Flowers - Krystyna Mirek - ebook + audiobook + książka

Flowers ebook i audiobook

Krystyna Mirek

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Ona jest żoną prezesa, wspaniałego mężczyzny. On młodym adwokatem, który właśnie odniósł pierwszy zawodowy sukces. Spotkali się przypadkiem, daleko od domu, nawet nie znali swoich imion. Oboje mieli tajemnice i znajdowali się na życiowym zakręcie. Chcieli sobie tylko trochę pomóc, pocieszyć i udzielić wsparcia. Sądzili, że nigdy więcej się nie zobaczą.

Violę i Kamila od pierwszego momentu połączyło niezwykłe przyciąganie. Ich miłość nie tylko nie ma szans, by zaistnieć, nie tylko jest ryzykowna, lecz niesie dla nich realne zagrożenie. Oboje mogą stracić wszystko, co dla nich najważniejsze.

Historia o odwadze i szukaniu prawdy, bez których nic w życiu nie może się udać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 38 min

Lektor: Pola Błasik

Oceny
4,5 (146 ocen)
96
35
7
8
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
tinka224

Nie oderwiesz się od lektury

Super Wciąga od pierwszych stron .
00
Emcies

Nie oderwiesz się od lektury

Naprawdę nie można się oderwać, dziękuję
00
AnMar87

Nie oderwiesz się od lektury

To moja pierwsza styczność z pisarstwem Pani Krystyny Mirek i na pewno nie ostatnia. Bo książki o miłości napisanej w ten sposób, jeszcze nie czytałam. Nie jest to typowe "romansidło" ani erotyk, a pomimo tego opowiada o miłości niezwykłej, silnej, pozbawionej taniego erotyzmu, która rodzi się na oczach czytelnika w okolicznościach nader dziwnych i zaskakujących. Viola i Kamil niby spotykają się przypadkiem i niby przypadkiem stają się dla siebie wsparciem. Ale czy w życiu naprawdę są przypadki? Czy może tych dwoje było sobie pisanych? Może mieli się spotkać, żeby poznać samych siebie i przekonać się, że życie może wyglądać zupełnie inaczej? Oboje są osobami poranionymi, z potężnym bagażem życiowych doświadczeń. Z resztą, na kolejnych kartach książki, czytelnik ma okazję obserwować ich zmagania nie tylko z teraźniejszością, ale również z przeszłością i przyszłością. Jedno jest pewne - Violę i Kamila łączy szczególna więź, przed którą bronią się w imię zasad i zło złożonych kiedyś obie...
00
ZanetaPawlik
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

typowa literatura kobieca.
00
ilonahoj73

Z braku laku…

Mnie nie zachwyciła - jakaś taka przewidywalna i naiwna . Jestem fanką Krystyny Mirek ale ta książka jakoś do niej nie pasuje
00

Popularność




Co­py­ri­ght © by Kry­styna Mi­rek 2023 Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Luna, im­print Wy­daw­nic­twa Mar­gi­nesy 2023
Wy­dawca: NA­TA­LIA GO­WIN
Re­dak­cja: KA­TA­RZYNA WOJ­TAS
Ko­rekta: JU­STYNA TECH­MAŃ­SKA, KA­TA­RZYNA WOJ­TAS
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych: DA­WID GRZE­LAK
Zdję­cie na okładce: Fre­epik
Skład i ła­ma­nie: JS Stu­dio
War­szawa 2023 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67790-79-6
Wy­daw­nic­two Luna Im­print Wy­daw­nic­twa Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11a 01-527 War­szawawww.wy­daw­nic­two­luna.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Bie­głam. Nie mo­głam zła­pać tchu. Na szczę­ście las znaj­du­jący się koło ho­telu roz­cią­gał się da­leko aż pod zbo­cze gór. Chcia­łam biec bez końca. Wie­dzia­łam jed­nak, że nie mogę so­bie na to po­zwo­lić. Mu­szę się uspo­koić. Wró­cić.

– Viola, weź się ogar­nij! – po­wta­rza­łam so­bie z każ­dym szyb­kim kro­kiem. – Prze­sa­dzasz, zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dzasz. Nic się prze­cież nie stało! Mu­sia­łaś coś źle zro­zu­mieć!

Ale nie mo­głam się opa­no­wać. Cią­gle bie­głam, tak szybko, jak tylko po­zwa­lały na to moje buty na wy­so­kich ob­ca­sach.

Naj­waż­niej­sze, żeby nikt mnie nie zo­ba­czył w ta­kim sta­nie! Mia­łam ochotę rzu­cić się na zie­mię, wy­pła­kać z sie­bie wszyst­kie te okropne emo­cje. Ale wło­ży­łam dziś ja­sną su­kienkę od Prady. Pas­cal wy­po­ży­czył ją spe­cjal­nie na tę oka­zję. Mu­siała wró­cić w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Ja też.

Na do­da­tek jak naj­szyb­ciej.

Byle tylko nikt mnie te­raz nie wi­dział! – po­my­śla­łam znowu. – To i tak już za da­leko za­szło, a gra to­czyła się o naj­wyż­szą stawkę.

Sta­łem. Było tak pięk­nie i ci­cho. Las tuż przy ho­telu cią­gnął się da­leko. Bez trudu zna­la­złem ustronne miej­sce. Ide­alne. Z dala od lu­dzi.

Do­piero drugi dzień fir­mo­wej in­te­gra­cji, a ma­ski już po­spa­dały.

Je­den cyrk. Prze­chwałki, al­ko­hol, głu­pie ga­da­nie i znowu prze­chwałki... Tro­chę rów­nie głu­piego seksu.

Niby nowe miej­sce pracy, ko­lejny etap ży­cia, a wszystko jakby stare.

Mia­łem dość. Korpo wszę­dzie jest ta­kie samo.

Ale wie­dzia­łem, że wrócę do ho­telu i będę ro­bił, co do mnie na­leży. Tra­fiła mi się ży­ciowa szansa. Ura­to­wała nie tylko mnie. I mia­łem za­miar w pełni to wy­ko­rzy­stać. By­łem moc­niej­szy niż inni. Każ­dego tu wi­dzia­łem jak pod nie­złym mi­kro­sko­pem. Wszel­kie ich skry­wane pod dro­gimi gar­ni­tu­rami za­bu­rze­nia i dys­funk­cje, chore am­bi­cje, ro­manse.

Traumy ko­biet przy­kle­pane pre­cy­zyj­nym ma­ki­ja­żem.

Nikt się nie spo­dziewa ta­kich kom­pe­ten­cji po spo­koj­nym praw­niku w sza­rej ko­szulce polo. Wie­dzieli o in­nych umie­jęt­no­ściach, ale nie od­kryli mo­jej naj­więk­szej ta­jem­nicy. Zna­łem lu­dzi od naj­gor­szej strony, lecz nie sta­łem się taki jak oni.

To mnie jed­nak tro­chę mę­czyło. Odro­bina ci­szy oka­zała się ożyw­cza jak sku­teczna ape­la­cja. To za­wsze po­maga.

Żeby tylko nikt mnie tu nie za­uwa­żył! – Ro­zej­rza­łem się wo­kół. A po­tem zer­k­ną­łem na ze­ga­rek. Druga.

Trwało już ze­bra­nie. Po­wi­nie­nem wró­cić. Dwa spo­tka­nia służ­bowe wpi­sano fik­cyj­nie w plan dnia, żeby wy­ja­śnić fi­sku­sowi, dla­czego wli­cza się w koszty firmy po­byt w luk­su­so­wym ho­telu. Słabo się to jed­nak wpa­so­wy­wało w to­wa­rzy­szący wszyst­kim ogólny na­strój roz­prę­że­nia. Na tych ze­bra­niach roz­ma­wiano o ni­czym, nie pil­no­wano planu. Jed­nak ktoś mógł za­uwa­żyć moją nie­obec­ność. Ko­lor wło­sów spra­wiał, że każdy zwra­cał na mnie uwagę.

By­łem nowy. Po­trze­bo­wa­łem tej pracy. Bar­dzo! Mu­sia­łem się sta­rać.

Nikt mnie tu nie zo­ba­czy – sta­ra­łem się uspo­koić i w tym sa­mym mo­men­cie ktoś gwał­tow­nie wy­biegł z krza­ków, po czym wpadł na mnie z ca­łym im­pe­tem.

– O! Do cho­lery! – tyle tylko zdą­ży­łem krzyk­nąć.

Coś żół­tego mi­gnęło mi przed oczami, a po­tem po­le­cia­łem jak długi w kłu­jące krzaki. Tył­kiem za­ry­łem w mięk­kie ba­gienko. Sam już nie wiem, co gor­sze.

– Noż, cho­lera ja­sna! Leżę w ja­kimś smro­dzie! – po­wie­dzia­łem gło­śno. Szybka i sku­teczna ocena sy­tu­acji za­wsze była moją mocną stroną. Ale w tym przy­padku nie­wiele wy­ja­śniła.

– Prze­pra­szam, bar­dzo prze­pra­szam. – Drobna ko­bieta upa­dła na mnie, ale po­zo­stała w po­zy­cji le­żą­cej tak krótko, że po chwili mia­łem wąt­pli­wo­ści, czy to w ogóle miało miej­sce. Bły­ska­wicz­nie po­zbie­rała się, wstała i wy­pro­sto­wała god­nie, a ja wciąż mo­czy­łem ty­łek w bło­cie, chwi­lowo nie­zdolny do żad­nego ru­chu. Do­dat­kowo uzie­mił mnie fakt, że ona pła­kała. Nie bar­dzo wie­dzia­łem, jak za­re­ago­wać.

Po chwili nie­zna­joma ob­jęła się ra­mio­nami, od­wró­ciła ode mnie i wy­raź­nie pró­bo­wała uspo­koić.

Nie mia­łem naj­lep­szej po­zy­cji do ob­ser­wa­cji. Po­wi­nie­nem na­tych­miast wstać. Ale te trzę­sące się plecy spra­wiły, że tkwi­łem bez ru­chu, jakby mnie spa­ra­li­żo­wało. Po­czu­łem zna­jomy strach roz­le­wa­jący się po ca­łym ciele. Już od tak dawna to nie wra­cało. Są­dzi­łem, że prze­szłość na do­bre ode­szła. A jed­nak!

Czu­łem się, jak­bym znów miał pięć lat. Tak okrop­nie bez­radny. Wtedy było to uczu­cie roz­pacz­liwe. Te­raz jed­nak tro­chę wner­wia­jące!

Ze­rwa­łem się wresz­cie. Otrze­pa­łem z błota, ile mo­głem, klnąc przy tym pod no­sem. A po­tem do niej pod­sze­dłem. Spoj­rza­łem na jej twarz. Wy­glą­dała jak mały za­pła­kany kur­czak, choć nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że jej su­kience i szpil­kom bli­żej było do wy­biegu niż kur­nika. Chcia­łem na­wet coś na ten te­mat za­żar­to­wać, ale szybko mi prze­szło. Ta ko­bieta spra­wiała wra­że­nie przy­tło­czo­nej na­prawdę po­waż­nym zmar­twie­niem.

– Hej! – po­wie­dzia­łem cie­pło. – Na pewno jest ja­kieś wyj­ście. Se­rio, na­prawdę w to wie­rzę.

Nie po­mo­głem. Łzy po­pły­nęły jesz­cze ob­fi­ciej.

– Usiądź – za­pro­po­no­wa­łem, bo chwiała się, jakby za­raz miała upaść.

Ro­zej­rzała się bez­rad­nie wo­kół.

– Su­kienka – po­wie­działa ci­cho. – Nie mogę jej znisz­czyć.

To było dziwne. Ale ja już dawno od­kry­łem, że ży­cie czę­sto sta­wia lu­dzi w róż­nych dziw­nych sy­tu­acjach. Dla­czego su­kienka po­trafi być waż­niej­sza niż czło­wiek, który le­dwo się trzyma na no­gach? Wi­docz­nie ist­nieje ja­kiś po­wód.

Znowu po­czu­łem ten cho­lerny zimny dreszcz. Otrzą­sną­łem się jed­nak, sta­ra­łem się jak naj­mniej pa­trzeć w jej stronę. Po pro­stu po­móc.

Gdyby ta dziew­czyna miała na so­bie dżinsy i bluzę, wska­zał­bym jej pień le­żący nie­opo­dal. Ale szorstka kora i po­kry­wa­jąca go wil­gotna zie­mia spra­wiały, że się nie nada­wał.

To był od­ruch. Szybko zdją­łem swoją ko­szulkę polo, po czym rzu­ci­łem na kępkę mchu. Wy­glą­dała dość miękko i przy­jem­nie. Jak ta dziew­czyna.

– Cza­sem trzeba od­po­cząć – po­wie­dzia­łem. Spoj­rzała na mnie ze zdu­mie­niem, jak­bym wła­śnie za­pro­po­no­wał jej coś nie­spo­ty­ka­nego. Miała ta­kie duże szare oczy.

Za­sko­czył mnie. Aż łzy prze­stały na­gle pły­nąć.

Nie pa­mię­tam, kiedy ostatni raz ktoś po­zwo­lił mi od­po­cząć. Choćby za­su­ge­ro­wał, że mam do tego prawo. To mnie wzru­szyło, ale na­prawdę nie mo­głam te­raz wię­cej pła­kać. Mu­sia­łam się uspo­koić. Wró­cić do ho­telu, usiąść przy stole. Da­wać radę.

Ale póki co za­ję­łam miej­sce na ko­szuli tego ob­cego męż­czy­zny. A on usiadł obok mnie. Z go­łym tor­sem po­kry­tym czar­nymi krę­co­nymi wło­skami, co było o tyle dziwne, że na gło­wie fa­cet miał sre­bro ni­czym osiem­dzie­się­cio­la­tek! Był cał­kiem siwy! Dłuż­sze włosy za­cze­sane nad czo­łem do góry i krót­sze po bo­kach.

W ży­ciu nie wi­dzia­łam ni­kogo mło­dego z ta­kim ko­lo­rem wło­sów!

Dziwne – po­my­śla­łam. Wie­dzia­łam jed­nak, że na świe­cie jest wiele dziw­nych spraw. A może wy­ja­śnie­nie oka­za­łoby się cał­kiem ba­nalne? Pew­nie to za­sługa świet­nego fry­zjera. Wi­doczne wy­raź­nie pa­semka i cie­nie były ge­nialne. Wy­glą­dały bar­dzo na­tu­ral­nie. Wielu ko­le­gów Pas­cala ma­sko­wało za­bie­gami upływ czasu. Pew­nie temu z ko­lei za­leży, by się wy­róż­nić.

Nie­ważne.

Mia­łam te­raz więk­sze zmar­twie­nia. Le­dwo się trzy­ma­łam w pio­nie. Jed­no­cze­śnie czu­łam całą sobą obec­ność tego męż­czy­zny, tak bli­sko.

Boże! Jak ja roz­pacz­li­wie chcia­łam się te­raz do niego przy­tu­lić. Żeby mnie po­cie­szył, po­mógł się choć tro­chę uspo­koić. Czy było już ze mną tak źle? Wi­dzia­łam tego dziw­nego fa­ceta pięć mi­nut, może mniej. Przez więk­szość czasu i tak łzy mi za­le­wały oczy. A jed­nak pra­gnę­łam tego ze wszyst­kich sił. Po­cie­sze­nia.

Za­wsze by­łam grzeczna. W domu, w szkole, w ro­dzi­nie. Ro­bi­łam, co do mnie na­le­żało. Ni­gdy nie zdra­dzi­łam męża. Na­wet nie my­śla­łam o tym. Pas­cal był fa­ce­tem, za ja­kiego ty­siące dziew­czyn da­łoby się po­kroić.

Ale to słowo za­dzia­łało jak czer­wony przy­cisk. Od­po­czy­nek!

Dla wielu pew­nie nic nie zna­czy, zwy­kła rzecz. Na mnie za­dzia­łało jak za­płon w bom­bie. Wy­zwo­liło uczu­cia, któ­rym ni­gdy nie po­zwo­li­łam wy­pły­nąć. Fakty. By­łam tak bar­dzo wy­czer­pana, że wy­da­wało mi się nie­moż­li­wo­ścią ru­szyć te­raz z miej­sca i wró­cić do ho­telu. Za­da­niem po­nad siły.

Viola, na li­tość bo­ską! – po­my­śla­łam na­gle. – Daj so­bie choć raz w ży­ciu prawo do odro­biny luzu. Je­steś czte­ry­sta ki­lo­me­trów od domu, w wiel­kim ho­telu z set­kami po­koi. W le­sie, z dala od lu­dzi. Ni­gdy wię­cej tego fa­ceta nie zo­ba­czysz. Nie do­wie się, kim je­steś.

Może dzięki temu prze­ży­jesz, ura­tu­jesz się – do­dał ja­kiś głos w mo­jej gło­wie.

A po­tem zro­bi­łam to. Przy­tu­li­łam się do ra­mie­nia nie­zna­nego męż­czy­zny. Jego skóra oka­zała się miła i cie­pła. Pach­niał do­brymi per­fu­mami. Nie umia­łam ich roz­po­znać, ja­kaś kla­syka z mocną nutą. Przy­mknę­łam oczy. Tylko na mo­ment. Jak­bym była wy­czer­paną do cna ba­te­rią, którą trzeba pil­nie na­ła­do­wać. A on mnie ob­jął.

Ja­kie to było miłe uczu­cie! Zu­peł­nie inne niż z mę­żem. Nie mia­łam do­tąd po­rów­na­nia. Pas­cala po­zna­łam na stu­diach, był moim pierw­szym męż­czy­zną, naj­więk­szą mi­ło­ścią. Je­dy­nym od­nie­sie­niem dla wszyst­kiego.

Ale on przy­tu­lał ina­czej.

Zmę­cze­nie co­raz moc­niej da­wało mi się we znaki. Oczy same się za­my­kały. Dwie ostat­nie noce spę­dzi­li­śmy, ostro się kłó­cąc.

– Mam wspa­nia­łego męża – po­wie­dzia­łam po­spiesz­nie, pró­bu­jąc choć tro­chę wy­tłu­ma­czyć swoje za­cho­wa­nie. Wie­dzia­łam jed­nak, że w tej sy­tu­acji to wy­jąt­kowo głupi po­czą­tek, a poza tym i tak nie ma szans, żeby kto­kol­wiek mnie zro­zu­miał.

Mój świat był jedną wielką ta­jem­nicą, ukry­wa­niem, grą po­zo­rów. Gdyby za uda­wa­nie szczę­ścia da­wano Oskary, to ja po­trze­bo­wa­ła­bym za­mó­wić wiele pó­łek.

– Jest przy­stojny – za­czę­łam wy­li­czać, tu­ląc się do nie­zna­jo­mego męż­czy­zny. – Za­wsze do­brze ubrany, ma suk­cesy w pracy, świet­nie za­ra­bia... – Za­czerp­nę­łam tchu. Czu­łam, jak ra­mię nie­zna­jo­mego obej­muje mnie co­raz moc­niej.

Raz, tylko je­den raz! – po­my­śla­łam. – Nic się prze­cież nie dzieje. Tro­chę czu­ło­ści, komu to za­szko­dzi?

– Dwie ostat­nie noce roz­ma­wia­li­śmy... – do­da­łam. – Pró­bo­wa­łam mu wy­tłu­ma­czyć, o co mi cho­dzi, ale jak za­wsze skoń­czyło się tylko okropną kłót­nią...

Nie chcia­łam pła­kać. Na­prawdę nie chcia­łam. Łzy po pro­stu pły­nęły same...

Obej­mo­wa­łem ją. Ale szlag mnie tra­fiał! Ja­sne, wie­dzia­łem od po­czątku! Dla­czego nie mo­głem się my­lić choć ten je­den cho­lerny raz?! Moje do­świad­cze­nie i wie­dza świet­nie się spraw­dzały w pracy za­wo­do­wej, ale w ży­ciu pry­wat­nym to za­wsze była kom­pletna lipa! Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że tak wyj­dzie także w tym przy­padku.

Te po­chy­lone trzę­sące się plecy nie bez po­wodu wy­da­wały mi się ta­kie zna­jome. I oczy­wi­ście, kurwa, słusz­nie!

Nie mu­sisz nic ro­bić! – po­wta­rza­łem so­bie w my­ślach. – To nie twoja sprawa! Nie mu­sisz nic ro­bić. Pa­mię­taj, że ona ma męża!

Naj­bar­dziej na świe­cie po­gar­dza­łem fa­ce­tami pcha­ją­cymi się do za­ję­tych ko­biet, dup­kami roz­wa­la­ją­cymi ro­dziny. Mia­łem gruby po­wód, by tak czuć. Nie ty­kać mę­ża­tek – to zda­nie sta­no­wiło moją że­la­zną za­sadę.

Ale tę dziew­czynę ob­ją­łem mocno. Czemu ona się do mnie tak tu­liła? Dla­czego jesz­cze jej nie od­su­ną­łem? Po­wi­nie­nem ją od­pro­wa­dzić do ho­telu. Za­pewne tam miesz­kała. Na szczę­ście nie była z mo­jej no­wej kor­po­ra­cji. Nie wi­dzia­łem jej na ze­bra­niu ani na po­sił­kach. Miała piękne ja­sne włosy, mocno krę­cone i dłu­gie, rzu­cały się w oczy, oraz kla­syczną fi­gurę. Na pewno zwró­cił­bym na nią uwagę.

– Pró­bo­wa­łaś roz­ma­wiać z nar­cy­zem? – za­py­ta­łem, do­my­śla­jąc się bez trudu, co tak na­prawdę dzieje się w jej ży­ciu. Wciąż nie mo­głem się na­dzi­wić, że są jesz­cze osoby, które się po­dej­mują ta­kiego bez­na­dziej­nego za­da­nia.

– Ależ skąd! – obu­rzyła się i na­wet na chwilę od­su­nęła. – Co ty ga­dasz?! Mó­wię prze­cież, że z mę­żem...

– Aha! – Po­ki­wa­łem głową. By­łem co­raz moc­niej wner­wiony. Także na sie­bie, że wciąż jej nie pusz­czam. – A wiesz co to nar­cyz?

– Ja­sne, że tak – od­po­wie­działa pew­nym to­nem, pa­trząc na mnie, jak­bym zwa­rio­wał. – Kwia­tek!

Prze­su­ną­łem się na bok, po­tem śmiało wzią­łem jej twarz w swoje ręce i spoj­rza­łem w oczy. Mu­sia­łem wie­dzieć, czy mnie bez­czel­nie wkręca. Czy mo­gła się jesz­cze na świe­cie ucho­wać osoba, która nie wie, co to nar­cyz?! Do cho­lery! Ten gest to był jed­nak błąd. Pa­trzyła na mnie z bli­ska. Do­sko­nale znane mi cier­pie­nie miała wy­pi­sane na twa­rzy. Wiel­kimi li­te­rami, choć za­pewne nikt z jej bli­skich tego nie wi­dział. To się za­wsze cho­ler­nie tak samo po­wta­rza!

– Czym ci grozi?! – za­py­ta­łem. Czu­łem, jak za­czy­nają mnie po­no­sić nerwy. Zo­stało mi mało czasu, za­nim kom­plet­nie prze­stanę nad sobą pa­no­wać. – Mów! – krzyk­ną­łem.

Mia­łem dresz­cze.

Tra­fi­łem w sedno. Od­po­wie­działa od razu.

– Że za­bie­rze mi dzieci! – za­łkała. – Ale prze­cież tego nie zrobi. To są też jego có­reczki! Nie skrzyw­dzi ich prze­cież.

Ja­sne, że zrobi! – po­my­śla­łem. Nie mia­łem żad­nych wąt­pli­wo­ści. – Na­wet mu po­wieka nie drgnie. Wy­koń­czy cię, po­zbawi wszyst­kiego i odej­dzie, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Bez­in­te­re­sow­nie, dla sa­mej przy­jem­no­ści zro­bie­nia ko­muś krzywdy. Oni tak mają.

Ta dziew­czyna prze­gra. Za nic bym się nie zgo­dził jej re­pre­zen­to­wać w spra­wie roz­wo­do­wej. Ze­psu­łaby mi sta­ty­styki. Słaba, bez­bronna.

Miła... – pod­po­wie­dział ja­kiś inny głos w mo­jej gło­wie. – Uczynna, do­bra, wraż­liwa...

Do cho­lery! Tak. To za­wsze spo­tyka wła­śnie ta­kie dziew­czyny. Jakby źli męż­czyźni do­sta­wali spe­cjalny wy­kry­wacz war­to­ścio­wych ko­biet, albo się szko­lili na naj­lep­szych uni­wer­sy­te­tach, by je od­naj­dy­wać w tłu­mie. Ni­gdy nie pu­dło­wali, każdy strzał celny. Odła­wiali naj­lep­sze sztuki, a one same pchały im się w łapy. Jak ta. „Mam wspa­nia­łego męża” – po­wie­działa. Mia­łem ochotę coś roz­wa­lić. Du­żego i cen­nego. Ja­kąś chiń­ską wazę albo czy­jeś nad­mier­nie roz­bu­chane jaja. Tak, to dru­gie chyba bar­dziej.

Mia­łem tego dość.

– Mu­szę wra­cać! – po­wie­dzia­łem gło­śno. – Spie­szę się.

Po­da­łem jej rękę i po­mo­głem wstać. Le­dwo się trzy­mała na no­gach.

– Mo­żesz iść o wła­snych si­łach? – za­py­ta­łem. Kiw­nęła szybko głową. Na­wet się nie za­sta­no­wiła.

Wku­rzy­łem się znowu.

Ta­kie za­wsze się zga­dzają. Na wszystko. Na­wet im na myśl nie przyj­dzie po­skar­żyć się, od­mó­wić czy po­pro­sić o po­moc.

Wło­ży­łem ko­szulkę, ma­jowe słońce wpraw­dzie dość mocno przy­pie­kało, ale nie mia­łem ochoty pa­ra­do­wać bez ubra­nia. Za­uwa­ży­łem, że dziew­czyna bacz­nie mnie ob­ser­wuje. Kiedy jed­nak na nią spoj­rza­łem, bły­ska­wicz­nie od­wró­ciła wzrok.

– Są­dzi­łam, że męż­czyźni si­wieją jed­no­cze­śnie na ca­łym ciele. – Chyba ją za­in­try­go­wał mój ciemny za­rost na kla­cie.

– Bo wła­ści­wie si­wieją – od­par­łem szybko. – Ale wszyst­kiego ci nie po­każę.

– Sorry... – Zmie­szała się bły­ska­wicz­nie. – Nie to mia­łam na my­śli.

Ro­ze­śmia­łem się. Na­pię­cie tro­chę mnie pu­ściło. W su­mie fajna dziew­czyna. Od­pro­wa­dzę ją do ho­telu, po­żar­tu­jemy i za­po­mnimy o spra­wie.

Wy­szli­śmy z krza­ków i od­na­la­złem ścieżkę, która mnie w to miej­sce do­pro­wa­dziła. Trzy­ma­li­śmy nie­złe tempo, zwa­żyw­szy na fakt, że ona miała na so­bie buty na wy­so­kich ob­ca­sach. Drzewa po­ja­wiały się już rza­dziej i po chwili zo­ba­czy­li­śmy po­kaźną syl­wetkę ho­telu oto­czo­nego du­żym ogro­dem ła­god­nie prze­cho­dzą­cym w las. Na­sa­dze­nia spra­wiały bar­dzo na­tu­ralne wra­że­nie, jakby każdy krzak sam się po­siał, ale na­prawdę były za­pro­jek­to­wane za gruby pie­niądz przez zna­nego fa­chowca.

Dziew­czyna się obej­rzała.

– Piękne góry – po­wie­działa z wes­tchnie­niem, pa­trząc po­nad ko­ro­nami drzew. Te­raz kiedy by­li­śmy już bli­sko, mia­łem wra­że­nie, że za­częła zwal­niać. Wy­raź­nie nie chciała tam wra­cać.

– Lu­bisz? – za­py­ta­łem.

– Ogrom­nie – od­parła szybko. – Dawno nie by­łam. Pas­cal woli wy­godne ho­tele, ba­seny i spa. A opieka nad dziećmi nie zo­sta­wia mi dużo czasu wol­nego.

– Też bym po­szedł – wes­tchną­łem. Te szczyty wo­łały mnie od pierw­szego mo­mentu, kiedy tu przy­je­cha­łem. – Ale dziś już nie zdążę. Mu­szę pę­dzić na ze­bra­nie – wy­ja­śni­łem. – A wie­czo­rem firma ma ko­lejne plany.

– Szkoda, że nie można się ze­rwać... – po­wie­działa z roz­ma­rze­niem. Była te­raz jakby w in­nym świe­cie. Sobą. Nie żoną ja­kie­goś głu­piego Pas­cala, któ­rego już mocno znie­lu­bi­łem.

– Wła­ści­wie... – za­wa­ha­łem się. Spoj­rzała na mnie z na­dzieją w oczach. Jak dziecko, które stra­ciło już wiarę w cuda i na­gle oka­zało się, że jed­nak ist­nieją.

Mę­ska część mo­jej oso­bo­wo­ści wy­czuła wy­zwa­nie. Lu­bi­łem się spraw­dzać w ta­kich sy­tu­acjach.

Co mi za­leży... – po­my­śla­łem. – W su­mie nie­wiel­kie ry­zyko, a można so­bie po­móc. Je­ste­śmy czte­ry­sta ki­lo­me­trów od domu, w wiel­kim ho­telu. Po­ju­trze wy­jazd. Ni­gdy wię­cej się nie zo­ba­czymy. Ona na­wet nie wie, jak mam na imię.

– Je­śli dasz radę się wy­rwać – za­ry­zy­ko­wa­łem – pro­po­nuję wy­prawę o świ­cie. Na wschód słońca.

– Ale su­per! – ucie­szyła się bar­dzo. Po­tra­fiła się tak ład­nie za­chwy­cać. Dawno tego nie do­świad­czy­łem. Ota­czali mnie lu­dzie za­możni, zbla­zo­wani. Mało co im im­po­no­wało, choć mieli tak wiele.

Do­cho­dzi­li­śmy już do ho­telu. Dziew­czyna co­raz bar­dziej się de­ner­wo­wała.

– Ju­tro – po­wie­działa po­spiesz­nie, zbie­ga­jąc po scho­dach. – Tam. – Wska­zała dło­nią wej­ście do lasu. – Punk­tu­al­nie o pią­tej. Będę! – do­dała, jakby to była bar­dzo ważna przy­sięga. A po­tem rów­nie szybko ru­szyła w stronę wej­ścia. Na­wet nie spraw­dziła, czy od­po­wie­dzia­łem. Ani tego, o któ­rej w maju wstaje słońce.

Ale nie mo­głem za nią po­biec, ni­czego w na­szej umo­wie po­pra­wić. Po­zo­stało tylko za­sta­no­wić się, czy mam na tę wy­prawę ochotę. Śmier­działo kło­po­tami na kilka ki­lo­me­trów.

Na­stęp­nego dnia cu­dem zwlo­kłem się z łóżka. Piąta rano to zde­cy­do­wa­nie nie moja go­dzina. Na do­da­tek wczo­raj do późna im­pre­zo­wa­li­śmy – służ­bowo, rzecz ja­sna. Przy­ło­ży­łem się, bo za­wsze po­waż­nie pod­cho­dzę do obo­wiąz­ków. Było na­wet nie­źle. Po­zna­łem bli­żej dwie fajne dziew­czyny z księ­go­wo­ści i Ewe­linę, ru­do­włosą se­kre­tarkę, nieco ner­wową, ale też miłą.

Przy oka­zji wy­szło na jaw, że in­for­ma­tyk dzie­lący ze mną po­kój mówi. Na po­czątku na­szego po­bytu od­nio­słem inne wra­że­nie. By­łem nowy, nie pa­so­wa­łem do żad­nej grupy, przy­dzie­lono mnie więc do po­koju z je­dyną osobą, która nie zna­la­zła so­bie pary. Nie dzi­wi­łem się. Pierw­szego dnia nie za­mie­ni­li­śmy ani słowa. Pew­nie mało kto chciał spę­dzać czas z ta­kim mru­kiem.

Tym bar­dziej że mój to­wa­rzysz na wy­jeź­dzie też pra­co­wał. Cały czas. I jadł chipsy, in­ten­syw­nie przy tym chru­piąc. Wszę­dzie nimi kru­szył, co nie­któ­rych mo­gło wku­rzać.

Jed­nak dwie kawy mocno wzmoc­nione brandy wy­ka­zały, że chło­pak ma na imię Igor. Ma psa i lubi cho­dzić po gó­rach. Je­śli chce, cał­kiem spraw­nie składa słowa w zda­nia. W ostat­niej chwili się po­wstrzy­ma­łem, żeby go nie za­pro­sić na dzi­siej­szy po­ranny wy­pad. Mnie też już mocno szu­miało w gło­wie i za­czy­na­łem tra­cić kon­trolę nad tym, co spon­ta­nicz­nie plotę. Gin z to­ni­kiem zde­cy­do­wa­nie za ła­two wcho­dził. Niby pro­sty drink, a jed­nak zro­biony do­brze. Mieli w tym ho­telu nie­złych bar­ma­nów.

Ale po­wstrzy­ma­łem się przed zło­że­niem tej pro­po­zy­cji, choć nada­łaby ca­łej spra­wie bez­pieczny wy­miar. Po­wi­nie­nem był to zro­bić. Mimo szu­mią­cego w gło­wie al­ko­holu wie­dzia­łem, że Igor by mnie ura­to­wał. Jed­nak mil­cza­łem.

Ewa­ku­owa­łem się z baru, kiedy nowo po­znane dziew­czyny za­częły zbyt mocno in­te­re­so­wać się mo­imi wło­sami. Na­prawdę mia­łem ser­decz­nie dość dow­ci­pów o Wiedź­mi­nie oraz py­tań, jak czę­sto far­buję, albo w jaki spo­sób udaje mi się uzy­skać taki nie­zwy­kły ko­lor. I po co wła­ści­wie to ro­bię.

Gwa­ran­tuję, wo­la­łyby nie wie­dzieć.

Zmy­łem się więc, tłu­ma­cząc nie­ja­sno, że mu­szę na­pi­sać kilka ma­ili. Igor sko­rzy­stał z oka­zji i ru­szył za mną. My­śla­łem, że jesz­cze po­ga­damy, ale za­nim zdą­ży­łem wziąć prysz­nic, on już spał. Le­żał na skos w swoim łóżku, wciąż w dżin­sach oraz ko­szuli w kratę. Na bro­dzie miał okruszki chip­sów. Za­chwia­łem się, le­dwo tra­fia­jąc na mój ma­te­rac, po czym przy­kry­łem szczel­nie koł­drą. Pró­bo­wa­łem jak naj­le­piej wy­ko­rzy­stać nie­liczne go­dziny, ja­kie zo­stały do świtu.

Nie­spe­cjal­nie mi po­szło. Śnił mi się wielki most. Jak za­wsze, kiedy się stre­so­wa­łem.

Bu­dzik za­dźwię­czał, świ­dru­jąc mój mózg. Obu­dzi­łem się zlany po­tem i z pul­su­ją­cymi skro­niami. Po­ra­nek oka­zał się trudny.

Zwlo­kłem się z łóżka, po czym obi­ja­jąc o me­ble, z tru­dem wło­ży­łem spodnie. Po­wieki słabo mi dzia­łały i nie chciały się pod­nieść jak na­leży, a prawo gra­wi­ta­cji sta­now­czo cią­gnęło mnie z po­wro­tem do łóżka. New­ton mu­siał do­stać jabł­kiem w łeb, żeby od­kryć jego siłę. Mnie wy­star­czyło kilka drin­ków.

Przez mo­ment na­wet się za­wa­ha­łem, czy jest sens iść. Pew­nie tamta dziew­czyna i tak nie zdoła się wy­mknąć z ob­jęć za­bor­czego męża. Nie przyj­dzie.

I co z tego?! – ob­ra­zi­łem się sam na sie­bie za tę in­sy­nu­ację. – Nie wy­bie­ram się tam w końcu dla niej! Pójdę sam. Też bę­dzie mi przy­jem­nie. Prze­cież cho­dzi o góry i wschód słońca – do­da­łem kłam­li­wie. Mia­łem ochotę pal­nąć się w łeb za tę ob­łudę. – Kogo chcesz oszu­kać?! – po­my­śla­łem ze zło­ścią.

– Musi być bar­dzo ładna, że się dla niej tak wcze­śnie zwle­kasz z wy­rka. – Igor na­wet nie otwo­rzył oczu, ale po­wie­dział tę uwagę z wielką pew­no­ścią w gło­sie. Wi­dać umiał czy­tać nie tylko pro­gramy kom­pu­te­rowe, lecz także my­śli współ­lo­ka­to­rów.

– Nie o to cho­dzi! – obu­rzy­łem się od­ru­chowo, choć to w grun­cie rze­czy ozna­czało przy­zna­nie mu ra­cji.

Bo je­śli mia­łem być ze sobą cał­ko­wi­cie uczciwy, z pew­no­ścią jej obec­ność sta­no­wiła główny ar­gu­ment. Piękna dziew­czyna. Na pewno li­czył się też fakt, że była taka po­dobna. Tak bar­dzo po­dobna!

Jakby ży­cie dało mi szansę, by cof­nąć czas. Oca­lić ko­bietę, któ­rej kie­dyś nie umia­łem po­móc i nie dało się o tym za­po­mnieć. Ro­zu­mia­łem, prze­pra­co­wa­łem, za­koń­czy­łem z suk­ce­sem te­ra­pię, a i tak w snach co chwilę wra­cał tam­ten wie­czór.

Igor za­chra­pał, przy­wo­łu­jąc mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Naj­wy­raź­niej na ten mo­ment kon­wer­sa­cję uznał za za­koń­czoną. Otrzą­sną­łem się szybko. Za­mkną­łem za sobą drzwi po­koju, po czym prze­mkną­łem pu­stym ko­ry­ta­rzem. Pró­bo­wa­łem zer­kać przez wiel­kie okna, ale nie było stąd wi­dać wej­ścia do lasu. Na­pię­cie ro­sło we mnie z każ­dym kro­kiem, po­dob­nie jak nie­po­kój.

Czu­łem ca­łym sobą, że le­piej by­łoby dla mnie, gdyby ona nie przy­szła.

Było mi zimno. W dłoni ści­ska­łam uchwyt ple­caka. Wczo­raj na ko­la­cji ukra­dłam tro­chę pro­wiantu. Miesz­kamy w luk­su­so­wym ho­telu, naj­prost­sze pie­rogi z se­rem oraz ziem­nia­kami sma­kują tu jak kró­lew­skie da­nie i są rów­nie pięk­nie po­dane. Je­dze­nia bar­dzo dużo. Ale spró­buj coś wy­nieść poza gra­nice ja­dalni! Dwie po­zor­nie miłe kel­nerki cały czas pil­nują drzwi ni­czym dwa żar­łoczne, choć wy­jąt­kowo chude smoki. Wzro­kiem zdają się prze­szy­wać każdą kie­szeń, za­ka­ma­rek to­rebki, a na osoby z naj­mniej­szym na­wet ple­ca­kiem pa­trzą ni­czym na po­ten­cjal­nego prze­stępcę. Mają ra­cję. Mimo tego sys­temu kon­troli bo­gaci go­ście na po­tęgę kra­dli jo­gurty, owoce oraz ro­ga­liki.

Ja też. Ale mia­łam po­wód.

Nie mo­głam pójść wie­czo­rem do po­bli­skich de­li­ka­te­sów, żeby zro­bić za­kupy. Pas­cal by mnie od razu wy­py­tał, po co mi każdy pro­dukt, i sko­men­to­wał wy­bory. Nie mia­łam na to siły. Nie bra­ko­wało nam pie­nię­dzy, a mąż ni­gdy nie ogra­ni­czał mo­ich wy­dat­ków. Pod wa­run­kiem że ich nie wi­dział. Je­śli tylko coś zo­ba­czył, od razu do­wia­dy­wa­łam się, że można było ku­po­wać ina­czej. Nie ten se­rek, bar­dziej chrupką pa­prykę, le­piej wy­pie­czony chleb.

Za­drża­łam. Skup się na po­zy­ty­wach – na­ka­za­łam so­bie. Czy­ta­łam ostat­nio taką świetną książkę o tym, jak in­ter­pre­tu­jemy rze­czy­wi­stość. Mamy wy­bór, w jaki spo­sób pa­trzymy na sprawy. A w moim mał­żeń­stwie było prze­cież sporo do­brego. Mnó­stwo dziew­czyn da­łoby się po­kroić za ta­kiego męża.

Dziś mu­sia­łam się jed­nak wy­si­lić, żeby wy­li­czyć ko­lejne po­zy­cje.

Dzieci! – przy­po­mnia­łam so­bie. – Tak, to zde­cy­do­wa­nie. Na­sze có­reczki. A także do­bre wspo­mnie­nia. Pas­cal był wspa­niały przed ślu­bem. Wy­ma­rzony... Dla­czego to się skoń­czyło?

Od­wró­ci­łam się i wy­rwa­łam z za­my­śle­nia. Jed­nak ten fa­cet przy­szedł! Po­ko­ny­wał wła­śnie szyb­kim kro­kiem ścieżkę pro­wa­dzącą do lasu. Ucie­szy­łam się. Mało spa­łam w nocy, choć tym ra­zem się nie po­kłó­ci­li­śmy. Pas­cal wró­cił ze spo­tkań do­piero nad ra­nem. Mia­łam spo­kój, ale nie by­łam w sta­nie się od­prę­żyć. Gry­zły mnie wy­rzuty su­mie­nia. Pierw­szy raz za­mie­rza­łam się spo­tkać z ja­kimś męż­czy­zną bez wie­dzy Pas­cala. Krę­ciło mi się w gło­wie. By­łam go­towa w każ­dej chwili od­wró­cić się na pię­cie i biec do po­koju, gdzie mój mąż spał te­raz mocno, chra­piąc tak, że nie było sły­chać, jak się ubie­ra­łam, my­łam czy za­my­ka­łam drzwi.

Wie­dzia­łam, że prędko nie wsta­nie.

– Cześć – przy­wi­tał się nie­zna­jomy. Srebrne włosy dziś miał roz­wi­chrzone, wy­glą­dał jesz­cze le­piej niż wczo­raj. Uśmiech­nę­łam się w od­po­wie­dzi. Za­sta­na­wia­łam się, czy to do­bry mo­ment, by się przed­sta­wić i za­py­tać go o imię. Ale do­szłam do wnio­sku, że le­piej, je­śli sprawy po­zo­staną ta­kimi, jak są. Im mniej tro­pów, tym le­piej.

Jemu chyba też to od­po­wia­dało.

– Co ukra­dłaś? – za­py­tał, pusz­cza­jąc do mnie oko i mie­rząc wzro­kiem mój pę­katy ple­cak.

– Ro­ga­liki i sok – przy­zna­łam się od razu.

– Nie­źle! – po­chwa­lił mnie. – Ja tylko jabłka. Wło­ży­łem je so­bie głę­boko do spodni i kel­nerki tro­chę dziw­nie na mnie pa­trzyły.

Wy­obra­zi­łam to so­bie. O rany! Po­sta­no­wi­łam za żadne skarby świata nie jeść tych ja­błek.

– Ile mamy czasu? – za­py­ta­łam. Za­su­nę­łam szczel­niej za­mek po­la­ro­wej kurtki. Było mi zimno. Chcia­łam znów się do niego przy­tu­lić. Wła­ści­wie tego pra­gnę­łam naj­bar­dziej. Ale nie mo­głam tego tak po pro­stu zro­bić, bez żad­nego pre­tek­stu. Wczo­raj ten fa­cet zgo­dził się mi po­móc, pew­nie wi­dział, jak bar­dzo je­stem roz­trzę­siona, ale dzi­siaj uciekłby z krzy­kiem, gdy­bym znowu za­częła się do niego kleić.

Nikt nie po­trafi zro­zu­mieć, jak de­spe­racko tego po­trze­bo­wa­łam.

Ru­szy­li­śmy w drogę. Le­śna ścieżka się skoń­czyła i szlak za­czął się piąć ostro pod górę. Świ­tało. Po­zło­cony pierw­szymi pro­mie­niami słońca ho­ry­zont wy­peł­niał luki po­mię­dzy drze­wami. Aro­ma­tyczne, rześ­kie po­wie­trze dzia­łało jak gaz roz­we­se­la­jący. Po­czu­łam się le­piej. Tego mi było trzeba. Swo­body, ru­chu, ko­goś faj­nego tuż obok.

Szli­śmy bli­sko sie­bie. Na­sze kroki szybko się zsyn­chro­ni­zo­wały. Od­de­chy rów­nież. Czy po­dob­nie było z my­ślami? Nie wiem. W każ­dym ra­zie ja zu­peł­nie nie mo­głem się sku­pić. Cią­gnęło mnie do tej ko­biety jak jesz­cze ni­gdy wcze­śniej. Może za długo by­łem sam?

Jej strój nie uła­twiał sprawy. Cho­lerni pro­du­cenci odzieży spor­to­wej! Czy oni ro­bili to spe­cjal­nie?! Szyli leg­ginsy pod­kre­śla­jące li­nię po­ślad­ków i ta­lio­wane po­la­rowe kur­teczki ści­śle opi­na­jące fi­gurę? Pew­nie tak! Dziady jedne!

Aku­rat wschód słońca będę oglą­dał! – po­my­śla­łem ze zło­ścią. – Je­śli jesz­cze chwilę dam swo­bod­nie pły­nąć my­ślom i wy­obraźni, to za mo­ment na­wet nie będę wie­dział, gdzie jest która strona świata!

Na do­da­tek mia­łem świa­do­mość, że wi­dzimy się pew­nie ostatni raz. W mo­jej fir­mie na dziś za­pla­no­wano jesz­cze dwa szko­le­nia, wie­czo­rem uro­czy­sta ko­la­cja, na któ­rej po­noć pre­zes ma świę­to­wać pod­pi­sa­nie no­wego kon­traktu, i rano wy­jazd. Po­wrót do zwy­kłego świata.

Cze­kało mnie sporo wy­zwań. Mu­sia­łem się sta­rać. Za­trud­nili mnie, pew­nie są­dzili, że po­tra­fię zdzia­łać ja­kieś cuda. By­łem do­bry, ale nie tak bar­dzo, jak by na to wska­zy­wała moja nowa pen­sja.

To do­piero była za­gwozdka! Sami ją za­pro­po­no­wali. W ży­ciu bym nie wpadł, żeby tar­go­wać się o tak dużo. Nie są­dzi­łem, że w ogóle w mo­jej branży funk­cjo­nują ta­kie stawki. W ząb nie ro­zu­mia­łem, jak to się stało. Dla­czego aż tyle?! Ale oczy­wi­ście przy­ją­łem i nie mo­głem tego zmar­no­wać. Od tego za­le­żał nie tylko mój los.

Dziew­czyna przy­su­nęła się bli­żej. A moje my­śli na­tych­miast wró­ciły do niej. Wy­sta­jące ka­mie­nie unie­moż­li­wiały równy spa­cer, więc co rusz od­le­głość mię­dzy nami się zmniej­szała, bo dziew­czyna chwiała się na nie­rów­no­ściach. Ani razu jed­nak nie wy­ko­rzy­stała tego, by się ode mnie od­da­lić. Tak, ja też to ro­bi­łem.

W końcu wzią­łem ją za rękę. Po­zwo­liła. Ma­sze­ro­wa­li­śmy pół go­dziny, za­czą­łem się roz­glą­dać za miej­scem, gdzie mo­gli­by­śmy zro­bić po­stój. Słońce i tak dawno już wze­szło, nie cze­ka­jąc na nas. A my nie mie­li­śmy wiele czasu. Nie wie­dzia­łem, jak długo jej mąż ma w zwy­czaju sy­piać. Ja­kim jest ty­pem czło­wieka suk­cesu. Czy bu­dzi się o świ­cie i pę­dzi na si­łow­nię, bie­gać oraz pić zie­lone kok­tajle, czy też woli wy­le­gi­wać się w łóżku, jeść na śnia­da­nie sma­żony be­kon z ja­kiem i fa­solką? Mo­głem za­py­tać, ale nie chcia­łem o nim roz­ma­wiać.

Jedno było pewne, mu­siała wró­cić, za­nim on się zo­rien­tuje, że wy­szła. Znowu po­czu­łem dreszcz. Strach wra­cał w naj­mniej spo­dzie­wa­nych mo­men­tach. Pró­bo­wa­łem się uspo­koić. Prze­cież jej hi­sto­ria mo­gła być inna. Nie za­wsze jest tak samo!

Nie wie­rzy­łem jed­nak sam so­bie.

Wresz­cie zna­la­złem świetną miej­scówkę. Na zbo­czu góry zo­ba­czy­łem fajną małą po­lanę z do­brym wi­do­kiem. Skrę­ci­łem, a dziew­czyna do­trzy­mała mi kroku, bez po­trzeby tłu­ma­cze­nia cze­go­kol­wiek. Wy­cią­gną­łem z ple­caka kurtkę prze­ciw­desz­czową i roz­ło­ży­łem, że­by­śmy mo­gli usiąść. Za­wsze ją za­bie­ram w góry, ale tym ra­zem mia­łem do­dat­kową mo­ty­wa­cję. Nie chcia­łem się znów roz­bie­rać do pół­naga, żeby moja to­wa­rzyszka miała na czym usiąść.

Za­ję­li­śmy miej­sca od­ru­chowo bar­dzo bli­sko sie­bie. Wy­ją­łem wodę, dziew­czyna miała swoją. Po­tem chcia­łem ją po­czę­sto­wać jabł­kiem, ale od­mó­wiła. Ja z ko­lei bez opo­rów wzią­łem od niej ro­ga­lika. By­łem głodny. A od wielu lat ni­gdy nie mar­no­wa­łem oka­zji, by coś zjeść, je­śli tylko się tra­fiała. Z tru­dem po­ha­mo­wa­łem na­wyk, żeby scho­wać coś do ple­caka. Były w moim ży­ciu ta­kie okresy, kiedy bra­ko­wało mi je­dze­nia.

To prze­szłość – przy­po­mnia­łem so­bie. – Już nie moje re­alia.

Zja­dłem ro­ga­lika do ostat­niego okruszka.

Po­si­łek oka­zał się do­brą sprawą. Mie­li­śmy czym za­jąć ręce i my­śli. Ale skoń­czył się szybko. Po­tem długą chwilę sie­dzie­li­śmy, pa­trząc na roz­cią­ga­jące się przed nami góry. Było rześko, pach­niało zio­łami.

Ob­ją­łem ją moc­niej, a ona przy­warła do mnie. Wie­dzia­łem, że bar­dzo tego po­trze­buje. Przy­su­ną­łem jej nogi do mo­ich, a po­tem po­ca­ło­wa­łem w czu­bek głowy. Na po­czą­tek. Mia­łem pewne obawy, ro­zum coś tam pró­bo­wał glę­dzić o ostroż­no­ści i roz­sądku. W końcu ona miała męża. A ja ni­gdy nie zła­ma­łem mo­jej że­la­znej za­sady, by nie ty­kać mę­ża­tek, i ab­so­lut­nie te­raz też nie mia­łem za­miaru tego ro­bić.

Wią­zać się z nią ani prze­spać. Tylko po­móc czło­wie­kowi w po­trze­bie. So­bie też tro­chę. Co to komu za­szko­dzi, że dwoje sa­mot­nych lu­dzi udzieli so­bie odro­biny wspar­cia?! Ży­cie po­trafi być mocno ku­rew­skie i cza­sem bez do­dat­ko­wej po­mocy nie da się go przejść.

Od­dy­cha­łem, sta­ra­łem się my­śleć trzeźwo. Ale po chwili już wie­dzia­łem, że się nie opa­nuję, szkoda więc tra­cić czas. Po­ca­ło­wa­łem ją. Tym ra­zem w usta. De­li­kat­nie. Jak za­ko­chany na­sto­la­tek. Za­mie­rza­łem na tym po­prze­stać. To ona chciała wię­cej. Ja tylko tro­chę prze­chy­li­łem się w jej stronę, a ona od razu po­ło­żyła się na mięk­kiej tra­wie. Po chwili po­czu­łem jej szczu­płe ciało bar­dzo bli­sko mo­jego.

To nic ta­kiego – tłu­ma­czy­łem so­bie. Było mi do­brze. W kon­tak­cie z tą dziew­czyną ła­do­wały się moje we­wnętrzne ba­te­rie. Za­po­mi­na­łem. A to w moim przy­padku pra­wie nie­moż­liwe. Nie za­mie­rza­łem jed­nak wy­ko­rzy­stać sy­tu­acji, choć całe moje ciało rwało się do tego.

Dłoń wła­ści­wie sama wsu­nęła się pod cienką ko­szulkę ter­miczną dziew­czyny. Po­czu­łem jej skórę. Mocno re­ago­wała na do­tyk. Pod pal­cami wy­czu­łem gę­sią skórkę. Jej serce ło­mo­tało, moje zresztą też. Ob­ją­łem de­li­kat­nie jej pierś. Była jakby do tego stwo­rzona. Ide­al­nie krą­gła, mie­ściła się w mo­jej ręce. Zro­biło mi się go­rąco.

– Wy­star­czy! – usły­sza­łem na­gły za­kaz i ro­zej­rza­łem się wo­kół nie­przy­tom­nym wzro­kiem, w pierw­szej chwili z tru­dem ko­ja­rząc, co się do­kład­nie stało. Jakby mnie ktoś z cie­płego łóżka wrzu­cił na­gle do lo­do­wa­tej wody. Nie mo­głem zła­pać tchu.

Do ja­snej cho­lery! Viola! Opa­nuj się, dziew­czyno!

Od­dy­cha­łam głę­boko. Nie mo­głam uwie­rzyć w to, co się dzieje. Wła­śnie zdra­dza­łam męża. Czło­wieka, za któ­rego wy­szłam z mi­ło­ści. Mie­li­śmy dwoje dzieci. Có­reczki. Co im po­wiem? Tata się na mnie wścieka, bo się do­wie­dział, że po­szłam w góry ob­ści­ski­wać się z ja­kimś ob­cym fa­ce­tem?! Miałby prawo się zło­ścić!

Uwa­żam, że ro­dzina jest naj­waż­niej­sza, a zdrada to roz­wią­za­nie dla sła­bych!

Otar­łam czoło. Było mo­kre. Jesz­cze nie mo­głam się od­wró­cić. Nie mia­łam żalu do tego fa­ceta. Był tylko czuły i ser­deczny, to ja pro­wo­ko­wa­łam, pcha­łam mu się w łapy. Do ja­kiego stanu czło­wiek może się do­pro­wa­dzić. I z ja­kiej przy­czyny?! Paru mar­nych kło­po­tów w związku? Braku do­tyku? Kilku kłótni? Na­wet je­śli okrop­nych? Każdy ta­kie ma. To nie po­wód, żeby od razu zdra­dzać!

Nie od razu. Mę­czysz się od lat – po­wie­dział ja­kiś głos w mo­jej gło­wie, ale szybko go uci­szy­łam.

– Nie! – po­wie­dzia­łam gło­śno, po czym znów usia­dłam na kurtce. Mój to­wa­rzysz zro­zu­miał to słowo na swój spo­sób, jak skie­ro­wane do niego. Lekko się od­su­nął.

– Spo­koj­nie. – Do­tknął mo­jej dłoni. – Nic się nie stało.

Mia­łam inne zda­nie. Wy­da­rzyło się coś bar­dzo zna­czą­cego.

Wie­dzia­łam, że po­win­ni­śmy już wra­cać. Bez względu na to, kiedy Pas­cal się po­ło­żył, naj­póź­niej o siód­mej wsta­nie i pój­dzie na si­łow­nię. Po­tem za­cznie mnie szu­kać. Krótki po­ranny spa­cer z pew­no­ścią zro­zu­mie, ale spóź­nie­nie na śnia­da­nie wprawi go od rana w zły hu­mor. Nie chcia­łam tego. Mia­łam dość kło­po­tów. Mu­sia­łam się bar­dziej po­sta­rać. Cią­gle czu­łam się nie dość do­bra. Co jesz­cze mo­głam zro­bić, żeby znów mię­dzy nami było tak do­brze jak kie­dyś?

Na pewno nie ca­ło­wać się w gó­rach z ob­cym fa­ce­tem! A jed­nak wła­śnie tego chcia­łam te­raz naj­bar­dziej. To była je­dyna krótka chwila od lat, kiedy czu­łam się do­brze, bez­piecz­nie, wy­star­cza­jąco.

To spo­strze­że­nie mną wstrzą­snęło.

– Za chwilę ru­szamy z po­wro­tem do ho­telu – po­wie­dział, a ja kiw­nę­łam głową na znak, że się zga­dzam.

Prze­cią­ga­łam każdą mi­nutę, ale one jak na złość pę­dziły. Na­gle za­pra­gnę­łam coś stąd za­brać. Ja­kąś pa­miątkę tego mo­mentu. Choćby tylko taką w mo­jej gło­wie.

– Po­wiedz mi coś o so­bie, co­kol­wiek – po­pro­si­łam szybko. – Kim je­steś?

– Nic cie­ka­wego – od­parł, wy­cią­ga­jąc dłu­gie nogi na tra­wie. – Praw­nik. Od ty­go­dnia kor­po­ra­cyjny. Nowy w fir­mie. Mu­szę wró­cić na czas. Ra­czej nie mogę po­peł­nić błędu.

– Spo­koj­nie – od­par­łam. – W ra­zie czego prze­cież bez trudu znaj­dziesz inną pracę. Twoja branża wciąż ma się nie­źle.

Spoj­rzał na mnie dziw­nie, jakby się za­sta­na­wiał, jak wiele może mi po­wie­dzieć. Chcia­łam jak naj­wię­cej, ale na to się chyba nie zde­cy­do­wał.

– Lu­dzie tak my­ślą – od­parł. – Matki wciąż ma­rzą, żeby syn stu­dio­wał me­dy­cynę albo prawo. Nie wiem, jak to po­tem wy­gląda u le­ka­rzy, ale ad­wo­kaci mają długą drogę do suk­cesu. Mu­sisz zro­bić apli­ka­cję, po­tem wiele mie­sięcy sie­dzieć za marne pie­nią­dze po go­dzi­nach w kan­ce­la­rii i od­wa­lać za in­nych czarną ro­botę. Je­śli masz szczę­ście, do­sta­niesz w końcu ważną sprawę, gdy wy­grasz, może awan­su­jesz. Ale nie ma pew­no­ści.

– To­bie się udało? – za­py­ta­łam.

– Tak. – Kiw­nął głową, jed­nak bez prze­ko­na­nia.

– Już się wię­cej nie zo­ba­czymy – po­wie­dzia­łam, nie wiem, co mnie pchało do cią­gnię­cia tej roz­mowy, ale oka­zało się nie do opa­no­wa­nia. – Pro­szę, po­wiedz mi o so­bie coś, czego nikt nie wie. – Spoj­rza­łam na niego. – Ja też to zro­bię – obie­ca­łam. – Za­bie­rzemy te se­krety ze sobą i ni­komu nie zdra­dzimy. Po­noć cza­sem do­brze jest wy­rzu­cić z sie­bie taki ka­mień. Można do ob­cego czło­wieka, to daje pewne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Dziw­nie się czu­łam, wy­po­wia­da­jąc te słowa. Ow­szem nie wie­dzia­łam na­wet, jak on ma na imię, ale jed­no­cze­śnie mia­łam wra­że­nie, że jest je­dyną osobą na świe­cie, przy któ­rej mogę się za­cho­wy­wać swo­bod­nie. Nie mu­szę uwa­żać na każde słowo, gest, a na­wet myśl.

Mil­czał długo. Są­dzi­łam, że zlek­ce­wa­żył moją pro­po­zy­cję do tego stop­nia, że na­wet mu się nie chce za­pro­te­sto­wać.

– Nie wiem, co wy­brać – po­wie­dział ci­cho, kiedy stra­ci­łam już na­dzieję, że w ogóle się ode­zwie. – Spo­tka­łaś mi­strza se­kre­tów.

– Ła­two mi nie za­im­po­nu­jesz – od­par­łam pew­nym to­nem. Mia­łam w tej dzie­dzi­nie wy­bitne osią­gnię­cia.

Nie za­mie­rza­łam się li­cy­to­wać, ale z pew­no­ścią ten miły, po­godny praw­nik nie­wiele mógł wie­dzieć o ży­ciu peł­nym nie­zro­zu­mia­łych za­cho­wań, wiecz­nej kry­tyki, cią­głego ba­lan­so­wa­nia na gra­nicy bez­pie­czeń­stwa, sta­rań i po­czu­cia za­gro­że­nia.

– No to mów! – Od­wró­cił się w moją stronę i spoj­rzał mi w oczy. Po­czu­łam cie­pło.

– Nie ko­cham mo­jego męża! – wy­rwało mi się, jakby w na­głym olśnie­niu. Aż za­mar­łam z wra­że­nia.

– Wiem – od­parł spo­koj­nie. Wcale go nie za­sko­czy­łam ani nie zszo­ko­wa­łam. – Ta­kich lu­dzi nie da się ko­chać, choć po­tra­fią czło­wieka ocza­ro­wać, usi­dlić, oma­mić. I bar­dzo trudno z tego wyjść.

– Skąd wiesz? – Ob­ra­zi­łam się rów­nie szybko. Ja tu wła­śnie prze­ży­wa­łam od­kry­cie ży­cia, wy­ja­wi­łam naj­więk­szy se­kret, a on do tego pod­cho­dził, jak do wy­niku me­czu sprzed pię­ciu lat. – To skom­pli­ko­wane! – za­wo­ła­łam, bo wcale nie wy­glą­dał na prze­ję­tego mo­imi sło­wami. Nie znał się i tyle. Na­iwny wy­piesz­czony praw­nik, za­pewne z do­brej praw­ni­czej ro­dziny. Co mógł wie­dzieć o praw­dzi­wym ży­ciu. – Prze­pra­szam za tę chwilę sła­bo­ści – po­wie­dzia­łam drżą­cym z emo­cji gło­sem. – To zresztą nie­prawda! Ko­cham męża. Bez sensu mi się to wy­rwało. Ro­dzina jest dla mnie naj­waż­niej­sza – do­da­łam z mocą, bo tak wła­śnie było. – Chodźmy już.

Wstał. Ja też. Scho­wał kurtkę i szyb­kim kro­kiem ru­szy­li­śmy w drogę po­wrotną. Te­raz już nie ma­sze­ro­wa­li­śmy ra­zem. Nie było mowy o trzy­ma­niu się za ręce. Choć słońce stało co­raz wy­żej i z każdą chwilą ro­biło się cie­plej, mia­łam wra­że­nie, że ota­cza mnie chłód. Tym moc­niej­szy, im da­lej ten męż­czy­zna się ode mnie od­su­wał.

– Nic mi nie po­wie­dzia­łeś – ode­zwa­łam się z ża­lem, kiedy syl­wetka ho­telu stała się wi­doczna. Nie po­tra­fi­łam się po­wstrzy­mać, choć na­prawdę pró­bo­wa­łam.

Za­trzy­mał się i spoj­rzał na mnie.

– To nie jest w po­rządku – tłu­ma­czy­łam. – Ja ci wy­ja­wi­łam naj­więk­szą ta­jem­nicę, a ty tylko, że je­steś ad­wo­ka­tem. To pew­nie wie każdy, kto cię zna.

Wie­dzia­łam, że nie musi po­trak­to­wać mo­ich pre­ten­sji po­waż­nie. W końcu to ja za­pro­po­no­wa­łam tę wy­mianę ta­jem­nic i jesz­cze po­tem sama wy­co­fa­łam się ze swo­ich re­we­la­cji. Nie miał obo­wiązku się go­dzić na wza­jem­ność. A jed­nak się ode­zwał.

– Ni­gdy w ży­ciu nie czu­łem się szczę­śliwy... ani bez­pieczny – za­czął bar­dzo po­woli, a po­tem słowa wy­strze­li­wały z jego ust co­raz szyb­ciej i szyb­ciej. – Nie na­daję się do związ­ków, więc je­stem też sa­motny. Po­ję­cia nie mam, dla­czego pre­zes mnie za­trud­nił, a po­noć oso­bi­ście wy­brał moje CV. Nie za­słu­guję na taką wy­płatę i boję się, że mnie zwol­nią. A mam na utrzy­ma­niu mamę... bar­dzo chorą. Chorą jak nikt inny. Po­trze­buję kasy... Dużo kasy...

Za­mar­łam. Po­czu­łam dreszcz. Mia­łam wra­że­nie, że to tylko część jego li­sty. Moja była fak­tycz­nie krót­sza. Nie­wiele to zmie­niało, bo i tak moje pro­blemy miały ra­żącą moc, ale spoj­rza­łam na tego męż­czy­znę ina­czej. Nie spo­dzie­wa­łam się po nim ta­kich ob­cią­żeń. Może to nic dziw­nego, że jest siwy? Zro­zu­mia­łam. Usły­sza­łam w jego gło­sie nie tylko to, co po­wie­dział, ale i co prze­mil­czał. Jego mama nie była zwy­czaj­nie chora, na­wet nie zwy­czaj­nie ciężko chora. Kryło się za tym coś wię­cej.

Chcia­łam o to za­py­tać, ale nie mie­li­śmy już czasu.

Mu­sie­li­śmy się roz­stać.

Wy­szli­śmy z lasu. Droga pro­wa­dząca pro­sto do ho­telu stała się sze­roka. Wi­doczna z wielu okien oraz bal­ko­nów miesz­czą­cych się z tej strony po­koi. Nie mo­głam ry­zy­ko­wać.

Spoj­rza­łam mu w oczy i chyba oboje po­my­śle­li­śmy o tym sa­mym.

– Zo­stał tylko je­den dzień. Zo­ba­czymy się jesz­cze? – za­py­ta­łam. Jego srebrne włosy błysz­czały w słońcu. Był wy­soki i miał ładne usta. Przy­po­mniał mi się nasz krótki po­ca­łu­nek, choć ze wszyst­kich sił sta­ra­łam się go wy­rzu­cić z pa­mięci. Dla nas obojga by­łoby le­piej, gdyby wcale nie miał miej­sca. Po­my­śla­łam te­raz, że może jed­nak warto go za­cho­wać jak cenne wspo­mnie­nie. Do­da­wał mi sił.

– Nie mogę się dzi­siaj ze­rwać ze szko­leń – od­parł. – Wczo­raj się udało, ale drugi raz to za duże ry­zyko.

– A prze­rwy? – nie ustę­po­wa­łam, znowu nie mo­gąc opa­no­wać tej po­kusy, by pchać palce mię­dzy drzwi. – Na­wet Pas­cal ma wolne po obie­dzie, a jest pre­ze­sem – do­da­łam.

Uśmiech­nął się na­gle. Jakby się w nim za­pa­liło świa­tełko. Przez krótki mo­ment zo­ba­czy­łam, jaki mógłby być, gdyby go nie przy­gnia­tały kło­poty, które co­dzien­nie dźwi­gał. Czy ja też mo­gła­bym wy­glą­dać ina­czej? Gdy­bym choć przez chwilę po­czuła się szczę­śliwa? Nie zdą­ży­łam się nad tym za­sta­no­wić.

– Zgoda – po­wie­dział. – Ja nie mam tak dużo do stra­ce­nia. Ty ry­zy­ku­jesz wię­cej. – Spoj­rzał na mnie uważ­nie, jakby mi da­wał szansę, że­bym się wy­co­fała. – Po obie­dzie na tam­tej po­la­nie, gdzie na mnie wpa­dłaś... – do­dał, wi­dząc, że nie zmie­niam za­miaru.

– To ty mi się na­wi­ną­łeś pod nogi... – za­pro­te­sto­wa­łam, bo rze­czy­wi­ście tak było. Na­gle po­ja­wił się zni­kąd w sa­mym środku lasu.

Uśmiech­nął się raz jesz­cze.

Zgo­dzi­łem się. I tym ra­zem nie mo­głem się oszu­ki­wać, że to nic ta­kiego. Je­den raz to spon­tan, ale dwa to już zde­cy­do­wa­nie re­cy­dywa.

Po­czu­łem zimny dreszcz złego prze­czu­cia, lecz szybko się uspo­ko­iłem. Po­nad wszelką wąt­pli­wość nie zo­ba­czymy się już wię­cej. Ju­tro wy­jazd. Jej mąż nie pra­cuje ze mną. Mó­wiła, że jest pre­ze­sem, było w ten week­end wielu ta­kich na licz­nych kon­fe­ren­cjach i wy­jaz­dach in­te­gra­cyj­nych. A pre­zes, który mnie za­trud­nił, miał na imię Ignacy. Za­pa­mię­ta­łem do­brze. Jego dane były za­pi­sane na umo­wie, a tę czy­ta­łem wiele razy.

W na­szej fir­mie pre­zes był tylko je­den. Nie wy­glą­dał na po­twora, choć za­pewne miał więk­szość pre­ze­sow­skich cech. Dumny, przy­stojny, świet­nie ubrany, nieco bu­co­waty, ale w nor­mie. Nie zwró­ci­łem uwagi, czy nosi ob­rączkę. W ogóle nie bar­dzo się nad nim za­sta­na­wia­łem, bo nie za­trud­nił mnie do bez­po­śred­niej współ­pracy, tylko do jed­nego z dzia­łów firmy. To zresztą te­raz nie­ważne. Grunt, że to nie on.

Kiw­ną­łem głową.

– Ale jak się wy­do­sta­niesz? – za­py­ta­łem. – Pew­nie Pas­cal bę­dzie chciał spę­dzić wolną chwilę z żoną.

– Wczo­raj coś wspo­mi­nał, że ma wtedy ja­kieś spo­tka­nie – od­parła. – Wiesz, ja nie do końca ogar­niam jego ka­len­darz. Cią­gle coś się tam zmie­nia. Dla mnie li­czy się tylko, kiedy wróci do domu, dzieci tę­sk­nią... – do­dała ci­szej.

Zro­biło mi się przy­kro.

– Chcesz się ze mną znowu zo­ba­czyć? – upew­ni­łem się. Mó­wiła, że go nie ko­cha, ale w ewi­dentny spo­sób wi­dać było, że jest mocno uwi­kłana w tę re­la­cję. Gdyby był jej obo­jętny, nie cier­pia­łaby tak przez niego.

– Nie wiem – za­wa­hała się. W jej oczach wręcz wi­dać było imię Pas­cal. My­ślała o nim cały czas.

Mia­łem ra­cję. Była od niego uza­leż­niona. Cier­piała, ale wy­da­wało jej się, że to mi­łość. Czy miała w ciągu dnia ta­kie mo­menty, kiedy sprawy nie krę­ciły się wo­kół jego hu­mo­rów, po­trzeb i opi­nii? Po­dej­rze­wam, że rzadko.

– Nie po­win­nam jed­nak się z tobą uma­wiać! – za­wo­łała, zmie­nia­jąc na­gle zda­nie. – Za­po­mnij! – do­dała jesz­cze na ko­niec, po czym po­bie­gła w dół. Nie było sensu jej go­nić. Sta­łem i pa­trzy­łem za nią, do­póki nie zni­kła za ro­giem bu­dynku. Ostatni raz jesz­cze spoj­rza­łem na jej ja­sne włosy i syl­wetkę. Za­czerp­ną­łem po­wie­trza.