Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Miłość zaczyna się tam, gdzie kończy się codzienność.
Historia, która poruszy każdą kobietę, która choć raz pomyślała „a co, gdyby…?”
Cora ma wszystko, czego „powinna” chcieć: męża, dwójkę dzieci, dom z widokiem na góry. A jednak pewnego dnia w prowincjonalnym miasteczku poznaje Sama – ojca równie zagubionego w nowej roli jak ona. Ta znajomość przeradza się w intensywną więź, która – czy tego chcą, czy nie – zaczyna żyć własnym życiem.
"Dziesięć lat romansu" to błyskotliwa, przenikliwa i ironiczna opowieść o codzienności, która może być równie duszna jak wielkie namiętności. O marzeniach, które chowamy na dnie szuflady. O tym, że czasem największe pytanie brzmi: czy wybrać życie, które mamy, czy to, którego pragniemy?
Idealna dla fanów Sally Rooney i Davida Nichollsa, dla wszystkich, którzy wiedzą, że czasem "prawdziwe życie" to za mało.
O miłości, codzienności i tęsknocie za czymś więcej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 322
Data ważności licencji: 2/25/2030
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Ten Year Affair
Projekt okładki: Emily Mahon
Ilustracja na okładce: Shannon Cartier Lucy
Adaptacja okładki: Karolina Żelazińska-Sobiech
Redaktorka inicjująca: Monika Mielke
Redaktorka prowadząca: Aleksandra Janecka
Redakcja: Irma Iwaszko
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Lilianna Mieszczańska, Kamil Kowalski
© 2025 by Erin Somers
All rights reserved
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Ewa Ziembińska
ISBN 978-83-287-3801-0
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Dla Josha
Cora poznała Sama na spotkaniu grupy dla rodziców z niemowlakami. Dwa razy w tygodniu siadywali na niebieskich plastikowych matach na zapleczu sklepu z koszmarnie drogimi ubrankami dla dzieci. Ich maluchy pełzały przed nimi na owczych skórach. W pomieszczeniu pachniało ludzkim mlekiem, dziecięcymi główkami oraz warzywami kapustnymi. Jedna z matek przyniosła je w plastikowym pojemniku, rozgotowane na miękkie, mączyste włókna, a teraz usiłowała nimi nakarmić swojego dziesięciomiesięcznego synka.
– To dziecko nie chce brokułów – stwierdził Sam.
Do dolnej wargi miał przyklejoną wykałaczkę. Jego usta były seksowne. Wykałaczka – nie. Podsunął wykałaczki Corze. Żeby móc dotknąć jego dłoni, wzięła jedną. Smakowała cynamonem. Pośród wszystkich sztucznych gestów gryzienie wykałaczki było jawnie oralne, sprowadzało się wyłącznie do jego warg i języka, dostarczając im zajęcia, a może przyciągając do nich uwagę.
– Po co to? – zapytała go.
– Po nic – odparł. Teraz dłubał sobie w dziąsłach przy siekaczach. – Po prostu trzeba mieć coś do roboty.
– Być mężczyzną i zabijać czas żuciem mokrego patyka – podsumowała.
Po drugiej stronie sali zapłakane dziecko przełknęło odrobinę zawartości pojemnika, a jego matka wykrzyknęła triumfalnie:
– Widzicie?!
Ich dwoje kontra Brokułowa Mama. To było jasne. Wymienili się numerami telefonów, żeby przypieczętować sojusz.
Cora mieszkała z rodziną w części miasta powszechnie znanej jako stok. Okna domu wychodziły na cztery strony świata. Góra wznosiła się za tarasem na tyłach. Teraz była brązowa, naga, ale kiedy zeszłego lata się tu sprowadzili, kipiała bujną zielenią i roiła się od turystów. Bruzda biegnąca przez sam jej środek znaczyła miejsce, gdzie kiedyś ciągnęły się tory kolejki. Cora wpatrywała się w nią, siedząc przy kuchennym blacie i karmiąc Milesa piersią.
– Poznałam kogoś całkiem interesującego – powiedziała do Eliota.
Szykował obiad: otwierał i zamykał szafki, wyciągał miski, przyprawy, torbę marchewek, zaglądał do książki kucharskiej, wyrzucił kartonowe opakowanie do śmieci i po chwili je wyciągnął, uświadomiwszy sobie, że nie przeczytał sposobu przyrządzania. Najwyraźniej rozkoszował się mąceniem ciszy.
– Super! – zawołał. – Jak ona ma na imię?
– Sam. To nie ona, tylko on.
– W porządku. Mężczyźni mogą się przyjaźnić z kobietami.
– No tak.
– Czym się zajmuje?
– Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że nie znosimy tej samej kobiety.
Do kuchni weszła ich trzyletnia córeczka Opal. Ramiona miała okryte kocem, a we frędzle koca zaplątała się lalka niemowlak. Opal rozebrała lalkę do rosołu, więc ta świeciła brzoskwiniową nagością i wlokła się po podłodze, szurając o płytki. Ani Cora, ani Eliot nie próbowali jej wyplątać.
– Mogę iPada? – spytała Opal.
Cora powiedziała „tak”, a Eliot w tej samej chwili „nie”.
Cora zaraz się poprawiła.
– Okej, no cóż, nie.
– Przedtem powiedziałaś „tak” – drążyła Opal.
– Owszem, ale tata powiedział „nie”.
– Tata nie jest szefem – orzekła Opal.
– Jesteśmy rodziną – ucięła Cora. – Chyba nie musimy tu wprowadzać struktury z szefem i podwładnymi. Opal, może zamiast iPadem zajmiesz się kolorowaniem?
Eliot namierzył pędzel i przystąpił do glazurowania łososia. Miał na sobie zieloną bluzę z Muzeum Historii Naturalnej i okulary w rogowej oprawie, w których chodził już wtedy, kiedy go poznała. Zanim wziął się do przygotowywania kolacji, sprzątnął kuchnię i opróżnił zmywarkę. Wyglądał dobrze. Widać było, że ćwiczy. Jest lepszy od Sama, pomyślała Cora.
– Powinnaś pójść gdzieś z tym Samem – powiedział. – Kontakt z drugim człowiekiem dobrze by ci zrobił.
– E tam. Pewnie jest do dupy – mruknęła Cora.
– Brzydkie słowo – zgłosiła Opal.
– Dziecinko, idź kolorować. – Cora próbowała odesłać małą.
– Dlaczego uważasz, że jest do dupy? – zainteresował się Eliot.
– Brzydkie słowo – powtórzyła Opal.
– Chyba dlatego, że tu mieszka.
– My też tu mieszkamy – przypomniał Eliot. – Nie jesteśmy do dupy.
– Brzydkie słowo.
– Oj – westchnęła Cora. Położyła dłoń na główce Opal. – Dam ci sto dolarów, jeśli pójdziesz kolorować.
– Okej.
Mała wyszła, podśpiewując. Obserwowali z kuchni, jak siada w jadalni przy małym stoliku, na którym trzymali jej przybory plastyczne, i bierze do ręki czerwoną kredkę. Kiedy tak siedziała, wyglądała jak dorosła, a właściwie jak Cora. Odziedziczyła po niej ciemnoblond włosy i coś w postawie, może nachylenie ramion albo łuk szyi.
– Czy ona wie, co to jest sto dolarów? – zastanowił się Eliot.
– Nie mam pojęcia.
– Powinnaś dać temu facetowi szansę.
Czy to ona w pewnym sensie zmanipulowała go, żeby to powiedział? Eliot przewrócił kawałek ryby na drugą stronę i znów pomazał glazurą. Był kompletnie oderwany od rzeczywistości. Można było go sobie wyobrazić, jak przekłada i glazuruje, a tymczasem kometa z rykiem wchodzi w atmosferę i świat się kończy. Czy on w ogóle podniósłby wzrok?
– Potrzebujesz kogoś bliskiego – ciągnął Eliot. – Ja mam przyjaciela.
– Wcale nie. Kogo? Och, Klausa? On nie jest twoim przyjacielem.
Klaus grał z Eliotem w racquetball. Poznali się przez listę zapisów na siłownię. Grywali parę razy w tygodniu, potem szli na piwo. Cora spotkała go kiedyś, też w siłowni. Była spocona jak mysz, bo właśnie trenowała na bieżni. Wydał jej się miły: Niemiec, krępy, rozwiedziony.
„Żona Eliota” – powiedział, ściskając jej dłoń. Eliot wspominał o nim tylko w kontekście racquetballa.
– Ależ jest – upierał się Eliot. – Widujemy się regularnie. Znamy imiona swoich dzieci. Czasem on stawia drinki, a czasem ja.
– Ale nie obnażasz przed nim duszy. Nie łączy was z Klausem emocjonalna więź. Jest znajomym. Nie dzwonisz do Klausa z płaczem: „Och, Klausie. Klausie z racquetballa, którego poznałem przez listę w siłowni, pomóż”.
– A skąd wiesz, że tego nie robię?
Przystawiła Milesa do drugiej piersi. Dobrze jadł, w przeciwieństwie do Opal, która nie jadła dobrze ani kiedyś, ani teraz.
– Bo wiem.
Eliot grzebał przy palniku, tym z przodu, który nigdy nie chciał się zapalić. Klikał, napełniając kuchnię zapachem gazu. Nowa kuchenka figurowała na ich liście koniecznych napraw zatytułowanej Jeszcze Nic Pilnego. Eliot zaczął szukać zapalniczki w szufladzie z duperelami. Wyciągnął plik menu na wynos.
– Mieszkamy tu od niedawna – przypomniał.
Ona zawsze łatwo nawiązywała przyjaźnie, ale sprowadzili się tutaj, nie znając nikogo, a potem urodziła dziecko. Jej dawne przyjaciółki były bezdzietne, pochłaniało je miejskie życie. To nie była wina miasteczka, ale Cora miała do miasteczka pretensje. Skoro czuła się tu samotna, coś musiało być z nim nie tak. Problem na pewno tkwił w tej okolicy. Niewątpliwie – może powinni przejrzeć wyniki spisu powszechnego? – tutejsi ludzie byli nieciekawi i próżni, bardziej nieciekawi i próżni niż w mieście.
Eliot znalazł zapalniczkę i przytknął ją do palnika, który zapłonął z dramatycznym „puf!”. Kuchenka prawdopodobnie powinna trafić na listę Pilnych, razem z suszarką, która działała bez przerwy, jeśli nie wyciągnęło się wtyczki z gniazdka, oraz tylnymi drzwiami, które wisiały pięć centymetrów nad progiem. Poza tym w pękniętym kafelku w łazience rósł grzyb, a kiedy się go usunęło, odrastał.
– Poczułabyś się lepiej, gdybyś mogła porozmawiać z kimś oprócz mnie. – Eliot drążył temat.
Przyznała, że tak, oczywiście. Każdy potrzebuje kogoś, z kim może porozmawiać. Odłożył zapalniczkę do szuflady i zaczął się zastanawiać na głos, jak się naprawia kuchenkę, jeśli nie chce się kupować nowej. Powinni wezwać hydraulika? Czy to hydraulicy zajmują się przewodami gazowymi? A może sam dałby radę ją naprawić, gdyby poszukał na YouTubie?
– Zadzwoń do właściciela – podsunęła.
– Zabawne.
To oni byli właścicielami, choć ten fakt nadal ich zdumiewał. Już na wczesnym etapie związku odrzucili możliwość, że kiedyś ich sytuacja będzie tak stabilna, a oni tak bogaci, żeby kupić dom. Do niedawna wynajmowali mieszkanie na czwartym piętrze bez windy we Flatbush. Opal spała w przedpokoju zamiast w prawdziwej sypialni. Wanna była o jedną czwartą krótsza niż normalne wanny i stykała się z sedesem. Do późna w noc słuchali sąsiadów, którzy kłócili się o to, czy powinni zdecydować się na dziecko, czy nie.
– Nie powinniście – szeptali do ściany Cora i Eliot.
Ale potem zmarł ojciec Cory i spadku starczyło na wpłatę własną za dom. Marzenie, o którym nie śmieli nawet myśleć, nagle się spełniło – no cóż, to wspaniale. Dom: co za radość! Ale również dom: dziadowska kuchenka? Uporczywy grzyb? Drzwi, które w gruncie rzeczy nie były drzwiami? Dawniej z takimi problemami użerał się właściciel, od którego wynajmowali mieszkanie. Kiedy się tu wprowadzili, nie mieli nawet młotka. Jednak to była ich dziadowska kuchenka, ich grzyb, którego nie mogła pokonać żadna siła, czy to ludzka, czy boska. To coś znaczyło, prawda?
Cora zaprotestowała:
– Nie powinieneś próbować robić tego sam. Wysadzisz dom w powietrze.
Eliot zamieszał risotto. Jeszcze nie skończył rozmowy o jej zapotrzebowaniu na przyjaciół.
– Spróbuj, mogłabyś to dla mnie zrobić? – poprosił. – Jeśli nie z tym gościem, to z kimś innym?
– W porządku. Spróbuję.
– Kolacja za dwadzieścia minut. Nie musisz tu ze mną siedzieć. Masz wolne, możesz iść, jeśli chcesz.
Wepchnęła pierś z powrotem pod koszulę i poszła próbować mieć wolne.
W następny wtorek Brokułowa Mama też była na spotkaniu. Rozmawiała z inną kobietą o czymś, co nazywało się wychowaniem bezpieluchowym albo komunikacją eliminacyjną. Można i należy zaczynać trening nocnikowy od urodzenia – tłumaczyła. To prosta metoda. Trzeba trzymać dziecko nad toaletą w regularnych odstępach czasu przez cały dzień. Trzymasz, dopóki dzieciak się nie załatwi. Jeśli będzie wrzeszczeć, niech wrzeszczy. Jeśli protestuje, nie zwracasz na to uwagi.
– Ale po co? – zapytał Sam.
Znów dłubał wykałaczką. Nie był wyższy od Cory, ale miał włosy niemal do ramion. Zastanawiała się: czy on mnie naprawdę pociąga, czy to po prostu kwestia tych długich włosów?
Brokułowa Mama rozpięła pajacyk swojemu maluchowi, przygotowując go do bezpieluchowej akcji.
– Żeby potem było ci łatwiej. Zwykle potrzebują roku, żeby załapać. Kiedy twoje dziecko ma rok, już umie się załatwiać do nocnika.
– Ale przez rok trzymasz je nad sedesem – wytknął Sam. – Serio, to ma być łatwiejsze?
Miał starsze dziecko, ciągnął, Jacka. Jack skończył trzy lata i ostatnio uczyli go korzystania z nocnika tradycyjną metodą. Zajęło to kilka tygodni i zdarzyła się jedna katastrofa – tak się składa, że akurat w muzeum, to był istny koszmar – ale poza tym było w porządku.
– Przez trzy lata zmieniałeś pieluchy – upierała się Brokułowa Mama. – Pomyśl, co mogłeś przez ten czas zrobić. Mogłeś się na przykład nauczyć gry na instrumencie.
Sam odpowiedział ze śmiechem, że z całą pewnością nie spożytkowałby tego czasu na naukę gry na instrumencie. Najprawdopodobniej spędziłby go, grzebiąc w telefonie. Dwie minuty tu, trzy minuty tam, piętnaście razy dziennie: to nie były odcinki czasu, które dałoby się wykorzystać. Zwłaszcza jeśli chodzi o naukę czegoś nowego.
– Cóż, to już twój problem – stwierdziła kobieta. – Prawda? To od ciebie zależy, czy produktywnie spędzasz czas.
Rozmowy w pomieszczeniu ucichły i wszyscy spojrzeli na Brokułową Mamę. Ciekawie było znaleźć się dla odmiany w otwarcie napiętej sytuacji. Cora taksowała kobietę wzrokiem. Brokułowa Mama miała sięgające brody srebrzyste włosy ostrzyżone na pazia – ostatnio było w modzie kreować się na staruszkę nawet w młodym wieku – a na sobie coś jakby kimono narzucone na dżinsy i koszulkę. Sam podniósł swoje dziecko, może w odruchu obronnym.
Cora zapytała:
– Czy to działa?
– Patrz!
Brokułowa Mama wyciągnęła zza pleców nocnik z Ciasteczkowym Potworem i posadziła na nim swoje dziecko. Dziecko zaczęło wrzeszczeć.
– Hoby, kochanie – wycedziła.
W jej głosie zabrzmiała groźba.
– A gdzie tu komunikacja? – zainteresowała się Cora.
Brokułowa Mama musiała podnieść głos, żeby przekrzyczeć Hoby’ego.
– Chodzi o odczytywanie sygnałów dziecka. Kierując się językiem ciała i intuicją, określasz, kiedy musi się załatwić. Ta metoda powstała w kulturach łowiecko-zbierackich w krajach rozwijających się. Jest o wiele naturalniejsza od pieluch.
Przyglądali się Hoby’emu, który rzucał się na nocniku, próbując z niego zwiać. Brokułowa Mama nie pozwalała mu na to, przytrzymując rękami malutkie barki. W wieku dziesięciu miesięcy Hoby nawet nie zaczynał załapywać. Krzywił buzię wyraźnie nieszczęśliwy. Cora musiała odwrócić wzrok. Wpatrzyła się w Ciasteczkowego Potwora na przodzie nocnika. W łapie trzymał ciastko. Kto w ogóle uznał, że to dobry pomysł? Umieszczanie obrazka z jedzeniem na toalecie?
Brokułowa Mama zaczęła wydawać przez zaciśnięte zęby natarczywe „psipsipsi”.
– To pomaga. Zaczynają kojarzyć ten dźwięk z…
Było tego więcej. Istniała cała filozofia bezpieluchowego wychowania, lansowana przez pediatrę naturopatę o nazwisku brzmiącym z francuska, który miał na koncie bestsellerową książkę. Był specjalny dźwięk na siki i specjalny dźwięk na kupę, trzeba było wydawać te dźwięki, zmuszając dziecko, które zasadniczo nie umiało jeszcze siedzieć, do siadania na nocniku.
– To działa – powtarzała Brokułowa Mama. – Zrobi. Patrzcie.
Patrzyli więc, jak Hoby próbuje się wysikać. Jaki mieli wybór? Tkwili w tym dusznym pomieszczeniu, a na zewnątrz padał śnieg. Zabijali czas po południu. Cora nasłuchiwała dźwięku, cichego szmeru o dno nocnika. Hoby poddał się i przestał płakać, oparł głowę na rączkach. Dwa kosmyki ciemnych włosów miał zaczesane na czubku jak pożyczkę.
Sam patrzył na Corę, ale się nie odzywał. Jego twarz była trochę wymizerowana, zapewne dlatego, że cały dzień zajmował się niemowlakiem; miał na brodzie kilkudniowy zarost. Gryzł wykałaczkę i się uśmiechał. Barbarzyństwo rodziców z klasy średniej zaczyna się wcześnie, niemal od samego początku. Sadzają cię pośrodku pokoju i każą sikać na rozkaz. A potem wściekają się, jeśli nie zostaniesz lekarzem.
Na neonowym ściennym zegarze minęła minuta. Leżący przed Corą Miles kolebał się na brzuszku, usiłując podnieść głowę. Córeczce Sama się ulało, więc przebrał ją w czysty pajacyk i otarł buzię ściereczką.
– Nie jestem pewna, czy zrobi – odezwała się wreszcie Cora.
Sam dodał:
– Jeśli nie, to nic takiego. Rozumiemy, o co chodzi.
Brokułowa Mama zwróciła się do nich:
– Nie macie pojęcia, o czym mówicie. Zrobi. Wszystko, co żyje, w końcu sika.
– A rośliny? – szepnęła Cora.
Minęła kolejna minuta, ale Hoby się nie wysikał. Nastawili się na długie czekanie.
Eliot się upalił, kiedy Cora kładła dzieci spać. Zobaczyła go na werandzie przez witrażowy panel w drzwiach frontowych, drżącego i niewyraźnego. Robił to co wieczór. Ludzie radzą sobie na różne sposoby, a on miał właśnie taki. Rafe dostarczał zioło. Cora nie miała pojęcia, kim jest Rafe. Jakiś kumpel Eliota sprzed lat.
– Nie znasz Rafe’a? – pytał Eliot. Często.
Nie, nie znała Rafe’a. Kim jest Rafe?
– Znasz – mówił Eliot. – Mieszkał w tamtym mieszkaniu z jedenastoma innymi facetami.
Cora pamiętała mieszkanie, ale Rafe’a nie. To był loft w Bushwick, podzielony na dwanaście boksów ze sklejki. Każdy mężczyzna mieszkał w osobnym boksie. Zanim zeszła się z Eliotem, spała z kilkoma z tej dwunastki. Za każdym razem prawie wpadała w histerię, bo seks w boksie kojarzył jej się z bydłem. Z Rafe’em nie spała. Nie mogła go sobie przypomnieć. Ale miało to sens, że ktoś, kogo Eliot znał w wieku dwudziestu lat, teraz był jego dilerem. Ludzie nigdy nie odchodzą, nie tak naprawdę. A jeśli już, to tylko po to, żeby wypłynąć po latach w sposób najgłupszy z możliwych.
Eliot wrócił do domu z lufką w ręce. Poszła za nim do kuchni. Wyjął z zamrażarki lodową kanapkę i zaczął ją rozpakowywać.
– Jak minął dzień?
Eliot wrócił do pracy po zaledwie miesiącu urlopu. Tak samo było przy Opal: tyle mu dali w firmie. W efekcie nie rozumiał i nigdy nie miał zrozumieć, jak wyglądały dni Cory. Obca mu była monotonia zajmowania się niemowlęciem w pojedynkę. Nie pojmował fizycznego obciążenia, tej katorżniczej nieustanności. To nie była jego wina, a może i była. Co wieczór pytał, jak minął dzień, a ona odpowiadała, że w porządku, dobrze, bez większych ofiar. Czasem dodawała „z wyjątkiem mojej indywidualności”. Ha, ha, mówili wtedy oboje. Ha, ha, ha. A potem przechodzili do omawiania jego dnia w pracy.
– Byłam na spotkaniu tej grupy dla rodziców.
– To dobrze. Cieszę się, że tam chodzisz.
– Jedna kobieta próbowała zmusić swoje dziecko do sikania na naszych oczach.
– Nie rozumiem. Przecież niemowlaki sikają praktycznie bez przerwy?
– Ten nie. Zaciął się.
Opowiedziała mu o nocniku z Ciasteczkowym Potworem, o tym, jak Brokułowa Mama uparła się trzymać na nim Hoby’ego.
– I ludzie teraz to robią? – zdziwił się.
– Ta jedna kobieta to robi. Myśli, że znalazła trik, który jej ułatwi życie.
Tylko że Hoby się nie wysikał. Hoby wygrał. Patrzyli w milczeniu, dopóki nie upłynęła godzina i nagle Brokułowa Mama musiała pilnie wyjść, żeby odebrać ze szkoły swoje drugie dziecko, brata Hoby’ego. Walter uczęszczał do progresywnej szkoły w sąsiednim miasteczku. Podczas cieplejszych miesięcy lekcje odbywały się w niej na łące.
– Na łące? – upewniła się Cora. – Znaczy, na polu?
Brokułowa Mama odpowiedziała:
– Właśnie tak. Nazywa się to Łąkowy Projekt. Powinnaś o tym poczytać. Wszystkiego, co konieczne, można nauczyć się na łące.
Wypowiedziała te ostatnie słowa szybko i jakoś tak mechanicznie, zabrzmiało to, jakby czytała z ulotki. Cora próbowała sobie wyobrazić, czego można się uczyć na łące. Matematyki? No tak. Angielskiego? Z całą pewnością. Fizyki i chemii? Jeśli zabierze się ze sobą zlewki i tak dalej. Większości przedmiotów, jeśli się nad tym zastanowić, dałoby się uczyć wszędzie. Tymczasem Hoby klapnął na podłogę. Brokułowa Mama zgarnęła jego ubranie i się pożegnała.
– Nawet się nie uśmiechnął – powiedziała Cora do Eliota. – Nie wiedział, że wygrał.
Patrzyła, jak się zaśmiewa nad swoją lodową kanapką. Trzymał łokcie na blacie. Za okularami opadała mu lewa powieka, jak zawsze, kiedy się upalił. Wyglądał przez to tak, jakby chciało mu się spać, trochę nieprzytomnie i młodo. Był od niej dwa lata starszy – miał trzydzieści dwa lata, a ona trzydzieści – ale kiedy był naćpany, wyglądał młodziej, jak wtedy, kiedy się poznali.
– Masz ochotę na seks? – zapytała.
Niedawno dostała zielone światło od swojego lekarza. Eliot włączył głośnik Bluetooth, który trzymali na kuchennym blacie, i zasłuchał się w jakiś wywiad. Chyba z Gilbertem Gottfriedem. Mieli dwie godziny, zanim obudzi się Miles.
– Nie dziś – szepnął Eliot. – Musisz złożyć wniosek, zanim…
Wskazał werandę.
– Dlaczego tego słuchasz? – zapytała. – Co to jest?
– Podcast. Rafe go polecał. Nie przypuszczałem, że będzie dobry, ale jest.
Znowu Rafe. Częstotliwość ich rozmów o Rafie naprawdę robiła wrażenie.
– Moglibyśmy się mniej zajmować Rafe’em, tak ogólnie? – mruknęła Cora.
Uciszył ją, bo Gilbert Gottfried znów coś powiedział.
– Nie sądzisz, że on ma irytujący głos? – zapytała.
– Okropny.
– To nie może być jego prawdziwy głos. Czy on kiedykolwiek mówi inaczej?
– Nie jestem pewien. Chyba zawsze tak mówi.
Chciała od niego czegoś więcej, ale tego, czego chciała, nie dałoby się wycisnąć z rozmowy o Gilbercie Gottfriedzie. Stała jeszcze przez minutę, zastanawiając się, jak zwrócić na siebie jego uwagę.
– No to baw się dobrze – powiedziała wreszcie.
– Do zobaczenia na górze.
W dni, kiedy grupa się nie spotykała, Cora zabierała Milesa na długie spacery. Miasteczko było piękne nawet zimą. Góra znikała w wiszących nisko srebrnych obłokach. Wodospad przy Main Street, który zamarzał tylko w trzaskające mrozy, wciąż się kotłował niebieskawą bielą. Kiedy przechodziło się obok, czuło się jego zapach. Pachniał specyficznie, organicznie, jakby mchem czy wodorostami, z nutką soli, nutką metalu. Potem, kiedy się go już minęło, nadpływał aromat burgerów z restauracji położonej nad nim.
To było miasteczko z wodospadem odległym o pięć przecznic od apteki. Góra o kilometr od biblioteki. Niedaleko torów kolejowych stało wielkie muzeum sztuki nowoczesnej, a mieszkańcy mieli do niego wstęp wolny. Dworzec kolejowy znajdował się nad rzeką i kiedy się tam czekało, nad głową śmigały ci mewy. W weekendy zjeżdżały się tłumy z miasta, wydawały pieniądze w sklepikach o nazwach zawierających słowa takie jak „aptekarski” i komentowały, że powietrze tak łaaadnie pachnie.
Właśnie te zalety skusiły ich, by się tu przeprowadzić, kiedy odwiedzili miasteczko zeszłej wiosny. Po pierwsze, nie chcieli mieszkać w brzydkim miejscu; już wystarczająco długo tak żyli. Chcieli drzew i dostępu do kolei, sklepów, do których można dojść spacerem. Jakiegoś życia kulturalnego w takiej czy innej formie. Ale przede wszystkim miejsce musiało mieć klimat. To było miasteczko klasy średniej – Eliot nazywał je ostatnim miasteczkiem klasy średniej – ale niezaprzeczalnie miało klimat.
Zrobiło się za zimno, więc zabrała Milesa do kawiarni, w której pracowali młodzi ludzie z kolczykami w wargach i neonowymi kapeluszami Carhartt. Zamówiła latte i usiadła przy stoliku z widokiem na drzwi. Kiedy Miles zaczynał marudzić, karmiła go, ale przez większość czasu spał. Co ona tu robiła? Czekała na Sama. Nie umawiali się, ale pewnie zechce wyjść z domu z dzieckiem, a dokąd miałby pójść, jeśli nie tu?
Do kawiarni wchodzili mężczyźni z wózkami. Żaden z nich nie był Samem. Niektórym mało brakowało do Sama, ale ostatecznie nim nie byli. Mężczyzna w czapce przejechał jej po stopie kółkiem od wózka i przeprosił. Miał wózek UPPAbaby, ten większy model ze skórzanymi detalami, który kosztował tysiaka.
– Przepraszam. Prowadzi się jak czołg.
Zajrzała do środka.
– Ile ma?
– Osiemnaście miesięcy. Niezła jazda.
Uśmiechnął się do niej i nie był niemiły dla oka. Potem powiedział, że jego maluch ma na imię Maurice i że Maurice musi wracać do domu na drzemkę, bo Maurice robi się megamarudny, jeśli Maurice nie prześpi bitych trzech godzin, a mama Maurice’a będzie miała mu za złe, jeśli Maurice będzie wrakiem przed kolacją, bo Maurice za mało jadał, kiedy wpadał w taki nastrój, i nie wiedzieć czemu Maurice nawet nie mógł zasnąć, kiedy był za bardzo zmęczony.
– Wiesz, jak jest: Maurice, stary, idź wreszcie spać – zakończył. – Czy twojemu też się to zdarza?
– Och, oczywiście.
– Cóż, miło się gadało.
Cora rzuciła:
– Powodzenia.
Nie mogła opędzić się od myśli: Sam nigdy by nie powiedział „Maurice” tyle razy z rzędu.
Wyszła z kawiarni i zawiozła Milesa w wózku do domu, zapakowała go do samochodu, podjechała do Happy Tree odebrać Opal, pogawędziła z opiekunką córeczki, skomentowała nowe rysunki na ścianie, zgodziła się przynieść papierowe talerzyki na zbliżające się przyjęcie grupowe. Wrócili do domu, wniosła dzieci do środka, na dwa razy, a potem ich rzeczy, po które musiała wrócić trzeci raz. Zapytała Opal, co chciałaby robić, a Opal odrzekła, choć nie tymi słowami, że naoglądać się telewizji. I to robiły, siedząc razem na kanapie, dopóki za oknem się nie ściemniło; wrócił Eliot i zabrał się do kolacji. Minął kolejny dzień. Bez większych ofiar.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji
