Familia - Mariusz Kanios - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Familia ebook i audiobook

Mariusz Kanios

4,7
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+

37 osób interesuje się tą książką

Opis

Najnowszy kryminał mistrza suspensu i zaskakujących zwrotów akcji.

Wakacje na Sycylii miały być dla Marka i Iwony ostatnią szansą na uratowanie małżeństwa. Marek od lat zdradza żonę i coraz bardziej pogrąża się w alkoholowym zamroczeniu. Wszystko zmienia się, gdy Iwona i ich córka Alicja znikają bez śladu.

Marek musi otrząsnąć się z nałogu i ruszyć ich tropem. Wspólnie z młodą policjantką Carmelą Librizzi odkrywa, że ktoś manipuluje śledztwem, a wokół zaginięcia kobiet narasta sieć kłamstw i tajemnic. Każdy krok może przybliżyć go do rodziny – albo sprowadzić na niego śmiertelne niebezpieczeństwo.

Czy Marek zdoła je odnaleźć, zanim będzie za późno? I komu może zaufać, gdy nawet ci, którzy powinni chronić, mają coś do ukrycia?

Mariusz Kanios jest jednym z najciekawszych polskich autorów kryminałów i thrillerów psychologicznych.Z wykształcenia ekonomista i archeolog, który przez wiele lat pracował jako dyrektor banku, po czym porzucił korporację na rzecz literatury.

Zadebiutował w 2021 roku powieścią kryminalnąUczynkiem i zaniedbaniempierwszą częścią trylogii z komisarz Zuzanną Nowacką. Kolejne części to:Karty zła(2021) iDobry człowiek(2022).

Następnie opublikował powieści w dwóch cyklach: z komisarz Alicją Romską -Szepty moich lęków(2022),Zatoka syren(2023) iFotoplastikon(2023) oraz z prokuratorem Michałem Stróżem -Pomroki(2024),Nieboskłon(2025) iNegatyw(2025).

Jego twórczość charakteryzują mocno zarysowane tło psychologiczne i poruszanie trudnych społecznych tematów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 377

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 42 min

Lektor: Kosior FilipFilip Kosior

Oceny
4,7 (349 ocen)
272
52
16
6
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Stefanbe

Dobrze spędzony czas

Lubię Mariusza Kaniosa, lubię jego powieści, czytając Familię zastanawiałem się, czemu rzecz nie dzieje się w Sandomierzu, Tarnobrzegu, Mielcu czy nawet Dębicy tylko na Sycylii? Dziś się dowiedziałem się, że ma tam on swój "seconda casa". Musiałem nawet (ale tylko na początku) że dlatego, że o ile policja i tam, i tu może być niekompetentna, to polska policja przekupna być nie może. Nie, chodzi o to, że Sycylia to dla autora drugi dom. Kanios jest autorem kryminałów, a więc Familia jest kryminałem, choć gatunek to tylko pretekst, by powiedzieć o tym, że człowiek może się zmienić pod wpływem ekstremów. Jeden na dobre, drugi na złe. Porwanie żon i dziecka dwóch wydawałoby się przyjaciół podczas eskapady na Sycylię daje początek całej serii niespodziewanych zdarzeń. I gdy wydaje się, że gdy po zakończeniu pewnego etapu wszyscy wracają do Sandomierza nastąpi pełna szczęśliwość - to nic z tego. Boć Sandomierz to stolica zła (gorsza nawet od Puław). Zwrotów akcji, jakie jeszcze następują, mo...
20
KASIA-2022-07

Nie oderwiesz się od lektury

Do połowy czytałam ze średnim zainteresowaniem , za to akcja po powrocie do Polski wciągnęła mnie całkowicie , a końcówka wycisnęła nawet łzy. Polecam.
11
Joart

Nie oderwiesz się od lektury

widzę dobry materiał na film
00
Jolanta_672

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna. Lubię książki pana Kaniosa. Czekam na następne. Jak zawsze niezawodny pan Filip Kosior. Polecam
00
anatemka

Nie oderwiesz się od lektury

świeta
00

Popularność




Copy­ri­ght © 2026 by Mariusz Kanios Copy­ri­ght © 2026 by Wydaw­nic­two Czarna Owca

All rights rese­rved

Wydawca: Marek Kor­czak Redak­cja: Woj­ciech Adam­ski Korekta: Kamila Recław, Maciej Kor­ba­siń­ski Pro­jekt okładki: Łukasz Pisko­rek Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 9 wrze­śnia 2026 ISBN 978-83-8457-054-8

Motto

Kiedy Bóg ukoń­czył dzieło stwo­rze­nia świata, ujął kulę ziem­ską w dło­nie i uca­ło­wał ją.

W miej­scu, któ­rego dotknęły Jego usta, powstała Sycy­lia.

[miej­scowa legenda]

1

Szczy­gieł wzdry­gnął się, kiedy w jego kie­szeni zawi­bro­wał tele­fon. Wyrwany z letargu, popra­wił się w fotelu i spraw­dził godzinę na desce roz­dziel­czej pędzą­cego samo­chodu. Było grubo po pół­nocy. Marek domy­ślił się, od kogo otrzy­mał wia­do­mość, ale powstrzy­mał chęć się­gnię­cia po komórkę, bo to nie był naj­lep­szy moment na romanse. Obok, na sie­dze­niu pasa­żera, drze­mała jego żona. Wsu­nął palce pra­wej dłoni pod oku­lary i prze­tarł oczy. Kiedy ręka wró­ciła na swoje miej­sce, ści­snął moc­niej kie­row­nicę i sku­pił się na dro­dze. Białe pasy prze­ci­na­jące jezd­nię pośrodku prze­my­kały mono­ton­nie jeden za dru­gim, co potę­go­wało zmę­cze­nie i wzma­gało sen­ność. Resztki wczo­raj­szego kaca też robiły swoje. Mru­ga­niem wal­czył z opa­da­ją­cymi co chwila powie­kami. Nie­wiele to pomo­gło. Zmie­nił świa­tła na dłu­gie i blask z reflek­to­rów oblał ścianę lasu za łukiem drogi. Po pra­wej mignął mu znak ostrze­ga­jący przed serią ostrych zakrę­tów. Powi­nien zwol­nić, bo szosa była mokra i usłana opa­da­ją­cymi z drzew liśćmi, ale był zbyt zmę­czony, aby roz­sąd­nie oce­nić sytu­ację. Ziew­nął bez zakry­wa­nia ust i znów poma­so­wał powieki. Minął pierw­szy skręt i gdy wycho­dził na pro­stą, odru­chowo doci­snął pedał gazu. Znów poczuł wibra­cję wyci­szo­nego tele­fonu i lekko się usztyw­nił, po czym zer­k­nął na sie­dzącą obok żonę. Głowa drze­mią­cej Iwony spo­czy­wała bez­wład­nie na ramie­niu i kiwała się lekko na boki. Prze­niósł wzrok na lusterko wsteczne. Za jego ple­cami, odchy­lona na sie­dze­niu, z sze­roko otwar­tymi ustami, drze­mała jego szes­na­sto­let­nia córka. Usnęła ze słu­chaw­kami na uszach. Marek z lekką iry­ta­cją się­gnął do kie­szeni spodni. Był zły, bo prze­cież wyraź­nie zaka­zał Monice pisać. Miała cze­kać, aż on doleci na miej­sce i pierw­szy się ode­zwie. Wyjął smart­fon, po czym dys­kret­nie go odblo­ko­wał. Spo­glą­da­jąc na prze­mian to na drogę, to na tele­fon, prze­su­nął pal­cem po ekra­nie i blada poświata roz­pro­szyła panu­jący we wnę­trzu auta pół­mrok. Na wyświe­tla­czu poja­wił się krótki fil­mik. W okro­jo­nym kadrze smu­kła, kobieca dłoń powoli roz­pi­nała kolejne guziki pie­lę­gniar­skiego kitla. Far­tuch był obci­sły, mocno dopa­so­wany, może nawet ciut za mały. W końcu uwol­nione piersi pra­wie wysko­czyły z dekoltu, ledwo powstrzy­mane przez opi­na­jący je koron­kowy sta­nik. Marek uśmiech­nął się. Iry­ta­cja gdzieś znik­nęła, a zastą­piło ją pod­nie­ce­nie. Zer­k­nął na szosę, po czym włą­czył odtwa­rza­nie jesz­cze raz. Skrzy­wił się na myśl, że mógł być teraz na noc­nym dyżu­rze i zaba­wiać się biu­stem Moni, a nie tłuc się z roz­hi­ste­ry­zo­waną żoną na drugi koniec Europy. Może i Kata­nia jest cie­ka­wym mia­stem, ale on wolałby zamiast wąskich uli­czek zabyt­ko­wej sta­rówki zwie­dzać zaułki pach­ną­cego mło­do­ścią ciała kochanki.

– Marek! Uwa­żaj! – krzyk­nęła prze­ra­żona Iwona i kur­czowo zaci­snęła dłoń na uchwy­cie w drzwiach.

Jej mąż w ostat­niej chwili dostrzegł nie­bez­pie­czeń­stwo i odbił kie­row­nicą w lewo. Mer­ce­des zatań­czył nie­bez­piecz­nie na mokrym asfal­cie, ale po chwili sys­tem trak­cji usta­bi­li­zo­wał tor jazdy.

– Co to było?!

Szczy­gieł zwol­nił. Momen­tal­nie roz­bu­dzony, spoj­rzał w boczne lusterko po stro­nie pasa­żera. Dostrzegł wysta­jący z rowu samo­chód. Bagaż­nik był wysoko unie­siony, a tylne koła zwi­sały w powie­trzu.

– Chyba wypa­dek… – Iwona odpięła pas i obró­ciła się, by zlu­stro­wać przez szybę drogę za ple­cami. – Zatrzy­maj.

– Spóź­nimy się na samo­lot – zapro­te­sto­wał odru­chowo.

– Stój, do cho­lery! – Iwona spoj­rzała mu w oczy. – Może tam ktoś potrze­buje pomocy! Jesteś prze­cież leka­rzem!

– Kurwa mać… – Zazgrzy­tał zębami, zdjął stopę z gazu i wci­snął pedał hamulca.

– Leszek też zje­chał. – Iwona dostrze­gła par­ku­jące na pobo­czu obok miej­sca zda­rze­nia Volvo jadą­cych za nimi przy­ja­ciół. Kie­rowca zatrzy­mał się i włą­czył świa­tła awa­ryjne.

Dok­tor Lech Piskór, kolega Marka Szczy­gła, podą­żał swoim autem kil­ka­set metrów z tyłu. Obaj pra­co­wali na oddziale chi­rur­gii naczy­nio­wej san­do­mier­skiego szpi­tala. Ich rodziny znały się od lat i teraz mieli razem spę­dzić urlop.

– Cof­nij. – Iwona wciąż obser­wo­wała jezd­nię.

Marek wrzu­cił wsteczny bieg i wpa­tru­jąc się w wyświe­tlany na moni­to­rze obraz z tyl­nej kamery, doje­chał na wyso­kość wbi­tego w rów pojazdu.

– Co się stało, mamo? – Ala zsu­nęła słu­chawki na szyję i roz­glą­dała się, lekko prze­stra­szona.

– Wszystko w porządku, kocha­nie. – Kobieta uspo­ka­jała prze­bu­dzoną gwał­tow­nymi manew­rami córkę. – Jakiś samo­chód wje­chał do rowu. Tata spraw­dzi, czy nic się nikomu nie stało.

– Zacze­kaj­cie w środku – rzu­cił Szczy­gieł, sta­wia­jąc stopę na mokrym asfal­cie. – Nie wychodź­cie z auta.

Obszedł swój samo­chód, wyjął z bagaż­nika apteczkę i klnąc pod nosem, ruszył w stronę roz­bi­tego pojazdu. Przy wraku był już Piskór i oświe­tlał rów latarką z tele­fonu. Dało to jed­nak mizerny efekt, bo nie­wiele było widać.

– Włącz świa­tła w swoim samo­cho­dzie i skręć auto w tę stronę. – Marek rzu­cił tonem, jakim zwy­kle wyda­wał swo­jemu zastępcy pole­ce­nia na sali ope­ra­cyj­nej.

Kolega ski­nął głową i po chwili miej­sce wypadku oświe­tlał jasny snop reflek­to­rów Volvo. Dopiero teraz Szczy­gieł dostrzegł wbity w przed­nią część maski leżą­cego w rowie samo­chodu zła­many pień brzozy. Korona drzewa leżała powa­lona przed wra­kiem. Przed­nia szyba auta była roz­bita w drobny mak. Lekarz pod­wi­nął nogawki spodni, bo pobo­cze było mocno zaro­śnięte mokrą trawą, i przy­trzy­mu­jąc się karo­se­rii, zszedł do głę­bo­kiego na metr rowu. Ostroż­nie, bo frag­menty stłu­czo­nej szyby wysta­wały z ramy okna, zaj­rzał do środka.

– Dzwoń po karetkę! – krzyk­nął do masze­ru­ją­cego w jego stronę Leszka.

Kie­rowca roz­bi­tego auta był w pode­szłym wieku. Połowę jego głowy pokry­wała siwi­zna, druga połowa miała czer­wony kolor. Mimo obra­że­nia powy­żej skroni star­szy pan był przy­tomny. Oddy­chał ciężko i patrzył na Marka sze­roko otwar­tymi oczyma.

– Sarna… – Pró­bo­wał powie­dzieć coś wię­cej, ale słowa uwię­zły mu w gar­dle.

– Spo­koj­nie. – Szczy­gieł włą­czył latarkę w swoim tele­fo­nie i roz­su­nął dło­nią zle­pione krwią włosy.

Rana obfi­cie krwa­wiła, ale nie wyda­wała się groźna. Wyjął z apteczki gazę oraz ban­daż i spraw­nymi ruchami owi­nął głowę kie­rowcy.

– Żona… – wymam­ro­tał męż­czy­zna.

– Wezwa­li­śmy pogo­to­wie, zabiorą pana do szpi­tala i zawia­do­mią żonę.

Dok­tor zabrał się do oświe­tla­nia ciała męż­czy­zny w poszu­ki­wa­niu dal­szych obra­żeń. Dostrzegł, że prawa noga w kola­nie jest nie­na­tu­ral­nie wygięta. Staw musiał być strza­skany, a stopę przy­ci­snęły ele­menty sil­nika, wepchnię­tego przez pień drzewa do wnę­trza auta.

– Co z moją żoną? – wyszep­tał kie­rowca.

Marek spoj­rzał na fotel pasa­żera, a potem oświe­tlił tylne sie­dze­nia samo­chodu. Nikogo wię­cej w pojeź­dzie nie dostrzegł. Facet był w szoku i bre­dził.

– Jechał pan sam. – Szczy­gieł pró­bo­wał zało­żyć opa­skę uci­skową na udzie ran­nego, bo zauwa­żył, że zmiaż­dżona stopa też krwawi. – Nikogo wię­cej w samo­cho­dzie nie ma.

– Jecha­łem z żoną. – Kie­rowca z tru­dem pokrę­cił głową. – Ratuj ją…

– Na razie ratuję pana – odpo­wie­dział i wsu­nął opa­skę pod udo.

Nagle męż­czy­zna chwy­cił jego nad­gar­stek i ści­snął go z nie­spo­dzie­waną siłą.

– Zostaw mnie i ratuj moją żonę! – wyce­dził, patrząc mu pro­sto w oczy.

Marka coś tknęło. Odsu­nął się od ran­nego, a ten od razu zwol­nił uścisk. Szczy­gieł zro­bił krok w stronę frontu auta. Chwilę się roz­glą­dał, po czym przy­trzy­mu­jąc się zła­ma­nej brzozy, wsko­czył na pokrzy­wioną maskę. Wychy­lił się moc­niej, bo wydo­by­wa­jąca się z roz­bi­tej chłod­nicy para wodna utrud­niała ocenę sytu­acji. Nagle świa­tło w uszko­dzo­nym aucie roz­bły­sło na chwilę i lekarz dostrzegł kątem oka dziwny kształt wysta­jący z wyso­kiej trawy. Wpa­tru­jąc się wciąż w to miej­sce, usiadł na dachu prze­chy­lo­nego auta i zsu­nął się na jego drugą stronę. Zwin­nie zesko­czył na mokrą ściółkę i ruszył w kie­runku dostrze­żo­nego obiektu. Kiedy oświe­tlił teren latarką tele­fonu, zoba­czył nie­na­tu­ral­nie wygiętą rękę. Wykrę­cona w sta­wie łok­cio­wym ster­czała w górę i miała roz­cza­pie­rzone palce. Marek przy­kuc­nął i deli­kat­nie obró­cił ciało kobiety. Jej oczy były sze­roko otwarte, a z ust sączyła się krew. Nie miał wąt­pli­wo­ści – pasa­żerka nie żyła. Z lekar­skiego obo­wiązku przy­ło­żył dwa palce do szyi, ale nie wyczuł pulsu. Pod­niósł się z klę­czek i odru­chowo otrze­pał spodnie. Mimo że nie była to dla niego nad­zwy­czajna sytu­acja, wes­tchnął ciężko. Prze­dzie­ra­jąc się przez gałę­zie poła­ma­nego drzewa, wró­cił do kie­rowcy. Gdzieś w oddali sły­chać było sygnał nad­jeż­dża­ją­cej karetki.

Nachy­lił się i znów zaj­rzał przez roz­bite okno do wnę­trza.

– Co z nią? – W oczach kie­rowcy widać było strach.

– Spo­koj­nie. – Lekarz spoj­rzał gdzieś w dal. – Pogo­to­wie zaraz tu będzie.

– Czło­wieku, co z moją żoną?! – Stary ostat­kiem sił chwy­cił go za koł­nierz koszuli.

Szczy­gieł zawa­hał się na chwilę, w końcu wyszep­tał:

– Nie żyje.

Palce męż­czy­zny roz­luź­niły się i ręka bez­wład­nie opa­dła na fotel.

2

Ogo­nek podróż­nych przed sta­no­wi­skiem lot­ni­sko­wej odprawy z każdą minutą sta­wał się coraz krót­szy. Sto­jąca za kon­tu­arem młoda ste­war­desa ze służ­bo­wym uśmie­chem spraw­dzała doku­menty pod­cho­dzą­cych. Kolejne osoby po oka­za­niu bile­tów zni­kały w kory­ta­rzu za jej ple­cami. Stam­tąd, spe­cjal­nym ręka­wem, docie­rały na pokład samo­lotu lecą­cego do Kata­nii.

Iwona roz­glą­dała się ner­wowo po hali odlo­tów, ści­ska­jąc w jed­nej dłoni karty pokła­dowe, a w dru­giej komórkę. Kątem oka dostrze­gła, jak Leszek i Marta prze­pu­ścili parę mło­dych Wło­chów, by opóź­nić swoją odprawę.

– Mamo, gdzie jest ojciec? – Ali­cja pchnęła walizkę i ta z łosko­tem ude­rzyła o meta­lowe sie­dzi­sko krze­sełka.

– Powie­dział, że idzie do toa­lety. – Kobieta spoj­rzała na Alę i roz­ło­żyła ręce w geście bez­rad­no­ści.

Ileż to już razy? Ileż razy musiała się córce za niego tłu­ma­czyć? Jakby to była jej wina.

– Nie ma go już pół godziny – burk­nęła dziew­czyna. – Zadzwoń do niego.

– Dzwo­ni­łam. – Matka pró­bo­wała zacho­wać przy­naj­mniej pozory spo­koju.

– To zadzwoń jesz­cze raz! – wark­nęła Ali­cja i zre­zy­gno­wana opa­dła na sie­dzi­sko. Broda jej lekko zadrżała, ale powstrzy­mała łzy. – Chry­ste! Zawsze to samo! Zawsze musi dać dupy!

Jesz­cze kilka lat temu córka otrzy­ma­łaby od matki repry­mendę za takie słowa. Teraz jed­nak dziew­czyna była pra­wie doro­sła i Iwona nie mogła od niej wyma­gać sza­cunku do ojca, bo ta dosko­nale zda­wała sobie sprawę z tego, co się wokół niej dzieje.

A działo się coraz gorzej. Marek nawet już spe­cjal­nie się nie krył z piciem. Przy­jął tak­tykę wypar­cia. Twier­dził, że rze­komy nałóg alko­ho­lowy to nic innego jak wymysł jego prze­mą­drza­łej żony. Ow­szem, tro­chę popija, ale tylko po pracy, żeby się odstre­so­wać. W końcu codzien­nie bie­rze na swoje barki ogromną odpo­wie­dzial­ność za zdro­wie, a nawet życie pacjen­tów. Iwona nie ma poję­cia, jakie to jest ciśnie­nie. Może gdyby to wresz­cie pojęła, dałaby mu święty spo­kój, zamiast cią­gle wier­cić dziurę w brzu­chu. Żona powinna męża wspie­rać, a nie wymy­ślać pro­blemy i cią­gnąć go w dół. Taka była jego wer­sja i trzy­mał się jej z upo­rem god­nym lep­szej sprawy.

Iwona roz­go­niła czarne myśli i po raz enty rozej­rzała się po hali odlo­tów. Musiała coś zro­bić, bo bez­czynne cze­ka­nie dopro­wa­dzało ją do roz­pa­czy.

– Poszu­kam go – rzu­ciła, prze­kła­da­jąc przez głowę pasek torby.

– Zostań. – Leszek zło­żył rączkę swo­jej walizki. – Ja pójdę. Nie wej­dziesz prze­cież do męskiej toa­lety.

Popa­trzyła na niego z wdzięcz­no­ścią. Na jego żonę nie spoj­rzała, bo wie­działa, co Marta myśli. Przy­ja­ciółka od dawna powta­rzała jej, żeby ode­szła od tego pijaka i dziw­ka­rza. Łatwo jej było dawać takie rady, bo wyszła za porząd­nego faceta, no i nie mieli dzieci, a to też zmie­niało per­spek­tywę.

Leszek ruszył lot­ni­sko­wym kory­ta­rzem w stronę toa­let. Tablica infor­ma­cyjna wisząca pod sufi­tem wska­zała mu kie­ru­nek. Miał już skrę­cić w boczny zaułek, gdzie mie­ściły się łazienki, kiedy dostrzegł kum­pla w pobli­skim barze. Wes­tchnął ciężko. Marek sie­dział na wyso­kim stołku i zaba­wiał roz­mową kształtną bru­netkę. Ta śmiała się per­li­ście, wyraź­nie zado­wo­lona z jego aten­cji. Nic dziw­nego. Szczy­gieł potra­fił być cza­ru­jący, zwłasz­cza po kilku głęb­szych. Na doda­tek, mimo czter­dziestki na karku, trzy­mał się naprawdę dobrze i wciąż podo­bał się kobie­tom, nawet tym znacz­nie młod­szym od sie­bie. Smu­kła syl­wetka i gęste włosy odej­mo­wały mu lat. Opa­da­jące kosmyki blond grzywki zacze­sy­wał wystu­dio­wa­nym, pozor­nie nie­dba­łym gestem, co pobu­dzało wyobraź­nię przed­sta­wi­cie­lek płci pięk­nej. Rogowe oprawki oku­la­rów o mod­nym kształ­cie były dopa­so­wane do owalu jego twa­rzy i ide­al­nie pod­kre­ślały błę­kit źre­nic, skry­wa­jąc jed­no­cze­śnie zmarszczki w kąci­kach oczu.

– Może mi pani zaufać. – Ujął lampkę koniaku w dłoń i uśmiech­nął się szel­mow­sko. – Jestem kar­dio­lo­giem, czyli spe­cja­li­stą od pęk­nię­tych serc.

Kobieta lekko się zaru­mie­niła i się­gnęła po swój kie­li­szek. Sącząc alko­hol, spoj­rzała mu głę­boko w oczy spod sztucz­nych rzęs.

– Tu jesteś. – Leszek sta­nął obok i roman­tyczna aura pry­sła niczym mydlana bańka.

– Zbie­raj się, nasz samo­lot za chwilę star­tuje.

Szczy­gieł spoj­rzał na zega­rek, po czym ski­nął na bar­mana.

– Trzy kie­liszki tego samego koniaczku.

– Marek, nie mamy czasu…

– Na roz­chod­niaczka zawsze jest czas. – Po tych sło­wach ski­nie­niem głowy wska­zał na Leszka. – Dok­tor Piskór. Świetny lekarz i bez­na­dziejny kolega. Straszna zepsuj zabawa.

Bru­netka, widząc, że miłe spo­tka­nie dobiega wła­śnie końca, nie kryła roz­cza­ro­wa­nia i zer­kała nie­przy­chyl­nie na intruza. Marek tym­cza­sem, tra­cąc zain­te­re­so­wa­nie jej osobą, jed­nym hau­stem wychy­lił podany przez obsłu­gu­ją­cego ich męż­czy­znę bursz­ty­nowy tru­nek i zsu­nął się z baro­wego stołka. Lekko się przy tym zachwiał, co nie uszło uwagi Leszka. Miał nadzieję, że zdążą wsiąść do samo­lotu, zanim ostat­nia dawka alko­holu dotrze do mózgu jego towa­rzy­sza, zabu­rza­jąc cał­ko­wi­cie zmysł rów­no­wagi. Ruszyli w stronę bramki odpraw.

Iwona z daleka dostrze­gła cha­rak­te­ry­styczny głup­ko­waty uśmiech na twa­rzy męża i jeżeli do tej pory miała jesz­cze nadzieję, że zatrzy­mały go w toa­le­cie kło­poty żołąd­kowe, to wła­śnie wyzbyła się złu­dzeń. Na nie­szczę­ście w sytu­acji zorien­to­wała się też młoda ste­war­desa i służ­bowy uśmiech momen­tal­nie znik­nął z jej twa­rzy. Obser­wo­wała teraz ze srogą miną, jak Marek sza­moce się z ple­ca­kiem, pró­bu­jąc zarzu­cić go na ramię.

– Przy­kro mi, ale w tym sta­nie nie może pan wejść na pokład samo­lotu. – Jak na tak młodą osóbkę była dość kate­go­ryczna.

– W jakim sta­nie? – Szczy­gieł uda­wał głu­piego.

– Jest pan pod wpły­wem alko­holu – odparła spo­koj­nym, ale sta­now­czym tonem. – Zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi w naszych liniach prze­pi­sami bez­pie­czeń­stwa, nie mogę pana prze­pu­ścić.

– Nie jestem pijany, jeśli to pani suge­ruje – żach­nął się Marek. – Ow­szem, wypi­łem kie­li­szek koniaku, ale prze­cież nie będę pro­wa­dził tego samo­lotu, tylko leciał nim jako pasa­żer, więc co to ma za zna­cze­nie?

– Nie­stety ma i nic na to nie pora­dzę. – Ste­war­desa sta­nęła mu na dro­dze, bo pró­bo­wał ją omi­nąć. – Może pan pole­cieć kolej­nym rej­sem.

Chwilę trwali w nie­mej kon­fron­ta­cji, w końcu Szczy­gieł odpu­ścił.

– Kurwa mać! – Zaklął pod nosem, odwró­cił się na pię­cie i odszedł.

Jego żona spoj­rzała na córkę prze­pra­sza­jąco. Ali­cja naj­pierw zaczer­wie­niła się ze wstydu, a potem po jej policz­kach spły­nęły dwie wiel­kie łzy. Wyglą­dało na to, że wyma­rzone waka­cje skoń­czyły się, zanim się zaczęły.

– Cór­ciu…

Dziew­czyna bez słowa ruszyła za ojcem, wlo­kąc za sobą walizkę, która nagle zro­biła się dwa razy cięż­sza.

– Ala! Zacze­kaj! – Iwona ner­wowo zbie­rała roz­rzu­cone na meta­lo­wych krze­seł­kach bagaże.

Nagle poczuła szarp­nię­cie za ramię. Odwró­ciła się i zoba­czyła tuż przed sobą stę­żałą z wście­kło­ści twarz Marty. Żona Leszka miała zaci­śnięte usta, a jej oczy zwę­ziły się, przy­bie­ra­jąc kształt szpa­rek.

– A ty dokąd? – Nie cze­kała na odpo­wiedź. – To on jest pijany, nie wy! Ty i Ali­cja może­cie wejść do samo­lotu!

– Nie zosta­wię go.

– Pro­szę cię… – Marta wykrzy­wiła usta w sar­ka­stycz­nym uśmie­chu, ale po chwili spo­waż­niała. – Chuj z nim! Rozu­miesz? Bierz Alę i leć­cie z nami!

Iwona spu­ściła na moment oczy, jakby się zasta­na­wiała, co robić. Czuła na sobie cięż­kie spoj­rze­nie przy­ja­ciółki i sły­szała jej przy­spie­szony ze zde­ner­wo­wa­nia oddech. Po chwili pod­nio­sła wzrok i pokrę­ciła prze­cząco głową.

– Nie mogę… – wyszep­tała. – Ten wyjazd to nasza ostat­nia szansa. Jeżeli teraz polecę bez Marka, to już nie będzie do czego wra­cać. Nie będzie naszego mał­żeń­stwa.

– No i bar­dzo dobrze! – Marta wciąż kipiała ze zło­ści. – Niech spier­dala z two­jego życia! Na zawsze!

– Nie rozu­miesz. – Iwona uśmiech­nęła się smutno.

– Czego niby nie rozu­miem?!

– Ja go wciąż kocham.

Po tych sło­wach zapa­dła cisza. Marta mil­czała, bo co miała powie­dzieć? Wypu­ściła powie­trze z płuc i pchnęła męża w stronę bramki.

– Pro­szę pani! – Głos mło­dej ste­war­desy, która przy­słu­chi­wała się roz­mo­wie kobiet, zasko­czył je obie. – Pro­szę zawo­łać męża – zwró­ciła się do Iwony, naj­wy­raź­niej zmie­niw­szy zda­nie. – Może­cie wejść na pokład wszy­scy. Cała trójka.

3

Marek otwo­rzył oczy, ale zaraz je zamknął, bo ostre świa­tło wbiło się w mózg niczym szty­let. Po kilku sekun­dach pod­jął drugą próbę, ale był już ostroż­niej­szy. Zlu­stro­wał pokój spod zmru­żo­nych powiek, omi­ja­jąc wzro­kiem okno. Mimo że nie było duże, blask zale­wał całe pomiesz­cze­nie. Na tej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej pro­mie­nie słońca ope­ro­wały wyjąt­kowo inten­syw­nie. Pierw­szą infor­ma­cją, jaką przy­swoił jego mózg, była ta, że w sypialni znaj­do­wał się sam. To dobrze, bo kac był wystar­cza­jąco przy­kry, nawet bez zrzę­dze­nia Iwony. Uniósł się na łok­ciach i jesz­cze raz popa­trzył wkoło. Część łóżka, na któ­rej spała jego żona, była równo poście­lona i przy­kryta narzutą. Kolejna dobra wia­do­mość: wyszła i prędko tu nie wróci. Opadł na poduszkę i potarł dło­nią czoło. Głowa mu pękała. W ustach czuł suchość, a w odde­chu nie­przy­jemną woń tra­wio­nego alko­holu. Obu­dził się w ubra­niu, więc raczej zębów wczo­raj nie umył. W końcu zebrał się w sobie i usiadł na brzegu łóżka, po czym ukrył twarz w dło­niach. Nie ma rady, trzeba wstać i żyć. Jak to było w tym fil­mie? Życie to śmier­telna cho­roba prze­no­szona drogą płciową…

– A kac jest jed­nym z jej obja­wów – mruk­nął pod nosem.

Miał swoją pro­ce­durę na taką oko­licz­ność, ale naj­pierw musiał dotrzeć do łazienki. Wyj­rzał z sypialni i rozej­rzał się po spo­rym salo­nie, wypo­sa­żo­nym w stare, cięż­kie meble. Tu też nikogo nie było. Wszę­dzie pano­wał porzą­dek, jedy­nie na kana­pie zale­gała sterta zło­żo­nej pościeli. Tam pew­nie spała tej nocy Ali­cja. Toa­leta znaj­do­wała się po pra­wej stro­nie, tuż obok małej kuchni. Szedł boso, cicho sta­wia­jąc stopy na zim­nych, mar­mu­ro­wych płyt­kach, któ­rymi wyło­żone były pod­łogi w całym miesz­ka­niu. Zatrzy­mał się przed drzwiami łazienki i przez dłuż­szą chwilę nasłu­chi­wał, pró­bu­jąc wyło­wić z ciszy szum wody lub inne dźwięki świad­czące o czy­jejś obec­no­ści za ścianą. Nic. Do jego uszu nie dobiegł nawet naj­mniej­szy szmer. Ostroż­nie naci­snął klamkę. Wypu­ścił powie­trze z płuc i wszedł ener­gicz­nym kro­kiem do małego pomiesz­cze­nia. Odda­jąc mocz, roz­glą­dał się po wnę­trzu. Obok roz­ło­żo­nych równo na półeczce dam­skich per­fum stała jego kosme­tyczka. Iwona musiała wypa­ko­wać ją wczo­raj z walizki. Odsu­nął zamek, wyjął szczo­teczkę, a następ­nie wyci­snął na nią sporą por­cję pasty. Szo­ro­wał zęby dotąd, aż pozbył się posmaku wódki. Przy­po­mniał sobie, że wypili wczo­raj we dwóch litro­wego Pana Tade­usza zaku­pio­nego w stre­fie bez­cło­wej. Nic więc dziw­nego, że urwał mu się film. Wes­tchnął, roz­piął pasek i zsu­nął spodnie na pod­łogę. Obok wylą­do­wała koszulka i bie­li­zna. Potem się­gnął po szam­pon i uchy­lił pla­sti­kową zasłonkę prysz­nica. Odkrę­cił kurek i z desz­czow­nicy popły­nęła woda. Stał przez kilka minut z odchy­loną głową, a gorący stru­mień spły­wał po twa­rzy, przy­no­sząc ulgę. Otwo­rzył usta i jesz­cze raz prze­płu­kał zęby, bo znów poja­wił się nie­przy­jemny smak alko­holu. Wyszedł z kabiny i wytarł tylko włosy, na tor­sie per­liły się kro­ple wody. Prze­pa­sał się ręcz­ni­kiem kąpie­lo­wym i wró­cił do nagrza­nej słoń­cem sypialni. Włą­czył kli­ma­ty­za­cję – powie­trze owiało mokrą skórę, przy­jem­nie orzeź­wia­jąc ciało. Kac był w odwro­cie. Teraz tylko trzeba było potrak­to­wać go lek­kim śnia­da­niem, a potem dobić małym piw­kiem.

Jedząc jajecz­nicę, przy­po­mniał sobie o swoim przy­ja­cielu i zara­zem wczo­raj­szym kom­pa­nie od kie­liszka. Leszek i jego żona miesz­kali w sąsied­nim, nieco mniej­szym apar­ta­men­cie. Szybko prze­ana­li­zo­wał sytu­ację. Skoro Iwona i Ala gdzieś wyszły, to naj­pew­niej zabrały Martę ze sobą. Pyta­nie, czy Leszek poszedł z nimi? Mało praw­do­po­dobne. Pew­nie jego żona strze­liła focha, co było jej fir­mową zagrywką, i posta­no­wiła „uka­rać” męża, pozba­wia­jąc go chwi­lowo swo­jego towa­rzy­stwa. Marek uśmiech­nął się pod nosem i zde­cy­do­wał wes­przeć towa­rzy­sza w nie­doli. Się­gnął po komórkę i wybrał numer kum­pla, ale ten nie ode­brał. To tylko utwier­dziło Marka w prze­ko­na­niu, że Leszek jest w apar­ta­men­cie. Pew­nie wal­czy z kacem i nawet nie ma siły wycią­gnąć ręki po tele­fon.

Szczy­gieł odna­lazł półkę w sza­fie, na któ­rej żona uło­żyła jego ubra­nia. Świeże ciu­chy były kolej­nym ele­men­tem walki ze skut­kami wczo­raj­szej liba­cji. Zgar­nął jesz­cze ze sto­lika oku­lary prze­ciw­sło­neczne i już był gotowy do wyj­ścia. Popi­ja­jąc wodę z pla­sti­ko­wej butelki, wsu­nął stopy w luźno zawią­zane adi­dasy, zdjął z wie­szaka cza­peczkę z dasz­kiem i wyszedł z miesz­ka­nia.

Drzwi znaj­du­jące się naprze­ciwko pro­wa­dziły do apar­ta­mentu zaj­mo­wa­nego przez mał­żeń­stwo Piskó­rów. Zapu­kał, ale jedyną odpo­wie­dzią była cisza. Odcze­kał jesz­cze moment, po czym naci­snął klamkę. Zamek nie puścił, zało­mo­tał więc pię­ścią. Nikt mu nie otwo­rzył, więc może jed­nak Leszek wyszedł z dziew­czy­nami? Trudno, jego strata. On miał zamiar szybko spa­cy­fi­ko­wać kaca i wyru­szyć na pod­bój mia­sta. Skoro Iwona go zosta­wiła, to nawet nie będzie mogła mieć pre­ten­sji, że zaba­lo­wał. Bo niby co miał robić? Sie­dzieć w pokoju sam jak palec i grzecz­nie cze­kać, aż żona wróci? Ni­gdy!

Marek był już na scho­dach, kiedy usły­szał za sobą zgrzyt zamka i skrzy­pie­nie zawia­sów sta­rych drzwi. Cof­nął się kilka kro­ków i dostrzegł wychy­loną zza fra­mugi głowę Leszka. Kum­pel był blady jak ściana, a na czubku jego głowy ster­czał koł­tun zmierz­wio­nych wło­sów. Oczy przy­ja­ciela prze­peł­niały ból i egzy­sten­cjalne cier­pie­nie, któ­rych nie oddałby nawet Goya, choć był prze­cież mistrzem w uka­zy­wa­niu ludz­kiej męki.

– Wyglą­dasz jak gówno – rzu­cił Marek zamiast „dzień dobry”.

– I tak się czuję – odparł Piskór, obli­zu­jąc spierzch­nięte wargi.

– Dzwo­ni­łem do cie­bie. Czemu nie odbie­rasz?

– Wyci­szy­łem tele­fon. Łeb mi pęka.

– „Leka­rzu, lecz się sam”. – Szczy­gieł mru­gnął szel­mow­sko. – Zbie­raj się. Wiem, co nam pomoże.

– Daj mi spo­kój. – Piskór łatwo odgadł, jaką to kura­cję przy­ja­ciel dla nich zapla­no­wał, i wzdry­gnął się na samą myśl o niej. – Do końca wyjazdu nie wezmę do ust ani grama alko­holu.

– Kto mówi o alko­holu? – Kum­pel udał obu­rze­nie. – Zapra­szam cię na małe piwko w jed­nej z tych uro­czych knaj­pek.

– Nie, idź sam. – Leszek mach­nął ręką i chcąc unik­nąć dal­szego mole­sto­wa­nia, znik­nął za drzwiami apar­ta­mentu.

Marek dał za wygraną. Doszedł szybko do wnio­sku, że w sumie z przy­jem­no­ścią spę­dzi ten dzień sam. Kiedy był małym chłop­cem, ojciec czę­sto powta­rzał mu, że inte­li­gentny czło­wiek ni­gdy się w swoim towa­rzy­stwie nie nudzi. Potem stary jesz­cze doda­wał, żeby Marek nie zawra­cał mu dupy, ale to już się w pamięci syna zatarło.

Zbiegł po wąskich scho­dach z trze­ciego pię­tra i pchnął cięż­kie skrzy­dło drzwi pro­wa­dzą­cych na ulicę. Zbli­żało się połu­dnie i słońce buch­nęło mu żarem w twarz. Mimo że był już koniec paź­dzier­nika, przez Sycy­lię prze­cho­dziła wła­śnie fala upa­łów. Ano­ma­lie kli­ma­tyczne stały się w ostat­nich latach coraz częst­szym zja­wi­skiem. Marek zało­żył prze­ciw­sło­neczne oku­lary, bo świa­tło­wstręt bole­śnie przy­po­mniał o męczą­cym go kacu. Na chod­niku przed domem spo­tkał Finę. Sta­ruszka była wła­ści­cielką kamie­nicy, w któ­rej wyna­jęli pokoje. Pod­le­wała wła­śnie donicz­kowe kwiaty, usta­wione na schod­kach pro­wa­dzą­cych na niski bal­kon. Pogod­nie uspo­so­biona kobieta cały czas się uśmie­chała, mimo że od pięć­dzie­się­ciu lat była wdową, a mąż zmarł zale­d­wie rok po ich ślu­bie. Tak przy­naj­mniej zro­zu­miał jej słowa Marek, ale mógł się mylić, bo choć jego angiel­ski był nie­na­ganny, to już umie­jęt­no­ści lin­gwi­styczne gospo­dyni pozo­sta­wiały wiele do życze­nia. Jej opo­wie­ści przy­po­mi­nały bar­dziej pan­to­mimę niż wypo­wiedź.

Szczy­gieł po krót­kiej wymia­nie uprzej­mo­ści, która na Sycy­lii była wręcz obo­wiąz­ko­wym rytu­ałem, ruszył przed sie­bie zacie­nioną stroną ulicy. Nie uszedł stu metrów, kiedy natknął się na małą knajpkę. W zasa­dzie był to skle­pik z cha­rak­te­ry­styczną literą „T” na szyl­dzie. Marek uło­żył prze­ciw­sło­neczne oku­lary na daszku czapki, roz­su­nął dłońmi zasłonę z pacior­ków i wszedł do nie­wiel­kiego wnę­trza. Rozej­rzał się i stwier­dził, że instynkt go nie mylił, bo oprócz wyro­bów tyto­nio­wych można tu było kupić kawę i piwo.

– Buon­giorno! – rzu­cił w stronę sto­ją­cych przy ladzie dwóch mło­dych Wło­chów.

Wła­śnie skoń­czyli śnia­da­nie w postaci małych roga­li­ków i jeden dopi­jał espresso, a drugi wyskro­by­wał nasiąk­nięty kawą cukier z dna małej fili­żanki. Głos Marka wywa­bił z zaple­cza sprze­daw­czy­nię. Młoda kobieta odpo­wie­działa na przy­wi­ta­nie i posłała mu pro­mienny uśmiech. Ocze­ku­jąc na zamó­wie­nie, przy­glą­dała mu się dłuż­szą chwilę z wyraź­nym zain­te­re­so­wa­niem. Jego postawna syl­wetka, blond włosy i nie­bie­skie oczy zro­biły na niej spore wra­że­nie.

Gość tym­cza­sem wska­zał na jedno z lokal­nych piw sto­ją­cych w oświe­tlo­nej, szkla­nej lodówce. Tak zaopa­trzony wyszedł ze sklepu i usiadł przy okrą­głym pla­sti­ko­wym sto­liku. W cie­niu wzdłuż ele­wa­cji sklepu stało wię­cej krze­se­łek, które teraz oku­po­wali starsi męż­czyźni. Gapili się na Polaka w mil­cze­niu, z ponu­rymi minami, niczym jakieś wiel­kie pta­szy­ska. Marek uśmiech­nął się do nich, ale żaden nie zare­ago­wał. Nie prze­jął się tym zbyt­nio. Z zado­wo­le­niem spoj­rzał na złoty płyn i kro­ple rosy, spły­wa­jące po ściance szklanki. Piwo było dobrze schło­dzone, a tem­pe­ra­tura oto­cze­nia prze­kra­czała trzy­dzie­ści stopni. Upił spory łyk i wes­tchnął z roz­ko­szą. Obli­zał wargi z piany i rozej­rzał się z cie­ka­wo­ścią, jak na tury­stę przy­stało. Po chwili znów poczuł pra­gnie­nie. Się­gał wła­śnie po szkla­neczkę, kiedy zadzwo­niła komórka. Tele­fo­no­wała jego żona.

– Ta to ma wyczu­cie – burk­nął, po czym odrzu­cił połą­cze­nie, wyci­szył tele­fon i upił łyk piwa, już bez przy­jem­no­ści.

Led­wie odło­żył smart­fon na blat, ten znów zawi­bro­wał.

– No ja pier­dolę! – Ziry­to­wany zmarsz­czył czoło, ale szybko się roz­ch­mu­rzył, kiedy dostrzegł, od kogo jest to połą­cze­nie.

Na ekra­nie wyświe­tliło się zdję­cie ład­nej bru­netki, pod­pi­sane: sio­stra Monika. Klik­nął odpo­wied­nią ikonkę i uru­cho­mił trans­mi­sję wideo. Jakość była słaba, więc nie od razu zorien­to­wał się, co widzi. Po chwili jed­nak sze­roki uśmiech zago­ścił na jego twa­rzy. Monia leżała w wan­nie, zato­piona po szyję w wodzie pokry­tej grubą war­stwą piany. Uśmie­chała się zmy­słowo. Mokre włosy lepiły się do czoła i policz­ków.

– Cześć, dok­torku. – Unio­sła się, wyła­nia­jąc się nieco z piany, a po jej krą­głych pier­siach spły­nęła woda.

– Wyglą­dasz jak Afro­dyta. – Czuł nara­sta­jące pod­nie­ce­nie.

– Kto? – Zmarsz­czyła czoło, bo nie spodo­bało jej się, że porów­nuje ją do jakiejś kobiety.

– Bogini, która naro­dziła się z piany – wyja­śnił. – Wygo­ogluj sobie.

Uśmiech­nęła się zado­wo­lona z kom­ple­mentu, po czym chwy­ciła piersi w dło­nie i ści­snęła mocno.

– Tęsk­nisz? – zapy­tała zmy­sło­wym gło­sem.

– Bar­dzo – odparł i była to szczera prawda, bo w tej chwili rze­czy­wi­ście mu jej bra­ko­wało.

– Ja też – zamru­czała.

Wło­żyła palec do ust, patrząc w obiek­tyw kamery tele­fonu. Potem powoli roz­su­nęła kolana, a jej dłoń powę­dro­wała pod wodę. Zmru­żyła oczy, nabrzmiałe piersi unio­sły się gwał­tow­nie, a z jej lekko roz­chy­lo­nych ust wydo­był się jęk roz­ko­szy.

4

Marek, wyrwany ze snu, chwy­cił szar­piącą go dłoń. Sza­mo­tali się przez chwilę, bo w pokoju, za sprawą przy­mknię­tych okien­nic, pano­wał pół­mrok. Wresz­cie Szczy­gieł zorien­to­wał się, że ści­ska nad­gar­stek Leszka.

– Co jest? – wysa­pał.

– Wsta­waj! – Piskór wyswo­bo­dził rękę. – Dziew­czyn nie ma!

– Co?

– Jest już po szó­stej, a one nie wró­ciły.

Marek usiadł na łóżku zbyt szybko i zro­biło mu się nie­do­brze. Na doda­tek stopą wywró­cił sto­jące obok butelki i jedna z nich, z nie­przy­jem­nym łosko­tem, poto­czyła się pod szafę. Wła­śnie dotarło do niego, że ma już dru­giego kaca tego dnia. Powoli, cofa­jąc się w cza­sie, odtwo­rzył wypadki minio­nego popo­łu­dnia. Zdrzem­nął się, bo wypił kilka piw. Dokład­nie sie­dem, bo w kafejce, kiedy sprze­daw­czyni poin­for­mo­wała go, że zamyka lokal na kilka godzin, zaku­pił jesz­cze sze­ścio­pak Peroni. Ta ich sje­sta to był wyjąt­kowo iry­tu­jący zwy­czaj. Chcąc nie chcąc, wró­cił do domu. W lodówce zna­lazł zawi­niętą w srebrną folię wczo­raj­szą kanapkę, którą Iwona kupiła jesz­cze na lot­ni­sku w Kra­ko­wie, popił bro­wa­rem i zasnął jak dziecko. To było koło czter­na­stej, a dziew­czyn nie było od rana. Przy­po­mniał sobie, że prze­cież żona do niego dzwo­niła, ale on nie ode­brał ani nie oddzwo­nił. Się­gnął po leżący na noc­nym sto­liku tele­fon, żeby spraw­dzić, o któ­rej to było. W histo­rii miał sześć nie­ode­bra­nych połą­czeń od Iwony i dwa od Ali. Wszyst­kie mię­dzy jede­na­stą czter­dzie­ści a dwu­na­stą. Wybrał numer żony i pod­niósł apa­rat do ucha.

– Nie odbie­rają – sko­men­to­wał Leszek. – Cały dzień pró­buję się z Martą skon­tak­to­wać, a od godziny dzwo­nię do nich non stop. I nic.

Szczy­gieł nie odzy­wał się. Słu­chał kolegi, jed­no­cze­śnie cze­ka­jąc na sygnał. Nie docze­kał się jed­nak. Usły­szał za to komu­ni­kat w języku wło­skim, w któ­rym miły kobiecy głos infor­mo­wał, jak się słusz­nie domy­ślił, że numer jest nie­do­stępny. Tele­fon Iwony jest wyłą­czony lub znaj­duje się poza zasię­giem. Podobny efekt był po wybra­niu numeru córki.

– Z tele­fo­nem Marty jest tak samo – sko­men­to­wał Piskór. – Musiały im się apa­raty roz­ła­do­wać.

– Wszyst­kim trzem? – skrzy­wił się scep­tycz­nie Marek, zada­jąc to reto­ryczne pyta­nie.

– To może są poza zasię­giem?

– Może.

Szczy­gieł opu­ścił dłoń, w któ­rej trzy­mał smart­fon, wbił wzrok w ścianę i myślał.

– Co robimy? – Leszek nie wytrzy­mał prze­cią­ga­ją­cego się mil­cze­nia.

– Marta ci mówiła, dokąd one się wła­ści­wie wybie­rają? – Marek pró­bo­wał zna­leźć jakiś punkt zacze­pie­nia.

– Nie – stwier­dził zre­zy­gno­wany Piskór. – Obra­ziła się na mnie za nasze wczo­raj­sze picie i od rana nie ode­zwała się sło­wem.

– Baby… – Szczy­gieł pokrę­cił głową z dez­apro­batą. – Nabz­dy­czą się o byle gówno, a potem jest pro­blem i ty się, czło­wieku, martw.

Po usta­le­niu, kto jest winny całej sytu­acji, klep­nął się w uda i pod­szedł do lodówki w poszu­ki­wa­niu cze­goś do picia.

– Może pój­dziemy ich poszu­kać? – Leszek chciał dzia­łać, męczyło go sie­dze­nie z zało­żo­nymi rękami.

– Gdzie? Kata­nia to duże mia­sto, ma ponad trzy­sta tysięcy miesz­kań­ców!

– To przy­naj­mniej w oko­licy. – W gło­sie Piskóra sły­chać było lekką despe­ra­cję. – Spraw­dzimy restau­ra­cje w pobliżu. Może poszły gdzieś coś zjeść?

Pomysł wydał się Szczy­głowi bez­sen­sowny.

– Jakby pozo­stały w pobliżu, to ich tele­fony byłyby w zasięgu sieci.

– A jeżeli restau­ra­cja jest w piw­nicy, gdzie są grube mury i sygnał nie docho­dzi?

Ta hipo­teza też Marka nie prze­ko­nała. Po pierw­sze, we Wło­szech nie ma restau­ra­cji w piw­ni­cach, a przy­naj­mniej ni­gdy się z taką nie spo­tkał, choć byli w tym kraju na waka­cjach już kilka razy. Po dru­gie, ich żony nie sie­dzia­łyby tam prze­cież cały dzień, a Leszek wyraź­nie mówił, że pró­buje się skon­tak­to­wać z Martą od połu­dnia. Już miał przed­sta­wić te wszyst­kie wąt­pli­wo­ści kum­plowi i obna­żyć brak logiki w jego rozu­mo­wa­niu, kiedy przy­szła mu do głowy pewna myśl. Pod­czas spraw­dza­nia lokali będzie mógł przy oka­zji wypić drinka. Przez chwilę poczuł się nie­kom­for­towo, bo to było dość ego­istyczne zacho­wa­nie, szybko jed­nak stłu­mił wyrzuty sumie­nia, tłu­ma­cząc sobie, że w jego sta­nie mała dawka alko­holu popra­wia samo­po­czu­cie, a co za tym idzie jasność myśle­nia. W obec­nym sta­dium zamu­le­nia umy­słu nie­wiele zdziała.

– Dobra – rzu­cił. – Ale zanim wyj­dziemy, napiszmy im kartki, żeby zadzwo­niły do nas, jeżeli wrócą. Idź do sie­bie i zostaw kartkę w widocz­nym miej­scu. Spo­ty­kamy się na dole za pięć minut.

Lesz­kowi nie trzeba było tego dwa razy powta­rzać. Słabo odnaj­dy­wał się w kry­zy­so­wych sytu­acjach i odpo­wia­dało mu, że przy­ja­ciel prze­jął dowo­dze­nie. Kiedy znik­nął za drzwiami, Marek rozej­rzał się po pokoju w poszu­ki­wa­niu przy­bo­rów do pisa­nia. Zna­lazł wresz­cie dłu­go­pis i napi­sał na ser­wetce krótki komu­ni­kat: „Poszli­śmy z Lesz­kiem was szu­kać. Zadzwoń­cie, jak wró­ci­cie przed nami”. Zado­wo­lony z sie­bie zamknął drzwi i zbiegł po scho­dach. Leszek już cze­kał przed kamie­nicą.

– Ty idź w lewo, a ja pójdę w drugą stronę.

– Roz­dzie­lamy się?

– W ten spo­sób spraw­dzimy wię­cej miejsc. – Marek miał w takim roz­wią­za­niu jesz­cze inny inte­res, ale o tym nie zamie­rzał kole­dze mówić. – Tele­fon masz nała­do­wany? – zapy­tał, zmie­nia­jąc temat.

– Tak.

– No to dzwoń, jakby co.

Roze­szli się każdy w swoją stronę. Szczy­gieł pró­bo­wał zacho­wać pozory poszu­ki­wań, zanim więc kupił w naj­bliż­szym barze pięć­dzie­siątkę brandy, sam sie­bie oszu­ku­jąc, poka­zał bar­ma­nowi zdję­cie żony w tele­fo­nie. Jak się można łatwo domy­ślić, Iwony i Ali­cji tu nie było. Po przy­ję­ciu pierw­szej dawki alko­holu z więk­szą deter­mi­na­cją ruszył na obchód następ­nych knaj­pek w oko­licy. Odwie­dziw­szy trzy kolejne, naj­wy­raź­niej uwie­rzył w powo­dze­nie misji, która na początku wyda­wała mu się bez sensu, bo z docie­kli­wo­ścią godną detek­tywa wypy­ty­wał bywal­ców drink barów o żonę i córkę. Dobrze roz­wi­ja­jące się docho­dze­nie prze­rwał tele­fon od Leszka.

– Zna­la­złeś je?

– Nie – odburk­nął. – Gdy­bym zna­lazł, to bym do cie­bie zadzwo­nił. Tak się prze­cież uma­wia­li­śmy.

– Ja też ich nie zna­la­złem. – Leszek zigno­ro­wał jego uwagi. – Wra­cajmy do domu.

– Po co? – Piskór zaczy­nał go dener­wo­wać. – Prze­cież ich tam nie ma. Zosta­wi­łeś kartkę z infor­ma­cją, żeby się ode­zwały, tak?

– Trzeba kogoś zawia­do­mić.

Szczy­gieł spoj­rzał na zega­rek.

– Jest dopiero po siód­mej. Pocze­kajmy jesz­cze godzinę albo dwie.

– Cho­lera, Marek! – Piskór krzyk­nął do tele­fonu. – Ja się o nie mar­twię! Boję się, że im się stała krzywda. Cho­dzi też o twoją żonę i córkę! Nie rusza cię to?!

W jego gło­sie nie było agre­sji, raczej prze­ra­że­nie. Praw­dziwy strach, który udzie­lił się teraz przy­ja­cie­lowi. Nagle, w jed­nej sekun­dzie, zdał sobie sprawę z powagi sytu­acji. W obcym kraju znik­nęły jego żona i córka. Nie było z nimi kon­taktu od rana. Tele­fony kobiet nie dzia­łały, co było anor­malną sytu­acją. Marek przy­po­mniał sobie teraz o sta­ty­sty­kach, o któ­rych czy­tał przed wyjaz­dem, ale któ­rych nie potrak­to­wał poważ­nie. Kata­nia znaj­do­wała się w czo­łówce naj­nie­bez­piecz­niej­szych miast w Euro­pie. Co prawda pro­blem mafii trak­to­wał z przy­mru­że­niem oka, ale już infor­ma­cje o tysią­cach nie­le­gal­nych imi­gran­tów przy­pły­wa­ją­cych do portu z Afryki były mocno nie­po­ko­jące. Jakiś czas temu przeczy­tał w inter­ne­cie histo­rię trzy­na­sto­latki i jej chło­paka. Grupa sied­miu mło­do­cia­nych spraw­ców w wieku od pięt­na­stu do dzie­więt­na­stu lat zastą­piła drogę spa­ce­ru­ją­cej parze w cen­trum mia­sta. Dwóch napast­ni­ków wepchnęło dziew­czynę do publicz­nej toa­lety i gwał­ciło na zmianę, nagry­wa­jąc hor­ror tele­fo­nem. Pozo­stali w tym cza­sie bili i gro­zili śmier­cią jej chło­pa­kowi, cze­ka­jąc na swoją kolej. W końcu ofia­rom udało się uciec, a poli­cja szybko ujęła spraw­ców. Oka­zali się nimi nasto­letni oby­wa­tele Egiptu, miesz­ka­jący w blo­kach na osie­dlu socjal­nym. W miarę jak przy­po­mi­nał sobie szcze­góły tej strasz­nej histo­rii, czarne myśli, które kłę­biły mu się w gło­wie, robiły się coraz gęst­sze. Na myśl o tym, że to samo mogło spo­tkać jego żonę i córkę, po ple­cach spły­nął mu zimny pot.

– Cze­kaj na mnie w miesz­ka­niu – zwró­cił się do Leszka, a w jego gło­sie sły­chać było deter­mi­na­cję. – Przy­go­tuj swój dowód oso­bi­sty albo pasz­port. Idziemy na poli­cję.

5

Marek sie­dział zgar­biony na drew­nia­nym krze­śle, z łok­ciami wspar­tymi na kola­nach i gapił się w pod­łogę. Przed nim para­do­wały w tę i z powro­tem nogawki z czer­wo­nymi lam­pa­sami i czarne lakierki. Nie miał już nawet siły, aby pod­nieść wzrok i spoj­rzeć na twa­rze żan­dar­mów. Leszek zajął miej­sce kilka metrów dalej – wybrał je dla­tego, że zna­lazł tam gniazdko, do któ­rego mógł pod­łą­czyć łado­warkę tele­fonu. Co chwilę zer­kał na ekran, by spraw­dzić, czy Marta nie oddzwo­niła. Kobiety jed­nak wciąż nie dawały znaku życia.

Szczy­gieł i jego przy­ja­ciel dotarli na poste­ru­nek przed godziną i nie udało się im jesz­cze z nikim poroz­ma­wiać. Funk­cjo­na­riusz urzę­du­jący przy wej­ściu kazał im usiąść i cze­kać. Mar­kowi star­czyło cier­pli­wo­ści na kilka minut, potem zaczął się awan­tu­ro­wać. Jego pre­ten­sje na nie­wiele się zdały, bo żan­darm nie mówił po angiel­sku, a on nie rozu­miał ani słowa po wło­sku. Efekt był taki, że obaj zaczęli na sie­bie jed­no­cze­śnie wrzesz­czeć i gdyby nie inter­wen­cja Piskóra, mogłoby się to skoń­czyć aresz­to­wa­niem Polaka. Ten ostatni opa­no­wał wresz­cie emo­cje, a gdy sobie uświa­do­mił, że bariera języ­kowa sta­nowi pro­blem nie do prze­ła­ma­nia, posta­nowił spraw­dzić stronę inter­ne­tową komi­sa­riatu. Liczył, że znaj­dzie tam odpo­wiedni for­mu­larz w języku angiel­skim i z jego pomocą zgłosi zagi­nię­cie żony i córki. Nie­stety, na ofi­cjal­nej stro­nie wło­skiej poli­cji zna­lazł druk zgło­sze­nia utraty doku­men­tów, zagu­bie­nia tele­fonu, a nawet wnio­sek o adop­cję poli­cyj­nego konia prze­cho­dzą­cego na eme­ry­turę, ale for­mu­larza pozwa­la­ją­cego na zgło­sze­nie zagi­nię­cia osoby nie było. Nie pozo­sta­wało więc nic innego, jak uzbroić się w cier­pli­wość i cze­kać.

Nagle przed jego oczyma przede­fi­lo­wały sprę­ży­stym kro­kiem dam­skie pan­to­fle. Powiódł wzro­kiem w górę. Spodnie z czer­wo­nymi lam­pa­sami były dobrze skro­jone, podob­nie jak mary­narka mun­duru, prze­pa­sana w wąskiej talii. Kobieta miała czarne jak heban włosy. Upięła je w kok i ukryła pod zgrab­nym kape­lu­si­kiem, przy­po­mi­na­ją­cym jeź­dziecki toczek, będący czę­ścią jej umun­du­ro­wa­nia. Miała kształtną czaszkę, osa­dzoną na smu­kłej szyi. Marek, po sze­ściu latach stu­dio­wa­nia medy­cyny, zwra­cał uwagę na takie ana­to­miczne szcze­góły. Stała teraz odwró­cona tyłem do niego i roz­ma­wiała z gbu­ro­wa­tym funk­cjo­na­riu­szem. Ten wychy­lił się zza jej zgrab­nej postaci i wska­zał ruchem głowy na Szczy­gła.

– Polacco – powie­dział pół­gło­sem, krzy­wiąc się przy tym, jakby zjadł zepsu­tego małża.

Kobieta odwró­ciła się i podą­żyła za jego wzro­kiem. Była młoda, rysy twa­rzy miała dziew­częce. Duże, brą­zowe oczy spo­glą­dały spod małego ronda kape­lu­sika, tak­su­jąc postać Marka. Nos i usta kobiety miały ide­alne pro­por­cje. Oliw­kowa cera kon­tra­sto­wała z koł­nie­rzy­kiem śnież­no­bia­łej koszuli. Kra­wat i sze­roka koali­cyjka, bie­gnąca spod ozdob­nych epo­le­tów do pasa, doda­wały jej szyku. Mun­dur, który na sto­ją­cym obok żan­dar­mie wisiał jak worek, na niej leżał ide­al­nie, pod­kre­śla­jąc zgrabną figurę.

– Jestem kapral Car­mela Librizzi – przed­sta­wiła się po angiel­sku, z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla Wło­chów zaśpie­wem. – W czym możemy panu pomóc?

– No naresz­cie! – Na dźwięk dobrze zna­nego języka Szczy­gieł aż zerwał się z krze­sła.

Kilka lat prak­ty­ko­wał w nor­we­skich kli­ni­kach, dzięki czemu po angiel­sku poro­zu­mie­wał się pra­wie tak swo­bod­nie jak w języku pol­skim.

– Chcia­łem zgło­sić zagi­nię­cie żony i córki – prze­szedł od razu do rze­czy. – Wyszły rano z wynaj­mo­wa­nej przez nas kwa­tery i do tej pory nie wró­ciły. Żona mojego przy­ja­ciela też.

Pode­szli we trójkę do kon­tu­aru, gdzie urzę­do­wał nie­sym­pa­tyczny sier­żant. Młoda poli­cjantka w kilku zda­niach wyja­śniła mu w czym pro­blem. Ten wyjął jakiś for­mu­larz i zabrał się za wypeł­nia­nie. Wpi­sał datę i godzinę, po czym zaczął zada­wać pyta­nia, które od razu tłu­ma­czyła na angiel­ski pani kapral.

– Naro­do­wość?

– Pol­ska.

– Gdzie się zatrzy­ma­li­ście? W Kata­nii?

– Tak. W apar­ta­men­cie przy via Ragusa.

– Jak się pan nazywa?

– Marek Szczy­gieł.

Dłoń, w któ­rej żan­darm trzy­mał dłu­go­pis, zasty­gła w bez­ru­chu kilka cen­ty­me­trów nad kartką. Pod­niósł oczy i przyj­rzał się Mar­kowi. Ten w pierw­szej chwili myślał, że to zapis pol­sko brzmią­cego nazwi­ska spra­wia Wło­chowi trud­ność, wyjął więc dowód oso­bi­sty i wrę­czył funk­cjo­na­riu­szowi, aby uła­twić mu życie. Ten się­gnął po doku­ment, chwilę się mu przy­glą­dał, po czym ujął słu­chawkę sta­cjo­nar­nego tele­fonu i wci­snął jakiś guzik. Po chwili popły­nął z jego ust potok słów, z któ­rych Szczy­gieł oczy­wi­ście nic nie rozu­miał, ale poważny ton głosu dyżur­nego lekko go zanie­po­koił.

– Co się dzieje? – zapy­tał młodą poli­cjantkę.

Ta uci­szyła go gestem dłoni, sta­ra­jąc się nie uro­nić żad­nego słowa z wypo­wie­dzi sier­żanta. Dyżurny skoń­czył, wysłu­chał, co ma do powie­dze­nia roz­mówca, i odło­żył słu­chawkę na widełki. Jego twarz się zmie­niła. Z suro­wego przy­brała łagodny, może nawet smutny wyraz. Cichym gło­sem prze­ka­zał pole­ce­nie prze­ło­żo­nego mło­dej pani kapral. Kobieta ski­nęła głową i zwró­ciła się do Marka.

– Pro­szę za mną.

– Coś się stało? – Ta nagła zmiana w zacho­wa­niu sier­żanta zanie­po­ko­iła Szczy­gła.

– Dowie się pan wszyst­kiego w biu­rze kapi­tana – odparła wymi­ja­jąco poli­cjantka i wska­zała im drogę.

Kapi­tan Boretti urzę­do­wał w dużym pokoju na końcu kory­ta­rza. Ten brzu­chaty męż­czy­zna w tym roku prze­kro­czył pięć­dzie­siątkę. Na gło­wie zostało mu nie­wiele wło­sów, za to spod koł­nie­rzyka i z man­kie­tów wysta­wały czarne kłaki. Był nik­czem­nego wzro­stu, jak więk­szość Sycy­lij­czy­ków, dla­tego wysoko zadzie­rał głowę, bo dawało mu to złudne wra­że­nie, że spo­gląda na innych z góry. Kiedy kapral Car­mela Librizzi wraz z Pola­kami weszła do jego gabi­netu, bez słowa wska­zał im krze­sła. Nie prze­jął się spe­cjal­nie fak­tem, że sie­dzi­ska były dwa, a gości trójka. Po krót­kim zamie­sza­niu męż­czyźni posłu­chali towa­rzy­szą­cej im poli­cjantki i łamiąc zasady dobrego wycho­wa­nia, usie­dli. Car­mela sta­nęła za ich ple­cami i przy­jęła służ­bową postawę.

– Który z panów nazywa się Szczy­gieł? – zapy­tał tubal­nym gło­sem kapi­tan, pra­wie łamiąc sobie język na pol­skim nazwi­sku.

– Ja – odparł Marek, kiedy kobieta prze­tłu­ma­czyła słowa prze­ło­żo­nego.

Boretti spoj­rzał na niego smutno, po czym się­gnął do szu­flady, wyjął z niej foliową torebkę na dowody i prze­su­nął po bla­cie maho­nio­wego biurka w jego stronę. Szczy­gieł przy­glą­dał się zawar­to­ści ze zmarsz­czo­nym czo­łem.

– To dowód oso­bi­sty mojej córki – wyszep­tał wresz­cie.

– Zatrzy­ma­li­śmy dzi­siaj imi­granta z Ery­trei. – Ofi­cer spoj­rzał do swo­ich nota­tek. – Ben­ja­min Men­deze, lat trzy­dzie­ści sześć. Od dwóch lat prze­bywa na tere­nie Ita­lii. Zna­leź­li­śmy przy nim kartę ban­ko­ma­tową i dowód oso­bi­sty pań­skiej córki.

– Skąd je miał? – Głos Marka drżał.

– Twier­dzi, że zna­lazł – odparł kapi­tan. – Jesz­cze kwa­drans temu byłem skłonny mu uwie­rzyć, ale teraz, gdy wiem, że pana córka zagi­nęła, jestem bar­dziej scep­tyczny. Nie wie­rzę w takie zbiegi oko­licz­no­ści. Zanim jed­nak go ponow­nie prze­słu­cham, chcia­łem zadać panu kilka pytań. – Tu zamilkł, dając czas Car­meli na prze­tłu­ma­cze­nie.

– Oczy­wi­ście – odrzekł Szczy­gieł. – Pro­szę pytać.

– Kiedy ostatni raz widział pan żonę i córkę?

– Rano, to zna­czy wczo­raj wie­czo­rem. – Zabrzmiało to dziw­nie, więc szybko wyja­śnił: – Kiedy się obu­dzi­łem, to już ich nie było, ale wyszły z naszego apar­ta­mentu rano.

– Mówiły, jakie mają plany na dziś?

Zawa­hał się, ale szybko doszedł do wnio­sku, że nie ma co mata­czyć, bo sprawa jest zbyt poważna.

– Wypi­li­śmy z kolegą sporo poprzed­niego wie­czoru i nie roz­ma­wia­łem z żoną. Prawdę mówiąc, tro­chę się posprze­cza­li­śmy.

– Rozu­miem.

– Dziś obu­dzi­łem się późno, około jede­na­stej i ani żony, ani córki w wyna­ję­tym przez nas apar­ta­men­cie już nie było.

– A pań­ska mał­żonka? Mówiła coś? – zwró­cił się do Piskóra za pośred­nic­twem pani kapral.

Leszek słabo znał angiel­ski, więc spoj­rzał pyta­jąco na kolegę. Szczy­gieł wyja­śnił mu w skró­cie sytu­ację i powtó­rzył pyta­nie zadane przez poli­cjanta. Oka­zało się, że Piskór też nic nie wniósł do sprawy, ponie­waż jego wie­dza była nie­stety skrom­niej­sza niż Marka. Wczo­raj upił się jesz­cze wcze­śniej niż kum­pel. Po tych wyja­śnie­niach Boretti nie cze­kał dłu­żej. Wyko­nał tele­fon i po kilku minu­tach rosły żan­darm wpro­wa­dził do pokoju czar­no­skó­rego więź­nia. Na nad­garst­kach miał kaj­danki, a w oczach prze­ra­że­nie. Stał obok biurka i cały się trząsł. Po twa­rzy spły­wały mu kro­ple potu, kapiąc z brody na poprze­cie­raną koszulkę z emble­ma­tem jakie­goś pił­kar­skiego klubu.

– Skąd mia­łeś te rze­czy? – zapy­tał groź­nie kapi­tan, wska­zu­jąc na leżące na stole kartę i dowód oso­bi­sty Ali. – Tylko tym razem mów prawdę!

Z ust Ben­ja­mina Men­deze popły­nął potok słów. Płacz­li­wym gło­sem jesz­cze raz opo­wie­dział ofi­ce­rowi smutną histo­rię swo­jego życia. Potem wyja­śniał, gdzie dokład­nie i w jakich oko­licz­no­ściach zna­lazł trefne przed­mioty i jak bar­dzo żałuje, że je zabrał. Tłu­ma­czył, że nie wie, co go pod­ku­siło, ale bijąc się z całych sił w piersi, przy­rze­kał na życie szóstki swo­ich dzieci, że już ni­gdy, przeni­gdy takiego głup­stwa nie zrobi.

Kapi­tan Boretti wysłu­chał go w mil­cze­niu, nawet jeden mię­sień nie drgnął na jego twa­rzy. Kiedy wię­zień skoń­czył, naka­zał Pola­kom i tłu­maczce opu­ścić pokój. Cała trójka wyszła na kory­tarz, a rosły żan­darm zatrza­snął za nimi drzwi. Marek zapy­tał Car­melę, co wła­śnie zeznał Ery­trej­czyk. Kiedy dowie­dział się, że pod­trzy­mał swoją wcze­śniej­szą wer­sję wyda­rzeń, nie wie­dział, co o tym myśleć. Nagle za drzwiami pokoju roz­legł się gło­śny rumor. Wyda­wało się, jakby zwa­lił się tam sufit. Marek spoj­rzał na panią kapral, ocze­ku­jąc jakiejś reak­cji, ale ona nawet nie drgnęła. Po kil­ku­na­stu sekun­dach hałas ucichł, drzwi się otwo­rzyły i żan­darm zapro­sił ich ponow­nie do środka. Tym razem nie mieli gdzie usiąść, bo na jedy­nym krze­śle kiwał się pół­przy­tomny wię­zień z roz­bi­tym nosem. Dru­gie krze­sło, roz­trza­skane w drobny mak, leżało w kącie gabi­netu. Kapi­tan Boretti wpu­ścił koszulę w spodnie, popra­wił zmierz­wione włosy i usiadł za biur­kiem.

– No to powtórz teraz wszyst­kim, co mi powie­dzia­łeś przed chwilą.

6

Szczy­gieł był cho­ler­nie zmę­czony. Pra­wie nie spał tej nocy. Rano zje­dli z Lesz­kiem przy­pa­loną jajecz­nicę, zadzwo­nili po tak­sówkę i wyru­szyli na komi­sa­riat. O ósmej byli tam umó­wieni z kapral Librizzi. Marek patrzył teraz przez okno auta na mijane ulice i nie widział w tym mie­ście nic ład­nego. Kamie­nice były zanie­dbane, w wielu miej­scach odpa­dał tynk. Więk­szość ele­wa­cji pokry­wały bazgroły wyma­zane sprayem. Nie miało to nic wspól­nego z uliczną sztuką, po pro­stu zwy­kłe boho­mazy. Przy kra­węż­ni­kach walały się nie­do­pałki papie­ro­sów i inne śmieci. Przed skle­pi­kami pię­trzyły się sterty pognie­cio­nych kar­to­nów i pudła z pustymi butel­kami. Byle jak zapar­ko­wane samo­chody były poobi­jane i pory­so­wane.

Zauwa­żył też, że po uli­cach krę­ciło się wielu ciem­no­skó­rych. Wcze­śniej mu to nie prze­szka­dzało. Nie był rasi­stą, ale po ostat­nich zaj­ściach bacz­nie im się przy­glą­dał. Wczo­raj­sze zezna­nie Ben­ja­mina Men­deze zde­cy­do­wa­nie zmie­niło jego nasta­wie­nie do imi­gran­tów. W pierw­szej chwili Marek był wstrzą­śnięty i obu­rzony tym, że poli­cjanci pobili bez­bron­nego więź­nia. Kiedy jed­nak usły­szał nową wer­sję jego zeznań, krew się w nim zago­to­wała i całe współ­czu­cie znik­nęło. Ery­trej­czyk przy­znał, że kła­mał, opo­wia­da­jąc o zna­le­zie­niu port­fela Ali­cji. W rze­czy­wi­sto­ści spo­tkał żonę Szczy­gła wraz z przy­ja­ciółką i córką w zatło­czo­nym pociągu jadą­cym do Tao­r­miny. Szybko usta­lił z dwoma męż­czy­znami, dzia­ła­ją­cymi z nim w jed­nym gangu, że okradną kobiety. Iwona i Marta trzy­mały torebki przed sobą, jed­nak ple­cak Ali sta­no­wił łatwy cel. Tuż przed tym, jak pociąg zatrzy­mał się na krótki postój w mia­steczku Can­niz­zaro, okra­dli Ali­cję i na dany przez Ben­ja­mina sygnał wysie­dli na tam­tej­szej sta­cji, aby unik­nąć ewen­tu­al­nego zde­ma­sko­wa­nia, gdyby ofiara się zorien­to­wała. Kiedy pociąg odje­chał, opróż­nili port­fel z war­to­ścio­wych rze­czy i wyrzu­cili do śmiet­nika. Can­niz­zaro było poło­żone zale­d­wie dzie­sięć kilo­me­trów od Kata­nii, więc kapi­tan Boretti wysłał tam patrol, aby potwier­dzić zezna­nia Ery­trej­czyka. Żan­darmi bez trudu odna­leźli wska­zany kosz na śmieci, a w nim port­fel szes­na­sto­let­niej Polki. Ben­ja­min Men­deze tym razem mówił prawdę. Przy­naj­mniej w czę­ści, bo otwar­tym pozo­sta­wało jesz­cze pyta­nie, czy jego banda miała coś wspól­nego ze znik­nię­ciem kobiet. Ponie­waż do tego nie chciał się przy­znać nawet pod groźbą kolej­nego bicia, kapi­tan kazał odpro­wa­dzić go do celi i ofi­cjal­nie otwo­rzył docho­dze­nie w spra­wie zagi­nię­cia trzech tury­stek. O znik­nię­ciu oby­wa­te­lek ofi­cjal­nie poin­for­mo­wano też pol­ski kon­su­lat.

Do śledz­twa została włą­czona kapral Librizzi, głów­nie ze względu na rzadką wśród sycy­lij­skich żan­dar­mów umie­jęt­ność płyn­nego posłu­gi­wa­nia się języ­kiem angiel­skim, co umoż­li­wiało komu­ni­ka­cję z mężem zagi­nio­nej Iwony Szczy­gieł. Z tego powodu zle­cono Car­meli odwie­zie­nie męż­czyzn i spraw­dze­nie w ich obec­no­ści, czy w wynaj­mo­wa­nych apar­ta­men­tach nie ma wska­zó­wek, które byłyby pomocne w odna­le­zie­niu kobiet.

– Jak była ubrana pana żona w dniu, kiedy zagi­nęła? – zapy­tała pani kapral, roz­glą­da­jąc się po apar­ta­men­cie.

Szczy­gieł wymow­nie podra­pał się po gło­wie.

– A córka? – Widząc pustkę w jego oczach, rzu­ciła mu koło ratun­kowe. – Może spraw­dzi pan w sza­fie, jakich ubrań nie ma?

Marek pod­szedł do szafy ener­gicz­nym kro­kiem, otwo­rzył drzwi i przez moment przy­glą­dał się ciu­chom uło­żo­nym na pół­kach, oszu­ku­jąc ją i samego sie­bie. Prawda była taka, że nie miał bla­dego poję­cia, które ubra­nia są żony, a które córki, a co dopiero jakich czę­ści gar­de­roby bra­kuje. W końcu ska­pi­tu­lo­wał.

– Nie wiem, jak były ubrane dziś rano – odparł zała­many.

Car­meli zro­biło się go żal.

– Czyj to kom­pu­ter? – Wska­zała lap­topa leżą­cego na sto­liku.

– Ali­cji.

Włą­czyła urzą­dze­nie i wyświe­tlił się ekran star­towy z polami do logo­wa­nia.

– Zna pan hasło?

– Nie.

– W takim razie zabiorę go na komendę. – Wło­żyła urzą­dze­nie pod pachę. – Jutro z samego rana zajmą się tym nasi infor­ma­tycy.

Ski­nął głową, czym wyra­ził niemą zgodę. Poli­cjantka uśmiech­nęła się, chcąc dodać mu otu­chy, ale on nie odwza­jem­nił uśmie­chu. Spo­waż­niała więc, poże­gnała się i prze­szła do apar­ta­mentu Piskó­rów. Leszek radził sobie z angiel­skim gorzej niż przy­ja­ciel, ale wystar­cza­jąco, aby opi­sać poli­cjantce, w co ubrana była jego żona, gdy wyszła feral­nego dnia rano z miesz­ka­nia. Przed wyj­ściem kapral Librizzi usta­lili jesz­cze, że następ­nego dnia obaj zgło­szą się na komendę.

Kolej­nego ranka wsie­dli więc do sta­rej tak­sówki i wska­zali cel podróży, a brzu­chaty kie­rowca ruszył bez pośpie­chu. Minę miał mar­sową, bo podany przez pasa­że­rów adres kursu sku­tecz­nie znie­chę­cał go do kom­bi­na­cji z tak­so­me­trem. Jechali więc naj­krót­szą drogą, a Marek z rosną­cym nie­sma­kiem przy­glą­dał się mia­stu za oknem.

Wysie­dli przy Placu Gio­vanni Vergi, gdzie w zabyt­ko­wym budynku oto­czo­nym pięk­nym ogro­dem mie­ściła się komenda kara­bi­nie­rów. Zja­wili się kilka minut przed cza­sem, mimo to młoda pani kapral już na nich cze­kała na dzie­dzińcu. Ruchy miała ener­giczne, naj­wy­raź­niej mocno pod­eks­cy­to­wana tym, co miała im do zako­mu­ni­ko­wa­nia. Ruszyli za nią scho­dami w górę. W nie­wiel­kim pokoju, który dzie­liła z innym mło­dym funk­cjo­na­riu­szem, wska­zała im krze­sła obok biurka. Sama też usia­dła i się­gnęła po leżący na stole lap­top Ali­cji. Wyjęła urzą­dze­nie z folio­wej torby na dowody i włą­czyła.

– Nasz infor­ma­tyk przej­rzał konto face­bo­okowe pana córki i bez trudu pora­dził sobie z zabez­pie­cze­niami – wyja­śniła, kiedy cze­kali, aż kom­pu­ter się uru­chomi. – Hasłem była data uro­dze­nia jej chło­paka.

Marek nie sko­men­to­wał tego faktu, bo szcze­rze mówiąc, nie miał poję­cia o ist­nie­niu jakie­goś chło­paka. Nie prze­tłu­ma­czył też tej czę­ści wypo­wie­dzi Piskó­rowi. Nie­udol­nie pró­bo­wał ukryć zasko­cze­nie, co nie uszło uwagi pani kapral. Car­mela posta­no­wiła tak­tow­nie zmie­nić temat, odno­to­wu­jąc jed­nak w gło­wie, że rela­cje ojca z nasto­let­nią córką były, deli­kat­nie rzecz ujmu­jąc, śred­nie.

– Spraw­dzi­li­śmy ostat­nie wyszu­ki­wa­nia w prze­glą­darce inter­ne­to­wej. – Usia­dła bokiem i prze­krę­ciła kom­pu­ter tak, aby wszy­scy mogli widzieć, co znaj­duje się na ekra­nie. – Ali­cja kupiła trzy bilety kole­jowe do Tao­r­miny.

– To potwier­dza słowa tego czar­no­skó­rego – sko­men­to­wał Szczy­gieł.

– Tak, Ben­ja­min Men­deze mówił prawdę. – Kapral Librizzi ski­nęła głową. – Przy­naj­mniej w czę­ści swo­ich zeznań.

– Co chce pani przez to powie­dzieć? – Polacy wyraź­nie się zanie­po­ko­ili.

Poli­cjantka zro­biła tajem­ni­czą minę.

– Na dysku wir­tu­al­nym powią­za­nym z lap­to­pem zna­leź­li­śmy zapa­sowe kopie fotek, które zro­biła Ali­cja w dniu zagi­nię­cia. – Po tym lako­nicz­nym wyja­śnie­niu prze­szła do kata­logu ze zdję­ciami. – Szcze­gól­nie jedna jest inte­re­su­jąca…

Marek poczuł suchość w gar­dle. To było dziwne uczu­cie oglą­dać foto­gra­fie roze­śmia­nej żony i córki w momen­cie, kiedy nie wie­dział, gdzie się znaj­dują i czy nic im nie grozi. Od ich znik­nię­cia nie minęły jesz­cze dwa­dzie­ścia cztery godziny, a on miał wra­że­nie, jakby upły­nęła wiecz­ność.

– Jest! O tę mi cho­dziło! – Car­mela prze­rwała jego nostal­giczne roz­my­śla­nia.

Powięk­szyła zdję­cie na ekra­nie lap­topa. Przed­sta­wiało ono wnę­trze wypeł­nio­nego pasa­że­rami wagonu pod­miej­skiego pociągu. Obaj Polacy, marsz­cząc czoła, pró­bo­wali wyło­wić w wyświe­tlo­nym obra­zie jakiś istotny szcze­gół. Wresz­cie udało się to Szczy­głowi.

– Na zdję­ciu jest nasz podej­rzany. – Wska­zał sto­ją­cego na dru­gim pla­nie Men­deze. – Ale to, że jechał tym samym pocią­giem, już prze­cież wiemy. Przy­znał się do tego. Ame­ryki nie odkry­li­ście.

– Tak, ale powie­dział, że wysiadł w Can­niz­zaro, a kobiety poje­chały dalej – kon­ty­nu­owała młoda pani kapral, nie zwa­ża­jąc na jego uszczy­pli­wo­ści. – Tym­cza­sem to zdję­cie zostało wyko­nane o godzi­nie jede­na­stej pięć­dzie­siąt, czyli już pra­wie pod koniec trwa­ją­cej godzinę podróży do Tao­r­miny.

– To mia­steczko… – Szczy­gieł pró­bo­wał przy­po­mnieć sobie obco brzmiącą nazwę.

– Can­niz­zaro – pod­po­wie­działa mu Librizzi.

– Ono jest prze­cież poło­żone znacz­nie bli­żej Kata­nii.

– Zga­dza się. – Poki­wała głową, bo jego tok myśle­nia podą­żał we wła­ści­wym kie­runku. – Pociąg z Kata­nii do Can­niz­zaro jedzie około ośmiu minut.

– Może zegar w tele­fo­nie córki był nie­pra­wi­dłowo usta­wiony?

– Nie – zaprze­czyła Car­mela i prze­su­nęła obraz tak, że w jego cen­trum zna­la­zła się ręka jed­nego z pasa­że­rów. Powięk­szała dotąd, aż ekran wypeł­niła tar­cza jego zegarka. – Zapi­sany przez tele­fon czas jest pra­wi­dłowy. W momen­cie wyko­na­nia foto­gra­fii była jede­na­sta pięć­dzie­siąt.

– Czyli… – Marek potarł dło­nią czoło i spoj­rzał na kobietę.

– Czyli Ben­ja­min Men­deze nas okła­mał – dokoń­czyła za niego poli­cjantka.

7

– Okła­ma­łeś nas. – Kapi­tan Boretti wes­tchnął ciężko, oka­zu­jąc swój zawód postawą więź­nia.

Odru­chowo roz­ma­so­wał kostki pra­wej dłoni, wciąż jesz­cze obo­lałe po wczo­raj­szym prze­słu­cha­niu. Cier­pli­wie pocze­kał, aż nie­po­kój na obli­czu Ben­ja­mina Men­deze zmieni się w lęk, a potem w paniczny strach. Kiedy to się stało, mógł kon­ty­nu­ować.

– Nie opu­ści­li­ście pociągu w Can­niz­zaro, a wła­ści­wie to wysie­dli­ście na chwilę, pozby­łeś się port­fela i zaraz wsko­czy­li­ście z powro­tem. Spraw­dzi­li­śmy moni­to­ring na sta­cji.

Czar­no­skóry męż­czy­zna spu­ścił głowę i mil­czał z wyra­zem rezy­gna­cji na twa­rzy. Jego sytu­acja była kiep­ska i dosko­nale zda­wał sobie z tego sprawę.

– Doje­cha­li­ście do Tao­r­miny w tym samym wago­nie, któ­rym jechały Polki – kon­ty­nu­ował ofi­cer. – Co się wyda­rzyło po wyj­ściu z pociągu?

Prze­słu­chi­wany męż­czy­zna wciąż sie­dział zgar­biony, ze wzro­kiem wbi­tym w blat maho­nio­wego biurka. Noga lekko mu drgała, a po karku na brudny koł­nie­rzyk spły­wały kro­ple potu. Miał przy­spie­szony oddech i czuł suchość w ustach.

– No, gadaj! – wrza­snął kapi­tan, gdy stra­cił cier­pli­wość.

Wię­zień jakby jesz­cze bar­dziej skur­czył się w sobie. Prze­stra­szony, pokrę­cił prze­cząco głową.

– Ja nic nie wiem.

Boretti wysu­nął dolną szczękę i zmru­żył oczy.

– Posłu­chaj, łachu­dro! – wyce­dził przez zaci­śnięte zęby. – Przy­pły­ną­łeś tu, choć nikt cię nie zapra­szał. Paso­ży­tu­jesz na tym pięk­nym kraju jak robak. Wycią­gasz pie­nią­dze od rządu, ale to dla cie­bie za mało, więc krad­niesz. Jesteś jak wrzód na zdro­wym orga­ni­zmie.

Kapi­tan spo­glą­dał z pogardą na czło­wieka sie­dzą­cego po prze­ciw­nej stro­nie biurka. Ten mil­czał. Nie ode­zwał się, bo i co miał powie­dzieć? Że Wło­chów też nikt do Ery­trei nie zapra­szał, a jed­nak zja­wili się tam przed laty i uczy­nili z jego ojczy­zny swoją kolo­nię? Albo że zanim został kie­szon­kow­cem, chciał być sprze­dawcą w skle­pie, pomoc­ni­kiem na budo­wie i robot­ni­kiem rol­nym? To ostat­nie zresztą udało mu się poło­wicz­nie, bo ow­szem, robotę dostał, ale zapłaty już nie. Dla­tego kiedy po powro­cie do Kata­nii zna­jomy zapro­po­no­wał mu intratne zaję­cie, jakim było sku­ba­nie tury­stów, zgo­dził się bez waha­nia. Nie miał żad­nych wyrzu­tów sumie­nia, bo choć uciekł do tego kraju bia­łych ludzi, to nie darzył ich sym­pa­tią. Wręcz prze­ciw­nie. Nie uwa­żał też, żeby czy­nił ich lep­szymi fakt, że uro­dzili się po szczę­śliw­szej stro­nie Morza Śród­ziem­nego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki