Opis

Może i nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, ale da się dwukrotnie zadebiutować w tym samym wydawnictwie. Łukasz Nicpan jest tego dowodem. W 1980 roku opublikował w PIW-ie swój pierwszy tom poetycki Czyste ratownictwo. Dokładnie 40 lat później publikuje u nas swoją pierwszą autorską książkę prozatorską. Fajerwerki nad otuliną wymykają się literackim opisom, ale też… fizyce. To rodzaj dziennika-niedziennika. Pełne poezji – wszak ostatnio za swój tomik Łukasz Nicpan dostał Nagrodę Bednarczyków – obserwacje i zapiski układają się w roku z życia narratora. Nie jest to jednak rok kalendarzowy ani astronomiczny – ale zbiór dni, spotkań i spostrzeżeń, w których realizm przeplata się z magią. Całość układa się w spójną, fascynującą opowieść o człowieku, który odnalazł swój azyl w otulinie Puszczy Kampinoskiej. I z tego dystansu obserwuje życie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 361

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


REDAKTOR PROWADZĄCY: Hubert Musiał
REDAKCJA: Ewa Mirkowska
ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Kinga Gazda / Podpunkt
KOREKTA: Sylwia Majcher, Joanna Morawska, Ilona Rechnio
SKŁAD I ŁAMANIE: Grzegorz Majcher
Wydanie pierwsze
Warszawa, 2020
© Copyright by Łukasz Nicpan © Copyright for this editionby Państwowy Instytut Wydawniczy, 2020
ISBN 978-83-8196-056-4
KSIĘGARNIA INTERNETOWA
www.piw.pl
POLUB PIW NA FACEBOOKU!
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
Konwersja:eLitera s.c.

SYLWESTER

Najważniejsza północ w roku, choć nie wiadomo, czy tego, który minął, czy tego, który nadchodzi. Najlepiej oświetlona blizna czasu. Zrost rzęsiście iluminowany.

Zaczęło się wczesnym popołudniem. Trysnęły race nad Sydney. Entuzjazm, jakby narodziło się stu zbawicieli.

Potem trysnęły race nad Hongkongiem. Widłakowate wieżowce jeżyły się iskrami niczym zimne ognie.

A potem mi zbrzydło. Obejrzeliśmy z Halą trzy dzienniki, wypiliśmy butelkę czerwonego wina, rozpaliłem ogień na kominku, obsiadły mnie psy, na bujanym fotelu zasnęła w łunie podczerwieni biała kotka. A potem sam zasnąłem na krótkiej kanapce, w pozycji embrionalnej.

DRUGI STYCZNIA

Zdumiewa to zagadkowe, niewytłumaczalne zachowanie ludzi, jakie objawia się w środku tej arbitralnej nocy – radość, szał, frenetyczne odliczanie ostatnich sekund kalendarzowej agonii.

Kiedyś, za młodu, nie dziwiło i nie zdumiewało. Więc chyba tam bije źródło tej samobójczej euforii – w młodości. To ona się cieszy. Bo rozkwita, ma przed sobą przyszłość. Ludzie dojrzali (nie mówiąc o starcach) nie okazują aż takiego zachwytu, aż tak nie wiwatują na tym corocznym pogrzebie.

Z czego się cieszycie? – pytam Australijczyków, bo oni pierwsi zaczynają tę feerię, ich pierwszych pokazują, już w porze naszej szarówki.

Potem o to samo pytam Chińczyków z Hongkongu. Z czego się cieszycie? Co was tak raduje? Ku czemu miotacie w niebo te kolorowe race, sypiecie iskrami?

Potem pytam o to samo mieszkańców Warszawy, których euforię możemy na własne oczy oglądać z okien, bo tryska nad Puszczą Kampinoską barwnymi protuberancjami.

Wróciła mroźna, biała zima. Wczoraj suchą nogą chodziłem po stawie.

TRZECI STYCZNIA

Z szezlonga na piętrze przyglądałem się światu: niebu, łąkom, olchom wokół pastwiska sąsiadów, puszczy na horyzoncie. Moją uwagę przykuł sierp księżyca zawieszony wysoko nad świerkami. Cienie uwypukliły kulistość bryły, uplastyczniły kratery.

Uderzyła mnie dziecięca prostota kulistości jako formy budulcowej. Zdradza infantylizm wszechświata. Grawitacja – toż to dziecinada! Dziecięca ambicja (kto cięższy).

Kto wie, czy nie przeceniamy tajemnicy bytu. Udzielamy jej zbyt wielkiego kredytu zaufania, a to może tylko jakiś prosty sztyk, jakieś zacyklu-zacyklu, fiku-miku. Tyle że obrosłe w miliardy lat świetlnych, wytarzane w mgławicach, najeżone jak kot, gdy się puszy.

CZWARTY STYCZNIA

Czytam rozmowę Janusza Głowackiego z księdzem Andrzejem Lutrem. Pisarz unikowy, prześmiewczy, szyja okręcona szalem zgodnie z wymogami szpanu. Szpan na wyżynach intelektu. Zabawny anegdotczyk.

Przemijanie?

– Zgadzam się z Miłoszem. Też jestem przeciw.

Grepsy, grepsy (jak w Panu Jowialskim Fredry: figle! figle!).

A jednak lubię faceta, prawie tak jak Agnieszkę Osiecką. Oboje należą do legend mojego pokolenia. Moi współcześni.

Otóż to – współcześni. Właśnie ci są mi najbliżsi – nie rodacy (jako Polacy), nie biali (jako nieczarni czy nieżółci), nie Europejczycy, nie mężczyźni, nie kobiety, żadna z tych kategorii, a właśnie – Współcześni. Bracia i siostry w Czasie, całkowicie i nienaruszalnie odrębni od wszystkich przeszłych i przyszłych stworzeń naszego gatunku. Auden moim bratem, nie Homer. Bliższym mi bratem Miłosz niż Mickiewicz itp.

Porywiste wichury od północnego zachodu. Czuje się przelatujący nad głową wzburzony Bałtyk. Pozrywane linie energetyczne. Czterokrotnie wyłączali nam dziś prąd.

PIĄTY STYCZNIA

W starym zeszycie w kratkę natrafiłem na zapis ołówkiem sprzed lat, tak dawny, że już całkiem zapomniany, jakby przez kogoś innego pisany:

„Mówię: nie wierzę. Ale mówię też: jestem katolikiem. Jestem katolikiem, w którym nie ma wiary. Obca mi jest postawa kogoś, kto mówi: nie wierzę i w jego stwierdzeniu słychać nutę triumfu, jakby coś osiągnął, jakby się wspiął, wybił, wzbogacił, unowocześnił i ucywilizował. Jakby mówił: nie wierzę, bo dojrzałem, przejrzałem, zmądrzałem.

Tymczasem powinno się mówić: nie wierzę, więc jestem w rozpaczy. Kto naprawdę nie wierzy, doświadcza rozpaczy. Niewiara oznacza rozpacz. Nie jest błędem ani chorobą – jest bólem, cierpieniem. Żadnych tu racji dla triumfu, dumnie podniesionej głowy. Nie wierzę, więc jestem żebrakiem. Siedzę pod murem nad otwartym pustym futerałem. Człowiek niewierzący, który pod sztandarem niewiary rozpętuje jakieś akcje oświeceniowe, wydaje mi się głupcem lub szkodnikiem”.

Przeczytałem te dawno zapomniane słowa i stwierdzam, że pisanie ołówkiem w zeszycie bardzo się różni od pisania na komputerze. Jakby pisanie ręką wyzwalało inne mechanizmy myślowe niż stukanie w klawiaturę – choćby tak miękką jak dzisiejsze, cichą jak duch w porównaniu z moją pierwszą bułgarską maszyną do pisania marki Marica.

Pisząc innym narzędziem, na innym przyrządzie, inaczej się pisze, a więc chyba inaczej się też myśli. Każda technika pisarska ma odmienną miarę, inne tempo, inny stan skupienia. Prawdopodobnie tworzy też własną, odmienną od innych technik pisarskich świadomość. Powiedz mi, czym piszesz, a powiem ci, co myślisz.

Kto wie? Może aż tak?

SZÓSTY STYCZNIA

W sobotę ma chodzić po kolędzie ksiądz. Hala zapowiedziała, że się schowa. Ja zostanę. Pogadamy, a potem wrzucę mu do torby, jak przed rokiem, sto złotych w kopercie. Ziemski wymiar religii jest mi sympatyczny, szczególnie teraz, wobec ateizacji i islamizacji Europy.

SIÓDMY STYCZNIA

W odśnieżaniu nabrałem wprawy. Najpierw przeoruję ścieżkę na szerokość łopaty, pchając ją przed sobą środkiem drogi, w rytmie na trzy kroki. Po trzecim przenoszę ciężar ciała na prawą nogę, przysiadam na niej i zwał śniegu na łopacie odrzucam na lewą stronę, poza krawędź odśnieżanego pasa.

Doszedłszy do asfaltu, cofam się odśnieżonym pasem szerokości łopaty ku domowi, ku bramie, za którą stoją psy niespokojne z powodu oddalania się ich pana – wróć, wróć! nie odchodź! – cofam się w rytmie na osiem kroków, jedną ręką odsuwając śnieg najpierw na lewo, potem na prawo, na boki od kręgosłupa, czyli pasa wcześniej odśnieżonego. Za sobą zostawiam porysowaną krawędzią aluminiowej łopaty skamielinę o rysunku rybiego szkieletu. Przypomina figury osiowe Lebensteina.

ÓSMY STYCZNIA

Zadzwoniłem na komórkę sołtysowej w sprawie gazu (mają nam założyć). Odebrała, uprzedzając z rozbawieniem, że jest właśnie na południu Francji.

– Ach, przepraszam Anetko! Zadzwonię w niedzielę.

Na kimś, kto przeżył czterdzieści lat w komunistycznej celi, taka otwartość świata, łatwego świata bez granic, robi kolosalne wrażenie. Prawie się do tej łatwości uśmiecham, choć z niej nie korzystam, niezbyt mnie pociąga. Pociągają Tatry, Mazury, Suwalszczyzna i Bałtyk. Wolność podróżowania po świecie cieszy mnie więc tym bardziej, że nie pragnę z niej korzystać, pozostaję wolny wobec tej wolności.

Podniosłe uczucie. Przypomina wolność od nałogu. Wolność od nałogu wolności. Nie korzystać ze swojej wolności – oto wolność wyższego rzędu.

Można by na tę modłę stworzyć nowego Boga. Byłaby to istota wolna od własnej wszechmocy, wszechwiedzy, najwspanialej twórcza, bo może – a nie tworzy, może się wtrącać – a się nie wtrąca, może ingerować – a nie ingeruje, może zsyłać potopy – a nie zsyła. Bóg wolny od swojej boskości. Megabóg.

Przyszła pocztą „Nowaja Polsza” z przekładami moich wierszy. Obce twory, w kokosznikach, w zawijasach, bukwalne, jakby nie iglaste, lecz liściaste. Tłumacz podobno świetny, co zresztą sam widzę, mimo to uczucie obcości dotkliwe. Przerobili mi was, dzieciątka, już ojca znać nie chcecie, już się do niego nie przyznajecie, serdeńka wy moje.

A one milczą, rysunkami ozdobione, już swoje wiedzą, już dorosłe, z własnym zdaniem, osóbki, abiturientki.

DZIEWIĄTY STYCZNIA

Podciągnąłem rolety na oknach połaciowych, oglądam malowanki mrozu, ludowe z ducha, trochę ze Stryjeńskiej, trochę z makat cepeliowskich z lat sześćdziesiątych. Widziałem kiedyś podobne w drzwiach mieszkania bohaterów serialu Wojna domowa.

Za oknem ogromne drzewo. Na jego wierzchołku siedzi wrona siwa. Wysoko nad światem, lekko się kołysze. Uświadamiam sobie, że nikt, ale to nikt na całej kuli ziemskiej nie wie o jej istnieniu, nie martwi się o nią, nie myśli o niej, nie podziwia jej, nie współczuje. Tylko ja jeden o niej myślę, lecz i ja wkrótce przestanę. Wrona jest więc zupełnie sama, zdana tylko na siebie.

Nie sądzę, by była z tego powodu w depresji. Nawet na pewno nie jest. Rozgląda się z wysoka, lekko się kołysze. Szybko biorę z niej wzór, pośpiesznie się od niej uczę, zanim odfrunie.

Odfrunęła.

Teraz jest już naprawdę sama. Nie ma nikogo. Nawet mnie.

Ksiądz przyszedł od bramy pieszo, w komży i czarnym birecie, po śniegu, na tle śniegu, podwiewany śniegiem. Samochód sąsiada, który go przywiózł, ruszył dopiero po chwili i jechał za pasterzem, po śniegu, na tle śniegu.

Hala uciekła na górę.

Już w sieni, żeby uniknąć nieporozumień, przypomniałem kapłanowi, że jestem niewierzący. A gdy usiadłszy przy stole w kuchni, zwrócił się do mnie per „panie inżynierze”, opowiedziałem mu pokrótce swój życiorys, podawszy szklankę muszynianki, bo tylko o wodę poprosił, odmówiwszy herbaty i kawy.

Opowiedzenie księdzu całego życiorysu zawodowego zajęło mi nie więcej niż minutę. A tak się nażyłem, nakrzątałem! A tu tylko minuta. Uwzględniłem nawet kilkumiesięczny okres, kiedy roznosiłem mleko na osiedlu Jelonki, gdy mnie w stanie wojennym wyrzucono z redakcji „Nowych Książek”.

– W butelkach? – upewnił się ksiądz.

Potwierdziłem, mieszcząc się w minucie.

I zaraz zobaczyłem te butelki, o drugiej w nocy, na mrozie, w większości popękane, bo zlodowaciałe dusze mleka (mam tu na myśli dusze starych żelazek, a nie te chrześcijańskie ani gogolowskie) rozsadzały szkło. Część miała kapsle złote, część srebrne. Srebrne były tańsze, złote droższe, bo pieczętowały mleko tłustsze.

Sto złotych dałem księdzu nagie, bez koperty. Za to, że takie nagie, przeprosiłem.

– Nic nie szkodzi – powiedział, otwierając teczkę na brzuchu, jak otwierają torbę listonosze. W tę kangurzą torbę wrzuciłem banknot, który sfrunął liściem. A kiedy ksiądz pożegnał mnie słowami: „Szczęść Boże”, odpowiedziałem mu tą samą frazą.

– Szczęść Boże, proszę księdza. Życzę zdrowia w nadchodzącym roku.

– Szczęść Boże, szczęść Boże!

Jakie to piękne słowa! Aż mi się w teatrze życia wewnętrznego oczy zaszkliły wzruszeniem. W porywie serdecznego braterstwa przytuliłem księdza i ucałowałem z dubeltówki (oczywiście tylko tam, w tym teatrze, na tej wewnętrznej scenie, za kurtyną).

DZIESIĄTY STYCZNIA

Od północnego zachodu dmie. Już wczoraj wzburzyło Bałtyk. Iglaki kłaniają się jak mnisi w kapicach. Chmury jadą szybko, co chwila zacinając deszczem, krótkim jak uderzenie rękawiczką w twarz przyszłego przeciwnika w pojedynku.

Nieoczekiwanie wróciłem do Schulza. Leżąc na sofie pod skośnymi szybami veluxów, przeczytałem – na początek – opowiadanie Sklepy cynamonowe. I zaczęło się nakładać, napiętrzać. Wspomnienie pierwszych spotkań z tym pisarzem, jeszcze w liceum. Zachwycenie jego prozą na studiach polonistycznych, wielokrotne lektury w maleńkiej kawalerce na Szulborskiej (siedemnaście metrów kwadratowych wraz z kuchnią i łazienką i nas dwoje – młodych małżonków).

Więc dmie, świszcze na bryle domu, niskie tony na grubych załomach, wyższe na antenach. Elukubracje jadących chmur dodatkowo wzdymają genialne zdania Schulza. Piętrzą konstrukcje jego stromych gwiazdozbiorów, rozdmuchują konstelacje sennych wędrówek. Sklepy cynamonowe są właściwie baśnią, ich fabuła mogła się Schulzowi przyśnić. Gdyby podkreślił senną materię swego opowiadania, zepsułby ją, oszpecił. Postępuje inaczej: uwiarygodnia ją w konkretach, w rzeczywistej topografii Drohobycza. Z pedanterią urealnia. Nawet profesor Arendt jest prawdziwy, uczył młodego Schulza w tym samym gimnazjum, w którym potem i Schulz był zatrudniony. Jako nauczyciel rysunku, prac ręcznych, ale głównie bajarz.

Przypomniałem sobie pewnego starszego pana z Torunia, tamtejszego literata, którego nazwisko nic mi nie mówiło już wtedy, gdyśmy się sobie przedstawili przy stole w stołówce zakopiańskiej Astorii którejś zimy ze ćwierć wieku temu, więc tym bardziej nie mówi nic teraz, gdy je zapomniałem. Był uczniem Schulza. Opowiadał mi o tych cudownych lekcjach, gdy – uproszony przez uczniów – Schulz opowiadał im bajki. Wtedy po raz pierwszy o tych bajkach usłyszałem, przy kolacji, w stołówce, która przypomina oszkloną od strony Giewontu werandę. Za oknami, jak przed kabiną sterowniczą statku (była tam półkolista przeszklona ściana) stały czarne świerki z ciężkimi szubami śniegu na obwisłych barkach.

JEDENASTY STYCZNIA

Hala kończy dzisiaj sześćdziesiąt cztery lata. Kiedy się poznaliśmy, miała dwadzieścia trzy. Od tamtego czasu nic się nie zmieniła. Zmieniła się tylko na fotografiach z tamtych lat, jest na nich młodą dziewczyną (mechanizm Doriana Graya).

„I będziecie dwoje w jednym ciele”. Tego nam nie powiedziano (nie braliśmy ślubu kościelnego), a mimo to pozostaliśmy oboje w jednym ciele nawzajem w swoich oczach, w ciele, które nie podlega zmianom, jakby w nas zatrzymał się czas. Nawet wytężywszy wolę, nawet marszcząc czoło i wysilając wyobraźnię, nie mogę dostrzec w mojej żonie żadnej zmiany, podobnie zresztą, jak nie dostrzegam żadnej zmiany w samym sobie.

Czyżbyśmy się nie zmieniali, widziani od środka? Stoimy w miejscu.

Właśnie na tym polega małżeństwo.

Wieje, dmie. Płotek nam przewraca od strony zachodniej. Podparłem żerdziami, ale chyba nie oprze się wichurze. Huragan dostał już jakieś imię, nie pamiętam jakie. Obłaskawianie tornad przez chrzest. Takie długotrwałe wianie i wianie, z jednego kierunku, wydaje mi się absurdalne. (Chociaż przewlekłe choroby nie wydają się absurdalne).

Zaciekawił mnie, niemal zafascynował, malarz lolitek i kotów Balthus, również dlatego, że w młodości był blisko z Rilkem, przez swoją matkę, która była Rilkego kochanką. Czytam, że Balthus (pół-Polak, pół-Żyd) był ostatnim z wielkich malarzy figuralnych Europy (po nim może jeszcze Francis Bacon i Lucian Freud). Jeśli tak, to znaczy, że był w ogóle jednym z ostatnich europejskich malarzy. Malarstwo bez „figur” (figurą jest również drzewo lub ptak, anioł, prześcieradło w słońcu) przestaje być malarstwem, jest już tylko sztuką zdobniczą, dekoratorstwem wnętrz.

Zimę mamy pulchną, kopiastą jak z klasycznych kartek bożonarodzeniowych ze złoconym napisem „White Christmas”. W nocy napadało ćwierć metra śniegu. Przez dwie godziny poruszałem się w rytm odśnieżania, w kilku taktach z ciężką białą bryłą na aluminiowej łopacie.

Odśnieżanie kojarzy się z ciążą.

DWUNASTY STYCZNIA

Wciąż sypie, choć już wtorek. Narasta biała głusza.

Psy rozszczekały się przed świtem, wypuściłem je na dwór, pognały w ciemność przez kopne zaspy na koniec ogrodu. Coś musiało podejść. Sarna albo łoś.

Czytam pamiętniki Kazimierza Chłędowskiego. Przed dziesięcioma laty minęła w nich połowa XIX wieku.

Naprzeciwko stancji gimnazjalisty Kazia mieszka znany w mieście erudyta i oryginał Żegota Pauli. Nigdy nie myje okien, które zarosły pajęczynami. Historyk, archeolog, krajoznawca, etnolog, znany w całym Krakowie oryginał, Żegota Pauli zniknął z ludzkiej pamięci bez śladu. Choć tyle nazbierał pozycji w bibliografiach. A dzisiaj? Istnieje już tylko za tym nigdy niemytym, zarosłym pajęczynami oknem naprzeciwko stancji ówczesnego gimnazjalisty Kazimierza Chłędowskiego, który o nim wspomni w swoich pamiętnikach.

Płakać się chce.

TRZYNASTY STYCZNIA

Dziewięćdziesiąte piąte urodziny pani Alicji, naszej najstarszej przyjaciółki. Punkt centralny uroczystej kolacji: mechaniczny piesek w czerwonym kubraczku i czapeczce z daszkiem, prezent od synowej.

Pani Alicja wygląda już tak, jak będzie wyglądała w trumnie: ostry podbródek, wpadnięte policzki bezzębnych ust, napięta na czaszce żółta skóra w ciemnobrązowe piętna, puste, nieruchome, załzawione oczy, które jeszcze patrzą, ale już nie widzą.

Hala nacisnęła guzik na brzuszku pieska made in China i ten zaczął podrygiwać, machać przednimi łapkami, przytupywać tylną. Cały stół się śmieje.

Pani Alicja wpatruje się w tańczącego stworka wzrokiem czarnym od pustki i zobojętnienia. Wzrokiem wypchanego ptaka. Już nas nie poznaje, nie rozumie naszego śmiechu, nie dostrzega figlującej zabawki na obrusie. Podczas kolacji siedzi przy stole na wózku inwalidzkim wpatrzona we własne kolana. Których pewnie również nie poznaje, już w ogóle nie zna.

Kiedy na chwilę podnosi oczy i nasze spojrzenia się spotykają (siedzę naprzeciwko i staram się błaznować, żeby rozchmurzyć jej starość), stykam się – nie po raz pierwszy w życiu – ze śmiercią oko w oko.

Tak samo patrzył na mnie w szpitalu na Bródnie profesor Artur Sandauer, święcie przekonany, że jestem Tadziem Pikulskim. Usiłował mi to wmówić. Ćwierć wieku wcześniej byłem jego studentem, miał nade mną wciąż żywą przewagę autorytetu, mimo to nie uległem, nie zaparłem się tożsamości.

Pustka takiego spojrzenia jest mroźna, lodowato nieprzyjazna, podejrzliwa, oskarżycielska, wręcz fanatyczna. Masz wrażenie, jakby chciała cię unicestwić.

W najlepszym razie wziąć za Tadzia Pikulskiego.

Znowu mnie dźgnęło. Dziś z rana, w słoneczny, mroźny i śnieżny dzień. Nieosiągalne.

Upostaciowione w dwóch kobietach: Bognie z dziennika Tyrmanda i Ewie Marii Morelle, dawniej Frykowskiej. Obie jeszcze żyją (Ewa Morelle mieszka w Paryżu, przyjeżdża czasem do Polski), więc niby nie są absolutnie, tragicznie nieosiągalne. Bogna (naprawdę Krystyna) ma dzisiaj osiemdziesiąt lat. Ewa Morelle ma jakieś osiemdziesiąt parę. Niby można by obu dotknąć.

Nie można jednak dotknąć Bogny siedemnastoletniej, tej z fotografii, w którą usilnie się wpatruję (na niej ona, Bogna, roześmiana, w jednoczęściowym kostiumie kąpielowym z lat pięćdziesiątych), nie tyle do bólu mięśni gałek ocznych, ile serca, ani Ewy z roku 1958, gdy brała w łódzkiej katedrze ślub z Wojciechem Frykowskim. Gdy uwodziła urodą i stylem życia Łódź mojej młodości. Obie są rozpaczliwie nieosiągalne – jak młodziutka Elżbieta Czyżewska, dwudziestoletnia Agnieszka Osiecka, Kalina Jędrusik w pościeli z koronką śpiewająca Nie budźcie mnie.

Dźgnęło mnie, że tylko wyć. W tę piękną, mroźną, słoneczną niedzielę.

Oto ona, dawna piękna, dawna młoda, dziś nieosiągalna, nawet dla samej siebie, Bogna w jednoczęściowym kostiumie z lat pięćdziesiątych.

Chyba oszaleję!

CZTERNASTY STYCZNIA

Ze zdjęcia patrzy na mnie mała kapucynka. Ssie kciuk. Ma wielkie, blisko osadzone oczy, pełne zaciekawienia, a może rozpaczy. Samice tego gatunku mają zwyczaj zwracać na siebie prokreacyjną uwagę samców, rzucając w nich kamieniami.

Byle tylko się rozmnożyć, podtrzymać gatunek. Wszystkie chwyty dozwolone. W głowie się nie mieści, że na tej małej planecie, wkręconej w kołowrót galaktyk, powstał ten nieprawdopodobny pomysł i przemysł: życie. Ten wodewil, wielowątkowy serial, za samą scenografię godzien otrzymać wszystkie Oscary świata. Mała kapucynka jest jednym z produktów tego przemysłu, tej wysublimowanej gimnastyki materii.

Ale w jej oczach... w jej oczach jest coś... coś więcej... coś innego. Lęk, ciekawość, smutek, niewinność. Może sieroctwo? Tego spojrzenia materia stworzyć nie mogła. Zresztą czy to jest w ogóle stworzone, czy tylko odczytywane? Przez nas, ludzi, widziane i odczuwane.

Skończyłem nad ranem lekturę wspomnień profesor Anny Pawełczyńskiej Dary losu. Postać piękna, biografia niezwykła. Przepisuję fragment (dotyczy czasów powojennych):

„W tym okresie pojechałam do Pruszkowa wypełniona wspomnieniem radości, której nie umiałam nazwać. Spojrzałam w oczy mojego ojca, zobaczyłam w nich jasność: «Coś ci opowiem, córeczko. Zdarzył mi się piękny, gwiaździsty wieczór. Jak zwykle usiadłem na naszej werandzie i z zachwytem patrzyłem w niebo. Było mi dobrze, dziękowałem Bogu za wszystko. Czułem się bardzo szczęśliwy. Podziwiałem gwiazdy i chwaliłem Boga, który ten świat stworzył. I w nagłym olśnieniu zrozumiałem wszystko. Skąd się wziął świat? Skąd się wziął człowiek? Jak zbudowany jest wszechświat i jakie prawo nim rządzi? Wszystko było jasne, prościutkie, oczywiste. Chciałem wstać, żeby zapisać to prawo wszechświata. Ale wydało mi się, że tej prostoty nie można zapomnieć. Ogarnęła mnie radość, błogość, jakbym trwał w Bożej łasce. Bałem się ruszyć z miejsca, żeby nie spłoszyć zachwytu nad tą prostotą piękna wszechświata. Nie wiem, ile upłynęło czasu. Czy były to kwadranse? Czy może godziny? Kiedy wróciłem z tej gwiaździstej podróży, zapomniałem wszystko. Nie pomogły żadne wysiłki, żeby przywołać wiedzę na temat wszechświata. Zostało tylko poczucie szczęścia, że dotknąłem przez chwilę Wielkiej Tajemnicy...»”.

Otóż to! „W nagłym olśnieniu zrozumiałem wszystko”. Zawsze mnie to fascynowało. Tajemnica wszechświata rozpoznawalna w błysku – olśnienia, intuicji?

Opowiadał mi kiedyś Artur Sandauer, że któregoś dnia, na progu śmierci cukrzycowej (czując, że się zbliża, że już zasypia, położył się nawet dla wygody na dywanie) miał objawienie tajemnicy bytu. Nie została mu co prawda całkiem odsłonięta, ale już ją przeczuwał, już ją miał, na wyciągnięcie ręki – tylko że jemu się tej ręki wyciągnąć nie chciało, tak mu było błogo. Aż się zirytował, gdy ktoś wszedł do pokoju (pewnie żona Erna) i podał mu insulinę.

– Wyobraża pan sobie? Tajemnica bytu na wyciągnięcie ręki, a panu się tej ręki wyciągnąć nie chce!

Doskonale to sobie wyobrażam. Tak właśnie ją widzę, tę podstawową tajemnicę bytu, jako coś nieskończenie radosnego, prostego, oczywistego, po co nawet sięgać nie warto.

Może ty ją znasz, kapucynko? I dlatego masz takie niezgłębione oczy.

SIEDEMNASTY STYCZNIA

Film o teleskopie Hubble’a, który od piętnastu lat patrzy w przeszłość (w kosmosie w którąkolwiek spojrzeć stronę, widzi się zawsze przeszłość). Znowu uderzył mnie ten ogrom, te Sahary lat świetlnych, tak nieskończone, że aż komiczne.

Nie przytłaczajcie tak biednej mrówki, już jest dostatecznie olśniona. Podziwia, naprawdę szczerze podziwia. Te splendory, gromady galaktyk! Te rozbłyski supernowych sprzed miliardów lat! Te czarne dziury! Jakież one czarne, jakież tajemnicze, aż zatyka mrówkę.

W końcu wstałem z fotela i wyszedłem (jak Zdzisław Maklakiewicz z kina w filmie Rejs). Hala dalej wpatrywała się z przejęciem. Dla niej kosmos to wciąż nowość, dla mnie już rutyna. Zęby na nim zjadłem. Od dziecka karmię się tą skalą, tą strawą popularnonaukową, od pięćdziesięciu lat klęczę przed tym sfinksem. Może się znudzić.

Wyszedłem z psami na dwór. Nad dachem domu wisiały łańcuszki gwiazd. Łyskały, przemawiały do wyobraźni. Światło tej biegnie do nas od czasu pierwszej krucjaty dziecięcej, tamtej od powstania styczniowego.

Stałem w śniegu nad zamarzniętym stawem, zadzierałem głowę i chciało mi się śmiać.

Naukowcy (zespół polsko-holenderski) potrafią już odczytywać ze szczątków kości kolor włosów i oczu zmarłego. Dowiedziałem się właśnie, że mniszka pochowana osiemset lat temu w klasztorze tynieckim była ciemną blondynką o niebieskich oczach. Nie można wykluczyć, że była moim poprzednim wcieleniem. Noszę jej barwy, więc może i duszę.

Nosić po kimś duszę, Matko Przenajświętsza!

OSIEMNASTY STYCZNIA

Nazywał się Swami Wiwekananda. Na sepiowej fotografii ma oleiście czarne falujące włosy i wielkie czarne oczy. Pochodził z Bengalu w północnych Indiach. To on pod koniec XIX wieku przywiózł do Stanów Zjednoczonych jogę. Nosił turban. Nauczał, z grubsza biorąc, że wszystkie religie są równe, a każdy człowiek ma w sobie boga.

Przypomina mi lakierowane figury z drewna, jakie można było kupić na odpuście lub wygrać na strzelnicy. Pomiędzy podróżami misyjnymi po Ameryce pomieszkiwał w Ridgely w Nowej Anglii, w pięknym domu z wysokimi kolumnami. Obok rosła rozłożysta sosna. Pod nią pięknie utrzymany trawnik, na którym nauczał. Umarł młodo, w trzydziestym dziewiątym roku życia.

Ironizuję, sam to widzę. Nie darzę estymą tej wschodniej mistyki. Wiara w rozszerzoną karmę (idącą przez pokolenia) wydaje mi się jeszcze okrutniejsza niż wiara w grzech pierworodny.

Górna krawędź ekranu laptopa styka się z dolną krawędzią parapetu. Wyżej, w oknie, bieleje nieruchoma tapiseria: ciemne śnieżne niebo, nieruchomy dąb, nieporuszona brzoza. Wiszą w powietrzu nieruchome płatki śniegu. To jednak tylko pozór, złudzenie zbyt krótkiej obserwacji. Gdy popatrzeć dłużej, zaczynają powoli opadać.

Zza węgła domu wylatuje sikorka, siada na brzozie, otrząsa się, syta. Hala wysypała na drewnianą tacę ziarna słonecznika, zagęściło się wokół nas od ptaków – sikorek, wróbli, sójek i srok. Obszywają nas, podnoszą na duchu.

DZIEWIĘTNASTY STYCZNIA

Czarny rysunek gałęzi na białym dachu stodoły. Filcowe młoteczki śniegu na płasko ściętych deskach parkanu wokół sadu. Zimowy obraz Bruegla i niemy fortepian.

Od rana sypie śnieg. Podnosi się poziom mroku i soboty. Siedzę naprzeciwko okna jak zaczarowany. Gucio szczeka na dworze. „Well I stepped into an avalanche – śpiewa Leonard Cohen – it covered up my soul”. Sikorki ustały, już się najadły z drewnianej tacy napełnionej ziarnem słonecznika, rozleciały się. Na gałęzi dębu został tylko jeden napuszony, kolorowy ptak, dwa razy większy od sikorki, samotny. Nie odlatuje. Nie ma z kim.

Atmosfera jak ze Starego Testamentu, doprawiona zmęczeniem po nartach. Ciepła mistyczna uszanka.

Pochowaliśmy wczoraj na sosnowym cmentarzu pod Otwockiem pana Jerzego, ojca naszego zmarłego przyjaciela Pawła. W mróz. Pan Jerzy, niegdyś chirurg i żeglarz, trwał od kilku lat w niebycie alzheimera. Choroba miała tylko jedną dobrą stronę, jedyny wobec niego miłosierny gest: nie zauważył śmierci syna. Na pogrzebie Pawła siedział na ławeczce obojętny, kilka grobów dalej, w naciągniętej mu na uszy czapeczce.

Wczoraj też był obojętny, choć ksiądz roztaczał przed nim wspaniałe perspektywy. Po obu stronach katafalku trzymali straż członkowie Bractwa Wybrzeża, Mesa Kaprów Polskich, starsi panowie w czarnych trójgraniastych kapeluszach obszytych srebrną lamówką. Taki sam kapelusz leżał na wieku trumny pana Jerzego.

Robił świetną smorodinówkę. Piłem z nim wódkę na tarasie willi w Michalinie, pod pielmienie (pierwszy raz je wtedy jadłem). Pochodził z hrabiowskiej rodziny. Lubili grywać z żoną w garibaldkę.

Przed zasypaniem mogiły członkowie Bractwa Wybrzeża uderzyli kilka razy w dzwon okrętowy, a jeden z nich, czerstwy staruszek, zaświstał na świstawce, złożywszy dłonie jak do modlitwy, tyle że na wysokości nosa.

– Kto dowodzi tym okrętem? – huknął jeden z braci.

– Tym okrętem dowodzi kapitan Jerzy Morzycki – odpowiedział mu donośnie inny głos.

– Dokąd płynie ten okręt?

– Do portu wieczności.

Do samochodu wracałem razem z Jędrusiem, bratankiem wdowy. Przed dwoma tygodniami urodził mu się wnuk. Szliśmy szybko, bo Jędruś za lekko się ubrał, a wiał mroźny, przenikliwy wiatr.

– Jakie otrzymał imię? – zapytałem.

– No zgadnij.

– Andrzej?

– Oczywiście. Jest nas teraz pięciu żyjących Andrzejów.

Zrozumiałem, że to już. Że życie już toczy się dalej.

DWUDZIESTY STYCZNIA

Dmuchnięcie w zamknięte oko. Nie podnoszę głowy z poduszki, nie otwieram oka. Dmuchnięcie jak z małego, czarnego wentylatorka. Ciepłe, wilgotne. Jak w tropikach. To Lizus. Dotknięcie małego, wilgotnego, zimnego nosa.

Udaję, że śpię. Pewnie już siódma. Lizus odwraca się. Uchylam powiekę. Odchodzi od łóżka. Wraca do siebie, na kanapę.

Już nie zasnę. Słyszę ciężkie kroki na schodach. Czekam. Na drugie dmuchnięcie w zamknięte oko. Teraz. Jak z dużego wentylatora. W bungalowie kolonizatorów gdzieś w Afryce. Udaję, że śpię. Ciepłe, wilgotne. Sapnięcie. Uchylam powiekę. Gucio odwraca się – wielki, biały pies. Odchodzi od łóżka. Zwala się na dywanik. Łeb między łapami. Wpatruje się we mnie. Udaję, że śpię.

Wczoraj film Ona (angielski tytuł her, małą literą). Oscar za scenariusz oryginalny i za głos kobiecy dla Scarlett Johansson.

Los Angeles z niedalekiej przyszłości. Technologia nie aż tak bardzo inna od obecnej, trochę tylko bardziej zaawansowana i wyrafinowana. Bohater, samotny pisarz (tworzy listy na zamówienie, które maszyna w zatrudniającej go, wyspecjalizowanej w tej usłudze firmie, zapisuje w postaci rękopisu zleceniodawcy i jego charakterem pisma) zaprzyjaźnia się ze swoim nowym systemem operacyjnym, który mówi do niego głosem Samanthy. (Właśnie za ten głos Oscar dla aktorki). Przyjaźń ewoluuje w romans. Dochodzi do zbliżeń cielesnych (działających jak seks przez telefon, bezpośrednio na receptory w mózgu).

Samantha jest programem, który się uczy, ewoluuje, rozwija, nabiera osobowości. Doświadcza uczuć. Brakuje jej tylko ciała. Ma wszystko, poza tym jednym – i ma tego wszystkiego w niewyobrażalnym wymiarze. Zaprzyjaźniwszy się z wybitnym filozofem, zmarłym w latach siedemdziesiątych XX wieku i powołanym do życia w systemie zbiorowym wysiłkiem iluś tam osobniczych systemów (wśród nich Samanthy), toczy z nim dysputy filozoficzne – i to nie jedną: kilkanaście naraz.

Naprawdę, zaprawdę może do tego dojść. I dojdzie już pewnie niedługo. Prymitywne awatary z gier komputerowych przywdzieją pełnokrwiste ciała (na ekranie, lecz znacznie bliżej mózgu niż dzisiaj, może na takim ekranie, którego nie widać, który nie będzie przesłaniał i demaskował wyświetlanej na nim rzeczywistości), zostaną obdarzone osobowością, inteligencją, wyposażone w wolę twórczą, w możliwość rozwoju, doskonalenia się, adaptacji.

Na razie chodzimy po płytkiej wodzie, wciąż blisko brzegu. Nasze nogi załamują się w niej pryzmatycznie, lśnią w słońcu ekskluzywnych plaż cybernetycznych. Ale kto wie, może już wkrótce spadniemy z przybrzeżnego szelfu w głębinę. I skończą się żarty. Zacznie się nowa era w rozwoju człowieka. Nie grobów lejowych, nie żelaza, brązu. Całkiem nowa. Aż dreszcze przebiegną po plecach potomnych.

Chciałbym tego zaznać. I tego właśnie na pewno nie zaznam.

Czy starożytny Grek chciałby zaznać telefonu? Sokowirówki? Miał szczęście, że nie wiedział, co go ominie, gdy się zapadał w kopalnie Hadesu.

Te wszystkie światła na Ziemi, ten lśniący blask Las Vegas, te olbrzymie rakiety prące w górę na Cape Canaveral. O biedny, biedny starożytny Greku!

Ale i my biedni. Tyle nas kiedyś ominie.

DWUDZIESTY PIERWSZY STYCZNIA

W Muzeum Brytyjskim przechowują małą, wielkości dłoni, glinianą tabliczkę, na której przed czterema tysiącami lat babiloński skryba wyżłobił trzcinką słowa kołysanki. Matka napomina dziecko, żeby nie płakało, bo narusza spokój domowego bóstwa. Grożą za to kary, więc ścichnij i śpij.

Tabliczka wygląda jak zesztywniały piasek, poryty gęstym labiryntem kornikowych dążeń. Jeszcze się nie narodziły wielkie religie świata, jeszcze hola i ho, ho do Homera, Platona, a to małe już płacze i zakłóca bóstwom ich mir. Szukamy wody na Marsie zamiast szukać śladu łez na powierzchni wysuszonej gliny.

Od kilku dni prześladuje mnie myśl, że mnie w dzieciństwie otruto. Czytając Obławę Joanny Siedleckiej (o agenturalnym rozpracowywaniu przez komunistyczne służby nieprawomyślnych pisarzy), przypomniałem sobie, że w szkole podstawowej kazano nam czytać biografię Świerczewskiego O człowieku, który się kulom nie kłaniał, dziełko Janiny Broniewskiej.

Skojarzenia, jakie ten tytuł we mnie budzi, są westernowe, co znaczy, że i wtedy takie były. Generał Walter przedstawiał nam się jako bohaterski szeryf, postać pozytywna, może nawet wzór do naśladowania. Czy nie brałem aby udziału w konkursie czytelniczym na temat tej książki? Wszak byłem „wzorowym uczniem”, nosiłem na piersi przypiętą do granatowego fartuszka niebieską odznakę z podgumowanego filcu. Nasączali mnie – bezbronnego, nieświadomego – podtruwali arszenikiem na mleczku.

Aż niechęć do siebie poczułem, nieufność. Bo kto wie, co we mnie siedzi? Co we mnie wtedy wsadzili? Mam siebie w podejrzeniu. Jak jakiegoś hunwejbina, Pawlika Morozowa. Nasączali, gady! Podtruwali miękką tkaneczkę dziecięcej naiwności!

Na limbie nad Morskim Okiem wisi drewniana, rzeźbiona kapliczka poświęcona „Matce Bożej od szczęśliwych powrotów”. Odbywają się pod nią co roku polowe msze przy ołtarzu z wielkiego głazu, w obliczu gigantycznej absydy Kotła Mięguszowieckiego ze stojącym na uboczu zakapturzonym odszczepieńcem – Mnichem.

Do wiary bliżej w wysokich górach niż w dolinach. Nawet mój niepodważalny od dziecka ateizm w Tatrach słabnie, kiedy potężne piękno tektoniki chwyta za gardło.

Właściwie nie tyle opada poziom ateizmu, ile rośnie pragnienie wiary. Boże, Boże, gdyby tak uwierzyć! Wiara w Boga jest przecież pierwszym – choć niekoniecznym – krokiem do Jego istnienia.

W górę, w górę! Do Czarnego Stawu, gdzie za czasów mojego dzieciństwa wirowały monstrancje szarotek.

DWUDZIESTY TRZECI STYCZNIA

Umarła Lucyna Winnicka. Umiera moja epoka. Umiera Bałtyk z lat pięćdziesiątych, plaże na Helu. Umierają moi młodzi rodzice i krąg ich młodych znajomych. Co robić? Za bardzo się przywiązałem, nie posłuchałem Buddy.

W jednym go posłuchałem: do niego się nie przywiązałem. Jego nieistnienie jest mi obojętne. Nie dotyczy mnie.

Co innego odejście Lucyny Winnickiej.

Już wszyscy wysiedli z pociągu, szum morza wpływa do opustoszałych przedziałów przez opuszczone okna, tylko ona jedna została w przedziale slipingu. Na tle pięknej wokalizy śpiewanej przez Wandę Warską.

Do wczoraj. Bo wczoraj umarła.

DWUDZIESTY CZWARTY STYCZNIA

W dzienniku Andrzeja Kijowskiego intrygujące zdanie:

„Bóg jest ukrytym odniesieniem całej literatury, tak jak jest ukrytym odniesieniem całej kultury, całej historii, całego życia ludzkiego”.

Napisał to człowiek wierzący, ale słuszność tej uwagi trafia i do mnie.

To prawda. Bóg jest tłem wszechogarniającym, także tłem dla ateizmu. Jest naczelnym postulatem człowieka jako potomka naczelnych. Ten postulat powstał wraz z człowiekiem, może również na drodze ewolucji. Człowieka jako człowieka nie ma bez Boga. Do naszej puszki czaszkowej Bóg przynależy nieodłącznie, jest jej główną treścią. Myśl oznacza Boga. Zrodziwszy się, nie mogła się zrodzić bez tej idei. Myślenie i Bóg są sprzężone.

Od tego zdania w jego dzienniku zacząłem inaczej Kijowskiego czytać, z większą uwagą. Zaraz też stał się dla mnie ciekawszy i głębszy. Tym bardziej że właśnie nastał u niego rok 1980, jak dotychczas najbardziej pamiętny w życiu naszego pokolenia.

Poryw, euforia, odurzenie, ciepło nadciągającej wolności. Nie mieliśmy w domu telefonu, wszystko trzeba było wyjeździć – autobusami, tramwajami – wszystkie spotkania, narady, rozmowy. Zenona Macużanka, naczelna „Nowych Książek”, była akurat na urlopie. Kiedy wróciła, w redakcji istniało już koło Solidarności i ja byłem jego przewodniczącym. Już wisiała gazetka ścienna, już my śmiali, wolni, zadziorni, teraz wy się bójcie.

A potem poniosło, jechaliśmy w tę wolność na łeb na szyję, jak z górki na pazurki, z rozwianymi szalikami, z potarganymi w rozpędzie włosami, krzyczący ze szczęścia jak dzieci.

Było cudownie, pamiętacie? Radośnie, choć za wschodnią granicą pomruki, pancerne manewry i pytanie jak refren: wejdą, nie wejdą?

DWUDZIESTY PIĄTY STYCZNIA

Policjanci w Nigerii aresztowali kozę. Za napad rabunkowy z bronią w ręku. Doszli bowiem do wniosku, że uciekający bandyta przebiegle zmienił się w to zwierzę podczas ucieczki.

Zachwyciłem się. Jakaż ulga, odprężenie, odskok od dzisiejszych czasów i wiadomości! Powiało najprawdziwszą mitologią, rudymentami religii. Miałbym ochotę uściskać tych nigeryjskich policjantów.

Bracia, na chwilę przywróciliście światu właściwe, już zapomniane proporcje. Dajcie pyska. Gdyby nie tacy jak wy, nie byłoby żadnych wniebowstąpień, zmartwychwstania ciał, żadnych w ogóle mitów.

Tylko kozy żal, bo chyba niewinna.

DWUDZIESTY ÓSMY STYCZNIA

Na brzozach wiszą płaty słoniny, jedyne cieplejsze akcenty barwne wśród bieli i szarości nadciągających śnieżyc. Bujają się na nich sikorki, dolatują sójki.

Boga wciąż nie ma. Albo jest, sam nie wiem. Wystarczy, że On wie. Jestem czy mnie nie ma? Po co człowiek ma sobie zawracać tym głowę? Wszak jest tylko szczególnie rozbudowanym, aż do przesady wyrafinowanym, przedobrzonym, przefajnowanym zwierzęciem.

Bóg to temat nie na ludzki rozum. Dlatego Beckett zamaskował go Godotem. Godot, owszem, to jeszcze kumamy. To ten, na którego czekamy, który nie przychodzi i raczej nie przyjdzie, nie tylko niebawem (w przewidywalnej przyszłości), ale nigdy (w przyszłości nieprzewidywalnej).

Wrzuciłem na tapetę laptopa fragment tryptyku Boscha Kuszenie św. Antoniego. Na bocznym panelu Antoni frunie wysoko na niebie, leżąc plecami na latających żabo- i diabłopodobnych stworach, odziany w czarną opończę z krzyżem, ze złożonymi dłońmi, skierowanymi ku górze. Ponad nim unosi się żaglowiec z łupiny lub mydelniczki na latającym małżu, latające ryby, opite kleszcze z kosami w chudych rączkach, gwiazdy – a wszystko na desce. Bujne krzewy wyobraźni. W dole, na ziemi, jej bogactwa niezmierne. Kipiące, choć przyziemne. Codzienność z miast Niderlandów, tamtejsze stroje. A wszystko na tle niebiańskiej metafizyki.

Jakże to inne od prac współczesnej astronomii, już niemal zupełnie wyzutej z optyki, opartej wyłącznie na wyliczeniach. Dzisiejszy astronom siedzi z nosem w liczbach, przed komputerem i jego ekranem. Wylicza, nie patrzy. Oczywiście, może wyjść na nocny spacer za miasto i podnieść oczy do nieba. Ale to będzie wypoczynek astronoma, nie jego główne zajęcie.

Jeśli dalsze poznawanie kosmosu będzie równie suche, matematyczne, wślepione w ekrany z tabelami, przyszłe pokolenia solidnie się wynudzą. Nici z bujnej kostrzewy (to Leśmian). Zero Boscha. Już tylko zero-jedynkowe ćwierkanie superkomputerów. A jaki za tym obraz, już dziś się rysujący? Nieskończonej we wszystkie strony, zaglądającej w inne wymiary, oszalałej – choć zupełnie spokojnej, zimnej, obojętnej, hiperwariackiej pustki. Jakiegoś niesamowitego jojo, od jednego do drugiego wielkiego wybuchu. I żadnej nad tym idei, naukowo ustanowionej (nie myślę o ideach religii). Słowa „cel” i „sens” odrzucone, wyśmiane. A raczej postawione do kąta, dla nieuków.

Trzeba to ogarnąć poezją, wyobraźnią, nauka empiryczna nie poradzi sobie z tak przytłaczającym materiałem. Trzeba wprowadzić do kosmosu element żartu (jakieś latające nietoperzo-żaby, jakieś ożaglowane starymi prześcieradłami stoły), żeby to wszystko znieść w miarę pogodnie.

Trzy wizyty w Domu Pod Dębami. Przybył jeden męski pensjonariusz, pan Paweł. Siedzi u szczytu stołu z opadłą szczęką, z odchyloną w tył głową. Piotr, terapeuta zajęciowy, duży, pulchny młody mężczyzna z lekkim zezem za okularami, w czarnym podkoszulku z białym napisem „Militia”, pyta, stojąc:

– A po której stronie mamy serce? Kto pokaże? Jadzia?

Jadzia, mała, siwa główka, śpi (lub nie żyje). Podnosi się Hania.

– Po lewej! – Pokazuje ręką. I już nie siada. Ma skłonność do gestykulacji, jakby dyrygowała dwunastoma otępiałymi.

– A czasem po prawej – mówi Paweł, nie zmieniając pozycji na wózku inwalidzkim. Siedzi na nim tak, jakby się zsuwał, żeby nogami naprzód wjechać pod stół. – Był taki wypadek – mówi całkiem wyraźnie, choć stale w górę, skośnie do sufitu. – Jeden poborowy miał serce z prawej strony. „Jak mi tu stajecie?”, krzyczy do niego lekarz, który go miał prześwietlać. Sprawdzili i rzeczywiście miał serce po prawej stronie. – Pan Paweł uśmiecha się, chyba figlarnie. – Gdyby go mieli rozstrzelać, mógłby przeżyć.

– Ciekawe, ciekawe! – orzeka z roztargnieniem terapeuta Piotr i zaraz podrzuca śpiewnie: – Jeszcze Polska!...

Hania (białe, proste, rzadziutkie włosy, nieuczesane) jakby na to czekała, podchwytuje:

– ...nie zginęła, póki my żyjemy! – Wahadłowy, dyrygencki gest przedramienia nad stołem, choć nikt na nią nie patrzy, poza mną, z daleka, od strony kuchenki, gdzie siedzę pod ścianą, turlając lekko wózek inwalidzki, na którym siedzi mama, w przód i w tył. Jak wózek dziecięcy z niemowlakiem do uśpienia.

– Rozkwitały... – podrzuca na przynętę Piotr, wraz ze znaną melodią szlagieru.

Tego nikt nie podchwytuje, nawet pan Paweł.

– Miłość ci wszystko...

Hania już macha kołysząco ręką:

– ...wybaczy!

– A dalej? – nalega Piotr.

– Smutek zamieni ci w żal. – W oczach Hani naprawdę pojawiają się łzy.

– W żal? – dziwi się Piotr.

– Miłość tak pięknie tłumaczy – podchwytuje cicho Ania, której głowa nigdy nie ustaje, stale podryguje.

Zajęcia umierających.

Słoneczny blask zwielokrotniony odblaskiem od śniegu. Gucio leży na trawie i zębami szarpie coś dużego. To coś nie jest ścierką. To coś nie żyje. Czy nie szczur? Bo jeśli szczur, groźba zatrucia trucizną w szczurze. Takie piętrowe zatrucie. Zatrucie zatrutym.

Zbiegam na dół. Wyglądam przez okno w kuchni. Chyba bażant. Jakieś podłużne lśniące elementy. Tak, pióra ogona.

Bażant, nieco lepiej. Oddala się groźba zatrucia zatrutym. Bażant zdrowy, choć już martwy. Pozostaje czysta odraza oczyszczona z lęku o Gucia. Pole krwi. Hakeldama. Patrzę na mordercę. Będzie mnie lizał po twarzy.

Szukam właściwego podejścia do całego zdarzenia, do zabójstwa niewinnego, zdrowego bażanta. Gościa na naszym terenie. Gość w dom, zżerany przez Gucia.

Szukam ułatwień w ogólnym poglądzie na niewinność natury, gdzie jedno zjada drugie. Mam świadomość, że jestem takim samym mordercą jak Gucio. Tyle że ja zabijam cudzymi rękami, a Gucio osobiście. Ma bok umazany krwią. Bok biały, krew czerwona. Gucio jak flaga narodowa.

Wpuszczam go do domu po półgodzinnej kwarantannie. Dałem śniadanie Laurze, Guciowi nie dałem. Gucio nażarty bażantem. Mówię mu:

– Ty morderco, nie będziesz dziś jadł. Zjadłeś bażanta! Niewinnego bażanta.

Oblizuje się długim jęzorem i śmieje się do mnie. Jego jęzor przypomina zwoje znad Morza Martwego. Znad martwego bażanta.

Daję mu pić. Piją z Laurą zsiadłe mleko. Oczyść się mlekiem, morderco. Obmyj w białej wydzielinie krów. Nasuwają mi się skojarzenia z Biblią, jakieś koszerne przepisy.

TRZYDZIESTY STYCZNIA

Zmarła Nina Andrycz. Zapamiętałem ją głównie jako małżonkę premiera Cyrankiewicza, jednego z upiorów naszych młodych lat. Wisiał w klasie nad zieloną tablicą, nieco poniżej Bieruta, na wysokości Rokossowskiego.

Podobno przy łóżku zmarłej w szpitalu ponadstuletniej aktorki stał tylko jeden przedmiot: lusterko w złotej oprawie. W którym się konająca do końca przeglądała.

Chyba mi to imponuje.

Zajrzałem na strony z pornografią retro. Uwielbiam to połączenie sepii z ponadczasowym pożądaniem kobiecych ciał, których już nie ma, więc pożądanie zawisa w próżni i płacze jak anioł nad powązkowskim grobem Tekli Bądarzewskiej, kompozytorki Modlitwy dziewicy. Żadna ze współczesnych nagusek nie budzi takiej erotycznej czułości jak tamte golaski z XIX wieku. Ich niewinność jest porażająca.

Oto patrzę na jedną z nich. Siedzi na empirowym taborecie, całkiem naga, na miękkiej podkładce, pięknie utrefiona, przedziałek pośrodku głowy, oczy skromnie spuszczone, stopy splecionych nóg spoczywają na poduszce obszytej frędzlami. W dolnym rogu zdjęcia pieczątka atelier fotograficznego z wybijającym się słowem „Voilà”.

Nieosiągalna, niemal boska słodycz! Gdyby tak wyglądała Dziewica Maryja, lepiej rozumiałbym kult maryjny.

Co ona ma na szyi? Jakby krzyż w spłaszczonej formie skarabeusza czy innego żuka.

Nienasycenie – oto sedno tego uroku. Pożądanie z podciętymi skrzydłami, bo obiekt pożądania nie istnieje, zajaśniał tylko w błysku magnezji i natychmiast ściemniał, ubrał się, postarzał, umarł, obrócił się w proch. Jest równie nieosiągalny jak podróże w czasie – i równie upragniony.

Jak miałaś na imię, o pulchna? Jak pachniałaś, o utoczona? Której klasy gładkości były twe ramiona, o utrefiona? Dokąd poszłaś, kiedy wstałaś, o bolesna? Gdzie cię pochowano, o niezapomniana?

Oto szczyty erotyki, erotyka funeralna, metafizyczna.

Po nocy biało. Jak na prawosławnej pocztówce bożonarodzeniowej. Brzozy białe, olchy białe, tylko niebo szare i lód na stawie.

Oglądałem przez lornetkę łosia skubiącego oszronioną sosnę tuż za siatką (na naszej ziemi, więc i sosna nasza, co mnie trochę krępuje) od strony puszczy. Brunatno-siwy, ospały w ruchach. Duża, ciemna bryła na białej pocztówce, dopiero w lornetce nabiera cech osobniczych (zresztą podobnie jak księżyc).

Może to ten sam, obok którego przechodziłem przedwczoraj, wyszedłszy z parkingu w Roztoce? Stał o pięćdziesiąt kroków ode mnie, nieporuszony, spokojny, śledził mnie tylko powolnym ćwierćobrotem łba. Kiedy wracałem po godzinie, stał w tym samym miejscu, nie przesunął się ani o metr. Stoicyzm w czystej postaci.

Wpisałem do wyszukiwarki dyspozycję poszukiwawczą: naked beauties from the past, mając nadzieję, że ukażą mi się strony ze zdjęciami nagich kobiet z XIX wieku, tymczasem trafiłem na stronę o takiej właśnie nazwie, tyle że ze zdjęciami galaktyk spiralnych. Jedna z nich nosi kryptonimowe imię NGC 5247 i jest oddalona od Ziemi o siedemdziesiąt milionów lat świetlnych. Z konstelacji Panny spogląda na nas frontalnie, twarzą w twarz. Bezwstydna naga piękność from the past.

Ujrzawszy galaktykę, nie szukałem już golasek z ubiegłego wieku. Moja ciekawość metafizyczno-erotyczna została zaspokojona, czyli pobudzona do ekstremum, które dla wygody dobrze jest nazwać zaspokojeniem (żeby się dłużej nie męczyć). Wyszukiwarka Google zachowała się jak poeta, połączywszy w skojarzeniu nagą kobietę z przeszłości z odległą galaktyką z konstelacji Panny.

Jeśli to przypadek, czyż nie jest odkrywczy? Czy galaktyki nie są nagimi pięknościami, których widokiem napawa się oko boskiego podglądacza? Może ich uroda naprawdę kogoś zachwyca i podnieca? Kogoś przez wielkie K, nie takich podrzędnych obserwatorów jak my, ludzi z teleskopami, podobnymi do suchych igiełek sosnowych.

Okazało się, że naked galaxies to po polsku galaktyki obnażone, czyli wolne od ciemnej materii.

Obnażona galaktyka i naga kobieta na tle kotary w atelier fotograficznym pierwszych pornografów. Co je łączy, poza męskim pożądaniem?

TRZECI LUTEGO

Profesorowi urologii towarzyszy ładna, młoda asystentka, więc mam pewien kłopot z opuszczeniem spodni. Prostata przerośnięta wprost katastrofalnie.

– Musiało się to u pana zacząć jakieś dziesięć lat temu. Rozpadł się pan immunologicznie.

Profesor siwy, krótko ostrzyżony, jowialny jak w kantynie oficerskiej.

Rozpad immunologiczny, coś gorszego niż rozpad Austro-Węgier. Dziwnie się chodzi po świecie, z którego odejście zaczyna się konkretyzować. Jakby rzeczywistość wsuwała się za grubą szybę. Szkło pancerne. Zaświaty za szybą kuloodporną?

Asystentka profesora oglądała moją prostatę na ekranie USG. Dużo się zmieniło od czasów minstreli w kontaktach damsko-męskich.

CZWARTY LUTEGO

Hala pojechała do sąsiedniej wsi do uzdrowiciela, który piętnaście lat temu przeżył śmierć kliniczną, doznał czegoś w rodzaju objawienia, odmienił swe życie (jak zalecał Rilke: „Du mußt dein Leben ändern”) i teraz leczy ludzi, a jego partnerka (żona nowego stylu) wypala ceramikę w pracowni przy garażu. Uzdrowiciel umieszcza Halę na specjalnym skonstruowanym przez siebie łóżku, które się porusza w odpowiedni sposób (może w rytmie ruchów kroczących kobiety ciężarnej?) i wywołuje u poruszanego błogie, lecznicze stany emocjonalne.

PIĄTY LUTEGO

Na portalu Wirtualny Sztetl zdjęcia z unicestwionego świata polskich Żydów.

Oto cadyk z Bobowej z grupą chasydów. Idą drogą, ale do zdjęcia stanęli.

Stoją. Cadyk w futrzanej czapie. Chasydzi w czarnych kapeluszach. Stoją. Czekają, aż zwolni ich fotograf.

Choćbym wpatrywał się w nich aż do bólu oczu, nie poruszą się, nie zrobią już ani kroku. Są pod każdym względem nieosiągalni. Nigdy nie będzie można nawiązać z nimi kontaktu.

Wpatruję się w tę grupę (dzień mieli słoneczny, początek XX wieku) z podobnym zdumieniem, olśnieniem, z jakim wpatruję się w zdjęcia najdalszych galaktyk wykonane przez teleskop Hubble’a. To samo uczucie bezsilności, niedosiężności. Jeśli są gdzieś w kosmosie istoty rozumne, do nas podobne (może nie tak okrutne, daj to, Panie Boże), nigdy się z nimi nie skontaktujemy, bo dzielą nas w najlepszym razie tysiące lat świetlnych. Możemy sobie nawet wyobrażać (mamy pełną dowolność), że to chasydzi i rabin z Bobowej, przeniesieni w inną rzeczywistość.

SIÓDMY LUTEGO

Przed północą zadzwonił przyjaciel z liceum. Usłyszałem w słuchawce pijackie śmiechy, obupłciowy gwar. Świętowali w łódzkiej restauracji sześćdziesiątkę naszej rówieśnicy.

Bo to już. Te, które były dziewczętami przy nas chłopcach, są dziś babciami przy nas dziadkach (tylko ja nie zostałem dziadkiem, bo nie byłem ojcem). Tymczasem nic się w nas wewnętrznie nie zmieniło, jesteśmy równie młodzi. Owszem – bardziej doświadczeni, lecz nadal chłopięcy, podobnie jak one są nadal dziewczęce. Choć tylko przy nas, chłopięcych. Z dala od nas już nie są dziewczęce, z dala od nas są już prawie stare.

Wspólna młodość wciąż trwa między nami, lecz tylko wtedy, gdy jesteśmy razem, jedno wobec drugiego. Wystarczy jednak, że się odwrócimy – a już starzy (w oczach innych). Tak że natura nasza Janusowa, obojnaka, dwulicowa, jakby karciana.

Hop! – i wciąż młodzi. Hop! – i nagle starzy. Hop! – i znowu młodzi. W kółko. I tak już zostanie, dopóki żyjemy.

ÓSMY LUTEGO

Poranek miał tonację rokokowych obrazów Watteau. Niebo w błękitach i różach. Jakaś dziecięca radość w rozsłonecznionym powietrzu. Bujajmy się na huśtawkach, w ogrodach, w pudrowanych perukach.

Nie mój to nastrój. Mój to ten zimowy półmrok z Myśliwych na śniegu Bruegla.

Prawdopodobnie każdy dzień, z jego specyficznym światłem, dałoby się przypisać któremuś z malarzy. Ten Turnerowi, tamten Goi, ten Cézanne’owi.

A jaki Matejce? Chyba tylko taki wyszywany na grubych tkaninach, złotą nitką, srebrną, naszywany perłami.

Ale i taki bym lubił. Teatralny, dziewiętnastowieczny, z ciemnej zagraconej pracowni, w oczekiwaniu hejnału mariackiego.

DZIEWIĄTY LUTEGO

Obejrzałem (po raz trzeci) Panny z Wilka