41,00 zł
Howard Ingham, młody nowojorski pisarz, ucieka od nieudanego małżeństwa i wyrusza do palącej słońcem Tunezji, by tam pracować nad scenariuszem. Lecz gdy jego kolega, na którego czeka, się nie zjawia, Ingham zostaje sam na styku dwóch kultur, w egzotycznej scenerii Północnej Afryki.
Osamotniony, angażuje się w znajomości z ekscentrycznym Amerykaninem Adamsem – samozwańczym moralnym powiernikiem – i duńskim malarzem Jensenem. Uciekając przed nudą, zaczyna pisać psychologiczną powieść o człowieku, który postanawia tworzyć własne reguły moralne.
Lecz to, co dzieje się w Tunezji, wkrótce okazuje się bardziej niepokojące i dwuznaczne niż fikcja. Wkrótce Ingham zostaje uwikłany w wydarzenia, które zmuszą go do życia w ciągłym lęku. Pisarz staje przed pytaniem, czy jest ofiarą, czy sprawcą wydarzeń.
Patricia Highsmith, mistrzyni psychologicznego thrillera, prowadzi czytelnika w głąb umysłu bohatera, który nagle musi zdecydować, co jest prawdziwe, a co zafałszowane: jego sumienie, jego zasady, a może całe jego życie. Ta intrygująca, wciągająca powieść skłania do refleksji nad moralnością w świecie, gdzie zasady przestają obowiązywać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 352
Tytuł oryginału:The Tremor of Forgery
First published in 1969 Copyright © 1993 by Diogenes Verlag AG Zürich All rights reserved
For the Polish edition Copyright © 2026, Noir sur Blanc, Warszawa For the Polish translation Copyright © 2026, Robert Sudół
Wydanie II
ISBN 978-83-8403-063-9
Opracowanie redakcyjneBarbara Kaczarowska
KorektaBeata Wyrzykowska, Janina Zgrzembska, Anna Burger
Projekt okładkiTomasz Lec
Zamówienia prosimy kierować: – telefonicznie: 800 42 10 40 (linia bezpłatna) – e-mailem: [email protected] księgarnia internetowa: www.noir.pl
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., 2026 ul. Frascati 18, 00‐483 Warszawa
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Zgodnie z art. 4 Dyrektywy 2019/790/UE oraz odpowiednimi przepisami krajowymi, niniejszym zastrzegamy prawo do wyłączenia z eksploatacji tekstów i danych (TDM) dla celów innych niż badawcze, w odniesieniu do materiałów znajdujących się w tej publikacji niezależnie od formy jej udostępnienia. Wykorzystywanie tych materiałów w ramach działań TDM jest niedozwolone.
Dedykowane Rosalind Constable– drobny podarek dla upamiętnieniadość długiej przyjaźni
– Na pewno nie ma do mnie żadnej poczty? – spytał Ingham. – Na nazwisko Howard Ingham? I-N-G-H-A-M. – Przeliterował trochę niepewnie po francusku, choć odezwał się po angielsku.
Pulchny arabski recepcjonista w jaskrawoczerwonym uniformie przejrzał listy w przegródce oznaczonej literami „I–J” i pokręcił głową.
– Non, m’sieur.
– Merci – odrzekł Ingham, uśmiechając się uprzejmie. Pytał o to po raz drugi w ciągu dziesięciu minut, ale wcześniej podszedł do innego recepcjonisty. Dopiero co zameldował się w hotelu Tunisia Palace. Czekał na list od Johna Castlewooda. Albo od Iny. Pięć dni temu wyjechał z Nowego Jorku; najpierw poleciał do Paryża, by spotkać się ze swoim agentem i popatrzyć znów na to miasto.
Zapalił papierosa i rozejrzał się po foyer. Orientalne dywany na podłodze i klimatyzacja. Większość gości wyglądała na Amerykanów i Francuzów, ale trafiło się paru ciemnolicych Arabów noszących garnitury w stylu zachodnich biznesmenów. To John poradził mu zatrzymać się w Tunisia Palace. Chyba najlepszy hotel w mieście, pomyślał Ingham.
Wyszedł przez szklane drzwi na ulicę. Był początek czerwca, tuż przed szóstą po południu. Powietrze tchnęło upałem, słońce rzucające ukośne promienie wciąż świeciło jasno. John zasugerował mu kieliszek alkoholu w Café de Paris, przed obiadem albo przed kolacją, i oto Ingham zobaczył tę kawiarnię, znajdowała się po drugiej stronie ulicy, na rogu Boulevard Bourguiba. Skierował się na bulwar i kupił „Herald-Tribune”. Środkiem dość szerokiej alei, w szpalerze drzew, ciągnął się wybetonowany deptak dla spacerowiczów. Stały tam kioski z gazetami i tytoniem, obok nich stali pucybuci. Ingham odniósł wrażenie, że to skrzyżowanie Paryża z miastem Meksyk. Cóż, Francuzi odcisnęli swoje piętno i w Meksyku, i w Tunisie. Nie potrafił zrozumieć ani słowa z urywków rozmów toczących się dokoła. W jednej z jego walizek pozostawionych w hotelu leżał samouczek turystyczny Arabski bez problemów. Arabski chyba trzeba opanować pamięciowo, bo nie miał on nic wspólnego z językami, które znał Ingham.
Przeszedł na drugą stronę ulicy do Café de Paris. Wszystkie stoliki wystawione na chodniku były zajęte. Przypatrywano mu się – prawdopodobnie dlatego, że widziano nową twarz. Było sporo Amerykanów i Anglików; sprawiali wrażenie ludzi, którzy tkwią w tym mieście od pewnego czasu i są już trochę znudzeni. Ingham musiał stanąć przy barze. Zamówił Pernoda i zerknął do gazety. W lokalu było głośno. Dostrzegł wolny stolik i natychmiast go zajął.
Spacerowicze wałęsali się bez celu po bulwarze, patrząc na równie otępiałe twarze w kawiarni. Ingham przyglądał się zwłaszcza młodym ludziom, ponieważ zlecono mu napisanie scenariusza filmowego o parze zakochanych, a właściwie o trójce, bo był jeszcze ten trzeci, który przegrywa rywalizację. Nie widział chłopców z dziewczętami, tylko samotnych chłopców albo pary młodzieńców trzymających się za ręce i rozmawiających z przejęciem. John powiedział Inghamowi o zażyłości wśród mężczyzn. W Tunisie związki homoseksualne nie budzą potępienia, nie miało to jednak nic wspólnego ze scenariuszem. Ludzie odmiennej płci przechadzali się zwykle w towarzystwie „przyzwoitki” albo przynajmniej byli obserwowani. Należało się wiele nauczyć, a zadanie Inghama w najbliższym tygodniu – do przyjazdu Johna – polegało na rozglądaniu się wokół i chłonięciu atmosfery. John znał tu parę rodzin, więc Ingham będzie mógł zobaczyć typowy dom przedstawicieli tunezyjskiej klasy średniej. Cała historia powinna zawierać jak najmniej dialogów, no ale mimo wszystko coś trzeba napisać. Ingham miał już w dorobku scenariusze dla telewizji, choć uważał się za powieściopisarza. Odczuwał pewne obawy w związku z tym zleceniem, lecz John był dobrej myśli, ustalenia zaś miały charakter nieoficjalny. Ingham niczego nie podpisał. Castlewood wypłacił mu zaliczkę w wysokości tysiąca dolarów, a on pilnował się, by wydawać te pieniądze tylko na „cele służbowe”. Niemałą część pochłonie samochód, który trzeba wynająć aż na miesiąc. Muszę to załatwić jutro rano, pomyślał Ingham, to będzie się można zacząć rozglądać.
– Merci, non – rzekł do handlarza, który podszedł z kwiatami o długiej łodydze i zwartym pąku. Przesłodzona woń zawisła w powietrzu. Handlarz niósł cały bukiet; przeciskał się między stolikami, pokrzykując: – Yes, meen? – Miał czerwony fez na głowie i miękką lawendową jubbah, tak cienką, że pod spodem widać było białawe majtki.
Przy jednym ze stolików jakiś grubas obracał w palcach jaśmin, trzymając kwiat pod samym nosem. Wyglądał, jakby był w transie, oczy miał zamglone. Czeka na dziewczynę czy tylko marzy? Dziesięć minut później Ingham doszedł do wniosku, że mężczyzna na nikogo nie czeka. Skończył pić coś, co przypominało bezbarwną wodę sodową. Ubrany był w jasnoszary szykowny garnitur. Ingham uznał, że należy do klasy średniej, może nawet lokuje się jeszcze wyżej. Zarabia pewnie trzydzieści dinarów tygodniowo albo więcej, czyli co najmniej sześćdziesiąt trzy dolary. Ingham od miesiąca wkuwał różne przeliczniki. Burgiba usiłował zręcznie uwolnić swój naród z zachowawczych pęt religii. Zniósł oficjalnie poligamię i nie aprobował czarczafów dla kobiet. Spośród krajów afrykańskich Tunezja wysforowała się na czoło. Próbowano skłonić francuskich przedsiębiorców do wyjazdu, choć kraj nadal uzależniony był w dużym stopniu od finansowej pomocy Francji.
Ingham miał trzydzieści cztery lata, niecałych sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, jasnobrązowe włosy i niebieskie oczy. Poruszał się dość majestatycznie. Choć nie dbał o formę fizyczną, prezentował się okazale: szerokie ramiona, długie nogi i silne ręce. Urodził się na Florydzie, ale uważał się za nowojorczyka, bo odkąd skończył osiem lat, mieszkał właśnie w Nowym Jorku. Po studiach na Uniwersytecie Pensylwanii pracował w redakcji pewnej gazety w Filadelfii i pisał beletrystykę na boku – bez większego sukcesu aż do czasu wydania Siły negatywnego myślenia, młodzieńczo nonszalanckiej i przewrotnej książki, w której para negatywnie myślących bohaterów zyskuje sławę, pieniądze i powodzenie. Idąc za ciosem, Ingham porzucił dziennikarstwo i przeżył dwa albo trzy niepewne lata. Jego druga powieść, Lepsze gadareńskie, nie została przyjęta tak dobrze jak pierwsza. Potem ożenił się z zamożną dziewczyną, Charlotte Fleet, w której zakochał się bez pamięci, ale nie sięgał po jej pieniądze. Zamożność żony wkrótce okazała się problemem i po dwóch latach małżeństwo się rozpadło. Odtąd Ingham co pewien czas sprzedawał opowiadanie albo sztukę telewizyjną, żyjąc w skromnym mieszkaniu na Manhattanie. W tym roku, konkretnie w lutym, nastąpił przełom. Wytwórnia filmowa kupiła za pięćdziesiąt tysięcy dolarów prawa do jego książki Gra w „jeśli”. Podejrzewał, że nabywców skusiła raczej zwariowana historia miłosna, nie zaś walor intelektualny czy przesłanie powieści (myślenie życzeniowe jako niezbędny i skuteczny sposób działania), lecz to nie miało znaczenia, dobito bowiem targu i po raz pierwszy w życiu zasmakował bezpieczeństwa finansowego. Odrzucił propozycję napisania scenariusza na podstawie tej książki. Uważał, że scenariusze, a nawet sztuki telewizyjne, nie są jego specjalnością; z trudem wyobrażał sobie Grę jako film.
Pomysł Johna Castlewooda na Trio był prostszy i bardziej wizualny. Młody mężczyzna, który przegrywa walkę o dziewczynę, żeni się z inną, ale zarazem dokonuje straszliwej zemsty na rywalu: najpierw uwodzi jego żonę, potem doprowadza do bankructwa jego firmę, a wreszcie nasyła na niego morderców. Mało prawdopodobne, by coś takiego wydarzyło się w Ameryce, uznał Ingham, więc akcja rozgrywać się będzie w Tunezji. John Castlewood był pełen entuzjazmu, ponadto znał ten kraj. Znał też Inghama i dlatego zaproponował mu napisanie scenariusza. Ich producent nazywał się Miles Gallust. Ingham obiecał sobie, że jeżeli poczuje, iż nie idzie mu za dobrze albo nie ma do tego smykałki, powie o tym Johnowi, odda tysiąc dolarów i niech znajdą kogoś innego na jego miejsce. John zrealizował dotąd dwa niezłe niskobudżetowe filmy, z których pierwszy – Uraza – odniósł spory sukces. Akcję osadzono w Meksyku. Drugi opowiadał o teksańskich nafciarzach; tytuł wyleciał Inghamowi z głowy. John miał dwadzieścia sześć lat, mnóstwo zapału i wiary, która brała się z wycinkowej znajomości życia, tak przynajmniej uważał Ingham. Zarazem jednak podejrzewał, że John ma przed sobą lepszą przyszłość niż on. Ingham był już bowiem w wieku, w którym poznajemy własne możliwości i ograniczenia. John Castlewood niewiele jeszcze wiedział o swoich, być może nawet należał do ludzi, którzy nie zaprzątają sobie głowy podobnymi sprawami.
Ingham uiścił rachunek i wrócił do hotelu po marynarkę. Odczuwał głód. Znowu zerknął na litery „I–J” i pustą przegródkę, nad którą wisiały klucze.
– Vingt-six, s’il vous plaît – rzekł i odebrał swój klucz.
Ponownie idąc za radą Johna, udał się do Restaurant du Paradis przy rue de Paradis, w połowie drogi między hotelem i Café de Paris. Później wałęsał się trochę po mieście i wypił espresso na stojąco w dwóch kawiarniach, których nie odwiedzali turyści. Właścicielami obu byli mężczyźni. Barman rozumiał po francusku, jednak Ingham nie słyszał, by ktokolwiek oprócz niego mówił w tym języku.
Przyszło mu do głowy, by po powrocie do hotelu napisać list do Iny, lecz poczuł się zbyt zmęczony albo po prostu nie miał weny. Położył się do łóżka i przeczytał parę stron powieści Williama Goldinga, którą przywiózł z Ameryki. Tuż przed zapadnięciem w sen przypomniała mu się dziewczyna, która spoglądała na niego zalotnie w Café de Paris. Blondynka, nieco pucołowata, ale bardzo atrakcyjna. Z początku Ingham przypuszczał, że jest Niemką (towarzyszący jej mężczyzna mógł pochodzić zewsząd), toteż później połechtało go mile, gdy usłyszał, że wychodząc z kawiarni, rozmawiają po francusku. Jestem próżny, doszedł do wniosku. Przecież powinien myśleć o Inie. Ona na pewno o nim myśli. Tak czy owak, Tunezja to świetne miejsce, by wreszcie przestać wspominać Lotte. Dzięki Bogu prawie już mu się to udało. Od rozwodu minęło półtora roku, lecz czasem wydawało się, że upłynęło zaledwie sześć miesięcy albo nawet tylko dwa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
