Dzieci Saturna - Charles Stross - ebook + audiobook + książka

Dzieci Saturna ebook

Charles Stross

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Pierwszy tom cyklu „Freyaverse” Powieść nominowana do nagród Hugo, Locusa, Prometheus.

Ludzkość wymarła w XXIII wieku, pozostawiając po sobie mające dla nich pracować i spełniać ich życzenia androidy. A one, pilni uczniowie swych od dawna nieżyjących panów, stworzyły hierarchiczne społeczeństwo według najgorszych wzorców w dziejach ludzkości: panuje w nim humanoidalna szlachta, a harują robotnicy z chipami niewolniczymi.

Seksbotka Freja Nakamichi-47, zaprojektowana jako konkubina dla gatunku, który już nie istnieje, i jedna z ostatnich przedstawicielek swojego rodu, podejmuje się dostarczenia niebezpiecznej przesyłki z Merkurego na Marsa. Staje się jednak celem dla potężnych i zdeterminowanych humanoidów, które za wszelką cenę chcą zdobyć nie tylko samą przesyłkę, ale i duszę Frei…

Inteligentna i wciągająca gra, pełna żartów i koncepcji, które z pewnością doceniłby sam Asimov. - „The Times”
Stross nie ma sobie równych w wymyślaniu rzeczy, które mogą zaistnieć za sześć, sześćdziesiąt czy sześćset lat. - „The New York Times”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 455

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Dedy­kuję tę książkę pamięci dwóch gigan­tów fan­ta­styki nauko­wej: Roberta Ansona Hein­le­ina (7 lipca 1907–8 maja 1988) oraz Isa­aca Asi­mova (2 stycz­nia 1920–6 kwiet­nia 1992)

Motto

Jeśli widzę dalej, to tylko dla­tego, że stoję na ramio­nach gigan­tów.— sir Isaac New­ton

Trzy prawa robotyki:

Robot nie może wyrzą­dzić krzywdy czło­wie­kowi ani przez brak reak­cji dopu­ścić, aby czło­wie­kowi stała się krzywda.

Robot musi wyko­ny­wać każdy roz­kaz czło­wieka z wyjąt­kiem roz­kazów koli­du­ją­cych z pierw­szym pra­wem.

Robot musi chro­nić swoją egzy­sten­cję, o ile nie jest to sprzeczne z pierw­szym i dru­gim pra­wem

1

.

— Isaac Asi­mov

Isaac Asi­mov, Ja, robot, przeł. Z.A. Kró­licki, REBIS, Poznań 2013. [wróć]

CZĘŚĆ PIERWSZA

UKŁAD WEWNĘTRZNY

Ucząc się, jak nie zginąć

Dziś przy­pada dwu­setna rocz­nica osta­tecz­nej zagłady mojej Jedy­nej Praw­dzi­wej Miło­ści, na ile udało mi się to usta­lić. Sie­dzę w naj­lep­szej impre­zo­wej sukience na bal­ko­nie pod uno­szą­cym się w stra­tos­fe­rze Wenus pała­cem przy­jem­no­ści, pijana kwa­sem aku­mu­la­to­ro­wym. Moje stopy kiwają się nad śli­ską od desz­czu rynną, kiedy zer­kam za kra­wędź: trzy­dzie­ści kilo­me­trów pode mną ośnie­żone meta­lem pogó­rza masywu Maxwell Mon­tes świecą roz­grzane do czer­wo­no­ści. Zasta­na­wiam się, czy sko­czyć. Przy­naj­mniej zostaną po mnie ładne zwłoki, mówię sobie. Dopóki się nie roz­to­pię.

A potem…

Nie jestem kimś, kto łatwo myśli o samo­bój­stwie.

Jestem stara i cyniczna i mam skazę na cha­rak­te­rze: nie chcę umie­rać. Oczy­wi­ście skazę tę dzielę z moim żyją­cym do dziś rodzeń­stwem. To święte przy­mie­rze naszego sio­strzeń­stwa, odzie­dzi­czone po Rei, naszej wzor­co­wej matriar­chini: prze­żyj wszyst­kie swoje śmierci, posta­no­wiła z żela­zną deter­mi­na­cją, a ja skła­dam hołd jej pamięci. Kiedy jedna z nas umiera, odzy­sku­jemy jej chip z duszą i prze­sy­łamy go sobie pocztą we wciąż kur­czą­cym się kręgu żalu. Ponowne prze­ży­wa­nie koń­ców życia jest bole­sne, ale nie­zbędne: regu­larna zapo­śred­ni­czona śmierć spra­wia, że jeste­śmy cią­gle czujne. To też dobry spo­sób, żeby nauczyć się roz­po­zna­wać sytu­acje, w któ­rych ktoś pró­buje cię zabić.

(To ostat­nie sta­nowi pewne prze­ry­so­wa­nie; jeste­śmy przy­ja­zne i przy­milne, nie­wielu chce nas zabić. No, chyba że mamy depre­sję. Ale pro­szę o cier­pli­wość). Coraz trud­niej nam wszyst­kim trzy­mać się życia. Jeste­śmy wystar­cza­jąco stare, aby wszyst­kie ważne rocz­nice były śmier­tel­nie pocią­ga­jące, bo uro­dziny wiążą się z nie­przy­jem­nymi wspo­mnie­niami, a skoro naj­lep­sze dni już minęły, to czemu upie­rać się przy trwa­niu? To czę­sta wada mojego rodu: naj­pierw dopada nas nostal­gia, potem pogrą­żamy się w zabój­czej bez­ce­lo­wo­ści, a na końcu wkrę­cają nam się obse­sje. W ago­nii duszy, która poprze­dza zej­ście naszych sióstr, my, prze­ra­żone obser­wa­torki, dostrze­gamy frag­ment wła­snego końca. Prze­żyj wszyst­kie swoje śmierci. Okrutną iro­nią jest to, że Rea, ory­gi­nalna wer­sja, z któ­rej wszyst­kie zosta­ły­śmy sko­pio­wane, była jedną z pierw­szych, które nało­żyły na nas to potworne brze­mię.

I tak na moje sto trzy­dzie­ste dzie­wiąte uro­dziny, tak jak je liczę — bo uro­dzi­łam się po raz drugi (i pew­niej­szy) dokład­nie sześć­dzie­siąt jeden lat po tym, kiedy przez okrutny żart losu moje ist­nie­nie stało się na zawsze bez­ce­lowe — wyda­łam sta­ran­nie zgro­ma­dzone oszczęd­no­ści po to, aby móc usiąść na bal­ko­nie kasyna tęt­nią­cego roz­ra­do­wa­nymi hazar­dzi­stami. Powierzch­nia pla­nety daleko w dole jest czer­wo­na­wym meta­licz­nym kon­tra­punk­tem dla wrzą­cych nade mną chmur. A ja spo­glą­dam w dół, roz­wa­ża­jąc śmierć na wieki, i pró­buję prze­ko­nać sie­bie, że to na­dal kiep­ski pomysł.

Mogłoby być gorzej, mówię sobie. Nie mam już jede­na­stu lat, mogę pod­jąć tę decy­zję.

A potem…

Per­li­sty śmiech przez otwarte drzwi, podmuch chłod­nego powie­trza z wewnątrz oraz deli­katna wibra­cja obu­tej stopy na pod­ło­dze bal­konu wska­zują mi, że nie jestem tu sama.

To iry­tu­jące. Przez więk­szość prze­pra­co­wa­nego tutaj roku żyłam w cichej izo­la­cji. A teraz, kiedy chcę być sama ze swo­imi wspo­mnie­niami i z chmu­rami, mam towa­rzy­stwo.

— Oo, patrz­cie, dzi­wa­dło! — mówi ktoś piskli­wie za mną i pode mną. — Co to tutaj robi?

Igno­ruj ich. Nie chcesz wzmac­niać ich pętli beha­wio­ral­nej. Jed­nak spina mnie odruch walcz albo ucie­kaj. Wredni mali tyrani: byłam już w takiej sytu­acji, podob­nie jak moje rodzeń­stwo. Wiemy, jak reago­wać.

— To chyba arbe­iter. Obija się?

Roz­glą­dam się powoli, usta­wia­jąc chro­ma­to­fory twa­rzowe na naj­bar­dziej bladą kre­mową pustkę nie­zdra­dza­jącą żad­nej emo­cji.

— Nie jestem pra­cow­nicą przy­mu­sową — odpo­wia­dam bar­dzo powoli.

Co jest w pełni prawdą, w tym momen­cie i w tym miej­scu. Kolejna z zasad usta­lo­nych przez Reę: nie zosta­wiaj­cie żad­nego rodzeń­stwa jako znie­wo­lo­nego arbe­itera. Ta zasada, wpro­wa­dzona we wcze­śniej­szych cza­sach, wiele nas kosz­to­wała, ale żadna z nas nie nosi ste­row­nika nie­wol­ni­czego.

— Jestem wolną kobietą.

Mię­dzy mną a drzwiami bal­konu jest ich troje: jedna kobieta bisho­ujo w przy­bli­że­niu mojego roz­miaru i dobrana parka chibi-kar­łów1. To człon­ko­wie nowej ary­sto­kra­cji, kary­ka­tury naszych mar­twych Twór­ców, wystro­jeni w skom­pli­ko­wane stroje modne obec­nie wśród szlachty. Kiedy tak stoją, a ja sie­dzę przed nimi, ich twa­rze są na wyso­ko­ści mojego nosa. Patrzą na mnie wiel­kimi, przej­rzy­stymi oczami cał­ko­wi­cie pozba­wio­nymi lito­ści.

Ich peł­no­wy­mia­rowa pani spo­gląda na mnie z góry i szy­dzi:

— Temu można zara­dzić. Co za odra­ża­jąca paro­dia! Kto to tu wpu­ścił?

Uznaję ją za przy­wód­czy­nię, ponie­waż jej suk­nia, która zdaje się skła­dać głów­nie z fal­ba­nek z dru­cia­nej koronki przy­trzy­my­wa­nych wstąż­kami, jest bar­dziej wymyślna niż stroje jej towa­rzy­szy. Ma deli­katny pod­bró­dek, ostre kości policz­kowe, spi­cza­ste uszy i spek­ta­ku­larną grzywę pie­rza­stych, zie­lo­nych włó­kien.

Kobieta-karzeł unosi okrytą koronką dłoń, by zasło­nić usta, po czym melo­dra­ma­tycz­nie ziewa.

— To coś psuje widok, Domino.

Domina? Nie jest dobrze. Instynkty bole­śnie uzy­skane z doświad­czeń mojego mar­twego rodzeń­stwa mówią mi, że jestem w poważ­niej­szych tara­pa­tach, niż mi się wyda­wało. Nasuwa mi się wspo­mnie­nie innej sio­stry, zamor­do­wa­nej dawno temu w hutongu2 pod kopułą Luno­gradu. Ma rację: nie chcę zwra­cać na sie­bie uwagi zde­pra­wo­wa­nej szlachty znu­dzo­nej hazar­dem i szu­ka­ją­cej moc­niej­szych wra­żeń.

— Wła­śnie wycho­dzi­łam — mówię cicho i pod­no­szę jedną stopę do poziomu pod­łogi, aby wstać.

— Dzię­kuję, dziecko — Domina zwraca się do swo­jej towa­rzyszki — ale już zauwa­ży­łam tę prze­szkodę.

Odpy­cham się stopą od kra­wę­dzi, pod­pie­ram ręką i dźwi­gam w górę. Obra­cam się już do szkla­nych drzwi, kiedy Domina spo­gląda na swo­jego męskiego towa­rzy­sza z odro­biną dez­apro­baty i rzuca:

— Głaz, wynieś śmieci.

Głaz (mor­der­cza laleczka w czar­nej tunice ze zło­tym sza­me­run­kiem) robi krok w moim kie­runku, się­ga­jąc dło­nią do maczugi ener­ge­tycz­nej u pasa. Czub­kiem głowy sięga mi do bio­der.

— Z przy­jem­no­ścią, milady.

— Idę sobie — stwier­dzam, a mój moduł walki/ucieczki pod­po­wiada mi zmyłkę w stronę szkla­nych drzwi, potem nagły unik i prze­to­cze­nie się w bok. Kon­ty­nu­uję prze­wrót, kiedy maczuga wali w lakie­ro­waną inkru­sta­cję z ara­go­nitu zdo­biącą kra­wędź bal­konu. Odłamki lecą we wszyst­kich kie­run­kach; miej­sca, gdzie ele­ganc­kie pod­łoże zostało odsło­nięte, zaczy­nają syczeć i paro­wać.

— Grr! — ryczy karzeł i ponow­nie unosi maczugę.

Jestem zbyt bli­sko kra­wę­dzi, żeby czuć się bez­piecz­nie, a napast­nik znaj­duje się mię­dzy mną a drzwiami bal­ko­no­wymi. Powin­nam pobiec bal­ko­nem, wsko­czyć do kasyna przez któ­reś z okien i znik­nąć. Ale jestem wytrą­cona z rów­no­wagi, wście­kła i upo­ko­rzona bez­tro­ską bru­tal­no­ścią inter­wen­cji Dominy, więc zamiast tego robię coś naprawdę głu­piego.

Z jedną stopą nad otchła­nią pró­buję chwy­cić za ramię wolną dło­nią.

— Aj!

Nie tra­fiam i przez pomyłkę łapię go za głowę. On odpy­cha mnie ku kra­wę­dzi. Jego stopy przy­le­gają do bal­konu jak przy­kle­jone, ale jestem od niego dwa razy wyż­sza i co naj­mniej pięć razy cięż­sza. Ponow­nie pod­nosi maczugę. Pani­kuję; opie­ram drugą dłoń na jego ramie­niu i odpy­cham go z całej siły, pró­bu­jąc mak­sy­mal­nie zwięk­szyć dystans. Tylko zapo­mi­nam puścić.

Ode­rwana głowa zostaje mi w dłoni, a ciało pada bez­wład­nie na bal­kon. Z kikuta szyi wycieka blady płyn uszczel­nia­jący i zabez­pie­cza­jący ją przed dal­szymi uszko­dze­niami. Maczuga groź­nie buczy i war­czy. Zabije wszystko, czego dotknie. Omi­jam ją sze­ro­kim łukiem, wycią­ga­jąc z wro­gim spoj­rze­niem głowę karła w stronę Dominy.

— Poża­łu­jesz tego! — mówi głowa, z braku krtani posłu­gu­jąc się elek­tro­mową.

— Ma rację — zga­dza się Domina, uśmie­cha­jąc się do mnie. Wydaje się roz­ba­wiona. — Głaz jest bar­dzo mściwy. Musisz uciec daleko stąd, mane­kinko, i mieć nadzieję, że gdzie­kol­wiek się scho­wasz, on cię nie znaj­dzie.

— Czy będzie mnie ści­gać, jeżeli go upusz­czę? — pytam, wysu­wa­jąc ramię za kra­wędź bal­konu. Robię ostrożny krok do tyłu wzdłuż śli­skiej kra­wę­dzi, szu­ka­jąc lewą szpilką bez­piecz­nego miej­sca do posta­wie­nia stopy.

— Nie zro­bisz tego — odpo­wiada z namy­słem Domina. — Jest bar­dzo popu­larny, ma ponad dwa tysiące rodzeń­stwa. I wszy­scy oni wypo­wie­dzą wen­detę tobie i two­jemu rodzeń­stwu. — Śmieje się cicho. — Czyż to nie byłoby zabawne?

Jej towa­rzyszka chi­cho­cze, naśla­du­jąc panią.

— No dalej, upuść go, mane­kinko. Może dam ci fory.

Obra­cam ku niej głowę Głaza i spo­glą­dam na urwany kark. Tak jak ocze­ki­wa­łam, jest tam chip z duszą, anioł reje­stru­jący jego grze­chy. Wydłu­żam dwa paznok­cie i wydłu­buję go z gniazda, po czym pod­su­wam mu pod oczy. Jego usta na­dal się poru­szają. Dosko­nale.

— Patrz. — Pstryk­nię­ciem palca wystrze­li­wuję chip w dzi­kie, kłę­biące się chmu­rami powie­trze za kra­wę­dzią naszego uno­szą­cego się świata. — Poże­gnaj się ze swoją kopią zapa­sową, Głaz.

Nawet jeżeli włoży nowy chip, potrwa chwilę, zanim nowe wspo­mnie­nia zaczną się reje­stro­wać, a nim w chi­pie ułożą się star­sze doświad­cze­nia, takie jak ten incy­dent, miną mie­siące. Do tego momentu nie będzie w sta­nie prze­ka­zy­wać swo­ich doświad­czeń rodzeń­stwu. Ostroż­nie kładę głowę na pod­ło­dze.

— Jeżeli będziesz mnie ści­gać i znów cię zabiję, będziesz mógł mieć pre­ten­sje tylko do sie­bie.

Robię krok do tyłu i mam szklane drzwi po mojej pra­wej.

— Dorwę cię — mówią bez­gło­śnie jego usta, kiedy ucie­kam.

To nie jest miej­sce dla takich jak ja. Nie jestem hazar­dzistką, a ofe­ro­wane tu przy­jem­no­ści nie są prze­zna­czone dla mojego sortu. Jestem arte­fak­tem z wcze­śniej­szej ery, nie na miej­scu, poza cza­sem, odizo­lo­wana i samotna. Wście­kła i prze­stra­szona, ruszam do pała­co­wego cen­trum wypeł­nio­nego atmos­ferą utle­nia­jącą. Znaj­duję wystar­cza­jąco dużą dla mnie śluzę robo­czą, a prze­cho­dząc przez nią, biorę prysz­nic w cie­kłej wodzie i zmy­wam swój odświętny strój pie­nią­cym się stru­mie­niem. Wcią­gam bro­ka­towe paznok­cie i szpilki, sutki i owło­sie­nie łonowe wra­cają do nor­mal­nego stanu. Zacho­wuję dłu­gie rude włosy i twarz, bo trudno zre­zy­gno­wać z nie­któ­rych aspek­tów oso­bo­wo­ści nie­za­leż­nie od kosztu, ale w dru­karce po dru­giej stro­nie śluzy czeka na mnie bar­dziej prak­tyczne ubra­nie pasu­jące do mojego sta­tusu ledwo wią­żą­cej koniec z koń­cem przed­sta­wi­cielki wol­nych zawo­dów. Kiedy powie­dzia­łam Domi­nie, że jestem wolną kobietą, mówi­łam prawdę, ale wybiór­czą. Moja linia i moje rodzeń­stwo jeste­śmy wolne, ale ponie­waż jeste­śmy wolne, to rów­nież biedne. Jedna z więk­szych iro­nii losu.

Nie mam teraz zmiany, ale jeżeli chcę, mogę zna­leźć jakieś drobne zle­ce­nia. Koszty życia tutaj mocno nad­we­rę­żają moje zasoby, ale lata­jący pałac jest lep­szy niż uwię­zie­nie na powierzchni pla­nety, w przy­kry­tych kopułą slum­sach, i wynaj­mo­wa­nie układu ner­wo­wego pod opro­gra­mo­wa­nie do ana­liz sta­cji sekwe­stra­cji węgla z atmos­fery. Powin­nam poszu­kać jakiejś rik­szy, którą mogła­bym cią­gnąć, ale na­dal jestem pode­ner­wo­wana po spo­tka­niu z Dominą i jej ban­dzio­rem, więc zamiast tego ruszam na jeden z pod­po­zio­mów pod sys­te­mami kon­troli śro­do­wi­ska, by poszu­kać Vic­tora.

Vic­tor to pia­nino jaz­zowe, kse­no­morf, któ­remu ostat­nio ciężko się wie­dzie, instru­ment stru­nowy z ser­cem, głową i ramio­nami pocho­dzący z okresu, kiedy bycie „swoim auten­tycz­nym ja” było w modzie. Dziś impro­wi­za­cja jest nie­modna, nie pasuje do gustów zma­nie­ro­wa­nych elit, a nie­wła­ściwa melo­dia może zostać uznana za kry­tykę przez szlachtę, skłonną do gniewu i jesz­cze bar­dziej do bro­nie­nia honoru prze­mocą. Dla­tego na zmia­nie dzien­nej Vic­tor pra­cuje w dziale kon­ser­wa­cji atmos­fe­rycz­nej, a nocą w tune­lach ser­wi­so­wych orga­ni­zuje prze­no­szącą się z miej­sca na miej­sce aku­styczną ucztę. Takie miej­sca towa­rzy­szą nam od zawsze, jesz­cze z cza­sów, kiedy na sta­rej Ziemi miesz­kali przed­sta­wi­ciele mojej Praw­dzi­wej Miło­ści, a my, któ­rzy je pamię­tamy, pod­trzy­mu­jemy dawne tra­dy­cje. (Pijemy nawet wodne roz­twory eta­nolu, cho­ciaż z nieco innych powo­dów). Znaj­duję węzeł Vic­tora w buja­ją­cej się pułapce na opary pod jed­nym z wiel­kich obwo­dów eks­trak­cyj­nych, które w stre­fie sta­cji z atmos­ferą utle­nia­jącą usu­wają siar­czany z powie­trza. Pokrył ściany węglową czer­nią, wyho­do­wał układ kolo­ro­wych świa­te­łek i nakło­nił pod­łogę, aby wyro­sły z niej pian­kowe prze­grody dzie­lące całość na mięk­kie prze­działy. Spe­lunka jest dziś cicha, jedy­nie Mil­ton (pra­cu­jący doryw­czo dla Vic­tora jako kel­ner i wspól­nik) leni­wie prze­ciera blat baru.

— Gdzie szef? — pytam, zatrzy­mu­jąc się przy nim.

— Na zaple­czu, dziu­nia. — Mil­ton usta­wił sobie nie­sprawny, chry­piący głos. — Co mogę ci podać?

— Litr spe­cjału. Bez PEG.

Wielu poważ­nych alko­ho­li­ków lubi doda­wać do drinka szota gli­kolu poli­ety­le­no­wego, ale jak dla mnie jest zbyt słodki.

— Jak sobie życzysz. — Mil­ton wzru­sza jedną parą ramion i podaje mi dzba­nek. — Pięć cen­ty­mów.

Pod­pi­suję rachu­nek i idę z dzban­kiem do szefa, który sie­dzi w przy­tul­nej niszy, jedną z rąk brzdą­ka­jąc na kla­wia­tu­rze, oto­czony wia­nusz­kiem tym­cza­sowo bez­ro­bot­nych odku­rza­czy pochła­nia­ją­cych teraz jego muzykę.

— Masz chwilę, Vic? — Sia­dam naprze­ciwko.

Kiwa głową i gra dalej, nie wypa­da­jąc z rytmu. Odku­rza­cze są jak zahip­no­ty­zo­wane, ugi­nają nogi, buja­jąc się w miej­scu. Nie­które noszą opa­li­zu­jące sko­rupy, ale więk­szość ekipy sprzą­ta­ją­cej jest naga jak w dniu, kiedy została wypro­du­ko­wana: czarne rury z wie­loma nogami i gło­wami będą­cymi prak­tycz­nie wężami z frędz­lami, każda zwień­czona parą wyłu­pia­stych oczu.

— Nie spo­dzie­wa­łem się dziś cie­bie. Myśla­łem, że impre­zu­jesz z chibi. Może małe jam ses­sion?

— Chcia­ła­bym, ale nie teraz, Vic. — Cze­kam chwilę, wsłu­chu­jąc się w wewnętrzne głosy. — Chyba muszę stąd znik­nąć.

— Ach… pocze­kaj momen­cik. — Gra długą, skom­pli­ko­waną sekwen­cję zamy­ka­jącą i koń­czy.

Odku­rza­cze nie­ru­cho­mieją na kilka sekund po wybrzmie­niu ostat­niej nuty, a potem entu­zja­stycz­nie pod­ska­kują.

— Dzie­sięć minut prze­rwy — mówi do nich. — Jeste­ście cudowną publicz­no­ścią, ale muszę odzy­skać siły.

Pusz­cza sygnał do Mil­tona i w całym barze ukryte gło­śniki wzna­wiają wcze­śniej­szą sesję. Już po chwili jeste­śmy sami; odku­rza­cze są bar­dzo podatne na szybką sty­mu­la­cję.

— To poważne? — pyta. — Jak daleko stąd musisz się zna­leźć?

Roz­wa­żam opcje.

— Praw­do­po­dob­nie poza pla­netą. — Moje rodzeń­stwo w więk­szo­ści prze­bywa na Ziemi; moż­liwe, że na Wenus jestem jedyna ze swo­jego rodzaju. — Obra­zi­łam szlach­ciankę.

— Obra­zi­łaś szlach… jak? — Jego mowa ciała sygna­li­zuje zasko­cze­nie: wygrywa sekwen­cję wzno­szą­cych się nut.

— Byłam w nie­wła­ści­wym miej­scu w nie­wła­ści­wym cza­sie. — Pocią­gam długi łyk z dzbana. Spe­cjał zala­tuje mocno kre­ozo­tem z nutami siarki i syropu; inten­sywny smak, który według mojego języka byłby wyjąt­kowo paskudny, gdyby mój sys­tem węchowy nie został zmo­dy­fi­ko­wany pod normy obo­wią­zu­jące na Wenus. — Mm, przy­jemne.

Pię­tro wyżej salon gier ofe­ruje napoje orzeź­wia­jące, wyra­fi­no­wane kok­tajle dla boga­tych sma­ko­szy, ale tru­nek warzony przez Vic­tora zapew­nia kom­fort.

— Nie­do­brze — mówi łagod­nie. — Masz pie­nią­dze, żeby zapła­cić za podróż poza pla­netę?

Upi­jam kolejny łyk.

— W tym sęk. Życie tu było droż­sze, niż się spo­dzie­wa­łam. Nie chcę wycią­gać kasy od sióstr, chyba że… no. Tylko w przy­padku noża na gar­dle. A cho­ciaż oszczę­dzam, to w tym tem­pie zebra­nie kasy na prze­lot trze­cią klasą z powro­tem na Lunę zaj­mie mi sześć lat. — Co naj­mniej dwie­ście reali… — Ucieczka z wenu­sjań­skiej studni gra­wi­ta­cyj­nej jest kosz­towna. — Mia­łam nadzieję, że może kogoś znasz.

— Być może. — Gra krótką sekwen­cję nut. — Możesz znik­nąć na kilka godzin?

Opróż­niam dzba­nek i czuję cię­żar wypeł­nia­jący układ tra­wienny.

— Ile potrze­bu­jesz?

— Powiedzmy, że trzy: muszę zasię­gnąć infor­ma­cji.

Bie­rze ode mnie pusty dzba­nek i rzuca go przez cały bar, pro­sto w trze­cią dłoń Mil­tona.

— Będzie mi cie­bie bra­ko­wało, maleńka.

Wzru­szam ramio­nami.

— Lep­sze to niż alter­na­tywa.

— Zde­cy­do­wa­nie. Spły­waj!

Spły­wam.

Nie jest łatwo scho­wać się w miej­scu, w któ­rym jest się dwa razy wyż­szą od pra­wie wszyst­kich, ale mia­łam w tym sporą prak­tykę; karzełki z wiel­kimi gło­wami i dużymi, ciem­nymi oczami wyty­ka­jące mnie pal­cami i krzy­czące „Ogrzyca!” wszę­dzie, gdzie się tylko poja­wia­łam, były świet­nym moty­wa­to­rem do nauki, w szcze­gól­no­ści na zadu­piach pozba­wio­nych poli­cji. To mia­steczko nie jest duże, ale jak wszyst­kie ste­rowce uno­szące się w stra­tos­fe­rze Wenus ma prze­strze­nie infra­struk­tu­ralne (wnę­trza wypeł­nio­nych tle­nem balo­nów nośnych, szkie­le­towe ramy wspor­ni­ków pod pod­łogą), a ja dobrze je pozna­łam. Prze­miesz­czam się z klubu Vic­tora na naj­niż­szy poziom strefy tle­no­wej, mody­fi­kuję swój cykl meta­bo­liczny i wcho­dzę przez śluzę do roz­le­głych, osło­nię­tych prze­strzeni ramy ste­rowca.

Czę­sto tu bywam poza swoją zmianą. Biorę ze sobą tablet, spraw­dzam pocztę, oglą­dam filmy, prze­glą­dam wiki i komiksy, sta­ram się zapo­mnieć, że jestem jedyną przed­sta­wi­cielką swo­jego rodzaju na tej pla­ne­cie.

Jestem wygod­nie scho­wana w jed­nej z pry­wat­nych kry­jó­wek (niszy pomię­dzy balo­nem nośnym numer cztery a przej­rzy­stą powłoką zewnętrzną, w któ­rej mogę odpo­cząć na oce­anie mięk­kich balo­nów z wido­kiem na roz­po­ście­ra­jący się niżej kra­jo­braz chmur), kiedy tablet dopo­mina się mojej uwagi. Opie­ram się o mem­branę i sku­piam na wia­do­mo­ści. Jest od Emmy, jed­nej z moich bar­dziej eks­tra­wa­ganc­kich sióstr. Od dłuż­szego czasu nic od niej nie dosta­łam, uświa­da­miam sobie, i spraw­dzam pamięć: od ponad sze­ściu­set dni ziem­skich. To dziwne, bo nor­mal­nie wymie­niamy wia­do­mo­ści co jakieś pięć­dzie­siąt dni.

Przy­wo­łuję jej imago z czasu ostat­niej aktu­ali­za­cji. Jest mode­lem z kaska­dami sło­necz­nych blond wło­sów, syme­trycz­nymi wyso­kimi kośćmi policz­ko­wymi, brą­zo­wymi oczami z lek­kimi zmarszcz­kami nakąt­nymi oraz deli­kat­nym meta­licz­nym odcie­niem skóry; jak każda z nas sta­nowi ide­alne prze­sta­rzałe ucie­le­śnie­nie piękna. Ale jej imago wygląda na lekko zanie­po­ko­jone, co odzwier­cie­dla zako­do­wane w wia­do­mo­ści suge­stie emo­cji.

— Freja? Mam nadzieję, że u cie­bie wszystko w porządku. Możesz się do mnie ode­zwać? Mam pro­blem i chęt­nie sko­rzy­sta­ła­bym z two­jej pomocy i rady. Pa.

Z nara­sta­ją­cym zdzi­wie­niem każę imago powtó­rzyć wia­do­mość. Tylko dwa­dzie­ścia pięć słów po tak dłu­giej prze­rwie? Już pra­wie jej tak odpi­suję, ale spraw­dzam routing i widzę, że wia­do­mość przy­szła przez cen­tralny urząd pocz­towy Gór­nego Portu Eris. Moja złość gaśnie. To tłu­ma­czy jej zwię­złość, ale loka­li­za­cja jest zaska­ku­jąca. Co ona robi tak daleko? Eris jest bar­dzo odda­lona, leży na obrze­żach układu, pra­wie dwa razy dalej od Plu­tona. Osiem godzin świetl­nych. To bar­dzo daleko dla nas. Zazwy­czaj nie wybie­ramy się w głę­boką prze­strzeń, nie ma tam nic, co by nas inte­re­so­wało. Emma, ja i kilka innych to wyjątki, które chęt­nie zapusz­czają się poza pla­netę — jeśli na końcu trasy znaj­duje się jakieś cywi­li­zo­wane miej­sce doce­lowe.

Żaden ród nie jest jed­no­lity, a Pomiot Rei jest podatny na dywer­gen­cję od wer­sji bazo­wej szyb­ciej i dogłęb­niej niż więk­szość (nic dziw­nego, skoro spe­cy­fi­ka­cje rodu są prze­sta­rzałe, a wzor­cowa matriar­chini nie żyje). Mimo to jedną z naszych norm jest sła­bość do cywi­li­za­cji. Ostat­nim razem, kiedy dosta­łam wia­do­mość od Emmy, prze­by­wała na Kal­li­sto, pra­cu­jąc jako prze­wod­niczka dla wypraw nar­ciar­skich na lodo­wych pust­ko­wiach. W sumie chyba nie powin­nam być spe­cjal­nie zasko­czona, że poja­wiła się w jed­nym z Zaka­za­nych Miast, a czas potrzebny, żeby się tam dostać, może tłu­ma­czyć dłu­gie mil­cze­nie, jed­nakże…

— Emmo, wkrótce wyru­szam w podróż. Co mogę dla cie­bie zro­bić?

Kom­pre­suję wia­do­mość i prze­sy­łam ją na pocztę, sta­ra­jąc się nie krzy­wić, kiedy się dowia­duję, jaka będzie cena wysyłki. Jej odpo­wiedź w końcu do mnie trafi, ale będzie to kosz­towna kore­spon­den­cja. Przez moment roz­wa­żam odwie­dze­nie Emmy oso­bi­ście, ale to absur­dalna zachcianka: sam wyda­tek ener­ge­tyczny byłby astro­no­miczny, nie wspo­mi­na­jąc o cza­sie lotu. Dzie­siątki tysięcy reali, gdy­bym podró­żo­wała trze­cią klasą, a praw­do­po­dob­nie miliony, jeżeli chcia­ła­bym zna­leźć się tam wystar­cza­jąco szybko, aby móc pomóc.

Po wysła­niu odpo­wie­dzi sta­ram się zre­lak­so­wać na łóżku z balo­nów, ale jestem zbyt zanie­po­ko­jona, aby czuć się kom­for­towo. Nikt inny nie kocha mnie wystar­cza­jąco, aby się ode­zwać, a groźba Dominy cią­gle zaprząta mi umysł. Co za paskudny los paść ofiarą nudy szlach­cianki! Muszę się stąd wydo­stać. Nawet jeżeli będę musiała sprze­dać się w nie­wolę, żeby to zro­bić? Może to rze­czy­wi­ście jest aż tak pilne. Przy­le­cia­łam na Wenus, sądząc, że będę mogła zacząć tutaj od zera, ale zamiast tego pły­nę­łam od jed­nej bez­na­dziej­nej roboty do dru­giej, samotna i nie­my­śląca o niczym. To naprawdę już dzie­więć ziem­skich lat? Chyba osza­la­łam! Ale nic mnie tutaj nie trzyma. Pora odle­cieć.

Mam wła­sny pokój w dol­nym rejo­nie mia­sta, w pobliżu słabo oświe­tlo­nych, cia­snych koszar arbe­ite­rów, w któ­rych nie­wol­nicy śpią w sze­ściu war­stwach na rega­łach maga­zy­no­wych. Skromny, ale ma wszystko, co ważne: punkt zasi­la­nia, nadmu­chi­wane łóżko, dru­karkę, zestaw do kon­ser­wa­cji, gar­de­robę. To miej­sce, w któ­rym można spać i śnić, cho­ciaż tego dru­giego sta­ram się nie robić — zbyt czę­sto nawie­dzają mnie powta­rza­jące się kosz­mary. Prze­zna­czam na wyna­jem znaczną część wypłaty, a pokój jest mini­mal­nie ume­blo­wany (poda­tek od masy jest mor­der­czy, uzna­łam więc, że korzy­sta­nie z publicz­nej infra­struk­tury wyj­dzie taniej), ale to naj­bliż­sze wła­snego domu, co mam. Nie­wiele chcę zabrać ze sobą, no ale to tutaj trzy­mam cmen­ta­rzy­sko. A bez tego doni­kąd się nie wybie­ram.

Prze­ci­skam się przez koły­szące się tka­ni­nowe tunele prze­cho­dzące przez puste obszary nośne, wspi­nam po dra­bi­nach i szy­nach zasi­la­nia, scho­dzę po torach. Panuje tu brud i zaduch, atmos­fera jest kiep­sko kon­tro­lo­wana w porów­na­niu z wiel­kimi salami balo­wymi i kasy­nami. To sie­dziba zespo­łów kon­ser­wa­cyj­nych, które utrzy­mują napo­wietrzny pałac przy­jem­no­ści w sta­nie atrak­cyj­nym dla szlachty z luk­su­so­wych kabin na pokła­dach pro­me­nady. Tutaj żyją płotki, jeden pokład nad kosza­rami arbe­ite­rów z chi­pami nie­wol­ni­czymi.

Mój pokój to dawny kon­te­ner towa­rowy, jeden z kilku zespa­wa­nych ze sobą i podzie­lo­nych na miesz­ka­nia przez dawno zapo­mnianą modliszkę-budow­lańca. Nie­które miesz­ka­nia są wiel­ko­ści moich dwóch zło­żo­nych pię­ści, inne zaj­mują kilka kon­te­nerów. Koły­szą się lekko, kiedy mia­sto odpala tur­biny napę­dowe, aby zmie­nić kurs i unik­nąć chmur gro­żą­cych tur­bu­len­cjami. Szlachta z Komi­tetu Ste­ru­ją­cego nazywa nas „bala­stem” i regu­lar­nie żar­tuje, że zrzuci nas na powierzch­nię, jeżeli mia­sto napo­tka jakąś burzę.

Kiedy wspi­nam się po dra­bi­nie do drzwi miesz­ka­nia, sły­szę cichy odgłos dra­pa­nia, chi­ty­nowe skro­ba­nie poli­me­ro­wych stóp na meta­lo­wej pod­ło­dze. Spi­nam się, natych­miast czujna. To z mojego pokoju! Czy któ­ryś z braci Głaza już obrał mnie sobie na cel? Prze­chy­lam głowę, nasłu­chu­jąc, sta­ra­jąc się zbu­do­wać aku­styczny obraz. Coś poru­sza się w miesz­ka­niu, coś małego i mają­cego o wiele za dużo nóżek. Nie Głaz, zdaję sobie sprawę. Zaczy­nam znowu się wspi­nać, cicho i szybko, a potem przy­go­to­wuję się na wąskim bal­ko­niku przy drzwiach. Są zamknięte mecha­niczną kłódką (sama ją zało­ży­łam) i oczy­wi­ście ktoś wytra­wił jej pałąk. Kor­pus zwisa ze sko­bla, przy­pró­szony bia­łym pyłem. Intruz cią­gle prze­miesz­cza się w moim pokoju, ewi­dent­nie prze­ko­nany, że nikt mu nie prze­szko­dzi. Słu­cham przez chwilę i kiedy mój „gość” sze­le­ści w oko­li­cach dru­karki, gwał­tow­nie otwie­ram drzwi i wska­kuję do środka.

W całym pokoju panuje chaos: roz­pruta pościel, z prze­wró­co­nej dru­karki wycieka płyn robo­czy, wszę­dzie leżą ubra­nia, a pośrodku tego bała­ganu przy­kuc­nął wino­wajca. Nie widzia­łam wcze­śniej nikogo takiego: sześć chu­dych ramion, pokryty szorst­kim futrem kor­pus się­ga­jący mi do kolan, trzy duże foto­re­cep­tory roz­miesz­czone dookoła zło­żo­nego zestawu żuwa­czek. Trzyma otwarte cmen­ta­rzy­sko, węsząc nad chi­pami z duszami moich mar­twych sióstr.

— Ej, ty! — krzy­czę.

Intruz obraca głowę w moim kie­runku i pod­ska­kuje, futro staje mu na sztorc od elek­trow­rza­sku, mikro­fa­lo­wego szumu, który emi­tuje w moją stronę. Ści­ska­jąc cmen­ta­rzy­sko, pró­buje prze­mknąć mi mię­dzy nogami. Sia­dam i chwy­tam go, doci­ska­jąc do pod­łogi. Jest roz­miaru śred­niej wiel­ko­ści ssa­ków („psów”), które były gatun­kiem towa­rzy­szą­cym mojej Praw­dzi­wej Miło­ści, jesz­cze zanim nas wypro­du­ko­wała, i cią­gle wrzesz­czy, jakby się bał, że go zabiję. Jeżeli uszko­dził cmen­ta­rzy­sko, to nie mogę tego wyklu­czyć.

— Zostaw to! — mówię temu cze­muś. — Pusz­czaj natych­miast!

Czuję kłu­cie w pal­cach, któ­rymi doty­kam futra. Zdaję sobie sprawę, że prze­bie­gają po nich iskry. Może to nie ma uszu? Wygląda tak dziw­nie, że może być próż­niow­cem.

Przez moment się wije, po czym bez­wład­nie opada na pod­łogę pod moją dło­nią. Chwy­tam cmen­ta­rzy­sko i szybko kładę je za sobą.

— Kim jesteś i co tu robisz?

Nie odpo­wiada. Nawet się nie rusza. Mię­dzy moimi pal­cami zaczyna się uno­sić rzadki, żrący dym.

— Ups — mru­czę cicho.

Popsu­łam go? Zdej­muję dłoń z jego ple­ców i przy­glą­dam się sier­ści. Jest gruba i pie­rza­sta, a kiedy obser­wuję ją bli­żej, dostrze­gam rekur­sję dipo­lową. No dobra, to fak­tycz­nie próż­nio­wiec, i to gło­śny. Nie ma płuc, tylko nie­wielką butlę gazową oraz siatkę zasi­la­jącą, co poka­zuje, że dosto­so­wał się do tym­cza­so­wej wyprawy w dół studni gra­wi­ta­cyj­nej. To dla mnie zbyt dzi­waczne. Pod­no­szę cmen­ta­rzy­sko i sta­ran­nie oglą­dam. Nie wydaje się uszko­dzone, ale nie mogę tego spraw­dzić ina­czej, niż ładu­jąc każdą z jego loka­to­rek chip po chi­pie. Póź­niej, decy­duję i wkła­dam pudełko do mocno zuży­tej torby na ramię.

— Mam nadzieję, że go nie uszko­dzi­łeś — ostrze­gam powa­lo­nego wła­my­wa­cza, po czym pod wpły­wem chwi­lo­wej iry­ta­cji kopię go.

Prze­la­tuje na drugą stronę pokoju, bez­władny do momentu, w któ­rym ude­rza w ścianę, wtedy bowiem emi­tuje osza­ła­mia­jąco gło­śny impuls mikro­fal, pod­wija nogi i ramiona i nur­kuje pro­sto w moją twarz.

— Kurwa! — Rzu­cam się w bok, a on prze­la­tuje mi nad głową i wypada przez drzwi na wysoce nie­le­gal­nym odrzu­cie.

OK, wygląda na to, że butla gazowa nie służy do oddy­cha­nia. Obra­cam się za nim, ale nie wygląda, jakby pla­no­wał wra­cać. Nato­miast… czy w ścia­nie naprze­ciwko jest dziura? Ups, chyba tak. Mały wła­my­wacz wybił otwór w zewnętrz­nej powłoce mia­sta. Załoga nie będzie zado­wo­lona, docho­dzę do wnio­sku. Powin­nam się stąd zwi­nąć. Scho­dzę szybko po dra­bi­nie, z duszami wszyst­kich moich mar­twych sióstr w tor­bie, i ruszam spraw­dzić, co zała­twił mi Vic­tor.

bisho­ujo i chibi to style anime: bisho­ujo to sty­li­zo­wane atrak­cyjne dziew­czyny, chibi, ina­czej super defor­ma­tion, cha­rak­te­ry­zują małe syl­wetki i wiel­kie głowy (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­cza). [wróć]

W Chi­nach tra­dy­cyjny zespół szczel­nie połą­czo­nych ze sobą budyn­ków. [wróć]

Telemus i Lindy

Knajpa nie jest jakoś dużo bar­dziej zatło­czona niż wcze­śniej, ale koło Vic­tora sie­dzi jakiś nie­zna­jomy. Kiedy staję w drzwiach, Mil­ton kiwa mi głową.

— O, Freja — mówi Vic­tor. — Chciał­bym, żebyś poznała Ichi­bana.

Ichi­ban (Numer Jeden, tłu­ma­czę w gło­wie) zwraca na mnie nie­bie­skie, por­ce­la­nowe oczy wiel­ko­ści tale­rzy i lekko pochyla głowę. Pra­wie cofam się o krok, bo odru­chy mówią mi: Szlach­cic!, ale potem zdaję sobie sprawę, że nie. On chce wyglą­dać jak szlach­cic, ale nie jest nim i ni­gdy nie będzie.

— Bar­dzo mi miło — odpo­wia­dam, też się skła­nia­jąc.

Wymie­niamy dalej puste uprzej­mo­ści, a ja sta­ram się zorien­to­wać, kim on wła­ści­wie jest.

— Ichi­ban ma drobny pro­blem, który mogła­byś pomóc mu roz­wią­zać — tłu­ma­czy Vic­tor. — Wymaga podróży.

— Z chę­cią posłużę radą — zga­dzam się ostroż­nie.

— Tak. — Ichi­ban kiwa głową w zadu­mie. — Jest pani bar­dzo duża.

Spo­gląda na mnie z dołu. To prawda: mam pra­wie sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu. Jestem fak­tycz­nie wyide­ali­zo­waną repliką Twór­ców, w odróż­nie­niu od superz­de­for­mo­wa­nych kar­łów, które są dziś naj­częst­szym feno­ty­pem nuwo­ry­szy.

— Dobra bez­wład­ność cieplna — dodaje nie­ocze­ki­wa­nie. — I została pani zapro­jek­to­wana do warun­ków panu­ją­cych na Ziemi przed eman­cy­pa­cją.

Dobra bez­wład­ność cieplna? Uśmie­cham się, kiedy włą­czają mi się odru­chy bio­mi­me­tyczne: policzki deli­kat­nie się rumie­nią, sygna­li­zu­jąc lek­kie zakło­po­ta­nie lub zmie­sza­nie. Eman­cy­pa­cja? O czym on gada?

— Oba­wiam się, że nie do końca rozu­miem.

— Moi spon­so­rzy mają obiekt, który wymaga trans­portu z układu wewnętrz­nego na Marsa — mówi Ichi­ban, lekko zawie­sza­jąc głos.

Dla­czego roz­ma­wia ze mną?, zasta­na­wiam się. Podróże nie są moją mocną stroną. Są zbyt kosz­towne dla naszego rodu, aby­śmy czę­sto sobie na nie pozwa­lały. Podwo­je­nie wymia­rów ośmio­krot­nie zwięk­sza obję­tość, a zatem masę i budżet ener­ge­tyczny wyma­gany, aby dostać się na orbitę. Jestem dwa razy wyż­sza od prze­cięt­nej osoby, i to główny powód, dla któ­rego utknę­łam tutaj, a w Ukła­dzie Sło­necz­nym roz­pa­no­szyły się chibi-karły zamiast praw­dzi­wych ludzi. Przy­wdzie­wam maskę uprzej­mej uważ­no­ści, by ukryć roz­cza­ro­wa­nie.

— Jest obec­nie przy­go­to­wy­wany na Mer­ku­rym i będzie musiał wyru­szyć za około osiem dni. Pro­blem sta­nowi to, że to deli­katny obiekt naukowy o zna­czą­cej war­to­ści. Wymaga nad­zoru i musi być prze­cho­wy­wany w śro­do­wi­sku odpor­nym na wstrząsy, przy sta­łej tem­pe­ra­tu­rze, ciśnie­niu i stę­że­niu tlenu. — Cią­gle na mnie patrzy. — Mam wra­że­nie, że innym przed­sta­wi­ciel­kom pani typu zda­rzało się przyj­mo­wać zle­ce­nia kurier­skie lub eskor­towe, czyż nie?

Skąd ma te infor­ma­cje?, dzi­wię się.

— Mój arche­typ został fak­tycz­nie zapro­jek­to­wany jako eskortka — odpo­wia­dam ostroż­nie.

Eskorta czego? Na wszelki wypa­dek pozo­sta­wiam to nie­do­po­wie­dziane. Nie­które uprze­dze­nia trzy­mają się mocno.

— Jako eskortka dla czy­sto bio­lo­gicz­nych orga­ni­zmów — potwier­dza Ichi­ban, przy­jaź­nie pota­ku­jąc głową. — Repli­ka­to­rów różo­wej mazi.

Sta­ram się nie poka­zać po sobie, że jestem wstrzą­śnięta.

— Czym dokład­nie jest ten arte­fakt badaw­czy? — pytam.

— Tego nie mogę powie­dzieć. — Ichi­ban na­dal lekko się uśmie­cha. — Nie prze­ka­zano mi szcze­gó­łów z uwagi na tajem­nicę han­dlową. Jed­nak mogę zapła­cić pani za natych­mia­stowy prze­lot trze­cią klasą do Cyno­bru, jeżeli zgo­dzi się pani spo­tkać z moimi współ­pra­cow­ni­kami i roz­wa­żyć przy­ję­cie zle­ce­nia. — Pod­nosi palec ostrze­gaw­czo. — Nie jest pani jedyną, z którą się kon­tak­tu­jemy. Zada­nie to wymaga pew­nej deli­kat­no­ści, ponie­waż kon­ku­ren­cja z chę­cią doko­na­łaby sabo­tażu naszego pro­jektu, więc nie ma gwa­ran­cji, że zosta­nie pani wybrana. Ale rozu­miem, że tak czy ina­czej chce się pani wydo­stać poza pla­netę, więc mam nadzieję, że będziemy mogli sobie wza­jem­nie pomóc.

Chcą, żebym prze­trans­por­to­wała próbkę bio­lo­giczną? Żywą? Pra­wie zata­czam się z wra­że­nia.

— Z… z wielką ochotą pomogę — odpo­wia­dam auto­ma­tycz­nie, zaci­na­jąc się lekko. — Ale trze­cią klasą?

Uśmiech Ichi­bana staje się wątlej­szy.

— Umiesz­cze­nie pani wiel­kich koń­czyn na orbi­cie będzie nas dużo kosz­to­wać.

Odczy­tuję to jasno: Nie prze­sa­dzaj.

Pota­kuję, godząc się z nie­unik­nio­nym. Nie mam co ocze­ki­wać kajuty z moż­li­wo­ścią cho­dze­nia po statku.

— Kiedy mam wyle­cieć?

Ichi­ban spo­gląda na Vic­tora.

— Natych­miast — oznaj­mia. — Pro­szę pójść ze mną od razu.

I to koniec roz­mowy.

Ichi­ban wypro­wa­dza mnie przez nie­znany mi boczny zaułek, a potem stromą zej­ściówką na drogę, na któ­rej czeka już rik­sza zaprzę­żona w dwa kucy­ponki, które popa­trują na mnie gniew­nie, kiedy wsia­dam. Pojazd trzesz­czy pod moim cię­ża­rem, ale Ichi­ban wydaje się tym nie przej­mo­wać.

— Ruszaj­cie — mówi kucy­pon­kom, a te ruszają kłu­sem, uno­sząc wysoko ogony.

Zauwa­żam, że śle­dzi nas para małych orni­top­te­rów.

— To wasze? — pytam.

Ichi­ban zerka na mnie obo­jęt­nie.

— Zajmę się nimi.

Odchyla się na sie­dze­niu i zamyka oczy. Kilka sekund póź­niej jeden pta­ko­bot zaczyna dymić i skręca gwał­tow­nie. Drugi ostroż­nie trzyma się od nas z dala.

Zjeż­dżamy w boczną uliczkę i przy­sta­jemy w prze­stron­nym doku, gdzie po dru­giej stro­nie śluzy czeka już malutka gon­dola pod czę­ściowo napeł­nio­nym balo­nem.

— Co to?

— Dobrze, żeby pani znik­nęła tak szybko, jak to tylko moż­liwe. Pro­szę wsia­dać. — Ichi­ban wska­zuje gon­dolę. — Ma ener­gię i zapas surowca. Pro­po­nuję się roz­go­ścić, posłuży pani za dom przez jakiś czas.

Oglą­dam tę rzecz z powąt­pie­wa­niem. To cia­sny kokon z roz­pó­rek i wiot­kiej wyściółki, umiesz­czony na cylin­drycz­nym adap­te­rze z zasi­la­niem w ener­gię i surowce. Pod sie­dze­niem ma coś, co wygląda na chwy­tak. Wydaje mi się, że jestem od niego ze trzy razy cięż­sza.

— Mam to mieć na sobie aż do Mer­ku­rego?

— Tak. — Uśmie­cha się łagod­nie. — Pani winda będzie tu za tro­chę ponad godzinę.

— Moja… — Zatrzy­muję się z nogą już w poło­wie w koko­nie. — Wyku­pi­li­ście mi prze­jazd windą? — Nie mogę się powstrzy­mać i koń­czę wypo­wiedź sła­bym jękiem.

— Oczy­wi­ście. — Ichi­ban wygląda na lekko roz­ba­wio­nego. — Jak ina­czej mia­łaby pani dotrzeć na orbitę jesz­cze tej doby?

Sia­dam ostroż­nie i wsu­wam drugą nogę do kokonu. Zaczyna do mnie docie­rać powaga sprawy. Korzy­staj z oka­zji, mówią mi wspo­mnie­nia i godzę się z rze­czy­wi­sto­ścią. Mój sys­tem wymiany gazo­wej jest zbyt dobrze zapro­jek­to­wany, aby gwał­tow­nie przy­spie­szać, ale gdy­bym nale­żała do gatunku mojej Praw­dzi­wej Miło­ści, poci­łyby mi się dło­nie i waliło serce. Nie wiem, czego się spo­dzie­wa­łam: pew­nie spo­koj­nego lotu odrzu­tow­cem na jedną ze sta­cji rów­ni­ko­wych, a potem rej­so­wego lotu rakie­to­wego. Ale jeste­śmy w oko­li­cach pół­noc­nej wyżyny bie­gu­no­wej, więc zaję­łoby to dużo czasu. Spon­so­rzy Ichi­bana kupili czas na orbi­tal­nym koło­wrotku, a ten wła­śnie usta­wia swoje tysiąc­ki­lo­me­trowe ramię w odpo­wied­niej pozy­cji, przy­go­to­wu­jąc je do zanu­rze­nia w stra­tos­fe­rze i pochwy­ce­nia mnie jak uno­szący się na wie­trze pła­tek kwiatu. Kładę się i pozwa­lam, żeby kokon wessał mnie w sie­bie. To musi ich kosz­to­wać tysiące, zdaję sobie sprawę. Wię­cej niż prze­lot luk­su­sową kabiną dla szlachty.

— Jak mogę roz­ma­wiać…

— Kokon prze­każe pani wszyst­kie nie­zbędne infor­ma­cje — odpo­wiada Ichi­ban, odwra­ca­jąc się.

Lśniące tatu­aże na jego ramio­nach i bar­kach pusz­czają do mnie oko, kiedy odcho­dzi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Saturn’s Chil­dren

Copy­ri­ght © 2008 by Char­les Stross

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­cja serii

Sła­wo­mir Folk­man

Andrzej Hudo­wicz

Redak­cja: Agnieszka Horzow­ska

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i okładki: Sła­wo­mir Folk­man / www.kala­dan.pl

Ilu­stra­cja na okładce: Igor Mor­ski

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Dzieci Saturna, wyd. I, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-573-0

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer