Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W dalekiej przyszłości możliwe stało się utrzymywanie przy życiu mózgu człowieka pozbawionego reszty ciała, a eksploracją odległych rejonów kosmosu zajmują się cyborgi sterowane ludzkimi umysłami, zdolne do funkcjonowania tam, gdzie nie przeżyłaby żadna biologiczna istota.
Szansę życia po śmierci otrzymuje tytułowy Edgar, któremu szkielet i sowite wynagrodzenie funduje jedna z korporacji zajmujących się badaniem przestrzeni kosmicznej.
Niestety, czas Edgara jest ograniczony. Użyty w konstrukcji cyborga syntetyczny płyn mózgowo-rdzeniowy powoli niszczy tkankę nerwową. W sztucznym ciele mózg nie przeżywa dłużej niż dziesięć lat...
W futurystycznej scenerii bohater stawia czoła samotności, strachowi przed śmiercią, tęsknocie za domem i utracie poczucia normalności. Będzie musiał również odpowiedzieć sobie na pytanie: „Kim jestem i co jeszcze ze mnie zostało?”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 283
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fala uderzeniowa rzuciła Edgarem w tył, jakby był bezużyteczną zabawką. Pióropusz ognia rozświetlił okolicę, dotychczas zalaną nieprzeniknionym mrokiem. Płomień przez chwilę wił się i skręcał, otwierając co jakiś czas swoje przepastne brzuszysko, dzięki czemu dało się dostrzec fioletowe przebłyski, przywodzące na myśl niestałą w swej strukturze bestię, spoglądającą ciemnym, mrocznym i lśniącym okiem, po czym zgasł tak szybko, jak się pojawił, pozostawiając po sobie jedynie kłęby dymu. Edgar zdążył uchwycić to całe upiorne, piekielnie spektakularne przedstawienie tylko kątem oka, w podziwianiu eksplozji przeszkodziło mu bowiem uderzenie o podłoże. Kiedyś pewnie zwijałby się z bólu, ale teraz nawet nie zwrócił na to uwagi – to były jedyne plusy metalowego ciała. „Rubid? Cez?” – próbował przypomnieć sobie, jaki pierwiastek nadaje językom ognia odcień dojrzałej śliwki, ale pamięć znów go zawiodła. Powitał to bez specjalnego zaniepokojenia – taka była kolej rzeczy. Jego mózg powoli obumierał.
Edgar podniósł się i spróbował rozejrzeć się po okolicy. Przez pierwsze sekundy obraz falował, tworząc abstrakcyjną mozaikę, przypominającą wzburzone morze, przelewające swe wody pomiędzy dwoma prądami splecionymi w widmowym uścisku. Po chwili jednak przedmioty zaczęły wracać na miejsce – piana rozszalałego sztormu wzroku uformowała się w nagie, pokryte pyłem skały, sterczące pod ciemnym, zasnutym duszącymi, trującymi oparami niebem. Wszystko wyglądałoby tak, jak przed wybuchem, gdyby nie pokaźnych rozmiarów wyrwa w podłożu, ukazująca pustkę podziemnych korytarzy.
Spoglądający na tę rozpadlinę Edgar na chwilę stracił kontakt z rzeczywistością, jakby utopił się we własnych myślach. Coraz częściej mu się to zdarzało – zdania plączące się po jego mózgu nagle gdzieś znikały, odbiegały w jakąś daleką, mroczną, nieskończoną pustkę, pozostawiając tylko elektryczne błyski słabnących neuronów. Z tego nieprzyjemnego odrętwienia wyrwał go głos jego towarzysza, Tomasza, jedynego osobnika, na którego mógł liczyć. Jedyny ludzki mózg w promieniu milionów, jeśli nie miliardów kilometrów.
– Co to było? Takich fajerwerków nie widziałem nawet na sylwestrze w Sydney, a wtedy niebo zapłonęło… Chyba jakiś gaz. Pod powierzchnią jest chłodniej. Gdy wydostał się tutaj, mógł ulec samozapłonowi – stwierdził Edgar beznamiętnie, kierując swoje mechaniczne oczy w stronę manipulatorów zastępujących mu ręce.
Sprawdzał, czy nie ma tam jakichś szczególnie groźnych uszkodzeń albo czy przewody się nie przepalają. Prawda, zawsze zostawało sterowanie zdalne, ale ono wciąż pozostawiało wiele do życzenia. Póki co najlepiej było kontrolować ciało za pomocą tradycyjnych przewodników. Jak w średniowieczu.
Był teraz tylko maszyną, podobnie jak Tomasz, i musiał to zaakceptować. Stalowym robotem kroczącym, kryjącym mózg – jedyną organiczną cześć swojego ciała – w stalowej puszce wlutowanej w korpus. Czasem tęsknił za swoimi słabymi i łatwopalnymi, ale jednak żywymi rękami. Momentami wręcz pragnął znienawidzonego przez większość ludzi uczucia bólu, chciał, by zarysowania powłoki były sygnalizowane bardziej dobitnie niż przez delikatne pikanie, które mógł w każdej chwili wyłączyć. Wystarczyła jedna myśl. Właściwie już nawet nie chodziło o myśli, tylko sygnały elektryczne. To przecież one rządziły teraz wszystkim – ruchem sztucznych kończyn, odczuwaniem ciepła, zimna, a nawet przepływem syntetycznej krwi w ocalonych przez lekarzy naczyniach krwionośnych.
Pomyśleć, że to wszystko przez jeden durny wypadek. Absurdalnie nieistotne mrugnięcie, które nie pozwoliło zauważyć zbliżającego się mężczyzny. Ten zaś, jegomość o figurze zapaśnika sumo, też nie zwracał uwagi na to, czy ktoś stoi przed nim i rozgląda się, szukając jakiejś osoby na przystanku. Nie przejmował się wcale, że właśnie zepchnął zupełnie niewinnego i przypadkowego przechodnia na tory, prosto pod koła pociągu metro. A potem były światła karetki, smutne miny lekarzy i smród mięsa palonego w szpitalnym krematorium. Udało się uratować tylko mózg. Ten cholerny mózg, który teraz zarządza całym metalowym szkieletem, a cuda techniki interpretują język neuronów na ciąg bitów zrozumiały dla kończyn robota.
W dodatku umiera. Sukcesywnie, w każdej sekundzie komórki giną niszczone przez syntetyczny płyn mózgowo-rdzeniowy. Cóż, niektórych swoich wynalazków natura nam nie odda. Edgar i tak cieszył się, że żyje, nawet jeśli większość czasu, który mu dano, musiał spędzić na tej niegościnnej, pustynnej planecie.
– Ile dali ci za tę robotę? – spytał nagle Tomasza.
– Cztery miliony. Siedzę tu już pół roku, zostało mi drugie tyle – odparł Edgarowi jego towarzysz. Po skończeniu swojej kosmicznej misji miał wrócić do domu i żyć jak król przez te kilka lat, które jeszcze mu pozostały. Większość ludzi, którzy utracili swoje ciała, zgłaszała się do eksploracji niezbadanych planet. Było to stosunkowo bezpieczne zajęcie, niemożliwe do wykonania przez istoty organiczne i niesamowicie dobrze płatne. Wystarczył rok pracy, by uczynić się milionerem, zafundować sobie i swojej rodzinie warunki życia, których nie powstydziłby się arabski szejk mający w ręku kilkanaście pól naftowych.
Ci zaś, którzy zachowali swoje ciała, nie przetrwaliby w skrajnie złych warunkach tych planet. Zdalne sterowanie też odpadało, sygnał radiowy docierałby do najbliższej ludzkiej stacji z półtoragodzinnym opóźnieniem, a przecież przy kilkusetstopniowym upale i zagrożeniu wybuchu liczyły się milisekundy. Mechaniczne ciała zaś były idealne – wytrzymałe, twarde, odporne na promieniowanie, a ich czas reakcji momentami przewyższał prawdziwe narządy. Oczywiście, jeśli kogoś było stać na dobry procesor przetwarzający myśli.
Zresztą, już nawet nie o pieniądze chodziło – większość wyposażenia, włącznie z metalowymi ciałami, do których wsadzano mózgi śmiertelnie rannych ludzi, fundowały korporacje zajmujące się eksploracją kosmosu. Tak naprawdę robot kroczący zdolny utrzymać praktycznie martwego człowieka przy życiu przez te kilka lat był tak niesamowicie drogi, że nie było na świecie ani jednego państwa, które refundowałoby zabieg przeniesienia ocalonych tkanek w nowoczesny korpus. Prawda, ratowało to życie na kilka pozostałych lat, ale przecież politycy przeznaczali pieniądze też na wiele innych, niezmiernie ważnych rzeczy. Na przykład nowe limuzyny czy wahadłowce dla siebie i swoich krewnych.
Naprzeciw brakom funduszy wyszły jednak ogromne międzynarodowe firmy zajmujące się badaniem co bardziej interesujących planet w poszukiwaniu potencjalnego zysku bądź w celu eksploatacji już odkrytych złóż wartościowych pierwiastków. Multimiliarderzy kierujący tymi molochami z radością płacili za produkowanie metalowych ciał i umieszczanie w nich mózgów ludzi, którzy powinni już dawno pożegnać się z życiem. Stawiali tylko jeden jedyny warunek – w momencie śmierci nieszczęśnika elektroniczny korpus miał być zwracany firmie, by móc uratować innego pechowca.
Ów skomplikowany proceder postronnemu obserwatorowi mógłby wydawać się nie tylko pozbawiony sensu, ale wręcz niesmaczny – dawać człowiekowi nowe ciało tylko po to, by zabrać je, gdy jego użytkownik umrze? Wszystko jednak było doskonale obliczone i w ogólnym rozrachunku – pozytywne. Produkcja robota była zbyt kosztowna, by korporacje – nawet te ogromne i niesamowicie bogate – mogły pozwolić sobie na tworzenie dużych ilości mechanicznych korpusów, stąd konieczność zwracania ich po śmierci przez rodzinę zmarłego lub lekarzy stwierdzających zgon. Sama zaś pozorna dobroczynność firm była w rzeczywistości tylko poszukiwaniem potencjalnych pracowników. Cztery miliony oferowane Tomaszowi i pięć, które miał dostać Edgar, mieściły się pewnie w kategorii drobnych wydatków korporacji, a w większości przypadków ludzie, którym zostało pięć, może dziesięć lat życia, nie chcieli marnować ich na pracę albo mieszkanie w przeciętnych czy nawet bardzo dobrych warunkach.
Uratowani w większości jak najszybciej podpisywali umowy i byli wysyłani w przestrzeń, na podbój nowych planet ku chwale człowieka i niewyobrażalnym dla niego zyskom. Wyprodukowanie i utrzymanie dwóch czy trzech elektronicznych ciał było i tak tańsze niż wielka, niesamowicie niebezpieczna ekspedycja, której niepowodzenie groziło utratą nie tylko sprzętu, ale i ludzi, więc zadowoleni byli i szefowie korporacji, i jej metalowi pracownicy. A to przecież nie jest ani złe, ani pozbawione sensu.
– Co robimy? – odezwał się nagle Tomasz. – Idziemy dalej czy wracamy? Musisz przyznać, że nawet jak na te warunki walnęło nieźle.
– I tak niczego już nie znajdziemy – mruknął Edgar i machnął manipulatorem, wskazując drogę powrotną.
Metalowe ciała przeznaczone do pracy w trudnych warunkach miały jedną podstawową wadę, jeśli chodzi o komunikację – brak twarzy. Składały się jedynie z puszki korpusu (właśnie tam znajdował się mózg; konstrukcja była naprawdę pancerna i trudna do zniszczenia, dlatego też zwiedzanie nowych planet uważane było za zajęcie bezpieczne dla ludzi, którzy dostali od życia i nauki drugą szansę), do której podpięte były kończyny. Przewody zbite były w długie pęki obleczone jakąś ochronną substancją i poprowadzone wzdłuż rąk i nóg, co ułatwiało wizualne kontrolowanie, czy wszystko z nimi w porządku. Poza tym obudowanie elektronicznych ramion niepotrzebnie zwiększyłoby ich ciężar i zmniejszyło zręczność.
Ta zaś, przynajmniej jeśli chodzi o chodzenie, i tak była najwyżej zadowalająca. Elektroniczne ciała człapały smutno, kołysząc się z prawa na lewo, gdy tylko próbowały przyspieszyć. Z jednej strony działo się tak dlatego, że ciążenie było tu nieco większe niż na Ziemi i znacznie trudniej było utrzymać wielki, ważący bardzo dużo metalowy korpus, z drugiej – dolne kończyny były przystosowane do poruszania się. Nikt nie mówił o komfortowych warunkach, a co dopiero o bieganiu.
Edgar szedł powoli, patrząc przed siebie. Usiłował przebić wzrokiem panujący dookoła mrok. Mimo zainstalowanego w kamerach modułu noktowizora dało się dostrzec jedynie zarysy strzelistych bloków skalnych, potrzaskanych przez jakąś eksplozję, cienie odległych dolin, których łagodne stoki opadały w ciemność i – w niektórych miejscach – kłębiaste zakończenia trujących chmur. Światła niewiele dawały – powietrze planety było na tyle gęste i tak bardzo utrudniało rozchodzenie się promieni świetlnych, że zmniejszało o kilkanaście procent zasięg reflektorów. Specyfika terenu sprawiała zaś, że aby cokolwiek zobaczyć, trzeba było przebijać wzrokiem kilkaset, czasem nawet kilka tysięcy metrów. Edgar i jego towarzysz znajdowali się na ponurym, płonącym niewyobrażalnym gorącym pustkowiu. Jasno robiło się dopiero w dzień, gdy słońce wysyłało swe mordercze promieniowanie ku skalnemu globowi.
– Uważaj, pod powierzchnią może być więcej złóż tego gazu – mruknął Tomasz, posuwając się powoli przed siebie. Strefa, w której się poruszali, nie należała co prawda do najbardziej niebezpiecznych, ale lepiej było mieć się na baczności.
Tam, gdzie coś wybuchło jeden raz, zawsze może eksplodować ponownie. – Nie sądzę, żeby były większe od tego, które właśnie zdetonowaliśmy – odparł Edgar, przyspieszając kroku. Rozsądek podpowiadał mu, że faktycznie nie ma się czego bać, ale w głębi duszy coś mówiło mu, że lepiej jak najszybciej zniknąć z otwartej przestrzeni i zamknąć się pod stosunkowo chłodną, przyjazną kopułą stacji. Nie chciał nawet myśleć o tym, że na odległej od Ziemi, gorącej planecie może mu się coś stać. To byłaby ogromna złośliwość losu, bo przecież i tak zostało mu już niewiele życia, jeszcze bardziej przedwczesna śmierć zdawała się być czymś zbyt tragicznie ironicznym, by mogła zaistnieć.
– Przezorny zawsze ubezpieczony – stwierdził poetyckim tonem Tomasz i również przyspieszył. – Korporacja nie ucieszy się, że po raz kolejny nie przynieśliśmy ani jednej próbki.
– Niech nam dziękują, że w ogóle zapuszczamy się w okolice tych ognistych pułapek. Niby jak mamy znaleźć gaz, skoro od razu ulega samozapłonowi? – warknął Edgar i spojrzał na swego towarzysza. Przez mrok dało się dostrzec tylko słabo błyszczące krawędzie pięciokątnego korpusu. Kończyny nikły pośród atramentowej ciemności, a mały reflektor umieszczony z przodu omiatał podłoże w poszukiwaniu jakiegoś wybrzuszenia sugerującego, że pod cienką skałą kotłuje się jakiś ulotny, czekający tylko na gwałtowną zmianę temperatury potwór.
– Jak to zwykle bywa, nie postawili stopy na tej planecie, ale wiedzą lepiej – gdyby Tomasz miał twarz, pewnie uśmiechnąłby się szyderczo. – Jutro ma przylecieć ten ich cały radar… czy jak mu tam. Razem ze wszystkimi narzędziami potrzebnymi do eksploatowania głębiej położonych złóż.
– Nie rozumiem, czemu nie można było zrobić tego od razu, a nie kazać nam chodzić po wielkiej, fruwającej beczce prochu…
– Pieniądze. My możemy się obijać o skały i palić, nic ich to nie kosztuje, bo przecież metalowe powłoki wytrzymają sporo, ale sprzęt trzeba było skądś przywieźć – odparł rozmówca Edgara.
Był na plancie już pół roku i choć pierwsze trzy miesiące spędził na sprawdzaniu jej ogólnych warunków, dowiedział się o niej zadziwiająco dużo. Najważniejsze pytania jednak nadal pozostawały bez odpowiedzi: Czy w najbliższej okolicy jest coś, co byłoby warte zainteresowania? Czy w ogóle na skalnym globie znajdują się jakiekolwiek cenne minerały? I wreszcie: Jakiego pochodzenia były owe dziwne puste przestrzenie w zwartej zazwyczaj skorupie, wypełnione jakimś łatwopalnym gazem?
Ich skupiska były nieregularnie rozrzucone po terenie badań, zazwyczaj nie dawało się wizualnie stwierdzić ich obecności. Dopiero gdy ciężki robot stawiał swą masywną stopę na kruchej warstwie minerałów, ta pękała, uwalniając płonący natychmiast obłok. Szybka zmiana temperatury sprawiała, że powierzchnia była rozrywana przez momentalnie zapalający się gaz, a metalowy człowiek wzlatywał w powietrze, by spaść metr lub dwa dalej. Oczywiście, zdarzało się tak tylko w przypadku przedziurawienia tego, co znajdowało się nad bardzo rozległymi przestrzeniami międzyskalnej pustki; przy mniejszych przestworach było tylko trochę huku, dymu i różnokolorowego ognia.
Nikt nie wiedział, jaki był skład chemiczny mieszaniny wypełniającej owe tajemnicze otwory ani skąd one się w ogóle wzięły. Oczywiście, naukowcy zatrudniani przez korporację wysunęli kilkadziesiąt hipotez, z których połowa okazała się niedorzeczna po pierwszym raporcie wysłanym im przez Tomasza, ale nie udało się jednoznacznie wyjaśnić ich pochodzenia ani natury. Do tego trzeba było próbki gazu i drobiazgowej analizy skał. O tych było już co nieco wiadomo – ich przewodnictwo cieplne zbliżało się do zera, przez co temperatura wewnątrz przestworów była nieco ponad sto stopni mniejsza niż na powierzchni; były zbite, ale wypełnione zupełnie pustymi, próżniowymi pęcherzykami, co mogło tłumaczyć, dlaczego ich wewnętrzne warstwy tak kiepsko się nagrzewały.
Specjaliści jednak nadal nie do końca rozumieli mechanizm, jaki rządził tą planetą. Wprawdzie atmosfera i zjawiska z nią związane nie kryły prawie żadnych tajemnic, jednak skalna pokrywa była nie tylko trudna do przebadania, ale i niebezpieczna. I zupełnie niepodobna do niczego, co dało udało się odkryć wcześniej. Bo przecież czemu kamienie miałyby swą strukturą przypominać skrzyżowanie folii bąbelkowej z termosem? Albo z jakiego powodu w niektórych pęcherzach nie było nic, a w innych znajdowała się mieszanina łatwopalnego gazu? Te pytania nie tylko pozostawały bez odpowiedzi, ale działały na wyobraźnię, przekonywały naukowców, że na tej planecie dzieje się coś dziwnego, że jest inna niż wszystkie do tej pory zasiedlone i że to może właśnie na tej uda się odnaleźć coś, co ostatecznie udowodni, że podbój kosmosu to nie kosztowna zabawa czy poszukiwanie większych ilości tego, co powoli wyczerpuje się na Ziemi, ale poważne przedsięwzięcie naukowe, pozwalające poszerzyć horyzonty ludzkości i znaleźć nowe spojrzenie na to, co już znane.
Podobnych bzdur Edgar usłyszał tyle, że wystarczyło mu na resztę życia, a nawet mógłby solidnym ich zapasem obdarować rodzinę i znajomych. Jednak płacili mu również za to – za wysłuchiwanie niedorzecznych teorii i pobożnych życzeń specjalistów i obalanie ich tak często, jak tylko się dało. Nie widział bowiem w tym niegościnnym globie niczego prócz skalnego, pozbawionego ludzi pustkowia, po którym mogły poruszać się tylko metalowe stwory, do jakich należał.
– Myślisz, że naprawdę uda nam się znaleźć coś ciekawego? – spytał swojego rozmówcę.
– Zależy co cię interesuję. Producenci materiałów wybuchowych z pewnością zwariowaliby ze szczęścia – odparł Tomasz.
Edgar lubił go, choć wydawał mu się zbyt lekkoduszny. Przypominał jednak dom, Ziemię i to, za czym nieszczęśnicy żyjący na odległych planetach tęsknili w ciemne, wietrzne noce. Może wpatrywali się wtedy w gwiazdy, może w chmury trującego gazu, ale Edgar wiedział, że przed ich oczami – niezależnie od tego, czy je mieli, czy zastępowały je im kamery – przesuwały się te same obrazy. Blask słonecznego dnia obijający się w kropli rosy, twarz ukochanej osoby i krajobrazy znane od dzieciństwa – od kwiecistych łąk po surowe, ale piękne w ten szczególny, pozbawiony fałszywych ozdobników sposób, górskie szczyty. Nie było tam miejsca na patriotyczne uniesienia, o nie – w świecie podróży kosmicznych państwo przestawało być ojczyzną.
Był nią kontynent albo rodzinna planeta. Byli nią ludzie urodzeni w tym samym miejscu, wierzący w to samo, ci, którym od dzieciństwa wpajano podobne zasady. Nucący pod nosem znajomą piosenkę i spoglądający w dal z identycznym westchnieniem wyrywającym się z piersi, nieważne, czy organicznej, czy metalowej. Świat się zmienił, gdy człowiek wyruszył na podbój wszechświata. Osób przebywających poza granicami rodzinnego kraju nie dało się nazwać emigrantami. Wszyscy byli bowiem rozrzuceni po Ziemi jak zabawki dziecka, które nie wie, gdzie je pochowało.
Edgarowi przychodziło czasem do głowy, że jest właśnie taką bezwładną i bezwolną figurką, którą jakiś nieświadomy swej potęgi chłopiec rzucił w brudny i gorący kąt kosmosu, po czym zapomniał o niej, gdy zobaczył w środku pokoju prezydenta jakiegoś wielkiego kraju i pobiegł, by to właśnie nim się pobawić. To jednak było nieważne, liczyła się tylko odległość, niesamowita, przerażająca swym ogromem przestrzeń kosmicznej próżni, jaka dzieliła ludzi od ich znajomych, rodziny i ukochanych.
Ona zresztą też była względna – nikt nie był w stanie wyobrazić sobie jej w całości, wymykała się możliwościom ludzkiego pojmowania, mózg – przyzwyczajony do rachowania świata w stosunkowo małych jednostkach codziennego życia – nie dał rady zaszufladkować jej i skatalogować, wepchnąć do pulsującego archiwum neuronów. Zamiast tego składał ją niezliczoną ilość razy, formując z niej wielką, niemożliwą do przebicia ścianę, jaka oddzielała człowieka od ojczyzny. Wszyscy widzieli swój dom już tylko w Ziemi, ewentualnie w Europie, Ameryce czy Azji, Australii bądź jakiejś wyspie, w tym skrawku płyty tektonicznej, na którym pozostali ich przyjaciele.
Potem następowała konkluzja – to było nieuniknione i spotykało wszystkich gwiezdnych podróżników, bez względu na to, skąd pochodzili i jak daleko zapuścili się w głąb wszechświata. Jeśli tylko ktoś znajdował się wśród obcych ciał niebieskich na tyle długo, by zatęsknić za rodzinnymi stronami, by odrzucić piękno płonących odbitym blaskiem asteroid i wydzielających olbrzymie ilości energii, buchających termojądrowymi eksplozjami olbrzymów, by uznać całą zimną, kosmiczną pustkę za coś zwyczajnego, co już nie jest nowe i fascynujące, zaczynał rozumieć to, co w całym swym ponurym majestacie Edgar pojął już w pierwszym miesiącu swego lotu.
Że prawdziwego domu już nie ma. Człowiek miał szansę czuć się u siebie tylko wtedy, gdy znajdował się w towarzystwie innych istot jemu podobnych, gdy był ktoś, do kogo mógł się odezwać w znanym języku i roześmiać się z dowcipu o blondynce. Wszystko inne było nic niewartymi symbolami.
Może to właśnie dlatego w momencie rozpoczęcia kosmicznej misji ludzkość trochę się uspokoiła, nieznacznie zmniejszyła tempo zwalczania samej siebie, skończyła odgryzać własną głowę i zabrała się za lżejsze metody autodestrukcji. Albo większy spokój był tylko powodem fascynacji, pozytywnym aspektem rozpoczęcia nowej ery w dziejach inteligentnych stworzeń. Kto wie…
Nagle światło reflektora odbiło się od stalowego stoku kopuły stacji. Budynek znajdował się już tylko kilkaset metrów od nich, za kilkanaście minut powinni do niego dotrzeć. „Rano trzeba będzie spisać raport. A potem przygotować się na przyjęcie sprzętu pomiarowego” – pomyślał Edgar, a impuls nerwowy powodujący uśmiech zniknął gdzieś, zamilkł na krawędzi synapsy, która niegdyś prowadziła w stronę mięśni twarzy.
– No to jesteśmy na miejscu – powiedział wesoło Tomasz, jeszcze bardziej przyspieszając.
Na tym terenie nie istniało żadne ryzyko wybuchu. Już podczas budowy placówki brano pod uwagę ewentualne zagrożenie, jakie może stwarzać jej lokalizacja, dlatego wybrano takie miejsce, w którym nie było niczego podejrzanego. Oczywiście, o złożach gazu nikt nie wiedział, zanim Tomasz postawił na planecie swe metalowe kończyny, ale gdyby tylko istniało jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że ze stacją może stać się coś złego, zostałaby przesunięta o kilka kilometrów. Rzecz jasna z powodu troski nie o ludzi, lecz o drogi sprzęt; tak czy siak było bezpiecznie, a przecież o to chodzi.
Edgar znajdował się już tylko kilka kroków od włazu. Przystanął i uniósł manipulator w kierunku dźwigni otwierającej przejście. Drzwi pozwalające na wejście do budynku były bardzo masywne i w pełni zautomatyzowane – musiały same pozwalać na przedostanie się do środka; w placówce badawczej przebywały tylko dwie osoby. Metalowe palce nacisnęły na wystający ze ściany drążek, przesuwając go kilkadziesiąt stopni w dół. Hydrauliczne zawiasy syknęły, prowadząc potężną płytę w przód i jednocześnie otwierając właz.
Od razu też dało się słyszeć rytmiczne zawodzenie pomp, przypominające odgłos worka wypełnionego czymś ciężkim i przesuwanego po piasku. Metalowym oczom Edgara i Tomasza ukazał się szeroki korytarz, z którego przez przestronny komin wyrzucane było gorące, przepełnione toksycznymi gazami powietrze, jakie wlatywało z zewnątrz. Przybysz zrobił krok, przestępując przez próg stacji. Natychmiast oblało go przerażające zimno – płonęło we wszystkich częściach nieistniejącego ciała, wpijało się w utracone ręce, nogi, wdzierało się w usta i drażniło język. Nie był to zwykły chłód, a potężny, obezwładniający i wywołujący ból lodowy podmuch, jakby miliony nieskończenie mocno zamrożonych odłamków przebijały każdą komórkę Edgara.
Trwało to ułamek sekundy, po czym ciało mężczyzny wypełniło przyjemne ciepło, rozchodzące się powoli po zniszczonych mięśniach, wnikające pod skórę i wypłukujące wszystkie te nieprzyjemne, arktyczne igiełki. Działo się tak zawsze, gdy wchodził do budynku. Było to spowodowane różnicą temperatur pomiędzy zewnętrzem a wnętrzem stacji. Komputery i inne delikatne maszyny potrzebowały do prawidłowej pracy optymalnego stopnia nagrzania, dlatego w placówce było dużo chłodniej. Ponadto powietrze wpływające do niej musiało zostać przefiltrowane, by nie zawierało oparów mogących uszkodzić mikroukłady.
Elektroniczne receptory ustawione były natomiast na kilkusetstopniowe fałszowanie odczytów – przekazywały mózgowi informację, że temperatura jest dużo niższa niż w rzeczywistości. Gdyby bowiem przewody niosły ładunek prawdziwych danych, ostatni żyjący organ w ciele Edgara przez cały czas działałby tak jak podczas niewyobrażalnego gorąca, a co za tym idzie, mężczyzna bez przerwy czułby potworny ból nieistniejących poparzeń, jego dawno utracona skóra płonęłaby przeraźliwym pieczeniem, a neurony byłyby przekonane, że tak właśnie ma być.
Dlatego gdy wszedł do chłodnego pomieszczenia, wydało mu się, że jest tak niesamowicie zimno. Przez pierwszą milisekundę, póki procesory nie przestawiły odczytów czujników i nie zmniejszyły ich fałszerstwa (gdyby stało się to od razu, równie dobrze można by w ogóle zrezygnować z receptorów, gdyż i tak nie przekazywałyby informacji o zmianach temperatury) mózg był przekonany, że właśnie wkroczył w lodową jaskinię jakiejś zamarzniętej przed wiekami planety, do której nie docierał ani jeden promień gorejącego w ogromnej dali słońca.
– To jak zimny prysznic – mruknął Tomasz, gdy znalazł się w środku. – Nienawidzę tego.
– Dobrze, że chociaż tak szybko znów robi się ciepło – odparł Edgar, przechodząc przez korytarz. Na jego drugim końcu stały kolejne drzwi, prowadzące do właściwej części stacji. Mniej więcej w połowie drogi do elektronicznych uszu mężczyzn dotarł syk zamykanego włazu, po czym wszystko znów znieruchomiało, gdy umilkły pompy pozbywające się zewnętrznego, zatrutego i niesamowicie gorącego powietrza.
Przejście do placówki otworzyło się automatycznie za sprawą umieszczonego w nim czujnika ruchu, dzięki czemu obaj przybysze mogli bardzo szybko znaleźć się w pokoju. Ten zaś przypominał połówkę tortu – z jednej strony był półokrągły, podczas gdy z drugiej ściana gwałtownie opadała ku ziemi, przecinając stację na dwie części – mieszkalną i naukową. Z korytarza bezpośrednio wchodziło się do tej pierwszej, wyłożonej miękkim, puszystym dywanem (co było zupełnie pozbawione sensu, skoro w metalowych nogach ze względów oszczędnościowych zamontowane były praktycznie tylko receptory pozwalające ocenić nacisk – tych odpowiedzialnych za uczucie przyjemności stąpania po takim podłożu zabrakło) i wyposażonej w dwa krzesła, stół, komputer, szafki oraz kabiny sypialniane.
– Sprawdź, czy przyszły jakieś nowe wiadomości – powiedział Edgar do swego towarzysza, po czym ruszył w stronę obszernego metalowego pojemnika, przypominającego trochę prysznice, jakie zwykło się montować w miejscach, gdzie nie ma wystarczająco dużo przestrzeni, by postawić wannę.
– Nic – odezwał się nagle Tomasz, który już zdążył uruchomić komputer. Ekran rozświetlił się tysiącami pikseli, a w powietrzu rozległ się cichy szum dodatkowego płynu chłodzącego, spływającego ukrytymi w ścianie rurami. Wszystkie maszyny wymagały zmniejszania temperatury w ten sam sposób, co elektroniczne ciała – poprzez doprowadzenie do nich odpowiedniej mieszaniny ciekłych gazów.
Na pulpicie widniało tylko logo producenta sprzętu i zestaw ikon, wśród których dopatrzyć się można było nie tylko edytora tekstu, arkusza kalkulacyjnego i oprogramowania naukowego, ale też uśmiechniętego węża, starodawnej miny, pod którą jarzył się białym światłem napis „Saper” oraz kilku innych fantazyjnych wzorów reprezentujących elektroniczną rozrywkę. Żadnego okienka powiadamiającego o nowej transmisji plików czy kodu – z jednej strony nie powinno to dziwić, wiadomości z najbliższych stacji i Ziemi przychodziły zwykle rano, lecz przecież zarówno Edgar, jak i inni pracujący na odległych planetach mieli cichą nadzieję, że wieści od przedstawicieli tego samego gatunku będą się częściej pojawiać.
Korzystanie z Internetu w jakiejkolwiek postaci było niemożliwe – serwery znajdowały się w innych układach gwiezdnych, przez co opóźnienia byłyby zbyt duże, by wytrzymać przed monitorem na załadowanie strony startowej. Tylko przesyłane czasu do czasu za pośrednictwem dziesiątek kosmicznych przekaźników pakiety danych pozwalały na łączność dwóch podróżników ze światem.
– W takim razie idę spać – powiedział Edgar i wszedł do kabiny sypialnianej, przy której cały czas się znajdował. Jego metalowe palce zacisnęły się na pęku przewodów zwisającym ze ścianki owego pojemnika. Była to spięta i pociągnięta z zewnątrz przezroczystą substancją ochronną grupa kabli i rurek, które należało wpiąć do odpowiedniego gniazda znajdującego się z tyłu korpusu elektronicznego ciała. Odpowiadały one za uzupełnianie braków płynu chłodzącego, dostarczanie glukozy, którą odżywiany był mózg, i ładowanie zapasowych akumulatorów. Większość energii komputery sterujące robotem pobierały co prawda z ogniwa atomowego, które należało wymieniać raz na miesiąc – do tego potrzebny był drugi pozbawiony organicznych elementów swej powłoki człowiek – ale zawsze lepiej było zabezpieczyć się na wypadek awarii głównego źródła zasilania. Poza tym mniejsze baterie były potrzebne do kilku innych celów, o których Edgar nie wiedział, między innymi z tego powodu, że zupełnie go to nie obchodziło. Dla niego liczyło się tylko, że żył, a sposób, w jaki to się działo, był już sprawą drugorzędną.
Manipulatory zręcznie wprowadziły dziwaczną sztuczną pępowinę do odpowiedniego gniazda, a przed oczami mężczyzny zamrugał wielki czerwony napis: „Ładowanie rozpoczęte”. Metalowe ciało bardzo rzadko „rysowało coś” w polu widzenia Edgara, gdyż może i było to stosunkowo prostą metodą komunikacji sztucznego szkieletu z jego użytkownikiem, ale sprawdzało się tylko w filmach i powieściach science fiction. Mózg reagował na ruch, zmianę i rzeczy pojawiające się nagle, przez co odruchowo koncentrował się na wszystkich docierających do niego z resztek nerwu wzrokowego tekstach eksplodujących jaskrawą barwą, bardzo przeszkadzając sobie w normalnym funkcjonowaniu. Oczywiście, po pewnym czasie przestawał reagować na migające litery, ale wtedy, gdy stawały się one czymś normalnym, człowiek nie zwracał na nie uwagi, a one i tak zajmowały sporą obszaru widzialnego, zasłaniając to, co być może warto było zauważyć.
Lepiej więc było korzystać z innych sposobów komunikacji z organizmem, a wizję zostawić w spokoju. Z tą myślą, krążącą pośród neuronowych autostrad niezliczonych impulsów, Edgar wyłączył kamery. Ciemność, jaka zapadła w jego polu widzenia, była przerażająco zwyczajna – co prawda pozbawiona fantazyjnych wzorów, jakie układają się wewnątrz powiek, ale wypełniona czymś niesamowicie podobnym, iluzjami wielobarwnych eksplozji, wędrujących po nieskończenie czarnym wszechświecie, zupełnie nieprzeszkadzająca w spaniu, mimo to doskonale nadająca się do obserwacji owych kolorowych, dwuwymiarowych dziwadeł.
Mężczyzna jednak nie chciał skupiać się na kontemplowaniu zaścielającego świat mroku. Gorączkowo myślał, czym zająć swój umysł, jak zaprząc go do pracy, która poprowadzi zmęczoną świadomość do tego miejsca, gdzie kończy się jawa, a zaczynają lepkie, ale ciepłe i przyjemne macki snu. Nie chciał dopuścić do siebie ani upiorów przeszłości, ani tych, które dopiero mają nadejść. Tylko skupienie się na czymś sprawiało, że te minuty – czasem, niestety, nawet godziny – poprzedzające wpadnięcie do ciemnej studni błogiego swobodnego kojarzenia były jeśli nie przyjemne, to chociaż znośne.
Czasem bowiem, gdy siedział sam w sypialnianej kabinie, podłączony do aparatury karmiącej go i uzupełniającej zapasy płynu chłodzącego, nachodziły go straszne myśli. Najgorsze były te nawiązujące do jego powolnej agonii, przypominające mu o tym, że w każdej sekundzie jest niszczony, w dodatku – co było najsmutniejszym paradoksem – zabija go cud techniki, dzięki któremu jeszcze żyje. Jakiś głos dochodzący z głębi jego umysłu krzyczał, że permanentnie jego komórki mózgowe giną, niespiesznie, bez szczególnie widowiskowych reakcji chemicznych, po prostu umierają. Mimo starań naukowców nie czują się dobrze w syntetycznym płynie, co jakiś czas bez widocznego powodu po prostu przestają działać – rozpadają się ich osłonki, synapsy rozpuszczają się, więżąc w przestrzeni pomiędzy nimi zanikające myśli, a cała reszta osuwa się w nekrotyczną nicość słabnącego umysłu.
Tym razem jednak, nie mając wielu spraw do przemyślenia, Edgar przywołał wspomnienia. Nie były to reminiscencje związane z domem, o nie – te były zbyt bolesne, na tyle odległe, by wytwarzać tęsknotę, a jednocześnie przypominające o tym, że wróci tam za tak długi czas. Mężczyzna wolał wyciągać inne dane z mózgowego banku pamięci – bronił się przed napadem czarnych myśli obrazem tego, jak wkraczał w nową rzeczywistość, jak uczył się posługiwać metalowym ciałem i jak wielkie było jego zdumienie, gdy zrozumiał, że tak naprawdę nadal będzie mógł cieszyć się zapachem kwiatów, dźwiękami muzyki i widokiem zachodzącego słońca. Niemal rozśmieszał go ogrom negatywnych emocji, jakie zalęgły się wtedy w jego umyśle. W duchu kiwał głową z politowaniem na siebie z tamtego okresu, bo przecież mimo wszystko nie było tak źle. Było to na tyle optymistyczne, by pozwolić na spokojny, błogi sen. A wszystko zaczęło się od świateł.
***
Pierwszym, co zobaczył, było światło. Promienie łagodnie rozlewające się po polu widzenia, zapełniające swoimi lśniącymi ramionami niemal całą powierzchnię czujnego oka kamery.
– Nic nie widzę – powiedział Edgar, po czym skierował wzrok trochę niżej. – O! Teraz jest dobrze… Choć jakoś dziwnie.
– Tak ma być – odezwał się jakiś głos. – Mózg działa trochę inaczej niż kamera cyfrowa, obraz przez niego składany nie jest zbiorem pasujących do siebie punktów. Prawda, ogólna zasada jego tworzenia jest podobna, ale w przeciwieństwie do naszego sprzętu oczy mają dwa rodzaje komórek światłoczułych. Jedne reagują na samo natężenie blasku, drugie na kolor.
– Aha – mruknął mężczyzna i spojrzał na swojego rozmówcę.
To, co jawiło mu się przed sztucznymi narządami wzroku, wyglądało faktycznie odmiennie niż to, co zapamiętał sprzed wypadku. Przede wszystkim w niektórych miejscach źle ustalała się ostrość – nos osoby, na którą patrzył, był widoczny jak preparat mikroskopowy i Edgar mógł wychwycić niemal każdą nierówność skóry, wszystkie pory i bruzdy wcinające się w głąb biologicznej powłoki organizmu. Kontur głowy zaś lśnił rozmazaną smugą – jak na starym, prześwietlonym filmie.
Sam właściciel owych części ciała był natomiast postawnym, ubranym w błękitny fartuch mężczyzną, z którego oczu dało się wyczytać, że był bardzo zadowolony ze swojej pracy. Twarz rozpromieniał mu uśmiech, a spojrzenie było przepełnione łagodnym zainteresowaniem, jakie można spostrzec u rodziców oglądających pierwsze kroki swojego dziecka. „Czyżbym był dla niego króliczkiem laboratoryjnym?” – pomyślał Edgar. – „A może ja sam nic dla niego nie znaczę, a zachwyca się jedynie swoim metalowym dziełem?”.
– Chodzenie nie powinno sprawiać ci problemu, chyba że nasi chirurdzy spieprzyli sprawę, ale to zdarza się stosunkowo rzadko. Jeśli nagle poruszysz ręką zamiast nogą, będziesz, niestety, składany jeszcze raz – poinformował nieznajomy, po czym wykonał ręką przyzywający gest.
Edgar zrobił kilka niepewnych kroków i spróbował się uśmiechnąć. Oczywiście nie poczuł poruszających się mięśni twarzy i zachodzących na siebie delikatnie fałdów skóry w miejscu, gdzie policzki spotykają się z ustami, ale oprócz tego nie stało się nic, czego by nie chciał. Metalowe kończyny poruszały się tak, jakby były jego własnymi, nie wydawały się nawet cięższe od organicznych tkanek.
– Faktycznie, działają dobrze. Tylko wyglądają nie za bardzo… – mruknął Edgar, spoglądając na obleczone przezroczystym tworzywem pęki przewodów, ciągnące swoje nitkowate ciała wzdłuż metalowych prętów. Części te kończyły się z jednej strony czymś przypominającym bardzo skomplikowane, okablowane zawiasy, a z drugiej płaskim kawałkiem stali, uformowanym tak, by dawał oparcie całej konstrukcji, pełniąc funkcję sztucznej stopy.
– Nic na to nie poradzę. Firmy nie stać na ozdobniki, zwłaszcza że jeżeli zdecydujesz się na pracę, jaką ci zaproponujemy, i tak wszystkie uległyby spaleniu – wyjaśnił nieznajomy.
Edgar wiedział, co się z nim stało. Po przebudzeniu słyszał głos lekarzy mówiących mu o wypadku i o tym, jaki los spotkał jego organiczną powłokę. Poinformowali go o wszystkim i zapewnili, że już nic mu nie grozi. Tylko że, bagatela, jego mózg umierał. Pewnie trwało to strasznie długo, ale w każdej sekundzie jego życie ulegało znacznemu skróceniu. Jeśli to jest nic, to nie chciał widzieć osób, których stan był naprawdę poważny.
Została mu też z grubsza przedstawiona propozycja pracy – to znaczy dowiedział się o dużych pieniądzach, jakie dostanie, jeśli spędzi trzysta sześćdziesiąt pięć ziemskich dni w jakimś zapomnianym przez świat zakątku kosmosu. Nie wiedział, jaką planetę przyjdzie mu zwiedzać ani kto będzie mu towarzyszył, ale na to był jeszcze czas.
– Skoro już o tym mówimy… – zaczął Edgar – jak mam badać obcy glob? Czy do tego nie trzeba jakichś odpowiednich kwalifikacji?
– Szczerze mówiąc, tacy jak ty wykonują tam tylko brudną robotę. Zbierają próbki i wysyłają je na nasz najbliższy statek do analizy, zapisują obserwacje i kontrolują, czy aparaturze pomiarowej nic się nie dzieje. Lot do miejsca przeznaczenia trwa zazwyczaj od kilku do kilkunastu tygodni, więc zostałbyś przeszkolony w trakcie podróży. Więcej wiedzieć naprawdę nie potrzeba, bo wszystkim zajmą się nasi naukowcy – mężczyzna uśmiechnął się, po czym dodał: – Zresztą, o ile mi wiadomo, jesteś technikiem, więc już posiadasz pewne przydatne umiejętności.
– Rozumiem – mruknął Edgar. Tak naprawdę niczego nie rozumiał, ale to był raczej skutek szoku niż niedostatecznych wyjaśnień. Umierający mózg został zbombardowany zbyt dużą ilością wrażeń, by był w stanie je pokojarzyć, nie mógł zaszufladkować wszystkich potrzebnych informacji, bowiem te gnały autostradami neuronów, zderzając się, prześlizgując pomiędzy sobą i wymykając zręcznym palcom świadomości. Edgar czuł się, jakby wszystko, co się dookoła niego działo, było elementem jakiegoś innego świata, uniwersum odległego o biliony lat świetlnych, tak dalekiego i absurdalnie nierzeczywistego, że zupełnie nieuchwytnego.
– Musimy teraz przejść do sali obok. Tam informatycy i konstruktorzy wytłumaczą ci, jak mniej więcej działa twój metalowy szkielet – odezwał się nagle ubrany w niebieski fartuch mężczyzna i ruszył w stronę drzwi.
Jego plecy rozświetliły się eksplozją cyfrowych błysków, będących skutkiem różnic w budowie oczu i kamer – promienie padające na błękitny materiał były za bardzo wzmacniane. W efekcie tworzyły coś w rodzaju oślepiającego blasku, jaki widzi człowiek, gdy zaświeci mu się latarką prosto w oczy.
– Niech pan mi jeszcze powie… – odezwał się Edgar, zanim ruszył za swym rozmówcą – jak to jest z moim mózgiem. Czy on faktycznie umiera?
– „Umiera” to za dużo powiedziane – w głosie nie dało się słyszeć ani odrobiny fałszu, co pozwalało przynajmniej wstępnie stwierdzić, że mówiący jest przekonany o prawdziwości swoich słów. Choć byli na świecie ludzie, którzy nadal wierzyli w czarownice… – Po prostu dużo szybciej się starzeje. Utrata części neuronów to normalny proces, który zachodzi wraz z wiekiem. Większość ludzi nawet go nie zauważa. Możesz przeżyć tak nawet dziesięć lat. Oczywiście, twoja pamięć będzie się z czasem pogarszać, podobnie jak spowolnią się procesy myślowe, ale nie zrobi to z ciebie wegetującego kawałka stali, jeśli o to pytasz. Znaczy – tu ton jego głosu zmienił się, z przyjacielskiego przeszedł w rzeczowy, przypominający ten, którego używa lekarz do przekazywania złych wieści – może się tak stać, ale to bardzo rzadkie przypadki. Na niszczenie szczególnie narażone są komórki kory mózgowej, a więc te, w których, najprościej mówiąc, kryje się twoja świadomość. Zazwyczaj tacy jak ty, wybacz brutalność, nie przeżywają na tyle długo, by ośrodki osobowości, mowy czy słuchu i wzroku obumarły, po prostu mózg przestaje działać wcześniej. Jednak zdarza się, zwłaszcza u tych, którzy spędzili w metalowym ciele już dwanaście czy trzynaście lat, że zapadają w coś w rodzaju śpiączki. Nie funkcjonują, ale nadal żyją.
– Ile czasu minie, zanim zaczną się poważne problemy? – spytał Edgar spokojnym, ale lekko drżącym głosem.
Syntezator działał doskonale i przekazywał emocje mówiącego dokładnie tak jak prawdziwy narząd mowy, to jednak nie było teraz ważne.
– Nie muszą się zacząć, jak już mówiłem, zwykle ogranicza się to do normalnych oznak starzenia się mózgu. Są też częściowe utraty świadomości – o tym już chyba zostałeś poinformowany; trwają krótką chwilę. Szybko mijają. Dzieje się tak, gdy praca neuronów zostanie zakłócona przez syntetyczny płyn mózgowo-rdzeniowy w takim stopniu, by przeszkodzić ci w myśleniu. Jeśli pytasz, ile możesz jeszcze przeżyć, to… teoretycznie od pięciu do dziesięciu lat. Nie wiemy, co na to wpływa, na pewno wiek mózgu i ogólna kondycja fizyczna, ale z tym nie było u ciebie problemu. Prognozy są raczej optymistyczne, jeśli perspektywę przeżycia dekady można nazwać „optymistyczną prognozą” – powiedział mężczyzna w fartuchu. Znajdował się już w następnej sali, przypominającej raczej długi korytarz, wzdłuż którego, pod jedną ze ścian ustawione były rzędem trzy stanowiska komputerowe. Świecące wesoło ekrany rzucały mieniącą się różnymi kolorami poświatę na twarze siedzących przed nimi ludzi.
Jeden z nich odwrócił się nagle i przerwał mówiącemu:
– Był tu nawet u nas facet, który cieszył się jak dziecko z tego, że jego ciało poszło do pieca i dostał nasz metalowy szkielecik – jego głos był wesoły, ale mina pełna szacunku dla człowieka, o którym opowiadał. Zdawało się, że mimo dość dowolnie dobieranych słów i swobodnego brzmienia jego wypowiedzi przez cały czas kontrolował ją, by nie powiedzieć czegoś niepochlebnego o dawnym pacjencie. – A to dlatego, że miał sto siedem lat i był bardzo chory. Osteoporoza, wierz mi, nie należała nawet do jego mniej ważnych problemów. A kości to miał podobno połamane jak zapałki, ale do rzeczy: nie mógł już chodzić, a jego żołądek nie bardzo potrafił trawić. Kiedy zorientował się, że dzięki robotowi będzie mógł znowu w miarę normalnie żyć, chciał skakać ze szczęścia. Szybko zabroniliśmy mu tego robić, przy ciężarze jego nowej powłoki mógłby nam rozwalić podłogę. A wiesz, co było najzabawniejsze? Że faktycznie miał rację. Lekarze dawali mu pięć lat w tej metalowej puszce, a przecież w biologicznym ciele mógłby umrzeć po roku, dwóch, może nawet kilku tygodniach.
