lata temu i dzwoni do mnie, żeby dowiedzieć się, co u Saliha. Przed emeryturą prowadziła sklep z ful medames[2] w Kairze, który cieszył się popularnością i obsługiwał codziennie tłumy głodnych klientów, ale nigdy nie była megazamożna.
– Na pewno mnóstwo ludzi zechce się dorzucić, gdy usłyszą jak… – mówi mama okropnie drżącym głosem – jak ważna jest ta sprawa. – Chce powiedzieć: to sprawa życia i śmierci.
Oboje silą się na uśmiech, ale nie dostaną Oscara dla najlepszych aktorów. Ból w mojej piersi narasta, jakby jakieś ostrza wbijały mi się w ciało.
Otwieram usta, ale Leon wciska mi plecak i kurtkę do rąk i kieruje mnie do przedpokoju.
– Silas w końcu odjedzie bez ciebie!
Wyprowadza mnie na dwór i zamyka za mną drzwi wejściowe, zanim zdążę zaprotestować. Nie wiem, jak udaje mi się zejść ze wzgórza. Mam wrażenie, jakby moje nogi zmieniły się w ołowiane ciężarki. Na wpół idę, na wpół zataczam się w kierunku przystanku, w żołądku mi się kotłuje i czuję mdłości.
Jeśli nie znajdziemy sposobu, żeby zdobyć dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów, mój superwkurzający, zabawny, uwielbiający piłkę nożną brat może umrzeć.
Nie zamierzam na to pozwolić.
Zrobię absolutnie wszystko, żeby go uratować.
[1] Kanaka – egipski tygielek do parzenia kawy (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
[2] Egipska potrawa z bobu.
PONIEDZIAŁEK, 23 WRZEŚNIA, 7.31
FLISS
Zrobię wszystko, żeby te zdjęcia nie trafiły do internetu.
Dłoń mi drży, gdy ponownie czytam wiadomość:
Mam twoje fotki. 5000 funtów W GOTÓWCE albo staną się wiralem.
Gdy wczoraj późnym wieczorem przyszła pierwsza wiadomość, ledwo zdążyłam do łazienki. Wymiotowałam do toalety, aż nie miałam już czym. Teraz ogarnia mnie kolejna fala mdłości. Wypijam łyk latte, ale to tylko pogarsza sprawę. Wciskam więc podróżny kubek w uchwyt i zapadam się głębiej w fotel obity kremową skórą, przełykam gulę w gardle, gdy opuszczamy teren hotelu i przejeżdżamy przez drogę na grobli. Zwykle lubię te poranne dojazdy do szkoły. Wrzucam urocze zdjęcia na Insta z tylnego siedzenia range rovera Aarona, żeby wszyscy mi zazdrościli, a potem przeglądam profil taty na Facebooku, by sprawdzić, co on i Amanda nabroili przez weekend. Zawsze lajkuję jego zdjęcia, chociaż kolejna maleńka część mnie kurczy się wtedy i umiera. Ale warto udawać, że cieszę się ich szczęściem. To mu przypomina, żeby zajrzał na moje sociale przed pójściem spać. Wrzuca „zabawny” komentarz, a ja odpowiadam na to emoji wywracającym oczami. Czasem odzywa się do mnie na FaceTimie, jeśli wystarczająco wyraźnie dam mu do zrozumienia, jak bardzo za nim tęsknię.
To nie jest kłamstwo.
Trudno o regularne rozmowy, gdy on całymi dniami pracuje, również w weekendy. W Kalifornii. Czasem różnica czasu wydaje się jak cały wiek, a nie osiem godzin. Ale w tym poranku nie ma nic zwyczajnego. Nie ma mowy, żebym zrobiła sobie selfie po nieprzespanej nocy – korektor ledwo przykrywa ciemne obwódki pod oczami. I na pewno nie mogę powiedzieć tacie o szantażyście. Wpadłby w szał i zacząłby wypytywać o wszystko. Matka mówi, że to nasz sekret; on nigdy nie może się dowiedzieć, co naprawdę wydarzyło się tego lata.
Uważnie czytam wiadomość. Nie znam tego numeru telefonu. Kto próbuje zniszczyć mi życie? Jeśli zhakował mi telefon w weekend, to zawęża krąg podejrzanych. Komórka była poza zasięgiem mojego wzroku tylko w sobotnie popołudnie. Opłaciłam prywatną lekcję dla naszej ekipy w szkole surfingu. Czy któreś z nich odgadło moje hasło? Może Tristram albo Spencer znaleźli mój telefon w chatce, gdzie się przebieraliśmy. Mogli przeglądać moje zdjęcia dla żartu i natknęli się na te kompromitujące. Ale nie zażądaliby gotówki. Wszyscy moi przyjaciele – a raczej wrogowie udający przyjaciół – dostają co miesiąc hojne kieszonkowe.
Kim, która prowadzi szkołę surfingu, zgarnia tysiące od urlopowiczów i na pewno nie brakuje jej gotówki. Ale był tam ten dzieciak z lekcji sztuki i psychologii, który uczył grupę początkujących surferów. Jak miał na imię? Coś krótkiego i ostrego, zaczynało się na „K”. Kit? Nie mam pojęcia. To mógł być on. Wygląda, jakby sypiał na dziko na plaży. Ktokolwiek wysłał tę wiadomość, uważa, że jestem dzianą suką, i pilnie potrzebuje pieniędzy. Myśli, że pięć tysięcy funtów to żadna kwota dla kogoś takiego jak ja – pewnie dzięki „Devon Life”. Na początku roku w jednym z czasopism ukazał się artykuł o naszej renowacji Sea Haven – hotel zbudowano w 1895 roku i należał do miejscowej rodziny przez wiele dziesięcioleci. W tekście pojawiła się wzmianka o „multimilionerach – idealnej jak z obrazka rodzinie Cavendishów, którzy obecnie prowadzą najbardziej luksusowy hotel w północnym Devonie”.
No raczej nie.
Zanim ukazał się ten artykuł, tatuś zdążył nas zostawić i wyjechać do Malibu, żeby związać się z Amandą, chudą jak szczapa influencerką dwa razy młodszą od niego. Jasne, jesteśmy zamożni na papierze, ale od czasu remontu matka zmieniła się w Ebenezera Scrooge’a i przegląda moje wyciągi bankowe. Zauważy, jeśli ruszę konto oszczędnościowe, a nie ma mowy, żebym błagała tatę o kasę. Negocjuje ogromne kontrakty dotyczące handlu nieruchomościami w Stanach i ślęczy nad umowami, podważając każdą liczbę, która wyda mu się podejrzana. Od razu przejrzy moje kłamstwa. Rodzice już ze sobą nie rozmawiają, ale on zmusi swojego osobistego asystenta, żeby zadzwonił i dowiedział się, co się dzieje. To wywoła kolejną wściekłą awanturę o pieniądze. Sama muszę ogarnąć ten bałagan.
Po raz tysięczny skroluję album. Brakuje wszystkich czterech zdjęć. Gdy teraz o tym myślę, zachowanie ich było błędem. Ale chciałam mieć dowód na wypadek, gdyby policja kiedyś wróciła, a ja potrzebowałabym obrony. Zdjęcia potwierdziłyby moją wersję wydarzeń. Teraz jednak mogą przypieczętować mój los po tym, jak nakłamałam, żeby zatrzeć ślady. Ktokolwiek zhakował mój telefon, musiał skasować zdjęcia i zapisać u siebie kopie. A może tylko próbuje mnie nastraszyć? Jeśli tak jest, to robi to skutecznie. Biorę głęboki wdech i otwieram drugą – i najgorszą – wiadomość, która przyszła tuż po pierwszej:
Jeśli nie zapłacisz, WSZYSCY dowiedzą się, co zrobiłaś.
Po moim kręgosłupie przebiegają zimne dreszcze. Mój szantażysta nie blefuje. Wie. Ale skąd? Przecież nie może…
Zamykam oczy, lecz to tylko pogarsza sytuację. W moim umyśle błyskają straszne obrazy, jeden po drugim, jak w horrorze. Zalewa mnie wstyd, a po nim żarliwy gniew i zawrotna panika. Tracę panowanie nad sobą.
Łup!
Krzyczę, serce mi łomocze. Gwałtownie otwieram oczy, gdy w przednią szybę uderza piasek.
Aaron zerka w lusterko wsteczne.
– Przepraszam! Moja wina.
Odgarnia strzechę rudych włosów z czoła i hamuje, a potem gmera przy pokrętle radia. Jego dłoń jest piegowata, tak jak nos i policzki. Najmniejszy promień słońca i się smaży jak bekon – tak twierdzi.
– Żadnej muzyki. – Mój głos jest dziwnie piskliwy. – Wyłącz to!
– Okeeej. – Unosi brew, a jego dłoń wraca na kierownicę.
Czuję drobne ukłucie wstydu, że tak puściły mi nerwy. Aaron zawsze się o mnie troszczy. Wozi mnie od naszej przeprowadzki do Sandstown, gdy miałam dziesięć lat. Matka pewnie nie płaci mu na tyle dużo, żeby znosił moje fochy.
– Przepraszam.
– Mocny rzut porannej poniedziałkowej chandry?
– Najgorszy!
Patrzę przez okno na opustoszałą plażę. Wiatr się wzmaga. Potężne fale zasnuwają piasek pasami wodorostów. Kiedyś w taką pogodę polowałyśmy z matką na wyrzucone na brzeg skarby, w tamtych pierwszych dniach, gdy tata prowadził hotel, a ona mniej się w to angażowała.
– Znam sposób, żeby cię rozweselić. – Jego jasnoniebieskie oczy zwężają się w wesołym uśmiechu. – Kiedy byłaś mała, uwielbiałaś, jak ja albo pani C tak robiliśmy.
– Wcale nie.
Nie jestem w nastroju. Poza tym wyrosłam z takich dziecinnych zabaw.
– Przygotuj się!
Zanim zdążę zaprotestować, on pogłaśnia radio. Z głośników ryczy house. Aaron wciska gaz do dechy i pędzimy po plaży, celowo rozbryzgując piasek na szyby.
– Nieeeeeeeee!
Chwytam się fotela, śmieję się, a Aaron głośno wiwatuje i uderza dłońmi o kierownicę. Wszystkie moje problemy i obawy odpływają. Znów mam jedenaście lat, piszczę z zachwytu, gdy zmierzamy na imprezę urodzinową, ścigając się z przypływem, który mógłby nas odciąć. Matka uśmiechała się wtedy i mówiła: „Czy możesz przyspieszyć, Aaronie? Fliss chce jechać z prędkością światła. To nasza mała rekordzistka”.
Konsola dotykowa rozświetla się, gdy dzwoni jego telefon.
– Ups, to twoja mama. – Jego ramiona napinają się, a stopa zwalnia pedał gazu.
Przewracam oczami. Matka ma chyba jakiś szósty zmysł, który włącza się, gdy dobrze się bawimy. Aaron zjeżdża range roverem z plaży i wjeżdża w wąską drogę prowadzącą na parking. Zerkam na swoją komórkę – jak zwykle brak zasięgu. Matka pewnie dzwoni na jego numer, żeby mnie przeprosić, że będzie pracować przez cały weekend.
Aarona odbiera telefon wesołym i profesjonalnym tonem.
– Dzień dobry, pani C. Przekażę telefon Fliss. – Mocuje się z uchwytem.
Pochylam się do przodu i szarpię pas.
– Nie ma potrzeby, to z tobą chciałam porozmawiać, Aaronie – mówi matka i wzdycha. – Musisz tu przyjechać. Mam pilne spotkanie.
Policzki mnie pieką, gdy zapadam się w fotel.
– Oczywiście, ale dopiero przejechaliśmy przez groblę. Będę za jakieś dziewięćdziesiąt minut.
– Wysadź Fliss na najbliższym przystanku szkolnego autobusu i wróć tutaj, proszę.
– Chyba sobie kpisz! – wtrącam.
– Do zobaczenia niedługo.
Zapada niezręczna cisza, gdy matka się rozłącza. Aaron odkłada telefon do uchwytu i uruchamia silnik.
– Zawieziesz mnie do szkoły zgodnie z planem. Zgoda?
– Nie mam wyboru, przepraszam. To pani C tu dowodzi.
Otwieram usta ze zdumienia.
– A-a-ale ona chyba nie mówiła serio.
Wystarczy, że rodzice nie wysłali mnie do prywatnej szkoły – najbliższa porządna placówka znajduje się ponad trzydzieści mil stąd – ale nie ma opcji, żebym się zeszmaciła jazdą transportem publicznym.
– Co wszyscy powiedzą, gdy podjadę do szkoły Ekspresem Biedaków?
– Słucham? – Aaron krzywi się w lusterku. Nie znosi, gdy kpię z dzieciaków ze szkoły, którym „mniej się poszczęściło”.
– Chodziło mi o autobus – mamroczę.
– Może spodoba ci się inny rodzaj podróży. Może spotkasz kogoś znajomego.
Wzdrygam się.
– Jezu, mam nadzieję, że nie. To byłoby totalnie poniżające.
Aaron głęboko wzdycha.
– Nic nie poradzę. Przystanek jest niedaleko. Wątpię, żebyś musiała długo czekać.
W złości uderzam pięścią w fotel, ale przypominam sobie, że tamten chłopak ze szkółki surfingu pewnie wsiądzie do tego autobusu. To doskonały moment, żeby z dala od moich plotkarskich znajomych zapytać go wprost o zhakowane zdjęcia.
Nie jestem jedyną osobą, którą czeka piekielna wycieczka.
PONIEDZIAŁEK, 23 WRZEŚNIA, 7.45
LIAM
Dalsza część dostępna w wersji pełnej
