39,00 zł
Kailyn sądziła, że milczenie uchroni ją oraz jej najbliższych, ale mroczne tajemnice nie dają tak łatwo o sobie zapomnieć.
Anonimowe listy, które otrzymywała, niestety nie okazały się jedynie niesmacznym żartem. Dramatyczne odkrycie, którego dokonała, tylko utwierdza ją w przekonaniu, że ktoś naprawdę wie, co stało się tamtej nocy...
Młoda kobieta próbuje odkryć, kim jest tajemniczy nadawca i czego od niej chce. Przeszłość powraca z pełną siłą, a wraz z nią ktoś, kto niegdyś był Kailyn bardzo bliski.
Mur, który zbudowała wokół siebie, zaczyna pękać, a bolesne sekrety wychodzą na jaw szybciej, niż jest w stanie nad nimi zapanować.
Z dnia na dzień coraz trudniej chronić jej siebie oraz mężczyznę, którego mimo wszystko wciąż kocha.
Bo nie każdą prawdę da się ukryć i nie każdą miłość ocalić.
Echo milczenia to drugi tom dylogii, wieńczący losy miłości Evrina i Kailyn oraz przynoszący odpowiedzi na pytania, z którymi pozostawiło czytelników Piękno milczenia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 398
Rok wydania: 2026
ROZDZIAŁ 1
KAILYN
Stałam na szczycie schodów inie byłam wstanie oderwać wzroku od Solveig, która leżała na dole wnienaturalnie wykrzywionej pozycji. Krew powoli rozlewała się wokół jej głowy, aja zwręcz przerażającą wyrazistością słyszałam ten lepki, obrzydliwy dźwięk wypływającej zciała cieczy. Zkażdym uderzeniem mojego serca plama rosła, natomiast czas rozmywał się itracił ostrość niczym sen, który nieuchronnie przeradzał się wnajgorszy koszmar. Mimo wszystko to nie śmierć macochy wstrząsnęła mną najmocniej, lecz on ijego twarz – niepokojąco spokojna wobec tego, co się wydarzyło.
Klęczał przy ciele iścierał szkarłatne smugi zpodłogi. Robił to tak, jakby pozbywał się rozlanej farby, anie śladów okrutnej zbrodni. Nie było wnim ani cienia trwogi czy poczucia winy. Żadnego drżenia wpalcach albo zawahania. Poruszał się metodycznie zchłodną obojętnością człowieka, który już dawno pogodził się znieuchronnym. Aja po prostu stałam. Stałam iobserwowałam, jak krew coraz wyraźniej przesiąka ubrania Solveig, arzeczywistość rozpływa się wodcieniach czerwieni.
I nagle nie byłam już pewna, czyje dłonie naprawdę odebrały jej życie.
Jego?
Moje?
A może jej własne?
Ta myśl uderzyła we mnie zkażdej strony jednocześnie. Nie mogłam się poruszyć ani zaczerpnąć powietrza. Serce waliło mi wskroniach. Nogi stopniowo odmawiały jakiegokolwiek posłuszeństwa. Panika chwyciła mnie za ramiona iścisnęła je tak mocno, jak gdyby zamierzała połamać mi wszystkie kości. Przytuliła moje ciało zcałą siłą, jaką wsobie odnalazła. Musiałam przyznać, że miała jej niewiarygodnie wiele. Tak dużo, że zkażdą kolejną sekundą czułam, jak żołądek coraz bardziej podchodzi mi do gardła.
– Co ty najlepszego zrobiłaś, Kailyn? – powtarzał pod nosem jak mantrę. – Zejdź imi pomóż. Nie będę jak zwykle po tobie sprzątał. – Podniósł wkońcu wzrok ispojrzał wprost na mnie.
Zacisnęłam usta iniczym wtransie kilkukrotnie bezradnie pokręciłam głową. Byłam wogromnym szoku. Niczego nie pamiętałam. Kompletnie niczego. Mój umysł zamienił się wbezdenną pustkę. Zacisnęłam palce na poręczy izaczęłam schodzić po schodach. Stopień po stopniu. Przestrzeń wokół chwiała się bezlitośnie. Ściany. Balustrada. Ja.
Było za duszno. Za ciemno. Za głośno.
Wszystkiego było za dużo.
– Szybciej. Musimy pozbyć się ciała, zanim ktoś nas nakryje – ponaglił.
– To… to nie byłam… ja… – dukałam ztrudem, ledwie rozpoznając przy tym własny głos. – To nie ja ją zepchnęłam. Nienawidziłam Solveig, ale jej nie zabiłam. Powiedz, że mi wierzysz. Powiedz, że doskonale otym wiesz.
Przecież pamiętałabym, gdybym to zrobiła.
Pamiętałabym.
Pamiętałabym.
Pamiętałabym, prawda?
Z mojego gardła wyrwał się przeciągły szloch iskutecznie zagłuszył dalsze słowa. Nie miałam pojęcia, czy po policzkach spływał mi pot, czy łzy. Zrobiłam kolejny krok. Tylko jeden. Izeszłam ze schodów wprost na podłogę przesiąkniętą czerwienią. Na moment zacisnęłam powieki, ale gdy rozchyliłam je ponownie, krew była już wszędzie. Na mojej skórze. Ubraniach. Woddechu. Pod paznokciami. Dławiłam się nią.
– Musimy zadzwonić na policję. Powiedzieć im otym, co się stało. Wyjaśnić jakoś całą tę sytuację – powtarzałam, plącząc się we własnym oddechu. – Przysięgam, że to nie byłam ja. Wszystko, co mam wgłowie, jest jedną wielką, brudną plamą, ale ona… ona już tak tutaj leżała. To nie ja ją zabiłam… chyba…
Słowo „chyba” wypełzło ze mnie, zanim zdążyłam je połknąć. Bo skąd miałam wiedzieć: czy naprawdę jestem niewinna, czy tylko desperacko próbowałam wto uwierzyć? Myśli odbijały się echem od mojej czaszki, żadna nie brzmiała pewnie. Byłam wszoku. Byłam odurzona. Świadomość przeciekała mi przez palce jak woda, której nie potrafiłam zatrzymać. Czułam metaliczny posmak wustach, choć nie wiedziałam, czy to panika, czy już halucynacja. Nawet własny oddech wydawał mi się obcy ipodejrzanie głośny, jakby należał do kogoś innego.
Zaczęłam panicznie grzebać wswojej pamięci, ale nic wniej do siebie nie pasowało. Wspomnienia nie sklejały się wcałość. Rozpadały się. Kłamały. Śmiały prosto wtwarz. Czas rozciągał się wnieskończoność, agłosy zlewały wjednolity szum. Iwtedy przypomniałam sobie cień. Ten, który majaczył wrogu korytarza. Amoże wcale go tam nie było? Może tylko to sobie wyobraziłam? Serce waliło mi wpiersi coraz mocniej, ale itak czułam się martwa wśrodku, bo myśl, że mogłam być zdolna do czegoś tak potwornego, zabijała mnie wkażdym tego słowa znaczeniu.
– Słyszysz, co ty bredzisz, Kailyn? – Jego głos skutecznie przywrócił mnie do rzeczywistości.
– Nie możemy jej tak po prostu… – zaczęłam, ale nie pozwolił mi dokończyć.
Zanim zdołałam zrozumieć, co się dzieje, już zaciskał palce na moich ramionach. Wpatrywał się we mnie. Chciał zmiażdżyć wzrokiem. Rozebrać zwątpliwości iwiny. Wjego oczach czaiło się coś niepokojącego. Determinacja zmieszana ze strachem. Albo furią.
Och. Tak.
Z nią na pewno.
– Proszę… wysłuchaj mnie – szepnęłam. – Poinformujmy kogoś. Dobrze wiesz, że to najlepsze wyjście.
– Ogarnij się izacznij normalnie oddychać! – wrzasnął, ajego uścisk przeszył mnie jak prąd. – Nie mamy czasu na twoje dziecinne histerie. Naprawdę chcesz wezwać policję? Ico im powiesz? Że niczego nie pamiętasz? Że nie wiesz, co się stało, aona sama spadła ze schodów?
Zbliżył do mnie twarz. Wyraźnie czułam jego oddech na zapłakanej skórze.
– Przemyśl to, zanim narobisz nam jeszcze większego pieprzonego problemu. Ja już mam na pieńku zpolicją, rozumiesz? – syknął. – Jedno spojrzenie na tę scenę iuwierzą dokładnie wto, co będą chcieli. Oboje jesteśmy pod wpływem. Kamery nie działają, ana dodatek byliśmy tu tylko we trójkę. To nie wygląda dobrze ani dla mnie, ani dla ciebie.
Nie wiedziałam, czego chciałam.
Nie rozumiałam, co się właściwie wydarzyło.
Nie miałam pojęcia, co było prawdą, aco tylko ułudą, którą stworzyłam, by wjakikolwiek sposób poradzić sobie zsytuacją.
– Musimy pozbyć się ciała iupozorować jej wyjazd. Itak ostatnimi tygodniami zachowywała się dziwnie, jakby planowała się stąd ulotnić – dodał znacznie łagodniej ijednocześnie przesunął troskliwie dłonią po moich włosach. – Obiecaliśmy się wzajemnie chronić. Niezależnie od wszystkiego. Wiesz otym iw głębi serca nie zamierzasz tego zmieniać.
Tak, wiedziałam.
Miał rację.
Musiałam nas ratować, inaczej wszystko, co poświęciłam, poszłoby na marne.
Tej nocy zatuszowaliśmy zbrodnię. Pomogłam zaciągnąć ciało mojej macochy wgłąb lasu; tam, gdzie chłód wilgoci wnikał aż do kości, za to błoto przylegało do obuwia. Zgodziłam się na sfingowanie jej wyjazdu iokłamanie taty. Na podrzucenie fałszywych tropów. Pozbycie się dowodów. Na kolejne wtak krótkim czasie… milczenie. Zgodziłam się na to wszystko iwiedziałam, że od tej pory nie będę wstanie spojrzeć na siebie wlustrze. Że każdego dnia obrzydzenie do samej siebie zacznie osłabiać mnie coraz bardziej.
A jedyną drogą do odkupienia będzie tylko moja śmierć.
Albo… ucieczka.
Otworzyłam oczy iprzez krótką chwilę nie byłam pewna, czy wciąż stoję nad dołem, czy sama się wnim znajduję. Świat wokół mnie wydawał się zamglonym obrazem jakiegoś obłąkanego artysty. Rozmytym nie przez łzy, lecz coś znacznie gęstszego. Grób Solveig był pusty. Nie było wnim ciała, choć przysięgłabym, że powinno tu spoczywać. Że właśnie tutaj ją pochowaliśmy iże niestety akurat ten szczegół pamiętałam zniesamowitą wyrazistością.
Zaczęłam wracać wmyślach do tamtej nocy. Do szczegółów idetali. Pomogłam mu. Tak, owszem. Pomogłam mu. To ja trzymałam latarkę, kiedy ciągnęliśmy ją przez wilgotne liście, ajej nogi zostawiały za sobą ledwie widoczny ślad, który itak zaraz znikał rozmyty deszczem. To ja stałam obok, gdy wykopywał dół, patrzyłam na to inie potrafiłam wydobyć zsiebie choćby słowa. To ja szlochałam tak długo, aż brakowało mi tchu.
I to ja ją zabiłam.
Zakręciło mi się wgłowie. Zwymiotowałam. Nie pamiętałam tego obrzydliwego posmaku wustach, tylko szarpnięcie żołądka, ślinę, jakąś gałąź ikolana, które ugięły się pode mną, jak gdyby zostały ulepione zwaty. Właśnie wtedy powiedział, że powinnam iść do domu. Że dalej poradzi sobie sam imam na niego tam zaczekać. Aja to zrobiłam. Posłusznie. Bezwolnie niczym pies, który nie wie, czy słucha właściciela, czy kata.
Wróciłam do posiadłości inajpierw pobiegłam do łazienki. Zmywałam krew zdłoni tak mocno, że aż paliła mnie skóra. Szorowałam ją idrapałam, jednocześnie wpatrując się wlustro. Wodbicie czegoś, co wyglądało jak człowiek, ale woczach miało ziejącą pustkę. Wpotwora, którym się stałam. Potem świat znów zaczął się przechylać. Ponownie ugięły się pode mną nogi. Iponownie zwymiotowałam.
Spędziłam tak kwadrans, czterdzieści minut, godzinę.
Patrzyłam na drzwi tak długo, aż zrobiło się jasno.
Może popełniłam ogromny błąd, wmomencie gdy powierzyłam mu swoje zaufanie? Może wcale nie zakopał jej tamtej nocy, nie dokończył dzieła izostawił ją gdzieś… żywą? Bo przecież tego nie widziałam. Nie było mnie przy tym, jak zasypywał grób. Nie spojrzałam jej wtwarz po raz ostatni. Aco, jeśli wcale nie była martwa? Oddychała? Obudziła się? Może to faktycznie ona obserwowała każdy mój krok, wysyłała listy icierpliwie czekała, aż rozsypię się na kawałki? Co, jeśli od samego powrotu żyłam wbłędzie?
Zaczęłam pękać. Jedna myśl goniła następną. Splatały się wchaos, który nie prowadził ku logice, lecz prosto wobjęcia szaleństwa. Zaczęłam dusić się własnymi łzami. Byłam pewna, że ją słyszę iczuję jej zapach. Obłęd przejmował nade mną kontrolę iskutecznie pozbawiał umiejętności logicznego myślenia. Schowałam twarz wdłoniach. Zaczęłam płakać jeszcze mocniej. Szlochałam. Łkałam. Nie mogłam oddychać. Serce zamarło mi wpiersi, oddech za to ugrzązł gdzieś głęboko wgardle.
Z każdą kolejną sekundą robiło mi się coraz słabiej.
Traciłam kontakt zrzeczywistością.
Potem nastała pustka.
