Efekt tygrysa - puść swoją osobistą markę w ruch! - Maciej Dutko - ebook + audiobook
PROMOCJA

Efekt tygrysa - puść swoją osobistą markę w ruch! ebook

Maciej Dutko

0,0
29,00 zł
19,00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Buduj własną markę osobistą. 
Bądź Kimś, a nie ktosiem!

https://www.youtube.com/watch?v=KOiaXlpUd-E

Skończyły się czasy mecenasów. Wszechobecny wyścig chomików (bo już nawet nie szczurów...) oraz skupienie na własnym nosie powoduje, że bardziej prawdziwe niż kiedykolwiek wcześniej stało się porzekadło: jeśli umiesz liczyć, licz na siebie.

Maciej Dutko (ze wstępu)

To książka dla młodych i mniej młodych, którzy chcą zaistnieć, budując swoją osobistą markę. Bez układów, bez pieniędzy, bez ciągłego biegu w cudzym zaprzęgu (czytaj: na etacie w korporacji). Personal branding bez tajemnic i w polskich realiach!

To pierwsza polska książka
o budowaniu marki osobistej!


Dowiedz się:

  • dlaczego bez własnej marki nie przetrwasz w XXI wieku?
  • jakie hamulce ograniczają Twoją rozpoznawalność i jak je wyłączyć?
  • dlaczego dobrze jest wydać książkę i jak zrobić to... za 5 zł?
  • jak mądrze budować wizerunek na Facebooku i na Youtube?
  • czy opłaca się prowadzić bloga eksperckiego i jak to robić?
  • w jaki sposób zaistnieć w głównych mediach?
  • czym są i jak stosować “dźwignie brandingowe”?
  • czy warto budować markę przez udział w konferencjach i seminariach?
  • czy zapach i czcionka mogą być “utrwalaczami” Twojej marki?
  • dlaczego Twoje cv... jest nudne jak dziura w bucie i jak to zmienić?
  • z jakiego powodu musisz budować strategiczne portfolio?
  • co warto wiedzieć o statystykach własnych działań i jak je wykorzystać?
  • jak zdobyć rekomendacje, które wypozycjonują Twoją markę?
  • jak nie stać się kolejną cenodajką, czyli dlaczego Twoi klienci kochają... kiedy jesteś droższy od innych?

Spis treści:

Dwie wiadomości, czyli tytułem wstępu
Dzieckiem w kolebce  kto łeb urwał Hydrze...
Garść sprawdzonych „jaków”

Konferencje – wypał czy nie?

Publikuj i zapisuj się w branży!

„Kup pan magisterkę!”

Własna książka za 5 zł? Czemu nie!

A może e-book na początek?

Tutoriale tematyczne

Być w mediach, czyli parcie na szkło

Od dźwigni do kostek domina

Personal branding to też branding...

Barwy firmowe Logo/logotyp

Czcionka

Inne budulce brandingu

Nietypowe elementy imidżu

Strona WWW

Dobra domena

Dobra jakość strony

Dobry content

Ekspozycja sukcesów i osiągnięć

Promocja strony

CV or not cv? – oto jest pytanie

Ludzie blogi piszą...

Obecność w soc-mediach

Facebook, of course

Eksperć się na Youtube

Jesteś wiki = jesteś sexi!

Profeo i spółka

Magiczne słowa: portfolio i rekomendacja

Portfolio znaczy teczka

Opinie – współczesne wyrocznie

Cudza marka dźwignią Twojej

Liczby a skromność – co ma piernik...?

Graj ceną

Koniec.  A może dopiero początek? Lokowanie produktów

Zdjęcia ze studia Audioteka.pl:


...a zresztą: sam zobacz, jak wykluwał się audio-Tygrys:


O Autorze (z okładki):

 

Parametry:

  • format książki: A5
  • strony (książka i e-book): 160
  • druk: offset, 90 g
  • książka w kolorze
  • okładka: miękka
  • ISBN książki: 978-83-64845-00-0
  • e-book: efekttygrysa-pdf PDF + efekttygrysa-epub ePub + efekttygrysa-mobi Mobi
  • prapremiera zagraniczna: 27.06.2014, Londyn
  • premiera książki: 02.08.2014
  • audiobook: efekttygrysa-mp3 MP3, efekttygrysa-cd CD MP3
  • długość: 3 godz. 19 min.
  • czyta: Grzegorz Pawlak
  • ISBN audiobooka: 978-83-64845-66-6
  • premiera audiobooka: 06.11.2014

Recenzje i informacje w mediach:

GazetaPraca - wywiad o wizytówkach

Wszystkie książki z serii "Pomarańczowo-[biało]-Czarnej":

Tanio przez świat. Poradnik dla smart-travelerów

"Tanio przez świat. Podróżuj [wy]godnie!"

Dlaczego ludzie drastycznie przepłacają za loty i noclegi? Ponieważ nie mają elementarnej inteligencji podróżniczej, nie znają zasad linii lotniczych oraz hoteli, nie myślą o alternatywnych sposobach przejazdów, brakuje im elastyczności.

Podróżuj nawet 70% taniej! >>>

Maciej Dutko: "Mucha w czekoladzie. Zen sukcesu"

"Mucha w czekoladzie. Zen sukcesu"

Świat to nieskończony bufet możliwości. Cała sztuka, to otworzyć umysł, widzieć szerzej, dokonywać wyborów i łapać okazje. Być jak mucha w morzu czekolady – gdzie nie popłynie, tam dobrobyt.

Bądź bardziej Wolny i efektywny! >>>

"Fly in chocolate. Zen of success"

The world is an infinite buffet of possibilities. The whole art is to open your mind, see broader, make choices, and seize opportunities. Be like a fly in a sea of chocolate – wherever it flows, there’s prosperity.

Be more Free and effective! >>>

Maciej Dutko: "Targuj się! Zen negocjacji". Negocjacje dla każdego.

"Targuj się! Zen negocjacji"

Negocjacje towarzyszą nam każdego dnia: w domu, szkole, w pracy, w biznesie, na zakupach, w podróży… Poznaj najbardziej skuteczne zasady, techniki oraz porady, popraw swoją inteligencję negocjacyjną i otrzymuj więcej od życia! Czytelnicy twierdzą, że to najlepsza książka o negocjacjach, jaką czytali:)

Negocjuj skuteczniej od 80% ludzi! >>>

Maciej Dutko: "Go and bargain! Zen of negotiations"

"Go and bargain! Zen of negotiations"

An extraordinary book on ordinary negotiations! (english version of "Targuj się! Zen negocjacji"). Thanks to this book, you will learn how to negotiate in a smart and conscious way, so as instead of taking the advantage and winning at all cost reach the balance and profits for each of the parties.

Negotiate more effectively than 80% of people! >>>

Maciej Dutko: "Efekt tygrysa – puść swoją osobistą markę w ruch!" Marka osobista dla początkujących

"Efekt tygrysa. Puść swoją osobistą markę w ruch!"

To książka dla młodych i mniej młodych, chcących wyróżnić się dzięki własnej marce osobistej: bez układów, pieniędzy i wyścigu chomików. Personal branding bez tajemnic. "Efekt tygrysa" to prawdopodobnie pierwsza polska książka poświęcona tematyce budowania marki osobistej.

Buduj markę i efektywność! >>>

Maciej Dutko: "Nieruchomościowe seppuku. Twórz ponadprzeciętnie skuteczne oferty sprzedaży i wynajmu!" Nieruchomości - tworzenie skutecznych ofert

"Nieruchomościowe seppuku"

Chcesz tworzyć ekstremalnie skuteczne oferty wynajmu i sprzedaży nieruchomości? Nie zabijaj swojej oferty, lecz poznaj 15 najczęstszych błędów i osiągaj zwroty nieosiągalne dla innych! Wbrew pozorom, to książka nie tylko dla nieruchomościowców, lecz także dla wszystkich e-sprzedawców.

Twórz ultra-skuteczne oferty! >>>

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 117

Rok wydania: 2014

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ma­ciej Dut­ko

efektty­gry­sa

– puść swo­ją oso­bi­stą mar­kę w ruch!

Ce­lem tej pu­bli­ka­cji jest wpro­wa­dze­nie Czy­tel­ni­ka w te­mat bu­do­wa­nia mar­ki wła­snej. Książ­ka ad­re­so­wa­na jest do osób, któ­re chcą za­in­we­sto­wać odro­bi­nę cza­su i wy­sił­ku w stwo­rze­nie war­to­ścio­we­go wi­ze­run­ku wła­sne­go. A dziś, w XXI wie­ku, jest ku temu na­praw­dę wie­le moż­li­wo­ści. Wszyst­kim im na­da­je się co­raz mod­niej­sze w ostat­nich la­tach mia­no per­so­nal bran­din­gu.

Pu­bli­ka­cja ta po­wsta­ła dość spon­ta­nicz­nie. To efekt „ubocz­ny” za­pro­sze­nia na wy­kład go­ścin­ny, ja­kie otrzy­ma­łem od Uni­wer­sy­te­tu Ada­ma Mic­kie­wi­cza w Po­zna­niu. Za­ło­że­niem było, że opo­wiem mło­dym na­ukow­com – głów­nie dok­to­ran­tom i dok­to­rom – o moż­li­wo­ściach nie­stan­dar­do­we­go i nie­ba­nal­ne­go wy­pro­mo­wa­nia się w swo­jej bran­ży i na ryn­ku. W trak­cie czy­nie­nia no­ta­tek do wy­kła­du oka­za­ło się, że – za­miast kil­ku­stro­ni­co­we­go skryp­tu – po­wstał stu kil­ku­dzie­się­cio­stro­ni­co­wy po­rad­nik z tej te­ma­ty­ki. I oto jest.

Dwie wiadomości, czy­li ty­tu­łem wstę­pu

Skoń­czy­ły się cza­sy me­ce­na­sów. Wszech­obec­ny wy­ścig cho­mi­ków (bo już na­wet nie szczu­rów...) oraz sku­pie­nie na wła­snym no­sie (moja ka­rie­ra, moja pod­wyż­ka, moje pie­nią­dze, moja pra­ca, mój suk­ces...) po­wo­du­je, że bar­dziej praw­dzi­we niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej sta­ło się po­rze­ka­dło: je­śli umiesz li­czyć, licz na sie­bie. To wia­do­mość na po­zór zła.

Mó­wię „na po­zór”, po­nie­waż w tej trud­nej sy­tu­acji tkwi świet­na szan­sa na roz­wój. Gdy­by nie kon­ku­ren­cja, by­li­by­śmy ame­ba­mi – po­wie­dział se­ria­lo­wy dok­tor Ho­use. Dla­te­go za­ostrzo­na ry­wa­li­za­cja o za­ist­nie­nie w da­nym śro­do­wi­sku czy bran­ży po­wo­du­je, że albo trze­ba stwo­rzyć coś na­praw­dę in­no­wa­cyj­ne­go i war­to­ścio­we­go, albo przy­naj­mniej umie­jęt­nie pro­mo­wać swo­ją mar­kę. A naj­le­piej – jed­no i dru­gie. Jed­no i dru­gie bo­wiem ozna­cza roz­wój.

Do­rad­cy pro­pa­gu­ją­cy roz­wój oso­bi­sty bar­dzo czę­sto mó­wią: Nie po­rów­nuj się do in­nych – za­wsze znaj­dzie się ktoś lep­szy (a to ro­dzi fru­stra­cję), za­wsze bę­dzie też ktoś gor­szy (co z ko­lei wy­wo­łu­je dumę i próż­ność). O ile z dru­gą czę­ścią tego zda­nia trud­no się nie zgo­dzić, o tyle tezę o nie­po­rów­ny­wa­niu się na­le­ży zre­wi­do­wać.

W mo­jej oce­nie mą­dre po­rów­ny­wa­nie się może dać do­bry punkt od­nie­sie­nia; nie cho­dzi o to, by za­pa­mię­ta­le i na śle­po ści­gać się z in­ny­mi, lecz aby rów­nież w in­nych lu­dziach szu­kać tak in­spi­ra­cji, jak i prób po­ko­na­nia wła­snych sła­bo­ści. Wszak do­bra ener­gia czę­sto pły­nie wła­śnie z ze­wnątrz, a we­wnętrz­ny roz­wój oso­bi­sty w du­żym stop­niu jest jej po­zy­tyw­nym skut­kiem.

Do­bra wia­do­mość jest taka, że dziś – jak ni­g­dy wcze­śniej – dys­po­nu­je­my po­tęż­ną por­cją na­rzę­dzi, tech­nik i stra­te­gii (na­zwij­my je po pro­stu moż­li­wo­ścia­mi) na po­ka­za­nie świa­tu swo­jej naj­lep­szej stro­ny i za­chę­ce­nie go do... za­in­we­sto­wa­nia w nas. Przy czym pod „świat” pod­staw do­wol­nie: swo­je­go obec­ne­go lub po­ten­cjal­ne­go sze­fa, me­dia, in­we­sto­rów czy kon­tra­hen­tów biz­ne­so­wych albo – po pro­stu – zle­ce­nio­daw­ców vel klien­tów.

Wiesz do­sko­na­le, że aby „wy­bić się” nie wy­star­czy już tyl­ko obec­ność na Fa­ce­bo­oku, sku­tecz­ne wy­po­zy­cjo­no­wa­nie w Go­ogle czy ko­mer­cyj­na pro­mo­cja swo­ich usług przez Ad­Words. To pierw­sze – jest ba­nal­ne i do­stęp­ne dla każ­de­go (acz nie każ­dy po­tra­fi na Fa­ce­bo­oku „być” w spo­sób mą­dry, o czym bę­dzie jesz­cze mowa). Wy­so­ka po­zy­cja w Go­ogle z ko­lei to coś, cze­go nie osią­ga się z dnia na dzień, a na­kład cza­su i pra­cy nie za­wsze jest ade­kwat­ny do efek­tu; ten ostat­ni z ko­lei nie jest też trwa­ły, bo wal­ka o miej­sce w czo­łów­ce jest za­wsze za­żar­ta. Kam­pa­nia re­kla­mo­wa w Ad­Words na­to­miast już na wstę­pie wy­ma­ga za­in­we­sto­wa­nia pie­nię­dzy, a z tymi za­zwy­czaj cięż­ko nam się roz­stać...

Ja­kie więc pod­jąć kro­ki, aby dla ryn­ku pra­cy, w biz­ne­sie czy wśród in­we­sto­rów nie po­zo­stać tyl­ko jed­nym z ano­ni­mo­wych ab­sol­wen­tów jed­nej z mniej lub bar­dziej pre­sti­żo­wych uczel­ni?

Ta książ­ka jest tro­chę „zen”, a tro­chę „nie-zen”. Nie zen dla­te­go, że nie od­ry­wam się w niej od wła­sne­go „ja”, a wręcz nad­uży­wam za­im­ków: „ja”, „mnie”, „mój”, „moje”... To dla­te­go, że mó­wiąc o moż­li­wo­ściach sku­tecz­nej au­to­pro­mo­cji, ba­zu­ję głów­nie na przy­kła­dach naj­bliż­szych, bo wła­snych. Z rzad­ka tyl­ko przy­ta­czam cie­ka­we „kej­sy” cu­dze, któ­re rów­nież są źró­dłem in­spi­ra­cji.

Zen na­to­miast tkwi w za­ło­że­niu, iż aby sku­tecz­nie się wy­pro­mo­wać, war­to jed­nak po­trak­to­wać sie­bie sa­me­go w pew­nym sen­sie jako nie­za­leż­ny obiekt. Pro­po­nu­ję nie­co spi­ry­ty­stycz­ną po­sta­wę: wyj­ście z cia­ła, sta­nię­cie obok, spoj­rze­nie z dy­stan­su i moż­li­wie przed­mio­to­wą oce­nę wła­snej oso­by. Czy­li tak, jak robi to sprze­daw­ca, któ­ry – chcąc prze­ko­nać na­byw­cę do swo­jej ofer­ty – przed­sta­wia ją w su­per­la­ty­wach, ale z per­spek­ty­wy ze­wnętrz­nej.

W tym miej­scu za­sad­ni­cze py­ta­nie: czy po­tra­fisz po­pa­trzeć na sie­bie jak na „pro­dukt”, któ­ry może być atrak­cyj­ny rów­nież dla in­nych? Czy może jed­nak ta­kie uprzed­mio­to­wie­nie ro­dzi w To­bie ra­czej obu­rze­nie? Je­śli udzie­li­łeś od­po­wie­dzi „a”, zna­czy to, że masz już na tyle dy­stan­su do sa­me­go sie­bie, iż mo­żesz za­cząć my­śleć o swo­jej oso­bi­stej mar­ce, a o so­bie – jako o war­to­ści dla in­nych. A to, jak są­dzę, punkt wyj­ścia do suk­ce­su w per­so­nal bran­din­gu, czy­li bu­do­wa­niu swo­jej oso­bi­stej mar­ki.

Two­ja mar­ka jest jak dom: oprócz fun­da­men­tów (dzie­ciń­stwo), ścian i da­chu (wy­cho­wa­nie) i wy­po­sa­że­nia wnę­trza (wy­kształ­ce­nie, do­świad­cze­nie, roz­wój oso­bi­sty), jest też wy­koń­cze­nie ze­wnętrz­ne: ele­wa­cja, ogró­dek, drzew­ka. Czy­li to wszyst­ko, co do­dat­ko­wo po­wo­du­je, że do ta­kie­go domu miło jest wra­cać, ale i za­pra­szać go­ści (in­we­sto­rów).

Za­da­nie dla Cie­bie: pod­czas lek­tu­ry tej książ­ki spójrz na sie­bie jak na go­to­wy dom w sta­nie su­ro­wym za­mknię­tym, czy­li taki, któ­ry ma już fun­da­men­ty, ścia­ny, dach i okna, ale któ­ry musi też na­być du­szy i ze­wnętrz­ne­go cha­rak­te­ru. Nad tym bo­wiem bę­dzie­my pra­co­wać.

Dziec­kiem w ko­leb­ce kto łeb urwał Hy­drze...

...ten mło­dy zdu­si Cen­tau­ry, Pie­kłu ofia­rę wy­drze, Do nie­ba pój­dzie po lau­ry.

Pa­mię­tasz?

Jed­na z hydr, któ­re sto­ją na Two­jej dro­dze, to wpo­jo­ny nam przez ro­dzi­ców, szko­łę i Ko­ściół do­gmat: mu­sisz być skrom­ny i po­kor­ny. Tym­cza­sem dro­ga do Mic­kie­wi­czow­skie­go nie­ba by­naj­mniej nie wie­dzie przez po­ko­rę i skrom­ność, któ­re – czę­sto źle ro­zu­mia­ne – są po pro­stu ha­mul­ca­mi roz­wo­ju. A na pew­no – ha­mul­ca­mi pro­mo­cji sa­me­go sie­bie.

Dla­cze­go tak się dzie­je, że bo­imy się za­im­ków „ja”, „mnie”, „moja”? Po­wo­dów jest wie­le. Głów­na wy­mów­ka brzmi: bo to nie wy­pa­da. Albo: nie na­le­ży się wy­chy­lać (rów­nież w wer­sji: nie pchaj się na afisz). Zgo­da: je­śli fak­tycz­nie nie masz nic war­to­ścio­we­go do po­ka­za­nia świa­tu, bez­sen­sem bę­dzie pcha­nie się do pri­me time’u – koszt to wy­so­ki, a efek­tyw­ność – wąt­pli­wa. Za­kła­dam jed­nak, że każ­dy choć­by śred­nio kre­atyw­ny czło­wiek ma do za­ofe­ro­wa­nia coś, co jest w sta­nie za­in­te­re­so­wać, je­śli nie od razu cały świat, to przy­naj­mniej pew­ną bran­żę, sek­tor prze­my­słu, gru­pę od­bior­ców in­dy­wi­du­al­nych lub choć­by lo­kal­ną fir­mę. Ina­czej jed­nak pa­trzy się dziś na „no name-y”, czy­li pro­duk­ty i oso­by nie­mar­ko­we, nie­roz­po­zna­wal­ne, a ina­czej na coś, co już zna­my.

Dla­te­go bu­do­wa­nie oso­bi­stej mar­ki jest kwe­stią fun­da­men­tal­ną. Zwłasz­cza na po­cząt­ku ka­rie­ry za­wo­do­wej, któ­ra – głów­nie na tle wy­so­kie­go wie­ku eme­ry­tal­ne­go – ma prze­cież po­trwać ja­kieś 50 lat...

Czy to zna­czy, że dla czło­wie­ka po czter­dzie­st­ce jest już za póź­no? Skąd­że! W ostat­nich la­tach po­zna­ję co­raz wię­cej osób, któ­re przez pierw­sze 15-18 lat swo­jej pra­cy za­wo­do­wej na­by­wa­ły kom­pe­ten­cji i do­świad­cze­nia jako eta­tow­cy pod cu­dzą mar­ką, a kie­dy – z róż­nych po­wo­dów – prze­sta­ło im to od­po­wia­dać, po­rzu­ci­ły tę złud­ną, a czę­sto fru­stru­ją­cą stre­fę „kom­for­tu” (cu­dzy­słów – nie­przy­pad­ko­wy) i za­czę­ły świa­do­mie pro­mo­wać sie­bie jako eks­per­tów z kil­ku­na­sto­let­nim prze­cież do­świad­cze­niem w bran­ży. Przy­kład: moja sio­stra Anna, z któ­rej je­stem nie­mi­ło­sier­nie dum­ny – oto bo­wiem po 17 la­tach pra­cy jako pro­jek­tant wnętrz w kil­ku sa­lo­nach me­blo­wych, rzu­ci­ła to i za­ło­ży­ła wła­sną fir­mę. Zaś swo­ją oso­bi­stą mar­kę, jaką w tej bran­ży już ma, uczy­ni­ła lo­ko­mo­ty­wą, któ­ra da jej nie tyl­ko wol­ność od mniej lub bar­dziej ty­ra­ni­stycz­nych sze­fów, ale przede wszyst­kim roz­wój wła­sny. A to – przy­znasz – chy­ba mą­drzej­sza per­spek­ty­wa niż do­ży­wot­nia pra­ca na rzecz cu­dzej mar­ki oraz... cu­dze­go kon­ta ban­ko­we­go.

Dbaj więc usta­wicz­nie o wzmac­nia­nie i pro­mo­cję swo­jej mar­ki. Oczy­wi­ście je­śli masz aspi­ra­cje zo­stać kimś wię­cej niż ano­ni­mo­wym pra­cow­ni­kiem do­wol­nej ta­śmy pro­duk­cyj­nej w do­wol­nej kor­po­ra­cji. Do­daj­my: pra­cow­ni­kiem, któ­re­go moż­na wy­mie­nić rów­nie ła­two, jak inną zu­ży­tą część ta­kiej ta­śmy...

Garść sprawdzonych „jaków”

Spo­so­bów na per­so­nal bran­ding jest wie­le. Oto pa­kiet prak­tycz­nych i spraw­dzo­nych „w re­alu” moż­li­wo­ści, po­zwa­la­ją­cych na spraw­ne i sku­tecz­ne bu­do­wa­nie wła­snej mar­ki, czy­li roz­po­zna­wal­nej in­dy­wi­du­al­no­ści.

Kon­fe­ren­cje – wy­pał czy nie?

Obec­ność na róż­ne­go ro­dza­ju „spę­dach” lu­dzi sku­pio­nych wo­kół da­nej dzie­dzi­ny wie­dzy lub bran­ży, to nie­wąt­pli­wie je­den z naj­lep­szych i naj­szyb­szych spo­so­bów na „prze­siąk­nię­cie” tak te­ma­ty­ką, jak i kon­tak­ta­mi. Pro­fe­sjo­na­li­za­cja i do­sko­na­le­nie swo­ich kom­pe­ten­cji – to jed­no. Na­wią­zy­wa­nie zna­jo­mo­ści i bu­do­wa­nie ne­twor­kin­gu – dru­gie. Pro­mo­wa­nie swo­jej oso­by (dać się po­znać jako znaw­ca te­ma­ty­ki) – to z ko­lei jesz­cze jed­na ko­rzyść tego ro­dza­ju spo­tkań. Rzekł­bym – trze­cia stro­na me­da­lu.

W przy­pad­ku mło­dych adep­tów na­uki (głów­nie dok­to­ran­ci i dok­to­rzy), funk­cję ta­kiej tram­po­li­ny speł­nia­ją kon­fe­ren­cje, sym­po­zja i se­mi­na­ria na­uko­we (choć sam za­wsze mia­łem pro­blem z od­róż­nie­niem jed­nych od dru­gich;). Je­śli dzia­łasz na­to­miast w ja­kimś prak­tycz­nym ob­sza­rze, war­to zo­rien­to­wać się, ja­kie w Two­jej dys­cy­pli­nie od­by­wa­ją się im­pre­zy bran­żo­we i eks­perc­kie. Do in­for­ma­cji o nich do­trzesz naj­ła­twiej za po­śred­nic­twem dzia­ła­ją­cych w da­nej sfe­rze or­ga­ni­za­cji, sto­wa­rzy­szeń czy fun­da­cji i – oczy­wi­ście – ich stron in­ter­ne­to­wych).

Za­sa­da nr 1: Na­le­ży by­wać we wła­ści­wych miej­scach. Niby to tru­izm, ale zda­rza się na­der czę­sto, że pro­mo­to­rzy na uczel­ni lub sze­fo­wie w fir­mie, do któ­rych spły­wa­ją wszel­kiej ma­ści za­pro­sze­nia, wy­sy­ła­ją nas byle na Wschód, gdzie musi być ja­kaś cy­wi­li­za­cja. Zda­rza się więc, że lą­du­je­my na dum­nie zwa­nej Mię­dzy­na­ro­do­wej Kon­fe­ren­cji w przy­sło­wio­wej Ko­ziej Wól­ce, gdzie je­dy­nym ele­men­tem „mię­dzy­na­ro­do­wo­ści” jest zgrzy­bia­ły pro­fe­sor Żi­vek ze Sło­wa­cji, za­pro­szo­ny li tyl­ko ze wzglę­du na po­wo­jen­ną za­ży­łość z dzi­siej­szym dzie­ka­nem... A poza nim za­szczyt­ne gre­mium 12 rów­nie ży­wot­nych sta­rusz­ków, któ­rych wza­jem­ną re­la­cję naj­le­piej okre­śla sfor­mu­ło­wa­nie „kół­ko wza­jem­nej ad­o­ra­cji”. Z tego ro­dza­ju kon­fe­ren­cji nie wy­nie­sie­my za­zwy­czaj wie­le wię­cej oprócz gar­ści nie­do­je­dzo­nych cia­stek... No do­brze, być może za­pad­nie­my jesz­cze w wąt­pli­wą, a i krót­ką pa­mięć jed­ne­go z Wiel­kich.

Ta sama uwa­ga do­ty­czy im­prez bran­żo­wych. Są wśród nich oczy­wi­ście war­to­ścio­we spo­tka­nia ne­twor­kin­go­we, kon­fe­ren­cje pro­duk­to­we czy im­pre­zy po­zwa­la­ją­ce na sku­tecz­ną pro­mo­cję (a nie­kie­dy na­wet po­zy­ska­nie fi­nan­so­wa­nia) start-upów. Ale jesz­cze wię­cej tego ro­dza­ju spę­dów to nie­rzad­ko wy­łącz­nie oka­zja do za­cie­śnia­nia współ­pra­cy i kon­tak­tów przy kie­lisz­ku „her­ba­ty”. Oczy­wi­ście tego ro­dza­ju bu­do­wa­nie za­ży­ło­ści bywa w kra­jach sło­wiań­skich znacz­nie sku­tecz­niej­szą for­mą „za­zę­bia­nia się” niż roz­licz­ne, a oku­pio­ne go­dzi­na­mi przy­go­to­wań, for­my ak­tyw­no­ści na polu me­ry­to­ry­ki, acz nie­ko­niecz­nie po­zy­tyw­nie wpły­wa na po­zy­cjo­no­wa­nie mar­ki wła­snej.

Re­asu­mu­jąc: nie war­to być na każ­dym wy­da­rze­niu zwią­za­nym te­ma­tycz­nie z Two­imi za­in­te­re­so­wa­nia­mi, ale mą­drze se­lek­cjo­no­wać te, któ­re na­praw­dę stwa­rza­ją moż­li­wo­ści. Ma­wia­ją wszak, że ży­cie to sztu­ka wy­bo­rów. (A je­śli jesz­cze nie ma­wia­ją, to z pew­no­ścią po­win­ni za­cząć;).

Za­sa­da nr 2: Udział czyn­ny a nie bier­ny. Ten dru­gi jest świet­ny, ale tyl­ko je­że­li Two­im je­dy­nym za­mia­rem, oprócz na­pi­cia się kawy, jest po­słu­cha­nie mą­drych i po­sze­rze­nie wie­dzy. Je­że­li Two­im ce­lem jest jed­nak rów­nież eks­po­zy­cja swo­ich po­glą­dów, za­pre­zen­to­wa­nie cie­ka­we­go po­my­słu czy ogło­sze­nie ja­kie­goś te­ma­tu i pu­blicz­ne „za­kle­pa­nie” swo­je­go na­zwi­ska jako pio­nie­ra – nie­zbęd­ne bę­dzie wy­stą­pie­nie z re­fe­ra­tem czy pre­zen­ta­cją, od­czy­tem czy wy­kła­dem (zwij to jak chcesz).

Kie­dy pod­ją­łem de­cy­zję, że po stu­diach ma­gi­ster­skich za­an­ga­żu­ję się rów­nież w dok­to­rat, mój pro­mo­tor – mó­wiąc z lek­ka ko­lo­kwial­nie – „wy­ko­pał mnie” na naj­bliż­szą moż­li­wą kon­fe­ren­cję bran­żo­wo-na­uko­wą, ar­gu­men­tu­jąc: Pa­nie Ko­le­go, je­śli chce Pan wejść w tę bran­żę, musi Pan dać się po­znać głów­nym gra­czom.

I to był je­den z mo­ich pierw­szych waż­niej­szych kro­ków na dro­dze do bu­do­wa­nia mar­ki wła­snej.

Za­sa­da nr 3: (sta­no­wią­ca roz­wi­nię­cie za­sa­dy nr 1): wy­bie­raj tyl­ko kon­fe­ren­cje z od­po­wied­nim za­się­giem. No bo po co po­świę­cać czas i prze­ży­wać stres, by wy­stą­pić przed le­d­wie 20 oso­ba­mi z bran­ży? (No chy­ba, że tak się skła­da, iż te 20 osób to pre­ze­si spół­ek z WI­G20 – w ta­kiej sy­tu­acji nie będę na­ma­wiał, byś zo­stał w domu;).

Pu­bli­kuj i za­pi­suj się w bran­ży!

Jak cię wi­dzą, tak cię pi­szą – gło­si po­rze­ka­dło. Ja do­dał­bym: a jak cię czy­ta­ją, tak cię za­pa­mię­tu­ją. Dla­te­go pisz i pu­bli­kuj. Ina­czej każ­de, na­wet naj­lep­sze Two­je wy­stą­pie­nie kon­fe­ren­cyj­ne, przej­dzie do hi­sto­rii i prę­dzej czy póź­niej zo­sta­nie przy­kry­te ku­rzem nie­pa­mię­ci...

Bar­dzo nie­głu­pim po­my­słem jest zwy­cza­jo­wy obo­wią­zek do­star­cza­nia przez mów­ców kon­fe­ren­cyj­nych rów­nież re­fe­ra­tu, któ­ry póź­niej (lub wcze­śniej) zo­sta­nie wy­dru­ko­wa­ny w for­mie ma­te­ria­łów po- (lub przed-) kon­fe­ren­cyj­nych. Rów­nie nie­głu­pim wy­mo­giem w więk­szo­ści uczel­ni jest wa­run­ko­wa­nie otwar­cia prze­wo­du dok­tor­skie­go m.in. wcze­śniej­szym opu­bli­ko­wa­niem mi­ni­mum dwóch pu­bli­ka­cji w li­czą­cych się cza­so­pi­smach bran­żo­wych lub dzie­dzi­no­wych. A im wię­cej war­to­ścio­wych ar­ty­ku­łów opu­bli­ku­jesz w da­nym ob­sza­rze te­ma­tycz­nym, tym szyb­ciej uwia­ry­god­nisz się jako eks­pert w bran­ży.

Nie za­po­mnij­my o cy­to­wa­niach. Wy­star­czy­ło, że wy­da­łem trzy książ­ki po­świę­co­ne e-biz­ne­so­wi, a z róż­nych stron za­czę­ły spły­wać sy­gna­ły, że na ich pod­sta­wie co­raz licz­niej­si stu­den­ci pi­szą pra­ce dy­plo­mo­we. Na Uni­wer­sy­te­cie Eko­no­micz­nym we Wro­cła­wiu je­den z pro­fe­so­rów za­le­cił na­wet po­dob­no swo­je­mu pod­opiecz­ne­mu, by roz­pra­wę ma­gi­ster­ską oparł przede wszyst­kim na mo­ich pu­bli­ka­cjach (acz to hi­sto­ria, któ­ra do­tar­ła do mnie z trze­ciej ręki, więc nie wiem, na ile dać temu wia­rę, a na ile trak­to­wać jako le­gen­dę miej­ską).

Na wła­sne uszy i oczy zdo­ła­łem na­to­miast prze­ko­nać się, jak wie­le może zna­czyć je­den tyl­ko do­bry ar­ty­kuł w pra­sie bran­żo­wej. Otóż pod­czas mo­jej dru­giej w ży­ciu kon­fe­ren­cji na­uko­wej, jed­na z naj­waż­niej­szych pre­le­gen­tek, pani pro­fe­sor z Dol­no­ślą­skiej Szko­ły Wyż­szej, za­cy­to­wa­ła moje sło­wa w ra­mach swo­je­go wy­stą­pie­nia. I o ile przed jej pre­lek­cją by­łem oso­bą ano­ni­mo­wą i jesz­cze mało zna­ną w bran­ży, to już pod­czas na­stęp­nej prze­rwy kłę­bi­ło się wo­kół mnie stad­ko za­in­te­re­so­wa­nych[1]. Dla­cze­go wspo­mi­nam tę od­le­głą hi­sto­rię? Nie, nie z próż­no­ści czy dla „lan­su”, ale jako do­wód, że cza­sa­mi jed­na nie­du­ża pu­bli­ka­cja może przy­spo­rzyć cał­kiem nie­ma­łej pro­mo­cji To­bie i te­ma­ty­ce, któ­rą się zaj­mu­jesz.

Oczy­wi­ście przy pu­bli­ko­wa­niu kie­ruj się po­dob­ny­mi za­sa­da­mi, co przy wy­stą­pie­niach kon­fe­ren­cyj­nych: dru­kuj w tych cza­so­pi­smach, któ­re albo mają na­praw­dę duży za­sięg (pra­sa ko­mer­cyj­na) albo cie­szą się du­żym pre­sti­żem wśród spe­cja­li­stów i wy­so­kim im­pact fac­tor (ob­li­cza­ne­go na pod­sta­wie ilo­ści i ja­ko­ści cy­to­wań), np. w ty­tu­łach ze słyn­nej li­sty fi­la­del­fij­skiej. Cza­so­pi­sma te bar­dzo wy­so­ko sta­wia­ją po­przecz­kę; druk Two­je­go ar­ty­ku­łu na ich ła­mach ozna­cza, że masz na tyle „siły w no­gach”, aby ją prze­sko­czyć. A to znak nie­chyb­ny, że będą z Cie­bie lu­dzie. A więc: bę­dzie z Cie­bie mar­ka.

„Kup pan ma­gi­ster­kę!”

Sprze­daż wła­snej pra­cy ma­gi­ster­skiej czy dok­tor­skiej? Po­my­ślisz pew­nie: „A fuj!”. A wła­śnie dla­te­go, że wie­le osób re­agu­je w ten spo­sób, jest to nie­mal nie­wy­ko­rzy­sty­wa­ne pole au­to­pro­mo­cji, da­ją­ce przy oka­zji moż­li­wość do­dat­ko­we­go – mniej­sze­go lub więk­sze­go – za­rob­ku.

Zro­bie­nie „ma­gi­ster­ki” czy dok­to­ra­tu jest zwy­cza­jo­wo trak­to­wa­ne jako ka­ta­rak­ta na Nilu swo­jej ka­rie­ry. Próg, któ­ry po pro­stu trze­ba prze­sko­czyć, po­dob­nie jak inne eg­za­mi­ny na stu­diach, w myśl za­sa­dy „3Z”: za­kuj, zdaj, za­po­mnij. Do­daj­my jesz­cze jed­no „z”: za­ku­rzyć po­zwól się.

Ale po­myśl: sko­ro po­świę­ci­łeś kil­ka­dzie­siąt mie­się­cy swo­je­go ży­cia na stwo­rze­nie roz­pra­wy na­uko­wej, może nie war­to do­pu­ścić, aby jej do­ce­lo­wym miej­scem były ar­chi­wa nie­pa­mię­ci w uczel­nia­nych bi­blio­te­kach? Czy­li miej­sca, w któ­rych je­dy­ny po­ży­tek (by nie po­wie­dzieć: po­żyw­kę) mia­ły z niej będą nie­mal wy­łącz­nie mole i za­lesz­czot­ki?