Focus on the moment - Marta Cyrkiel - ebook + książka
NOWOŚĆ

Focus on the moment ebook

Marta Cyrkiel

4,3

342 osoby interesują się tą książką

Opis

Ona szukała prawdy w obiektywie. On uciekał przed blaskiem fleszy.

Megan McQueen to dumna, samotna matka i niezależna fotografka. Po stracie męża pragnie jedynie spokoju, a ostatnią rzeczą, jakiej szuka, jest rozgłos. James Collins to bożyszcze milionów – hollywoodzki gwiazdor, który wziął pół roku wolnego, by odpocząć od natrętnych paparazzi.

Przypadkowe spotkanie w parku splata ich ścieżki i rozpala namiętność, której żadne z nich się nie spodziewało. Aby zdobyć serce zranionej kobiety i zaufanie jej synka, James musi zburzyć mur, którym Megan odgrodziła się od rzeczywistości.

Gdy hollywoodzki twardziel powoli staje się częścią ich bezpiecznej codzienności, zawierają pakt o całkowitym braku tajemnic. James zapomina jednak, że w świecie show-biznesu sekrety mają swoją cenę – a ten, który ukrywa, może zniszczyć ich wspólne szczęście w mgnieniu oka.

Czy można zbudować miłość na fundamencie bolesnej przeszłości?

„Focus on the moment” to pełna zmysłowości i skrajnych emocji opowieść o tym, że przed przeznaczeniem nie da się uciec – nawet na drugi koniec świata.

 

 

Słowa kluczowe: samotna matka, gwiazdor Hollywood, nowa szansa, strata męża, fotografka, celebryta, romans współczesny, literatura obyczajowa, uzdrowienie emocjonalne, nadzieja.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 527

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (6 ocen)
5
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
PawPaw83

Nie oderwiesz się od lektury

Zupełnie inna odsłona autorki. Polecam!!!
10
AgnieszkaSworowska

Nie oderwiesz się od lektury

Pióro Marty zawsze znałam od mocniejszej i mroczniejszej strony. W delikatnej i subtelnej wersji również nie zawodzi. Świetni bohaterowie, którzy na dzień dobry zyskują naszą synpatię. Fabuła przyjemna i komfortowa dla czytelnika. Polecam 💚
10
Basiiiek

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam wszechstrinnosc Marty Cyrkiel. Focus byl jej debiutem. Teraz w nowej odslonie ponownie zabiera nas w cudownie romantyczną podróż. Polecam!
11
Monika309

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka polecam
00
Dot65

Nie polecam

Naiwna, zabrakło tu pasji i autentyczności. Słodka do bólu.Zdecydowane nie.
00



Focus on the moment

Skup się na chwili

Marta Cyrkiel

Focus on the moment

Copyright © Marta Cyrkiel, 2026

Wszystkie prawa zastrzeżone. All rights reserved

Wydanie drugie, zmienione

Olsztyn 2026

ISBN: 978-83-975684-1-9

Redakcja: Marta Zbirowska

Korekta: Agnieszka Nowaczyk

Projekt okładki: Marta Cyrkiel (z wykorzystaniem zdjęcia z serwisu Pexels)

Skład i konwersja elektroniczna: Marta Cyrkiel

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, utrwalana, przechowywana w systemach wyszukiwania ani przekazywana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób – elektroniczny, mechaniczny, fotooptyczny, magnetyczny, poprzez kserokopiowanie, nagrywanie lub inny – ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez uprzedniej pisemnej zgody właściciela praw autorskich, z wyjątkiem przypadków dozwolonych przez obowiązujące przepisy prawa. Zabrania się wykorzystywania publikacji lub jej fragmentów do celów komercyjnych bez zgody uprawnionego.

Dla Wszystkich dzielnych kobiet, które

mierzą wysoko i walczą o swoje

Rozdział 1

Megan

Ugh! Co jeszcze mnie dziś spotka?!

Opętana chęcią mordu, odkąd tylko lewą nogą wstałam z łóżka – do tego potwornie spocona i zziajana – siedziałam w dusznym, pozbawionym dopływu świeżego powietrza wagonie londyńskiego metra. Od samego rana wszystko szło nie tak. Był upalny, czerwcowy dzień, a ja już zdążyłam spóźnić się na poranne spotkanie w galerii, gdzie po raz kolejny miały zostać wystawione moje prace. Na dodatek w planach miałam jeszcze spotkanie z Eve, moją starszą siostrą, co tylko potęgowało mój stres.

Próbując uciec od gonitwy myśli, uważnie przyglądałam się współpasażerom. Większość z nich, odcięta od świata słuchawkami, gapiła się w ekrany telefonów albo poranną prasę. Głośny, beztroski dziecięcy śmiech po drugiej stronie wagonu nagle przyciągnął moją uwagę. Spojrzałam na ojca malucha, który bez żenady robił do niego zabawne miny, rozśmieszając brzdąca do łez.

Ten widok sprawił, że serce podeszło mi do gardła. W głowie natychmiast, jak żywą, przywołałam wizję Taylora – radosnego, pełnego energii faceta, który do niedawna był całym sensem mojego istnienia. Z pamięci automatycznie wyłoniły się jego duże, ciemne oczy, pełne wargi rozciągnięte w szerokim uśmiechu oraz cherubinowe, brązowe loki, które odziedziczył po nim nasz syn. Pomyślałam o człowieku, który dwanaście lat temu ślubował mi miłość, wierność i że nie opuści mnie aż do śmierci… I to właśnie ta śmierć odebrała mi wszystko, zaskakując nas w najmniej spodziewanym momencie życia.

Gdy dwa lata temu onkolog postawił diagnozę: „Nowotwór, złośliwy”, nasz świat runął w jednej sekundzie. Usłyszeliśmy ten wyrok razem – w końcu tworzyliśmy jedność, więc choroba uderzyła w nas oboje. Do samego końca wierzyłam, że Taylor się nie podda, że wyjdzie z tego obronną ręką. Miał przecież dla kogo żyć i o co walczyć. Niestety, nie dał rady. Chudł w oczach, tracił dawny zapał i wolę walki. Choroba bezlitośnie odbierała nam go dzień po dniu, minuta po minucie. Rutynowe badania, kolejne wizyty w szpitalu, wyniszczająca chemioterapia, a nawet innowacyjne metody leczenia – wszystko na nic. Z czasem po prostu się poddał, miał dość cierpienia. Gdy gasł w moich oczach, do samego końca łudziłam się i nie dopuszczałam do siebie myśli, że naprawdę może go zabraknąć. Jak miałam funkcjonować bez męża, najlepszego przyjaciela, powiernika i ojca mojego dziecka? Wtedy nie potrafiłam wyobrazić sobie tej pustej codzienności. Nasze dotychczasowe życie bez tej najważniejszej, jednej trzeciej części nas, dosłownie przestało istnieć.

– Mamusiu, wysiadamy? – Cichy głos wyrwał mnie z odrętwienia.

Spojrzałam w niebieskie oczy mojego trzyletniego synka – jedyną rzecz, której ewidentnie nie odziedziczył po ojcu – i mocno ścisnęłam jego drobną dłoń. Kątem oka zerknęłam na monitor wiszący nad drzwiami, by sprawdzić nazwę przystanku.

– Tak, kochanie, wysiadamy.

Na dźwiękowy sygnał zwiastujący zamknięcie drzwi poderwałam się szybko z miejsca i pociągnęłam za sobą Theo, na co ten zaniósł się radosnym śmiechem. Dla niego była to wspaniała zabawa, a dla mnie – kolejny objaw całkowitego roztargnienia.

Po opuszczeniu stacji metra szłam bezwiednie przed siebie. Przytłoczona ciężarem własnych myśli, zupełnie nie zwracałam uwagi na otoczenie. Wtopiłam się w londyński tłum, dopóki nagle nie poczułam mocnego, gwałtownego szarpnięcia. Palce synka zacisnęły się kurczowo na mojej dłoni. Spojrzałam w dół. Theo stał sztywno jak posąg, a jego twarz momentalnie zbladła. Nie rozumiałam, co się dzieje. Uniosłam wzrok i rozejrzałam się przytomniej po okolicy. Staliśmy w samym sercu ogrodów królewskich, a wokół nas rozciągała się gęsta, soczysta zieleń. Lekko szumiące korony drzew poruszały się pod wpływem ciepłego, letniego wiatru, niosąc ze sobą przyjemny zapach kolorowych kwiatów z pobliskich krzewów.

– Theo, co się dzieje? – zapytałam zaniepokojona, kucając przy nim.

– Mamo… – wyjęczał drżącym głosem.

Podążyłam za jego przerażonym wzrokiem. Patrzył wprost na fontannę, która radośnie wystrzeliwała w górę strumienie wody, skrzące się w jasnych promieniach słońca.

– Kochanie…

– Mamo! Mamooo! On tu biegnie! – wrzasnął nagle, a w jego panicznie rozszerzonych oczach stanęły wielkie łzy.

Uklękłam bezpośrednio przed synem, dłońmi łapiąc jego pyzate, miękkie policzki, by skupił na mnie całą uwagę i choć trochę się uspokoił. Na marne.

– Theo! Błagam, co się dzieje?

Jego dolna warga drżała z przerażenia. Jedyne, co był w stanie w tym szoku zrobić, to unieść trzęsącą się rączkę i wskazać palcem w kierunku tryskającej wody. Odwróciłam głowę i momentalnie zamarłam. Prosto na nas, z wywieszonym językiem i pełną prędkością, pędził wielki, długowłosy owczarek niemiecki. Nim zdołałam jakkolwiek zareagować, pies wpadł na mnie z impetem i powalił prosto na parkową alejkę.

Energicznie merdając ogonem, zaczął lizać moją twarz chropowatym, mokrym jęzorem. Żeby nie pogłębiać paniki Theo, stłumiłam cisnący się na usta krzyk i natychmiast zaczęłam udawać, że to świetna zabawa. Zawołałam do futrzaka wesołym, piskliwym głosem i targałam go za uszy, na co zareagował czystym szaleństwem, skacząc wokół mnie jak opętany.

– Dobrze, już dobrze – parsknęłam śmiechem, siadając na ziemi i lekko odpychając od siebie wielkie łapy zwierzaka. – Gdzie twój pan, wielkoludzie?

Owczarek odpowiedział głośnym, radosnym szczekaniem, a Theo, widząc moją rozbawioną minę, w końcu wypuścił zablokowane w płucach powietrze.

– Mamusiu, nic ci nie jest? – zapytał cicho.

Zamiast strachu, w jego oczach pojawiła się nagle czysta ciekawość. Przyklęknął ostrożnie obok i niepewnie wyciągnął rączkę. Po chwili delikatnie pogładził gęstą sierść owczarka, wpatrując się w niego ze skupieniem. Ta reakcja kompletnie mnie zaskoczyła. Od czasu pewnej feralnej przygody w przeszłości, syn panicznie bał się obcych psów i omijał je szerokim łukiem, czując przed nimi ogromny respekt. Teraz z zapartym tchem obserwowałam, jak bez cienia strachu drapie olbrzyma za uszami.

Pies usiadł spokojnie na tylnych łapach i całkowicie poddał się tym dziecięcym pieszczotom. Tkwiliśmy tak we troje na środku ścieżki – oni zafascynowani sobą nawzajem, a ja w głębokim szoku, przyglądając się tej scenie z niedowierzaniem. Nagle z oddali dobiegł nas podniesiony, skrajnie zirytowany głos.

– Max! Max, do cholery, gdzie ty znowu jesteś?!

Wilczur szczeknął krótko i zastrzygł uszami, gdy zza gęstych krzaków wyłonił się postawny nieznajomy. Miał na sobie luźne, szare dresy i mocno rozciągniętą koszulkę, na której wyraźnie odznaczały się świeże ślady psich łap. Głęboko naciągnięta na oczy czapka z daszkiem rzucała ciemny cień na jego twarz, skutecznie ukrywając przed światem rysy. Wściekły i zasapany ruszył w naszym kierunku.

– Max! – Klasnął z impetem dłonią w udo. – Chodź tu natychmiast, durny psie!

Owczarek na ten dźwięk zerwał się z miejsca, ale zamiast podejść, pognał w przeciwnym kierunku. Najwyraźniej uznał złość właściciela za kolejny etap genialnej zabawy.

– Max! Ty stary capie, nie będę cię gonił po całym parku! Słyszysz?! – wrzasnął facet.

Zwierzak ani myślał odpuścić, a ta jawna opryskliwość właściciela momentalnie podniosła mi ciśnienie. Ponieważ rzadko kiedy potrafiłam ugryźć się w język, postanowiłam interweniować prosto z ziemi, otrzepując dłonie z parkowego piasku.

– Jakbyś odzywał się do niego milszym tonem, to może by cię słuchał – rzuciłam wyjątkowo zjadliwie.

Dopiero wtedy nieznajomy dostrzegł moją obecność. Uniósł lekko podbródek, odsłaniając nieco twarz spod daszka, i zmierzył mnie morderczym wzrokiem. Wiedziałam, że zaraz się zacznie…

Rozdział 2

James

Leżałem wygodnie na brzuchu z poduszką naciągniętą na głowę, gdy poczułem na plecach znajomy ciężar. Wydawało mi się, że dopiero co przymknąłem powieki po koszmarnej nocy, a ten wredny dupek już bezczelnie upomniał się o uwagę. Rozłożył swoje blisko dziewięćdziesięciofuntowe, włochate cielsko prosto na mnie, skutecznie wybijając mi z głowy resztki snu.

– Spadaj, Max – wymruczałem w materac, bezskutecznie próbując go zepchnąć wolną ręką.

Byłem wykończony po jedenastogodzinnej podróży z Los Angeles do Londynu, i jedyne, o czym marzyłem, to święty spokój i nieprzerwany sen. Sytuacja, w której się znalazłem, w ogóle nie napawała optymizmem. Nadchodzące dni zapowiadały się jak prawdziwe piekło – czekała mnie konfrontacja z kobietą, której miałem już serdecznie dość. Wszystko układało się rewelacyjnie, dopóki ta bezduszna harpia nie wdarła się przebojem w moją codzienność, wywracając ją do góry nogami. Chciała zaistnieć moim kosztem, co zresztą jej się znakomicie udało. Jak to ujął mój przyjaciel: „Nędzna, podrzędna gwiazdeczka, która równie dobrze swoją karierę mogła rozkręcić w tanich filmach porno”. Szkoda tylko, że tak późno przejrzałem na oczy i zdałem sobie sprawę, z kim mam do czynienia. No nic, czasu nie cofnę. Na domiar złego hieny z brukowców tylko czekały na ten skandal. Chociaż zawsze chorobliwie chroniłem swoją prywatność, tym razem nie miałem najmniejszych szans na ucieczkę przed blaskiem fleszy.

Sierściuch nie dawał za wygraną, natarczywie domagając się mojej uwagi. Chwycił zębami za rękaw T-shirtu i zaczął go szarpać. Ustąpiłem. Obróciłem się ciężko na plecy i uniosłem kołdrę, by mógł wślizgnąć się na miejsce obok. Zadowolony z wygranej ułożył się wygodnie, zamerdał ogonem i oparł pysk na mojej klatce piersiowej. Wpatrywał się we mnie wyczekująco wielkimi, brązowymi ślepiami.

– Czego znowu chcesz, co? – wychrypiałem zaspanym głosem, mierzwiąc jego klapnięte uszy. – Tylko mi nie mów, że musimy iść na spacer.

Max zaszczekał krótko i głośno, jakby idealnie zrozumiał pytanie. Zaparł się na mnie przednimi łapami, uniósł włochaty zadek i zaczął intensywnie machać ogonem.

– Rozumiem, że to oznacza jednoznacznie „nie”. – Przekręciłem głowę w jego stronę i spojrzałem na niego, bezradnie błagając o litość. – Pięć minut? Chociaż pięć minut?– negocjowałem.

W ramach buntu przeciwko moim warunkom, Max znowu chwycił w zęby moją koszulkę i zaczął ją agresywnie ciągnąć.

– Dobra, już dobra! Puść to, daj mi chwilę.

Uradowany zeskoczył natychmiast z łóżka i zaczął kręcić szalone kółka po hotelowym pokoju. Złapał w pysk smycz, usiadł sztywno pod drzwiami i bacznie obserwował każdy mój ruch, żeby upewnić się, że znowu nie zasypiam.

Zwlokłem się z materaca. Chwyciłem pierwsze z brzegu dresowe spodnie i naciągnąłem je szybko na tyłek. Spojrzałem na T-shirt. Był doszczętnie wymiętolony, jakby wyciągnięto go psu z gardła, ale po spacerze z Maxem i tak nie wyglądałby lepiej. Po powrocie i tak czekał mnie długi prysznic, więc nie było najmniejszego sensu szukać w walizce niczego świeżego. Wcisnąłem stopy w adidasy porzucone w nocy przy łóżku, gdy padałem na twarz ze zmęczenia. Na głowę naciągnąłem głęboko bejsbolówkę z logo ulubionej drużyny i z cichą nadzieją, że nikt mnie w tym stroju nie rozpozna, ruszyłem do wyjścia.

– Chodź, stary. Idziemy.

Po opuszczeniu hotelu ruszyliśmy w stronę Kensington Gardens. Spacerując zacienionymi alejkami, od czasu do czasu droczyłem się z psem i pozwalałem mu na krótkie, radosne sprinty po trawie. Śpiew ptaków i wszechobecna zieleń powoli pozwalały mi odgonić poranny stres.

– Co, staruszku? – zagadnąłem, gdy Max nagle uniósł łeb i spojrzał na mnie wyczekująco. – Masz ochotę pobiegać trochę luzem?

W odpowiedzi zamerdał wesoło ogonem. Usiadł grzecznie na ścieżce i czekał, aż odepnę karabińczyk. Gdy tylko usłyszał charakterystyczne kliknięcie, skoczył na mnie z wdzięczności, zostawiając na mojej piersi kolejne zakurzone ślady łap. Rzuciłem mu piłkę, a on pognał za nią jak szalony, błyskawicznie znikając między gęstymi krzewami.

Zabawa rozkręciła się na dobre, ale czerwcowy upał stawał się coraz bardziej nieznośny, a słońce paliło niemiłosiernie. Zerknąłem na zegarek. Dochodziła pierwsza po południu – najwyższa pora, by wrócić do hotelu. Wieczorem czekała mnie oficjalna kolacja z producentem i musiałem się do niej odpowiednio nastroić psychicznie.

Właśnie ruszała cała ta potężna machina promocyjna naszego najnowszego filmu, w którym miałem nieszczęście zagrać tajnego agenta. Na samo wspomnienie obsady produkcji natychmiast zrzedła mi mina, a dobry nastrój prysł jak bańka mydlana. Dlaczego los mnie pokarał, obsadzając Kaylę – moją byłą, wspomnianą wyżej harpię – w głównej roli? Nie dość, że musieliśmy przez długie miesiące udawać wielką miłość na planie, to teraz, na potrzeby promocji i pod publikę, będziemy zmuszeni wcielać się w rolę najlepszych przyjaciół przed kamerami dziennikarzy. Szlag by to trafił.

Wyrwany z ponurych myśli, rozejrzałem się dookoła. Dopiero teraz dotarło do mnie, że wokół panuje podejrzana cisza i nigdzie nie widzę psa. Najwidoczniej drań wykorzystał mój moment nieuwagi i pognał przed siebie, zostawiając mnie na alejce z moimi rozterkami.

– Max! Max, do cholery, gdzie ty znowu jesteś?! – krzyknąłem, czując rosnącą irytację.

Donośne, radosne szczekanie dobiegło zza gęstych zarośli przy fontannie. Westchnąłem ciężko i ruszyłem szybkim krokiem w tamtym kierunku. Gdy tylko wyszedłem zza zakrętu na szeroką parkową alejkę, zamarłem. Zobaczyłem tego uciekiniera, który właśnie taranował jakąś kobietę na środku drogi.

– Max! – Klasnąłem ze złością dłonią w udo. – Chodź tu natychmiast, durny psie!

Owczarek, zamiast podejść posłusznie, nagle odskoczył od niej, zastrzygł uszami i pognał w przeciwnym kierunku, traktując moją wściekłość jako ciąg dalszy zabawy.

– Max! Ty stary capie, nie będę cię gonił po całym parku! Słyszysz?! – wrzasnąłem, czując, że ciśnienie niebezpiecznie mi rośnie.

Dokładnie w tym samym momencie prosto z ziemi do moich uszu dobiegł chłodny, cholernie zjadliwy kobiecy głos:

– Jakbyś odzywał się do niego milszym tonem, to może by cię słuchał.

Jedno krótkie zdanie sprawiło, że w moich żyłach w ułamku sekundy zagotowała się krew. Wściekły i zdezorientowany przeniosłem wzrok na dziewczynę siedzącą na samym środku ścieżki.

Drobna blondynka, ubrana w zwiewną sukienkę w kwiaty, hardo uniosła podbródek, nie spuszczając ze mnie wzroku. Choć jej biały materiał zdążył już zaliczyć bliskie spotkanie z ziemią i nosił wyraźne, ciemne ślady psich łap Maxa, w jej postawie nie było ani trochę pokory. Potargana grzywka wchodziła jej w duże, niesamowicie niebieskie oczy, a ona ostentacyjnie dmuchnęła w niesforne pasmo włosów.

– Słucham? – wycedziłem, zaciskając dłonie w pięści i czując, jak ciśnienie skacze mi do granic możliwości.

Rozdział 3

Megan

Poderwałam się z ziemi i ruszyłam w stronę mężczyzny, nerwowo otrzepując zabrudzony materiał sukienki. Zerknęłam w dół na świeże plamy kurzu. Dzięki ci Boże, że poranne, oficjalne spotkanie w galerii miałam już za sobą! Już wyobrażałam sobie minę kustosza, gdyby zobaczył mnie w takim wydaniu. W uszach brzmiał mi jego ironiczny głos: „Proszę państwa, oto Megan McQueen! Znana fotograf, której prace można podziwiać w naszej wspaniałej Saatchi Gallery1. Zapraszamy do oglądania!”.

Ta wizja sprawiła, że moje ciśnienie osiągnęło apogeum. Podbiegłam do faceta i bezceremonialnie dźgnęłam go palcem w pierś.

– Może zacząłbyś pilnować tego futrzaka?! Najlepiej na smyczy i z dala od ludzi!

– A skąd pewność, że nie pilnuję go odpowiednio? – zapytał, brzmiąc na autentycznie zaskoczonego moim atakiem.

– Gdybyś panował nad nim jak należy, to nie taranowałby obcych kobiet! – Wbiłam w niego ostre, oskarżycielskie spojrzenie. – I nie musiałbyś się za nim uganiać po całym parku.

Mężczyzna był ode mnie wyższy o dobrą stopę, przez co musiałam mocno zadzierać głowę. Sięgałam mu zaledwie do ramienia, co tylko potęgowało moją frustrację. Stał nieruchomo, jakby ważył moje słowa. Wkurzyłam się, bo przez cień rzucany przez daszek bejsbolówki nie widziałam jego oczu, a nienawidziłam rozmawiać w ten sposób. Zawsze wolałam jasną sytuację. Dodatkowo dół jego twarzy skrywała gęsta, ciemna broda, upodabniając go do jakiegoś gburowatego, wielkiego drwala.

Brodacz milczał, co rozwścieczyło mnie jeszcze bardziej.

– I co? Język ci odjęło?

Zamiast odpowiedzieć, odwrócił się i rozejrzał po otoczeniu. Podążyłam za jego wzrokiem. Jak na zawołanie, przy jego nodze pojawił się owczarek, który usiadł posłusznie i zaczął przyglądać się nam z dołu z niewinną miną. W tym samym momencie poczułam, jak Theo kurczowo chwyta fałdy mojej spódnicy. Objęłam synka ramieniem, uspokajając go milczącym, opiekuńczym gestem.

– I? – ponagliłam go, krzyżując ręce na piersi.

– Czy to ukryta kamera? – wyszeptał nagle, pochylając się niebezpiecznie w moją stronę. – Jakaś ustawka?

– Słucham?

– Pytam, czy to jakiś program rozrywkowy? Ktoś postanowił zrobić mi głupi żart? – Jego ton stał się śmiertelnie poważny, a w głosie usłyszałam dziwne napięcie. – Ktoś ci zapłacił, żebyś na mnie naskoczyła?

– Ty tak poważnie? – Przerażona absurdem sytuacji wbiłam w niego wzrok. – Czy ty jesteś psychiczny? Uciekłeś z wariatkowa, tak? Narozrabiałeś, a teraz szukasz pretekstu, żeby z tego wybrnąć?

Mężczyzna pochylił się i chwycił mnie za szczupłe ramię. Uścisnął je mocno, choć bez intencji sprawienia mi fizycznego bólu. Momentalnie uderzyła we mnie ostra, intrygująca mieszanka mocnych perfum oraz potu, którą wbrew sobie zaciągnęłam się głęboko.

– Odpowiedz! – syknął stanowczo prosto do mojego ucha.

– Masz jakąś manię prześladowczą? – zadrwiłam, próbując się wyszarpnąć z jego pułapki. – Puść mnie natychmiast!

Tego było już ewidentnie za wiele. W tym samym momencie z boku dobiegł nas zaniepokojony, kobiecy głos:

– Proszę pani? Czy ten człowiek się pani naprzykrza?

Zmrużyłam oczy, taksując brodacza wściekłym spojrzeniem. Dałam mu jasno do zrozumienia, że jeśli zaraz nie cofnie rąk, narobię rabanu na cały park. Jego uścisk momentalnie zelżał.

– Nie, wszystko w porządku – odparłam, wymuszając na ustach delikatny uśmiech w stronę przechodzącej starszej pani.

– Jest pani pewna?

– Tak, dziękuję bardzo.

Kobieta zaczęła się powoli oddalać, ale wciąż nieufnie oglądała się za siebie. Pewnie nie uwierzyła mi na słowo.

– Mamusiu. – Theo ponownie pociągnął mnie za spódnicę i schował się za moimi plecami.

Dopiero teraz zauważyłam, że jego drobne ciało całe się trzęsie z nadmiaru złych emocji, a po buzi płynął wielkie łzy. Moje serce pękło na pół. Natychmiast opadłam na kolana i ujęłam jego małe dłonie, odcinając go od reszty świata.

– Kochanie. – Kciukami delikatnie starłam łzy z jego policzków. – Nie płacz, słoneczko. Wszystko jest dobrze, mamusia jest przy tobie.

– Mamusiu, ja się bałem – wykrztusił cicho i zawstydzony spuścił głowę, pochlipując.

– Wiem, serduszko. Miałeś pełne prawo – zapewniłam go łagodnie. – Ale naprawdę nic się nie stało. – Uniosłam głowę i wbiłam lodowate spojrzenie w faceta, który wciąż nad nami górował. – Po prostu ktoś musiał TEMU panu – zaakcentowałam, wskazując brodą na właściciela owczarka – dobitnie wytłumaczyć, że kompletnie nie potrafi zająć się własnym psem.

– Przepraszam – rzucił nagle nieznajomy i kucnął tuż obok nas, co wprawiło mnie w niemały szok. Taki wielki facet, a bez wahania zniżył się do naszego poziomu. Wyciągnął szeroką dłoń w kierunku malucha. – Wybaczysz mi, kolego? Nie chciałem cię wystraszyć. Podamy sobie rękę?

Syn spojrzał na mnie niepewnie, przygryzając wargę. Zgodnie z moimi naukami czekał na pozwolenie. Skinęłam mu łagodnie głową i dopiero wtedy przeniósł wzrok na bruneta.

– Dobrze, wybaczam – odparł z dziecięcym zmieszaniem.

Mężczyzna uniósł kąciki ust w szerokim, niesamowicie imponującym uśmiechu, co na moment kompletnie mnie zahipnotyzowało. Gapiłam się na jego usta o ułamek sekundy za długo, ponieważ, patrząc mi prosto w oczy, cicho i dwuznacznie odchrząknął.

– Naprawdę najmocniej przepraszam za to całe zajście – dodał cichszym, głębokim głosem, prostując się powoli. – Wybaczysz mi moje zachowanie?

– A powinnam?

– Szczerze? Sam nie wiem – przyznał z rozbrajającą, niemal chłopięcą skruchą. Ten gbur zmieniał się w oczach.

– Coś panu powiem, panie…

– Will – przerwał mi, zawisając na sekundę spojrzeniem na mojej twarzy. – Mam na imię William.

– Megan – rzuciłam, podając mu dłoń.

– Miło cię poznać, Megan. – Delikatnie ujął moje palce i przyciągnął je do swoich ust, by złożyć na wierzchu dłoni szarmancki, staroświecki pocałunek. Oniemiałam z wrażenia. Zwłaszcza że facet miał na sobie wyciągnięte dresy i spraną koszulkę w ślady psich łap. Kontrast był niesamowity.

– Widzę, że jednak potrafisz zachować się z klasą.

Spiął się zauważalnie, a w jego sylwetce znów pojawił się ten dziwny dystans.

– A wcześniej jej brakowało?

– Po takim popisie? – Nakreśliłam palcem wskazującym okrąg w powietrzu, wskazując na miejsce naszej niedawnej awantury.

– No tak, miałaś pełne prawo tak pomyśleć. – Zakłopotany potarł kark. – Głupio wyszło, fakt.

– Nie przejmuj się. – Wzruszyłam ramionami, czując, że cała złość zupełnie ze mnie wyparowała. – Zdarza się najlepszym.

– Miło, że stawiasz sprawę w ten sposób. Ale właściwie… czemu aż tak na mnie naskoczyłaś?

– Nie toleruję, gdy ktoś źle traktuje zwierzęta – oświadczyłam stanowczo.

– Czekaj. Ty uważasz, że ta łachudra – wskazał na zadowolonego owczarka – ma ze mną źle?

– A nie? Krzyczałeś na niego od samego wejścia.

– Oczywiście, że nie! – żachnął się, niemal z oburzeniem. – To mój najlepszy przyjaciel. Naprawdę myślisz, że mógłbym zrobić mu krzywdę? – Skrzyżował mocne ramiona na piersi i spojrzał na mnie z góry. – No? Jak uważasz?

Przyjrzałam się psu, który teraz niemal uśmiechał się, siedząc przy jego nodze.

– W takim razie… chyba to ja powinnam powiedzieć „przepraszam” – wyszeptałam, a moje policzki natychmiast zalały się rumieńcem.

Mierzył mnie wzrokiem w ciszy, a pod wpływem tego intensywnego, ukrytego pod daszkiem spojrzenia nagle zrobiło mi się niesamowicie gorąco. Doskonale widział moją kapitulację. Zmieszana spuściłam głowę i założyłam niesforne pasmo włosów za ucho.

– Jeżeli tak wyglądają przeprosiny w twoim wykonaniu, to z chęcią je przyjmuję – zaśmiał się cicho, a ja nie miałam pojęcia, co ze sobą uczynić.

Zerknęłam na zegarek na nadgarstku. Minęła pierwsza, a przecież byłam umówiona z siostrą, która lada moment kończyła dyżur w szpitalu.

– Theo, kochanie, zbieramy się – zawołałam.

– Ale mamo, ja nie chcę! – Oburzył się nagle malec i jeszcze mocniej wtulił w puszyste futro owczarka.

– Nie wierzę… – Odetchnęłam ciężko, unosząc wzrok ku niebu w niemym błaganiu o cierpliwość.

– Coś nie tak? – zainteresował się Will.

– Chodzi o to, że mój syn normalnie panicznie boi się psów. Omija je szerokim łukiem. A tutaj? Tylko na nich popatrz. – Wskazałam na młodego, który właśnie próbował siłować się ze zwierzakiem na trawie.

– Taaa, Max ma niesamowite podejście do dzieci, więc wcale mnie to nie dziwi – odparł, po czym złożył dramatycznie dłonie i udał śmiertelnie zmartwionego. – No cóż… W takim układzie nie mam wyjścia. Będę musiał ukraść ci dzieciaka.

– Słucham?! – Uniosłam brew, z trudem walcząc z cisnącym się na usta uśmiechem. – Ostrzegam, że będę bronić go jak lwica.

Will uniósł ręce w obronnym geście, zanosząc się szczerym śmiechem.

– Żartowałem, oddychaj… Ale spójrz na nich. – Skinął na bawiącą się dwójkę. – Masz serce przerwać im tę sielankę?

– Serca może i nie mam, ale obowiązki owszem – westchnęłam i podeszłam bliżej syna. – Theo… Naprawdę musimy iść. Ciocia Eve zaraz wyjdzie ze szpitala i będzie się martwić, a tego byśmy nie chcieli, prawda? No, daj rączkę.

Gwałtownie pokręcił głową, a jego brązowe loki – tak uderzająco podobne do tych Taylora – zafalowały wokół buzi.

– Nie, mamusiu. Chodźmy.

Theo pogłaskał psinę czule pomiędzy uszami, a zwierzak przyglądał się mu, uroczo przekręcając łeb. Komunikowali się bez słów, jakby połączyła ich jakaś niewidzialna więź. Nie miałam pojęcia, skąd się to wzięło i co szczególnego miał w sobie ten pies, że mój syn całkowicie zapomniał o swojej traumie. Pokręciłam głową z niedowierzaniem.

– Megan, przepraszam cię najmocniej, ale zauważyłem, że twoja sukienka ucierpiała przez Maxa – oznajmił nagle Will, wyrywając mnie z zadumy i wskazując dłonią na uwalony piachem materiał na moich biodrach.

Zerknęłam przez ramię. Faktycznie, tył spódnicy był mocno zabrudzony, a na jasnej tkaninie odznaczały się ślady psich łap. Wyglądałam, jakbym przed chwilą pełzła po parkowej rabatce.

– To nic takiego – odparłam. – Dam sobie radę.

– Aż mi głupio z tego powodu – podkreślił, wyraźnie zmieszany. Wskazał kciukiem w kierunku wyjścia z parku. – Zatrzymałem się w hotelu tuż obok. Może chciałbyś wejść i doprowadzić się do porządku?

– Dziękuję za propozycję, ale naprawdę nie trzeba – zapewniłam z uśmiechem.

Chwyciłam małego za rękę i ruszyłam przed siebie. Will przypiął owczarkowi smycz, po czym szybko zrównał ze mną krok.

– Skoro idziemy w tym samym kierunku, odprowadzę was kawałek – oświadczył z serdecznym błyskiem w oku.

Szedł ramię w ramię ze mną, a jego bliskość zaczynała mnie odrobinę krępować. On jednak zdawał się być skupiony na czymś innym.

– Słuchaj, naprawdę jest mi głupio przez całą tę sytuację. Może chociaż wejdziemy do jakiegoś sklepu po drodze? Odkupię ci sukienkę. Tak dla czystego sumienia.

Stanęłam jak wryta i spojrzałam mu prosto w twarz.

– Chcesz mi kupić sukienkę? Stroisz sobie żarty?

– Nie. Dlaczego tak uważasz?

– Wypiorę tę i będzie jak nowa – ucięłam, wskazując na ubranie.

Powiódł wzrokiem za moją dłonią, przy okazji mimowolnie omiatając spojrzeniem moją sylwetkę.

– Dziękuję, ale to zbyteczny gest – odparłam chłodniej.

Nie należałam do kobiet, na których drogie prezenty robią wrażenie. Zwłaszcza tutaj, w pobliżu Kensington, gdzie mijało się wyłącznie luksusowe butiki, w których ceny ubrań zwalały z nóg. Nie zamierzałam być dłużna ledwo co poznanemu mężczyźnie.

– Do widzenia, Williamie – rzuciłam na pożegnanie i odeszłam szybkim krokiem, nie czekając na jego reakcję. Moje myśli natychmiast zdominowało to jedno, skrajnie dziwaczne spotkanie.

Rozdział 4

James

Dwadzieścia minut później, kiedy wchodziłem do hotelowego apartamentu, nadal odtwarzałem w głowie to dziwne zajście z parku. Dopiero znajomy dźwięk oderwał mnie od rozważań. Z konsternacją zacząłem rozglądać się za komórką. Gdy sygnał ucichł, zlokalizowałem ją pod łóżkiem – musiała spaść mi w nocy.

Na ekranie wyświetliło się dwanaście nieodebranych połączeń: trzy od producenta, osiem od Alex – mojej menedżerki, a zarazem przyjaciółki – oraz jedno z numeru, na którego widok mocno zmarszczyłem czoło. Czego ona znowu chciała? Postanowiłem zignorować próbę kontaktu ze strony eks i wybrałem numer agentki. Odebrała po dwóch sygnałach.

– No w końcu! – krzyknęła mi do ucha. – Ile można do ciebie dzwonić?!

– Tyle, ile będzie trzeba? – odparłem, byle tylko podnieść jej ciśnienie. Uwielbiałem się z nią droczyć.

– Dupek! – podsumowała krótko.

– Co tam? Pali się? Dlaczego tak wydzwaniałaś?

– Chciałam sprawdzić, czy wszystko u ciebie w porządku.

– Booo? – zapytałem przeciągle.

– A tak po prostu.

– Dlaczego ci nie wierzę?

Po drugiej stronie zapanowała głucha cisza. Tkwiłem z telefonem przy uchu, a zniecierpliwienie zaczęło brać górę.

– Kayla pobiła się z Martinezem – oznajmiła w końcu, ciężko wzdychając. – A właściwie to on ją uderzył.

Aż jęknąłem, a w mojej głowie natychmiast zapaliła się czerwona lampka. W końcu ta ostatnia próba kontaktu była właśnie od mojej byłej, a teraz zacząłem się poważnie zastanawiać, po co tak właściwie do mnie dzwoniła.

Poddałem się. Z telefonem przy uchu runąłem wygodnie na łóżku i wbiłem wzrok w sufit. Max znakomicie wyczuł ogarniającą mnie irytację, ponieważ zaraz znalazł się obok. Położył pysk na mojej piersi i wbił we mnie swoje brązowe ślepia.

– Wiesz, że machina promocyjna ruszyła – zaczęła po chwili Alex. – I doskonale wiesz, że paparazzi będą łazić za wami krok w krok.

– Co mnie jeszcze spotka przez tę niewdzięczną harpię?! – warknąłem.

– Rozumiem twoje wzburzenie, Collins. Jesteś moim przyjacielem i zawsze będę stać za tobą murem, ale teraz musimy mieć się na baczności. Masz pojęcie, jakie gówno wybuchnie, gdy pismaki namierzą Kaylę z podbitym okiem? Zwłaszcza że oficjalnie wciąż jesteście razem?

– Kurwa! – Wściekły cisnąłem poduszką przez pokój. – To może w końcu ogłośmy, że to koniec? Że się rozstaliśmy? – rzuciłem zrezygnowany.

– Nie, w tym momencie nie możemy tego zrobić. Producenci urwą nam głowy. Dobrze wiesz, że zainteresowanie filmem opiera się na waszym romansie. Ta drama nakręca całą promocję.

– Masz rację, niestety – westchnąłem, czując kompletną bezsilność.

W głowie znowu zakotłowało się od wspomnień. Kaylę poznałem na jednej z hollywoodzkich imprez. Nie powiem, zawróciła mi w głowie, i to ostro. Moja kariera akurat wtedy eksplodowała – wystarczyła jedna megaprodukcja, w której skradłem show, a potem propozycje same pukały do drzwi. Tyle że w pakiecie ze sławą dostałem też ją – jebaną wschodzącą gwiazdkę. Trzy i pół roku sielanki. I kiedy myślałem, że znalazłem kobietę życia, z którą się ustatkuję, ona wywinęła mi najbardziej perfidny numer z możliwych. Przespała się z moim najlepszym kumplem. To był ostateczny gwóźdź do trumny. Do dziś miałem przed oczami scenę niczym z marnego porno.

Gdy wróciłem z Vancouver dwa dni wcześniej, niż planowałem, pierwszym, co rzuciło mi się w oczy po przekroczeniu progu, były rozrzucone wszędzie ubrania. Idąc tym tropem w stronę basenu, zastałem widok, który ściął mnie z nóg. Tych dwoje, jak gdyby nigdy nic, pieprzyło się w jacuzzi jak wygłodniałe zwierzęta. Kayla, wypięta, z zamkniętymi oczami, jęczała donośnie, nie mając pojęcia, że stoję tuż obok i na nich patrzę. Za to Oliver, gdy tylko złapał mój wzrok, zaczął rżnąć ją jeszcze mocniej. Z bezczelnym uśmiechem brał ją od tyłu, ciągnąc za włosy i zostawiając na jej skórze czerwone ślady po uderzeniach dłoni.

Musiało jej się to podobać.

Pamiętam, że w tamtym momencie w gardle stanęła mi żółć. Chciałem zatłuc ich oboje za to upokorzenie, na szczęście opamiętałem się w porę – uznałem, że ta suka nie jest tego warta. Gdy Oliver szczytował, bez mrugnięcia okiem rzucił prosto w moją twarz: „To dla ciebie, przyjacielu”.

Ktoś mógłby uznać mnie za wariata, ale paradoksalnie nie miałem do niego żalu. Otworzył mi oczy i pokazał, ile naprawdę była warta miłość tej kobiety. I pomyśleć, że na zbliżającej się premierze miałem zamiar poprosić ją o rękę.

– James, jesteś tam? – Głos Alex w słuchawce wyrwał mnie z tego koszmaru.

– Tak, jestem. Przepraszam, odpłynąłem na chwilę.

– Wiem, że to dla ciebie bardzo trudna sytuacja, ale musimy przez to jakoś przebrnąć, James – kontynuowała Alex łagodniejszym tonem. – Musisz to wszystko przetrawić i poukładać sobie w głowie przed wieczornym spotkaniem z producentem i autorkami. Dlatego wolałam cię uprzedzić.

Westchnąłem ciężko. Jeszcze nic na dobre się nie zaczęło, a ja już miałem serdecznie dość.

– Dziękuję, Alex. Doceniam to.

– Widzimy się w Four Seasons?

– Tak, spotkamy się na miejscu. Do zobaczenia – pożegnałem się i zakończyłem połączenie.

Odrzuciłem komórkę na materac, czując, jak dociera do mnie fala potwornego zmęczenia. Najchętniej w tej właśnie chwili odciąłbym się od całego świata.

Myślami uciekłem do rodzinnego domu. Postanowiłem, że gdy tylko skończy się to całe promocyjne gówno, zaszyję się tam na jakiś czas. Potrzebowałem odetchnąć od Los Angeles, wiecznych imprez i toksycznych ludzi. W gronie najbliższych mogłem liczyć na upragnioną ciszę i spokój. Będę bawił się z bratankami, a z braćmi rozegram partyjkę golfa na pobliskim polu. Może wyskoczymy razem na kilkudniowy biwak, tak jak robiliśmy to z ojcem, gdy byliśmy dziećmi? Kto wie, może nawet sam tata da się skusić na nockę pod namiotem. Na tę myśl na mojej twarzy w końcu zagościł szczery uśmiech.

Będę musiał poważnie pogadać z Alex, żeby przez najbliższe miesiące nie kontraktowała dla mnie żadnych nowych zleceń.

Rozdział 5

Megan

– Kubuś Puchatek powiedział do Tygryska… – urwałam, słysząc ciche westchnienie.

Skierowałam wzrok na zarumienione policzki malca i delikatnie odgarnęłam jego jasnobrązowe loki, które przysłaniały pyzatą buzię. Theo spał spokojnie, wtulony w moją pierś. Drobne palce zacisnął w piąstkę, trzymając kurczowo za materiał bluzki.

W końcu odetchnęłam z ulgą.

To był niesamowicie długi i trudny dzień. Mogłam nawet śmiało stwierdzić, że to jeden z tych, kiedy od samego rana nie powinno się wyściubiać nosa spod kołdry. Całe szczęście, że coś mnie podkusiło, by wyruszyć do Londynu znacznie wcześniej niż zwykle. Pierwszy problem pojawił się tuż po tym, jak zapięłam syna w foteliku samochodowym i wsiadłam za kierownicę. Gdy przekręciłam kluczyk w stacyjce, silnik ani drgnął. Zerknęłam na wskaźnik poziomu paliwa i natychmiast skarciłam się w myślach – kompletnie zapomniałam zatankować.

Wiedziałam, że tylko spokój mógł mnie uratować. Złapałam młodego pod pachę i niczym gnana przez stado bawołów pognałam na stację podmiejskiej kolejki. Dopiero z wagonu pociągu, starając się opanować oddech, zadzwoniłam do dyrektora galerii, by uprzedzić o prawdopodobnym spóźnieniu. Mimo godzinnego poślizgu dotarłam na miejsce i w końcu mogliśmy omówić szczegóły nadchodzącego wydarzenia.

Saatchi Gallery planowała wystawy artystów ze sporym wyprzedzeniem, więc gdy Christopher, dyrektor placówki, oznajmił, że pragnie znowu pokazać światu moje fotografie, nie potrafiłam ukryć radości. Ta współpraca nie tylko miała zasilić moje konto bankowe o kilka kolejnych zer, ale przede wszystkim dawała ludziom szansę, by podziwiali to, co kocham najbardziej – moje prace.

W przeciwieństwie do mojego trzydziestopięcioletniego brata, który jako wolny strzelec pracował na zlecenie gazet, ja posiadałam własne studio fotograficzne. Nienawidziłam bezczelnie wchodzić z butami w cudzą prywatność, dlatego karierę zaczynałam skromnie – od drobnych zleceń i sesji rodzinnych. Początkowo robiłam zdjęcia przyjaciołom oraz ich znajomym, ponieważ był to najlepszy sposób na zdobycie doświadczenia.

Wiedza nabyta w szkole nie zawsze gwarantowała sukces, czego najlepszym przykładem byli moi znajomi z roku. Choć tak jak ja ukończyli wydział sztuk pięknych, obecnie zajmowali się zupełnie czymś innym. To tylko potwierdzało, że papier prestiżowej uczelni nie robił z nikogo profesjonalisty. Prawdziwy talent musiał iść prosto z serca oraz pasji, bo inaczej na nic zdawało się całe wykształcenie.

Osobiście uwielbiałam tę krótką chwilę, gdy z zapartym tchem czekałam na zwolnienie migawki. Na to jedno kliknięcie, które na zawsze uwieczniało dany ułamek sekundy. W myślach często wracałam do słów jednego z wielkich mistrzów fotografii, Henriego Cartiera-Bressona:

„Kiedy robisz zdjęcie, pojawia się ten kreatywny ułamek sekundy. Oko musi dostrzec kompozycję lub ekspresję, którą przynosi samo życie, a ty musisz użyć intuicji, aby nacisnąć migawkę w odpowiednim momencie, o! Ten jeden moment! Kiedy go przegapisz, zniknie na zawsze”.

I tego wiernie się trzymałam. Robiłam to, co kochałam, a na dodatek byłam w stanie godnie się z tego utrzymać. Wiedziałam, że nie każdy miał tyle szczęścia.

Odłożyłam na stolik nocny trzymaną w ręku bajkę. Poprawiłam kocyk, szczelnie otulając nim synka, i opadłam wygodnie na poduszki. Przez chwilę obserwowałam małego, sprawdzając, czy się nie wybudzi.

Nic. Spał twardo.

Cicho zamknęłam za sobą drzwi gościnnej sypialni mojej siostry. Gdy zeszłam po schodach, udałam się bezpośrednio do salonu, gdzie moi gospodarze oglądali właśnie telewizję. Starsza o siedem lat Eve, siedząc w objęciach męża, uniosła głowę na mój widok.

– Śpi? – zapytała szeptem.

– Tak, padł na dobre.

– Chodź, siadaj z nami. – Oderwała się od Paula i poklepała wolną przestrzeń na kanapie.

– Dzięki – odparłam, moszcząc się w jej głębi.

Na kolanach ułożyłam miękką poduchę i mocno się w nią wtuliłam. Potrzebowałam ciepła. Brakowało mi tego, co miała moja siostra. Nie żebym jej zazdrościła, ale w takich chwilach wspomnienie o Taylorze wracało ze zdwojoną siłą.

Eve, widząc moją posępną minę, natychmiast złapała mnie za dłoń.

– Co się dzieje, Meg?

– Nic – odparłam zdecydowanie za szybko i od razu dałam sobie mentalnego kopa.

Paul doskonale wiedział, na co się zanosi. Błyskawicznie poderwał się z miejsca, zabrał ze stolika butelkę piwa i ruszył w stronę wyjścia.

– Moje drogie panie, nie będę wam przeszkadzał – rzucił tylko przez ramię, dając nam przestrzeń na babskie rozmowy.

– Nie przeszkadzasz, Paul. Zostań z nami! – Próbowałam go zatrzymać.

Może to i samolubne, ale za wszelką cenę chciałam uniknąć sytuacji sam na sam z siostrą. Doskonale wiedziałam, że Eve natychmiast zacznie mnie maglować o moje nędzne samopoczucie. Paul jednak tylko pomachał mi z uśmiechem i zniknął w korytarzu.

– Nie wygląda na to, żebyś myślała o niczym. Gadaj! – ponagliła, przyglądając się mojej twarz ze zmartwieniem. – Jeżeli ułatwi ci to sprawę, przygotowałam wino, deskę serów i krakersy, a w zamrażarce czeka litr lodów czekoladowych… – wyliczała, wskazując na zastawiony stolik. – A teraz mów.

Poddałam się. Opadłam na miękkie oparcie i zamknęłam powieki, chwytając głęboki oddech. Wiedziałam, że mam przekichane. Eve odczekała chwilę, dając mi czas na zebranie myśli.

– Co chcesz wiedzieć? – zapytałam siostrę.

– Wszystko. Co cię tak naprawdę gryzie? Czy ma to związek z rocznicą śmierci Taylora?

Przytaknęłam tylko, po czym słowa same zaczęły się ze mnie wylewać:

– Przez nią mam totalny mętlik w głowie, wiesz? – urwałam na moment, by zapanować nad drżeniem głosu. – To po prostu jeden z tych dni, kiedy potwornie mi go brakuje – westchnęłam z przygnębieniem, a pod powiekami stanęły mi łzy. – Coraz częściej zadręczam się pytaniami: co dalej? Nie boję się o pieniądze. Jesteśmy z Theo dobrze zabezpieczeni, więc pod tym względem o przyszłość jestem spokojna.

– Ale?

– Ale mam wielki żal do Boga, że nam go odebrał. Boli mnie, że Theo musi wychowywać się bez ojca. Kto da mu męski przykład? Kto nauczy go gry w piłkę, jazdy na rowerze, majsterkowania? Tych wszystkich rzeczy, które powinien pokazać mu tata? – Spuściłam głowę, niemal dusząc się własnym głosem. – Przytłacza mnie świadomość, że bez Taylora straciłam cząstkę siebie. I że ona już nigdy nie wróci. Tak bardzo mi go brak… – wyszeptałam.

Czułam, jak po policzku spływa mi pierwsza gorąca łza, a zaraz za nią kolejne.

– Jezu, Megan… – Eve zakleszczyła mnie w czułym uścisku i pogładziła po włosach. – Przepraszam. Nie miałam pojęcia… – urwała, bo głos uwiązł jej w gardle.

– Skąd miałaś wiedzieć, Eve? Nie jesteś jasnowidzem.

– Nie, nie jestem. Ale wciąż jestem twoją starszą siostrą i powinnam się domyślić – dodała z wyraźnym poczuciem winy. Ujęła moją dłoń i ścisnęła ją krótko. – Wiesz, że nie musisz przede mną niczego ukrywać, prawda?

– Wiem. – Uśmiechnęłam się przez łzy.

Eve doskonale rozumiała, że potrzebuję chwili dla siebie, by w myślach poużalać się nad sobą i poukładać to wszystko na nowo. Nigdy nie należałam do wylewnych osób. Nie lubiłam zrzucać na czyjeś barki własnych problemów. Po co inni mieli zadręczać się moimi rozterkami? Nawet jeśli były to najbliższe mi osoby.

Siostra nie naciskała. Bez słowa podsunęła mi pod nos kieliszek schłodzonego wina.

Rozdział 6

James

Sterczałem przed lustrem, przyglądając się swojemu odbiciu. To, co w nim widziałem, nie do końca odpowiadało standardom gwiazdy Hollywood. Rzuciłem okiem na szeroką pierś i resztę nagiej sylwetki. Ostatnie rewelacje ufundowane przez moją byłą poskutkowały sporym spadkiem wagi. Pod oczami miałem wielkie, szare cienie wywołane zmęczeniem, a gęsta broda kręciła się dosłownie w każdą stronę. Czarne, zdecydowanie przydługie włosy układały się w niesforne fale. Przeczesałem dłońmi czuprynę, poskramiając ją palcami w tył, po czym zacząłem wkładać wcześniej przyszykowane ubrania.

Naciągałem jeansy, a na górę założyłem zwiewną, a zarazem elegancką koszulę, której rękawy swobodnie podwinąłem do łokci. Dopełniając komplet wyjściowy, zapiąłem na nadgarstku jeden z ulubionych zegarków i skończyłem wiązać skórzane buty. Max w ciszy przyglądał się każdemu mojemu ruchowi. Po raz ostatni rzuciłem okiem w stronę lustra, wyprostowałem się i poprawiłem klamrę paska. Byłem gotowy do wyjścia.

Pół godziny później dotarłem pod londyński hotel Four Season. To tutaj z resztą ekipy mieliśmy spędzić wieczór, świętując zakończenie zdjęć i nadchodzącą premierę. Pomysł ten od samego początku średnio mi się podobał.

Stojąc przed wejściem, zmarszczyłem czoło i zacząłem się zastanawiać, czy Kayla z Oliverem w ogóle zaszczycą nas swoją obecnością. Byłem cholernie ciekawy, jaki obrót przybrały sprawy w ich toksycznym związku, ale sam nie miałem najmniejszego zamiaru babrać się w tym gównie. Oboje bardzo dobrze wiedzieli, na co się piszą.

Zirytowany pchnąłem szklane drzwi i wszedłem do restauracji z mocnym postanowieniem, że nie pozwolę zrobić z siebie idioty w tym całym cyrku. Skierowałem się prosto ku ślicznej, rudowłosej dziewczynie z mnóstwem drobnych piegów na nosie, która stała za pulpitem recepcyjnym.

– Dobry wieczór – powitała mnie uprzejmie. – Czym mogę panu służyć?

Może to i przykre, ale słysząc jej słowa, pomyślałem tylko: „Dobij mnie!”. Szybko jednak przywdziałem maskę uprzejmości.

– Dobry wieczór. Stolik zarezerwowany na nazwisko Springer – poinformowałem.

– Ach, tak. Reszta gości już na pana czeka. Proszę za mną – odparła, kierując się w głąb lokalu.

Szła przodem, kusząco kręcąc biodrami, co oczywiście nie umknęło mojej uwadze. Ciekawe, czy robiła to nieświadomie, czy z pełną premedytacją? W pewnym momencie zatrzymała się i wskazała dłonią kameralną strefę.

Wewnątrz panował bardzo intymny klimat. Przestrzeń rozświetlał delikatny blask świec oraz kryształowy żyrandol wiszący bezpośrednio nad okrągłym blatem. Siedziały tam zaledwie cztery osoby. Na ten widok odetchnąłem z ulgą.

W pierwszej kolejności skierowałem się ku dwóm sympatycznym kobietom – autorkom powieści, na której podstawie nakręciliśmy film Na celowniku. Uwielbiałem ten duet. Emily Adams i Lexi Madison były niesamowicie życzliwe i na swój sposób pozytywnie postrzelone. Na co dzień zarażały całą ekipę niebywałą energią; to dzięki nim na planie panowała świetna atmosfera, a wygłupom nie było końca. Gdy podszedłem bliżej, Emily pierwsza zerwała się z krzesła, by się ze mną przywitać, a tuż za jej przykładem poszła Lexi.

– Cześć, gwiazdeczki – przywitałem się, obrzucając wzrokiem ich eleganckie sukienki. – Cudownie wyglądacie! Zresztą jak zawsze – stwierdziłem, całując Emily w policzek.

– A ty jak zawsze szarmancki – podsumowała Lexi.

– Oczywiście! Wątpisz w to, Madison? – Złożyłem na wierzchu jej dłoni lekki pocałunek, na co natychmiast oblała się rumieńcem. – Pięknie ci w tych barwach, moja droga – szepnąłem jej na ucho.

Emily, widząc reakcję przyjaciółki, zaniosła się głośnym śmiechem, czym zwróciła uwagę reszty.

– No, James, składam ukłon w twoją stronę. – Zaśmiała się. – Już dawno nie widziałam, żeby ta zołza tak się speszyła przez faceta.

– Emily! – fuknęła na nią Lexi, wyraźnie kopiąc ją pod stołem.

Położyłem dłonie na ich odkrytych ramionach, nachyliłem się i szepnąłem, stając pomiędzy nimi:

– Wiecie, jak bardzo was uwielbiam, prawda?

– Oczywiście, James! – wypaliła Lexi, przesuwając drobną dłonią po moim bujnym zaroście. – Spróbowałbyś nie.

– Swoją drogą, dawno się nie widzieliśmy – zauważyła Adams, a ja skinąłem głową.

– Od zakończenia zdjęć? – spytałem.

– Chyba tak. I przy okazji… wyglądasz jak siedem nieszczęść! – podsumowała z rozbrajającą szczerością.

– Ha! A nie mówiłam! – Ten brutalny werdykt przerwał głośny, rozbawiony głos mojej menedżerki.

Odwróciłem głowę w stronę bezczelnego parsknięcia, które doleciało od strony Alex. Przeszyłem ją morderczym spojrzeniem, po czym z wyciągniętą dłonią ruszyłem w kierunku Erica, żeby się przywitać.

– I z czego to „ha”, wredoto?! – zagaiłem, wymieniając z producentem mocny uścisk dłoni. – Cześć, stary.

– Z ciebie, krogulcu – odparła Alex, szczerząc się szeroko, gdy tylko przełknęła porcję dania, które najwyraźniej zaserwowano im tuż przed moim przybyciem.

– Oj dzieci, dzieci – przerwał Springer z rozbawieniem. – Wy dwoje chyba nigdy nie dorośniecie, co?

– Po co? Tak jest znacznie zabawniej. – Wzruszyłem ramionami, zmierzwiłem jej długie blond włosy i zająłem wolne krzesło pomiędzy producentem a moją menedżerką.

– Dokładnie! – zawtórowała Alex, patrząc mi głęboko w oczy.

Nasze spotkanie upływało w genialnej atmosferze. Swobodne rozmowy i głośne śmiechy towarzyszyły nam przez długi czas, jednak kiedy kelnerzy sprzątnęli talerze po daniach głównych, płynnie przeszliśmy do konkretów. Nadeszła chwila, w której musieliśmy dopiąć plan nadchodzących dni.

Alex podjęła temat jako pierwsza.

– Dobra, słuchajcie, reasumując to, co omówiliśmy wcześniej… – Zerknęła w terminarz na telefonie. – Na ósmą są zarezerwowane limuzyny, które zostaną podstawione pod hotele. Wy – wskazała na Erica i autorki – pojedziecie stąd, wspólnie. Natomiast ty, James… – Popatrzyła na mnie przepraszającym wzrokiem zbitego szczeniaczka. – Pojedziesz z Kaylą i Oliverem.

– Super – wymarudziłem pod nosem, co oczywiście nie umknęło niczyjej uwadze.

Towarzysze natychmiast obrzucili mnie bacznymi spojrzeniami. Siedziałem sztywno, bębniąc palcami o blat. Spojrzałem błagalnie na blondynkę po mojej prawej, a ona doskonale odczytała moje intencje. Skinęła tylko głową, dając mi zielone światło, bym w końcu wyznał prawdę.

Odchrząknąłem, by oczyścić gardło.

– Chciałbym wam coś powiedzieć na temat mojego związku z Kaylą – oznajmiłem.

– No właśnie, a gdzie ona w ogóle jest? – przerwała mi Lexi.

– Szczerze? Sam nie mam bladego pojęcia. – Rozłożyłem ręce.

– Jak to? Coś się stało? – dopytywała Emily.

– Myślę, że należy wam się prawda, tym bardziej że lada moment ruszamy z premierą.

– Co masz na myśli? O co chodzi, James? Mów – ponagliła Emily, odstawiając kieliszek.

Spojrzałem po twarzach zebranych, by zebrać myśli. To nie był dla mnie łatwy temat.

– Nie będę zagłębiał się w szczegóły, ale chcę, żebyście wiedzieli, że rozstaliśmy się jakiś czas temu. Obecnie Kayla jest w związku z Martinezem.

– Z Oliverem? Poważnie? – wtrącił Eric. – Widziałem, że ciągle kręcił się koło niej na planie. W sumie mogłem się tego spodziewać – podsumował, na co odpowiedziałem tylko wzruszeniem ramion.

– Masz pojęcie, jak to może wpłynąć na promocję?! – zdenerwowała się Lexi.

– Niestety mam. Wiem, jakie niesie za sobą konsekwencje. Tym bardziej że… – urwałem, nie wiedząc, jak odpalić kolejną bombę.

– Może ja im powiem, co? – Alex położyła dłoń na moim ramieniu.

– Tak. Myślę, że to dobry pomysł, żebyś ty to wytłumaczyła.

Moja menedżerka skinęła głową, przejęła pałeczkę i podjęła ten cholernie trudny wątek.

– Słuchajcie, to bardzo delikatna sprawa – zaczęła. – Wiem, jak niefortunne jest to, co zaraz usłyszycie, ale lepiej, żebyście dowiedzieli się od nas niż z brukowców. Dziś rano Kayla zadzwoniła do mnie z informacją, że pokłóciła się z Olim, a ten nie wytrzymał i ją uderzył.

Słysząc te słowa, wszyscy przy stole zamarli, głośno wciągając powietrze.

– Na szczęście to tylko delikatny ślad pod okiem, który łatwo da się zatuszować makijażem – dodała, wskazując na swój policzek.

– Gdzie ona w ogóle teraz jest? – zdenerwował się Eric. – Tylko mi nie mów, że nie przyleci na premierę!

– Wciąż w Los Angeles – odparła. – Ale jutro wieczorem ląduje na Heathrow. Modlę się tylko, żeby na lotnisku nie przyłapali jej fotoreporterzy, bo będzie potworny kwas. Jakoś nie uśmiecha mi się tłumaczyć opinii publicznej, że to nie była sprawka Jamesa.

– A Martinez? – dopytywała Emily.

– Przyleci dziś w nocy. Ulokowałam go w tym samym hotelu co Collinsa – informując ich, wskazała na mnie.

– Rewelacja… – przerwałem jej, klnąc pod nosem. – Mam nadzieję, że go nie zatłukę.

– Będziesz musiał się opanować – zawyrokowała Alex. Oparła łokcie na blacie, westchnęła ciężko i dodała: – Pamiętaj, że musimy grać do jednej bramki i stworzyć pozory.

– Rozstania się zdarzają, James, to dość naturalna kolej rzeczy. Myślę jednak, że nie należy tego dłużej trzymać w tajemnicy – podchwycił Springer, przyglądając się autorkom. – Uważam, że na samej premierze powinniście o tym po prostu napomknąć. Na pewno któryś z dziennikarzy wyciągnie was z tłumu na szybki wywiad. Wspomnijcie wtedy, że jesteście tu jako przyjaciele, i tyle. Nikt nie będzie oczekiwał, że zaczniecie się z tego spowiadać na czerwonym dywanie.

– Dokładnie, to bardzo dobry pomysł – poparła go Emily.

– A co później? – rzuciłem w przestrzeń.

– Później, już na spokojnie, zorganizujemy spotkanie w londyńskiej śniadaniówce – kontynuowała Alex. – Przyznacie tam, że wasze uczucie wygasło, dlatego wspólnie postanowiliście zakończyć związek w przyjaźni.

– Dobre sobie – parsknąłem, omiatając wzrokiem zebranych. – Dobra, czyli wersja oficjalna: miłość umarła jakiś czas temu, rozstaliśmy się po cichu, bez skandalu i tyle, tak? – upewniłem się.

– Dokładnie! – Eric pstryknął palcami i wycelował we mnie palcem wskazującym.

– Okej, rozumiem. A kto przekaże to jej? – Niecierpliwiłem się na samą myśl, że miałbym przeprowadzić tę trudną rozmowę z Kaylą.

Przy stole nastała kompletna cisza. Wszyscy przerzucali się spojrzeniami, czekając, aż ktoś dobrowolnie weźmie ten ciężar na swoje barki.

– Ja z nią porozmawiam. I tak już tkwię w tym szambie po kolana – westchnęła w końcu Alex.

– Jesteś wielka, dziecinko! – Pochyliłem się w jej stronę i cmoknąłem ją w policzek.

– Bujaj się, James! – fuknęła, odpychając mnie łokciem, choć na jej ustach błąkał się cień uśmiechu. – Przez ciebie zawsze wdepnę w jakieś gówno. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

– Już się boję… – jęknąłem na samą myśl o tym, co dla mnie przygotowała. – Mów! Miejmy to z głowy. Co wymyśliłaś?

– Jutro masz wizytę u kosmetyczki – zachichotała.

– To żart, prawda? – Spojrzałem z przerażeniem na Erica i autorki.

– Żaden żart – zaprzeczyła z satysfakcją, kręcąc głową. – Wysłałam ci już maila z adresem i szczegółami rezerwacji. Muszą doprowadzić twoją twarz do porządku.

– Super – mruknąłem pod nosem.

– Wiedziałam, że będziesz zachwycony. – Alex poruszyła znacząco brwiami. – Jutro o tej porze będziesz piękny, gładki i gotowy na salony.

Reszta towarzystwa wybuchnęła głośnym śmiechem, podsyconym wypitym wcześniej alkoholem. Nagle poczułem, jak dociera do mnie kolejna fala potwornego zmęczenia. Zerknąłem na tarczę zegarka – zbliżała się trzecia nad ranem. Po jedenastu godzinach lotu i intensywnym spacerze z Maxem mój skrajnie zmęczony organizm zaczął odmawiać posłuszeństwa. Wiedziałem, że to ostatni moment, by zakończyć spotkanie i zaszyć się w hotelowym apartamencie.

– Słuchajcie, zrobiło się późno, będę się zbierał – oznajmiłem, podnosząc się z krzesła. – Zostajecie jeszcze?

– Tak, posiedzimy tu jeszcz chwilę z dziewczynami – odparł Eric, puszczając mi oko. – Wspominały coś o zarysach nowej powieści, więc kto wie, może narodzi się z tego kolejny fajny projekt.

– Rozumiem. W takim razie dobranoc wszystkim.

Ruszyłem w stronę wyjścia, odprowadzany chóralnym „dobranoc!” reszty towarzystwa.

Rozdział 7

Megan

Emocje z początku wieczoru zdecydowanie opadły. Ogromny wpływ miały na to luźne rozmowy, które toczyłyśmy z Eve przez ostatnie dwie godziny. Najwidoczniej musiałam się po prostu wygadać, żeby poczuć się lepiej.

W życiu jednak nie spodziewałam się bomby, jaką nagle zrzuci na mnie siostra.

– Wiem, że zaboli cię to, co zaraz usłyszysz, ale… ewidentnie brakuje ci faceta – oznajmiła bezpardonowo. Uniosła dłoń na znak, bym jej nie przerywała. – Nie zaprzeczaj i się nie broń. To przecież oczywiste. Przez tyle lat byłaś w stałym związku. Zawsze miałaś obok Taylora, na którym mogłaś polegać. Był twoim przyjacielem, doradcą i powiernikiem. I nie mówię tu wyłącznie o sferze emocjonalnej, Meg. Choć o cielesnej również… – Wyszczerzyła się dumnie.

– Przestań, Eve – mruknęłam, czując, jak moje policzki płoną żywym ogniem. Zaczęłam nerwowo skubać paznokciem lakier na palcach dłoni.

– Kochanie, czy ty się właśnie zawstydziłaś? – Siostra złapała za luźne pasmo moich włosów, owijając je wokół palca. – No kto by pomyślał?

Zaczerwieniłam się jeszcze bardziej i spuściłam głowę, byle tylko nie patrzeć jej w oczy. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze unikałam rozmów o seksie. Gdy tylko ktoś poruszał te kwestie, z automatu czułam skrępowanie. Wiem, że mamy dwudziesty pierwszy wiek i intymność dla większości stała się czymś powszednim, ale dla mnie zawsze pozostawała w sferze tabu. Zbliżenie dwojga ludzi było czymś wyjątkowym. Wtedy liczyliśmy się wyłącznie my.

Mój mąż był miłością mojego życia i jedynym partnerem seksualnym, jakiego kiedykolwiek miałam. Gdy szkolne znajome eksperymentowały, zmieniając chłopaków jak rękawiczki, ja mogłam śmiało nazwać się szczęściarą. Na mojej drodze stanął Taylor. Mężczyzna, z którym szłam przez życie, odkąd jako sześcioletni dzieciak sprowadził się z rodzicami do domu na naszej ulicy. Od tamtej pory byliśmy nierozłączni. W zdrowiu i w chorobie, dopóki śmierć nas nie rozdzieliła.

– Meg?

Uniosłam głowę, patrząc na siostrę.

– Tak?

– Odpłynęłaś, skarbie – skwitowała krótko, po czym wzięła kolejny łyk wina.

– Przepraszam. Coraz częściej mi się to zdarza – mruknęłam, wypuszczając ciężko powietrze.

– To chyba nie wróży najlepiej, co? – zapytała Eve, unosząc brwi.

– To przez rocznicę. Włącza mi się straszny sentymentalizm. Do tego praca, studio i przygotowania do nowej wystawy. Wszystko skumulowało się w jednym czasie i najwidoczniej trochę mnie przerosło – westchnęłam, skubiąc frędzel poduszki, którą trzymałam na kolanach.

Eve pochyliła się nad stolikiem, sięgnęła po butelkę i uzupełniła nasze zapasy, po czym przysunęła bliżej deskę pełną serów, krakersów i ciemnych winogron. Uniosła szkło w geście toastu.

– Megan, coś na to poradzimy. A teraz… pij! Na zdrowie.

– Na zdrowie – odpowiedziałam i upiłam solidny łyk. Po podniebieniu rozlał się intensywny, głęboki smak wytrawnego trunku. – Mmm, pycha. – Oblizałam usta i sięgnęłam po winogrono.

– Cieszę się, że ci smakuje. Dorwałam je ostatnio na jakiejś świetnej promocji – rzuciła, delikatnie kołysząc kieliszkiem.

Gdy opróżniłam dno, poczułam przyjemny szum w głowie. Problemy powoli zaczęły odpływać, chowając się do najgłębszych szufladek pamięci. Siostra momentalnie wychwyciła ten moment i dolała nam kolejną porcję.

– Wiesz, Eve? Dokładnie tego mi było trzeba – oznajmiłam, biorąc kolejny łyk.

– Wiedziałam. – Wykonała znaczący gest dłonią. – Od tego w końcu są starsze siostry.

– To znaczy?

– Od zadań „przejebanych”, oczywiście! – Zaśmiała się z własnego stwierdzenia, po czym obie cicho parsknęłyśmy śmiechem. Nagle Eve zreflektowała się i położyła palec na ustach. – Ciii… Obudzimy chłopaków.

W coraz lepszych humorach zaczęłyśmy plotkować o codzienności – o jej dyżurach w szpitalu i o tym, co dzieje się u mnie w studiu. W końcu zeszłyśmy na temat mojej nadchodzącej wystawy.

– Jak dzisiejsze spotkanie z Christopherem?

– Oprócz tego, że wykazał się anielską cierpliwością, kiedy zadzwoniłam z informacją o spóźnieniu?

– Oj, akurat temu wcale się nie dziwię – stwierdziła z błyskiem w oku. – Przecież wiesz, że on ma do ciebie ogromną słabość.

– Co masz na myśli?

– Megan! – Siostra o mały włos nie zadławiła się winem. – No jak to co? Czy ty jesteś ślepa? Przecież on leci na ciebie jak grubas na czekoladę. Jak sikorka na słoninę, jak…

– Stop! – Uniosłam dłoń, przerywając jej dalszy wywód. – Skąd w ogóle wziął się u ciebie taki pomysł?

– Ty tak poważnie? – zapytała, niemal wybałuszając oczy. – Weź, nie mów, że nie zauważyłaś, jak się na ciebie gapi! Robił to nawet wtedy, gdy Taylor jeszcze żył. Meg, ile lat wy się w ogóle znacie?

– No… sporo tego będzie.

– Właśnie! I nigdy nie zwróciłaś na to uwagi?

– No, nie – przyznałam, próbując przeanalizować zachowanie mężczyzny, który nagle stał się tematem naszej rozmowy. – Nigdy o tym nie myślałam, bo… byłam święcie przekonana, że on jest gejem.

Moja kompanka od butelki parsknęła trunkiem prosto przed siebie. Na mojej bluzce natychmiast wylądowały drobne, czerwone krople wina. Odruchowo zaczęłam wycierać materiał dłońmi, ale ciemne plamy i tak zdążyły już wsiąknąć w tkaninę.

– Nie wierzę… Szkoda, że Paul tego nie słyszał! – Zarechotała, a łzy pociekły jej po policzkach.

– Super, że się świetnie bawisz, Eve. Szkoda tylko, że moim kosztem – zrzędziłam pod nosem. – Zresztą, zostawmy to. Chris kompletnie nie jest w moim typie.

– Tak? A jaki w takim razie jest ten twój typ, co? – podchwyciła od razu.

Siedziałam w ciszy, intensywnie zastanawiając się nad jej pytaniem. Nad tym, czego podświadomie szukałabym u potencjalnego partnera. Zaczęłam wertować w myślach sylwetki znanych facetów.

– Wiem jedno, Eve. Na pewno nie szukam kogoś takiego jak Chris.

– Ale dlaczego? Chodzi o to, że jest od ciebie starszy?

– Nie – odparłam szybko. – Przecież osiem lat to nie jest znowu taka duża różnica wieku, prawda?

– Nie gadaj! – Eve ledwo przełknęła kolejny łyk. – On ma czterdzieści jeden lat? – Uniosła brwi z niedowierzaniem.

– No, tak. A ty myślałaś, że ile?

– Szczerze? Patrząc na jego styl, nienaganny ubiór i tę mocno przyprószoną siwizną czuprynę? Obstawiałam jakieś sześćdziesiąt – zasugerowała z rozbrajającym uśmiechem.

Słysząc to, nie byłam w stanie opanować wybuchu śmiechu. Dawno nikt mnie tak nie rozbawił.

– Ty tak poważnie? – wykrztusiła.

– Jak najbardziej.

– To w takim razie, jaki jest ten twój typ, co? Jestem mega ciekawa – podchwyciła Eve. – Tylko nie mów, że żaden. Mnie nie oszukasz. Pamiętaj, że nawet osoby w stałych związkach potrafią go bez wahania wskazać.

– Mówimy teraz wyłącznie o wyglądzie?

– Jeśli od tego mamy zacząć, to proszę bardzo.

– No dobra. – Wyprostowałam się i zaczęłam powoli wyliczać na palcach. – Brunet albo szatyn, zdecydowanie lubię ciemne włosy. Dobrze, żeby był ode mnie wyższy, żebym mogła zatonąć w jego ramionach, gdy będzie mnie przytulał. Pragnę, żeby był ciepłym, życzliwym człowiekiem. I żeby lubił dzieci… – W tym momencie przed oczami natychmiast stanął mi syn. – Eve, czy myślisz, że Theo byłby na to gotowy?

– Na co?

– Na nowego mężczyznę w naszym życiu? Bo ja sama chyba wciąż nie jestem, wiesz? Czułabym się tak, jakbym zdradzała Taylora.

Moje oczy znowu zaszły łzami na samo wspomnienie zmarłego męża.

– Bąbelku… – Siostra mocno się do mnie przytuliła, gładząc po głowie ku pokrzepieniu. – Kochanie, myślę, że Taylor sam by tego dla ciebie pragnął. Byłby spokojny, wiedząc, że masz obok kogoś, na kim możesz polegać. Wszyscy wiemy, jak potężna miłość was łączyła. Tak. Myślę, że tego by właśnie dla was chciał. Przekonanie się do tej myśli zajmie ci sporo czasu, ale… Meg, uważam, że najwyższa pora ruszyć do przodu.

– Tak sądzisz?

– Jestem tego pewna – potwierdziła, patrząc mi prosto w oczy. – W każdym razie, jakąkolwiek decyzję podejmiesz, będę cię wspierać.

– Dziękuję.

Naszą intymną rozmowę nagle przerwało głośne piknięcie telefonu leżącego na kanapie.

– Kogoś pogięło? – Zerknęłam na wiszący nad kominkiem zegar. Dochodziła druga w nocy.

– Sprawdź. Może to coś ważnego.

Na ekranie podświetlało się imię naszego brata – Danny. Kliknęłam w dymek wiadomości. Treść była krótka, ale uderzająca: „Hej, Meg. Śpisz? Pilne!!!”. Pokazałam wyświetlacz siostrze. Obie zamarłyśmy, wpatrując się w SMS-a z rosnącym przestrachem.

– Dzwoń do niego! – rozkazała Eve, wskazując brodą na aparat.

Nie zwlekając ani sekundy, wybrałam numer. Danny odezwał się już po kilku sygnałach.

– Cześć. Stało się coś? – rzuciłam od razu do słuchawki. – Napisałeś, że to pilne.

– Tak. Jestem w ciemnej dupie i potrzebuję pomocy.

– Mów. Co się stało?

– Słuchaj. Jakiś czas temu zgarnąłem zlecenie na obcykanie premiery filmu. Jakiś światowy megahit, czerwony dywan i bla, bla, bla… – To była jego standardowa odpowiedź, gdy nie chciało mu się wchodzić w szczegóły.

– I co w związku z tym?

– No i tu do akcji wkraczasz ty… – urwał na moment, wyczekując mojej reakcji.

– Niby jak?

– Słuchaj uważnie. Utknąłem w Rzymie na dużym zleceniu. Przesunęło się w czasie i nie ma szans, żebym wyrobił się na piątkowy wieczór. Błagam, Meg, jesteś moją ostatnią deską ratunku. Dzwoniłem już do chłopaków, żeby ktoś mnie zastąpił, ale wszyscy są w rozjazdach. Tom złamał nogę, a Kevin siedzi na porodówce z żoną. Jestem pod ścianą. Zapłacę ci potrójną stawkę, tylko mnie ratuj!

– Dobra! – żachnęłam się do słuchawki, by w końcu przerwać tę jego histeryczną tyradę. – Uspokój się. Pomogę ci.

Spojrzałam na zaciekawioną Eve, która siedziała jak na szpilkach, z zapartym tchem chłonąc każde słowo. Pomachałam wolną dłonią, dając jej niemy znak, by szybko podała mi coś do pisania i kartkę.

– Ratujesz mi życie i reputację. Będę twoim dłużnikiem do grobowej deski.

– Jasne, jasne – rzuciłam z przekąsem, gdy siostra wcisnęła mi w palce długopis. – A teraz konkrety. Co, gdzie i o której?

– Już, poczekaj, zerknę tylko w kalendarz, żeby niczego nie popieprzyć.

W słuchawce szumnie zaszeleściły przewracane kartki notatnika. Po chwili Danny wrócił na linię:

– Jesteś?

– Tak, mów.

– Premiera odbywa się w Odeon Leicester Square. Start w piątek o ósmej wieczorem. Zleceniodawcą jest North & West Publicistic. Na całe szczęście redaktor prowadzącą jest moja dobra znajoma, więc nie powinno być problemu ze zmianą nazwisk na akredytacji. Zresztą ty chyba też znasz Kate, prawda?

– Tak, znamy się.

– Świetnie. Zlecenie obejmuje pełny pakiet: zdjęcia na czerwonym dywanie, ścianka i krótkie, ogólne repo. To tyle, jeśli chodzi o piątek – podsumował błyskawicznie.

– Jak to: jeśli chodzi o piątek? A dalej, co?

– Dalej już cię nie obchodzi. W sobotę rano będę w Londynie i resztę materiału ogarnę sam.

– Uff… Kamień z serca. Już się wystraszyłam, że znowu wkręcasz mnie w jakieś grube bagno.

– Nie tym razem – zapewnił z przekonaniem. – I naprawdę ratujesz mi życie, Megan.

– Od czego ma się rodzeństwo – zaśmiałam się, a brat odetchnął z głęboką ulgą.

– Dobra, późno już, będę kończył. Rano zadzwonię do Kate i wszystko z nią dogram. Powiem jej, żeby się z tobą skontaktowała. Dobranoc, Meg. I ucałuj tam wszystkich.

– Jasne. Dobranoc.

W słuchawce rozległ się sygnał rozłączenia. Odłożyłam telefon i zapisaną kartkę na stolik, po czym z powrotem chwyciłam kieliszek. Biorąc kilka solidnych łyków, próbowałam poukładać sobie to wszystko w głowie.

– No to teraz ja będę musiała poprosić cię o przysługę – wyszczerzyłam się do siostry.

– Jaką?

– Będziesz musiała zaopiekować się Theo w piątek. Zlecenie nie powinno zająć mi zbyt wiele czasu, więc pewnie na noc wrócimy do siebie.

– Ani mi się waż! – fuknęła Eve, udając złość. – Nawet nie myśl, że będziesz tłuc się z dzieckiem po nocy. Wykluczone. Zostaniecie u nas do soboty i nie chcę słyszeć żadnych sprzeciwów.

– Dzięki, Eve – odparłam wzruszona i mocno wtuliłam się w jej ramię. – Co ja bym bez was zrobiła.

Rozdział 8

James

Po spotkaniu w gronie przyjaciół w końcu udało mi się odespać podróż. W o wiele lepszym humorze stałem przy oknie apartamentu, podziwiając panoramę miasta. Zawsze lubiłem klimat Starego Kontynentu – czy to Londyn, czy inna europejska metropolia. W przeciwieństwie do Los Angeles, ociekającego sztucznym blichtrem, tutaj na każdym kroku kryła się jakaś fascynująca historia. Uwielbiałem tutejszą architekturę i ludzi.