Dziewczyny z sąsiedztwa - Anita Waller - ebook

Dziewczyny z sąsiedztwa ebook

Anita Waller

0,0
32,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Jedna ulica. Cztery kobiety. I tysiące kłamstw.

Jess, Erin, Melissa i Chantelle dorastały razem, dzieląc radości, smutki i wszelkie sekrety, które skrywała ulica ich dzieciństwa.

Dziś są dorosłe i po tych wszystkich latach łączy je niezwykle silna więź. Kiedy jednak Chantelle odkrywa, że jej mąż ma romans, poruszony zostaje łańcuch wydarzeń, których nikt się nie spodziewał.

Mężczyzna ginie w podejrzanych okolicznościach, a z każdym kolejnym sekretem, który wychodzi na jaw, granica między przyjaźnią a zdradą zaciera się coraz bardziej.

Anita Waller snuje wciągający, pełen napięcia thriller psychologiczny o tym, jak cienka jest granica między miłością a obsesją oraz między zaufaniem a podejrzeniem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 285

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Dla moich dwóch przy­ja­ció­łek pisa­rek, Vale­rie Keogh i Judith (J.A.) Baker, które spra­wiają, że zacho­wuję zdrowy roz­są­dek!

Cytat

„Naj­lep­szą bro­nią, jaką może mieć każda kobieta, jest odwaga”.

Eli­za­beth Cady Stan­ton

Prolog

Wrzesień 1987

Jason Kin­kaid, repor­ter Shef­field Star, przy­był wraz ze swoim foto­gra­fem do domu przy Lark­spur Close w miej­sco­wo­ści Hac­ken­thorpe, jed­nej z naj­star­szych dziel­nic mia­sta stali, w ten piękny, sło­neczny dzień wrze­śnia 1987 roku. Naj­lep­szy przy­ja­ciel Jasona prze­ka­zał mu infor­ma­cję o czte­rech rodzi­nach miesz­ka­ją­cych przy jed­nej małej ulicy, na któ­rej znaj­do­wało się zale­d­wie trzy­na­ście domów, a wszyst­kie cztery rodziny w ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy uro­dziły córeczki, więc z pew­no­ścią było to warte opu­bli­ko­wa­nia.

Repor­ter uznał, że skoro nie działo się nic innego, o czym mógłby napi­sać, to zaj­mie się tą sprawą. Skon­tak­to­wał się więc z Suzanne Chat­ter­ton, która wciąż była oszo­ło­miona nie­daw­nym uro­dze­niem czwar­tego dziecka z tej grupy, ale mimo to zgo­dziła się, że to dobry pomysł. Powie­działa, że skon­tak­tuje się z pozo­sta­łymi trzema kobie­tami i zaprosi je do domu Robert­sów. Kiedy zapy­tał, czy wszyst­kie będą obecne, odpo­wie­działa, że tak, wszyst­kie są dobrymi przy­ja­ciół­kami i połą­czyła je ciąża.

I tak się stało. Trzy panie wraz ze swo­imi dziećmi cze­kały na przy­by­cie czwar­tej, Suzanne, która kar­miła pier­sią swoje dziecko, więc wia­do­mym było, że nie pojawi się na czas.

Kobiety zapro­po­no­wały dwóm pra­cow­ni­kom Star her­batę i ciastka, ale oboje odmó­wili. Jason czuł się nie­swojo w towa­rzy­stwie małych dzieci, które nie grały w piłkę nożną, i chciał tylko uzy­skać pod­sta­wowe infor­ma­cje, zro­bić kilka zdjęć i się wymknąć.

Jason zaczął od imion.

– Jestem pierw­szą mamą, Laura Roberts – powie­działa bar­dzo ładna kobieta z irlandz­kim akcen­tem, a on się uśmiech­nął. Lubił ładne kobiety. Szybko zapi­sał.

– A twoje dziecko?

Mała dziew­czynka sie­działa pro­sto na kola­nach matki i patrzyła na niego sze­roko otwar­tymi, pięk­nymi ciem­no­brą­zo­wymi oczami. Była śliczna.

– Chan­telle. A mój mąż to…

Jason pod­niósł rękę.

– Żad­nych mężów. To nie oni wyko­nali tę pracę, prawda? To arty­kuł o mamach, o przy­jaźni, o bli­skiej spo­łecz­no­ści, a nie o męż­czy­znach.

Trzy kobiety spoj­rzały po sobie i jedna po dru­giej ski­nęły gło­wami.

– Nie mam nic prze­ciwko – powie­działa Laura.

– A kiedy uro­dziła się Chan­telle?

– Ma pra­wie sześć mie­sięcy, uro­dziła się 4 marca 1987 roku. Była pierw­szą z naszej czwórki, uro­dzona w szpi­talu Nether Edge.

Zapi­sał jej słowa i prze­szedł do Tracy Mars­den, sie­dzą­cej obok Laury.

Tracy mówiła cicho, mając nadzieję, że nie obu­dzi dziecka.

– Melissa uro­dziła się w szpi­talu położ­ni­czym Jes­sop’s Mater­nity Hospi­tal 6 czerwca, zale­d­wie trzy mie­siące po Chan­telle.

Melissa wyda­wała się nie być niczym zain­te­re­so­wana; spała smacz­nie w ramio­nach matki. Tracy poczuła ulgę, że męż­czy­zna nie pytał o nazwi­ska mężów – ona nie miała męża. Tylko biel wło­sów córki i błę­kit jej oczu skła­niały ją do wnio­sku, że ojcem mógł być Tony Smith, ale w ten długi week­end we wrze­śniu 1986 roku było jesz­cze kilku innych kan­dy­da­tów.

– Dzię­kuję – powie­dział Jason, upew­nia­jąc się, że wszyst­kie szcze­góły zostały dokład­nie zapi­sane. Chciał tym zaim­po­no­wać, może nawet uzy­skać cało­stro­ni­cową publi­ka­cję na pią­tej stro­nie.

Usły­szał, jak otwie­rają się drzwi wej­ściowe i odwró­cił się, widząc wysoką kobietę wcho­dzącą do pokoju, z dłu­gimi ciem­nymi wło­sami upię­tymi w kucyk na czubku głowy.

– Prze­pra­szam za spóź­nie­nie – powie­działa. – Popro­szę kawę – dodała, wycią­ga­jąc rękę do Jasona. – Suzanne Chat­ter­ton, moim mężem jest Jake.

Pozo­stałe kobiety zgod­nie stwier­dziły:

– On nie chce mężów.

Kobieta uśmiech­nęła się i usia­dła, tuląc małe dziecko w ramio­nach.

– To zro­zu­miałe.

– Kto jest następny? – zapy­tał Jason z uśmie­chem na twa­rzy. Lubił wesołą Suzanne.

– To my – powie­działa star­sza pani. Jej blond włosy były teraz posre­brzane, a ona rów­nież trzy­mała śpiące dziecko. – To Jes­sica, rów­nież uro­dzona w Jes­sop 23 kwiet­nia. Dzień św. Jerzego, uro­dziny Szek­spira, a teraz także uro­dziny Jes­siki. Jestem jej bab­cią, Norą, ale Jes­sica mieszka z moim mężem Arthu­rem i mną, ponie­waż jej matka… cóż, powiedzmy, że posia­da­nie dziecka było dla niej zbyt dużym obcią­że­niem.

Jason pod­niósł głowę. Czy to mate­riał na oddzielną histo­rię? Nary­so­wał kółko wokół imie­nia Jes­siki i obie­cał sobie, że spraw­dzi to, gdy wróci do biura. Czy rok 1987 mógł być jego rokiem, rokiem, w któ­rym zabły­śnie, tylko dla­tego, że prze­pro­wa­dził wywiad z mat­kami czte­rech malut­kich dzieci? Poczuł dreszcz ocze­ki­wa­nia.

Jason zwró­cił się do Suzanne:

– A ta malutka jest naj­młod­sza?

– Tak. To Erin, uro­dzona 21 sierp­nia 1987 roku, mie­siąc po tym, jak wpro­wa­dzi­li­śmy się do domu obok. Uro­dzi­łam w domu, ponie­waż karetka nie dotarła na czas. Na szczę­ście położna zdą­żyła. Ta ulica to praw­dziwy inku­ba­tor/żło­bek.

– O tym wła­śnie jest ten arty­kuł – powie­dział Jason ze śmie­chem. – Oprócz świę­to­wa­nia naro­dzin tych czte­rech pięk­nych dziew­czy­nek, jest to opo­wieść o spo­łecz­no­ści i może tro­chę o tym, czy „jest coś w wodzie” na tej ulicy. Będzie to arty­kuł popra­wia­jący nastrój, powi­nien uka­zać się w czwart­ko­wym wyda­niu, więc koniecz­nie go kup­cie.

Foto­graf wstał i zaczął wybie­rać zdję­cia, które chciał zro­bić, budząc przy tym dwie śpiące dziew­czynki, ale dwa­dzie­ścia minut póź­niej obaj męż­czyźni opu­ścili dom, prze­cho­dząc do kolej­nego punktu na liście zadań na ten dzień.

Cztery kobiety usia­dły i wes­tchnęły.

– Dzięki Bogu, że to już koniec – powie­działa Laura. – To będzie miła pamiątka dla dziew­czy­nek, kiedy doro­sną, ale to jest The Star, więc nie spo­dzie­wam się, że będzie to szcze­gól­nie dokładne.

Nora Whe­eler wstała.

– Dzię­kuję wam za wspar­cie. Musi­cie wie­dzieć, że wczo­raj osta­tecz­nie usta­lono, że będziemy ofi­cjal­nymi opie­ku­nami Jes­siki do czasu powrotu Anny, ale na­dal nie mamy od niej żad­nych wia­do­mo­ści. Minęły już ponad cztery mie­siące i ani słowa. Arthur osza­lał z nie­po­koju, ale wszyst­kie widzia­ły­ście jej list. Nie chciała tego dziecka i możemy zro­bić z nim, co chcemy. Jak­by­śmy mieli ją puścić… Idę do domu, Jes­sica jest już pra­wie gotowa do kar­mie­nia, ale cie­szę się, że się na to zde­cy­do­wa­li­śmy. Zawsze to jakaś miła odmiana.

Poże­gnały się, a Nora udała się do domu, odda­lo­nego o zale­d­wie trzy drzwi od domu Laury.

– Ta kobieta jest gwiazdą – powie­działa cicho Laura. – Będę ją wspie­rać, kiedy tylko będzie tego potrze­bo­wać. Cho­lerna Anna ni­gdy nie powie­działa ani słowa o tym, że nie chce dziecka, prawda? Powie­działa tylko, że pokłó­ciła się z ojcem dziecka, więc on już nie jest obecny w jej życiu. Te czworo malu­chów będzie dora­stać, wie­dząc, że mogą wpaść do każ­dego z naszych domów, że będą oto­czone opieką i że będziemy je wspie­rać. Tak?

– Tak!

– A teraz możemy napić się kawy? – zapy­tała Suzanne. – Jestem wykoń­czona i potrze­buję kofe­iny.

* * *

I tak poja­wiła się czwórka, ogło­szona światu w arty­kule pra­so­wym, który opi­sy­wał płodną atmos­ferę panu­jącą w Lark­spur Close, gdzie w ciągu sze­ściu mie­sięcy uro­dziły się cztery dziew­czynki. Chan­telle, Jes­sica, Melissa i Erin stały się chwi­lowo sławne, choć tylko na jeden dzień, a ich rodzice zacho­wali kilka egzem­pla­rzy czwart­ko­wego wyda­nia Star. Dora­stały razem, cho­dziły razem do szkoły, stały się sio­strami bez wspól­nych genów. Kochały się, chro­niły, świę­to­wały ważne wyda­rze­nia w życiu i zgro­ma­dziły małą kolek­cję sukie­nek dru­hen, które wyko­rzy­stały pod­czas ślu­bów Chan­telle i Jess.

* * *

Do 2022 roku jedna z nich uro­dziła bliź­nięta, druga pra­co­wała jako asy­stentka prawna w naj­więk­szej kan­ce­la­rii w mie­ście, trze­cia stała się nie­chętną gospo­dy­nią domową, a czwar­tej udało się otwo­rzyć wła­sną księ­gar­nię. Jed­nak, co waż­niej­sze, przy­naj­mniej jedna z czwórki ode­grała zna­czącą rolę w mor­der­stwie. Mor­der­stwie koniecz­nym.

Lark­spur Close było spo­łecz­no­ścią; tajem­nice były ukry­wane, cza­sem wycho­dziły na świa­tło dzienne, ale zawsze ist­niały. Rodziny połą­czone naro­dzi­nami dziew­cząt były rów­nież połą­czone śmier­cią.

1

Lato 2022

Dłu­gie blond włosy Jes­siki Arm­strong poja­wiły się w drzwiach kuchni w domu jej dziad­ków, zanim poja­wiła się ona sama. Reszta jej ciała pró­bo­wała prze­ko­nać sze­ścio­mie­sięcz­nego szcze­niaka o imie­niu Mabel, aby poszedł za nią, zamiast gonić kota po ogro­dzie.

Bab­cia Jess, Nora Whe­eler, uśmiech­nęła się do tej naj­bar­dziej mile widzia­nej ze wszyst­kich gości. Spoj­rzała na małego szcze­niaka i powie­działa suro­wym gło­sem, aby poka­zać swoją wła­dzę:

– Mabel, siad! – Mabel zamer­dała ogo­nem i pode­szła, aby poli­zać rękę Nory.

– Ten pies nie rozu­mie, kto jest sze­fem – powie­działa sta­now­czo Nora.

– Z pew­no­ścią nie – powie­działa Jess ze śmie­chem, pochy­la­jąc się, aby poca­ło­wać bab­cię w poli­czek. – Dzia­dek ma się dobrze?

– Ma się dobrze. Jest teraz w szklarni. Wła­śnie zapa­rzy­łam her­batę, bo napi­sał mi SMS-a, że ma ochotę na fili­żankę. Tele­fony komór­kowe zmie­niły mnie w nie­wol­nicę tego czło­wieka.

– I tak byłaś nie­wol­nicą nas obojga, więc nie obwi­niaj tele­fo­nów komór­ko­wych – zażar­to­wała Jess. – Czy jest coś, co mogę dla cie­bie zro­bić, skoro tu jestem?

Jess zaczęła dzwo­nić pra­wie codzien­nie pod jakimś pre­tek­stem, świa­doma tego, jak bar­dzo się sta­rzeją i jak wiele rze­czy spra­wia im teraz trud­ność.

– Dzię­kuję ci, kocha­nie – odpo­wie­działa Nora. – Nie, wszystko w porządku, dzię­ku­jemy. Chyba że…

– Chyba że co?

– Cóż, rano ścią­gnę­łam pościel z łóżka i jesz­cze nie poło­ży­łam czy­stej. To ta poszewka na koł­drę mnie poko­nuje…

Jess par­sk­nęła.

– Poszewki na koł­dry spra­wiają trud­no­ści każ­demu, bab­ciu. Nie martw się tym, pójdę na górę i zro­bię to za cie­bie.

Zanim Jess wró­ciła do kuchni, podano fili­żankę her­baty jej dziad­kowi, a dla niej i Nory zapa­rzono świeży dzba­nek.

– Gotowe, bab­ciu. Ładna poszewka na koł­drę.

– Jest nowa. Lubię maki.

– Jak­by­śmy tego nie wie­działy – Jess uśmiech­nęła się i pod­nio­sła fili­żankę. – Opo­wiedz mi o dziadku. Czy wszystko z nim w porządku?

– Po pro­stu się sta­rzeje, Jess. Mamy już ponad sie­dem­dzie­siąt lat i zwal­niamy tempo, ale dbam o to, żeby brał wszyst­kie leki i cho­ciaż więk­szość dni drze­mie przez godzinę, czuje się dobrze. Prze­stań się mar­twić.

Jess się­gnęła i ści­snęła pomarsz­czoną dłoń.

– Powie­dzia­ła­byś mi, gdyby coś było nie tak?

– Oczy­wi­ście. Radzimy sobie cał­kiem nie­źle, poza zakła­da­niem posze­wek na koł­dry.

– Wystar­czy jeden tele­fon, bab­ciu.

– Wiem. Zmieńmy temat, zanim popad­niemy w sen­ty­men­ta­lizm. Jak się mają pozo­stałe dziew­czyny?

Jess wie­działa, że bab­cia ma na myśli pozo­stałe trzy dziew­czyny, i uśmiech­nęła się. Były sio­strami z natury, nawet jeśli nie z krwi, takimi wła­śnie były wszyst­kie cztery.

– Mają się dobrze. Chan­telle jest tro­chę wyczer­pana, odkąd uro­dziła bliź­nięta, ale jest osobą, która po pro­stu sobie radzi, i to bar­dzo dobrze. Z Mel i Erin też jest w porządku. Na­dal spo­ty­kamy się tak czę­sto, jak to tylko moż­liwe, ale i tak zawsze piszemy do sie­bie SMS-y i tak dalej. W zeszłym tygo­dniu spo­tka­ły­śmy się trzy razy. Chan­telle nie zawsze może się poja­wić z powodu dzieci, ale trzy z nas zawsze są. Silna przy­jaźń, bab­ciu, silna przy­jaźń.

– A Mike?

Nastą­piła krótka pauza, ale Nora ją zare­je­stro­wała.

– Ma się dobrze. Jego praca wymaga teraz częst­szych wyjaz­dów, ale zawsze wraca do domu na week­endy, więc nie powin­nam narze­kać.

– Ale teraz czu­jesz się tro­chę nie­za­do­wo­lona, prawda?

Ski­nęła głową, a jej usta lekko się wygięły w dół.

– Tylko tro­chę. Tydzień nie wyda­wałby się taki długi, gdyby zgo­dził się, żebym pra­co­wała, ale z jakie­goś powodu on tego nie chce. Mówi, że nie muszę pra­co­wać i ma rację, nie muszę, nie z powo­dów finan­so­wych. Ale psy­chicz­nie to już inna sprawa.

Nora odsta­wiła fili­żankę z pewną siłą.

– Rób, co chcesz, Jess. To twój mąż, a nie wła­ści­ciel.

Jess uśmiech­nęła się sze­roko.

– Weszłam do sklepu cha­ry­ta­tyw­nego, żeby spraw­dzić, czy znajdę jakieś naprawdę stare książki; jeśli coś takiego trafi do nich, to odkła­dają je dla mnie. Wypi­łam her­batę z kie­row­niczką, a ona powie­działa, że jeśli mam wolny czas, to chęt­nie przyjmą mnie do zespołu. Odpowie­działam, że się z nimi skon­tak­tuję, ale myślę, że to byłoby dla mnie ide­alne roz­wią­za­nie

– Śmiało. Wyjdź spod kon­troli Mike'a i przy oka­zji znajdź sobie innego męż­czy­znę, który da ci dziecko, któ­rego tak bar­dzo pra­gniesz. Nie lubię wtrą­cać się w twoje mał­żeń­stwo, Jess, ale widzę, jak bar­dzo jesteś nie­szczę­śliwa. To od cie­bie zależy, czy coś z tym zro­bisz.

– Bab­ciu!

– Nie zaprze­czaj, młoda damo. Widzia­łam, jak się zacho­wu­jesz w pobliżu bliź­nia­ków Chan­telle.

– Ale nimi mogę opie­ko­wać się bez żad­nych zobo­wią­zań!

– Dzieci nie są ciężką pracą, Jess. Cza­sami są nie­moż­liwą pracą, ale spójrz na sie­bie, jesteś dla nas abso­lut­nym bło­go­sła­wień­stwem i dzięki tobie pozo­sta­jemy mło­dzi. Jeśli nie chcesz opu­ścić Mike’a, może nad­szedł czas, aby po pro­stu przy­pad­kowo zapo­mnieć o tablet­kach, Jess. Jeśli chcesz mieć dziecko, powin­naś je mieć. Twoja mama… Zatrzy­mała się. Anna była zawsze obecna, mimo że tak naprawdę jej nie było, a samo wypo­wie­dze­nie jej imie­nia spra­wiało, że serce Nory zamie­rało. Wzięła głę­boki oddech. – Twoja mama była spo­iwem, które mocno łączyło mnie i two­jego dziadka, i przy­nio­sło nam nie­skoń­cze­nie wiele rado­ści.

– Ale ona cię opu­ściła – powie­działa cicho Jess. Była to rzadka chwila, którą nale­żało doce­nić. Rzadko mówiono o jej matce.

– I dała nam cie­bie. To była nasza nagroda pocie­sze­nia, która oka­zała się strza­łem w dzie­siątkę.

Obie kobiety uśmiech­nęły się do sie­bie.

– Czy jestem do niej podobna? – zapy­tała Jess.

– Zde­cy­do­wa­nie wyglą­dem. Miała dłu­gie blond włosy, cho­ciaż zazwy­czaj nosiła je zwią­zane w kucyk. Ty jesteś nieco bar­dziej wyra­fi­no­wana. Podej­rze­wam, że to wpływ Mike’a. Jeśli cho­dzi o syl­wetkę, jeste­ście bar­dzo podobne, nie za wyso­kie, obie bar­dzo ładne. Powie­dzia­ła­bym, że odzie­dzi­czy­łaś geny matki, ale ponie­waż nie wiemy, kim był twój ojciec, nie mogę nic o nim powie­dzieć.

Jess ponow­nie ści­snęła dłoń babci.

– Mam naj­lep­szych rodzi­ców na świe­cie.

Nora par­sk­nęła z nie­do­wie­rza­niem.

– Nie powiem, że było łatwo, młoda damo. Byli­śmy zbyt sta­rzy, aby przy­jąć dziecko w innej roli niż dziad­ko­wie, ale Anna nie pozo­sta­wiła nam wyboru. Kocha­li­śmy cię od chwili two­ich naro­dzin. Ale zmie­ni­łaś się. A jeśli Mike nie daje ci tego, czego tak wyraź­nie pra­gniesz, czyli dziecka, to czas prze­my­śleć swoje życie, bo skoń­czysz jako zrzę­dliwa stara kobieta.

Nora zawa­hała się przez chwilę, po czym kon­ty­nu­owała.

– Wiesz, Jess, zawsze uwa­ża­łam, że na tym świe­cie każdy ma swoją drugą połówkę, kogoś wyjąt­ko­wego, kto będzie cię kochał bez­wa­run­kowo i kogo ty będziesz kochać bez­wa­run­kowo. Musisz tylko tę osobę zna­leźć. A kiedy już to zro­bisz – spoj­rzała na swoje dło­nie spo­czy­wa­jące na kola­nach – nie rezy­gnuj z niej. Za żadne skarby.

Jess poczuła dreszcz prze­bie­ga­jący po jej ciele. – A dzia­dek jest twoją wyjąt­kową osobą? Nagle poczuła potrzebę zada­nia tego pyta­nia.

Nora pod­nio­sła powoli głowę, jakby zasta­na­wia­jąc się, ile powie­dzieć.

– Nie, i dla­tego roz­ma­wiam z tobą w ten spo­sób. Nie zdra­dzam żad­nych szcze­gó­łów, więc ta roz­mowa ni­gdy nie zosta­nie powtó­rzona, ale po pro­stu cze­ka­łam, aż Anna uro­dzi dziecko i ustat­kuje się z tobą, a potem zamie­rza­łam odejść, aby być z moją wyjąt­kową osobą. Ale Anna ode­szła, pozo­sta­wia­jąc nam nasze naj­cen­niej­sze wnu­czę. Więc zosta­łam.

Przez chwilę Jess zanie­mó­wiła. Ze wszyst­kich roz­mów, jakie mogłyby odbyć, ta zszo­ko­wała ją naj­bar­dziej. Jej bab­cia! Z innym męż­czy­zną! Nie była pewna, czy powinna się śmiać, czy pła­kać.

– Powin­nam prze­pro­sić? Za to, że cię od niego oddzie­li­łam?

– Ni­gdy. To kolejna sprawa, Jess. Ni­gdy nie rób niczego, za co musia­ła­byś prze­pra­szać, i spójrzmy praw­dzie w oczy, nikt oprócz mnie i mojego uko­cha­nego nie wie­dział o naszych pla­nach. Och, jego żona coś podej­rze­wała, ale ni­gdy nie dowie­działa się całej prawdy o tym, jak bar­dzo się zbli­ży­li­śmy. Więc nikt nie ma za co prze­pra­szać. Po pro­stu mie­li­śmy wła­ściwą miłość w nie­wła­ści­wym cza­sie. Pogo­dzi­łam się z wybo­rem, któ­rego doko­na­łam w dniu, w któ­rym ponow­nie zosta­łam matką, a nie bab­cią. I ni­gdy tego nie żało­wa­łam.

– Ale ja doro­słam – powie­działa Jess. – Mogłaś odejść, kiedy poszłam na stu­dia.

Nora potrzą­snęła głową. – To nie­moż­liwe. Ten moment już minął z męż­czy­zną, któ­rego kocha­łam, pogo­dzi­li­śmy się z tym, że tak nie będzie. Pozna­łaś już Mike’a i od razu wie­dzia­łam, że pew­nego dnia będziemy miały tę roz­mowę. Cóż, może nie będę ci opo­wia­dać o miło­ści mojego życia, ale na pewno będę cię zachę­cać do prze­my­śle­nia swo­jego życia i pod­ję­cia decy­zji, czego naprawdę chcesz.

Wycią­gnęła rękę i ujęła dłoń Jess.

– Jeśli potrze­bu­jesz czasu, żeby wszystko prze­my­śleć, twój pokój jest tu zawsze dla cie­bie gotowy.

– Z Mabel w pakie­cie? – zażar­to­wała, pró­bu­jąc roz­luź­nić atmos­ferę.

– Niech zgadnę, gdzie jest teraz Mabel. Z twoim dziad­kiem w szklarni. Mabel jest tu bar­dzo mile widziana, jak dobrze wiesz. Mówię poważ­nie, Jess, potrze­bu­jesz życia, zamiast utrzy­my­wa­nia tego ide­al­nego domu w nie­ska­zi­tel­nej czy­sto­ści. Co mówią dziew­czyny?

– Wszyst­kie trzy mówią dokład­nie to samo, co ty. Ale ostat­nio mówią to czę­ściej. Mel i Erin nie wyra­żają tego tak otwar­cie, ale Chan­telle przy­pro­wa­dziła bliź­niaki w nie­dzielę, a Mike tam był. Sły­szała, jak powie­dział coś w stylu: „Czy ona musi przy­pro­wa­dzać tu te cho­lerne dzie­ciaki?”, po czym doszło mię­dzy nimi do dość gło­śnej kłótni, a ja pró­bo­wa­łam peł­nić rolę media­tora.

Wypiła drinka i wstała.

– Pójdę po Mabel, a potem wrócę do domu. Prze­my­ślę wszystko, Nan, obie­cuję. Nie chcesz mi powie­dzieć, kim jest ten drugi męż­czy­zna? Twoja praw­dziwa miłość w nie­wła­ści­wym cza­sie…

Nora roze­śmiała się.

– Nie, nie chcę. A teraz idź i daj dziad­kowi buziaka i ni­gdy wię­cej o tym nie myśl. Po pro­stu zasta­nów się nad swoją sytu­acją, moja droga, i znajdź sobie szczę­śliwe miej­sce, zamiast tego, w któ­rym jesteś teraz.

2

Lily i Daisy French patrzyły na matkę, cze­ka­jąc, aż poda im lody na patyku, które trzy­mała w każ­dej ręce.

– Kto chce czer­wony, a kto poma­rań­czowy? – zapy­tała Chan­telle.

Bliź­niaczki odpo­wie­działy, że chcą czer­wone, a potem obie powie­działy, że poma­rań­czowe. Matka scho­wała ręce za ple­cami i popro­siła je, aby wybrały lewą lub prawą rękę. Daisy dostała czer­wony, a Lily poma­rań­czowy. Gdy zaczęły ssać lody, zapa­dła cisza.

– Dobra, moje małe potworki, posłu­chaj­cie mnie. Ciotka Jess przyj­dzie póź­niej, żeby się wami zająć, a ja pójdę na duże zakupy spo­żyw­cze. Musi­cie być grzeczne.

Lily odgry­zła kawa­łek lizaka.

– Sło­dy­cze?

– Może. Ale głów­nie chleb, mleko, masło, no wiesz, zwy­kłe rze­czy, które ludzie kupują, gdy robią zakupy spo­żyw­cze. Jakie sło­dy­cze?

– Żelki – powie­działa Lily.

– Guziczki – powie­działa Daisy.

Chan­telle wes­tchnęła. Zawsze zakła­dała, że bliź­nięta są do sie­bie podobne pod każ­dym wzglę­dem, ale wyglą­dało na to, że w przy­padku tej pary, którą udało jej się zdo­być, iden­tyczne były tylko pod kątem wyglądu.

– Zoba­czę, co da się zro­bić. Ale jeśli cio­cia Jess powie, że były­ście nie­grzeczne, nie dosta­nie­cie żad­nych sło­dy­czy. Czy to jasne?

Obie ski­nęły gło­wami z powagą, która spra­wiła, że miała ochotę się gło­śno roze­śmiać, ale uznała, że to nie jest dobry pomysł. Poważne chwile muszą pozo­stać poważne.

Usły­szała krót­kie puka­nie do drzwi, które się otwo­rzyły. Obie dziew­czynki krzyk­nęły:

– Cio­ciu Jess! – i wybie­gły kory­ta­rzem. Chan­telle uśmiech­nęła się. Przy­była kawa­le­ria i mogła cie­szyć się kil­koma godzi­nami wol­no­ści, któ­rych zwień­cze­niem była kawa w Star­buck­sie.

* * *

Chan­telle skoń­czyła łado­wać bagaż­nik samo­chodu, zasta­na­wia­jąc się, jak to moż­liwe, że w tak krót­kim cza­sie wydała tak dużo pie­nię­dzy. Być może nad­szedł czas, aby zre­wi­do­wać swoje nor­malne nawyki zaku­powe pole­ga­jące na wrzu­ca­niu do wózka wszyst­kiego, czego potrze­bo­wała, bez względu na ceny, i zacząć spraw­dzać, o ile wzro­sła cena, którą pła­ciła wcze­śniej.

Z pew­nym roz­cza­ro­wa­niem zatrza­snęła klapę bagaż­nika i usia­dła na fotelu kie­rowcy. Kawa w Star­buck­sie. Jej przy­jem­ność. Spraw­dziła wia­do­mo­ści w tele­fo­nie i zdała sobie sprawę, że ma jesz­cze około godziny, aby poczuć się kobietą, a nie matką, wie­dząc, że jej córki są bez­pieczne z Jess. Gdyby coś się stało, Jess wysła­łaby wia­do­mość.

Jazda do cen­trum han­dlo­wego Dra­ke­ho­use zajęła zale­d­wie dwie minuty; zapar­ko­wała w cie­niu i prze­szła do kawiarni, pró­bu­jąc zde­cy­do­wać mię­dzy zwy­kłą latte a czymś bar­dziej egzo­tycz­nym. Gdyby tylko wszyst­kie decy­zje w jej życiu były tak pro­ste, pomy­ślała.

Andrew. Decy­zja, która spra­wiała jej tyle nie­po­koju, ale wie­działa, że coś musi się zmie­nić. Zmiana nawy­ków zwią­za­nych ze snem w niczym nie pomo­gła; powoli, ale sku­tecz­nie prze­niósł wszyst­kie swoje ubra­nia do sypialni gościn­nej, dając jej jasno do zro­zu­mie­nia, że nie zamie­rza wra­cać do mał­żeń­skiego łóżka, nie zwa­ża­jąc na sześć tygo­dni, które począt­kowo uzgod­nili, że będą dobre dla nich obojga.

Wzięła swój napój – latte – i prze­nio­sła się do sto­lika, przy któ­rym mogła usiąść i patrzeć na zewnątrz, mimo że widok ogra­ni­czał się do par­kingu. Podzi­wiała kolor samo­chodu, który wje­chał na par­king, nie­bie­skiej Mazdy, jak sądziła, nie będąc szcze­gól­nie bie­głą w roz­po­zna­wa­niu marek samo­cho­dów.

Jej wła­sny samo­chód, czarny Focus, który zapar­ko­wała w pobliżu wej­ścia, wyglą­dał na stary w porów­na­niu z nie­bie­skim samo­cho­dem. Wes­tchnęła ciężko. Focus będzie jej towa­rzy­szył przez długi czas; posia­da­nie bliź­nia­ków ozna­czało cię­cia w innych obsza­rach jej życia, a nowy samo­chód zde­cy­do­wa­nie nie znaj­do­wał się na liście. Dopiero gdy zoba­czyła Andrew wysia­da­ją­cego z fotela pasa­żera, zaparło jej dech w pier­siach. Wstała do połowy, zamie­rza­jąc poma­chać mu, ale potem usia­dła, nie pod­no­sząc ręki. Otwo­rzyły się drzwi kie­rowcy.

Kie­rowcą samo­chodu była blon­dynka w dżin­sach i bluzce, która pod­kre­ślała jej ide­alną figurę. Chan­telle nie roz­po­znała tej kobiety. Czy Andrew nie powie­dział, że nie ma go w biu­rze? Wzru­szyła ramio­nami. Andrew rzadko się do niej odzy­wał, cho­ciaż w sto­sunku do ich córek był tym samym sta­rym Andrew.

Patrzyła, jak znika w Curry’s, idąc za blon­dynką. Chan­telle ogar­nęła fala iry­ta­cji: wyda­wało jej się, że ta blon­dynka przy­szła po coś do biura, ale potrze­bo­wała pomoc­nika, który zała­twi to za nią. Andrew, potulny i łagodny Andrew, który ni­gdy nikomu nie odma­wiał. Z wyjąt­kiem niej.

Nie spie­szyła się z latte, obser­wu­jąc drzwi Curry’s za każ­dym razem, gdy się otwie­rały. Trzy­mała tele­fon w dłoni, z już uru­cho­mioną apli­ka­cją apa­ratu. Zrobi mu zdję­cie i pokaże mu je wie­czo­rem, jako małą odskocz­nię od stre­su­ją­cego życia domo­wego.

W końcu jej mąż i kobieta wyszli, żadne z nich nie nio­sło niczego, co wyma­ga­łoby uży­cia siły. Andrew uży­wał swo­ich mię­śni, obej­mu­jąc prawą ręką talię kobiety. Śmiali się, zbli­ża­jąc do samo­chodu, a on przy­tu­lił ją na chwilę, po czym pochy­lił się, aby poca­ło­wać ją w usta. Następ­nie oboje wsie­dli do samo­chodu i znik­nęli z par­kingu. Chan­telle uchwy­ciła poca­łu­nek swoim tele­fo­nem i spraw­dziła jakość uzy­ska­nego zdję­cia.

Wystar­cza­jąco dobra, pomy­ślała, wpa­tru­jąc się inten­syw­nie w zdję­cie. Ale instynk­tow­nie wie­działa, że na razie musi je zatrzy­mać – naj­pierw musi poka­zać je innym. Andrew nie mógł się z tego wykrę­cić. Ale dla­czego nie czuła gniewu, że wydaje się być żoną zdra­dza­ją­cego, kłam­li­wego łaj­daka? Czy nie powinna przy­naj­mniej czuć się smutna, albo cho­ciaż zdez­o­rien­to­wana?

* * *

Pod­eks­cy­to­wane Lily i Daisy poma­gały matce wno­sić z samo­chodu liczne torby, nie mogąc się docze­kać, aż znajdą tę z ulu­bio­nymi sło­dy­czami, ale ona odpra­wiła je ze śmie­chem.

– Daj­cie mi przejść przez drzwi!

– Gdyby ktoś ich nie znał, pomy­ślałby, że ni­gdy wcze­śniej nie jadły żel­ków – sko­men­to­wała Jess, obser­wu­jąc chaos, jaki potra­fią wywo­łać dwie trzy­latki w tak krót­kim cza­sie.

– Tak jest każ­dego wie­czoru, kiedy wspo­mi­nam o kąpieli – potwier­dziła Chan­telle. – Uwiel­biają zabawę w wan­nie, ale każ­dego wie­czoru pod­łoga w łazience jest zalana wodą. Po tym, jak położę je spać, zapada magiczna cisza; wie­dzą, że nie wolno im wsta­wać z łóżka, kiedy już się uło­żyły.

– Były wspa­niałe, kiedy cię nie było. Znacz­nie lep­sze ode mnie w Tid­dly­winks, ale w Sna­kes and Lad­ders poko­na­łam je bez pro­blemu.

– Zosta­niesz na kola­cję? A w Sna­kes and Lad­ders wygry­wasz z nimi tylko dla­tego, że ni­gdy wcze­śniej o tej grze nie sły­szały, nie mówiąc już o gra­niu w nią – powie­działa Chan­telle, się­ga­jąc do gór­nej półki lodówki, aby prze­sta­wić rze­czy i zro­bić tro­chę miej­sca.

– Bar­dzo chęt­nie, jeśli nie masz nic prze­ciwko. I tak chcę z tobą poroz­ma­wiać.

– O? To dziwne. Ja też mam coś, o czym chcia­ła­bym z tobą poroz­ma­wiać. Ale czy możemy poroz­ma­wiać przed powro­tem Andrew, a nie po nim?

– Możemy, ale myśla­łam, że ostat­nio zawsze znika po posiłku?

– Tak, ale tylko do pokoju gościn­nego. Nie chcę, żeby sły­szał, co mam ci do powie­dze­nia, przy­naj­mniej na razie. Ja posprzą­tam, a ty zaparz kawę. Zapro­po­no­wa­ła­bym wino, ale wiem, że pro­wa­dzisz.

– Więc będzie to roz­mowa na miarę wina? Brzmi poważ­nie.

Chan­telle wzru­szyła ramio­nami.

– Wydaje się, że minęły wieki, odkąd ostat­nio wszy­scy razem usie­dli­śmy tutaj i długo roz­ma­wia­li­śmy. Roz­mowy gru­powe przez tele­fon to nie to samo, prawda?

Zaczęła ukła­dać puszki fasoli i maka­ronu spa­ghetti w szafce prze­zna­czo­nej na takie pro­dukty, a Jess po włą­cze­niu czaj­nika upo­rząd­ko­wała lodówkę i zamra­żarkę.

Lily podała Jess małą różową pla­sti­kową fili­żankę.

– Fili­żankę her­baty, cio­ciu Jess? – zapy­tała.

Jess uśmiech­nęła się do małej dziew­czynki.

– Bar­dzo chęt­nie, dzię­kuję, Lily. Mamy cia­sto?

Lily ski­nęła głową.

– Cia­sto – powtó­rzyła i znik­nęła z powro­tem w salo­nie.

Wró­ciła, gdy Jess zamy­kała drzwi zamra­żarki, zado­wo­lona, że nawet kostka lodu nie zmie­ści­łaby się w tym dużym urzą­dze­niu. Tym razem Lily nio­sła mały pla­sti­kowy talerz z bar­dzo małym kawał­kiem pla­sti­ko­wej pizzy.

– Ciastko – powie­działa i uro­czy­ście podała tale­rzyk, po czym wró­ciła, aby pomóc Daisy ugo­to­wać jajko na ich małej drew­nia­nej kuchence.

– To takie uro­cze – powie­działa powoli, patrząc, jak drzwi zamy­kają się po wyj­ściu Lily.

– Prawda? – powie­działa Chan­telle, szybko wycie­ra­jąc blat, teraz, gdy wszystko było już odpo­wied­nio uło­żone na swoim miej­scu. – I nawet nie są męczące w wycho­wa­niu. Rozu­miesz, o co mi cho­dzi? Nie mogła­bym nawet roz­wa­żać pod­ję­cia pracy, czę­ściowo dla­tego, że nikt przy zdro­wych zmy­słach nie chciałby opie­ko­wać się trzy­let­nimi bliź­nia­kami, ale uwa­żam, że to moja praca i moje życie w tej chwili, a na pewno przez następne pięć lat. Wydaje mi się, że każ­dego dnia wymy­ślają coś nowego, co spra­wia mi praw­dziwą radość. Nie pole­cam mieć dwojga dzieci naraz, ale przy­naj­mniej wszyst­kie trudne etapy ma się za sobą za jed­nym zama­chem, że tak powiem. No dalej, napijmy się porząd­nego drinka z praw­dzi­wego kubka, zamiast z pla­sti­ko­wego kubeczka, i zostawmy je przy pie­cze­niu, a my poroz­ma­wiajmy. Być może będę musiała poroz­ma­wiać z Mel, w końcu jest asy­stentką prawną, ale skoro już tu jesteś i nie masz gdzie uciec, mogę naj­pierw upo­rząd­ko­wać myśli z tobą.

Jess spoj­rzała na nią.

– Potrze­bu­jesz Mel jako asy­stentki praw­nej? Zamor­do­wa­łaś kogoś?

– To dużo bar­dziej skom­pli­ko­wana sprawa. Około godziny temu widzia­łam, jak Andrew cało­wał inną kobietę na par­kingu przy cen­trum han­dlo­wym, przed Curry’s.

3

– Andrew? Inną kobietę? Czy on osza­lał? – Jess była prze­ra­żona, a Chan­telle uśmiech­nęła się, choć był to raczej gry­mas niż uśmiech. Wyjęła tele­fon z torby i klik­nęła ikonę Zdję­cia.

Podała tele­fon Jess z otwar­tym zdję­ciem, które wła­śnie zro­biła, i usia­dła.

Jess wpa­try­wała się w foto­gra­fię.

– Co on, do cho­lery, wypra­wia? Ma dwoje pięk­nych dzieci, wspa­niały dom, a przede wszyst­kim ma cie­bie!

– Cóż – Chan­telle zawa­hała się przez chwilę – dwa na trzy, ale to i tak nie naj­go­rzej.

Jess zmarsz­czyła brwi.

– Jak to „dwa na trzy”?

– To prawda, że ma bliź­niaczki i dom, ale mnie nie ma. Tro­chę się od sie­bie odda­li­li­śmy. Pró­bo­wa­łam to przed wami ukryć, ale myślę, że Erin mogła się zorien­to­wać. W zeszłym tygo­dniu przy­szła na her­batę, żeby zoba­czyć dziew­czynki, i przy­nio­sła ze sobą sukienkę, którą kupiła w tym skle­pie z uży­waną odzieżą zna­nych pro­jek­tan­tów. Poszła na górę, żeby się prze­brać, żebym mogła ją obej­rzeć, ale weszła do pokoju gościn­nego. Pokoju Andrew.

– I czy widać, że to teraz jego pokój?

Chan­telle ski­nęła głową.

– Tak. Ma tam nawet małe biurko. Pró­bo­wa­łam powie­dzieć, że to pokój, któ­rego używa jako gabi­netu, ale na łóżku leżały ubra­nia, na sto­liku noc­nym kosme­tyki i tym podobne rze­czy, więc nie dała się nabrać. Udało mi się zmie­nić temat, czu­jąc, że nie jestem gotowa, aby o tym roz­ma­wiać, ale po tym, jak zoba­czy­łam ten poca­łu­nek dzi­siej­szego popo­łu­dnia, ktoś musi zacząć o tym mówić.

– Potrze­bu­jesz spo­tka­nia? W peł­nym skła­dzie?

– Myślę, że lepiej nie odkła­dać tego na póź­niej.

– A co się wła­ści­wie stało? Czemu doszło do roz­sta­nia?

Chan­telle wzru­szyła ramio­nami.

– Szcze­rze mówiąc, nie wiem. To był powolny pro­ces, który zaczął się od żar­to­bli­wej roz­mowy o tym, że nasze życie sek­su­alne nie jest takie, jak kie­dyś, ponie­waż wie­dzie­li­śmy, że jak tylko zrobi się gorąco, to Daisy albo Lily się obu­dzą. Trzeba było dzia­łać szybko, żeby bliź­niaczka pierw­sza nie obu­dziła bliź­niaczki dru­giej. To z pew­no­ścią psuje orga­zmy.

– A teraz oboje chce­cie to skoń­czyć?

– Muszę przy­znać, że myśla­łam, że damy radę to prze­trwać. Ale widok dzi­siej­szego poca­łunku spra­wił, że zmie­ni­łam zda­nie. Zasta­na­wiam się, czy naprawdę chcę to „prze­trwać”. Myślę, że fraza, która krąży mi w gło­wie, brzmi raczej „mieć to już za sobą”.

– To ważna decy­zja, Chan­telle. Pomyśl o dziew­czyn­kach…

– Dla­czego? Dziew­czynki szybko prze­sta­łyby zauwa­żać, że go nie ma. Teraz i tak wraca do domu około szó­stej, a one kładą się spać o siód­mej. W ciągu tej godziny je kola­cję, a potem wycho­dzi na wie­czorną prze­jażdżkę rowe­rową, która trwa zazwy­czaj około pół godziny. W tym cza­sie ja kąpię dziew­czynki, czy­tam im bajkę i ładuję zmy­warkę. Dziew­czynki nazy­wają go tatą, ale szcze­rze mówiąc, myślę, że byłby cał­kiem zado­wo­lony, będąc ojcem „co drugi week­end”. Jest czło­wie­kiem kariery i to zawsze było dla niego naj­waż­niej­sze.

Jess wes­tchnęła głę­boko.

– Wszystko, co mówisz, ma sens, ale może daj sobie tro­chę czasu na prze­my­śle­nie tego. Nie wycią­gaj mu nagle tele­fonu przed nosem, gdy tylko prze­kro­czy próg domu. Musisz przy­go­to­wać wszystko dla sie­bie i dziew­czy­nek. Poroz­ma­wiaj z Mel, ona albo udzieli ci porady, albo skon­tak­tuje cię z kimś, kto zadba o to, żebyś wyszła z tej sytu­acji z tym, czego chcesz, a nie z tym, czego on chce.

Przez moment pano­wała cisza, po czym Jess prych­nęła krót­kim śmie­chem.

– Prze­pra­szam, po pro­stu wydaje mi się to tro­chę nie­wia­ry­godne. Andrew? Ten, który ganiał za tobą po całym kraju, aż w końcu dałaś się prze­ko­nać?

Chan­telle ski­nęła głową.

– Zga­dza się. Ten Andrew.

Jess wypu­ściła powie­trze, długo i powoli.

– Cóż, wiem, że nie żar­to­wa­ła­byś z tego, ale czy bie­rzesz pod uwagę moż­li­wość, że doszło do pomyłki?

Pod­nio­sła ponow­nie tele­fon i wpa­try­wała się w zdję­cie Andrew, który wyraź­nie cało­wał nie­znaną kobietę.

– On z nią pra­cuje?

Chan­telle potrzą­snęła głową.

– Nie mam poję­cia, na pewno jej nie znam. Pyta­nie brzmi: czy chcę wie­dzieć, kim ona jest? Czy po pro­stu powiem mu, żeby wsiadł na ten cho­lerny rower i spier­da­lał? Nasz zwią­zek od jakie­goś czasu był nie­pewny, ale myśla­łam, że po pro­stu się od sie­bie odda­lamy. Nie przy­szło mi do głowy, że w grę może wcho­dzić jakaś inna kobieta, ale to mi poka­zuje, że tak jest.

Czaj­nik wyłą­czył się, Chan­telle odsu­nęła się na bok, aby przy­go­to­wać napoje, i napeł­niła czaj­ni­czek. Bawiło ją, że zawsze uma­wiały się na kawę, ale mając wybór, zarówno ona, jak i Jess wolały her­batę, pod­czas gdy Erin i Mel wybie­rały kawę.

– Zde­cy­do­wa­nie musimy włą­czyć do tego Erin i Mel, zwłasz­cza Mel, która potrafi wszystko dokład­nie prze­my­śleć. Mam do nich napi­sać?

Chan­telle ski­nęła głową.

– Zapy­taj, czy mogą wpaść jutro wie­czo­rem na drinka. Andrew musi jechać do Edyn­burga i zosta­nie tam na noc. Przy­go­tuję coś do jedze­nia. Powiedz im, żeby wie­działy, że nie wyjdą stąd głodne.

Jess pod­cią­gnęła tele­fon do sie­bie i klik­nęła na gru­powy czat na Mes­sen­ge­rze, który żar­to­bli­wie nazwały „Sabat”.

Wzy­wam wszyst­kie moje cza­row­nice. Dacie radę wpaść jutro wie­czo­rem do Chan­telle? Tak mię­dzy siódmą a siódmą trzy­dzie­ści. Będą prze­ką­ski. To ważne.

Odpo­wie­dzi poja­wiły się nie­mal natych­miast, infor­mu­jąc Jess, że Erin nie obsłu­guje w tej chwili klienta kupu­ją­cego książki, a Mel praw­do­po­dob­nie będzie patrzeć przez okno swo­jego biura, zasta­na­wia­jąc się, dla­czego wybrała zawód praw­nika. Obie kobiety zgo­dziły się, a Mel zapy­tała, czy oprócz kilku bute­lek wina ma przy­nieść jesz­cze coś.

Jess prze­czy­tała odpo­wie­dzi Chan­telle, która uśmiech­nęła się.

– To dziwne, że zawsze się­gamy po wino, prawda? Cho­ciaż żadna z nas nie jest w sta­nie wypić wię­cej niż jeden kie­li­szek.

– Nie jestem prze­ko­nana, czy mi sma­kuje – przy­znała Jess. – Mam na myśli alko­hol. Jak pew­nie pamię­tasz, kiedy mia­łam szes­na­ście lat, bar­dzo się upi­łam na impre­zie, na którą wszyst­kie poszły­śmy, i od tam­tej pory to się nie powtó­rzyło. Wła­ści­wie nie mów tego innym, bo pomy­ślą, że jestem mię­cza­kiem, ale wolę wypić szklankę mleka.

Chan­telle uśmiech­nęła się do przy­ja­ciółki. – Myślisz, że nie wiemy? Wszyst­kie dbamy o to, żeby w lodówce było mleko, kiedy wiemy, że wpad­niesz. Czy Mike dużo pije?

Wzru­szyła ramio­nami.

– W domu nie, ale nie widuję go tam zbyt czę­sto. Nie mam poję­cia, co robi, kiedy jest w hotelu.

Chan­telle wychwy­ciła stre­su­jący ton.

– Pro­blemy, Jess?

– Nic, z czym nie mogła­bym sobie pora­dzić, i nie sądzę, żeby to był ten sam rodzaj pro­ble­mów, co masz z Andrew, ale cza­sami czuję, że mogła­bym po pro­stu odejść i ni­gdy nie oglą­dać się za sie­bie.

Chan­telle ostroż­nie odsta­wiła fili­żankę na stół i spoj­rzała na przy­ja­ciółkę.

– Wiem, że jesteś naj­spo­koj­niej­sza z naszej czwórki, Jess, ale na litość boską, poroz­ma­wiaj z nami.

Jess pozwo­liła, by słowa Chan­telle do niej dotarły, i ku swemu prze­ra­że­niu zdała sobie sprawę, że nie może powstrzy­mać pierw­szej łzy, która spły­nęła jej po policzku.

– To nie tak, że prze­sta­łam go kochać, czy coś w tym rodzaju, po pro­stu stra­ci­łam sie­bie. Nie wiem, kim jestem poza żoną Micha­ela Arm­stronga. I… chcę mieć dziecko – nagle zawyła, opa­dła głową na dło­nie i zaczęła szlo­chać.

Chan­telle patrzyła na nią przez kilka sekund. To było zupeł­nie nie­ocze­ki­wane. Potem pod­sko­czyła i prze­szła wokół stołu, aby podejść do Jess. Objęła ramio­nami kobietę, za którą odda­łaby życie, i pła­kała razem z nią.

Kobiety roz­dzie­liły się, gdy Daisy prze­szła do kuchni, nio­sąc w jed­nej ręce mały pla­sti­kowy ron­del, a w dru­giej uchwyt.

– Zepsuty – powie­działa i poma­chała obiema rze­czami przed twa­rzą matki.

Chan­telle wzięła oba przed­mioty, obie­cała, że naprawi je w pięć minut, i usia­dła z hukiem.

– Nie spo­dzie­wa­łam się tego – powie­działa do Jess. – Mam na myśli… tę sprawę z dziec­kiem. Powie­dzia­łaś Mike’owi?

– Bez prze­ko­na­nia. – Było jasne, że Jess była naprawdę zde­ner­wo­wana. – On nie jest zain­te­re­so­wany. Mówi, że nie potrze­buje dzieci, że mamy wszystko, czego potrze­bujemy. Ale ja nie mam – szlo­chała. – Nie mam wszyst­kiego, czego potrze­buję. Potrze­buję tego, co ty masz, tego, co mia­łam dziś po połu­dniu, kiedy cię nie było. Potrze­buję bawić się w Tid­dly­winks z wła­snym dziec­kiem, Chan­telle, a ni­gdy tego nie zro­bię.

W Chan­telle zago­to­wała się złość.

– No dobrze, nie chce być ojcem. Moja droga Jess, znajdź sobie innego faceta. Potem urodź dziecko. I powiedz temu mania­kowi kon­troli, żeby poszedł do dia­bła. Widzimy, jaki on jest, jak nie możesz nic zro­bić bez uprzed­niego skon­sul­to­wa­nia się z nim, jak obser­wuje każdy twój ruch. Mogła­byś być o wiele szczę­śliw­sza, Jess. Idź do pracy, urodź dziecko, ale na litość boską, zrób to bez niego.

4

Erin Chat­ter­ton odwró­ciła tabliczkę z napi­sem na drzwiach wej­ścio­wych i uśmiech­nęła się tak samo, jak każ­dego dnia. Jej biz­nes spra­wiał, że się uśmie­chała. Tabliczka widoczna teraz dla świata zewnętrz­nego gło­siła:

Fully Booked jest obec­nie zamknięte.

Od strony, od któ­rej stała, wid­niał napis:

Fully Booked jest OTWARTE i zapra­sza do środka.

Chan­telle, Jess i Mel kupiły jej ten szyld jako pre­zent na dzień otwar­cia po dłu­giej nocy dys­ku­sji, które zakoń­czyły się wybo­rem nazwy Fully Booked dla nowo odno­wio­nej księ­garni, stąd uśmiech, który poja­wiał się na jej twa­rzy za każ­dym razem, gdy na niego patrzyła.

Wpa­try­wała się w jedno z antycz­nych luster wiszą­cych na ścia­nie obok drzwi, spraw­dza­jąc swój pra­wie nie­ist­nie­jący maki­jaż oczu. Prze­su­nęła szminką po ustach, mruk­nęła krótko: „Wystar­czy” i pod­nio­sła pojem­nik z popcor­nem. Po zamknię­ciu całej przed­niej czę­ści sklepu wyszła tyl­nymi drzwiami i skie­ro­wała się w stronę swo­jego samo­chodu, zapar­ko­wa­nego obok nie­dawno wybu­do­wa­nego biu­rowca.

SMS z zapro­sze­niem do Chan­telle był jak pro­myk świa­tła w tym nieco napię­tym dniu, a jej odpo­wiedź była szybka i zde­cy­do­wana. Dopiero póź­niej zaczęła się zasta­na­wiać, czy coś jest nie tak i która z nich ma „coś nie tak”. Stąd popcorn. Popcorn zawsze był dla nich pocie­sza­ją­cym jedze­niem, ulu­bio­nym przy­sma­kiem, zwłasz­cza popcorn toffi. Ozna­czało to rów­nież podróż samo­cho­dem, a nie rowe­rem – nie ma mowy, żeby mogła bez­piecz­nie utrzy­mać rów­no­wagę z pojem­ni­kiem popcornu, jadąc na rowe­rze.

Erin usły­szała sygnał, gdy włą­czyła sil­nik, i wyjęła tele­fon. Było to zapy­ta­nie o to, czy udało jej się zna­leźć starą książkę dla Ali­sta­ira Jonesa, męż­czy­zny, który wyda­wał w jej księ­garni wię­cej pie­nię­dzy niż jaki­kol­wiek inny klient. Odpo­wie­działa, że chyba zna­la­zła pod­pi­sane egzem­pla­rze i że następ­nego dnia będzie miała wię­cej szcze­gó­łów.

Odpo­wiedź nade­szła szybko, z trzema buzia­kami, i po raz kolejny poczuła się nie­swojo. W ciągu ostat­nich kilku tygo­dni spo­wo­do­wał on nie lada dys­kom­fort w jej życiu. Wrzu­ciła tele­fon głę­boko do torby, włą­czyła bieg, wyje­chała z dużego podwórka i zatrzy­mała się na dro­dze przed domem. Szybko zamknęła bramę i zablo­ko­wała ją, wsko­czyła z powro­tem do samo­chodu i poje­chała w kie­runku domu Chan­telle.

Z całego serca pra­gnęła, aby jej dzia­dek mógł zoba­czyć, co zro­biła z jego firmą. Szok zwią­zany z tym, że to ona została spad­ko­bier­czy­nią, a nie jej matka, był począt­kowo ogromny dla obu kobiet, ale jak wyja­śniła póź­niej Suzanne, jej matka, im wię­cej o tym myślała, tym mniej było to dla niej zasko­cze­niem. Opusz­cze­nie domu w wieku szes­na­stu lat, aby zamiesz­kać z ojcem Erin, znisz­czyło całą rodzinę i cho­ciaż ona i Jake osta­tecz­nie się roz­stali, ból pozo­stał.

Cho­ciaż dystans mię­dzy nimi zmniej­szył się, zwłasz­cza po naro­dzi­nach Erin, ni­gdy nie znik­nął cał­ko­wi­cie. Mimo, że wszy­scy widzieli miłość mię­dzy sta­rym czło­wie­kiem a jego wnuczką, testa­ment ją potwier­dził.

Jego śmierć zmie­niła wszystko. Suzanne pomo­gła jej wpro­wa­dzić starą księ­gar­nię w nowe stu­le­cie i teraz na­dal poma­gała jej jeden dzień w tygo­dniu, tylko dla­tego, że kochała książki. I swoją córkę.

Prze­bu­do­wały cały par­ter i cał­ko­wi­cie zmie­niły miesz­ka­nie na pię­trze, które teraz było pięk­nym domem Erin. Wpro­wa­dziły rów­nież dział anty­kwa­ryczny dla poważ­nych kolek­cjo­ne­rów; pokój po lewej stro­nie na szczy­cie scho­dów został wypo­sa­żony w regały biblio­teczne, a następ­nie zain­sta­lo­wano w nim zabyt­kowe meble. Tylko wybrani klienci mogli zoba­czyć wnę­trze tego pokoju, co uła­twiało sprze­daż naprawdę dro­gich tomów, tomów o tak wiel­kim zna­cze­niu i jako­ści, że nale­gała, aby obsłu­gi­wali je ludzie w bia­łych ręka­wicz­kach.

Biblio­teka była począt­kowo gabi­ne­tem jej dziadka, ale teraz miała nowe, spe­cjal­nie zapro­jek­to­wane biuro w dużej czę­ści z tyłu, za tyl­nymi drzwiami, i Erin czuła, że wszystko jest ide­alne. Chan­telle, Jess i Mel bar­dzo ją wspie­rały, a teraz miała z nimi do omó­wie­nia sprawę, w któ­rej potrze­bo­wała pomocy.

Wcze­śniej tego dnia zna­la­zła czas, aby pójść do fry­zjera obok i zro­bić sobie strzy­że­nie i susze­nie wło­sów, a Livvy, wła­ści­cielka salonu, wyja­wiła jej swoje plany doty­czące sprze­daży.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki