Facet nie do wzięcia - Katarzyna Bester - ebook + książka

Facet nie do wzięcia ebook

Katarzyna Bester

4,3

Opis

Wzruszająca, pełna ciepła i emocji powieść Katarzyny Bester.

Los bywa przewrotny, szczególnie wtedy, gdy udało ci się uporządkować swoje życie i wyznaczyć priorytety.

Alek jest samotnym ojcem, który nie angażuje się już w żadne dramaty związane z kobietami. W jego sercu jest miejsce tylko dla Hani, ukochanej córeczki. To jej zdecydował się poświęcić cały swój czas i uwagę.

Daria zostawiła za sobą trudną przeszłość, lecz jej wiara w ludzi pozostała niezachwiana. Teraz próbuje odbudować swoje życie w Warszawie.

Kiedy ścieżki tych dwojga się przetną, każde z nich będzie musiało zredefiniować swoje założenia względem miłości. Czy Alek otworzy się na nowe uczucie? Czy Daria odważy się zaufać mężczyźnie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 282

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (400 ocen)
213
113
56
12
6
Sortuj według:
EmmaKrause

Całkiem niezła

Fabuła wciągająca, ale za dużo opisów erotycznych. . Na szczęście łatwo można je przekartkować ;)
10
malachowskala

Z braku laku…

nic specjalnego, liczyłam na więcej po innych pozycjach tej autorki
10
mar_jot

Nie oderwiesz się od lektury

szybko sìę czyta, polecam :)
10
Natalia_Calgary

Nie polecam

Wulgarna proszczyzna
22
zabcia542

Dobrze spędzony czas

Ok
11

Popularność




Rozdział pierwszy

Alek

Dwa lata wcześniej

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to koleś tańczący jak John Travolta w Gorączce sobotniej nocy. Nie jestem wielkim fanem tej produkcji, ale ten typ z pewnością widział wspomniany film przynajmniej kilkanaście razy. Jego układ przypomina te klimaty. Nawet ubrany jest w stylu lat siedemdziesiątych. Unoszę brwi, kiedy nogi faceta wyginają się, jakby miał kości z gumy. Przeszywa mnie dreszcz i czuję ból w kolanie. Wtedy ktoś za moimi plecami zaczyna się śmiać, zagłuszając muzykę dudniącą z komputera.

Zerkam przez ramię i widzę wysoką brunetkę, która zakrywa usta dłonią, ale niewiele to daje. Rechot przypominający kwakanie kaczki roznosi się po pokoju i wszyscy zwracają na to uwagę. Dziewczyna stara się uspokoić, ale próba zachowania powagi przynosi odwrotny efekt i kaczy rechot rozbrzmiewa ponownie. Jest zaraźliwy i zabawny. Sam zaczynam się śmiać. Nieznajoma rozgląda się z zakłopotaniem, aż w końcu spojrzenie jej miodowych oczu zatrzymuje się na mnie.

– Przepraszam! – krzyczy ktoś obok i lekko popycha mnie do przodu.

Cholera, nie sądziłem, że na pięćdziesięciu metrach kwadratowych może się zmieścić… Ile tu w ogóle jest osób? Rozglądam się po pomieszczeniu, szukając wzrokiem ślicznej rechoczącej brunetki, ale gdzieś zniknęła. W drzwiach pojawia się natomiast właścicielka mieszkania – moja kuzynka i osoba odpowiedzialna za ten hałas, który zapewne nie zachwyca sąsiadów.

– Alek! Wreszcie! – wrzeszczy, gdy mnie zauważa, i rusza w moją stronę.

– Cześć – witam się. – Niezła impreza – mówię, zataczając ręką wokół i zerkając z rozbawieniem na kolesia od Gorączki sobotniej nocy.

– Myślałam, że jak zaproszę sześćdziesiąt osób, to przyjdzie dwadzieścia – tłumaczy nieśmiało Pola, wzruszając ramionami, i robi tę swoją minę niewiniątka, przez którą wielokrotnie brałem na siebie jej przewinienia, gdy byliśmy dziećmi. Ta mina nie ma nic wspólnego z jej charakterem.

– Matma nie jest twoją mocną stroną, Apolonio – mówię i puszczam do niej oko.

Od razu marszczy nos, a jej spojrzenie ciska pioruny. Nienawidzi swojego imienia i wszystkim wmawia, że jest Polą, a nie Apolonią. Niestety ja też nie przepadam za Aleksandrem i większość moich znajomych myśli, że mam na imię po prostu Alek. Nie znaczy to, że nie mogę od czasu do czasu wkurzyć swojej kuzynki.

– Chodź, napijmy się piwa. – Pola ciągnie mnie za rękaw do małej kuchni, gdzie ktoś już wysypał na podłogę trochę chipsów, a blat lepi się od podejrzanej czerwonej substancji, zapachem przypominającej sok truskawkowy.

– Rozumiem, że jutro masz wolne – zagajam, otwierając dla nas po butelce piwa.

– Na szczęście – odpowiada i wymownie wzdycha. – Uwielbiam swoją pracę, ale po dyżurze bywam skonana. Dobrze, że nie muszę zabierać do domu tych wszystkich dzieci, którym pomagam przyjść na świat.

Śmiejemy się, a ja uważnie skanuję otoczenie. Nowe mieszkanie, które niedawno zaczęła spłacać Pola, jest dość przytulne. Mała sypialnia w żółtych barwach, sporych rozmiarów salon połączony z jasną kuchnią oraz łazienka z wanną z hydromasażem. Pola mogłaby spać na podłodze, ale hydromasaż to dla niej podstawowe wyposażenie mieszkania. Wanna bez masujących dysz jest dla mojej kuzynki niczym, zerem, zwyczajną pomyłką. Kiedy mój wzrok zatrzymuje się na drzwiach łazienki, staje w nich brunetka, której szukałem. Nasze spojrzenia znowu się spotykają i posyłam jej czarujący uśmiech.

Nie wyglądam jak model czy aktor, na którego widok kobiety mdleją. Moje ciało dowodzi, że nie jestem posiadaczem karnetu na siłownię. W rękach częściej trzymam książkę niż sztangę, a moją jedyną aktywnością fizyczną jest bieganie po hotelu, w którym pracuję, i sporadyczne wizyty na basenie. Nie mogę się pochwalić milionami na koncie, imperium odziedziczonym po tatusiu ani willą nad Morzem Śródziemnym na weekendowe wypady ze znajomymi celebrytami. Jedyne, czym mogę zainteresować kobietę, to moja osobowość oraz uśmiech, który właśnie posłałem brunetce. Jak się okazuje, skutecznie, bo urocza dziewczyna pokazuje mi wszystkie zęby i szybko mruga.

– Czyżbyś przyszedł na moją parapetówkę, żeby polować na samicę? – pyta rozbawiona Pola, zauważając mój podbój, a właściwie próbę jego dokonania.

– Nie mogę marnować okazji. Większość facetów w moim wieku ma już żony i dzieci, a ja wciąż bujam się po domówkach dla singli – odpowiadam, szczypiąc ją w ramię.

Odskakuje z piskiem. Uwielbiam jej dokuczać.

– Nie wkurwiaj mnie – mówi i popija chipsa piwem. Tak chyba nie powinien się odżywiać nikt pracujący w służbie zdrowia. – Jestem tylko dwa lata młodsza. Jeśli ty już mówisz o dzieciach, to ja powinnam mieć chociaż pierścionek zaręczynowy.

– A co z facetem, z którym spotykałaś się ostatnio? – pytam, próbując sobie przypomnieć imię brodacza, którego Pola trzy miesiące temu przyprowadziła na rodzinną Wigilię, a miesiąc później na imprezę z okazji swoich trzydziestych urodzin.

– Potrzebny mi facet, który potrafi wrzucić pranie do pralki i obsłużyć odkurzacz, a Julian – no tak, rzeczywiście miał na imię Julian – liczył na to, że to wszystko zrobię za niego ja albo, sama nie wiem, krasnoludki.

– A czy chociaż wyginał śmiało ciało jak prawdziwy Julian? – Parskam śmiechem.

– Co? – Pola przez chwilę patrzy na mnie spod zmarszczonych brwi. W końcu uderza mnie w ramię i też się śmieje. – Odwal się.

– Na pewno spotkasz swojego księcia z bajki – zapewniam, wrzucając pustą butelkę do kosza. – A teraz wybacz, ale muszę zagadać do tej ładnej brunetki. Znasz ją?

Pola wędruje wzrokiem za moim spojrzeniem. Mruży oczy i kręci głową.

– Chyba przyszła z jakąś moją koleżanką z położnictwa – oznajmia.

– Życz mi powodzenia.

– Chcę być twoją druhną.

Ze śmiechem szczypię ją jeszcze raz, po czym ruszam w kierunku zerkających na mnie z kanapy miodowych oczu.

– Cześć, mogę się przysiąść? – pytam, stając przed brunetką.

– Proszę bardzo.

Ma ładny głos, który nie sugeruje, że mogłaby się śmiać jak kaczka.

– Jestem Alek. – Podaję jej dłoń.

– Klara – odpowiada, kiedy jej palce dotykają moich. Wstrzymuję powietrze.

– Jesteś tu z kimś?

Wolałbym nie dostać w mordę od jakiegoś pakera, dlatego chcę się upewnić.

– Teraz już z tobą – mówi, przygryzając wargę.

O cholera. A więc ona też to czuje. Uśmiecham się do niej i siadam bliżej. Oboje zapadamy się w miękkie siedzisko. Jest przyjemnie. Czuję ciepło jej ciała na swoim udzie. Przełykam ślinę, bo nagle mam w ustach pustynię. Czy to jest ta słynna miłość od pierwszego wejrzenia?

– Pracujesz z Polą? – pytam, odzyskawszy głos.

– Nie. Anka z nią pracuje, a ja jestem najlepszą przyjaciółką Anki.

– Miałem nadzieję, że zostaniesz moją najlepszą przyjaciółką.

Czy ja naprawdę to powiedziałem? Muszę spędzać mniej czasu z tym smarkaczem, który ze mną pracuje. Klara uśmiecha się i lekko czerwieni. Cóż, ten tekst chyba nie był jednak aż tak denny, jak sądziłem.

– Możemy się zaprzyjaźnić, ale najpierw muszę cię lepiej poznać.

– Nie widzę najmniejszego problemu. Wyjdziemy na drinka gdzieś, gdzie jest ciszej i mniej… – spoglądam wymownie na faceta od disco – obciachowo?

– Bardzo chętnie.

Nie wierząc, że to się dzieje naprawdę, prowadzę piękną kobietę do wyjścia, zakładamy płaszcze i zostawiamy za sobą rozkrzyczany tłum. Gdy wychodzimy przed blok, Klara wsuwa mi dłoń pod ramię. W spodniach zaczynam czuć ciasnotę, ale postanawiam być dzielny i powolnym krokiem ruszam w stronę pobliskiego baru.

– Opowiedz mi o sobie. Czym się zajmujesz? – prosi moja towarzyszka, przytulając się do mnie i mocniej ściskając moją rękę.

Opowiadam jej o pracy w hotelu, którą zacząłem ponad cztery lata temu, kiedy musiałem wrócić do kraju po kilku latach nadzorowania pokojówek w Anglii. Wcześniej podawałem kawę i wycierałem stoliki w londyńskiej knajpie, bo chciałem podszlifować angielski. Podobało mi się tam. Zespół był międzynarodowy i serdeczny. W hotelu też trafiłem na wiele fajnych osób. No i zdobyłem spore doświadczenie.

Klara mówi o swojej rozkwitającej karierze w jednym z największych banków. Jej marzeniem jest zostać kierowniczką oddziału, ale ma dopiero dwadzieścia siedem lat, więc przed nią jeszcze sporo pracy. Też zdobywała doświadczenie za granicą, jednak nie podawała gorących napojów w knajpie ani nie krzyczała na pokojówki. Odbywała praktyki w bankowości i nawiązywała kontakty, które ma zamiar wykorzystać w drodze na szczyt.

Tej nocy oboje docieramy na szczyt, kiedy po dwóch godzinach rozmowy trafiamy do mojego maleńkiego wynajmowanego mieszkania. Klara jest dzika i odważna, gdy zrzuca ubranie, co bardzo mi się podoba. Spędzamy w łóżku całą noc i cały dzień. Śmiejemy się, opowiadamy sobie o swoim dzieciństwie i planach na przyszłość. Okazuje się, że lubimy te same filmy, więc umawiamy się na seans w kolejny weekend.

Kilka tygodni później jestem pewien, że kocham tę kobietę. Wyczekuję naszych spotkań niczym szczeniak wypatrujący powrotu ukochanego właściciela po pracy. Klara śmieje się z moich żartów, często wychodzimy do kina, poznajemy swoje rodziny i znajomych. Cieszę się z jej sukcesów, kiedy opowiada o kolejnych zadaniach, które zleca jej kierownictwo, a które ona wykonuje perfekcyjnie, walcząc o wymarzony awans.

Po ośmiu miesiącach znajomości klękam przed Klarą i proszę, żeby została moją żoną. Wsuwam jej na palec pierścionek, na który oszczędzałem od dnia, gdy ją poznałem. Jestem tak podekscytowany, że niemal odrywam się od ziemi. Decydujemy się na ślub cywilny, bo Klara jest niewierząca. Przygotowania idą szybko i sprawnie. Miesiąc później w restauracji odbywa się niewielkie przyjęcie dla przyjaciół i rodziny, a Klara i ja wsuwamy sobie na palce złote obrączki. Cztery tygodnie po nocy poślubnej dowiaduję się, że zostanę ojcem. Nie planowaliśmy powiększania rodziny od razu, ale wiadomość o ciąży tak mnie cieszy, że dociera do mnie, iż marzyłem o byciu tatusiem. Niedługo nim będę. Czyż nie jestem szczęściarzem?

* * *

– Wolałbym, żebyś już poszła na zwolnienie – mówię, starając się brzmieć najdelikatniej, jak to możliwe, chociaż szlag mnie trafia, że moja żona w siódmym miesiącu ciąży pracuje po dziesięć godzin dziennie. Naprawdę się o nią niepokoję.

– Ciąża to nie choroba – odpowiada, zrzucając buty w przedpokoju. Podchodzę, schylam się i ustawiam je pod ścianą. Nienawidzę, kiedy walają się pod nogami, ale Klara nie przywiązuje do tego wagi.

– Wiem, kochanie, ale martwię się, że się przeforsowujesz i że to zaszkodzi dziecku.

– Nic mu nie będzie. Może za to będzie mądre, skoro mama pracuje całą ciążę.

– A dlaczego miałoby być głupie? Po kim miałoby to odziedziczyć? – pytam, czym wywołuję na jej ustach lekki uśmiech.

– Zamówimy jedzenie?

– Zrobiłem pomidorową z ryżem. Zjesz?

– Okej.

Sadowi się w fotelu, a ja nalewam jej zupy i niosę talerz do salonu.

– Smacznego.

– Dziękuję. Rozpieszczasz mnie.

– Nie wydaje mi się, żeby ugotowanie posiłku od czasu do czasu było rozpieszczaniem.

– Szkoda, że moja mama mieszka na drugim końcu miasta. Moglibyśmy codziennie wbijać na obiad – stwierdza, pakując do ust łyżkę zupy.

– Jak pójdziesz na zwolnienie, będziesz miała więcej czasu i sama będziesz mogła gotować – mówię, zanim to przemyślę.

Moja żona nie gotuje. To znaczy gotuje makaron do zupy i wodę na herbatę, ale jeszcze przed ślubem zapowiedziała mi, żebym nie liczył na domowe obiadki. Zwykle zamawiamy jedzenie z dostawą lub sam coś pichcę, korzystając z przepisów z internetu. Nigdy nie narzekam, że Klara pojawia się w kuchni tylko po to, żeby odgrzać coś w mikrofalówce lub zrobić sobie kawę. Długo myślałem, że wynika to z braku czasu, bo przecież dużo pracuje, ale ona chyba po prostu lubi, kiedy ktoś inny gotuje. Ponieważ mieszkamy tylko we dwoje, ten „ktoś inny” to zwykle ja lub pracownik knajpy, w której akurat złożymy zamówienie. Sam nie jestem męskim wcieleniem Magdy Gessler, a moje popisowe dania to pomidorowa, rozgotowana fasolka po bretońsku i niedoprawiony gulasz.

– Wydaje mi się, że chciałbyś zrobić ze mnie kurę domową – mówi nagle Klara, przyjmując obrażony ton, który odkryłem u niej po ślubie. – Powiedziałam ci, że nie będę siedzieć w domu z dzieckiem i gotować obiadków. Chcę się rozwijać, robić karierę, a nie oglądać telenowele i jeździć z wózkiem wokół bloku.

– Kochanie, przecież ja nie oczekuję, że rzucisz pracę. Chcę po prostu, żebyś bardziej o siebie dbała. Umówiliśmy się, że posiedzisz na macierzyńskim tylko kilka miesięcy. I przepraszam za to z gotowaniem. Wiem, że tego nie lubisz.

Brzmię jak pantoflarz, wiem, ale kocham żonę i chcę dla niej jak najlepiej.

– Mówisz tak, jakby to była wada – obrusza się i zaciska usta.

Przecieram twarz dłońmi. Nie chcę się z nią kłócić. Jeśli ją zdenerwuję, to może zaszkodzić dziecku, a ona strzeli focha. Od kiedy zaszła w ciążę, co chwilę się obraża. Nie chcę tego. Staram się okazywać jej troskę, ale ona zawsze odbiera to jak krytykę jej stylu życia.

– Może wypijemy kawę? – proponuję, biorąc od niej pusty talerz.

– Muszę skończyć raport dla Fabiana.

Fabian. Nie trawię jej przełożonego. Chyba widzi, że ona jest w ciąży, więc mógłby ograniczyć jej zakres obowiązków, zamiast dorzucać pracę po godzinach.

– Fabian chyba rozumie, że pracujesz do szesnastej – warczę, myjąc naczynia.

– O co ci znowu chodzi?

Słyszę, że włącza laptop, i podnosi mi się ciśnienie.

– Lekarz mówił, że powinnaś się oszczędzać. Ślęczenie godzinami przed komputerem, stres i bieganie na spotkania z klientami nie wyglądają mi na oszczędzanie się.

To nie tylko moje zdanie, lekarz powiedział dokładnie to samo.

– Co ty możesz wiedzieć! Siedzisz w tym swoim hotelu i nie masz pojęcia, jak wygląda prawdziwy biznes.

Odwracam się do niej. Spogląda na mnie wyzywająco z rękami na biodrach.

– Może i nie pnę się po szczeblach kariery jak ty, ale przynajmniej będę miał czas dla córki, bo nie pracuję całą dobę.

– I bardzo dobrze, bo dziś zaproponowano mi wyjazd do Wrocławia, żebym przygotowała otwarcie nowej placówki.

To dla mnie jak policzek. Mrugam przez chwilę. Klara nie wydaje się zakłopotana. Po jej minie widzę, że już przyjęła tę ofertę. Wkurwiam się, ale staram się mówić najspokojniej, jak to możliwe.

– Kiedy miałabyś tam jechać? – pytam, zaciskając palce na blacie kuchennym.

– W styczniu.

– Przecież Hania będzie wtedy miała dopiero trzy miesiące. Nie możesz zostawić takiego małego dziecka.

– Nie zostawię jej samej. Będzie miała ciebie.

– Ale ja nie mogę karmić piersią.

Prycha.

– Przerzuci się ją na butelkę. To żaden problem.

– Podobno dzieci karmione piersią mają lepszą odporność.

Wybucha śmiechem. Takim, jaki kiedyś wydawał mi się zabawny, a dziś działa na mnie odpychająco. Nie wiem, co ją tak bawi. Jestem coraz bardziej wkurwiony. Spoglądam na nią pytająco.

– Nie bądź śmieszny. Mnóstwo kobiet nie karmi piersią i ich dzieci nie leżą cały czas w szpitalu.

Wzdrygam się. Przeraża mnie myśl, że moja córka miałaby trafić do szpitala w jakichkolwiek innych okolicznościach niż przyjście na świat. Zamykam oczy, żeby się uspokoić. Kiedy je otwieram, Klara już siedzi przed ekranem i wstukuje coś w arkusz kalkulacyjny. Rezygnuję z dalszej batalii i idę pod prysznic. Staję pod strumieniem ciepłej wody i próbuję sobie wszystko poukładać w głowie, ale nic nie chce wskoczyć na swoje miejsce.

Mieliśmy być szczęśliwą rodziną, która mieszka razem, kocha się i chroni. Rozmawialiśmy o znalezieniu większego mieszkania na wynajem lub o kredycie na własne. Jak mamy szukać mieszkania, skoro moja żona planuje wyjechać do Wrocławia, zostawiając mnie z trzymiesięcznym dzieckiem w Warszawie? Czy mogę wziąć aż tyle miesięcy urlopu rodzicielskiego? Czy dziecko może tak szybko zostać odstawione od piersi? Wiem, że zdarzają się losowe sytuacje, kiedy nie ma innej opcji, ale moim zdaniem otwarcie nowej placówki banku do nich nie należy.

– Długo ci jeszcze zejdzie? – pytam pół godziny później, stając w salonie. – Mieliśmy dzisiaj iść kupić wózek.

Specjalnie pędziłem z pracy, żeby zdążyć ugotować coś do jedzenia i wyjść na zakupy o rozsądnej godzinie. Dobiega szósta. Jestem gotowy do szturmu na sklepy w galerii. Porzuciłem temat karmienia piersią, skoro Klara jasno wyraziła swoje zdanie. Kupimy najlepsze butelki i jakoś sobie z tym poradzimy.

– Nie możemy jutro? Chcę to dzisiaj skończyć, żeby zaimponować Fabianowi – mówi Klara, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Jutro po pracy idę do dentysty.

– To może pojutrze?

Tylko spokojnie.

– Pamiętasz, że za niespełna dwa miesiące ten wózek musi już tu być? Podobnie jak łóżeczko, ubranka i mnóstwo innych rzeczy, których nie mamy.

– Pojedziemy po nie w weekend.

W końcu na mnie spogląda. Nie pyta o zdanie, nie próbuje negocjować, nie prosi o zmianę planów. W jej oczach widzę tylko determinację. Ona po prostu mi oświadcza, że dzisiaj nie idzie po żaden wózek.

– Pójdę się przewietrzyć i pooglądać wózki – oznajmiam, kierując się do wyjścia.

– Jak ci się jakiś spodoba, to kup. Mnie wszystko jedno.

No tak. Przecież tylko ja będę chodził na spacery. Ona zamierza otwierać bank we Wrocławiu. Wzdycham i sięgam do kieszeni po telefon. Wybieram numer. Czekam trzy sygnały. W końcu słyszę głos, który poprawia mi nastrój.

– Halo?

– Cześć, tato – mówię. – Masz może ochotę wybrać wózek dla wnuczki?

* * *

Wbiegam na porodówkę z wielką torbą, do której kilka tygodni temu spakowałem wszystko, czego moja żona może potrzebować w szpitalu. Klara opiera się na moim ramieniu, głośno wypuszczając powietrze. Trzyma się za brzuch. Rozglądam się w popłochu, ale nikogo nie widzę. Uśmiecham się z ulgą, kiedy zauważam nadchodzącą Polę.

– Czyżby nasze maleństwo chciało nas wreszcie poznać? – pyta wesoło, zapraszając Klarę na wózek.

– Strasznie się rozpycha – mówi moja żona pomiędzy kolejnymi sapnięciami.

– Pomożemy jej się wydostać. – Pola szybko organizuje całą akcję. Jestem w takim szoku, że nawet nie wiem, jak trafiłem na salę porodową.

– Jesteś taka dzielna, kochanie. – Całuję spocone czoło Klary i pozwalam jej wbijać paznokcie w moją dłoń.

– Okej, chcę ją w końcu zobaczyć – oznajmia w pewnej chwili Pola, a kolejne wydarzenia dzieją się jakby poza mną.

Nie wiem, gdzie patrzeć, co robić i czy w ogóle powinienem tu być. Słyszę dźwięki i widzę obrazy, ale jestem jak sparaliżowany. Wszyscy coś mówią. Klara krzyczy, widzę błysk narzędzi, krew, aż nagle z tego zawieszenia wyrywa mnie płacz dziecka. Mojego dziecka. Mojej Hani. Kiedy pozwalają mi ją potrzymać, orientuję się, że płaczę, a łzy zamazują mi twarz tej istotki, którą jestem gotów chronić za wszelką cenę. Zerkam na Klarę. Jest wykończona. Patrzy na dziecko, ale nie płacze. Pewnie nadal jest w szoku, że nasza córka jest już z nami.

– Jest cudowna – szepcze do mnie Pola, wycierając łzę z kącika oka.

– Tak. – To wszystko, na co mogę się zdobyć. Wzruszenie ściska mi gardło.

Spoglądam na córkę i uśmiecham się do niej. Czy ona wie, jak bardzo ją kocham?

* * *

Wsypuję odpowiednią ilość proszku, dolewam wody i dokładnie mieszam zawartość butelki. Po plecach cieknie mi pot, rozsypałem na blacie trochę mleka. Posprzątam za chwilę. Teraz muszę uciszyć tego małego głodomora, który w drugim pokoju piłuje swój słodki pyszczek.

– Tatuś już załatwił żarcie! – krzyczę, biegnąc do płaczącej córki.

Po drodze potykam się o torbę, którą Klara rzuciła obok kanapy, gdy pakowała się na wyjazd do Wrocławia. Prawie wypuszczam butelkę, ale łapię równowagę i cwałuję do sypialni. Biorę małą na ręce i oferuję jej pełnowartościowy posiłek o fatalnym smaku. Mocno ssie smoczek, a na jej twarzyczce pojawia się wyraz satysfakcji. Opadam na fotel, tuląc dziecko w ramionach i słuchając cichego wzdychania, kiedy łapczywie połyka kolejne porcje mleka modyfikowanego. Uśmiecham się, mimo że jestem wyczerpany.

Klara wyjechała w połowie stycznia, więc od dwóch tygodni jesteśmy z Hanią sami. Czasem odwiedzają nas Pola i mój tata, żeby przypilnować Hani, gdy mam zmianę w pracy, a ostatnio do moich drzwi zapukała nawet siostra taty. Ciotka zwierzyła mi się, że postanowiła pomóc mi przy dziecku, bo Pola wspominała, że wyglądam jak duch, schudłem i mam cienie pod oczami. Nie zaprzeczyłem. Nigdy nie byłem kłamcą. Ojcostwo jest cudowne, ale potrafi dać w kość, szczególnie gdy twoja żona realizuje się zawodowo kilkaset kilometrów stąd, a ty musisz chodzić do pracy i sam zajmować się niemowlęciem.

Kilka razy spieprzyłem mleko, bo w pośpiechu sypałem na oko, zamiast użyć miarki. Było za gęste. Teraz jestem mistrzem w przygotowywaniu niemowlęcych posiłków. Nawet z ledwo otwartymi oczami w środku nocy potrafię bezbłędnie odmierzyć mleko w proszku. Łatwiej poszło z pieluchami. Hania jest bardzo ruchliwa i zapinanie pampersa tak, żeby zaraz się nie zsunął, nie było moją mocną stroną. Szybko jednak wyszkoliłem się w zakładaniu go tak, by nic nie uciekało bokiem i żeby moja córka mogła spokojnie spać.

Ciocia Renia przychodziła do mnie przez cały tydzień. Głupio było mi zostawiać z nią małą na kilka godzin każdego dnia, ale ciotka jest na emeryturze i powiedziała, że bardzo się nudzi, a „Haneczka jest taka kochaniutka i grzeczniutka”. Nie protestowałem. Wylewnie dziękuję jej za pomoc, ilekroć dzwoni z informacją, że zjawi się następnego dnia. Podejrzewam, że umawiają się z moim tatą i wymieniają w opiece nad Hanią. Nie demaskuję ich spisku i jestem im za to ogromnie wdzięczny. Gdyby nie oni, musiałbym kombinować.

Na szczęście już niedługo zacznę urlop rodzicielski, więc będę mógł sam zajmować się córką, a moje darmowe opiekunki odpoczną. Aktualnie na urlopie macierzyńskim przebywa moja żona, jednak postanowiła spędzić ten czas, oglądając nowy oddział banku i wprowadzając zmiany w aranżacji budynku. Pojechała tam oczywiście prywatnie, bo przecież nie może teraz pracować. Tak się o to pokłóciliśmy, że aż obudziliśmy małą. Nie tak wyobrażałem sobie posiadanie dziecka i wspólną opiekę nad nim.

Cały czas wierzę, że w Klarze obudzi się instynkt macierzyński. Zdarzyło się, że wróciłem do domu z pracy, a dziecko zanosiło się płaczem, podczas gdy jego matka siedziała w salonie i zagłuszała ten płacz serialem telewizyjnym. O to też prowadziliśmy batalie. Klara twierdzi, że mała musi się nauczyć sama uspokajać. Ja natomiast uważam, że żadne niemowlę nie uspokoi się samo, mając w pieluszce kupę.

– Moja śliczna – mówię cicho do Hani, kiedy wypuszcza smoczek i zapada w drzemkę z otwartymi usteczkami.

Według Poli to niedobrze, że czteromiesięczny szkrab je tylko z butelki. Odstawienie małej od piersi odbyło się podstępem. Dowiedziałem się, że „to nie moje cycki”, więc nie ja decyduję. Racja, ale to też moje dziecko i chciałbym uczestniczyć w podejmowaniu takich decyzji. Pewnie chwilę byśmy podyskutowali i zgodziłbym się z żoną, w końcu to ona karmiła, jednak ta rozmowa w ogóle nie miała miejsca. Klara zastępowała pierś butelką, aż w końcu laktacja osłabła. Nie wiem, jak to wygląda teraz, bo od dwóch tygodni nie widziałem piersi swojej żony i nie rozmawiałem z Klarą na temat dalszego rozwoju ani wychowania naszej córki. Ma się zjawić w najbliższy weekend, a ja liczę na to, że stęskniła się za małą i wreszcie zechce spędzić z nią trochę czasu. Nie będę się kłócił o karmienie, ale niech w końcu obdaruje dziecko swoją uwagą.

* * *

– Zobacz, jaka śliczna – mówi Klara, pokazując małej falbaniastą sukienkę w kolorze wściekłego różu. – Będzie idealna na urodziny babci.

W tej chwili Hania puszcza głośnego bąka, a ja wybucham śmiechem.

– Skwitowała to idealnie – mówię.

– Nie powiemy o tym mojej mamie.

Patrzę na uśmiechniętą twarz Klary i czuję, że powoli wszystko się układa. Ona odnajdzie się w roli mamy, a ja będę mężem i ojcem, jakiego moje dziewczyny potrzebują. Marzę o tym, abyśmy byli rodziną, a nie dwójką obcych ludzi kłócących się o opiekę nad dzieckiem.

– Pójdziemy po prezent dla twojej mamy? – proponuję. – Impreza jutro, a w domu jest tylko jakieś wino.

– Okej. Ubiorę małą i pójdziemy do galerii.

– Przygotuję wózek – mówię, uśmiechając się na widok Klary przytulającej Hanię.

Pół godziny później suniemy w stronę galerii handlowej, gdzie mam nadzieję szybko załatwić sprawę prezentu dla teściowej. Mama Klary jest dość wybredna i kręci nosem, gdy podarunek nie spełnia jej oczekiwań, głównie cenowych. Ledwo przekraczamy próg pierwszego sklepu, wpadamy na faceta, którego wolałbym nie oglądać.

– Fabian! – woła radośnie Klara.

– O! Miło was widzieć – stwierdza napakowany brunet, pokazując w uśmiechu śnieżnobiałe zęby i podając mi rękę. Poznaliśmy się na jakiejś wypasionej imprezie w ich firmie. Nie przepadam za nim, bo przez jego ambicję Klara żyje tylko pracą.

– Co tu robisz? – dopytuje moja żona.

– Kupuję prezent dla siostry. Właśnie odebrali z mężem mieszkanie i robią parapetówkę.

– Poznaliśmy się z Klarą na parapetówce – mówię, rzucając żonie ciepły uśmiech.

– Nigdy nie opowiadałaś mi tej historii – oznajmia Fabian z udawanym wyrzutem.

Klara chichocze i mówi:

– Bo zwykle rozmawiamy tylko o wynikach sprzedaży.

Oboje się śmieją, a ja zaczynam się czuć niepotrzebny. Muszę przerwać tę pogawędkę. W tej chwili Hania zaczyna cicho stękać i już wiem, że zaraz będzie raban.

– Chodźmy na spacer, a jak się uspokoi, wrócimy do sklepu – proponuję, patrząc w miodowe oczy Klary.

– Weź ją na krótki spacer po galerii, a ja wybiorę coś dla mamy i pomogę Fabianowi znaleźć prezent dla siostry – odpowiada, po czym przenosi spojrzenie na swojego szefa i uśmiecha się do niego.

– To może ty idź na spacer, a ja coś kupię. Nie widziałaś małej kilka tygodni. – Nie daję za wygraną. Fabian chrząka.

– Ty idź. Mnie ciężko prowadzić ten wózek. Jest dla mnie zbyt toporny – stwierdza Klara.

– Mogłaś wybrać inny, ale nie miałaś na to czasu, więc wybrałem sam – cedzę przez zęby, bo rośnie mi ciśnienie. Hania cicho pochlipuje.

– Chcesz się teraz kłócić o wózek? – syczy moja żona. Szybko spogląda w stronę zawiniątka, które zaczyna płakać. – Wyjdź z nią, zanim rozryczy się na dobre.

Bez słowa chwytam rączkę wózka, odwracam się i wychodzę ze sklepu. Robię szybką rundę po galerii, a Hania się uspokaja. Lubi być w ruchu. Szkoda, że spacer nie działa tak na moje nerwy. Oddycham ciężko, by nie wrócić do sklepu i nie potrząsnąć Klarą, żeby w końcu zobaczyła coś więcej niż czubek swojego nosa, karierę i Fabiana.

* * *

Jest sucho i dość ciepło jak na początek marca. Powiedziałem Klarze, że wybieram się z małą do swojego taty i wrócę wieczorem. Pakuję mleko w proszku, pieluszki i chusteczki nawilżające. Biorę też zapasową parę śpiochów, gdyby siku wymknęło się spod kontroli i wyciekło nogawką jak kilka dni temu. Wychodzę z klatki i poluzowuję szalik. Jest cieplej, niż sądziłem, albo to zachowanie mojej żony tak na mnie działa. Posłała mi wymuszony uśmiech i nawet nie odeszła od komputera, żeby odprowadzić nas do drzwi. Od rana pracuje nad ważnym raportem, a przecież jest niedziela.

Powoli idę w stronę przystanku, bo musimy się dostać na Żerań. Autobus podjeżdża dwie minuty później i gramolę się do środka, ostrożnie wtaczając granatową gondolę ze śpiącą Hanią. Zerkam do torby przy wózku, żeby zrobić szybki przegląd, i orientuję się, że nie wziąłem butelki. Cholera. A postawiłem ją na stoliku, by rzucała się w oczy. To chyba przez niewyspanie. Ostatnio mała miewa kolki i noce spędzam na spacerach po pokoju i szeptaniu uspokajających słów. Zdecydowanie brakuje mi snu.

Wysiadam na pierwszym przystanku i postanawiam się przejść do domu po butelkę. Jest ciepło, mała śpi, za pół godziny będziemy już mieli wszystko, czego potrzebujemy. Wzdycham i pcham wózek, mijając ludzi delektujących się pierwszymi słonecznymi chwilami, które zwiastują nadchodzącą wiosnę. Jakiś pies zaczyna szczekać, na co Hania się wzdryga, ale zaraz znów zapada w spokojny sen. Niech chociaż ona się wyśpi.

Będąc ojcem niemowlęcia, do perfekcji opanowałem sztukę bezszelestnego poruszania się. Docieram pod drzwi i naciskam klamkę, sprawdzając, czy Klara oderwała się od pracy, żeby zamknąć mieszkanie. Oczywiście nie. Muszę jej przypomnieć, że przestępcy wykorzystują taką lekkomyślność i okradają ludzi, którzy niczego nieświadomi siedzą w drugim pokoju.

Cicho wtaczam wózek do przedpokoju i na palcach skradam się do salonu, żeby wziąć butelkę. Kiedy wyłaniam się z korytarza, docierają do mnie pierwsze dźwięki, a krew odpływa mi z twarzy. Zatrzymuję się i nasłuchuję. Jeden głos należy do mężczyzny, który rytmicznie sapie. Druga osoba raczej wzdycha, przeciągle i z rozkoszą. To kobieta. Moja żona. Głęboko wciągam powietrze i ostrożnie idę w kierunku sypialni.

Przez niedomknięte drzwi widzę, jak Klara ujeżdża swojego szefa. W naszym łóżku. Obok kołyski naszego dziecka. Zaciskam szczękę. Na spacer z córką nie ma czasu, ale na puszczanie się z Fabianem go znalazła. Sięgam do kieszeni po telefon i filmuję kilkanaście sekund ich zabawy. Chce mi się rzygać. Powstrzymuję się przed wyrzuceniem z siebie serii wyzwisk pod adresem Klary. Następnie wycofuję się do salonu, zabieram butelkę i cicho wychodzę z mieszkania, ciągnąc za sobą wózek. Zamykam drzwi i dopiero wtedy czuję gulę, która rośnie mi w gardle. Wychodząc z klatki, ocieram samotną łzę i idę na przystanek.

* * *

– Zrobię wszystko, żeby załatwić to na jednej rozprawie – zapewnia mnie Zorian, którego wyszukałem w sieci. Imię ma dziwne, ale podobno jest zajebistym prawnikiem od rozwodów. – Nie mieszkacie razem, prawda?

– Nie. Zasugerowałem zamieszkanie osobno, gdy wróciłem wieczorem do domu. Kiedy zapytała dlaczego, pokazałem jej film. Spakowała się bez kłótni i wyprowadziła. Nawet nie zaproponowała, że to ona zostanie z dzieckiem. Przyjechał po nią… szef.

Kącik ust Zoriana drży. Wiem, że innych może to bawić. Może i mnie kiedyś zacznie.

– Dobrze. Czyli od tygodnia mieszkacie osobno. A dziecko?

– No właśnie – mówię, a ręce zaczynają mi się pocić. – Wiem, że to nie jest łatwe w naszym kraju, ale chcę… muszę… cholera. – Głęboki wdech. – Nie oddam jej dziecka.

Wbijam wzrok w Zoriana. Przyszedłem do niego, bo wyczytałem, że pomógł kilku ojcom i dzieci zamieszkały z nimi, a nie z matkami. Wiem, że Klara nie zajmie się Hanią tak dobrze, jak ja. Poza tym nie pozwolę, żeby moim dzieckiem opiekował się Fabian, u którego Klara aktualnie mieszka. Hania jest moja.

– Proszę mi opowiedzieć o swojej córce i o tym, jaką matką jest pańska żona.

No to zaczynamy. Zorian notuje wszystkie informacje składające się na obraz Klary jako matki. Muszę przyznać, że moja żona nie wypada dobrze w tej roli. Wiele rzeczy lekceważyłem, ale gdy teraz wyciągam je na światło dzienne, widzę, jakim byłem frajerem. Zorian mówi, że powinienem być dobrej myśli.

Dwa miesiące później zostaję trzydziestoczteroletnim rozwodnikiem, a sąd pozbawia Klarę władzy rodzicielskiej, na co podobno wyraziła pisemną zgodę. Mam wrażenie, że wcale jej to nie obeszło, bo wszystko potoczyło się wyjątkowo szybko – jak zresztą obiecał Zorian. Podejrzewam, że Klara tak naprawdę nie chciała mieć dzieci, ale wizja szczęśliwej rodzinki współgrała z kreacją idealnej kierowniczki oddziału banku. Kto to wie… Teraz razem z Fabianem wyjeżdżają do Wrocławia realizować jej marzenie.

Ja przeprowadzam się do taty, gdzie będę wychowywał córkę najlepiej, jak potrafię. Dla mnie najważniejsza jest teraz Hania i nie mam zamiaru tego zmieniać, wpuszczając do naszego życia kogoś, kto będzie nas oszukiwał, a następnie odejdzie bez cienia żalu. Jak Klara. Robiłem wszystko, żeby mogła się realizować, zniżałem się momentami do roli pantoflarza. Co za to dostałem? Niewierność i obojętność.

W moim sercu jest teraz miejsce dla jednej kobiety. I jest już zajęte.

– Poradzimy sobie, maleńka – obiecuję córce, pakując jej zabawki do kartonu, który wkrótce ruszy w podróż.

Rozdział drugi

Daria

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Rozdział pierwszy. Alek
Rozdział drugi. Daria
Rozdział trzeci. Alek
Rozdział czwarty. Daria
Rozdział piąty. Alek
Rozdział szósty. Daria
Rozdział siódmy. Alek
Rozdział ósmy. Daria
Rozdział dziewiąty. Alek
Rozdział dziesiąty. Daria
Rozdział jedenasty. Alek
Rozdział dwunasty. Daria
Rozdział trzynasty. Alek
Rozdział czternasty. Daria
Rozdział piętnasty. Alek
Rozdział szesnasty. Daria
Rozdział siedemnasty. Alek
Rozdział osiemnasty. Daria
Rozdział dziewiętnasty. Alek

Redaktorka prowadząca: Ewa Pustelnik

Wydawczyni: Agata Garbowska-Karolczuk

Redakcja: Monika Kardasz

Korekta: Ewa Popielarz

Projekt okładki: Anna Jamróz

Ilustracja na okładce: © Anna Jamróz

Copyright © 2021 by Katarzyna Bester

Copyright © 2021, Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-67137-32-4

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek