Anglicy i inne eseje - George Orwell - ebook

Anglicy i inne eseje ebook

George Orwell

3,8

Opis

Czy wiecie, że George Orwell wiódł kiedyś życie włóczęgi, sypiał w noclegowniach i pracował na plantacji chmielu?

Zbiór 16 najsłynniejszych, klasycznych już dziś esejów i szkiców, publikowanych w wielu antologiach światowych z pewnością nie raz mile zaskoczy czytelnika poczuciem humoru autora, odważną krytyką zjawisk społecznych i tematyką zagadnień, frapujących go ponad 80 lat temu. Orwell pisze o Anglii, jej kulturze, zwyczajach, mentalności mieszkańców Wysp (Anglicy), o kulturze popularnej i masowej (Sztuka Donalda McGilla i Tygodniki dla chłopców), o kwestii żydowskiej (Antysemityzm w Wielkiej Brytanii), o socjalizmie i ideologii lewicowej (Czy socjaliści mogą być szczęśliwi?), o związkach literatury z polityką (Polityka przeciw literaturze: analiza Podróży Gullivera), przedstawia też sylwetki wybitnych pisarzy na tle epoki (Karol Dickens i Arthur Koestler). Wyczerpujące przypisy, jakimi redaktor wydania oryginalnego i tłumacz opatrzyli teksty, zawierają nieznane lub mało znane informacje i ciekawostki o Anglii oraz jej mieszkańcach.

George Orwell, właśc. Eric Arthur Blair (1903-1950), angielski powieściopisarz, eseista, dziennikarz, publicysta i krytyk literacki. Zwolennik demokratycznego socjalizmu, przyjaciel Polski i Polaków. Największy rozgłos przyniosła mu bajka Folwark zwierzęcy i utopijna powieść Rok 1984. W Polsce ponadto ukazały się: Na dnie w Paryżu i w Londynie, Brak tchu, Droga na molo w Wigan, Król Karol II, Córka proboszcza, Birmańskie dni, Wiwat aspidistra oraz zbiory felietonów i esejów I ślepy by dostrzegł, Jak mi się podoba, Kilka myśli o ropusze pospolitej, Dzienniki wojenne oraz Hitler, Stalin, Dali i Czerwony Kapturek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 569

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




George Orwell

ANGLICY i inne eseje

Tytuły oryginałów:

Hop Picking

The Boys’ Weeklies

The Art of Donald McGill

Charles Dickens

Wells, Hitler and the World State

Mark Twain – the Licensed Jester

Can Socialists Be Happy?

Arthur Koestler

Antisemitism in Britain

Good Bad Books

Pleasure Spots

James Burnham and „The Managerial Revolution”

Politics vs. Literature: an Examination of Gulliver’s Travels

Lear, Tolstoy and the Fool

The English People

Projekt okładki: Jacek Szewczyk

Redakcja: Anna Szymanowska

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu elektronicznego: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Jaroszuk

Niektóre przypisy w tym wydaniu pochodzą z The Complete Works of George Orwell (20 tomów), 1998. Umieszczono je za zgodą i dzięki uprzejmości wydawcy brytyjskiego, prof. Petera Davisona

© The Estate of the Late Sonia Brownell Orwell

© for the Notes by Peter Davison, 1986

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2002, 2013

© for the Polish translation by Bartłomiej Zborski

ISBN 978-83-7758-481-1

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I

DZIENNIK Z CHMIELOBRANIA

25.8.31: 25 wyruszyłem wieczorem z Chelsea, mając w kieszeni około 14 szylingów, i poszedłem do domu noclegowego prowadzonego przez Lewa Levy’ego przy Westminster Bridge Road. Nie zmieniło się tam zbyt wiele od trzech lat, tyle tylko że nocleg kosztował teraz szylinga, a nie tak jak dawniej dziewięć pensów. To z powodu zarządzeń LCC[1], która to instytucja nakazała, żeby w schroniskach (jak zwykle ze względów higienicznych) zwiększyć jeszcze bardziej odległości pomiędzy łóżkami. Obowiązuje mnóstwo podobnych zarządzeń odnoszących się do domów noclegowych[2], lecz nie uświadczy się przepisu, który stanowiłby, że łóżka muszą być odpowiednio porządne i wygodne. W rezultacie stoją one teraz w odległości trzech stóp zamiast dwóch, a nocleg zdrożał o trzy pensy.

26.8.31: Nazajutrz poszedłem na Trafalgar Square, gdzie rozlokowałem się przy murze w jego północnej części[3], które to miejsce należy do znanych punktów spotkań londyńskich wyrzutków i bezdomnych. O tej porze roku przebywa tam przejściowo od stu do dwustu osób, a niektórzy traktują ów teren jak swój stały dom. Zdobywają pożywienie podczas regularnej żebraniny (Covent Garden[4] o 4.00 rano, gdzie dostają owoce uszkodzone podczas transportu; następnie rozmaite klasztory, późnym wieczorem restauracje i skrzynie na śmiecie); ponadto starają się coś „wysępić” u, wedle ich oceny, odpowiednio zamożnych przechodniów, dzięki czemu zbierają tyle, że stać ich na herbatę. Na placu herbatę pije się o każdej porze; ktoś dostarcza baniaczek, czyli drum, ktoś inny cukier i tak dalej. Mleko skondensowane jest po 2,5 pensa puszka. Robi się w niej czubkiem noża dwa otworki, potem podnosi puszkę do ust i dmucha w jedną dziurkę: wtedy z drugiego otworka wypływa powoli lepki, szarawy strumyczek. Dziurki zatyka się później odrobiną przeżutego papieru, a z puszki korzysta jeszcze przez wiele dni, toteż pokrywa się ona kurzem i brudem. Wrzątek trzeba wypraszać w kawiarniach albo też nocą gotuje się wodę na ogniu płonącym w żelaznych koszach strażników miejskich, co trzeba jednak robić szybko i ukradkiem, ponieważ policja zwalcza takie praktyki. Na placu poznałem kilka osób przebywających tam nieprzerwanie od sześciu tygodni i nawet nie zauważyłem, żeby zbytnio skapcaniały, tyle tylko że wszyscy są nieopisanie brudni. Jak to zwykle bywa w środowisku nędzarzy, dużo wśród nich Irlandczyków. Niektórzy odwiedzają czasem ojczyznę i, jak się dowiedziałem, nigdy nie płacą za przeprawę, tylko szmuglują się na małych stateczkach handlowych, których załogi tolerują ów proceder.

Zamierzałem spać w kościele św. Marcina, ponieważ jednak słyszałem od innych, że każdy, kto prosi tam o nocleg, poddawany jest dociekliwym indagacjom przez kobietę nazywaną Madonna, postanowiłem pozostać na placu. Nie było mi aż tak źle, jak się spodziewałem, jednakże zimno oraz strach przed policją nie pozwalały mi zasnąć choćby na chwilę; jak się przekonałem, nikt, wyjąwszy kilku włóczęgów starych wyjadaczy, nawet nie próbował zasnąć. Z ławek mogło korzystać jakieś 50 osób, a reszta musiała siedzieć po prostu na chodniku, czego oczywiście zabraniają przepisy. Co kilka minut rozlegał się okrzyk: „Uwaga, chłopcy, idzie gliniarz!”, i wtedy pojawiał się policjant, potrząsał śpiącymi, a siedzącym albo leżącym na chodniku nakazywał wstawać. Po jego odejściu całe towarzystwo znów powracało do poprzednich pozycji, a zabawa z gliniarzem trwała od ósmej wieczorem do trzeciej albo czwartej nad ranem. Po północy robiło się tak zimno, że człowiek, chcąc się ogrzać, musiał z konieczności odbywać długie przechadzki. O tej godzinie ulice wyglądają dziwnie upiornie; wszystkie ciche i wymarłe, a jednak oświetlone płonącymi jaskrawo lampami, od których jest jasno jak w dzień: ich nienaturalny, trupi blask nadaje wszystkiemu taką niesamowitą barwę, że człowiek ma wrażenie, iż Londyn umarł, a wszystko dookoła to zwłoki miasta. Około trzeciej w nocy wraz z przygodnym kompanem dotarłem do porośniętego trawą spłachetka gruntu, znajdującego się za terenem defilad Gwardii Królewskiej; ujrzeliśmy prostytutki leżące wraz z klientami na ziemi wśród lodowato chłodnej mgły i rosy. Na placu zawsze przebywa pewna liczba prostytutek, są to te pechowe kobiety, które nie zdołałyby zarobić nawet na nocleg pod dachem. Poprzedniego wieczoru jedna z nich leżała na chodniku, płacząc gorzko, ponieważ klient uciekł, nie płacąc jej stawki wynoszącej 6 pensów. Przed świtem nie dostają nawet i tego, tylko kubek herbaty albo papierosa. Około czwartej ktoś przyniósł stertę afiszy używanych przez sprzedawców gazet do reklamowania towaru; klapnęliśmy w sześciu czy ośmiu na ławce, owinąwszy się w papier, co upodobniło nas do ogromnych pakunków, dzięki temu jednak siedzieliśmy w całkiem znośnym cieple aż do otwarcia kawiarni Stewarta przy St. Martin’s Lane. U Stewarta można siedzieć przy stoliku od dziewiątej rano przy jednym kubku herbaty (często ten jeden kubek przypada na trzech albo czterech bywalców), poza tym pozwalają tam spać do siódmej rano z głową na stole; po siódmej właściciel robi obchód i budzi wszystkich. Można tam spotkać gości najróżniejszego autoramentu – włóczęgów, tragarzy z Covent Garden, biznesmenów rozpoczynających bardzo wcześnie pracę, prostytutki – a kłótnie i bijatyki są na porządku dziennym. Tamtego ranka gruba, brzydka jak ropucha kobieta, żona jakiegoś tragarza, wymyślała gwałtownie dwóm prostytutkom, ponieważ zauważyła, że stać je na lepsze śniadanie niż ją. Gdy tylko przynoszono im kolejne dania, wskazywała je palcem i wrzeszczała oskarżycielskim tonem: – Jecie to, boście dały dupy! Bo tak codziennie to śledzików na śniadanie się nie jada, co, dziewczynki? A czym zapłaciłyście za te pączuszki? Przerypał was asfalt za pół szylinga, co nie? – i tak dalej, i tak dalej, lecz prostytutki nie przejmowały się zbytnio.

27.8.31: Około ósmej rano wszyscy mężczyźni zaczynali się golić w fontannie na placu; większość dnia spędziłem na lekturze Eugenii Grandet, jedynej książki, jaką zabrałem ze sobą. Na widok francuskiej książki zaczęto jak zwykle obleśnie dowcipkować: – A, to po francusku? No to muszą tam być niekiepskie kawałki, co? – i tak dalej. Większość Anglików najwyraźniej jest przekonana, że książki francuskie zawsze zawierają pornografię. Wykolejeńcy czytają, jak się wydaje, tylko literaturę z gatunku Buffalo Bill. Każdy włóczęga nosi przy sobie jedną taką książkę i istnieje w ich środowisku coś na kształt ruchomej biblioteki, bo podczas pobytu w schroniskach wymieniają się pomiędzy sobą książkami.

Tę noc, ponieważ rankiem wyruszaliśmy do hrabstwa Kent, postanowiłem spędzić w łóżku, dlatego też udałem się do schroniska przy Southwark Bridge Road. Nocleg kosztuje tam siedem pensów, a przybytek ów należy do najtańszych w Londynie, o czym zresztą świadczą dobitnie panujące tam warunki. Łóżka są długości pięciu stóp, nie ma poduszek (trzeba położyć pod głowę zrolowany płaszcz), roi się od pcheł, poza tym są pluskwy. Kuchnia znajduje się w ciasnej i cuchnącej piwnicy, gdzie zastępca szefa siedzi przy stole wypełnionym popstrzonymi przez muchy ciasteczkami z dżemem, które sprzedaje – tuż przy ubikacji. Tamtejsze szczury są tak dokuczliwe, że właściciel trzyma kilka kotów przeznaczonych specjalnie do ich zwalczania. Lokatorzy byli chyba dokerami i dobrze im patrzyło z oczu. Był wśród nich pewien młodzieniec – blady, wyglądał na suchotnika, lecz również niewątpliwie doker – który okazał się entuzjastą poezji. Powtarzał:

Kukułcza fraza przeniklywa

Powietrza kwietnia nie przeszywa

Jak pieśń, grająca pośród zbóż

Hiebrydom nad milczeniem mórz.[5]

– z prawdziwym uczuciem. Trzeba przyznać, że nawet go zbytnio nie wyśmiewano.

28.8.31: Nazajutrz wyruszyliśmy po południu całą czwórką na plantacje chmielu. Najbardziej interesujący z naszej paczki był młodzieniec o przezwisku Ginger, który do dziś jest moim kumplem. To silny, atletycznie zbudowany dwudziestosześciolatek, prawie analfabeta, pozbawiony na dobitkę pomyślunku – lecz za to niemal niczego się nie boi. Wyjąwszy okres przebywania w więzieniu, przez ostatnie pięć lat chyba codziennie łamał prawo. Gdy był chłopcem, przesiedział trzy lata w Borstal[6], wyszedł stamtąd w wieku osiemnastu lat, po udanym włamaniu ożenił się i niebawem zaciągnął do artylerii. Zmarła mu żona, on sam zaś wkrótce potem miał wypadek i doznał uszkodzenia lewego oka, toteż został zwolniony ze służby. Zaproponowali mu albo stałą rentę, albo jednorazowe odszkodowanie; ma się rozumieć, wybrał odszkodowanie, które przeputał w ciągu jakiegoś tygodnia. Powrócił następnie do fachu włamywacza i był więziony sześciokrotnie, jednak nigdy nie odsiadywał dużego wyroku, ponieważ przyłapywano go tylko na drobnych sprawkach; raz czy drugi zrobił jednak skok, na którym zarobił ponad 500 funtów. Wobec mnie, partnera z rajzy, był zawsze bezwzględnie uczciwy, lecz ogólnie rzecz biorąc, wszystko, co nie jest uwiązane, padnie jego łupem. Wątpię nawet, czy jest on dobrym włamywaczem, bo jest zbyt głupi, żeby przewidzieć ryzyko. Wszystko to razem jest bardzo smutne, gdyż gdyby tylko chciał, mógłby prowadzić uczciwe życie. Ma smykałkę do ulicznej sprzedaży i już nieraz brał towar w komis, ilekroć jednak miał dobry utarg, natychmiast dawał nogę wraz z forsą. Potrafi wspaniale wyniuchać okazję, umie na przykład nakłonić rzeźnika, żeby sprzedał mu za dwa pensy funt nadającego się do spożycia mięsa, jednocześnie jednak w sprawach pieniężnych jest skończonym głupcem i nigdy nie zdołał zaoszczędzić choćby pół pensa. Lubi śpiewać piosenki z gatunku Little Grey Home in the West[7], a gdy opowiada o zmarłej żonie i matce, przybiera mdląco-czułostkowy ton. Wydaje mi się, że Ginger jest typowym przedstawicielem kategorii drobnych przestępców.

Jeśli chodzi o pozostałych dwóch, jeden to chłopiec w wieku około 20 lat, przezywano go Młody Ginger; na oko całkiem obiecująco się zapowiadał, lecz był sierotą i wychowywał się zupełnie sam, a przez ostatni rok mieszkał przeważnie na Trafalgar Square. Drugi to osiemnastoletni Żydek z Liverpoolu, typowe dziecko ulicy. Nie pamiętam doprawdy, żeby ktoś wzbudzał we mnie takie obrzydzenie jak on. Pazerny na jedzenie jak świnia, wiecznie węszył w pobliżu śmietników, z twarzy zaś przypominał jakieś ohydne zwierzę padlinożerne. Mówił o kobietach odrażającym, lubieżnym tonem, przybierając przy tym tak paskudną minę, że aż człowiekowi zbierało się na wymioty. Nigdy nie zdołaliśmy go namówić, żeby umył coś więcej aniżeli nos i fragment twarzy wokół niego; zgoła obojętnie i mimochodem wspominał, że na jego ciele i w ubraniu mieszka kilka gatunków wszy. Żydek ów był również sierotą, a „na ucieczce” przebywał niemal od dziecka.

Pozostało mi około 6 szylingów i przed wyruszeniem w drogę zakupiliśmy za szylinga i sześć pensów tak zwany koc oraz wyprosiliśmy kilka puszek na drums. Do tego celu nadaje się tylko dwufuntowa puszka po tabace, którą jednak nie tak łatwo zdobyć. Mieliśmy również zapas chleba, margaryny i herbaty, a także kilka noży, widelców i tak dalej; wszystkie te utensylia zostały ukradzione swego czasu u Woolwortha. Odjechaliśmy tramwajem (bilety kosztowały dwa pensy) aż do Bromley, gdzie „zajaraliśmy” na wysypisku śmieci w oczekiwaniu na dwóch innych kumpli, którzy mieli do nas dołączyć, lecz się nie pokazali. Gdyśmy postanowili już dłużej na nich nie czekać, zapadła ciemność, nie było więc sensu szukać odpowiedniego obozowiska: trzeba było spędzić noc w wysokiej, mokrej trawie na skraju placu zabaw. Panował przejmujący chłód. Mieliśmy na czterech tylko dwa cienkie koce, lecz rozpalenie ogniska nie było bezpieczne, ponieważ wokół stały domy; na dobitkę leżeliśmy na pochyłym terenie, toteż co rusz któryś zsuwał się do rowu. Dość upokarzający był widok moich młodszych wiekiem towarzyszy, śpiących całkiem smacznie w takich warunkach, podczas gdy ja przez całą noc nie mogłem zmrużyć oka. Chcąc uniknąć zatrzymania, musieliśmy wyruszyć w drogę przed brzaskiem i dopiero po upływie kilku godzin zdobyliśmy wrzątek i zjedliśmy śniadanie.

29.8.31: Po przejściu kilku mil napotkaliśmy sad: moi kumple natychmiast sforsowali płot i zaczęli kraść jabłka. Wyruszając, nie byłem przygotowany na tego rodzaju sytuacje, zrozumiałem jednak, że albo będę postępować jak oni, albo muszę pójść swoją drogą, toteż uczestniczyłem w podziale łupu, jednak tamtego dnia nie kradłem, tylko stałem na czatach. Podążaliśmy mniej więcej w kierunku Sevenoaks, a do obiadu ukradliśmy z tuzin jabłek i gruszek, a do tego 15 funtów kartofli. Moi towarzysze, ilekroć mijaliśmy jakąś jatkę czy gospodę, wchodzili do środka i „sępili”, co pozwoliło nam zgromadzić całkiem spory zapas ułomków chleba oraz kawałków mięsa. Gdy zatrzymaliśmy się, żeby rozpalić ognisko i przygotować obiad, natknęliśmy się na dwóch szkockich włóczęgów, którzy okradali pobliski sad. Długo gadaliśmy z nimi. Wszyscy, prócz mnie, mówili w odrażający sposób o sprawach związanych z seksem. Włóczędzy stają się wstrętni i obleśni, gdy mówią o tych sprawach, ponieważ z powodu nędzy są całkowicie odizolowani od kobiet, toteż obsceniczne myśli aż roją im się w głowach. Pospolici lubieżnicy to nic takiego, jednak ci, którzy bardzo chcą seksu, ale nie mogą go dostać, są straszliwie poniżeni i upodleni. Przypominają psy patrzące zazdrośnie na kopulującą parę pobratymców. W trakcie rozmowy Ginger wspomniał, że on i kilku innych bezdomnych zdemaskowali na Trafalgar Square jednego z włóczęgów jako „ciotę” czy też „ciepłego braciszka”. Napadli na niego i zrabowali mu całą gotówkę, czyli 12 szylingów i 6 pensów, po czym podzielili ją między siebie. Najwyraźniej uznali, że mają prawo do obrabowania tego człowieka, ponieważ okazał się „ciepłym bratem”.

Niestety, posuwaliśmy się bardzo powoli, głównie dlatego że Młody Ginger i Żydek nie przywykli do długich wędrówek pieszych i przez cały czas chcieli się zatrzymywać, żeby szukać jakichś resztek jedzenia. Żydek podniósł raz nawet z ziemi zdeptane obierki, które zjadł. Ponieważ robiło się późno, po południu postanowiliśmy, że nie pójdziemy do Sevenoaks, tylko do schroniska w Ide Hill, o którym słyszeliśmy od naszych Szkotów i wbrew temu, co się gada, panują tam znośne warunki. Zatrzymaliśmy się w odległości około mili od schroniska, żeby napić się herbaty; pamiętam, że jakiś dżentelmen wyszedł z zaparkowanego opodal samochodu i z wielką uprzejmością pomagał nam zbierać chrust i gałązki na ognisko, po czym każdy z nas został poczęstowany papierosem. Potem poszliśmy do schroniska, po drodze nazrywaliśmy kapryfolium, którego bukiet zamierzaliśmy wręczyć tamtejszemu Funkcyjnemu. Kombinowaliśmy, że może ucieszy się z kwiatów i wypuści nas z budy nazajutrz rano, obowiązuje bowiem zasada, że włóczędzy nie opuszczają schronisk w niedzielę. Na miejscu facet powiedział jednak, że będzie musiał nas zatrzymać aż do wtorku rano. Okazało się, że szef tutejszego Oddziału Pracy bardzo przestrzegał zasady, iżby każdy bezdomny wykonywał całą dniówkę, a jednocześnie nie chciał słyszeć o pracy w niedzielę, toteż tego dnia musielibyśmy próżnować, a odpracować go w poniedziałek. Młody Ginger i Żydek postanowili zatrzymać się w schronisku aż do wtorku, jednak Ginger i ja rozłożyliśmy się na skraju parku w pobliżu kościoła. Było nam pioruńsko zimno, lecz nie tak źle jak poprzedniej nocy, mieliśmy bowiem dużo drzewa i mogliśmy rozpalić ognisko. Na kolację zjedliśmy prawie dwa funty kiełbasy, którą Ginger „wysępił” w miejscowej jatce. W sobotni wieczór rzeźnicy są zawsze bardzo szczodrzy.

30.8.31: Pastor, który szedł odprawić poranne nabożeństwo, przepędził nas, choć nie powiem, żeby był zbytnio niegrzeczny. Poszliśmy przez Sevenoaks do Seal, a jakiś napotkany po drodze facet poradził nam, żebyśmy spróbowali zapytać o pracę na farmie Mitchella, jakieś trzy mile dalej. Dotarliśmy tam, lecz usłyszeliśmy od właściciela, że nie może nam dać żadnego zajęcia, ponieważ nie ma żadnego lokum do spania, a wszędzie węszą inspektorzy rządowi, sprawdzający, czy wszyscy zbieracze chmielu mają „odpowiednie zakwaterowanie”. (Nawiasem mówiąc, przez tych inspektorów[8] setkom bezrobotnych odmówiono w tym roku pracy na plantacjach chmielu. Ponieważ farmerzy nie mieli dla chętnych „odpowiedniego zakwaterowania”, mogli zatrudniać wyłącznie ludność miejscową zamieszkałą we własnych domach). Z plantacji Mitchella ukradliśmy pewno z funt malin, a następnie podążyliśmy dalej i zgłosiliśmy się do innego farmera nazwiskiem Kronk, który jednak również nam odmówił; z jego pola ukopaliśmy sobie pięć czy może nawet dziesięć funtów kartofli. Wyruszając ku Maidstone, spotkaliśmy starą Irlandkę, zatrudnioną przez Mitchella, który wymagał od niej jednak, żeby dysponowała jakimś stałym lokum (którego w rzeczywistości nie miała). (Irlandka na nocleg wkradała się cichcem do szopy na narzędzia w jakimś ogródku. Wślizgiwała się tam po zmierzchu i opuszczała to miejsce przed świtem). W jednej z chat dali nam trochę gorącej wody i piliśmy wraz z Irlandką herbatę; ofiarowała nam mnóstwo wyżebranego wcześniej jedzenia, którego jej zbywało, co niezmiernie nas ucieszyło, ponieważ pozostało nam przy duszy zaledwie 2,5 pensa i jakieś żałosne resztki prowiantu. Nadciągała ulewa, więc poszliśmy do gospodarstwa położonego za kościołem i poprosiliśmy o udzielenie schronienia w którejś oborze. Farmer wraz z rodziną wybierali się właśnie na wieczorne nabożeństwo: mocno zgorszeni powiedzieli, że skąd, nie pozwalają nam wejść do żadnej obory. Wobec tego skryliśmy się pod dachem przykościelnej bramy cmentarnej, licząc na to, że wierni udający się na nabożeństwo zlitują się nad dwoma zmordowanymi obszarpańcami. Nic takiego jednak się nie zdarzyło, lecz za to po mszy Ginger „wysępił” od pastora parę całkiem niezłych flanelowych spodni. Pod cmentarną bramą było nam bardzo niewygodnie, przemokliśmy do suchej nitki i skończył się nam tytoń; ponadto ja i Ginger mieliśmy w nogach 12 mil, pamiętam jednak, że przez cały czas śmialiśmy się i byliśmy zupełnie szczęśliwi. Irlandka (miała 60 lat i najwyraźniej spędziła całe życie w drodze) okazała się pełną radości staruszką, mogła całymi dniami opowiadać różności. Wspominając miejsca, w które można się „wtrynić”, powiedziała nam, że pewnej zimnej nocy wśliznęła się do chlewa i aby się ogrzać, przywarła do starej maciory.

Nadeszła noc i wciąż padało, toteż postanowiliśmy wyszukać do spania jakiś pusty dom, najpierw jednak poszliśmy do sklepu spożywczego po pół funta cukru i dwie świece. Gdy byłem zajęty kupowaniem tych artykułów, Ginger zwędził z kontuaru trzy jabłka, a Irlandka paczkę papierosów. Musieli to uknuć wcześniej pomiędzy sobą i myślę, że mnie nie uprzedzili, ponieważ mój niewinny wygląd i zachowanie miały im posłużyć jako osłona. Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy jakiś niewykończony dom i weszliśmy do środka przez pozostawione przez murarzy otwarte okno. Świeża podłoga okazała się sakramencko twarda, jednak wewnątrz było cieplej niż na dworze i zdołałem przespać się przez dwie, może trzy godziny. Ewakuowaliśmy się przed świtem i w pobliskim lasku spotkaliśmy się z Irlandką w umówionym miejscu.

1.9.31: Deszcz wciąż padał, lecz Ginger potrafił rozpalić ogień niemal w każdych warunkach, tak więc udało się nam zaparzyć herbatę i upiec kilka kartofli. Gdy zrobiło się jasno, Irlandka poszła do roboty, a ja i Ginger do odległej o kilka mil farmy Chambersa prosić o pracę. Na miejscu okazało się, że akurat wieszają tam kota, obrządek, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem. Rządca powiedział, że być może coś dla nas znajdzie, i kazał nam czekać, zatem czekaliśmy od ósmej rano do pierwszej po południu, kiedy to przyszedł i powiedział, że nie ma dla nas żadnej pracy. Odeszliśmy więc drogą prowadzącą ku Maidstone, a po drodze ukradliśmy sporo jabłek i damaszek. Około trzeciej po południu zatrzymaliśmy się, żeby zjeść jakiś obiad i zrobić trochę dżemu z ukradzionych dzień wcześniej malin. Pamiętam, że w dwóch okolicznych domach odmówiono nam zimnej wody, „ponieważ pani zabrania dawać cokolwiek włóczęgom”. Ginger dostrzegł stojący opodal samochód i jakiegoś dżentelmena, podszedł więc do niego, żeby wyżebrać zapałki, gdyż, jak powiedział, zawsze się opłaci „sępić” u wycieczkowiczów, którym przed odjazdem z pikniku pozostaje zwykle jedzenie. No i rzeczywiście, niebawem ów dżentelmen przyniósł nam nieco masła, którego nie zjadł, i zaczął z nami rozmawiać. Okazał się tak przyjacielski, że aż się zapomniałem i zaniechałem mego sztucznego cockneyowskiego akcentu; on przyjrzał mi się uważnie i powiedział, że taka degradacja musi być przykra dla osoby mojego pokroju i tak dalej. Po czym dodał: „No wie pan, chyba się pan nie obrazi, prawda? Czy mogę panu to wręczyć?”. „To” okazało się szylingiem, za którego kupiliśmy trochę tytoniu, po czym pierwszy raz tamtego dnia zapaliliśmy sobie. Tylko ten jeden raz podczas całej naszej wyprawy udało nam się „wysępić” gotówkę.

Poszliśmy w kierunku Maidstone, lecz nie przebyliśmy nawet kilku mil, gdy znów lunęło jak z cebra, a mnie zaczął uwierać lewy but. Nie zdejmowałem obuwia od trzech dni, a przez ostatnie pięć nocy spałem w sumie tylko osiem godzin, ponadto nie czułem się na siłach, żeby spędzić kolejną noc na dworze. Postanowiliśmy pójść do schroniska w West Malling, odległego o około osiem mil, a gdyby się udało, przejechać część trasy jakąś okazją. Machaliśmy chyba na 40 ciężarówek, nim jakaś się zatrzymała. Obecnie kierowcy nie podwożą nikogo, ponieważ nie są ubezpieczeni od szkód wyrządzonych przez osoby trzecie, a w razie wypadku zostają zwolnieni z pracy. Ostatecznie jednak któryś nas podwiózł; wysiedliśmy jakieś dwie mile od schroniska, do którego przybyliśmy o ósmej wieczór. Przed bramą spotkaliśmy starego głuchego włóczęgę, przygotowującego się, pomimo ulewy, do noclegu na dworze; przebywał on w schronisku poprzedniej nocy, tak że gdyby pojawił się tam ponownie, zamknęliby go na tydzień. Tramp powiedział nam, że na pobliskiej farmie Blesta mamy szansę złapać jakąś robotę, a jeśli w schronisku powiemy, że coś sobie załatwiliśmy, pozwolą nam wyjść wczesnym rankiem. W przeciwnym razie będziemy musieli pozostać tam przez cały dzień, chyba że „drapniemy przez mur” – to znaczy damy dyla, gdy Funkcyjny nie będzie patrzeć. Włóczędzy często tak postępują, jednak przedtem trzeba jakoś ukryć rzeczy poza obrębem schroniska, co uniemożliwiał nam deszcz. Po wejściu do środka zauważyłem (jeśli schronisko West Malling było jednym z typowych schronisk), że w instytucjach tych znacznie się poprawiło, od czasu gdy po raz ostatni w nich gościłem[9]. Umywalnia okazała się porządna i czysta, a nawet dostaliśmy czyste ręczniki. Skądinąd podano nam do jedzenia to co zawsze, czyli czerstwy chleb z margaryną, a Funkcyjny rozzłościł się, zapytany przez nas w dobrej wierze, czy ten płyn, który dali, to właściwie herbata czy kakao[10]. Na łóżkach leżały sienniki wypchane słomą i mnóstwo koców, toteż obaj zasnęliśmy od razu kamiennym snem.

Rankiem powiedziano nam, że musimy pracować do jedenastej, po czym kazano nam sprzątać którąś sypialnię. Zajęcie to okazało się jednak, jak zwykle, jedynie formalnością. (W żadnym schronisku jeszcze nigdy nie pracowałem uczciwie i nie znam nikogo takiego. Sypialnię urządzono w sali, gdzie ustawiono ciasno 50 łóżek, a powietrze przenikał ciepły klozetowy fetor, który czuć we wszystkich schroniskach. Przebywał tam jakiś imbecyl, wielka masa tłustego cielska, ważąca chyba ze sto kilo, o maleńkiej ryjkowatej twarzyczce naznaczonej grymasem krzywego uśmiechu. Te schroniska wyglądają identycznie, a panująca w nich atmosfera ma w sobie coś niebywale ohydnego. Kiedy pomyślę o wszystkich tych postarzałych mężczyznach o szarej cerze, pędzących w odosobnieniu cichy żywot wśród wyziewów z klozetu, a do tego uprawiających praktyki homoseksualne, zbiera mi się na wymioty. Jednak brak mi słów, by oddać te wrażenia, wszystkie bowiem łączą się nierozerwalnie z ową szczególną wonią schronisk.

Zaopatrzeni w zwyczajowe pajdy chleba z serem, zostaliśmy wypuszczeni o jedenastej; poszliśmy na farmę Blesta odległą o trzy mile, lecz dotarliśmy do celu dopiero o pierwszej, ponieważ po drodze zwędziliśmy z sadu mnóstwo damaszek. Na farmie nadzorca powiedział, że potrzebuje zbieraczy, i wysłał nas natychmiast na pole. Zostały nam już chyba tylko trzy pensy, toteż wieczorem napisałem do domu, prosząc o przysłanie mi 10 szylingów, którą to kwotę otrzymałem dwa dni później; tymczasem nie mieliśmy już nic do żarcia, jednak inni zbieracze chmielu nakarmili nas swoimi zapasami. Odtąd bez mała trzy tygodnie pracowaliśmy przy zbiórce chmielu, toteż sądzę, że warto osobno opisać rozmaite aspekty tego zajęcia.

Od 2.9.31 do 19.9.31: Chmiel pnie się na tykach lub metalowym drucie wysokości około 10 stóp, a rośliny znajdują się w rzędach odległych od siebie o kilka jardów. Zajęcie zbieraczy polega wyłącznie na zrywaniu szyszek i wrzucaniu ich do koszy, przy tym należy się starać, żeby wraz z szyszkami raczej nie było liści. Oczywiście trudno jest zrywać tylko same szyszki i doświadczeni zbieracze zawyżają sztucznie objętość swojego urobku, uzupełniając go listowiem w takiej ilości, żeby nie wzbudziło to protestów farmera. Szybko można nauczyć się tej roboty, a jej mankamenty to konieczność długiego stania na nogach (zwykle stoimy dziesięć godzin dziennie), mszyce oraz zniszczone ręce. Sok chmielowy barwi dłonie na czarno jak u Murzyna (można to usunąć, nacierając ręce gliną[11]), po kilku dniach pęka skóra, a na domiar złego kłują do krwi ostre włoski pędów. Rankiem skaleczenia się pootwierały, dłonie bolały mnie straszliwie, a nawet teraz, gdy piszę te wspomnienia na maszynie (10 października), mam ślady i blizny. Większość osób zatrudniających się latem przy zbieraniu chmielu od dzieciństwa wyrusza na plantacje rok w rok; pracują błyskawicznie, znają rozmaite sposoby i różne sztuczki, jak na przykład wstrząsanie koszem szyszek, żeby układały się luźno, i tak dalej. Najlepiej idzie przy zbieraniu całym rodzinom: dwie albo trzy osoby dorosłe zrywają szyszki, a kilkoro dzieci podnosi je z ziemi i usuwa przylistki. Nikt tu zupełnie nie przestrzega przepisów dotyczących prawa pracy, ponadto zauważyłem, że rodzice zwykle krótko trzymają swoje pociechy. Kobieta zbierająca chmiel koło nas, typowa mieszkanka East Endu[12], traktowała swoje wnuki niczym małych niewolników. – „Dalejże, Rose, ty mały wałkoniu, na co czekasz, podnoś szyszki. Zobaczysz, jak do ciebie przyjdę, złoję ci tyłek!” – i tak dalej; trwało to dopóty, dopóki dzieci, w wieku od sześciu do dziesięciu lat, nie padły ze zmęczenia i zasnęły na ziemi. Jednakże lubiły tę pracę, która, jak przypuszczam, nie była dla nich bardziej szkodliwa niż nauka w szkole.

Jeśli chodzi o zarobki, oto jak nam płacili. Dwa albo trzy razy dziennie następowało mierzenie objętości zebranych szyszek, po czym na konto zapisywano każdemu pewną kwotę (w naszym przypadku dwa pensy) za każdy zebrany buszel. Z dobrej rośliny można zebrać jakieś pół buszla szyszek, a doświadczony zbieracz daje sobie radę z jedną rośliną mniej więcej w dziesięć minut, tak więc 60-godzinny tydzień pracy może przynieść teoretycznie około 30 szylingów zarobku. W praktyce jest to jednak zupełnie niemożliwe. Należy zacząć od tego, że szyszki chmielowe są bardzo różne. Na niektórych gatunkach tej rośliny osiągają wielkość małych gruszek, na innych zaś nie są większe od grochu; z pośledniejszego chmielu zrywa się szyszki dłużej niż z lepszego – są one bowiem bardziej zagęszczone; czasem na buszel potrzeba szyszek z pięciu, a nawet sześciu stanowisk. Zdarzają się też rozmaite opóźnienia, ale zbieracze nie są wynagradzani za stracony czas. Bywa, że pada (przy deszczowej pogodzie nie można zbierać szyszek, ponieważ robią się oślizgłe), a przed zmianą pól ludzie zawsze zmuszeni są do oczekiwania: marnują wtedy godzinę albo nieraz i dwie. No, a najważniejsze to obmiar urobku. Szyszki chmielowe są miękkie jak gąbka, toteż mierniczy, jeśli zechce, łatwo ściska buszel do objętości kwarty. Bywają dni, że po prostu wygarnia je szuflą, czasem jednak, jeśli farmer mu każe, zbija szyszki ciasno w swoim koszu i wtedy nie liczy zbieraczowi pełnego kosza jako 20 buszli, tylko jako 12 albo 14, co powoduje, że jest się stratnym szylinga albo coś koło tego. Ułożono o tym piosenkę, którą starsza kobieta z East Endu i jej dzieci stale śpiewały:

Francowaty chmiel!

Francowaty chmiel!

Gdy przychodzą go obliczyć,

Trzeba z liści go obsmyczyć!

A gdy miary czas,

Wykiwają nas.

Hej, ej, ładuj ostro

I zapieprzaj z tym chujostwem!

Szyszki są przesypywane z koszy do worów o pojemności 10 buszli, które ważą podobno cetnar[13] i zwykle dźwiga je jeden człowiek. Ilekroć jednak mierniczy „bierze ciężej”, taki wypełniony wór biorą i dwaj ludzie. Zważywszy wszystkie przeszkody oraz trudności, na zbieraniu szyszek nie sposób zarobić 30 szylingów tygodniowo lub choćby coś koło tego. Skądinąd wydawało mi się dziwne, jak niewielu zbieraczy zdaje sobie sprawę z tego, że ich zarobki są bardzo niskie, ponieważ z powodu systemu płacy akordowej trudno dostrzec mizerotę stawek. Najlepszymi zbieraczami w naszej bandzie była rodzina cygańska: pięcioro dorosłych i dziecko; wszyscy, ma się rozumieć, uczestniczyli w chmielobraniach, odkąd przestali raczkować. W niemal trzy tygodnie rodzina ta zarobiła ogółem dziesięć funtów – czyli, wyjąwszy dziecko, około czternaście szylingów tygodniowo. Ginger i ja wyciągaliśmy tygodniowo około dziewięciu szylingów, a wątpię, czy dochody któregoś zbieracza przekraczały piętnaście szylingów tygodniowo. Wspólnie pracująca rodzina mogła przy takich stawkach zarobić na swoje utrzymanie oraz na bilety powrotne do Londynu, co dla pojedynczego zbieracza jest niemal niemożliwe. Na niektórych farmach opodal placu obrachunków szylinga płacono nie za sześć buszli, tylko za osiem albo nawet i dziewięć, co powoduje, że aby zarobić dziesięć szylingów tygodniowo, trzeba się zdrowo naharować.

Przed rozpoczęciem pracy otrzymuje się do przeczytania wydrukowany regulamin; przepisy tak sformułowano, że czynią ze zbieracza kogoś w rodzaju niewolnika. Umożliwiają na przykład farmerowi wyrzucenie go w trybie natychmiastowym i pod byle pretekstem, a ponadto zapłacenie mu szylinga nie za sześć buszli, lecz za osiem – czyli przywłaszczenie sobie jednej czwartej jego zarobków. Jeśli zbieracz zrezygnuje z pracy przed zakończeniem chmielobrania, obcina mu się zarobki o tę samą kwotę. Nie można odebrać zarobionej kwoty i oddalić się, ponieważ zaliczkowo wypłacają najwyżej dwie trzecie zarobionych pieniędzy, toteż aż do końca zbieracz kredytuje farmera. Koszowi (brygadziści nadzorujący brygady zbieraczy) nie pracują na akord, tylko mają stałe wynagrodzenie, które jednak nie jest im wypłacane, gdy chmielarze zastrajkują, dlatego też zrobią wszystko, żeby nie dopuścić do strajku. Ogólnie rzecz biorąc, farmerzy trzymają zbieraczy w łapie, co będzie trwało dopóty, dopóki ci ostatni nie założą organizacji zawodowej. Nie ma jednak większego sensu nawet próbować jej zakładać w tym środowisku, albowiem mniej więcej połowa zbieraczy to kobiety i Cyganie, zbyt głupi, żeby dostrzec pożytki płynące z posiadania własnego związku.

Jeśli chodzi o nasze warunki życia i zakwaterowania, jak na ironię losu najlepiej mieszkało się na farmie w nieużywanych stajniach. Większość z nas nocowała w półokrągłych blaszakach o szerokości około dziesięciu stóp, z okienkami pozbawionymi szyb i ściankami poznaczonymi rozmaitymi otworami, przez które lał się deszcz i wiał wiatr. Umeblowanie w tych blaszakach składało się wyłącznie ze sterty słomy i kopczyka pędów chmielu. Mieszkaliśmy we czterech, lecz niektóre baraki zajmowało siedem albo i osiem osób, co jednak miało tę zaletę, że było cieplej. Na słomie sypia się parszywie (nie można się nią otulić tak dobrze jak sianem), a ponieważ dysponowaliśmy do spółki z Gingerem tylko dwoma kocami, w pierwszym tygodniu naszego pobytu na farmie straszliwie dokuczało nam zimno, ukradliśmy jednak tyle worków, że posłużyły nam jako niezłe ciepłe okrycie. Kran z wodą znajdował się w odległości dwustu jardów, to samo latryna, która jednak była tak obrzydliwa, że człowiek wolał pójść za potrzebą milę, niż z niej korzystać. Opodal płynął strumyk, w którym można było coś wyprać, a kąpiel w domu któregoś z okolicznych rolników była równie możliwa, co zakupienie oswojonego wieloryba.

Zbieracze należeli do trzech kategorii: mieszkańcy East Endu (w większości straganiarze), Cyganie oraz wędrowni robotnicy rolni, wśród nich kilku włóczęgów. To, że Ginger i ja byliśmy włóczęgami, przysporzyło nam sporo sympatii, zwłaszcza wśród osób zamożniejszych. Był tam, na przykład, pewien straganiarz z żoną, którzy dosłownie matkowali nam i ojcowali. Ludzie ich pokroju w sobotnie wieczory bywają zwykle pijani, a każdy rzeczownik ozdabiają w mowie słowem „zajebany”, jednak po raz pierwszy w życiu spotkałem się z taką życzliwością i subtelnością. Nieustannie częstowali nas jedzeniem. Do blaszaka przychodziło ich dziecko, przynosząc talerz gulaszu: „Eric, mama chciała to wyrzucić, ale powiedziała, że szkoda. Może chciałbyś?”. Oczywiście, wcale nie zamierzali niczego wyrzucać, ale wymyślili taką gadkę, nie chcąc, żebyśmy posądzili ich o działanie z pobudek dobroczynnych. Pewnego dnia dostaliśmy od nich ugotowany cały świński łeb. Ci ludzie sami byli przez kilka lat bezdomni, stąd też ich sympatia dla nas i współczucie. „Ach, wiem, jak to jest. Spanie w zajebanej mokrej trawie, a rano człowiek musi sępić u mleczarza, nim napije się herbaty. Dwaj z moich chłopaków urodzili się na trasie” i tak dalej, i tak dalej. Inny zbieracz, który okazał się bardzo przyzwoitym facetem, pracował w papierni. Wcześniej zajmował się zwalczaniem szkodników w […]; powiedział mi, że w tamtejszych kuchniach, a nawet w siedzibie firmy, panował wprost nieopisany brud i roiło się od robactwa. W filii […] przy T[…] Street[14] szczury żyły zaś tak licznie, że nocą niebezpiecznie było wchodzić do kuchni bez żadnej broni, należało mieć rewolwer. Po kilkugodzinnym przebywaniu w towarzystwie tej rodziny uznałem, że szkoda przybierać na siłę robotniczy akcent „cockney”; moi przyjaciele natychmiast dosłyszeli, że mówię inaczej. Jak zwykle, zaczęli mi okazywać jeszcze więcej przyjaźni i sympatii, albowiem ludzie ci uważają, że tak „zejść na psy” to wyjątkowo okropny los.

Spośród około dwustu zbieraczy zatrudnionych na farmie Blesta pięćdziesięciu, sześćdziesięciu było Cyganami. To dziwne, ale ludzie tej rasy przypominają wschodnich chłopów: te same ociężałe twarze, naznaczone jednocześnie sprytem i tępotą, ta sama bystrość okazywana wśród swoich i bulwersująca ignorancja na użytek obcych. Większość z nich nie potrafiła przeczytać choćby jednego drukowanego słowa i, jak mi się wydaje, żadne z ich dzieci nigdy nie chodziło do szkoły. Jeden z Cyganów, liczący tak na oko czterdziestkę, zadawał nam pytania w rodzaju: „Jak daleko jest z Paryża do Francji? Ile czasu trwałaby podróż naszym wozem do Paryża?” – i tak dalej. Pewien dwudziestoletni młodzieniec zadawał codziennie po kilkanaście razy to samo pytanie: „Czy wiesz pan, jaka jest najbardziej niewykonalna rzecz na świecie?”. „Co takiego?”. „Ano, połaskotać komara w dupę słupem telegraficznym”. (Dowcip ten wzbudzał nieodmiennie salwy śmiechu). Cyganie wydają się wcale zamożni, mają wozy, konie i tak dalej, a jednak podróżują jak rok długi, wynajmują się do dorywczych zajęć i składają gotówkę. Mówili, że brzydzi ich nasz sposób życia (mieszkanie w domach i tak dalej), wspominali też, jakie to sprytne sposoby stosowali, żeby podczas ostatniej wojny uniknąć poboru do wojska. Gdy człowiek z nimi rozmawiał, wydawało mu się, że są to ludzie żyjący w poprzednim stuleciu. Często słyszałem od nich takie oto powiedzenie: „Gdybym wiedział, gdzie przebywa taki-a-taki, to żeby go dopaść, dosiadłbym konia i pogalopował za nim aż do zdarcia podków” – nie jest to doprawdy XX-wieczna metafora. Pewnego dnia kilku Cyganów rozmawiało o znanym koniokradzie, George’u Biglandzie; jeden z nich powiedział w jego obronie: „Chyba George nie jest aż taki zły, jak mówisz. Wiem, że kradł konie Gorgiasom (nie-Cyganom), ale nam nigdy by konia nie ukradł”.

Cyganie nazywają nas „Gorgia”, a siebie „Romani”, mają jednak przezwisko „Didecai” (nie jestem pewien pisowni). Wszyscy znają język cygański i mówią w nim, ilekroć nie chcą być zrozumiani przez nas, Anglików. Zauważyłem pewną osobliwą rzecz – nie wiem, czy wszędzie jest tak samo – często widuje się całe rodziny cygańskie, których członkowie są zupełnie do siebie niepodobni. Potwierdza to właściwie opowieści o tym, że Cyganie kradną dzieci, choć taki sam wniosek może nasuwać to, że jedno z dzieci jest wyjątkowo inteligentne i tak dalej. Wśród mężczyzn mieszkających w naszym blaszaku był ów stary głuchy włóczęga, którego poznaliśmy wcześniej opodal schroniska w West Malling – nazywano go zawsze „Głuchol”. W rozmowach przypominał ciotkę pana F.[15], sam zaś przypominał jako żywo postać z rysunku George’a Belchera[16], był jednak inteligentny, przyzwoicie wyedukowany; niewątpliwie gdyby nie był głuchy, nie musiałby przebywać „na ucieczce”. Mikra postura uniemożliwiała mu ciężką pracę fizyczną i od lat imał się tylko rozmaitych dorywczych zajęć, takich jak zbieranie chmielu. Obliczył kiedyś, że nocował w ponad czterystu różnych schroniskach. Drugi mężczyzna, nazywany Barrett, oraz George, członek naszej brygady, byli typowymi wędrownymi robotnikami rolnymi. Pracowali od lat według takiego samego rozkładu: wczesną wiosną wynajmowali się do pilnowania kocących się owiec, potem zrywali groch, truskawki, rozmaite inne owoce, chmiel, kopali kartofle i buraki cukrowe, zbierali rzepę. Rzadko zdarzało się, że byli bez zajęcia dłużej niż kilka tygodni, jednak nawet tak krótki czas wystarczał, że wydawali wszystkie zarobione pieniądze. Gdy przybyli na farmę Blesta, byli bez grosza przy duszy, sam widziałem, jak pewnego dnia Barrett pracował na głodno. Cały zarobek wystarczał im na kupno przyodziewku, jaki mieli na sobie, słomy, na której sypiali przez cały rok, posiłków składających się z chleba, sera i boczku, oraz, jak przypuszczam, na jedną albo dwie solidne pijatyki w roku. George był melancholijnym ponurakiem i odczuwał jakąś taką psią dumę z tego, że jest niedożywiony oraz przepracowany i że pomiędzy zajęciami czas upływa mu na włóczędze. „Ludziom takim jak my nijak nie pasują piękne idee” – oto i jego filozofia. (Nie umiał czytać i pisać; miałem wrażenie, że uważa posiadanie tych umiejętności za ekstrawagancję). Poznałem dobrze tę filozofię, której wyznawcami było wielu pomywaczy w restauracjach Paryża. Barrett, który miał 63 lata, mocno psioczył na dzisiejsze jedzenie: podobno ani się umywało pod względem jakości do tego, co jadał w chłopięcych latach. „Wtedy to, w mordę, nie żyło się tylko na chlebie z margaryną, jak dziś, wtedy to miało się solidną wyżerkę. Serca wołowe. Kraszone kluski. Krwawa kiszka. Świńskie łby”. Żarliwy ton, z jakim, śliniąc się, wymawiał te ostatnie słowa, sugerował, że przez całe dziesięciolecia nie dojadał.

Oprócz stałych zbieraczy w chmielniku pracowali również ludzie zwani przez nas „tutejsi”, czyli mieszkańcy pobliskich okolic, uczestniczący dorywczo w zbiórce głównie dla zabawy. Były to przeważnie żony farmerów czy ktoś z rodziny; z reguły pomiędzy nimi a zawodowymi zbieraczami panuje nienawiść. Jednakże znalazła się wśród nich pewna bardzo przyzwoita i uczciwa kobieta, która podarowała Gingerowi parę butów, a mnie marynarkę i kamizelkę w znakomitym stanie oraz dwie koszule. Większość miejscowych traktowała nas jak śmiecie, a sklepikarze odnosili się do nas nad wyraz bezczelnie, chociaż my wszyscy na pewno wydaliśmy we wsi kilkaset funtów.

Wszystkie dni chmielobrania były bardzo do siebie podobne. Mniej więcej za kwadrans szósta wygrzebywaliśmy się ze słomy, wkładaliśmy płaszcze i buty (spało się w ubraniu), po czym wychodziliśmy na dwór, żeby rozpalić ogień – we wrześniu, gdy przez cały czas pada, wymaga to nie lada wysiłku. O wpół do szóstej piliśmy już na śniadanie herbatę zagryzaną podpieczonym w płomieniach chlebem, po czym wyruszaliśmy do pracy, niosąc w zanadrzu obiad, czyli kanapki z boczkiem i baniak herbaty. Jeśli akurat nie padało, pracowaliśmy bardzo solidnie prawie do pierwszej, kiedy to rozpalaliśmy ognisko wśród stanowisk chmielu, grzaliśmy herbatę i ucinaliśmy półgodzinną drzemkę. Potem znów szło się do roboty, która trwała do wpół do szóstej; gdyśmy dotarli do baraków, zmyli z dłoni plamy soku chmielowego i wypili herbatę, było już ciemno i morzył nas sen. Jednak bardzo często wychodziliśmy nocą kraść jabłka. W pobliżu był duży sad i trzech albo czterech z nas systematycznie pustoszyło drzewa, przynosząc za każdym razem pół cetnara jabłek, a oprócz tego kilka funtów orzechów laskowych. W niedzielę praliśmy w strumyku koszule i skarpety, a przez resztę dnia spaliśmy. O ile sobie przypominam, aż do końca pobytu na farmie nigdy nie zdjąłem wszystkiego, co miałem na sobie, ani razu nie umyłem zębów, goliłem się zaś tylko dwa razy w tygodniu. Pomiędzy pracą i posiłkami (których przygotowanie wymagało nieustannego dźwigania baniaków z wodą, zmagania się z wilgotnym chrustem, smażenia boczku na pokrywkach puszek i tak dalej) człowiek nie miał ani chwili wolnego czasu na cokolwiek. Przeczytałem wtedy tylko jedną książkę, z serii przygód Buffalo Billa. Gdy podliczę nasze wydatki, widzę, że jedzenie kosztowało mnie i Gingera około pięciu szylingów tygodniowo na głowę, toteż nic dziwnego, że stale odczuwaliśmy brak tytoniu i byliśmy nieustannie głodni, pomimo jabłek oraz poczęstunków sąsiadów. Pamiętam, że wciąż sumowaliśmy śmieszne ćwierćpensowe kwoty, obliczając, czy będzie nas stać na dodatkowe pół uncji tytoniu podłego gatunku albo kawałek boczku za dwa pensy. Nie było to złe życie, lecz skutkiem całodziennego stania na nogach, snu w prymitywnych warunkach oraz pokancerowanych rąk pod koniec chmielobrania czułem się zmaltretowany i wypluty. Aż przykro było patrzeć, że większość osób z naszego otoczenia uważa uczestnictwo w zbiórce chmielu za przyjemność i wypoczynek – no, a ponieważ utarło się takie mniemanie, to i zbieraczom płacą podle. Przy okazji człowiek dowiaduje się coś niecoś również o życiu robotników rolnych, którzy uważają, że zbieranie chmielu to żadna robota.

Pewnego wieczoru zapukał do naszych drzwi jakiś młodzieniec, który powiedział, że jest nowym zbieraczem i że polecono mu nocować razem z nami. Wpuściliśmy go, a rankiem nakarmiliśmy, po czym facet się ulotnił. Okazało się, że nie był on żadnym zbieraczem, tylko włóczęgą, i że ludzie „na ucieczce” często w sezonie chmielobrania stosują ten sposób, ilekroć chcą spać pod dachem. Kiedy indziej, również wieczorem, powracająca do domu kobieta poprosiła mnie, żebym zawiózł jej bagaż na stację Wateringbury. Ponieważ chmielobranie jeszcze trwało, zapłacili jej tylko szylinga za osiem buszli, no i zarobione pieniądze wystarczyły jej tylko na zakup biletów powrotnych dla siebie i dla rodziny. Przez dwie i pół mili musiałem pchać w ciemnościach wózek dziecięcy z jednym zwichrowanym kołem obładowany wielgachnymi pakunkami, a z tyłu podążał za mną orszak wrzeszczących dzieciaków. Gdy znaleźliśmy się na stacji, akurat nadjeżdżał pociąg; popychając wózek przez tory, przewróciłem go. Nigdy tego nie zapomnę: pociąg pędzi prosto na nas, a ja i bagażowy gonimy za blaszanym nocnikiem toczącym się po podkładach. Ginger kilkakrotnie namawiał mnie wieczorem, żeby pójść z nim obrabować kościół, i poszedłby sam, gdybym nie wbił mu do tępego łba, że podejrzenie spadnie na niego, ponieważ jest znany jako przestępca. Wspominał, że wcześniej włamywał się do kościołów, dodając, co mnie zdziwiło, że zawsze można coś znaleźć w puszkach na datki dla ubogich. Kilka sobotnich wieczorów spędziliśmy wesoło, siedząc wokół ogniska i piekąc jabłka. Podczas jednego z takich spotkań towarzyskich okazało się, że wszyscy biesiadnicy, a było nas chyba z piętnaście osób, wyjąwszy mnie, siedzieli w więzieniu. W sobotę w wiosce wybuchały burdy i awantury, ponieważ ci z nas, którzy dysponowali gotówką, zalewali się w pestkę i policja musiała usuwać ich siłą z piwiarni. Mieszkańcy na pewno uważali nas za podłą i śmierdzącą zbieraninę; skądinąd nie mogę się powstrzymać od refleksji, że takiej nudnej i ponurej wiosze dobrze robi coroczna inwazja cockneyów.

19.9.31: Rankiem ostatniego dnia, gdy zebraliśmy szyszki z ostatniego chmielnika, odbyła się osobliwa zabawa polegająca na chwytaniu kobiet i pakowaniu ich do koszy. Bardzo prawdopodobne, że coś na ten temat można przeczytać w Złotej gałęzi. Jest to bezsprzecznie stary zwyczaj i wszystkim ceremoniom żniwnym towarzyszy coś podobnego. Niepiśmienni oraz słabo biegli w sztuce czytania i pisania przyszli do mnie oraz do innych „uczonych” ze swoimi książeczkami obrachunkowymi, prosząc o podliczenie i sprawdzenie należności; niektórzy nawet płacili za to kilka miedziaków. Zauważyłem, że w wielu wypadkach płatnicy z farmy mylili się w dodawaniu, i to zawsze na niekorzyść zbieracza. Oczywiście gdy pokrzywdzeni protestowali, otrzymywali należne kwoty w całości, jeśliby jednak nie zgłosili żadnych zastrzeżeń do obliczeń, zostaliby oszukani. Na dobitkę na farmie obowiązywała podła reguła: oto każdy, kto uznał, że mu nie dopłacono, musiał czekać na zakończenie obrachunku z pozostałymi zbieraczami. Oznaczało to konieczność oczekiwania aż do popołudnia, toteż ci, którym odjeżdżały wcześniej autobusy, wracali do domów, nie upomniawszy się o należność. (Ma się rozumieć, najczęściej chodziło o kilka pensów. Jednak pewną kobietę oszukano na ponad funta).

Spakowawszy z Gingerem manatki, poszliśmy piechotą do Wateringbury, żeby złapać pociąg odwożący zbieraczy chmielu do miasta. Po drodze kupiliśmy tytoń i Ginger, jakby na pożegnanie z hrabstwem Kent, oszukał ekspedientkę na cztery pensy, stosując pewną arcysprytną sztuczkę. Na stacji Wateringbury oczkiwało na pociąg około 50 zbieraczy; natychmiast dostrzegliśmy starego „Głuchola”, który siedział na trawie, trzymając przed sobą gazetę. Uniósł ją nieco i wtedy okazało się, że ma rozpięte spodnie i pokazuje obnażonego penisa mijającym go kobietom i dzieciom. Mocno mnie to zaskoczyło, „Głuchol” był przecież takim porządnym starszym gościem – jednak rzadko który włóczęga nie jest dotknięty jakimś zboczeniem seksualnym. Bilety na „pociąg zbieraczy” okazały się tańsze o 9 pensów w stosunku do zwykłej taryfy, a podróż powrotna do Londynu (około 30 mil) trwała prawie pięć godzin. Około 10 wieczorem ciżba zbieraczy wypełniła peron dworca London Bridge; wielu z chmielarzy było pijanych, a wszyscy przywieźli naręcza chmielu, które na ulicach chętnie kupowano, nie mam pojęcia dlaczego. „Głuchol”, który jechał w naszym wagonie, zaprosił nas do najbliższej piwiarni i postawił każdemu pintowy kufelek; piwo miałem w ustach po raz pierwszy od trzech tygodni. Nasz fundator oddalił się później w kierunku Hammersmith, niewątpliwie aż do następnego sezonu zbierania chmielu spędził czas na włóczędze.

Po zsumowaniu zapisków w naszych książeczkach obrachunkowych wyszło nam z Gingerem, że przez 18 dni pracy zarobiliśmy po 26 szylingów na twarz. Każdy z nas otrzymał zaliczkowo 8 szylingów (nazywają to „przodki”); poza tym na sprzedaży skradzionych jabłek zarobiliśmy do spółki również 6 szylingów. Po zapłaceniu za bilety każdemu pozostało po 16 szylingów. Ostatecznie więc udało nam się zarobić w Kencie na utrzymanie i powrócić do miasta z jaką taką sumą, jednak tylko dlatego, że prowadziliśmy tam jak najskromniejsze życie.

Od 19.9.31 do 8.10.31: Poszliśmy z Gingerem do schroniska przy Todey Street prowadzonego przez Lewa Levy’ego, który jest również właścicielem schroniska przy Westminster Bridge Road. Nocleg kosztuje tutaj zaledwie 7 pensów i jest to chyba najlepsze „siedmiopensowe” miejsce w całym Londynie. W łóżkach są pluskwy, lecz w niewielkich ilościach, a kuchnie, choć ciasno w nich i brudno, są wygodne, płonie tam duży ogień i można zaopatrzyć się we wrzątek. Lokatorzy to nader pospolita zbieranina: w większości niewykwalifikowani robotnicy irlandzcy, i do tego bezrobotni. Było wśród nich kilka dziwacznych typów. Pamiętam na przykład sześćdziesięcioośmiolatka, który zarabiał na życie, dźwigając specjalne pojemniki z rybami (ważą po cetnarze) na targu rybnym w Billingsgate[17]. Interesował się polityką i opowiadał mi, że uczestniczył w zamieszkach „krwawej niedzieli” w 1888 roku[18] i że tego samego dnia został zaprzysiężony jako „specjalny” konstabl. Inny mężczyzna, kwiaciarz z zawodu, był dotknięty jakąś chorobą umysłową. Zwykle zachowywał się zupełnie normalnie, gdy jednak dopadał go atak, zaczynał dreptać w kuchni, wydając przy tym przeraźliwe zwierzęce okrzyki, a twarz miał naznaczoną bólem i cierpieniem. Rzecz osobliwa: napady te występowały tylko podczas deszczowej pogody. Był też złodziej. Kradł w sklepach i rabował samochody, zwłaszcza należące do komiwojażerów, a łupy sprzedawał jakiemuś Żydowi z Lambeth. Powiedział mi, że zarabia przeciętnie dwa funty tygodniowo, a od czasu do czasu potrafi dodatkowo nieźle się obłowić. Niemal w każde Boże Narodzenie udaje mu się opróżnić z gotówki kasę w piwiarni, z czego ma 40–50 funtów. Żył z kradzieży od wielu lat i wpadł tylko raz, przy czym został zwolniony, gdy obiecał sądowi poprawę. Jak to jednak zwykle bywa, kradzione nie tuczy, ilekroć bowiem trafiła mu się grubsza kwota, tylekroć natychmiast ją przehulał. Nie pamiętam, żebym widział u kogokolwiek równie podłą i obrzydliwą gębę, wręcz przypominał hienę, a jednak był to sympatyczny facet: dzielił się uczciwie jedzeniem i płacił skrupulatnie swoje długi.

Przez kilka dni pomagaliśmy rano z Gingerem tragarzom w Billingsgate. Trzeba pójść tam około piątej rano i ustawić się na rogu jednej z ulic prowadzących z Billingsgate do Eastcheap. Gdy tragarz nie może sam podnieść zbyt ciężkich nosiłek, woła „chodź no tam który!”, a wtedy wyskakuje się jak z procy (do tego zajęcia jest oczywiście bardzo wielu konkurentów) i pomaga pchać od tyłu. Zapłata to „od dwóch pensów w górę”. Do przeniesienia czterech cetnarów towaru angażują zwykle jednego pomocnika, a robota ta powoduje, że uda i łokcie zamieniają się człowiekowi w watę, ale ponieważ można złapać niewiele takich kursów, nikt się zbytnio nie męczy. Warując tam od godziny piątej niemal do południa, nigdy nie zarobiłem więcej niż półtora szylinga. Przy odrobinie szczęścia tragarz może was zatrudnić jako stałego pomagiera: wtedy zarabia się co rano około 4 szylingów i 6 pensów. Sami tragarze wyciągają tygodniowo cztery, pięć funtów. Jeśli chodzi o targ w Billingsgate, warto zauważyć, co następuje. Wykonuje się tam zupełnie niepotrzebnie ogromną pracę, a to z powodu zupełnego braku scentralizowanego systemu transportu. Zważywszy na sporą liczbę zatrudnionych tam tragarzy, nosiłkowych, pomocników i tak dalej, dostarczenie jednej tony ryb z Billingsgate na dowolny londyński dworzec towarowy kosztuje około funta. Gdyby praca ta przebiegała w sposób bardziej uporządkowany, przy wykorzystaniu ciężarówek koszt ten spadłby, jak przypuszczam, do kilku szylingów. Zastanawiające jest również to, że piwiarnie na Billingsgate czynne są w tych godzinach, w jakich piwiarnie gdzie indziej są zamknięte. Oto i inne spostrzeżenie: nosiłkowi w Billingsgate handlują kradzionymi rybami, a jeśli któregoś z nich się dobrze zna, sprzeda towar za psie pieniądze.

Po dwóch tygodniach spędzonych w schronisku złapałem się na tym, że zaczynam pisać o niczym, a i miejsce to zaczęło działać mi na nerwy ze względu na hałas, brak prywatności oraz duszący fetor z kuchni, lecz przede wszystkim ze względu na brud. W kuchni unosił się stale słodkawy fetor ryb, a wszystkie zlewy były zatkane gnijącymi rybimi wnętrznościami, które ohydnie cuchnęły. Jedzenie trzeba było chować w rozmaitych kątach i zakamarkach, w których roiło się od karaluchów i prusaków, a wszędzie latały chmary wstrętnych wielkich much. W sypialni było równie ohydnie, człowiek nieustannie słyszał odgłos kaszlu i spluwania – każdy stały lokator schronisk cierpi na chroniczny kaszel wywołany niewątpliwie tamtejszym stęchłym powietrzem. Miałem jeszcze napisać kilka artykułów, co w takim otoczeniu było niemożliwe, a więc poprosiłem listownie, żeby przysłano mi z domu pieniądze, i wynająłem pokoik przy Windsor Street opodal Harrow Road. Ginger znów wyruszył w rajzę. Większość tego, co napisałem, powstała w bibliotece publicznej w Bermondsley, w której znajduje się wygodna czytelnia: może ona posłużyć jako niezłe schronienie.

Uwagi

Nowe słowa (to znaczy te, których wcześniej nie znałem) zasłyszane tym razem przeze mnie:

Shackles . . . . . . . . rosół albo sos

A drum . . . . . . . . menażka (niekiedy czasownik to drum up oznacza rozpalić ognisko)

On the toby . . . . . . . . włóczyć się, przebywać na rajzie (również czasownik to toby oraz rzeczownik a toby, oznaczający trampa, włóczęgę. Słownik slangu podaje, że a toby to droga, gościniec)

A chat . . . . . . . . wesz (również przymiotniki chatty, lousy. Słownik wymienia te znaczenia, lecz nie wymienia słowa chat)

A get . . . . . . . .? (słowo obelżywe o niejasnym znaczeniu)[19]

A Didecai . . . . . . . . Cygan

A sprowsie . . . . . . . . sześciopensówka

Hard-up . . . . . . . . tytoń pozyskany z niedopałków (Słownik podaje tylko, że a hard-up to zbieracz niedopałków)

To skipper . . . . . . . . spać pod gołym niebem (Słownik podaje, że a skipper to stodoła)

To scrump . . . . . . . . kraść

To knock off . . . . . . . . odejść

On his jack . . . . . . . . samodzielnie (o kimś)

Clods . . . . . . . . miedziaki

Gwara włamywaczy:

A stick, a cane . . . . . . . . łom, rympał (Słownik podaje tylko a stick)

A peter . . . . . . . . sejf (tak podaje Słownik)

A bly[20] . . . . . . . . palnik acetylenowo-tlenowy

Użycie słowa tart przez mieszkańców East Endu. Wydaje się, że obecnie słowo to jest używane wymiennie ze słowem girl; utraciło już ono znaczenie „prostytutka”. Ludzie nazywają tart swoje córki i siostry.

Slang rymowy. Myślałem, że już dawno wyszedł z użycia, lecz myliłem się. Oto kilka zwrotów używanych w mowie swobodnej przez zbieraczy chmielu:

A dig in the grave to shave (ogolenie się)

The hot cross bun to sun (słońce)

Greengages to wages (zarobki)

Zasłyszałem też slangowe zwroty, których konstrukcja opiera się na skrótach, na przykład use your twopenny zamiast use your head (rusz głową). Oto jak powstało to wyrażenie: head → loaf of bread → loaf → twopenny loaf → twopenny.

Praktyki homoseksualne w Londynie. Jednym z najbardziej popularnych miejsc spotkań homoseksualistów jest stacja metra Charing Cross. Bezdomni z Trafalgar Square uważają, jak się wydaje, za normalne to, iż młodzi chłopcy mogą tam coś zarobić; od kilku usłyszałem: „Nigdy nie muszę spać pod gołym niebem, jeśli zejdę na Charing Cross”. Wspominali też, że zwyczajowa stawka wynosi szylinga.

Tytuł oryginalny Hop Picking; pierwszy z wielu dzienników prowadzonych przez Orwella, przepisał go na maszynie 10 października 1931

Przypisy

[1] LCC to London County Council (Rada Miasta Londynu), instytucja samorządowa powołana w 1889 r. w miejsce Metropolitan Board of Works na mocy The Local Government Act (Ustawy o samorządach). W 1886 r. po wyborach powszechnych nowo utworzony gabinet konserwatystów podjął kwestię reformy rządów lokalnych. Utworzono wtedy w Anglii 66 rad hrabstw; członków tych rad wybierali na trzyletnią kadencję wyłącznie właściciele nieruchomości. W ich gestii leżało utrzymanie dróg, mostów, ścieków oraz niektóre ogólne sprawy związane z zarządzaniem dzielnicami. Ustawa ta nadała Londynowi statut hrabstwa wraz z własną, odrębną formą rządów. Po raz pierwszy w świecie miasto otrzymało system samorządowy. Pierwsze wybory do LCC odbyły się w styczniu 1889 r.; spośród 118 miejsc w Radzie 70 zajęli przedstawiciele Progressive Party. Przewodniczącym Rady został Earl of Rosebery. LCC wprowadziła wtedy m.in. reformę szkolnictwa oraz ważne zmiany w planowaniu rozwoju miasta. W 1965 r. LCC została zastąpiona przez Greater London Council (przyp. tłum.).

[2] Weźmy na przykład kawiarenkę u Dicka w Billingsgate. Należała ona do niewielu lokali, gdzie można było wypić szklankę herbaty za pensa, ponadto palili tam w kominkach, toteż każdy, kto dysponował jednym pensem, mógł wczesnym rankiem grzać się godzinami. Nie dalej jednak niż tydzień temu LCC zamknęła ten lokal, ponieważ rzekomo były tam niehigieniczne warunki (przyp. aut.).

[3] Czyli przy murze okalającym The National Gallery (przyp. tłum.).

[4] Dzielnica Londynu, nazwana tak od istniejącego tam od 1632 r. (zaprojektowanego przez Inigo Jonesa) targu owoców, warzyw i kwiatów, przeniesionego na początku 1974 r. do Nine Elms (przyp. tłum.).

[5] U Orwella jest to nieco swobodnie potraktowana wersja fragmentu wiersza Williama Wordswortha Samotna żniwiarka (The Solitary Reaper, 1805). Skorzystałem z przekładu Stanisława Barańczaka w: Od Chaucera do Larkina. 400 nieśmiertelnych wierszy 125 poetów anglojęzycznych z ośmiu stuleci, Kraków 1993, s. 285 (przyp. tłum.).

[6] Zakład poprawczo-wychowawczy dla młodzieży męskiej w Anglii (przyp. tłum.).

[7] Popularna angielska piosenka skomponowana w 1911 r. przez Hermana Löhra i D. Eardley-Wilmota (przyp. tłum.).

[8] Działających z ramienia Partii Pracy (przyp. aut.).

[9] Jednak nie: jeśli już, to się pogorszyło (przyp. aut.).

[10] Do dziś nie mam pojęcia, co to było (przyp. aut.).

[11] Lub, co jest dziwne, sokiem chmielowym (przyp. aut.).

[12] Wtedy robotniczy obszar Londynu (przyp. tłum.).

[13] Cetnar brytyjski (50,8 kg) (przyp. tłum.).

[14] Nazw nie podano z przyczyn prawnych (przyp. red. wyd. ang.).

[15] Ciotka F. jest ciotką zmarłego męża Flory Finching w Małej Dorrit Karola Dickensa. Pozostawiona pod opieką Flory, występuje tam tylko jako „ciotka pana F.”. Charakterystycznymi jej cechami „były posępna powaga i małomówność, która jednak ustępowała czasami miejsca skłonności do uwag wygłaszanych uroczystym, ostrzegawczym tonem. Uwagi te, niepozostające w żadnym związku z tym, co ktokolwiek mówił przy stole, i niewynikające na pozór z żadnych możliwych skojarzeń myślowych, wprawiały przybysza w zakłopotanie i budziły w nim przerażenie” (cyt. wg Karol Dickens, Mała Dorrit, księga I, Ubóstwo, przeł. Wacława Komarnicka, Warszawa 1958, ss. 212–213). Orwell, który mieszkał w dzieciństwie w Henley-on-Thames, mógł zapamiętać jedną z uwag ciotki pana F.: „Ciotka pana F. w ciągu dziesięciu minut ze złowieszczą miną wpatrywała się w zebrane towarzystwo, po czym wygłosiła następujące groźne uwagi: – Kiedyśmy mieszkali w Henley, druciarze ukradli Barnesowi indyka. […]” (cyt. za ibidem) (przyp. red. wyd. ang.).

[16] George Belcher (1875–1947), należał do Królewskiej Akademii Sztuki. Wydał m.in. następujące zbiory rysunków: Characters (1922), Taken from Life (1929) i Potted Char (1933) (przyp. tłum.).

[17] Najstarsze miejsce targowe Londynu, targ ryb świeżych, wędzonych, suszonych oraz skorupiaków i owoców morza, powstał na miejscu dawnej przystani nad Tamizą (przyp. tłum.).

[18] Chodzi o zamieszki, jakie wybuchły w Londynie na Trafalgar Square w niedzielę 13 XI 1887 r. (nie 1888 – nieścisłość autora). We wrześniu 1887 policja z Michelstone w hrabstwie Cork (gdzie miały miejsce rozruchy na tle brytyjskiej polityki represyjnej wobec Irlandii) zabiła jedną osobę, dwie raniła, strzelając do tłumu. Sir Charles Warren, dowódca policji londyńskiej, zakazał tydzień wcześniej odbywania na placu publicznych zgromadzeń. „W związku z tym doszło do manifestacji i były ofiary […]. Policja nie miała sztywnych przepisów, jak reagować na zamierzone wiece na placu Trafalgar. Rozstrzygał naczelny komisarz w porozumieniu z ministrem spraw wewnętrznych. Toteż gdy mimo zakazów Fed. Socjalno-Demokratyczna zwołała tam wielki mityng protestacyjny w związku z wypadkami w Irlandii, minister spraw wewnętrznych, Henryk Matthews […], kazał użyć siły. Policja prała pałkami, piechota kolbami, kawaleria płazowała. «Na placu boju» pozostało przeszło 100 ofiar, dwie z nich zmarły” (cyt. wg Jerzy Z. Kędzierski, Dzieje Anglii, t. II: Lata 1830–1939, Wrocław, Warszawa, Kraków, Gdańsk 1986, s. 403). W zamieszkach tych uczestniczył m.in. George Bernard Shaw (przyp. tłum.).

[19] Być może obecne git (wyrażenie you git oznacza mniej więcej „ty skończony idioto”). Por. szkockie gyte (wym. git), używane niegdyś na określenie dziecka (przyp. red. wyd. ang.).

[20] Zapomniałem dodać, że palniki te są wypożyczane włamywaczom. Ginger opowiadał mi kiedyś, że wynajęcie tego narzędzia na jedną noc kosztuje trzy funty i dziesięć szylingów. Dotyczy to także innych, bardziej skomplikowanych przyrządów złodziejskich. Gdy sprytny kasiarz chce otworzyć zamek cyfrowy, nasłuchuje za pomocą stetoskopu stukania przesuwanych zapadek (przyp. aut.).

TYGODNIKI DLA CHŁOPCÓW

W każdej uboższej dzielnicy dużego miasta zawsze prędzej czy później natkniemy się na niewielki sklepik z gazetami. Takie sklepiki wyglądają podobnie: na zewnątrz kilka plakatów reklamujących „Daily Mail” i „News of the World”, skromna mała witrynka, ze słojami słodyczy sprzedawanych luzem i kilkoma paczkami playersów, ciemne wnętrze, pachnące cukierkami nadziewanymi lukrecją i przyozdobione od podłogi do sufitu podle wydrukowanymi pisemkami po dwa pensy sztuka, przeważnie o okładkach w trzech kolorach.

Wyjąwszy dzienniki poranne i wieczorne, handluje się tam zupełnie innym towarem aniżeli w wielkich magazynach z prasą. Ich właściciele mają na składzie głównie dwupensowe pisemka; wprost trudno uwierzyć, że tytułów tych jest tak wiele i że dotyczą tak różnorodnej tematyki. Każdemu hobby i rozrywce – hodowaniu ptaków ozdobnych i gołębi pocztowych, intarsji, stolarstwu domowemu, pszczelarstwu, amatorskiej magii, filatelistyce, szachom – poświęcone jest co najmniej jedno pismo, a zwykle bywa ich kilka. Przynajmniej dwadzieścia jest przeznaczonych dla miłośników ogrodnictwa i hodowli drobnego inwentarza. Jest również prasa sportowa, prasa poświęcona radiu, są komiksy dla dzieci, rozmaite plotkarskie periodyki w rodzaju „Tit-bits” oraz liczne pisma o kinie i aktorach, z których każde w mniejszym lub większym stopniu eksponuje motyw damskich nóg; są pisma poświęcone handlowi i rzemiosłu, pisma publikujące opowiadania dla kobiet („Oracle”, „Secrets”, „Peg’s Paper” i tak dalej, i tak dalej); pisma dla amatorek robótek ręcznych – jest ich tak wiele, że często zajmują wystawę – a na dokładkę długa seria tak zwanych Yank Mags („Fight Stories”, „Western Short Stories”), o okładkach wyblakłych od długiego leżenia w witrynach, importowanych z Ameryki i sprzedawanych po dwa i pół pensa lub po trzy pensy. Gatunkiem pochodnym „czasopism właściwych” są czteropensowe publikacje zawierające opowiadania, na przykład „Aldine Boxing Novels”, „Boys’ Friend Library”, „Schoolgirl Own Library” oraz wiele innych.

Prawdopodobnie towar ów najwierniej oddaje myśli i uczucia szerokich mas społeczeństwa angielskiego. Na pewno nie istnieje równie wymowny materiał dokumentacyjny. Owszem, cenne są w tej mierze również bestsellerowe powieści, wszelako ten typ powieści przeznaczony jest wyłącznie dla osób o dochodach ponad cztery funty tygodniowo. Filmy z kolei dostarczają nader niepewnych wniosków co do powszechnych upodobań, a to z tej przyczyny, że przemysł filmowy został doszczętnie zmonopolizowany, co oznacza, że grube ryby tej branży w ogóle nie muszą badać wnikliwie gustów i upodobań publiczności. To samo dotyczy poniekąd gazet codziennych, lecz najbardziej radia. Nie ma jednak żadnego odniesienia do tygodnika wydawanego w niewielkim nakładzie i poświęconego specyficznej tematyce. Periodyki w rodzaju „Exchange and Mart” czy też „Cage-Birds” i „Oracle”[1], „Prediction” albo „Matrimonial Times” ukazują się tylko dlatego, że istnieje na nie popyt, ponadto, jak żadna ogólnokrajowa gazeta o milionowym nakładzie, doskonale odzwierciedlają one umysłowość czytelników.

Zajmę się jednak tylko pewnym szczególnym gatunkiem prasy, dwupensowymi pisemkami dla chłopców, często zwanymi zgoła nietrafnie „okropieństwami za pensa”. Obecnie należy do niego dziesięć pism: „Gem”, „Magnet”, „Modern Boy”, „Triumph” i „Champion”, których wydawcą jest Amalgamated Press; oraz „Wizard”, „Rover”, „Shipper”, „Hotspur” i „Adventure” – wszystkie własność firmy D.C. Thomson & Co[2]. Nie wiem, w jakich nakładach ukazują się te pisma. Wydawcy i właściciele nie ujawniają żadnych danych, w każdym razie nakład pisma publikującego opowiadania w odcinkach na pewno mocno się waha. Dziesięć tytułów, które wcześniej wymieniłem, czyta niewątpliwie bardzo wiele osób. Pisma te można kupić w każdym angielskim mieście i niemal każdy chłopiec, który w ogóle coś czyta, interesował się którymś z nich czy nawet kilkoma. Te najstarsze, „Gem” i „Magnet”, różnią się znacznie od pozostałych i najwyraźniej w ostatnich latach straciły nieco z niegdysiejszej popularności. Wielu chłopców uważa je obecnie za staromodne i „nudziarskie”. Niemniej, chciałbym rozpocząć właśnie od nich, a to dlatego, że są one ciekawsze od pozostałych z psychologicznego punktu widzenia, no i dlatego, że ten rodzaj czasopism przetrwał do lat 30. naszego wieku.

„Gem” i „Magnet” to pisma bliźniacze (często występują w nich te same postacie) i oba zaczęły ukazywać się ponad trzydzieści lat temu. Wtedy to, wraz z „Chums” i dawnym „B.O.P.”[3], należały do najpopularniejszych pism dla chłopców i do niedawna zachowały tę pozycję. Każde publikuje co tydzień opowiadanie dotyczące szkoły, o objętości od piętnastu do dwudziestu tysięcy słów, stanowiące odrębną całość, lecz zwykle mniej lub bardziej związane tematycznie z opowiadaniem z poprzedniego tygodnia. Oprócz tego „Gem” zawiera jedno lub kilka opowiadań przygodowych. Poza tym pisma są tak bardzo do siebie podobne, że można traktować je jak jedną całość, chociaż lepiej znany był zawsze „Magnet”, zapewne dlatego, że występuje w nim naprawdę pierwszorzędna postać: gruby chłopiec Billy Bunter.

Rzeczone opowiadania dotyczą, zgodnie z intencją wydawcy, życia i codziennych spraw uczniów brytyjskiej „public school”; są one (w „Magnet” jest to Greyfriars, a w „Gem” – St. Jim’s) starymi, wytwornymi placówkami w typie Eton albo Winchester. Wszystkie pierwszoplanowe postacie to czternasto- lub piętnastoletni chłopcy należący do „grupy czwartej”[4]