Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Drugi tom pełnego pradawnej magii i wierzeń słowiańskiego cyklu Dziedzictwo stróża Nawii
Zniknięcie Żmija, strażnika wężowych zaświatów, zapoczątkowało nie tylko chaos – otwarło też drzwi, które nigdy nie powinny zostać uchylone. Jego synowie, zgodnie z ostatnią wolą ojca, próbują utrzymać porządek, ale świat nie zamierza im tego ułatwiać.
Wojmir, Żywia, Stefa i Radzanowa wyruszają do Piotrkowa — miasta pośrodku bagien, gdzie rzeczywistość zdaje się być przechylona jak w krzywym zwierciadle. Tam nawet diabeł, którego piotrkowianie pojmali na rynku, jest jakiś inny. Zbyt lichy, by zapowiadać mrok, który gęstnieje wokół miasta — mrok wilgotny, ciężki, przesiąknięty zapachem tajemnic, stęchlizny i piwa z nutą strachu.
Bo w Piotrkowie nic nie jest takie, jakim się wydaje. Nawet bogowie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 411
Data ważności licencji: 4/7/2030
W serii Słowiańskie Światy do tej pory ukazały się:
Elwira Dresler-Janik
cykl Leszygród
Tom 1. Córki bogini Mokosz
Tom 2. Topielica z mokradeł
Tom 3. Opiekun lasu
Tom 4. Szczodry Wieczór
Krzysztof Jagiełło
cykl Piast zdobywca
Tom 1. Przysięga
Tom 2. Wieszczba
Agnieszka Kulbat
cykl Dziedzictwo stróża Nawii
Tom 1. Wezwanie Żmija
Tom 2. Wola Żmija
Lucie Ortega
cykl Szept Moczarów
Tom 1. Światła nad moczarami
Ewelina Kasiuba
Wybranka boga słońca
Anna Musiałowicz
Wyrzuciła ją rzeka
Płachytka
Robert Socha
Kwiat Peruna
Agata Suchocka
Klątwa południcy
Copyright © by Agnieszka Kulbat
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja
Magdalena Chrobok
Korekta
Eliza Orman
Skład i łamanie
Dariusz Nowacki
Projekt okładki
Mikołaj Piotrowicz
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68742-17-6
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań
www.replika.eu
PROLOG
Wojmir nie lubił przyjmować zleceń, lecz czasem nie miał w tej kwestii nic do powiedzenia.
Komu jak komu, ale Pogańskiej Radzie Królewskiej Władysława Jagiełły się nie odmawiało, a już w szczególności zaraz po fali opętań, która pochłonęła mnóstwo ludzkich istnień. Tak więc, jak na dziedzica stróża Nawii przystało, miał teraz poważne zobowiązania, a jego zleceniodawczynią nie była już jakaś baba z Pogorzeli, a najpotężniejsza wiedźma w kraju.
Halina.
– Żmijku, zmarniałeś coś na buzi, może łyczka bimbru dla kurażu?
Wojmir spojrzał kątem oka na Radzanową drepczącą polną drogą tuż obok niego krokiem zdecydowanie żwawszym, niż podejrzewałby o to kobietę w jej wieku. Dojrzawszy przytroczony do jej pasa bukłak, parsknął.
Wystarczyło, że wyjęła z niego korek, a zapach alkoholu natychmiast dotarł do nosa widzącego.
To wyjaśnia, skąd w niej tyle werwy…
– Podziękuję – odparł niechętnie, patrząc na horyzont. Niecierpliwie wypatrywał pierwszych zabudowań miasta będącego celem ich podróży. – Wczorajsza nalewka jeszcze mnie męczy…
– Flaki ci się wykręcają, tak? – zaskrzeczała kobiecina i upiła ów „łyczek”. – Za ciebie, Żmijku – mruknęła, wycierając sobie usta suchym jak papier przedramieniem.
Że też po tylu latach spędzonych w polu jeszcze jej ta skóra od suchości nie popękała, jestem pełen podziwu… – pomyślał Wojmir i już był gotów znów zatopić się w myślach, lecz…
– Ładną sobie tę drugą dziewuszkę znalazłeś, wiesz?
Odruchowo skierował wzrok ku dwóm kobietom idącym przed nimi w odległości kilkunastu kroków. Jednej niespokojnej niczym diabeł, drugiej opanowanej bardziej niż niejeden anioł.
Strzydze i szeptusze, nocy i dniowi.
– Nie jest druga – odparł z opóźnieniem, bowiem nie od razu dotarło do niego, jak źle to określenie zabrzmiało w ustach Radzanowej. – Już pani wyjaśniałem, że z Żywią nic mnie nie łączy, to Stefa…
– Dobrze, dobrze. Już ja swoje wiem – rzuciła pod nosem staruszka. – Toż to ino z powodu tej demonicznej krętaczki Welesa musimy iść do tego całego Piotrkowa, żeby listy do ojca zaniosła, a tobie oddała na własność Oleśnicki Dworek. Co tyś tam chciał stawiać…? A! – Uniosła swój krzywy palec. – Żmijowe Imperium, dobrze pamiętam?
Wojmir natychmiast poczuł się w obowiązku, aby sprostować pewne nieprawdziwe stwierdzenie.
– Ja, pani Radzanowa, nigdzie pani iść nie kazałem.
– Wiem, wiem, sama chciałam…
– No właśnie, więc…
– Ale to taki wybór bez wyboru, Żmijku – przerwała mu i zrobiła duży krok nad kałużą, jedną z ostatnich w okolicy, które pozostały jeszcze po wczorajszym deszczu. Ten niewątpliwie przysłużył się pobliskim polom ogołoconym z pszenicy podczas ostatnich żniw.
– Mówiłem pani, że nie mogę niczego obiecać – mruknął Wojmir i odgarnął sobie z czoła zbłąkane kosmyki jasnych, przydługich włosów. – Nie wiem jak i czy w ogóle mogę pomóc Racisławowi…
– Juści, juści – przytaknęła mu żywo, mrużąc oczy od nisko wiszącego, zachodzącego słońca, którego rozproszone po niebie promienie pokolorowały je zachwycającą mieszanką żółci i pomarańczu. – Ale jeśli ktoś jednak może, to tylko ty – zaskrzeczała i poklepała go po ramieniu. – Syna swego nad życie kocham. Dopóki mu nie pomożesz w zaświaty odejść, to gdzie ty, tam i ja, Żmijku. Nie opuszczę cię aż do śmier…
– Niech Radzanowa lepiej nie kończy tego zdania – wtrącił się Wojmir, zupełnie nie będąc w nastroju na ewentualne odprowadzanie duszy kobiety nad brzeg Rzeki Zapomnienia, gdzie panował teraz rozgardiasz większy niż w zamtuzie Haliny po opętaniu jednej z jej ladacznic.
Na samo tylko wspomnienie tego feralnego dnia widzący westchnął i zachmurzył się, bo, między bogami a prawdą, nie w smak była mu ta cała „współpraca” z Pogańską Radą. Jakże on, wędrowiec i grabieżca co poniektórych grobów, nadawał się do ratowania przepełnionego zaścianka Nawii? Niejeden mógłby rzec, że żmijowemu synowi nie przystoi nie lubować się w dziedzictwie ojca, stróża wężowych zaświatów. Wojmir jednak nigdy zbytnio się tym nie przejmował, stąd jego nastawienie do tego tematu nie zmieniło się, odkąd opuścili Poznań jakiś czas temu.
Nadal nie chciał mieć z tym nic wspólnego, bo zupełnie nie pasował do roli bohatera.
Nie to, co Wojek, pomyślał, wpatrzony w ubitą drogę, którą pokonywali od kilku godzin.
Wyruszyli po południu, bowiem zeszłego wieczoru dali się w przydrożnej karczmie ponieść zabawie zakrapianej nalewką z aronii, przez co o świcie kolektywnie stwierdzili, że nie ma szans, aby wrócili na trakt przed dwunastą. Żywia ociągała się z nich wszystkich najbardziej, dlatego zamiast dotrzeć do Piotrkowa o ludzkiej godzinie, dobrną do murów miasta prawdopodobnie po zachodzie słońca.
A było nie dać się namówić na tę aroniówkę…
– Żmijku?
Wojmir znów kątem oka spojrzał na zdyszaną już Radzanową. Bordowy wróbel siedzący na jego ramieniu, ptasi szpieg Haliny, również zwrócił się w jej stronę. Czerwona chustka, którą kobiecina zwykła nosić na głowie, właśnie lekko się zsunęła, ukazując światu przerzedzone, siwe włosy pogorzelanki.
– Tak? – zapytał i łypnął na nią ponownie w obawie, że stało się coś złego.
Poważna Radzanowa, która ważyła słowa zamiast pleść, co jej tylko ślina na język przyniesie, była dla widzącego większym postrachem niźli Halina w swojej ostatecznej postaci wściekłej wiedźmy.
Dreszcze przeszły widzącemu po plecach. Zbiegło się to akurat z podmuchem wiatru, który już całkowicie zsunął chustkę z głowy staruszki. Ta złapała ją w ostatnim momencie i uchroniła od zanurzenia w błocie.
Jak na złość, im bliżej Piotrkowa, tym na drodze było go więcej.
– Pani Radzanowa? O co chce pani zapytać? – zapytał widzący z obawą, na co ta przystanęła i zaczęła w skupieniu składać chustkę.
Bez słowa zawiązała ją sobie na głowie, lecz w roztargnieniu trochę krzywo. Wojmir, widząc to, pochylił się i ostrożnie naciągnął ją na jej czoło, tak jak zwykła ją nosić do tej pory.
– Myślisz, Żmijku… – mruknęła zamyślona. – Myślisz… że mój Racisław odnajdzie jeszcze spokój?
Ach, ona ciągle o tym…
Żmijowy syn oparł ręce o kolana i, czując, że to czas, aby odstawić żarty na bok, zebrał się w sobie i powiedział szczerze:
– Nie wiem, pani Radzanowa. – Po tych słowach na twarzy kobiety pojawił się grymas mający swe podłoże w lęku, który, odkąd się znali, objął ją w swe władanie tylko raz: gdy mieszkańcy Piasków ruszyli na nich z widłami. – Słyszała pani, co mówił Wojek, gdy porwał nas na chmurze.
– Wiem, wiem… – Zmarszczyła brwi i zaczęła z nerwów bawić się dłońmi, a co za tym szło, wykręcać swoje powykrzywiane już i tak kościste palce. – Mamy na razie czekać na jego znak.
– Dokładnie tak. – Skinął głową i uśmiechnął się lekko, a błędne ogniki wyleciały ze skrzyneczki, którą trzymał w torbie przewieszonej przez ramię i usiadły na barkach Radzanowej, co wywołało uśmiech na twarzy leciwej kobiety. – Dlatego, póki mnie nie wezwie na szkolenie, idziemy do Piotrkowa. Pieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu – dodał z wymuszonym uśmiechem.
Szczerze powiedziawszy, było mu jej żal, a Racisławowi to w głębi serca trochę zazdrościł, bo jego matka nie dałaby za niego złamanego grosza, nie mówiąc o podróży przez pół kraju, aby upewnić się, że nie stanie mu się krzywda. Radzanowa miała swoje wady, lecz jej oddanie synowi na swój sposób wzruszało widzącego.
– Pani się nie martwi – powiedział cicho, a ogniki zbliżyły się do policzków staruszki. Ich przyjemne, kojące ciepło zdawało się na chwilę poprawiać jej humor. – Postaram się…
Nagle jego słowa zagłuszyło ochrypłe skrzeczenie bażanta, który do tej pory chował się przed nimi w zaroślach łąki rosnącej po lewej stronie drogi.
Jak ja tych ptaków nienawidzę, nadają się tylko na pasztet…,przemknęło mu przez myśl.
Ledwo zdążył przewrócić oczami, a z oddali dobiegł go kolejny krzyk. Tym razem pełen rozpaczy:
– Dziecko! Dziecko leci!
Wojmir zastygł pochylony nad Radzanową.
Jakiś demon mnie na cel wziął? Przesłyszałem się?, pomyślał, ale wtedy wołanie znów się powtórzyło, a widzący rozpoznał w nim głos szeptuchy.
– Wojmir, dziecko!
Dopiero wtedy i on, i Radzanowa, spojrzeli przed siebie, skąd doszedł ich wrzask i skąd nadbiegały w ich kierunku Żywia i Stefa. Obie spanikowane, wskazujące żywo na coś na niebie, tuż nad nimi.
Żmijowy syn z obawą uniósł wzrok.
Nagle mignęły mu przed oczami biało-czarne pióra bociana, zza których wyłonił się spadający z nieba, nieregularny kształt.
W tle raz po raz słychać było skrzeczące krzyki bażanta, darł się jak opętany.
– Łap to dziecko, Wojmiiir!
Wołanie Stefy otrzeźwiło go na tyle, aby się cofnął i wystawił przed siebie ręce. Natychmiast wpadło w nie małe zawiniątko. Widzącemu z tego wszystkiego nogi ugięły się w kolanach. Nie minęła sekunda, a okolicę przeszył przeraźliwy płacz noworodka opatulonego od stóp do głów w niezbyt czystą koszulę.
Świat zawirował mężczyźnie przed oczami.
Jeden oddech, dwa, trzy. Będę mdlał, jak nic będę mdlał…
– N-na b-bogów, c-co to… – wydukał, niezdarnie trzymając w rękach…
– Dziecko! To dziecko! Co ty, nie widzisz?!
Drgnął, gdy dopadła do niego Stefa i wyjęła dziecię z jego ramion, umiejętnie tuląc je do siebie. Od razu zaczęła je delikatnie kołysać, drugą ręką odkrywając materiał, aby zobaczyć, czy nie doznało żadnego urazu.
– Co to za bocian, skoro dzieci gubi! – krzyknęła Żywia i pogroziła pięścią odlatującemu już ptakowi. – No, jak pijany leci, patrzcie!
Wojmir z tego wszystkiego po prostu zrobił to, co mu kazano, a więc spojrzał za bocianem kierującym się tam, skąd przyszli.
Faktycznie leci jakoś krzywo i bez sensu…
– Wojmir, obudź się!
Ocucił go ostry syk szeptuchy, która z emocji aż cała czerwona na twarzy się zrobiła. Zdaniem widzącego pięknie komponowało się to ze wstążkami w jej włosach, ale raczej nie był to dobry moment, aby prawić jej tego rodzaju komplementy.
– J-ja tak – podrapał się po karku, głośno wydychając powietrze. – Trochę mnie to… – wskazał na drącego się niemowlaka – to wszystko zaskoczyło.
– Co ty nie powiesz! – krzyknęła Żywia, wyrzuciwszy ręce do góry. Była wybitnie ekspresyjna i najwyraźniej najłatwiej było jej poradzić sobie z nadmiarem emocji wrzaskiem. – Jakieś dziecko nam z nieba spadło!
– Nie z nieba, tylko z dzioba bociana… – naprostowała Stefa, na co strzyga prychnęła.
Roznosząca ją złość na pierwszy rzut oka zupełnie nie pasowała do jej aparycji delikatnej dziewczyny przyodzianej w jasną, zwiewną sukienkę i, choć ze ściętymi dość krótko, to nadal pięknymi, złotymi wręcz włosami.
– Niech zabiera tego berbecia z powrotem ten ptak parszywy, co to ma być?!
– Nie drzyj się tak – rzuciła Stefa, lekko się bujając, aby uspokoić przerażonego niemowlaka. – Stresujesz go.
– To nie ja go stresuję tylko ten pijany bocian, co go upuścił!
– Będzie miał przez ciebie kolkę.
– To niech ma!
– Dziwne to… – Szeptucha spojrzała z konsternacją za coraz bardziej oddalającym się od nich ptakiem kierującym się ku granicy lasu. – Czy bociany w ogóle mogą być pijane?
– No ten z pewnością był! One dzieci mają przynosić, a nie gubić – prychnęła Żywia, mnąc w palcach materiał swojej sukienki.
– Bociany to pomioty diabłów – odezwała się grobowym tonem Radzanowa pierwszy raz, odkąd niebiosa zesłały im dziecko.
Widzący, strzyga i szeptucha spojrzeli na nią w tej samej chwili, bowiem zabrzmiała, jakby zaraz miała im opowiedzieć o jakimś krwiożerczym demonie, który zjadł jej ostatniego lata dwie córki. Brakowało tylko, aby mówiła im to nocą przy ognisku, a na jej twarzy tańczyło światło niespokojnego ognia.
– A do tego… – szepnęła, pustym wzrokiem patrząc w przestrzeń. – Przed wylotem na zimę do Wyraju dokonują… sądów bocianich.
Podmuch wiatru załopotał jej przybrudzoną u dołu spódnicą, a podniosłości chwili dał się ponieść nawet berbeć, gdyż raptownie zamilkł. Swe małe ślepia wlepił w pomarszczoną jak suszona śliwka Radzanową, która kontynuowała zniżonym głosem, kierując swoje szczurze spojrzenie prosto w oczy Wojmira.
– Słabyś? Zadziobią cię. – Niespodziewanie klasnęła, naśladując kłapanie bocianiego dzioba, przez co Żywia aż podskoczyła. – Rodzisz się nie taki? Zjedzą cię! To są diable pomioty, co to jeno chowają się pod płaszczykiem zwiastuna dobroci…
Brakuje tylko, żeby nagle niebo się zachmurzyło i przecięła je błyskawica. A do tego taki głośny grom.
– Pani Radzanowa… – chrząknął Wojmir, posyłając Stefie skonfundowane spojrzenie. – Żeby o bocianach tak mówić…
– Ja swoje wiem. – Radzanowa założyła z werwą ręce na piersi i ostentacyjnie odwróciła głowę. – One są zdradliwe, a natura naznaczyła je czerwonymi dziobami od krwi swoich ofiar. To ostrzeżenie…
Żywia machnęła ręką.
– Głupstwa Radzanowa plecie.
– Podobne ci są, więc słuchać mnie nie chcesz…
– O, wypraszam sobie!
– Też są puszczalskie, jeno samiec na polowanie poleci, a samica hyc już z innym! – Kobieta uszczypnęła strzygę w ramię, nachylając się ku niej z każdym słowem coraz bardziej. – I mściwe są też, ooo, tak, mściwe są bardzo. Wróci kiedy bociek z polowania i zobaczy w swoim gnieździe konkurenta, to zadziobać oboje na miejscu potrafi. Na śmierć!
Twarz Żywii wykrzywił grymas, Wojmir stał z rozdziawioną buzią i tylko Stefa nie wyglądała na zaskoczoną historią o bocianich mordercach.
– Chyba nie chciałam tego wiedzieć… – mruknęła wieszczyca i, aby zająć czymś drżące dłonie, nienaturalnie szybko schyliła się, chcąc urwać jeden z polnych kwiatków rosnących przy drodze.
Ledwo jednak go dotknęła, a spomiędzy wysokiej trawy wyskoczył na nią bażant, który bez choćby sekundy zawahania znów wrzasnął przeraźliwie, a za nim w kanonie Żywia i… dziecko.
– No nie – mruknęła zrezygnowana Stefa. – I całe uspokajanie na nic. Jak krew w piach…
– Krew to się zaraz poleje… – warknęła Żywia, wpatrzona w ptaka, a jej palce przemieniły się w szpony.
– Zostaw tego bażanta. – Szeptucha złapała ją za łokieć.
W drugiej ręce wciąż trzymała płaczące dziecko.
Wojmir z fascynacją przyglądał się duszom strzygi, które przenikały się, kiedy przyjmowała, choćby częściowo, demoniczną formę. Czerń coraz mocniej wybijała się na czerwonoszarym tle jej ducha, im bardziej dziewczyna pozwalała swojemu wieszczycowemu wcieleniu dojść do głosu.
I właśnie ten moment wybrała Radzanowa, aby oświadczyć:
– Ja mam dość, idę stąd. – Bez wahania obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę miasta, dalej mrucząc pod nosem, choć z przerwą na kolejny łyczek bimbru dla kurażu. – Opóźnienie mamy, a Piotrków już niedaleko, noc nas tu zastanie…
Widzący za to skierował swoją uwagę na ich nowe, niebiańskie dziecko.
Może to nie jest przypadek…
– Tej, Stefa. – Nachylił się ku szeptusze i przyjrzał się niemowlakowi, który właśnie przestał płakać. Buźkę miał całą czerwoną, a oczy przestraszone, przez co mężczyźnie zrobiło się go żal. Mimo tego nie mógł się powstrzymać, aby nie zapytać… – A może on się tak wydziera, bo też ma w sobie obcą duszę jak te z Poznania? Ja sprawdzę, co?
Stefa, usłyszawszy ten absurd, przyciągnęła dziecko bliżej siebie i ponownie przytuliła z nadzieją, że ciepło jej ciała ukoi nerwy malca.
– Głupiś czy niespełna rozumu? – syknęła. Najchętniej zdzieliłaby go po głowie, gdyby tylko miała przy sobie godny tego kij. – Głodne jest!
– Ja też jestem głodna, a nie krzyczę… – bąknęła wieszczyca.
– Bo może masz więcej niż trzy dni? – odparła Stefa zirytowana. – Takie dzieciątko nie mówi jeszcze i komunikuje się, jak umie.
Dziecko najwyraźniej odczuło niechęć Żywii, ponieważ kolejny raz się rozpłakało, co natychmiast zaowocowało grymasem na twarzy strzygi.
– Ta, rykiem chyba… Radzanowa, poczekaj na mnie! – krzyknęła i ruszyła w ślad za staruszką, która zdążyła zostawić ich w tyle. – Już wolę ciebie niż to dziecko!
Stefa stała jak zaczarowana, zastanawiając się, czy na pewno podróżowała z dorosłymi ludźmi.
– I… co teraz? – Wojmir oparł ręce na biodrach, z obawą wpatrując się w niemowlaka.
Zupełnie nie znał się na dzieciach i jedyne, co był w stanie teraz z pewnością orzec, to to, że Stefie pasował ten berbeć na ramieniu.
– Teraz to idziemy do Piotrkowa – ucięła kobieta i pomaszerowała, nie poświęcając widzącemu nawet chwili uwagi.
Został więc sam pośrodku drogi gdzieś między Gomulinem a Piotrkowem wśród skoszonych pól i dzikich łąk. Radzanowa i Żywia zbliżały się już do widocznego w oddali rozstaju dróg, a Stefa dzielnie kroczyła ku nim na tyle szybko, że Wojmir zdążył usłyszeć jedynie część jej narzekań.
– Co za chłop, naprawdę. Z nim gorzej jak z tym dzieckiem…
Wojmir podrapał się po karku i położył sobie rękę na brzuchu, gdy ten zaburczał i dał o sobie znać niemiłym skurczem.
– Wypadałoby i… Bogowie! – krzyknął, wystraszywszy się bażanta, gdyż ten, jak gdyby nigdy nic, stanął tuż obok niego i, tak jak on, wpatrywał się w horyzont, w którego kierunku zmierzała grupa. – Sio stąd, sio! – Wojmir machnął rękoma z nadzieją, że ptak się wystraszy, lecz nadaremno. Odskoczył jedynie troszeczkę w lewo i gdy tylko Wojmir ruszył, podreptał tuż za nim, śledząc każdy jego krok i tym samym zamykając pochód żmijowej drużyny.
– Cholerne ptaszysko… – bąknął widzący, wskazując na niego palcem. – Idź sobie, bo zrobię z ciebie pasztet.
Bażant jednak tylko zaskrzeczał i dalej szedł z nim w kierunku Piotrkowa, na co Wojmir westchnął przeciągle, smętnie krocząc przed siebie.
– Już bym wolał tego bociana…
ROZDZIAŁ I
– Daleko jeszcze, Stefa?
– A skąd mam wiedzieć? To „twoje” miasto…
– Moje to ono dopiero będzie, jak mnie ojciec usyno… chwila. – Żywia przystanęła nagle na środku drogi i zmarszczyła brwi, kładąc ręce na biodrach w akcie oburzenia. – To się powinno mówić, że mnie ojciec musi ucórkowić!
– Takie słowo nie istnieje… – zaskrzeczała zasapana Radzanowa, coraz bardziej wisząc na ramieniu Wojmira. – W tym świecie można tylko kogoś usynowić, dziecko. Dziewuszki, córki, one nic nie są warte.
Stefa na to zachmurzyła się i odruchowo przycisnęła śpiące niemowlę bliżej piersi, a jej długie włosy przecinane czasem czerwonymi wstążkami opadły na koszulinę, którą to było okryte.
– No wie Radzanowa co? – fuknęła Żywia i spojrzała na staruszkę z wyższością. – W czym dziewczynki gorsze są niby?
– We wszystkim… – stęknęła Radzanowa i przetarła spoconą dłonią czoło, aby po chwili wytrzeć ją o poplamioną i zacerowaną już w co najmniej trzech miejscach spódnicę. – Możesz sobie być i strzygą, złociutka… – zakaszlała koszmarnie, po czym splunęła gdzieś w krzaki. – Ale dzieweczka po ślubie pójdzie do domu męża, a matka wtedy sama zostanie.
Natenczas Stefa weszła pomiędzy Żywię i Radzanową, wskazując brodą na zawiniątko.
– Na szczęście ta nam z nieba spadła, więc to żadna strata, jeno dar.
Wojmir na to napuszył się i mruknął pod nosem bez większego zastanowienia:
– Wolałbym, żeby mi worek ze złotem z nieba spadł, bo ojcu będę musiał niedługo jeden zanieść…
Choć… Widzący zląkł się w duszy. Jeśli nie było go przy Rzece Zapomnienia i nie pilnuje bram Nawii, to… czy nadal jestem zmuszony oddać mu w złocie połowę tego, com w tym roku ze zleceń na duchy zarobił?
– Phi! – Radzanowa machnęła dłonią z dezaprobatą. – Złoto, złoto. Każdy by chciał złoto. A ja wolałabym stado krów.
Żywia spojrzała na nią zdegustowana.
– Krów?
– Krów, krów – powtórzyła z determinacją staruszka. – Wyznacznikiem bogactwa jest bydło, moi drodzy, nie pieniądze.
– No to ani bydła nie dostałem, ani pieniędzy – bąknął widzący ze szczerym żalem w głosie, po czym dodał – tylko jakieś dziecko…
– I to jeszcze dziewczynkę… – dopowiedziała Radzanowa, czego Żywia już nie wytrzymała.
– Ja drewno rąbałam, jak miałam siedem lat, i nikt mi nie wmówi, żem gorsza od jakiegoś chłopca!
– No, w końcu, żeby odrąbać matce głowę siekierą, to trzeba mieć trochę krzepy – odparł Wojmir.
Strzyga zagotowała się, a na jej blade lica wystąpiły rumieńce wściekłości.
– Przynajmniej potrafię wykorzystywać umiejętności, jakie dała mi moja druga natura – odgryzła się i bez względu na to, jak bardzo Wojmir chciałby temu zaprzeczać, musiał zamilknąć.
Nie tylko plaga opętań nawiedzających Poznań, ale i Wojek uświadomili mu, jak dużo nauki miał przed sobą, a przyznać trzeba było, że specjalnie się do tego nie garnął. Stefa z kolei, widząc, że mimo przegranej pozycji widzący chciał odpowiedzieć strzydze, uprzedziła go:
– O, proszę bardzo. Kościół – wskazała dłonią na charakterystyczną wieżę, która właśnie wyłoniła się spomiędzy koron drzew. – Idziemy, idziemy, raz dwa, nie ociągamy się i kierujemy na kościół! Jedyna ich zaleta taka, że duże są i je z daleka widać…
– Kościół kościołem. – Żywia przyłożyła sobie dłoń do czoła, aby chociaż przez chwilę nie raziło jej zachodzące słońce. – Ale co my mamy z tym dzieckiem zrobić? Kto nam uwierzy, że je bociek pijany upuścił?
Wojmir westchnął, spoglądając kątem oka na upartego bażanta. Rdzawobrązowy, pokryty ciemnymi plamkami ptak dumnie kroczył za nimi. Czarną głowę trzymał wysoko. Czerwone policzki i obszar przy każdym z oczu nadawały mu nieco szalonego wyrazu.
To w sumie taka latająca kura z ogonem.
Mężczyzna otrząsnął się i odpowiedział Żywii z opóźnieniem:
– Tak naprawdę to nie wiemy, czy bociek był pijany…
– Dobra, dobra… Łeb mu się powinno ukręcić i tyle.
– A brońcie bogowie! – krzyknęła Radzanowa z przejęciem. – Zabijesz jednego, to krowy w okolicy krwawe mleko będą dawać!
– A jeśli im gniazdo zniszczysz, to pożar sprowadzisz – wtrąciła się Stefa. – No i nasz był biały, prawda?
Żywia naburmuszyła się.
– A jaki inny mógłby niby być?
– Czarny, wtedy by to znaczyło, że nawiedzi nas wielki pech i ulewa stulecia.
– Popadać to by w sumie mogło, wolałabym nawet deszcz zamiast tego bachora… Mam pomysł! – Strzyga wyrzuciła na drogę polny kwiatek, którym bawiła się do tej pory, i klasnęła z zadowoleniem. – A może my byśmy w kościele to dziecko zostawili? Piotrków ma więcej niż jeden kościół, na pewno któryś…
– Nie – odpowiedziała jej przez ramię Stefa. Zrobiła to spokojnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Sama teraz szukasz swojego ojca. To dziecko ledwo się urodziło i chcesz je skazać na to samo?
To jedno pytanie spowodowało, że Żywia zamknęła się w sobie – dosłownie i w przenośni, bowiem nie tylko zamilkła, ale i zgarbiła się lekko. Jedynie w ten sposób wyraziła skruchę, choć zdaniem szeptuchy i tak niezbyt szczerą.
– Prosto w serce trafiłaś tym wnioskiem, zielarko nasza – zaskrzeczała Radzanowa, na co Wojmir odparł bez wahania:
– Nawet jeśli, to spokojnie. W końcu Żywia ma dwa.
Wieszczyca natychmiast odwróciła się ku niemu z furią w oczach.
– No czy ten żart ci się kiedyś znudzi?! Ty podrabiany dowcipnisiu spod lady, znalazłbyś w końcu coś nowego!
– To prawda – rzuciła cicho Stefa i zakasłała dla niepoznaki. – Od dziś masz zakaz na mówienie tego żartu, nawet mnie się już przejadł. A, i na ten o siekierze też.
Na twarzy strzygi pojawił się uśmiech, który jednak zrzedł, gdy tylko Radzanowa z powrotem włączyła się do rozmowy.
– Mnie bawi, więc nie krępuj się, Żmijku.
– Dziękuję, pani Radzanowa – odparł Wojmir z powagą i wziął oddech, aby wyprawić na cześć pogorzelanki płomienną mowę pochwalną w zamian za aprobatę jego poczucia humoru. – Pani błogosławieństwo jest cenniejsze niźli…
– Ejże, myśmy chyba zabłądzili.
Po tych słowach Żywii wszyscy, jak jeden mąż, spojrzeli przed siebie, gdzie spomiędzy drzew wyłoniła się już nie tylko kościelna wieża, ale i pierwsze domostwa ogrodzone lichymi płotkami, które trzymały się tylko i aż na słowo honoru.
Ten też moment idący za nimi dzielnie bażant wybrał, aby przeciągle wrzasnąć, wyrywając ich z zamyślenia.
Radzanowa łypnęła na ptaka z pogardą.
– A czemuśmy zabłądzili? – zapytała, na co strzyga zmarszczyła brwi w skupieniu.
– Bo wchodzimy w zabudowania, a bagien nie widać, choć Piotrków na bagnach stoi – odparła i przyspieszyła, przez co reszta grupy musiała się wysilić, aby za nią nadążyć. – Do tego zaraz pod kościół będziemy podchodzić i żeśmy przez mury obronne nie przechodzili, a Piotrków ma je wręcz wspaniałe.
Stefa, której łatwiej było iść z dzieckiem na rękach niż Wojmirowi ze wspierającą się na nim Radzanową, zapytała zaczepnie:
– Wspaniałe?
– Ależ tak! – Żywia wyrzuciła ręce do góry i, nie zorientowawszy się, że właśnie została podpuszczona, chrząknęła i zaczęła mówić. – Po najeździe Tatarów trzeba było mury odbudować i już Kazimierz Wielki tę odbudowę zlecił, ale dokończył ją nie kto inny, jak najlepszy z polskich królów!
– Jagiełło? – zapytała ironicznie Stefa.
– Skąd wiedziałaś? – Oczy Żywii wręcz zaświeciły się na dźwięk nazwiska jej faworyta. – To dzięki niemu i królowej Jadwidze zbudowano te nasze mury. Królowa swój łańcuch złoty sprzedała, aby podarować fundusze na nie!
– Nasze? – Szeptucha spojrzała na nią z powątpiewaniem. – To teraz jesteś piotrkowianką? Już Poznań nie jest miastem nad miastami?
– I to, i to na P. Każde dwie sylaby ma. Czego się czepiasz, co?
– No tak, szczegóły…
Wieszczyca skupiła się na otoczeniu, korzystając ze swoich wyostrzonych zmysłów: wzroku, słuchu i węchu.
– Ale Piotrków to to nie jest – mruknęła, omiatając spojrzeniem gospodarstwo, które właśnie mijali po prawej stronie z dziurawym oknem z rybich pęcherzy i krzywymi drzwiami z wbitym w nie zardzewiałym gwoździem. Zawieszony na nim amulet z kilku kocich kostek klekotał cicho od co mocniejszych podmuchów wiatru. – No i zapachu browaru nie czuję, jeno kadzidło z kościoła, przypaloną potrawkę w garze wiszącym nad paleniskiem w tym nieszczęsnym domu i obornik wyrzucony za nim. – Żywia skrzywiła się i odwróciła głowę w drugą stronę. – I do tego świeży.
Stefa poprawiła sobie przysypiające dziecko na ramieniu.
– A co ma do Piotrkowa zapach browaru?
– Ależ ty jesteś ignorantką, Stefa, naprawdę, że ci nie wstyd… – Strzyga teatralnie przewróciła oczami. – Żeby nie wiedzieć, że Piotrków z browarnictwa na cały kraj słynie, to trzeba być naprawdę bezczelnym…
– O przepraszam bardzo, że nie znam dokładnie historii każdego losowego miasta w kraju, bo a nuż, widelec akurat na jego punkcie dostaniesz bzika…
– – –
Chwilę później przystanęli prawie pod samym kościołem. Poza nim w okolicy znajdowały się domy podobne do pierwszego, który mijali jakiś czas temu, a więc drewniane i raczej liche. Jedynym murowanym budynkiem w pobliżu był właśnie kościół wyróżniający się na ich tle. Stefie ta okolica wydawała się może nie tyle podejrzana, co podejrzanie pusta. Odkąd weszli pomiędzy zabudowania, nie spotkali nawet jednej osoby, a przecież nie utwardzanoby głównej drogi we wsi, gdyby nie jeździły po niej zaprzęgnięte w wozy konie.
Polacy bowiem mało czego tak nienawidzili jak marnowania pieniędzy.
– Dziwnie tu cicho… – mruknął Wojmir i, dojrzawszy kątem oka, że bażant zbiera się do następnego krzyku, zagroził mu palcem. – Spróbuj tylko znowu…
Bażant oczywiście spróbował, kolejny raz strasząc dziecko, które ledwo co się uspokoiło.
Wtem Żywia klasnęła w dłonie z zadowoleniem.
– Stefan, nazwijmy go Stefan!
Szeptucha natychmiast zaprotestowała.
– Nie zgadzam się.
– Pasuje idealnie! Oboje mnie irytujecie i… – Żywia przerwała nagle, po czym w ułamku sekundy wyprostowała się i uśmiechnęła szeroko, a rysy jej twarzy złagodniały, pozbawiając ją złośliwego wyrazu.
Demon, nie kobieta, jak nic…,pomyślał Wojmir, lecz z ciekawością obserwował strzygę, która diametralnie zmieniła się na widok zbliżającej się do nich staruszki wspierającej się na drewnianej, krzywej tak samo jak jej właścicielka, lasce. Jej bura spódnica przypominała widzącemu kolor zaschniętego błota, a wyblakła koszula przykryta częściowo przez zarzuconą na plecy chustę lata swojej świetności miała już dawno za sobą.
– Przepraszam panią bardzo! – zawołała Żywia i podeszła kilka kroków do kobieciny, której garb widocznie przeszkadzał, aby swobodnie unieść głowę i spojrzeć na pełną entuzjazmu wieszczycę. – Zgubiliśmy się chyba, taki to nasz los, ale pani droga… – Dziewczyna nachyliła się lekko, aby obie miały oczy na jednej wysokości. – Czy to Piotrków? Bo zaczynam się obawiać, że jednak Wolbórz…
– Wolbórz?! A gdzie tam, Witów! Co, panienka kościoła norbertanów nie poznaje? – odparła oburzona wieśniaczka.
Wtedy do rozmowy postanowił dołączyć bażant, który w międzyczasie sprytnie przekradł się na przód i właśnie dziabnął nieznajomą w chybotliwe kolano, na co ta wrzasnęła i o mało się nie wywróciła.
Na czas zdążyła uratować ją Żywia.
– Ostrożnie, proszę mocno trzymać się laski – powiedziała potulnie, podtrzymując nieznajomą za łokieć.
– Co to za ptaszysko?! – uniosła się babuszka i z pewnością, gdyby tylko była w stanie, bez wyrzutów sumienia kopnęłaby Stefana, który przystanął zaraz przy Wojmirze.
Żmijowy syn uniósł ręce w obronnym geście.
– Na mnie nie patrzcie, ja odpowiadam tylko za wróbla. – Wskazał na małego, bordowego ptaszka siedzącego na jego barku, posłańca Haliny.
– Uch, mniejsza już o to. – Kobieta uspokoiła się nieco, wziąwszy głęboki oddech. Spojrzała w niebo z rozrzewnieniem. – Pan Bóg nakazuje wszystkich miłować, a więc i takie ptaszory… – dodała, po czym tak jakby to wszystko wcale się nie wydarzyło, wróciła do narracji sprzed bażanciego ataku. – Ale dość już o tym. A wy co, do Witowa żeście zajechali przypadkiem? To o tragedii nic nie wiecie…
– Tragedii? – podłapała Żywia, na co Stefa przewróciła oczami.
– Oj tak… Od strony Sulejowa groźni przybyli, gdzie ludzi w jasyr uprowadzili… – Głos witowianki załamał się od nagłej rozpaczy. Radzanowa aż zadrżała z przejęcia. Ewidentnie była skora do większego współczucia wobec członków swojej grupy wiekowej niźli w przypadku dwudziestoparolatków. – Klasztor naszych norbertanów spalili, zakonników w pień wycięli, a w ślad za nimi siostry nasze zakonne, norbertanki. Część w lochach zakatowali! – Wtedy Żywia skrzywiła się z bólu, bowiem kobiecina zacisnęła pełną starczych plam dłoń na jej nadgarstku, kontynuując z przejęciem, od którego zanikał jej głos. – Te, co uciekły na czas, i tak od kaźni srogich się nie uchroniły. Wytropili je nad Luciążą…
– Straszna historia… – szepnęła pełna wzruszenia Radzanowa, przykładając lewą dłoń do piersi, w okolicy serca.
– Prawda? – Pociągnęła nosem druga z kobiet. – Do dziś kwiaty na dół panieński nosimy, gdzie je wymordowano, a ciała zbezczeszczono! Tylko trzy przeżyły!
Wojmir zmartwił się szczerze.
Co jak co, ale tragedia to to jest. Może jej córka jedną z tych zakonnic była i stąd to przejęcie w niej?
Wtedy jednak, jak gdyby nigdy nic, wrota kościoła otworzył od środka młody zakonnik przyodziany w biały habit i równie biały długi pas materiału opadający na plecy oraz pierś – szkaplerz.
– Chwila – mruknęła Stefa i zmrużyła powieki. Z przysypiającym na ramieniu dzieckiem zbliżyła się do babuszki. – Ale w jasyr to uprowadzali Tatarzy, a ich tu ileś lat już nie było. No i tamten zakonnik – wskazała brodą w stronę, gdzie ten przed chwilą krzątał się przy drzwiach – jakoś nie wygląda, jakby mu cokolwiek ostatnio groziło. Kościołowi też nic nie jest. Coś babuszka tu kręci.
Widzący, z racji, że nic mądrego do powiedzenia nie miał, nie odzywał się. Bał się na głupka przy Stefie wyjść, co jednocześnie zmotywowało go do zdobycia większej wiedzy, aby ją czymś w przyszłości zaskoczyć, a nie tylko ciągle być zaskakiwanym.
– Ach, no tak – odparła witowianka z powagą. – Bo to prawie dwa wieki temu było, ale tragedia jak straszna była, tak jest.
Żywia sapnęła i wyraźnie miała już dość grania miłej, bowiem ostatnie, co było im teraz potrzebne, to jakieś bajdurzenie lokalnej staruszki. Zdążyła już nawet otworzyć usta, aby dać upust swemu oburzeniu, lecz w tym momencie w Witowie z wieży kościelnej rozbrzmiało spiżowe bicie dzwonów.
– O, toż to czas modlitwy wieczornej – odezwała się babuszka i, niewzruszona, dokładnie tak jak wcześniej po dziobnięciu bażanta, mówiła dalej. – Jakbyście przypadkiem do jutra w okolicy zostali, to się tylko nie zdziwcie. U nas Ślązak jest księdzem i dzwony też po śląsku biją. Rano, w połowie przedpołudnia, w południe, w połowie popołudnia na nieszpory i wieczorem. Tak jak teraz.
Wojmir miał ochotę odpowiedzieć, że nikt o to nawet nie zapytał, ale wtedy, niczym na zawołanie, z pobliskich domostw zaczęli wypełzać na ulicę ludzie. Na dźwięk dzwonów zaprzestali wszystkiego, co robili do tej pory, i wyruszyli pod kościół.
– Jak jakieś wojsko… – szepnęła Żywia, na co Stefa odparła z nostalgią:
– Wiara w niecnych celach użyta nieraz już narzędziem władzy była. – Kiwała się z dzieckiem na ramieniu delikatnie to w przód, to w tył, rozglądając się czasem na boki, skąd nadchodzili mieszkańcy Witowa.
Wojmir jednak patrzył tylko na nią. Im dłużej ją znał, tym bardziej był nią oczarowany, a już szczególnie, gdy mądrze prawiła. Ostatnimi czasy nie mógł jednak wykrzesać z siebie siły, aby jej to okazać. Dlatego też, mimo że miłował ją w duszy, to od spotkania z Wojkiem i poznania swojego przeznaczenia, nie wykonał w jej stronę ani jednego kroku, za co w głębi serca było mu wstyd. Chciał jej się nawet do tego teraz przyznać, lecz uprzedziła go i odezwała się pierwsza, wciąż wpatrując się w zmierzających do kościoła witowian:
– Z ambony się nie tylko poucza, ale i kształtuje umysł na wespół z konfesjonałem, gdzie pod płaszczem odpuszczenia grzechów własny sposób widzenia świata się głosi…
– Te, Żmijku.
Widzący ocknął się, gdy Radzanowa dźgnęła go łokciem pod żebra.
– Nie śliń się tak do tej szeptuchy, przy innych ludziach nie wypada.
Przyłapany na gorącym uczynku Wojmir zastygł, a oblicze Stefy złagodniało nieco, gdy na niego spojrzała. Ta miła chwila trwała jednak krótko, bowiem wtedy zdzielił ją barkiem młody mężczyzna, wyrywając jej z ramion dziecko.
– Ty porywaczko, ty! – krzyknął wściekle i nagle okazało się, że dookoła Wojmira, Stefy, Żywii, Radzanowej i Babuszki Tragedii zebrał się całkiem pokaźny tłumek mieszkańców Witowa. Bardzo nieprzychylnie do nich nastawiony tłumek. – Nie wstyd ci z dzieckiem porwanym po wsi chodzić?!
– Ejże, ejże! – Strzyga wysunęła się naprzód, stając pomiędzy szeptuchą a krzykaczem z blizną po ospie idealnie pomiędzy oczami. – Myśmy to dziecko w dobrej wierze tu przynieśli, oddać je chcemy!
– Toś je najpierw porwała, a teraz oddawać chcesz?!
Mężczyzna spodnie miał przykrótkie, włosy tłuste, a oddech spirytusowy. Zapieklił się niemiłosiernie i głuchy był na tłumaczenia. W dodatku każde jego słowo zyskiwało pomruki aprobaty znajomków, których zachowanie przypominało Stefie charakterystyczne dla wojska posłuszeństwo wobec osoby posiadającej tak zwaną niepodważalną rację. Zawsze miał ją dowódca, bez względu na to, czy mówił z sensem, czy bez sensu, co w dobrych celach użyte przydatne było może, ale tylko, jeśli na czele grupy stał ktoś kompetentny.
A więc nie tym razem…
– I do kościoła, i do linczu pierwsi… – mruknęła pod nosem, co dla Wojmira było już ostatecznym znakiem, że nadszedł czas wyjaśnić całe to zagmatwane zajście.
– Ludzie drodzy! – krzyknął, aby mieć pewność, że każdy w promieniu kilkunastu metrów go usłyszy. Zadziałało, ponieważ zebrani skupili się na nim od razu, przez co bardzo ważył kolejne słowa. Obserwowało go kilkadziesiąt par oczu, których przedział wiekowy sięgał od kilkudziesięciu lat do kilku dni, bowiem nawet zesłane im z niebios niemowlę spojrzało ku niemu. – Przychodzimy w pokoju, szukamy rodziców tego dziecka.
– Kłamiesz! – krzyknął znów mężczyzna, który wcześniej zwyzywał Stefę. – Dziecko nasze byście uprowadzili, gdybym społecznego zatrzymania na was nie dokonał!
Niemowlak na to znów zaczął płakać, co natychmiast podburzyło niespokojny już i tak tłum.
Radzanowa w strachu złapała Wojmira za nadgarstek, Stefa cofnęła się o krok. Nawet bażant przycupnął niespokojny tuż przy nodze widzącego, a wróbelek siedzący na jego ramieniu otrząsnął się nerwowo.
Z nich wszystkich jedynie Żywia tryskała wolą walki. Wyraźnie rozjuszona, zacisnęła pięści, nie chcąc, aby jej palce z wściekłości zamieniły się w szpony. Ostatnie, czego teraz potrzebowali, będąc w centrum zainteresowania żądnej „sprawiedliwości” lokalnej ludności, to strzyga szalejąca przed samym kościołem, którego dzwony zabiły właśnie po raz kolejny, wzywając wiernych na modlitwę.
Ludzie wnet zacieśnili krąg dookoła żmijowej drużyny, atmosfera zgęstniała jeszcze bardziej. Łatwość, z jaką mieszkańcy Witowa wydali swój wyrok przy jednoczesnym braku dowodów, była dla Wojmira nie tylko przejawem ich głupoty, ale i przestrogą, aby na przyszłość może jednak się nie odzywać.
– A na dodatek… – warknął krzykacz z obrzydzeniem i, zachwiawszy się od nadmiaru alkoholu we krwi, zakasał rękawy. – Wyście pogańce…
Wtem Wojmir wyczuł w Żywii zmianę. Jej czarna dusza była już bardzo blisko przejęcia nad nią kontroli i mało brakowało, aby ta piękna, drobna dziewczyna przemieniła się w krwiożerczego demona.
– O, patrzcie! – zawołał nagle chuderlawy chłopiec stojący do tej pory na uboczu. W dłoniach ściskał wystruganą w drewnie figurkę aniołka. – Janeczka jedzie, ktoś ją zawołać musiał, że tak pędzi!
Wtem tłum rozstąpił się, aby zrobić miejsce dla wozu ciągniętego przez imponującego konia o jasnym umaszczeniu i białej, lśniącej grzywie. Wojmir zupełnie nie znał się na koniach, lecz ten konkretny wyglądał po prostu… drogo.
Może to jaki rycerz jedzie,pomyślał, ale szybko odrzucił tę hipotezę, bowiem woźnicą okazał się barczysty mężczyzna mniej więcej w jego wieku, w prostej, szarej koszuli spiętej skórzanym pasem. Dłonie miał pełne blizn, oczy ciemne, a włosy bujne i kruczoczarne, co nie umknęło w szczególności Żywii, wpatrzonej w niego jak cielę w malowane wrota.
Jej dotychczasowa wściekłość wyparowała jak ręką odjął.
Każdy zresztą najpierw zwrócił uwagę na młodzieńca, a dopiero potem na jego drobną towarzyszkę, która migiem zeskoczyła z wozu i podbiegła do pijanego krzykacza – sprawcy całego zamieszania – tylko po to, aby rzewnie płacząc… wyrwać mu z ramion dziecko.
– Ze złota jest ten bachor czy o co chodzi? – mruknęła strzyga, lecz zanim Stefa zdążyła ją skarcić, a Radzanowa jej przytaknąć, najnowsza uczestniczka tego spontanicznego spotkania przycisnęła dziecko do piersi.
– Och, Krystynka, cała jesteś!
– Cała jest, bom ją uratował! – odparł z dumą zawiany mężczyzna, po czym wskazał dłonią Stefę. – To ona Krystynkę ukradła!
Ludzie dookoła niego pokiwali zgodnie głowami.
– Przed sąd z nią! – zawołał ktoś z tłumu, czemu szybko zaprzeczył krzykacz.
– A tam przed sąd, po widły niech kto idzie, zostawić tego tak nie możemy!
– O nie, znowu widły… – zlękła się Radzanowa. – Jak w Piaskach…
– Dość!
Z wozu zaprzęgniętego w kremową klacz zeskoczył mężczyzna, który przywiózł pod kościół matkę, jak się okazało, Krystynki. Krok miał długi, twarz przystojną, głos donośny, a dłonie spracowane, co zadziałało na Żywię jak wabik. Nie mogła oderwać od niego wzroku, mimo że ten nie poświęcił jej do tej pory choćby grama swojej uwagi.
Doigrałaś się, trzpiotko…, zaśmiał się w duchu Wojmir, lecz szybko nakazał sobie powagę.
W końcu znów, w dość krótkim odstępie czasu, ktoś groził im widłami.
– Ale Borysie, to ona Krystynkę porwała! Puścić ją chcesz wolno?! – znów odezwał się krzykacz, lecz tym razem nie znalazł poparcia w tłumie.
Jego poważanie drastycznie przesunęło się na korzyść rzeczonego Borysa, w którego co druga kobieta była zapatrzona równie mocno co Żywia.
Wojmir łypnął znienacka na Stefę. Odetchnął, gdy nie ujrzał w niej uwielbienia dla rosłego przybysza. Wtedy też Radzanowa pociągnęła go za rękaw, na co ten schylił się, aby mogła szepnąć mu na ucho:
– Marnyś przy nim, nie miej żalu do niej, jeśli ci do niego ucieknie – mruknęła pogorzelanka, a ziarno niepewności, które widzący prawie przed chwilą zdusił w zarodku, wykiełkowało z pełną mocą.
Borys natomiast przystanął i spojrzał zirytowany na mieszkańców Witowa. Gdy przemówił swoim niskim, wibrującym głosem, mało brakowało, aby Żywia zaczęła piszczeć.
– Wiecie przecież, że Krystynkę mamuna porwała. Czy ta kobieta ma wielkie łapy, świńskie kły i szczeciniaste futro? Nie. Czego wy chcecie od tych ludzi? – Wskazał na żmijową drużynę, a była ona dość niecodzienna i niekoniecznie musiała wzbudzać zaufanie na pierwszy rzut oka. – To ta kobieta – zwrócił się do Stefy, która wytrzymała jego onieśmielające spojrzenie – we własnych ramionach Krystynkę nam przyniosła, a wy na nią z widłami chcecie skakać? I to pod samym kościołem? Przed mszą? Boga w sercu nie macie czy jak?
Dziwnym trafem wszyscy spuścili głowy i nie byli już tak skorzy jak wcześniej, aby na Stefie wieszać psy. Z wyjątkiem…
– Jakby to była mamuna, Kuźniar – ciągnął dalej krzykacz, nie ulegając argumentom Borysa – to by podrzuciła odmieńca. A tu nic! Kołyska pusta! Chyba że… – Mężczyzna zawahał się i spuścił wzrok. Pierwszy raz dziś spróbował się naprawdę skupić. – Albo… Albo to nie Krystynka jest, jeno odmieniec, tylko się dobrze ukrywa!
Wtem tłum ponownie obrał jego stronę, mrucząc z aprobatą.
– Nie bluźnij, Mirek! – wtrąciła się zapłakana Janeczka i mocniej przytuliła do piersi niemowlę, które właśnie rozpłakało się na amen, co tylko utwierdziło Mirka w słuszności jego przekonań.
– Widzisz? – Przyklasnął sobie. – Broni się odmieniec przed nami wrzaskiem!
– Na kupę gnoju z nim i rózgą go okładać, aż zsinieje! – krzyknęła Babuszka Tragedia, jeszcze niedawno szczerze zdruzgotana mordem na zakonnicach ileś lat temu, ale nie wizją katowania noworodka tu i teraz. – Jeśli to odmieniec, to się mamuna nad nim zlituje i go zabierze. Jeśli nie przyjdzie, to będzie pewność, że to Krystynka, a nie zwrotek!
– Na litość boską, Kazimiera! – zagrzmiał Borys, wyraźnie poirytowany. Z tego wszystkiego żyły na jego dłoniach nabrzmiały, co dla Żywii było kolejnym pretekstem do wzdychania. – Żeby takie małe dziecko bić!
– Małe, nie małe – wycharczała Kazimiera, wskazując na niego swoją laską. – Księga Przysłów mówi: „Nie kocha syna, kto rózgi żałuje, a kto kocha go – w porę go karci”. Więc jak syna można, to odmieńca tym bardziej!
Te słowa przelały czarę goryczy Borysa, który mając za sobą imponujący, murowany kościół norbertanów, ryknął:
– Jezus na niczyją krzywdę by nie pozwolił, więc i ja nie pozwolę! – Wskazał na struchlałą od jego krzyku Babuszkę Tragedię. – I ty mi się tu, Kazimiera, Starym Testamentem nie tłumacz. Tym się od Żydów różnimy, że w Jezusa, Syna Bożego wierzymy, a zatem w dobre uczynki i wybaczenie. – Na te słowa Janeczka zaczęła gwałtownie kiwać głową, lecz Borys nie zamierzał poprzestać jedynie na miłych słowach. Doskonale wiedział, że bez nutki groźby niczego nie osiągnie, dlatego, wciąż nieugiętym tonem, dodał: – Nie pozwolę, aby Krystynce spadł choćby włos z głowy, słyszycie?!
Westchnienie Żywii było jednocześnie tak pełne uwielbienia i tak głośne, że co najmniej połowa tłumu łypnęła na nią spod byka.
– Jakiś ty szlachetny! – Wzniosła oczy ku niebu, na co Wojmir przewrócił swoimi.
No straciła głowę dla niego, jak nic…
– Szlachetny czy nie, dobrze prawi.
Tyle wystarczyło, aby tłum skupił się na Stefie, która choć nie pokusiła się o krzyk, i tak znalazła posłuch wśród mieszkańców Witowa.
Szczególną uwagą obdarzył ją Borys. Na ten widok Żywia wygięła usta w podkówkę.
– Nikt nie będzie tego dziecka krzywdził. – Nieugiętość w głosie szeptuchy uciszyła nieśmiałe próby sprzeciwu dochodzące z tłumu. Nawet chłopka, która do tej pory stała przy krzykaczu, nerwowo miętosząc w dłoni brudną chustkę, zastygła w bezruchu. – Szanować mnie za to nie będziecie, boście chrystusowi, ale jestem szeptuchą i powiadam wam, że Krystynka to żaden odmieniec, a jeno przestraszone dziecko.
– Odmieniec! – krzyknął Mirek, lecz tym razem sam, samiusieńki.
– Jeśli mamuna porwała wam dziecko, a swojego nie podrzuciła – kontynuowała z powagą Stefa – to jest to kwestia, której nie należy lekceważyć. Szczególnie że niedawno bociek upuścił Krystynkę prosto w ramiona Wojmira. – Wskazała na widzącego, a tłum jak jeden mąż zwrócił się w jego stronę.
Żmijowego syna przeszły ciarki.
Źle mi się to kojarzy, oj, źle…
– Byłem świadkiem tego, jak mamuna przekazała boćkowi dziecko na polu – zagrzmiał Borys i wyszedł przed szereg, biorąc na siebie ciężar ewentualnego sprzeciwu czy nawet agresji. – W szoku byłem i tylko dlatego jego śladem na Nitce nie popędziłem. Ale właśnie dzięki temu wiem, że ci ludzie nie mieli nic wspólnego z porwaniem Krystynki!
Kuźniar musiał posiadać w tej społeczności dość znaczny autorytet, bowiem ta wydawała się szczerze zlękniona jego gniewem.
– Coś tu jest nie tak w tym regionie… – mruknęła Stefa pod nosem.
Wojmir, choć wciąż milczał, nie mógł się z nią nie zgodzić. Tak samo jak ze stwierdzeniem, że ich nowy kompan, bażant Stefan, miał niesamowity talent do wybierania beznadziejnych momentów, w których postanawiał przeciągle krzyknąć.
Takich jak na przykład teraz.
– Koniec dyskusji! – krzyknął Borys, uznając to za ostateczny sygnał do ukrócenia tego spontanicznego zajścia. – Wszystko wyjaśnione, rozejść się, no już! – Popędził ludzi, po czym z zachmurzoną miną zwrócił się do krzykacza, który nagle języka w gębie zapomniał i zbladł. Nawet jego nos, będący do tej pory czerwony od alkoholu, wrócił do swojej naturalnej barwy. – A ty, Mirek, jeszcze raz niewinnym kobietom będziesz widłami groził, a dzieci bić będziesz chciał, to ze mną i moim piecem będziesz miał do czynienia – warknął i złapał awanturnika na koszulę. – Rozumiesz, Mirek?
– R-rozumiem, rozumiem, no! – odpowiedział płaczliwie Mirek i, gdy tylko Borys go puścił, pognał w stronę kościoła, gdzie zmierzała już reszta tłumu.
– Dlaczegoś nam pomógł? – zapytała bez ogródek Stefa z dłońmi opartymi na biodrach. Brodę trzymała wysoko, a spojrzenie miała nieufne nawet po tym, jak omiotła nim mężczyznę od stóp do głów. Ewidentnie była na jego urok bardziej oporna niż Żywia. – Jaki miałeś w tym interes?
Borys skrzywił się i poprawił pas, który spinał jego szarą tunikę.
– Żaden, po prostu wiem, że nie ukradłaś tego dziecka. – Uniósł na nią wzrok. – Może i jesteś jakąś pogańską czarownicą, szeptuchą czy inną wiedźmą, ale nie mamuną.
Dziewczyna zmrużyła powieki.
– Wiedźmą?
– Jak zwał, tak zwał. – Mężczyzna podszedł do swojego konia i poprawił mu uzdę, nic nie robiąc sobie z oburzenia w głosie Stefy. – Nie musisz być mi bliska, żebym nie pozwolił cię bez powodu nadziać na widły. Do tego wystarczy mieć odrobinę człowieczeństwa.
Żywia westchnęła z uwielbieniem, a Wojmir doszedł do wniosku, że obserwowanie strzygi wzdychającej do mężczyzny, który nie odwzajemniał jej maślanych spojrzeń, to jego nowe ulubione zajęcie. Mina zrzedła mu dopiero, gdy zauważył w Borysie cień zaintrygowania Stefą. Nie, żeby mu się dziwił, piękna była, mądra i miła, to pakiet na rynku matrymonialnym rzadko spotykany, stąd i wyjątkowy. Oczywistym było więc, że widzący nie miał ochoty się nim dzielić. Teraz musiał się jedynie upewnić, że sama zainteresowana również była tego zdania.
To chyba czas zasugerować Żywii, aby rzuciła na niego prawdziwy urok…,pomyślał Wojmir, po czym postanowił wtrącić się do rozmowy. Nie w smak było mu, że w obecności nieznajomego nie zabrał jeszcze głosu.
– A jeśli już o człowieczeństwie rozmawiamy. – Chrząknął, czym zwrócił uwagę Borysa. – Ten cały konflikt rozpoczął się od zwykłego pytania, czy udało nam się trafić do Piotrkowa. Co prawda, otrzymaliśmy odpowiedź, że nie, lecz niewinna historia o tragedii i najeździe Tatarów sprzed ponad stu lat przerodziła się w perspektywę bycia nabijanym na widły.
– Niech zgadnę – mruknął mężczyzna i po raz pierwszy, choć nieznacznie, uniósł kącik ust w krzywym uśmiechu. – Kazimiera was dorwała?
– Niestety…
– Usłyszeliście też o Wolborzu czy tylko o zakonnicach?
– Tylko o zakonnicach.
– O, to przynajmniej darowała wam historię, jak to jej ciotka myliła Witów z Wolborzem, skąd wojska na Grunwald wyruszały, i zamiast do Wolborza, to do Witowa przyjechała szukać zaginionego miecza swego męża, co w wyprawie brał udział.
Stefa zmarszczyła brwi.
– To już chyba wolę te zakonnice… – odparła, a Wojmir ze zdegustowaniem patrzył, jak mężczyzna podchodzi do szeptuchy i, patrząc jej prosto w oczy, pyta:
– Nazywam się Borys Kuźniar, a tobie jak na imię, pani?
– Pani, phi – prychnęła cicho Żywia, lecz to nie wystarczyło, aby któreś z nich wyprowadzić z równowagi.
– Stefa – odparła dziewczyna i skinęła głową w odpowiedzi na ten sam gest mężczyzny.
No i jak ja mam z nim konkurować? Wojmir zmarkotniał. Nie pracuję na co dzień ani w polu, ani młynie czy jakimś warsztacie. A on? Ma krzepy za dwóch…
Bażant tym razem zamiast zwyczajowo ryknąć, zagdakał jakby w ramach aprobaty.
– Niewdzięczne ptaszysko… – mruknął widzący.
– Ja natomiast jestem Żywia! – Strzyga w mig znalazła się przy Borysie, przyjmując swoją niewinną, pogorzelską postawę. – Niezwykle miło jest mi cię poznać, szanowny panie. Jestem ci ja szlachcianką i wraz z moją świtą podróżuję do Piotrkowa, by odwiedzić mego ojca.
– Twoim czym? – Radzanowa pogrzebała sobie w uchu. – Tyś się chyba z osłem na głowy pozamieniała, dziewuszko. Ja tu podróżuję wraz z przyszłym założycielem żmijowego imperium, dziedzicem stró…
– Wystarczy, pani Radzanowa – przerwał jej widzący i, poczuwszy się wywołanym, wyciągnął dłoń w stronę mężczyzny. – Wojmir.
Kuźniar przyjrzał mu się w trymiga, po czym bez krztyny entuzjazmu odwzajemnił jego gest.
– Borys.
No nie polubimy się chyba, ale nikt mi nie zarzuci, że nie próbowałem.
– A to jest Radzanowa. – Widzący wskazał na wyraźnie zmęczoną staruszkę, której chustka znów zsunęła się trochę do tyłu. – Z tego, co mówiła Żywia, prawdą jest jedynie to, że zmierzamy do Piotrkowa. Do tego całego Witowa to przez pomyłkę trafiliśmy.
Borys, choć to jemu powinien odpowiedzieć, zwrócił się do Stefy, która, jeśli dała się złapać na jego niski głos i piękne oczy, dobrze się maskowała.
– Mieszkam w Piotrkowie, właśnie wracam do warsztatu. Jeśli zmieścicie się na wozie, mogę was ze sobą zabrać.
– Jak cudownie! – zaszczebiotała Żywia, trzepocząc rzęsami praktycznie przed samą twarzą Borysa.
On jednak mimo tego nadal nie wydawał się nią szczególnie zainteresowany.
– W takim razie postanowione. – Kuźniar wskazał za siebie. – Wsiadajcie zatem, bo czasu jest mało. W tym tempie noc nas dogoni.
– Zawsze byłaby to wspólnie spędzona noc pod gwiazdami… – mruknęła zalotnie Żywia, lecz nawet to nie pomogło jej w osiągnięciu celu, bo mężczyzna ponownie zwrócił się do szeptuchy.
– Zechcesz mi towarzyszyć na koźle? Na wozie z tyłu zmieszczą się tylko trzy osoby.
– Ja mogę, z chęcią! – wtrąciła się strzyga.
Bez skutku.
– Z przyjemnością – odparła Stefa i przyjęła jego pomocną dłoń przy wchodzeniu na wóz.
W międzyczasie, tak, aby Borys nie widział, zdążyła puścić Wojmirowi oczko.
Gdyby ktoś zapytał go rano, jaki gest jest w stanie zrzucić z jego barków nieopisany ciężar, z pewnością nie wskazałby właśnie tego konkretnego. A tymczasem proszę. Tak mało trzeba było, aby widzący mógł ze spokojem odetchnąć.
Lecz wtedy Radzanowa znów postanowiła wtrącić swoje trzy grosze, mówiąc tak cicho, by tylko on ją usłyszał.
– Honorowa jest, to mu szybko do łóżka bez rozmowy z tobą nie poleci, ale na twoim miejscu szykowałabym się na rychłe pożegnanie.
Powiedziawszy to, jak gdyby nigdy nic, ruszyła w stronę wozu wraz z Żywią, przez co Wojmir ponownie został na samym końcu w towarzystwie oddanego wróbla i upartego bażanta, który zagdakał jakby z dezaprobatą.
– Zgadzam się, Stefan – bąknął widzący, ze zrezygnowaniem przyjmując perspektywę podróży wozem Borysa. – Mnie też się to w pale nie mieści.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
