Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 225 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna - Monika Sznajderman

„Wbrew tytułowi, to nie jest książka historyczna. To książka o pamięci. A właściwie o dwóch pamięciach, które się w żadnym miejscu nie spotykają. I o losach, które od stuleci toczyły się równolegle, nigdy razem. Losach moich dwóch rodzin - polskiej i żydowskiej”.

Autorka

„To jest jedyny w swoim rodzaju żydowsko-polski dwuportret rodzinny. Żydowska połowa jest przejmująca, a polska fascynująca. Dla każdego, kto chce naprawdę wiedzieć i próbuje zrozumieć.” Henryk Grynberg

„„Fałszerze pieprzu” to niezwykła książka pokazująca splątane polskie losy i zawikłane historie rodzinne. Autorka z czułością opisuje rodzinę swojego Ojca, o której w domu się nie mówiło. Pieczołowicie odtwarza losy żydowskich przodków, odnajdując ślady ich istnienia w przedwojennej prasie, archiwach, zapisach hipotecznych, książkach telefonicznych. Analizuje stare fotografie i zbiera ślady rozproszone pomiędzy Miedzeszynem, warszawskim gettem, Radomiem, Złoczowem, Oświęcimiem i Australią, odtwarzając światy ich życia i ich śmierci.

Z taką samą troskliwością opisuje przodków Matki z malowniczej polsko-saksońskiej rodziny. Wspomnienia i anegdoty o życiu kilku pokoleń Lachertów towarzyszyły autorce od dzieciństwa: ojciec rodu, który wygrał w karty karetę i spory majątek, sławny architekt, dyrektor wielkiego koncernu w carskiej Rosji, prominentny działacz Stronnictwa Narodowego. Ich dzieje toczą się w Warszawie, w Moskwie, na Wołyniu, wreszcie – w majątku Ciechanki na Lubelszczyźnie.

Monika Sznajderman odtwarza oba te światy z miłością i pietyzmem, uświadamiając nam zarówno ulotność istnienia, jak i złożoność polskich tożsamości oraz wartość i znaczenie pamięci.” Prof. Barbara Engelking

Opinie o ebooku Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna - Monika Sznajderman

Fragment ebooka Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna - Monika Sznajderman

Monika Sznajderman

Fałszerze pieprzu

Historia rodzinna

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce pochodzi z archiwum rodzinnego autorki

Copyright © by Monika Sznajderman, 2016

Copyright for Mowa jednak złotem © by Martin Pollack, 2016

Copyright for the Polish translation of Mowa jednak złotem © by ­Karolina Niedenthal, 2016

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta Jadwiga Makowiec / d2d.pl, Alicja Listwan / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-420-6

Tacie – zamiast rozmowy

Moim dzieciom już teraz

Moim wnukom, gdy dorosną

Martin Pollack

Mowa jednak złotem

Historia rodzinna. Tak prosto i niewinnie brzmi podtytuł książki, w której Monika Sznajderman opowiada o losach swoich bliskich. W rzeczywistości mówi o dwóch rodzinach, żydowskiej i polskiej, o rodzinie ojca i matki, i wcale nie jest to historia prosta ani niewinna.

Są w niej dwa narratywy, które biegną równolegle, nie spotykając się ani nie przecinając. I może się wydawać, że nie ma niczego, co by je łączyło, gdyby pominąć fakt, że ludzie, o których mowa, mieli nad sobą to samo niebo i oddychali tym samym powietrzem.

Monika Sznajderman przedstawia dwa oddzielne, zamknięte w sobie światy, które niewiele o sobie nawzajem wiedzą, a jeszcze mniej chciałyby mieć z sobą do czynienia.

Z jednej strony jest żydowski Radom, rodzinne miasto­ Grunbergów, Blatów, Flamenbaumów, Sznajdermanów i Hubermanów, których krew płynie w żyłach Moniki, „zwyk­łych ludzi bez historii”, jak o nich mówi. Potem jest żydowska Warszawa, dokąd przenosi się jej dziadek. To, że Izaak Sznajderman, nazywany w domu Ickiem, opuszcza rodzinny Radom, aby studiować w Warszawie medycynę, jest równo­znaczne z zerwaniem z rodziną i tradycyjnym żydowskim środowis­kiem. Odtąd doktor medycyny Sznajderman będzie nosił imię Ignacy.

Z drugiej strony jest tu polska część rodziny (krewni matki) – szlachta, właściciele majątków ziemskich, przedsiębiorcy, inteligencja – i wszystko, co się z tym wtedy w Polsce wiązało: życie w dworach, warszawskie elity, żarliwy, czasami wręcz sprawiający wrażenie egzaltowanego patriotyzm w połączeniu z nierzadko agresywnym antysemityzmem.

Historia rodziny i równocześnie historia XX wieku, „wieku skrajności”, jak nazywa go brytyjski historyk Eric Hobsbawm. Wieku, na którym dwa wielkie totalitaryzmy położyły swój cień i nieomal zepchnęły Europę w przepaść. Zarówno stalinizm, jak i nazizm zostawiły po sobie w Polsce krwawe ślady, ale to narodowy socjalizm rozszalał się tu tak okrutnie jak nigdzie indziej. Doświadczyli tego przede wszystkim Żydzi. Także większość członków żydowskiej rodziny Autorki padła ofiarą Zagłady, jej ojciec jako jeden z niewielu zdołał się uratować, podczas gdy wszyscy krewni z polskiej rodziny przeżyli. Również ta katastrofa oddziela od siebie oba te światy.

Monika Sznajderman od wielu lat prowadzi wydawnictwo, publikuje także moje książki w polskim tłumaczeniu. Jestem jej za to wdzięczny, jest bowiem niewiarygodnie kompetentnym wydawcą i dobrym przyjacielem, najlepszym, jakiego autor mógłby sobie życzyć. To, że teraz sama zdecydowała się napisać książkę, uważam za godne podziwu. Potrzeba było do tego wiele odwagi, bo opowieść, którą oddaje w nasze ręce, okazuje się bardzo osobista, nieomal intymna. Każda rodzinna historia jest sprawą prywatną i dużo trzeba w sobie przezwyciężyć, żeby ją spisać i przedstawić, zawsze bowiem oznacza to pewne obnażenie, wystawianie na publiczną ocenę rzeczy, które wolelibyśmy zachować tylko dla siebie. W tym tkwi istota rodzinnych historii przeradzających się w dzieła literackie.

Literacka interpretacja rodzinnych historii to pole, na którym rozwijają się różne gatunki: od form beletrystycznych i dokumentalnych po hybrydy wyrosłe gdzieś pomiędzy, których nie da się precyzyjnie przyporządkować do tej lub innej kategorii. Praca na tym polu – odkrywanie przeszłości za pośrednictwem losów rodziny, poszukiwanie świadectw oraz śladów poprzednich pokoleń, listów, dokumentów i zdjęć, by lepiej zrozumieć i odtworzyć historię opisywanych osób – okazuje się z reguły niezwykle czasochłonna i wymaga dużo wysiłku. Nierzadko bywa bolesna. Czasami wydaje się prawdziwą męką. Wiem, o czym mówię: doświadczyłem tego, kiedy pracowałem nad książką o moim ojcu, Austriaku, który służąc w SS i gestapo, stał się mordercą.

W przypadku Moniki Sznajderman mamy oczywiście do czynienia z zupełnie innymi, można by powiedzieć, diametralnie różnymi okolicznościami, potrafię sobie jednak wyobrazić, że czasami czuła się podobnie. Trudno w każdym razie opisywać własną rodzinę, bliskich, którym zawdzięczamy piękne, szczęśliwe dzieciństwo i którzy dali nam tyle miłości. Jesteśmy im winni wdzięczność i lojalność, także wtedy, gdy być może nie podzielamy ich poglądów politycznych lub społecznych czy wręcz zdecydowanie je odrzucamy. Może to prowadzić do wewnętrznych konfliktów i pewnego rozdarcia, które nierzadko będą nam towarzyszyć przez całe życie i które trudno będzie przezwyciężyć, o ile w ogóle się uda. W wielu przypadkach pozostaje poczucie bezradności i zawodu, czasem także zdrady. Mówienie o kalaniu własnego gniazda wydaje się tu nieuzasadnione, ale coś w tym jednak jest. Usiłujemy przeprowadzić radykalne cięcie, raz na zawsze odżegnać się od rodziny i z nią się rozliczyć, ale nie jesteśmy w stanie. Krew nie woda, jak głosi stare przysłowie. Nic na to nie poradzimy, więzi rodzinne są wprawdzie niewidoczne, ale przez to wcale nie słabsze, wytwarzają bliskość i zależność, przed którymi próżno chcemy się bronić.

Nie możemy sobie wybierać matek ani ojców, babć ani dziadków, nie pozwolą się nam od siebie uwolnić, a ich cienie nie dadzą się przepędzić.

Dotyczy to również ludzi, których nigdy nie poznaliśmy, przodków, o których często nie wiemy nic więcej oprócz tego, jak się nazywali. Nie znamy nawet ich twarzy, nie wiemy, czym się zajmowali, kiedy dokładnie żyli. Nie wiemy o nich prawie nic. Dowiedzenie się czegoś więcej wymaga długich badań, które nierzadko kończą się niczym, ponieważ wszystkie ślady dawno już się rozmyły i zatarły. Jednak czasami sprzyja nam szczęście: coś nieoczekiwanie się zjawia, znajdują się zdjęcia lub inne dokumenty, i nagle ludzie będący dotąd li tylko pustymi nazwiskami, zyskują twarze i dosłownie przybierają postać.

Takiego szczęśliwego przypadku doświadczyła Monika Sznajderman, kiedy fotografie jej żydowskich krewnych powróciły do niej nagle z Ameryki, dokąd wysłali je przed wojną, aby pokazać tamtejszej rodzinie, jak dobrze i bezpiecznie żyje im się w Polsce. Fotografie przedstawiające dziadków, ojca i jego rodzeństwo, obraz beztroskiego dzieciństwa, które skończyło się wraz z wmaszerowaniem Niemców do Polski, tak nagle i niezrozumiale. A także porażkę cywilizacji, którą przyniosła Zagłada. Widzimy na nich elegancko ubranych ludzi, dzieci i dorosłych, roześmianych, rozbawionych, flirtujących, ludzi, którzy mają swoje marzenia, ambitne plany. W ich twarzach nic nie zapowiada strasznych przeżyć, które wkrótce na nich spadną, jednak oglądając te zdjęcia dzisiaj, wiemy, co nastąpi potem.

Wiemy, jak skończą, wiemy, że ci do niedawna szanowani obywatele zostaną naraz pozbawieni wszelkich praw i że będzie się na nich polować jak na zwierzęta. Spotkało to również krewnych Moniki. Wiemy też o prześladowaniach i pojedynczych przypadkach mordowania Żydów w Polsce także po 1945 roku – tym razem robili to ich sąsiedzi. Monice Sznajderman również i to nie zostanie oszczędzone, musi opisać wstrząsające zdarzenie, którego ofiarą był jej powinowaty.

Autorka postawiła sobie za zadanie zbadać los własnej rodziny, a dokładniej: obu swych rodzin, i zebrać dosłownie wszystko, czego mogła się na ich temat dowiedzieć, nawet to, co pozornie nie miało znaczenia, by ocalić bliskich od zapomnienia i zachować ich w pamięci. Bo chodzi o to, by wspominać, by pamiętać. Monika Sznajderman powołuje się na słowa brytyjskiego historyka Tony’ego Judta: „Bycie Żydem sprowadza się w znacznej mierze do wspominania, co kiedyś znaczyło być Żydem. Ze wszystkich rabinicznych nakazów najtrwalszym i najbardziej wyróżniającym się jest Zachor! – pamiętaj!”.

Wspominać i pamiętać. Dotyczy to także polskiej gałęzi rodziny, także historie i losy jej członków zostaną tu opowiedziane. Historie te ułożone obok siebie – albo raczej jedna na drugiej, jak dwa różne obrazy, zdjęcia różnych osób sfotografowanych w różnych miejscach – przedstawiają wyrazisty i wstrząsający obraz historii Polski XX wieku. Niczego tu nie pominięto ani nie przemilczano, żadnego okrucieństwa, żadnej ludzkiej podłości. Także one zostały opisane i dokładnie udokumentowane.

W takich razach zawsze nasuwa się pytanie: dlaczego historia podążyła w tym kierunku? Dlaczego ludzie zachowywali się tak, a nie inaczej? Dlaczego jedni zawinili, a drudzy nie? Dlaczego niektórzy w obliczu katastrofy, która dotknęła innych, pozostawali obojętni i odwracali głowy? Zawsze stoi za tym pytanie o własne pochodzenie, o własną tożsamość.

Wiemy naturalnie, że na te pytania nie ma przekonującej odpowiedzi i że być jej właściwie nie może, a mimo to musimy je sobie zadawać, nawet jeśli wydaje się to bezsensowne. Wiemy, że nie możemy cofnąć zdarzeń, czujemy jednak, że naszym obowiązkiem jest zapytać przynajmniej o ich sens. Monika Sznajderman również nie znajduje jednoznacznych ani wyczerpujących odpowiedzi, ale jej książka to jedno wielkie pytanie: „Dlaczego?”.

Zanim autor rozpocznie pracę nad opowiedzeniem swojej rodzinnej historii, zastanawia się, po co w ogóle to robi. Czy nie byłoby lepiej, w każdym razie dla naszej psychicznej równo­wagi, pozostawić niektórych spraw w spokoju i przykryć ich milczeniem? Czy nie byłoby mądrzej tę lub inną osobę zostawić w łaskawym (albo też zawstydzającym) zapomnieniu? W końcu nikt nie może od nas żądać, byśmy się do wszystkiego dokopali i wszystko bez wyjątku ujawnili, także najczarniejsze plamy i najtragiczniejsze rozdziały przeszłości. A może jednak tak? Może to nasz obowiązek? Mimo że przysłowie poucza, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem?

Monika Sznajderman zdecydowała się na srebro, na otwartość, którą bez wątpienia i bez przesady można nazwać bezpardonową. Także wobec siebie. Zasługuje tym na nasz bezgraniczny podziw. Opowieść o jej żydowskiej i polskiej rodzinie jest dziełem literackim, a jednocześnie ważnym dokumentem historycznym. To tak jak z kroplą, w której można zobaczyć całe morze: Monice Sznajderman udało się w małym, wąskim wycinku rodzinnej historii pokazać tragiczną historię Polski XX wieku, jej ciemne i ponure karty, ale także dużo wielkich chwil.

28 IX 2016

przeł. Karolina Niedenthal

* * *

Moje najstarsze wspomnienie z dzieciństwa to kuchnia, a właściwie kuchenny stół. Okno wychodziło na studzienne podwórko śródmiejskiej kamienicy przy ulicy Okólnik w Warszawie. Stół stał pod oknem i odkąd pamiętam, siedzieliśmy przy nim w niezmiennym porządku: z lewej strony ojciec, obok ja, u szczytu stołu mama, z prawej, od okna matka mamy, czyli babcia Maria, obok niej zaś – w zależności od dnia – dziadek, jakaś kuzynka czy ciotka z mojej licznej polskiej rodziny. Na stole leżała cerata w kolorowe kwiaty. W kuchni było ciemno i zawsze paliło się światło, bo na podwórko studnię nie wpadało słońce, nad stołem wisiało zaś wyczuwalne dla dziec­ka nieruchome napięcie. Ojciec mówił niewiele, w zasadzie milczał, w rozmowie dominowała babcia. Już z jej pierwszymi słowami w powietrzu zaczynały przeskakiwać iskry i następowały małe wyładowania elektryczne. Mama łagodziła spory.

Ten najgorętszy – i powtarzający się regularnie – dotyczył jedzenia. Dzięki zagranicznym kontaktom towarzyskim babci dostawaliśmy masę paczek od jej niezliczonych przyjaciółek z białej emigracji rosyjskiej we Francji i w Anglii. Byłam niejadkiem, a na naszym stole pojawiały się potrawy, o których nie słyszano w Polsce Gomułki. Zapamiętałam tylko najbardziej znienawidzone, nad którymi spędziłam w męce najwięcej czasu: filet z karmazyna z kaparami w sosie beszamelowym, móżdżki w kokilkach, pieczone banany (podczas gdy dziecko marzyło o świeżych, których zdobycie graniczyło z cudem), jakieś wymyślne zapiekanki ze szparagami i cykorią (babcia mówiła na nie „gratin”), wszystkie pod okropnym beszamelem, do tego oleiste i mdłe oliwki. Byłam pewna, że je się tak w każdym domu, i dlatego gdy pojechałam na pierwsze w życiu kolonie do Świdra, poprosiłam zdumioną wychowawczynię, by tych właśnie dań absolutnie mi nie podawano.

Kiedy więc siedziałam nad talerzem pełnym tej czy innej zapiekanki, łykając łzy i czekając chwili, aż resztki jedzenia będę mogła zakopać w stojącej na balkonie doniczce z drzewkiem cytrynowym (ach, dlaczegóż nie mogę jak inne dzieci jeść mięsa z tłuszczem, marchewki z groszkiem i ziemniaków z sosem w szkolnej stołówce kusząco pachnącej kawą zbożową i mokrą szmatą?), wtrącał się ojciec i następowała jedyna lekcja wychowawcza, jakiej mi udzielał. Mówił wtedy, pamiętam: „Gdy ja byłem dzieckiem i nie chciałem czegoś zjeść na śniadanie, dostawałem to na obiad, a kiedy i na obiad nie zjadłem, to na kolację”. Po tej przemowie zawsze wychodził z kuchni. Zapamiętałam te słowa, bo już jako małe dziecko wyczuwałam niezrozumiały dysonans między ich – jak mi się wtedy wydawało – bezwzględnością a codzienną nadzwyczajną łagodnością ojca.

Dopiero wiele lat później zrozumiałam, jak mocno wspomnienie tej zasady łączy się w jego umyśle z rodzinnym domem i postacią matki, i z wiarą, że to właśnie jej nauki pozwoliły mu przetrwać głód w kolejnych obozach. W rozmowie z Barbarą Engelking mówił o niej: „Była bardzo konsekwentna i stanowcza. Pilnowała, by zjadać wszystko, co się dostawało na talerzu. Gdy się upierałem, że czegoś nie zjem, dostawałem ciągle tę samą potrawę. Trwało to czasem nawet parę dni – dopóki jedno z nas nie ustąpiło. Wtedy się nauczyłem zjadać wszystko, co mi się przydało później, w czasach głodu”.

Tak, niczego wówczas nie rozumiałam.

Bywały momenty, kiedy mój tata się ożywiał. To było wtedy, gdy nasz dom zapełniał się zagranicznymi zapachami: papierosów, proszku do prania i perfum, gdy w powietrzu zaczynały fruwać słowa niby polskie, ale wymawiane z jakimś nieznanym, twardym akcentem, gdy pojawiało się słowo „Żydzi” i różne obce imiona – Fela, Frania, Stefa, Rózia, Stach… Pojawiało się też nazwisko Korczaka, i to nie w jedynym znanym mi wówczas kontekście nielubianego Króla Maciusia. Bo kuzyn mojego taty Stanley Robe (w poprzednim życiu, przed wyjazdem z Polski, Stach Rozenberg) był przewodniczącym australijskiego komitetu jego imienia. Chodziło się z nimi wszystkimi na kolacje do hoteli – w Grandzie do Sali Malinowej, w późniejszych latach do Forum (kuchnia nie taka dobra, jak opowiadano, a kelnerzy aroganccy), a po ich wyjeździe trzeba było z dziecięcym zniecierpliwieniem podpisywać niezliczone pocztówki do „kochanej Stefy”, „kochanej Feli” i „kochanego Stacha”. W odpowiedzi do naszego mieszkania przybywały w paczkach z kolorowymi znaczkami kolejne misie koala i kangury we wszystkich możliwych formach: jako pluszowe zabawki, trójwymiarowe pocztówki, popielniczki, breloczki i podstawki pod szklanki. We wczesnym dzieciństwie uważałam, zdaje się, że Australia, skąd przybywali nasi krewni, to część Polski, jakaś jej daleka, zamorska kolonia.

Dlatego nie dopytywałam, co sprawiło, że się tam znaleźli, że na początku lat dwudziestych wsiedli razem na statek i popłynęli do Australii. Długo też nie łączyłam tego z faktem, że jako jedyni przeżyli wojnę i niczym duchy z utraconego świata, ze swoimi imionami, opowieściami i dziwnym akcentem, mogli nawiedzać naszą kuchnię przy ulicy Okólnik. W dzieciństwie to wszystko wydawało mi się zupełnie naturalne. Wiedziałam, że twój dziadek Selim miał brata Józefa, który w 1896 roku mieszkał przy ulicy Świętojerskiej 30 w Warszawie i według Józefa Ungra kalendarza illustrowanego na rok przestępny 1896 był pomocnikiem adwokata przysięgłego. Że ten Józef miał syna Adolfa i wnuki: Stacha oraz Irenę. Że ci z kolei także mieli kilkoro dzieci. Że siostra twojego dziadka Salomea wyszła za mąż za Leona Czapnika i miała z nim trzy córki i syna: Felę, Rózię, Stefę i Zygmunta. Że te dzieci także powychodziły za mąż albo się pożeniły i miały dużo dzieci, a więc moje dziecięce przeświadczenie, że w Australii mieszkają Polacy (choć jacyś inni niż ci w Polsce), było w pewnym sensie uzasadnione. Wyobrażałam sobie, że ci dziwni Polacy nie Polacy mieszkają w buszu pośród kangurów i misiów koala, i wiedziałam, że nazywają się Żydami. Ta egzotyczna zbitka pojęć i obrazów – Australia, Żydzi, busz, kangury i misie koala – będzie mi towarzyszyć przez całe dzieciństwo.

Pensjonat pamięci

Tak więc zmarli powracają.

W.G. Sebald, Wyjechali

Jest go coraz mniej. Oddaje światu cząstkę tego, co zabrał mu swoją materialną obecnością przez blisko dziewięćdziesiąt lat. Płaszcze stają się za luźne. W pokoju jakby więcej miejsca. Niechętnie wychodzi. Znika. Jak oni wszyscy.

Chciałabym złapać go za rękaw i nigdy nie puścić.

Czym są miejsca, które straciły pamięć? Które ludzka pamięć omija, których przestaje dotykać? I co to za pamięć marnotrawna, która buja w obłokach, zamiast opowiadać, przywoływać historie?

Miejsca, których pamięć nie otacza troską, umierają. Dziwaczeją i dziczeją, porośnięte zielskiem zapomnienia. Jak ten zalesiony opuszczony kawałek ziemi pomiędzy domami w podwarszawskim Miedzeszynie.

W rozmowie z Barbarą Engelking tłumaczyłeś: „Po prostu musiałem zarzucić zasłonę na to, co było, żeby móc jakoś zaadaptować się do tego, co nastąpiło później. Te dwa światy były zupełnie niemożliwe do pogodzenia. A potem nie mog­łem już do tego »wcześniej« wrócić. […] Chyba po prostu zamknąłem, może podświadomie, drzwi do przeszłości. To był trochę taki mechanizm obronny. Potem już nie potrafiłem ich otworzyć”.

Jak się czujesz teraz, gdy wracają: twarze, zdarzenia i miejsca? Gdy po z górą siedemdziesięciu latach przychodzą nocą jak złodzieje, by kraść twój spokój i sen? Do tej pory czekały spokojnie, upchnięte w poczekalni pamięci, a teraz panoszą się bez pardonu.

Zaczęło się trzy lata temu od listu z sądu. „Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi-Południe zawiadamia pana Marka Sznajdermana o rozprawie o zasiedzenie. Sprawa dotyczy działki o powierzchni półtora hektara nr… Warszawa-Wawer”. I zdjęcia. Na zdjęciach las. I kawał ziemi między podwarszawskimi willami. Połamane gałęzie, mała polana wśród sosen i brzóz. Jedyne ślady ludzkiej działalności to wydeptana ścieżka prowadząca na skróty do torów kolejowych i poskładany w kupki chrust.

Nie wiedziałeś, o co chodzi. Nie, nie ma tam żadnej twojej ziemi. Wszystko zostało po wojnie sprzedane, poszło w obce ręce. Więc nic już nie ma. Najchętniej powiedziałbyś: nic nie było.

Ale na przedwojennych fotografiach to miejsce żyje. Stoi tam dom, duży, drewniany, piętrowy. To willa Zacisze zwana także willą Rozenberga. 19 kwietnia 1927 roku w „Naszym Przeglądzie” opublikowano reklamę: „W pensjonacie G. Rozenbergowej w Miedzeszynie (willa własna, elektryczność) gabinet leczniczy pod kier. D-ra. med. I. Sznajdermana. Lampa kwarcowa, sollux, djatermja, elektryzacja, świetlne kąpiele. Telefon w pensjon.: Podmiejski Radość 2”. Od tej pory podobna reklama pojawia się regularnie, dopóki pensjonatu nie przejmie twoja matka Amelia i nie zacznie reklamować go jako „Pensjonat Dr-owej Sznajderman, dawniej G. Rosenbergowej w Miedzeszynie, ­willa Rosenberga. Wiadomość na miejscu lub telefon podmiejski Radość 2”.

G. Rozenbergowa – nazwisko zapisywano raz przez „s”, raz przez „z” – to twoja babka, a moja prababka Chana Gitla z domu ­Weissbaum, zwana w domu Gucią, a z polska Gustawą. Dr. med. I. Sznajderman to twój ojciec Ignacy, lekarz neurolog. Oprócz opłaty za pokój, wynoszącej od czterech do sześciu złotych za noc, letnicy płacili podatek gminny i hotelowy w wysokości dwudziestu, trzydziestu groszy dziennie od osoby.

Willa Rozenberga to zatem dom wygodny, z elektrycznością, świadczący nowoczesne usługi lecznicze. Pyszni się oszklonym tarasem i werandą przeznaczonymi do letniego wypoczynku, tak zwanego latowania. Weranda jest przestronna, stoi na niej donica z wielką palmą. Taras też jest duży, na fotografiach mieści całą wielką rodzinę. Dom ma typowe dla podwarszawskich świdermajerów bogate ażurowe zdobienia balkonów i lekką konstrukcję. Jak większość podobnych budynków wzniesiono go prawdopodobnie na konstrukcji szkieletowej i zbudowano z drewna sosnowego. Stoi na zalesionej polanie, przez sosny prześwieca słońce. I tak już zostanie, tak będzie mi się zawsze wydawało: pamiętam tylko dni słoneczne i tak dalej, chociaż wiem przecież, że to dlatego, że Henryk, twój wuj, a zarazem rodzinny fotograf, tylko w takie dni wyciągał aparat.

„Rzeźbione ganki ukryte pośród jaśminowych krzewów i okiennice z wyciętą gwiazdką, spowite dzikim winem, równo przystrzyżonym wzdłuż framug, by dać dostęp światłu. Drabiniaste galeryjki, wieżyczki, spiczaste igliczki na łuskowatym dachu, z kurkiem lub bez. A jak nie z kurkiem, to z chorągiewką. I oszklone werandy, leżalnie, krzyk ówczesnej mody. Wysokie, suche pokoje z dużymi oknami, nasłonecznione, dla piersiowo chorych chrześcijan i izraelitów. Lokale letnie i zimowe, na parterze i na piętrze, ceny przystępne. Na piętrze taniej, bo trzeba się wspinać po schodach, za to przytulniej. Wszystko podług życzenia, dla kuracjuszy i letników wszelkie wygody, elektryczność, wanny, natryski, woda gorąca i zimna” – rekonstruuje tamten świat Piotr Paziński.

Nie wiem i ty też nie wiesz, kto postawił ten dom. Powstał prawdopodobnie tuż po wojnie, może na początku lat dwudziestych, zbudowany przez jednego z licznych cieśli specjalizujących się w stylu wynalezionym przez Michała Elwira Andriollego. Zamożna i w dużej mierze zasymilowana rodzina Rozenbergów pochodziła z Warszawy. Nie wiem dokładnie, kiedy i dlaczego Gustawa z domu Weissbaum i Selim Rozenberg postanowili przeprowadzić się do Miedzeszyna. Podobnie jak nie wiem, dlaczego ich domu nie ma w prospekcie Letniska falenickie z 1938 roku. A przecież dom istniał, podobnie jak istnieli twoi dziadkowie i dalsza liczna rodzina (dziadek Selim miał starszego brata Józefa i siostrę Salomeę, babka Gustawa – braci Jerzego i Maurycego oraz siostrę Rózię), a twój introwertyczny, nieśmiały ojciec był nawet członkiem komisji rewizyjnej powstałego w 1925 roku Towarzystwa Przyjaciół Miedzeszyna z siedzibą przy ulicy 11 Listopada 5. Dom istniał i twoja matka Amelia lubiła się fotografować na jego tle. To zdjęcie z 1925 roku podpisane jest jej ręką: „Za mną dalej jest nasz dom. Nie poznałabyś, bo parkan sąsiada niedawno postawiony. Miedzeszyn, lipiec 1925”. Ta fotografia i te reklamy to jedyny namacalny ślad. Inaczej można by w to wszystko nie uwierzyć.

Bo dzisiaj nie ma parkanu, nie ma Amelii, zwanej w domu Matą, urodzonej w Warszawie 15 stycznia 1904 roku. Amelii pełnej życia, na fotografiach zawsze w fantazyjnych pozach, w białych lub kolorowych sukniach, czasami wręcz przebraniach, z tobą i twoim młodszym bratem Albertem, zwanym Alusiem. Nie ma twojego dziadka Selima Rozenberga, jego żony Chany Gitli z domu Weissbaum (pisane czasem jako Wajsbaum) ani ich synów, a twoich wujków: fotografa Henryka i Natana, zdrobniale zwanego Natkiem.

Przetrwali tylko na tych fotografiach. Fotografiach cudem ocalonych, pieczołowicie przechowanych i przysłanych ci z Ameryki ledwie kilka lat temu. Razem z listami i tą szarą, płócienną, haftowaną serwetką, którą dla ulubionej kuzynki zrobiła przed wojną Amelia. Opowieść o losie tych zdjęć, które przetrwały Zagładę za oceanem – bo Amelia lubiła pisać i lubiła swoją kuzynkę, i chciała dzielić się z nią historią swojego życia, więc które przetrwały, i to w nienaruszonym stanie, a potem dzięki zaskakującej i cudownej sprawności poczty amerykańskiej i polskiej odnalazły nas i wróciły do ciebie po z górą siedemdziesięciu latach – to symboliczna opowieść o życiu w świecie przedholocaustowym. Na przeciw­ległym biegunie ich nienaruszalności, ich nietkniętego stanu sytuują się bowiem te nieliczne zdjęcia z Zagłady, które w ogóle przetrwały – zdjęcia, jak pisze Jacek Leociak, „uszkodzone, naderwane, pociemniałe, przełamane”, które doświadczyły czegoś granicznego i niewyrażalnego, i samym swoim wyglądem zaświadczają o Zagładzie. Oglądane dzisiaj, z perspektywy czasu, stają się jej śladem, „czymś odbitym bezpośrednio ze świata, niczym odcisk stopy na piasku czy maska pośmiertna”. Głos tych uszkodzonych zdjęć jest głosem, cytując raz jeszcze Leociaka, „ściszonym, zatartym i udręczonym, często słabo słyszalnym i rozpoznawalnym”, mówiącym do nas „w sposób przerywany, fragmentaryczny”, bo też zdjęcia te w swym rozbiciu i okaleczeniu manifestują niemożność przedstawienia tamtej rzeczywistości. „Nic nie jest podobne do tego, co było tam i wtedy, więc deformacja okazuje się jedyną możliwą formą reprezentacji. […] Deformacja, która sama w sobie ujawnia dotknięcie tamtej rzeczywistości”.

Fotografie z Miedzeszyna mówią innym głosem: mocnym i radosnym. Ich fizycznej materii nie naruszyły Zagłada ani czas. Na tych fotografiach twój dziecięcy świat jest jasny, słoneczny, pogodny. Otacza cię duża, szczęśliwa, wielopokoleniowa rodzina. Przytulacie się, wygłupiacie, śmiejecie. Jest w was tyle ciepła i miłości. Czy byłoby mi łatwiej, gdyby nie było? Tu siedzisz na barana u dziadka Selima, a w tle zielenią się jakieś krzewy, chyba octowce (jest sierpień 1930 roku, masz trzy lata), tu zaś – 3 stycznia 1928 roku – w wielkiej białej czapie pozujesz do fotografii na werandzie w objęciach Amelii. W lecie 1936 roku siedzicie na ławce w Śródborowie – Amelia w środku, wy dwaj, ty i Aluś, przytuleni do niej po bokach. Amelia ma sukienkę w kwiaty, ty trzymasz hulajnogę, a Aluś głaszcze kotka. Pod ławką leży porzucona dziecięca łopatka. Macie identyczne koszulki w paski i identyczne ślady po sandałkach na opalonych bosych stopach. Od tych śladów nie mogę oderwać wzroku. Są jakby kwintesencją ulotności i jeszcze bardziej podkreślają ulotność minionej, utraconej dawno temu chwili. Utraconej, a zarazem przecież zatrzymanej na zawsze w czułym kadrze. Bo na tym właśnie polega cud fotografii.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji:malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu:honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży:piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki:anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I