Znajomi z pociągu - Patricia Highsmith - ebook + książka
NOWOŚĆ

Znajomi z pociągu ebook

Highsmith Patricia

4,0

Opis

Bohater powieści "Znajomi z pociągu", młody obiecujący architekt, spotyka w podróży mężczyznę, który składa mu zaskakującą propozycję: w zamian za inną przysługę uwolni go od kłopotliwej żony. Plan wydaje się doskonały, bowiem nikt nie domyśli się motywów ich działania. Od tej chwili Guy Haines, człowiek spokojny, uczciwy, budzący sympatię, zostaje wciągnięty w tryby skomplikowanej intrygi; nie może wyzbyć się dręczącego poczucia winy, a jego życie zaczyna podlegać nieodwracalnym zmianom.

Na podstawie książki Alfred Hitchcock wyreżyserował w 1951 roku film, znany polskiej publiczności pod tytułem "Nieznajomi z pociągu". Uchodzi za jedno z najwybitniejszych dzieł tego gatunku.

"Znajomi z pociągu" to debiut literacki mistrzyni psychologicznego thrillera Patricii Highsmith.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 429

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (7 ocen)
2
4
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: Stran­gers on a Train
Opieka re­dak­cyjna: MA­RIA RACZ­KIE­WICZ-ŚLE­DZIEW­SKA
Ko­rekta: TA­TIANA HAR­DEJ
Pro­jekt okładki: TO­MASZ LEC
First pu­bli­shed in 1950 Co­py­ri­ght © 1993 by Dio­ge­nes Ver­lag AG Zürich All ri­ghts re­se­rved For the Po­lish edi­tion Co­py­ri­ght © 2024, Noir sur Blanc, War­szawa
ISBN 978-83-7392-903-6
Ofi­cyna Li­te­racka Noir sur Blanc Sp. z o.o. ul. Fra­scati 18, 00-483 War­szawa
Za­mó­wie­nia pro­simy kie­ro­wać: – te­le­fo­nicz­nie: 800 42 10 40 (li­nia bez­płatna) – e-ma­ilem: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl – księ­gar­nia in­ter­ne­towa: www.noir.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Roz­dział I

Po­ciąg wy­stu­ki­wał na szy­nach nie­re­gu­larny rytm. Gdy mu­siał za­trzy­my­wać się na co­raz mniej­szych i co­raz gę­ściej roz­miesz­czo­nych sta­cjach, cze­kał nie­cier­pli­wie przez chwilę, a po­tem znowu ru­szał w pre­rię. Trudno jed­nak było do­strzec, że po­suwa się na­przód, bo wciąż ta sama pre­ria fa­lo­wała za oknami niby ogromna ró­żo­wo­płowa płachta po­trzą­sana od nie­chce­nia. Im szyb­ciej mknął po­ciąg, tym bar­dziej roz­ko­ły­sane i szy­der­cze zda­wało się to fa­lo­wa­nie.

Guy od­wró­cił wzrok od okna i roz­siadł się wy­god­niej. „W naj­lep­szym wy­padku – my­ślał – Mi­riam od­wle­cze roz­wód. A może chce tylko pie­nię­dzy. Czy uda się kie­dy­kol­wiek uzy­skać jej zgodę na roz­wód?”

Nie­na­wiść ode­brała mu już ja­sność ro­zu­mo­wa­nia; uświa­do­mił so­bie, że my­śli jego umy­kają w ślepe za­ułki, za­miast biec drogą, którą wy­ty­czyła lo­gika, gdy za­sta­na­wiał się nad tą sprawą w No­wym Jorku. Wi­zja Mi­riam, do któ­rej zbli­żał się z każdą chwilą, ró­żo­wej i pie­go­wa­tej od słońca, pro­mie­nio­wała cho­ro­bli­wym ża­rem tak samo jak pre­ria za oknami.

Od­ru­chowo się­gnął po pa­pie­rosa i przy­po­mniał so­bie po raz dzie­siąty, że w wa­go­nie pul­ma­now­skim nie wolno pa­lić. Mimo wszystko wy­jął z paczki pa­pie­rosa; stu­ka­jąc nim o szkiełko ze­garka, stwier­dził, że jest dwa­na­ście po pią­tej, jak gdyby miało to ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie tego dnia. We­tknął pa­pie­rosa w kąt warg i schy­lił głowę nad osło­niętą dło­nią za­pałką. Po­tem tak samo osło­nił pa­pie­rosa i po­woli, głę­boko za­cią­gnął się dy­mem. Fa­scy­nu­jący w swej mo­no­to­nii wi­dok za oknem co chwila ku­sił jego oczy. Miękki koł­nie­rzyk ko­szuli pod­jeż­dżał mu do góry. Zmierzch już za­mie­niał szybę w lu­stro i Guy wi­dział swoje od­bi­cie: biały rą­bek pod brodą przy­po­mi­nał dzie­więt­na­sto­wieczną modę, po­dob­nie jak czarne włosy, pu­szy­ste, wy­soko za­cze­sane nad czo­łem, a z tyłu przy­li­zane. To ucze­sa­nie i li­nia dłu­giego nosa nada­wały mu wy­raz sku­pie­nia i jak gdyby roz­pędu, lecz bujne po­ziome brwi i wy­krój ust ro­biły wra­że­nie spo­koju i po­wścią­gli­wo­ści. Ubrany był we fla­ne­lowe spodnie – któ­rym przy­da­łoby się od­pra­so­wa­nie – i w ciemną ma­ry­narkę, za ob­szerną na szczu­płym tor­sie, z fio­le­tową nitką wi­doczną w prze­bły­skach świa­tła, i miał weł­niany, luźno za­wią­zany kra­wat, po­mi­do­ro­wego ko­loru.

Nie przy­pusz­czał, żeby Mi­riam mo­gła mieć dziecko, gdyby tego nie chciała. Wi­docz­nie ko­cha­nek go­tów jest się z nią oże­nić. Ale dla­czego wzywa męża? Roz­wód do­sta­łaby i bez niego. I dla­czego on sam wciąż prze­żuwa w kółko te py­ta­nia od czte­rech dni, od­kąd do­stał jej list? Za­le­d­wie kilka li­ni­jek krą­głego pi­sma z za­wia­do­mie­niem, że jest w ciąży i chce się z nim ko­niecz­nie zo­ba­czyć. Ciąża za­pew­nia uzy­ska­nie roz­wodu, nie po­wi­nien więc tak się de­ner­wo­wać. Nade wszystko drę­czyło go po­dej­rze­nie, czy gdzieś w głębi jego du­szy nie tkwi odro­bina za­zdro­ści, że Mi­riam uro­dzi dziecko in­nego męż­czy­zny, cho­ciaż po­zbyła się płodu po­czę­tego kie­dyś z nim. Ale nie – mó­wił so­bie – to tylko wstyd, że mógł nie­gdyś ko­chać taką istotę jak Mi­riam. Zdu­sił pa­pie­rosa na siatce okry­wa­ją­cej grzej­nik. Oga­rek po­to­czył się do jego stóp, więc Guy kop­nął go w kąt.

Te­raz otwiera się przed nim sze­roka per­spek­tywa: roz­wód, nowa praca na Flo­ry­dzie – był pra­wie pewny, że dy­rek­cja za­twier­dzi jego pro­jekt i że de­cy­zja za­pad­nie już w naj­bliż­szym ty­go­dniu – i Anna. Na­resz­cie będą mo­gli za­pla­no­wać z Anną wspólną przy­szłość. Od roku cze­kał go­rącz­kowo na ja­kąś zmianę sy­tu­acji, na wy­da­rze­nie, które przy­wróci mu wol­ność. Po­czuł się bli­ski wy­zwo­le­nia i ogar­nęła go gwał­towna ra­dość. Ode­tchnął z ulgą, za­pa­da­jąc głę­biej w obite plu­szem sie­dze­nie. Ostat­nie trzy lata cze­kał w na­pię­ciu na taki wła­śnie zwrot w ży­ciu. Oczy­wi­ście mógł wcze­śniej ku­pić so­bie wol­ność, ale ni­gdy nie udało mu się odło­żyć dość pie­nię­dzy na ten cel. Po­czątki ka­riery sa­mo­dziel­nego ar­chi­tekta, nie­zwią­za­nego z żadną re­no­mo­waną firmą, nie były ła­twe. Wciąż jesz­cze bo­ry­kał się z trud­no­ściami. Mi­riam nie żą­dała, żeby da­wał jej na utrzy­ma­nie, ale nę­kała go w inny spo­sób, mó­wiąc o nim w Met­calf tak, jakby w dal­szym ciągu byli w naj­lep­szej zgo­dzie; opo­wia­dała, że Guy po­je­chał do No­wego Jorku, żeby się tam urzą­dzić, i że ją za­bie­rze. Od czasu do czasu pi­sała z prośbą o ja­kieś pie­nią­dze, zresztą skromne, jego to jed­nak za­wsze iry­to­wało. Speł­niał te jej prośby, bo­jąc się, że roz­pęta prze­ciw niemu kam­pa­nię w Met­calf, gdzie miesz­kała jego matka.

Wy­soki, młody blon­dyn w rdza­wym ubra­niu usiadł na pu­stym miej­scu na­prze­ciw niego i z nie­wy­raź­nym uśmiesz­kiem wsu­nął się w kąt prze­działu. Guy zer­k­nął na bladą, za małą twarz no­wego pa­sa­żera. Ogromny pryszcz ster­czał mu do­kład­nie po­środku czoła. Guy prędko od­wró­cił się ku oknu.

Można by my­śleć, że ja­sno­włosy mło­dzie­niec waha się, czy na­wią­zać roz­mowę, czy też po­zwo­lić so­bie na drzemkę. Jego ło­kieć usta­wicz­nie ze­śli­zgi­wał się z pa­ra­petu okna, a ile­kroć krót­kie, gę­ste włosy się roz­dzie­lały, ten sam nie­wy­raźny uśmiech po­ja­wiał się na ustach. Chło­pak praw­do­po­dob­nie był z lekka pi­jany. Guy otwo­rzył książkę, ale po prze­czy­ta­niu po­łowy stro­nicy nie mógł dłu­żej sku­pić uwagi na lek­tu­rze. Pod­niósł wzrok do su­fitu, gdzie mi­go­tał rząd bia­łych flu­ory­zu­ją­cych świa­teł, prze­su­nął spoj­rze­nie na nie­za­pa­lone cy­garo ko­ły­szące się w ko­ści­stych pal­cach nie­wi­docz­nego za opar­ciem fo­tela pa­sa­żera, a po­tem na mo­no­gram drga­jący na cien­kim zło­tym łań­cuszku, który prze­kre­ślał w po­przek kra­wat sie­dzą­cego na­prze­ciwko mło­dzieńca. Mo­no­gram skła­dał się z trzech li­ter: C.A.B., a zie­lony je­dwabny kra­wat zdo­biły ręcz­nie ma­lo­wane ja­skra­wo­po­ma­rań­czowe palmy. Wy­soka po­stać w rdza­wym gar­ni­tu­rze była te­raz bez­wład­nie roz­wa­lona na fo­telu, z głową od­chy­loną na po­ręcz, tak że ogromny pryszcz czy wrzód na czole wy­glą­dał niby kra­ter wul­kanu, który lada chwila wy­buch­nie. Guy nie umiałby wy­ja­śnić, dla­czego twarz mło­dzieńca wy­dała mu się in­te­re­su­jąca. Nie była ani stara, ani młoda, ani in­te­li­gentna, ani zde­cy­do­wa­nie głu­pia. Po­mię­dzy wą­skim, wy­pu­kłym czo­łem a wy­datną dolną szczęką jej li­nia co­fała się ku cien­kim, za­klę­słym war­gom, a siny cień pod głę­boko osa­dzo­nymi oczyma pod­kre­ślał małe po­wieki. Chło­pak miał cerę gładką, nie­mal dziew­częcą, białą, jak gdyby wielki, na­brzmiały pryszcz na czole wy­ssał z niej wszyst­kie nie­czy­sto­ści.

Przez chwilę Guy znowu pró­bo­wał czy­tać. Z po­czątku sens słów do­cie­rał do jego świa­do­mo­ści i dzia­łał uspo­ka­ja­jąco na roz­draż­nione nerwy. Wkrótce jed­nak we­wnętrzny głos pod­szep­nął mu py­ta­nie: co ci po­może Pla­ton w roz­pra­wie z Mi­riam? To py­ta­nie drę­czyło go już przed­tem w No­wym Jorku, ale i tak za­brał z sobą książkę – dawną lek­turę z fi­lo­zo­fii jesz­cze ze szkoły śred­niej – jakby chcąc czymś osło­dzić przy­krość tej po­dróży. Spoj­rzał w okno i wi­dząc swoje od­bi­cie, po­pra­wił zmięty koł­nie­rzyk. Zwy­kle ro­biła to Anna. Na­gle po­czuł się bez niej bar­dzo bez­radny. Po­ru­szył się i nie­chcący trą­cił wy­cią­gniętą stopą śpią­cego blon­dyna. Za­fa­scy­no­wany śle­dził jego rzęsy, które za­trze­po­tały i od­sło­niły prze­krwione oczy; miał wra­że­nie, że te oczy przez cały czas były w niego wpa­trzone po­przez za­mknięte po­wieki.

– Prze­pra­szam – szep­nął.

– Nic nie szko­dzi – od­parł młody czło­wiek. Wy­pro­sto­wał się, po­trzą­snął ener­gicz­nie głową. – Gdzie je­ste­śmy?

– Już w Tek­sa­sie.

Blon­dyn wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­szeni pła­ską złotą bu­telkę, otwo­rzył ją i po­dał grzecz­nie to­wa­rzy­szowi po­dróży.

– Nie, dzię­kuję – po­wie­dział Guy. Ko­bieta sie­dząca po dru­giej stro­nie prze­działu i od wy­ru­sze­nia z dworca w St. Lo­uis nie­pod­no­sząca wzroku znad włócz­ko­wej ro­boty zer­k­nęła ku nim, sły­sząc me­ta­liczne plu­śnię­cie, w chwili gdy blon­dyn prze­chy­lał bu­telkę.

– Do­kąd pan je­dzie? – Uśmiech blon­dyna przy­po­mi­nał te­raz wą­ski sierp księ­życa.

– Do Met­calf – od­parł Guy.

– Aha. Przy­jemne mia­sto. Pan je­dzie tam w in­te­re­sach? – Zmru­żył przy­mil­nie prze­krwione oczy.

– Tak.

– A co to za in­te­resy?

Guy nie­chęt­nie ode­rwał wzrok od książki.

– Z za­wodu je­stem ar­chi­tek­tem – wy­ja­śnił.

– O! – Mło­dzie­niec przy­jął tę in­for­ma­cję z za­cie­ka­wie­niem. – Bu­duje pan domy i tak da­lej? Chyba jesz­cze się panu nie przed­sta­wi­łem... – Pod­niósł się nieco. – Bruno. Char­les An­thony Bruno.

Uści­snęli so­bie ręce.

– Guy Ha­ines.

– Miło mi pana po­znać. Pan mieszka w No­wym Jorku? – Ochry­pły ba­ry­ton brzmiał fał­szy­wie, jak gdyby mło­dzie­niec ga­dał tylko po to, żeby się roz­bu­dzić.

– Tak.

– A ja miesz­kam na Long Is­land. Jadę do Santa Fe, żeby się tro­chę za­ba­wić. Zna pan Santa Fe?

Guy prze­cząco po­trzą­snął głową.

– W tym mie­ście można się wspa­niale za­ba­wić. – W uśmie­chu po­ka­zał brzyd­kie zęby. – Co do ar­chi­tek­tury, to prze­waża in­diań­ska.

W przej­ściu za­trzy­mał się kon­duk­tor spraw­dza­jący bi­lety.

– To pań­skie miej­sce? – zwró­cił się do Bruna.

Blon­dyn z miną pra­wo­wi­tego wła­ści­ciela roz­parł się w ką­cie.

– Sa­lonka w na­stęp­nym wa­go­nie.

– Nu­mer trzeci?

– O ile pa­mię­tam, tak.

Kon­duk­tor po­szedł da­lej.

– Co za typy – wes­tchnął Bruno, spo­glą­da­jąc w okno.

Guy wró­cił do Pla­tona, ale wścib­stwo znu­dzo­nego to­wa­rzy­sza po­dróży, wra­że­nie, że tam­ten lada chwila znów go za­gad­nie, prze­szka­dzały mu sku­pić uwagę. Za­sta­na­wiał się, czyby nie przejść do wa­gonu re­stau­ra­cyj­nego, lecz z ja­kichś nie­ja­snych po­wo­dów wciąż tkwił na swoim miej­scu. Po­ciąg zwal­niał wła­śnie. Bruno już otwie­rał usta, żeby coś po­wie­dzieć, gdy Guy wstał, prze­szedł do na­stęp­nego wa­gonu i nim po­ciąg za­trzy­mał się na do­bre, ze­sko­czył na zie­mię.

Bar­dziej na­tu­ralne, gę­ste od mroku po­wie­trze od­czuł jak du­szącą, miękką po­duszkę na twa­rzy. Owio­nął go za­pach ku­rzu, roz­grza­nego żwiru, sma­rów i go­rą­cego me­talu. Był głodny, nie wszedł jed­nak od razu do wa­gonu re­stau­ra­cyj­nego; prze­cha­dzał się wzdłuż niego z wolna przez chwilę tam i z po­wro­tem, z rę­koma w kie­sze­niach, chło­nąc po­wie­trze, cho­ciaż wy­da­wało mu się nie­przy­jemne. Na po­łu­dniu kon­ste­la­cja czer­wo­nych, zie­lo­nych i bia­łych świa­teł mi­go­tała na nie­bie. Po­my­ślał, że Anna za­pewne tą samą trasą je­chała po­przed­niego dnia do Mek­syku. Mógł był jej to­wa­rzy­szyć. Na­ma­wiała go na wspólną po­dróż, przy­naj­mniej do Met­calf. Może by się za­trzy­mała na je­den dzień i po­znała jego matkę... Tak, za­pro­po­no­wałby jej to, gdyby nie Mi­riam. A może nie zwa­żałby na Mi­riam, gdyby sam był inny, gdyby umiał lżej trak­to­wać tę sprawę. Oczy­wi­ście opo­wie­dział An­nie o swoim mał­żeń­stwie z Mi­riam, wta­jem­ni­czył ją pra­wie we wszystko, nie ścier­piałby jed­nak kon­fron­ta­cji tych dwóch ko­biet. Chciał mieć kilka go­dzin sa­mot­no­ści w po­ciągu, żeby ze­brać my­śli. Jak do­tąd nie­zbyt mu się to udało. Ale cóż po­może my­śle­nie i lo­gika, gdy w grę wcho­dzi Mi­riam?

Kon­duk­tor krzyk­nął ostrze­gaw­czo, lecz Guy cze­kał do ostat­niej chwili, nim wresz­cie wsko­czył do wa­gonu tuż za re­stau­ra­cyj­nym.

Zdą­żył za­mó­wić ko­la­cję u kel­nera, gdy w drzwiach wa­gonu uka­zał się młody blon­dyn; nie­pew­nie trzy­mał się na no­gach, a jego twarz, z we­tknię­tym w kąt warg nie­do­pał­kiem pa­pie­rosa, miała wy­raz tro­chę gniewny. Guy od opusz­cze­nia prze­działu nie my­ślał o nim i te­raz ta wy­soka po­stać w rdza­wym ubra­niu po­ja­wiła się jak nie­miłe wspo­mnie­nie. Tam­ten spo­strzegł go i uśmiech­nął się na­gle.

– Ba­łem się, że pan zo­stał na pe­ro­nie – po­wie­dział we­soło, od­su­wa­jąc krze­sło po dru­giej stro­nie sto­lika.

– Pro­szę mi wy­ba­czyć – od­parł Guy – ale chciał­bym być chwilę sam. Mam różne sprawy do prze­my­śle­nia.

Bruno zga­sił nie­do­pa­łek, który już mu pa­rzył palce, i spoj­rzał pół­przy­tom­nie na no­wego zna­jo­mego. Był bar­dziej pi­jany niż przed kilku mi­nu­tami. Kon­tur jego twa­rzy wy­da­wał się za­ma­zany, nie­ostry.

– Mo­gli­by­śmy po­sie­dzieć spo­koj­nie w mo­jej sa­lonce. Zje­dli­by­śmy tam so­bie ko­la­cję. Co pan na to?

– Dzię­kuję, wolę zo­stać tu­taj.

– Nie, nie ustą­pię tak ła­two. Kel­ner! – Bruno kla­snął. – Pro­szę przy­nieść ko­la­cję tego pana do sa­lonki nu­mer trzy. Dla mnie rumsz­tyk, śred­nio wy­sma­żony, frytki i szar­lotka. I dwie szkoc­kie whi­sky z wodą, moż­li­wie jak naj­prę­dzej. – Spoj­rzał na współ­pa­sa­żera z ko­kie­te­ryj­nym uśmie­chem. – Zgoda?

Po krót­kim wa­ha­niu Guy wstał i po­szedł za nim. Osta­tecz­nie wszystko jedno, wła­sne to­wa­rzy­stwo już mu obrzy­dło.

Oka­zało się, że Bruno za­mó­wił whi­sky tylko po to, by do­stać szklanki i lód, bo w jego sa­lonce na wa­lizce z kro­ko­dy­lo­wej skóry stały rząd­kiem cztery bu­telki z żół­tymi ety­kie­tami. Ten równy rząd bu­te­lek był je­dy­nym ele­men­tem po­rządku w ogól­nym cha­osie. Wszę­dzie stały wa­lizy i ku­fry, za­gra­dza­jąc przej­ście i po­zo­sta­wia­jąc tylko mały la­bi­rynt na środku prze­działu; do­koła po­roz­rzu­cane były czę­ści spor­to­wej gar­de­roby i sprzętu: ra­kiety te­ni­sowe, wo­rek z ki­jami do golfa, dwa apa­raty fo­to­gra­ficzne, wi­kli­nowy ko­szyk z owo­cami i wi­nem, wy­ście­lony bi­bułką. Na sie­dze­niu przy oknie po­nie­wie­rały się pi­sma ilu­stro­wane, ko­miksy i po­wie­ści. Obok le­żało pu­dło cze­ko­la­dek, prze­wią­zane czer­woną wstą­żeczką.

– Ba­ła­gan – po­wie­dział Bruno to­nem uspra­wie­dli­wie­nia.

– Nie szko­dzi – uśmiech­nął się Guy. Miej­sce wy­da­wało się za­bawne i od­osob­nione, co mu w tej chwili od­po­wia­dało. Uśmiech, który roz­po­go­dził mu czoło, prze­obra­ził całą twarz. Oczy znów ob­ser­wo­wały ota­cza­jący go świat. Zręcz­nie prze­my­kał mię­dzy wa­li­zami, przy­glą­da­jąc się wszyst­kiemu niby za­cie­ka­wiony kot.

– No­wiu­teńka. Jesz­cze ni­gdy nie ze­tknęła się z piłką – wy­ja­śnił Bruno, po­ka­zu­jąc mu ra­kietę i za­chę­ca­jąc, żeby spró­bo­wał strun. – Matka za­sy­puje mnie tymi rze­czami w na­dziei, że od­cią­gną mnie od knajp. Bar­dzo do­brze, bę­dzie co opy­lić, w ra­zie gdyby skoń­czyła się go­tówka. W po­dróży lu­bię po­pi­jać, czło­wiek na ga­zie in­ten­syw­niej od­biera wra­że­nia, pan to chyba za­uwa­żył?

Kel­ner przy­niósł dwie szklanki whi­sky, a Bruno na­tych­miast do­peł­nił je z wła­snych za­pa­sów. – Pro­szę, niech pan siada i zdej­mie ma­ry­narkę.

Obaj jed­nak stali i nie spie­szyli się ze zrzu­ce­niem ma­ry­na­rek. Przez kilka kło­po­tli­wych mi­nut nie wie­dzieli, o czym roz­ma­wiać. Guy po­cią­gnął ze swo­jej szklanki łyk czy­stej – jak mu się wy­dało – whi­sky i spu­ścił wzrok na za­śmie­coną pod­łogę. „Ten Bruno ma dziwne stopy – po­my­ślał – a może tylko dzi­waczne pół­bu­ciki, wą­skie, z ja­sno­brą­zo­wej skóry, z gład­kimi wy­dłu­żo­nymi no­skami tego sa­mego kształtu co dolna szczęka ich wła­ści­ciela. Tro­chę jakby sta­ro­świec­kie. A  poza tym fa­cet nie jest taki szczu­pły, jak się zda­wało w pierw­szej chwili. Dłu­gie nogi mocno umię­śnione, w ogóle przy ko­ści”.

– Pan, mam na­dzieję, nie po­gnie­wał się, że przy­sze­dłem za pa­nem do wa­gonu re­stau­ra­cyj­nego? – spy­tał nie­spo­koj­nie Bruno.

– Nie, skąd.

– Wie pan, czu­łem się okrop­nie sa­motny.

Guy mruk­nął, że to nic dziw­nego, skoro po­dró­żuje się sa­lonką, i na­gle o mało się nie prze­wró­cił, za­plą­taw­szy nogę w rze­myk apa­ratu marki Rol­le­iflex. Na skó­rza­nym fu­te­rale bie­lała świeża, głę­boka rysa. Po­czuł na so­bie nie­śmiałe spoj­rze­nie Bruna. Oczy­wi­ście czeka go tu straszna nuda. Dla­czego zgo­dził się przyjść? We­wnętrzny głos ra­dził mu wró­cić na­tych­miast do wa­gonu re­stau­ra­cyj­nego. W tej sa­mej jed­nak chwili kel­ner przy­niósł ko­la­cję na osło­nię­tej me­ta­lową po­krywą tacy i roz­ło­żył skła­dany sto­lik. Za­pach przy­pie­czo­nego mięsa po­pra­wił od razu na­strój. Bruno tak upie­rał się, by ure­gu­lo­wać ra­chu­nek, że Guy w końcu ustą­pił. Bruno do­stał ogromny, po­sy­pany pie­czar­kami rumsz­tyk, a Guy – ham­bur­gera.

– Co pan bu­duje w Met­calf?

– Nic. Moja matka tam mieszka.

– O! – za­in­te­re­so­wał się Bruno. – Je­dzie pan do matki? To pań­skie ro­dzinne mia­sto?

– Tak. Uro­dzi­łem się w Met­calf.

– Nie wy­gląda pan na Tek­sań­czyka. – Bruno chlap­nął ket­chu­pem na rumsz­tyk i frytki, de­li­kat­nie wy­cią­gnął na wi­delcu źdźbło pie­truszki i trzy­mał je w po­wie­trzu. – Od dawna nie był pan w domu?

– Mniej wię­cej od dwóch lat.

– Pana oj­ciec też tam mieszka?

– Oj­ciec nie żyje.

– O! A z matką jest pan w do­brych sto­sun­kach?

Guy ski­nął głową. Nie prze­pa­dał za al­ko­ho­lem, ale smak szkoc­kiej przy­po­mniał mu Annę, która, je­śli w ogóle coś piła, to wła­śnie whi­sky. Ten tru­nek pa­so­wał do niej; był tak samo złoty, świe­tli­sty, wy­tworny jak ona.

– A pan gdzie mieszka na Long Is­land?

– W Great Neck.

Anna miesz­kała też na Long Is­land, ale w dal­szej czę­ści wy­spy.

– W domu, który na­zy­wam Psią Budą – do­dał Bruno. – Każdy z nas, łącz­nie z szo­fe­rem, czuje się tam pod psem. – Za­śmiał się nie­ocze­ki­wa­nie z sa­tys­fak­cją, po czym schy­lił się nad ta­le­rzem.

Guy wi­dział te­raz tylko czu­bek wą­skiej głowy po­ro­śnię­tej rzad­kimi wło­sami i ster­czący pryszcz. Za­po­mniał o tym prysz­czu, od chwili gdy do­strzegł go na czole uśpio­nego Bruna; te­raz znów zwró­cił na niego uwagę i przez mo­ment nie wi­dział nic prócz tej po­twor­nej, od­ra­ża­ją­cej na­ro­śli.

– Dla­czego? – spy­tał.

– Przez ojca. To skoń­czony łaj­dak. Z matką ży­jemy w zgo­dzie. Matka przy­je­dzie do mnie za kilka dni do Santa Fe.

– To świet­nie.

– A świet­nie – od­parł Bruno ta­kim to­nem, jakby Guy był in­nego zda­nia. – Lu­bimy te same roz­rywki, cho­dzimy ra­zem po lo­ka­lach, gramy w golfa, na­wet by­wamy ra­zem na róż­nych przy­ję­ciach. – Ro­ze­śmiał się, tro­chę dumny, tro­chę za­wsty­dzony, i na­gle wy­dał się bar­dzo młody i nie­pewny sie­bie. – Pana to dziwi?

– Nie.

– Szkoda tylko, że nie mam wła­snej forsy. Mieli mi od tego roku wy­pła­cać do rąk wła­snych to, co mi się na­leży, ale oj­ciec się nie zgo­dził i całe pie­nią­dze idą na jego konto. Nie uwie­rzy pan, ale mam te­raz nie więk­szą pen­sję niż wtedy, kiedy by­łem w szkole, gdzie wszystko było opła­cone. Mu­szę o każde sto do­la­rów pro­sić matkę – wy­znał, nad­ra­bia­jąc miną.

– Szkoda, że pan nie po­zwo­lił mi za­pła­cić za ko­la­cję.

– Och, nie! – go­rąco za­prze­czył Bruno. – Chcia­łem tylko wy­tłu­ma­czyć panu, jaka to podła sy­tu­acja, kiedy ro­dzony oj­ciec czło­wieka okrada. W do­datku to nie są jego pie­nią­dze, na­leżą mi się po ro­dzi­cach matki.

Cze­kał wy­raź­nie na ja­kiś ko­men­tarz.

– Matka nie ma głosu w tych spra­wach?

– Oj­ciec wszystko prze­pi­sał na sie­bie, gdy by­łem jesz­cze mały! – wy­krzyk­nął Bruno ochry­ple.

– Aha. – Guy za­sta­na­wiał się, ilu oso­bom Bruno opo­wia­dał już tę hi­sto­ryjkę o swoim ojcu, za­pła­ciw­szy przed­tem za wspólną ko­la­cję. – Dla­czego to zro­bił?

Bruno wzru­szył ra­mio­nami i bez­rad­nym ge­stem pod­niósł ręce, ale za­raz scho­wał je znów szybko do kie­szeni.

– Jak już mó­wi­łem, to jest skoń­czony łaj­dak. Okradłby każ­dego. Mówi, że nie może mi da­wać pie­nię­dzy, po­nie­waż nie chcę pra­co­wać, ale to łgar­stwo. Uważa, że oboje z matką i tak mamy aż za wiele przy­jem­no­ści. Bez prze­rwy wtrąca się do na­szych spraw.

Guy wy­obra­żał so­bie tę matkę, nie­starą jesz­cze, świa­tową damę z Long Is­land, z tro­chę zbyt moc­nym ma­ki­ja­żem, lu­biącą, po­dob­nie jak jej syn, mocne wra­że­nia.

– Gdzie pan stu­dio­wał?

– W Ha­rvar­dzie. Wy­leli mnie z dru­giego roku za pi­jań­stwo i ha­zard. – Wzru­szył znów wą­skimi ra­mio­nami, jakby się wił. – Nie je­stem taki so­lidny jak pan, trudno. Przy­pu­śćmy, że je­stem pa­so­ży­tem, no i co z tego? – Do­lał whi­sky do obu szkla­nek.

– Kto mówi, że pan jest pa­so­ży­tem?

– Oj­ciec. Żeby miał ta­kiego grzecz­nego, spo­koj­nego syna jak na przy­kład pan, wszy­scy ży­li­by­śmy szczę­śli­wie.

– Skąd pan wie, że ja je­stem grzeczny i spo­kojny?

– No, po­ważny gość, po stu­diach, fa­cho­wiec, ar­chi­tekt. Ja tam nie palę się do ro­boty. Nie mu­szę prze­cież pra­co­wać. Nie mam ta­lentu do ma­lar­stwa, mu­zyki czy pi­sa­nia. Dla­czego czło­wiek miałby pra­co­wać, je­żeli nie musi? Wolę do­ro­bić się wrzodu żo­łądka przy­jem­niej­szym spo­so­bem niż z prze­pra­co­wa­nia. Oj­ciec już ma cho­robę wrzo­dową. Cha, cha! Nie traci na­dziei, że w końcu wy­lą­duję w jego fir­mie. A ja mu tłu­ma­czę, że każdy biz­nes to po pro­stu za­le­ga­li­zo­wana gra­bież, tak samo jak każde mał­żeń­stwo jest za­le­ga­li­zo­waną roz­pu­stą. Mam ra­cję czy nie?

Guy po­pa­trzył na niego krzywo i po­so­lił frytkę na­dzianą na wi­de­lec. Jadł po­woli, sma­ko­wało mu je­dze­nie, na­wet Bruno po­do­bał mu się tak, jakby pa­trzył na ko­me­dię graną na ja­kiejś od­le­głej sce­nie. My­ślał o An­nie. Ni­kła wi­zja Anny ma­ja­cząca mu nie­ustan­nie przed oczyma wy­da­wała się bar­dziej rze­czy­wi­sta niż świat, z któ­rego do jego świa­do­mo­ści do­cie­rały tylko naj­wy­ra­zist­sze frag­menty, po­szcze­gólne ob­razy, jak na przy­kład biała rysa na fu­te­rale apa­ratu, długi pa­pie­ros, który Bruno za­to­pił w krążku ma­sła, stłu­czone szkło fo­to­gra­fii ojca, którą Bruno – jak wła­śnie opo­wia­dał – ci­snął kie­dyś w hallu na pod­łogę. Przy­szło mu do głowy, że zdą­żyłby spo­tkać się z Anną w Mek­syku po­mię­dzy roz­mową z Mi­riam a wy­jaz­dem na Flo­rydę. Je­żeli uda się za­ła­twić sprawę z Mi­riam dość prędko, mógłby po­le­cieć do Mek­syku i stam­tąd na Flo­rydę. Nie wpadł mu ten po­mysł wcze­śniej, bo nie stać go było na po­dróże sa­mo­lo­tem. Ale mógłby so­bie po­zwo­lić na taki wy­da­tek, je­żeli do­sta­nie to zle­ce­nie na bu­dowę w Palm Be­ach.

– To prze­cież szczyt bez­czel­no­ści! Za­mknąć ga­raż, w któ­rym stoi mój wła­sny wóz! – Głos Bruna za­ła­mał się na wy­so­kiej pi­skli­wej nu­cie.

– A dla­czego to zro­bił? – spy­tał Guy.

– Bo wie­dział, że tego wie­czoru wóz bę­dzie mi ko­niecz­nie po­trzebny. W końcu przy­ja­ciele mnie pod­wieźli, więc na nic się zdała ta jego zło­śli­wość.

Guy nie bar­dzo wie­dział, co po­wie­dzieć.

– To oj­ciec ma klu­cze od pana ga­rażu?

– Wziął moje klu­cze. Ukradł je z mo­jego po­koju. Dla­tego po­tem się mnie bał. Tak się bał, że wo­lał tego wie­czoru zwiać z domu. – Bruno aż skrę­cał się w fo­telu, dy­sząc gło­śno i ob­gry­za­jąc pa­znok­cie. Ko­smyki wło­sów, ściem­niałe od potu, peł­zały niby macki po jego czole. – Matki wtedy nie było, ona by ni­gdy do ta­kiego skan­dalu nie do­pu­ściła oczy­wi­ście.

– Oczy­wi­ście – po­wtó­rzył mimo woli Guy. Do­my­ślał się, że cała do­tych­cza­sowa roz­mowa sta­no­wiła wstęp do tej opo­wie­ści i że usły­szał do­piero jej po­łowę. A więc na dnie tych prze­krwio­nych oczu, które otwo­rzyły się przed nim w wa­go­nie pul­ma­now­skim, na dnie tego rzew­nego uśmie­chu kryje się hi­sto­ria jesz­cze jed­nej nie­na­wi­ści i krzywdy.

– I dla­tego pan ci­snął jego fo­to­gra­fię na pod­łogę w hallu? – spy­tał bez żad­nej in­ten­cji.

– Wy­rzu­ci­łem tę fo­to­gra­fię z sy­pialni matki – od­parł Bruno, wy­ma­wia­jąc z em­fazą dwa ostat­nie słowa. – Oj­ciec sam po­sta­wił tam swoją po­do­bi­znę. Matka wcale nie lubi Ka­pi­tana bar­dziej niż ja. Ka­pi­tan! Ja bym go ina­czej na­zwał, bra­cie!

– Czego oj­ciec chce wła­ści­wie od pana?

– Ode mnie i od matki. Po pro­stu jest inny niż my, niż wszy­scy lu­dzie. Ni­kogo nie lubi. Nic nie lubi, prócz pie­nię­dzy. Tylu lu­dzi ob­łu­pił ze skóry, że zbił kupę forsy. Do in­te­re­sów ma głowę, przy­znaję. Ale te­raz su­mie­nie go gry­zie, to pewne. Dla­tego chciałby, że­bym ja pra­co­wał w jego fir­mie, że­bym tak samo łu­pił lu­dzi ze skóry i że­bym czuł się tak samo podle jak on. – Bruno za­ci­snął dłoń, a po­tem także wargi i oczy.

Guy miał wra­że­nie, że chło­pak za­raz się roz­pła­cze, ale opuch­nięte po­wieki znów się pod­nio­sły, a na usta wró­cił nie­pewny uśmie­szek.

– Nu­dzę pana, co? Chcia­łem tylko wy­ja­śnić, dla­czego wy­je­cha­łem, nie cze­ka­jąc na matkę. Na ogół je­stem chło­pak we­soły, słowo daję.

– Nie może pan wy­nieść się z domu, je­śli pan ma tego dość?

Bruno w pierw­szej chwili jak gdyby nie zro­zu­miał py­ta­nia, po­tem od­po­wie­dział spo­koj­nie:

– Mógł­bym, ale nie chcę roz­sta­wać się z matką.

„A matka nie chce roz­sta­wać się z pie­niędzmi” – po­my­ślał Guy.

– Za­pali pan? – za­pro­po­no­wał gło­śno.

Bruno przy­jął pa­pie­rosa z uśmie­chem.

– Wie pan, tego dnia, kiedy zwiał przede mną, pierw­szy raz od dzie­się­ciu lat spę­dził wie­czór poza do­mem. Nie mam po­ję­cia, gdzie mógł po­je­chać. Taki by­łem wście­kły, że mógł­bym go za­bić. On to wy­czuł. Miał pan kiedy ochotę za­bić ko­goś?

– Nie.

– A mnie to się zda­rza. Są ta­kie chwile, że mógł­bym za­mor­do­wać ojca. – Spu­ścił wzrok i uśmiech­nął się tro­chę nie­przy­tom­nie. – Wie pan, ja­kie mój oj­ciec ma hobby? No, niech pan spró­buje zgad­nąć!

Guy nie miał ochoty zga­dy­wać. Na­gle ogar­nęło go znu­dze­nie, za­pra­gnął znów być sam.

– Zbiera fo­remki do wy­kra­wa­nia kru­chych cia­ste­czek! – wy­krzyk­nął Bruno z szy­der­czym uśmie­chem. – Słowo daję! Fo­remki! Ma całą ko­lek­cję, pen­syl­wań­skie, ho­len­der­skie, ba­war­skie, an­giel­skie, fran­cu­skie, mnó­stwo wę­gier­skich, pełno jest tego w jego po­koju. Nad biur­kiem wi­szą opra­wione w ramki fo­remki do kra­ker­sów w kształ­cie róż­nych zwie­rza­ków, wie pan, ta­kich, co to dla dzieci lu­dzie ku­pują w pu­deł­kach. Na­pi­sał do dy­rek­tora firmy i przy­słali mu cały kom­plet. W erze ma­szyn! – Bruno za­śmiał się i po­trzą­snął głową.

Guy pa­trzył na niego ze zdu­mie­niem. Bruno wy­da­wał mu się sam znacz­nie za­baw­niej­szy niż jego opo­wiastki.

– Używa ich cza­sem?

– Jak to?

– No, py­tam, czy pie­cze kru­che cia­steczka?

Bruno ryk­nął śmie­chem. Wi­jąc się, ścią­gnął ma­ry­narkę i rzu­cił ją na jedną z kilku wa­liz. Przez chwilę tak był pod­nie­cony, że nie mógł wy­krztu­sić ani słowa, po­tem na­gle uspo­koił się i po­wie­dział:

– Matka za­wsze od­syła go do jego ulu­bio­nych fo­re­mek. – Pot po­kry­wał mu gładką twarz niby cienka war­stewka oliwy. Wy­chy­lił się nad sto­łem z uprzej­mym uśmie­chem: – Sma­ko­wała panu ko­la­cja?

– Na­wet bar­dzo – szcze­rze wy­znał Guy.

– Sły­szał pan kiedy o spółce Bruno z Long Is­land? Pro­du­kuje roz­ma­ite urzą­dze­nia na prąd zmienny i stały.

– Nie, chyba nie.

– No tak, skąd miałby pan sły­szeć... Ale firma przy­nosi sporo forsy. Pana nie in­te­re­suje zbi­ja­nie forsy?

– Nie bar­dzo.

– Wolno za­py­tać, ile pan ma lat?

– Dwa­dzie­ścia dzie­więć.

– Ach, tak? Na oko dał­bym panu wię­cej. A na ile ja wy­glą­dam?

Guy przyj­rzał mu się z uprzejmą uwagą.

– Dwa­dzie­ścia cztery, pięć – po­wie­dział, chcąc mu po­chle­bić, bo wy­da­wał się młod­szy.

– Zgadł pan. Dwa­dzie­ścia pięć. Zna­czy, że pana zda­niem wy­glą­dam na dwa­dzie­ścia pięć z tym... tym pa­skudz­twem po­środku czoła? – Przy­gryzł dolną wargę. Nie­po­kój bły­snął w jego oczach i na­gle Bruno wsty­dli­wie za­sło­nił dło­nią czoło. Ze­rwał się z miej­sca i po­szedł do lu­stra. – Mia­łem to czymś za­le­pić.

Guy szep­nął ja­kieś po­cie­sza­jące słówko, ale Bruno nie od­ry­wał wzroku od lu­stra, przy­glą­da­jąc się to pod tym, to pod in­nym ką­tem swo­jej twa­rzy, naj­wy­raź­niej zgnę­biony.

– To nie może być zwy­kły pryszcz – po­wie­dział no­so­wym gło­sem. – To czy­rak. Nie­na­wi­dzę wrzo­dów. Cho­roba Hioba.

– No, nie prze­sa­dzajmy – za­śmiał się Guy.

– Za­czął na­brzmie­wać tam­tego wie­czoru, po awan­tu­rze z oj­cem. Ro­śnie z każdą go­dziną. Na pewno zo­sta­nie bli­zna.

– Nie, znik­nie bez śladu.

– Je­stem pewny, że bę­dzie szrama. Jak ja się po­każę w Santa Fe?! – Opadł na fo­tel z za­ci­śnię­tymi pię­ściami, z nogą od­sta­wioną na bok, w tra­gicz­nej po­zie.

Guy wstał i pod­niósł jedną z ksią­żek le­żą­cych na sie­dze­niu przy oknie. Po­wieść kry­mi­nalna. Nie było in­nej li­te­ra­tury, same po­wie­ści kry­mi­nalne. Spró­bo­wał prze­czy­tać kilka li­ni­jek, ale druk zle­wał mu się przed oczami. Za­mknął książkę. „Za dużo wy­pi­łem” – po­my­ślał. Ale tego wie­czoru było mu to obo­jętne.

– Spra­gniony je­stem tego, co można mieć w Santa Fe – ode­zwał się Bruno. – Wino, ko­biety, śpiew! Cha, cha!

– Czego pan jest spra­gniony?

– Sam nie wiem – od­parł, lek­ce­wa­żąco krzy­wiąc usta. – Wszyst­kiego. Uwa­żam, że czło­wiek po­wi­nien w ży­ciu spró­bo­wać wszyst­kiego, a na­wet umrzeć, usi­łu­jąc do­ko­nać cze­goś nie­moż­li­wego.

W pierw­szym od­ru­chu Guy o mało mu nie przy­kla­snął, ale na wszelki wy­pa­dek po­wstrzy­mał się i spy­tał z ci­cha:

– Na przy­kład?

– Na przy­kład po­le­cieć ra­kietą na księ­życ. Albo po­bić re­kord pręd­ko­ści, pro­wa­dząc sa­mo­chód z za­wią­za­nymi oczyma. To już zro­bi­łem. Nie, re­kordu nie po­bi­łem, ale wy­cią­gną­łem sto sześć­dzie­siąt na go­dzinę.

– Z za­wią­za­nymi oczyma?

– Ob­ra­bo­wa­łem też kie­dyś cu­dze miesz­ka­nie. – Bruno pa­trzył no­wemu zna­jo­memu pro­sto w twarz. – Na se­rio.

Guy mimo woli uśmiech­nął się z nie­do­wie­rza­niem, ale w głębi du­szy uwie­rzył. Bruno mógł być bru­talny. Może chory umy­słowo? Nie, to nie obłęd, to roz­pacz. Roz­pacz znu­dzo­nego bo­ga­cza. Czę­sto roz­ma­wiali z Anną o ta­kich przy­pad­kach. De­spe­ra­cja ob­ja­wia­jąca się skłon­no­ściami ra­czej nisz­czy­ciel­skimi niż twór­czymi. Może do­pro­wa­dzić za­równo do zbrodni, jak i do ascezy.

– Nie dla zy­sku – cią­gnął da­lej Bruno. – To, co ukra­dłem, wcale mi nie było po­trzebne. Umyśl­nie wy­bie­ra­łem rze­czy, które mi się nie po­do­bały.

– Co pan wziął?

Wzru­szył ra­mio­nami.

– Za­pal­niczkę, dużą, sto­łową. Ja­kąś fi­gu­rynkę z gzymsu ko­minka. Z ko­lo­ro­wego szkła. I coś jesz­cze. – Znów wzru­szył ra­mio­nami. – Panu pierw­szemu o tym po­wie­dzia­łem, nikt inny nie wie. Nie mam dłu­giego ję­zyka, cho­ciaż panu pewno wy­daję się bar­dzo ga­da­tliwy. – Za­koń­czył z uśmie­chem.

Guy za­cią­gnął się dy­mem z pa­pie­rosa.

– Jak pan to zro­bił?

– Ob­ser­wo­wa­łem pe­wien dom, żeby tra­fić na wła­ściwą porę, no i wla­złem przez okno po pro­stu. Po dra­bince prze­ciw­po­ża­ro­wej. Nic ła­twiej­szego. To do­świad­cze­nie mo­głem już, dzięki Bogu, skre­ślić z li­sty.

– Dla­czego „dzięki Bogu”?

– Tak mi się po­wie­działo. Nie wiem dla­czego. – Na­peł­nił znów obie szklanki.

Guy pa­trzył na sztywne, trzę­sące się ręce, które umiały kraść, na ob­gry­zione do ży­wego mięsa pa­znok­cie. Ręce te nie­zgrab­nie ba­wiły się pu­deł­kiem od za­pa­łek i z dzie­cinną nie­po­rad­no­ścią upu­ściły je na przy­pró­szony po­pio­łem rumsz­tyk. „Jakże nudny jest w grun­cie rze­czy wy­stę­pek – po­my­ślał Guy. – Czę­sto ni­czym nie­umo­ty­wo­wany. Są pewne typy skłonne do zbrodni. Wi­dząc te ręce albo po­kój Bruna czy też jego brzydką, roz­ma­zaną twarz, któż by od­gadł, że to zło­dziej?” Guy usiadł.

– Może pan mi coś opo­wie o so­bie – za­pro­po­no­wał przy­jaź­nie Bruno.

– Nie mam wiele do opo­wia­da­nia. – Guy wy­jął z kie­szeni kurtki fajkę, stuk­nął nią o ob­cas, spoj­rzał na roz­sy­pany po dy­wa­nie po­piół i na­tych­miast o nim za­po­mniał. Al­ko­hol prze­nik­nął głę­biej w jego or­ga­nizm. „Je­żeli za­twier­dzą to za­mó­wie­nie w Palm Be­ach – my­ślał – dwa ty­go­dnie do roz­po­czę­cia ro­boty prze­mknie szybko”. Sprawa roz­wo­dowa nie po­winna trwać długo. Oczyma wy­obraźni wi­dział białe bu­dynki na zie­lo­nym traw­niku, tak jak wy­glą­dały na osta­tecz­nym ry­sunku; bez wy­siłku od­twa­rzał każdy naj­drob­niej­szy szcze­gół. Cie­szyło go to, po­czuł się na­gle bez­pieczny i szczę­śliwy.

– Ja­kie domy pan bu­duje? – spy­tał Bruno.

– Hm... No­wo­cze­sne, jak się to mówi. Pro­jek­to­wa­łem parę do­mów to­wa­ro­wych, ja­kiś mały biu­ro­wiec. – Guy uśmiech­nął się, stwier­dza­jąc, że tym ra­zem od­po­wiada swo­bod­nie na py­ta­nia, które zwy­kle bu­dziły w nim nie­chęć i iry­ta­cję.

– Pan jest żo­naty?

– Nie... A wła­ści­wie tak, ale w se­pa­ra­cji.

– O! Dla­czego?

– Nie­zgod­ność cha­rak­te­rów.

– Od dawna?

– Od trzech lat.

– Nie chce pan roz­wodu?

Guy za­wa­hał się i zmarsz­czył brwi.

– Ona mieszka w Tek­sa­sie?

– Tak.

– Ma­cie się spo­tkać?

– Tak. Mu­simy po­ro­zu­mieć się w spra­wie roz­wodu. – Za­ciął zęby. Po co to po­wie­dział?

Bruno uśmiech­nął się drwiąco.

– A czy w ta­kiej dziu­rze znaj­dzie się w ogóle ja­kaś warta grze­chu dziew­czyna?

– Nie­które są na­wet bar­dzo ładne – od­parł Guy.

– Ale prze­waż­nie głu­pie gęsi, co?

– I ta­kie też się zda­rzają. – Uśmiech­nął się do sie­bie. Mi­riam na­le­żała do typu dziew­cząt z Po­łu­dnia, o ja­kich za­pewne mó­wił Bruno.

– A jaka jest ta pań­ska żona?

– Dość ładna – ostroż­nie od­parł Guy. – Ruda. Tro­chę za pulchna.

– Jak się na­zywa?

– Mi­riam, Mi­riam Joyce.

– Hm... Ładna i głu­pia?

– Nie jest in­te­lek­tu­alistką. Nie mia­łem ochoty że­nić się z in­te­lek­tu­alistką.

– I za­ko­chał się pan w niej bez pa­mięci, co?

Skąd on to wie­dział? Czy to po nim można po­znać? Bruno wle­pił w niego uważny, son­du­jący wzrok, nie mru­żył już oczu, jak gdyby prze­kro­czył ten etap zmę­cze­nia, kiedy nie spo­sób oprzeć się sen­no­ści. Guy miał wra­że­nie, że prze­ni­kliwe, szare oczy Bruna wpa­trują się tak w niego już od wielu go­dzin.

– Dla­czego pan tak my­śli?

– Pan jest przy­zwo­itym czło­wie­kiem, wszystko trak­tuje pan po­waż­nie. Ko­biety pewno też bie­rze pan bar­dzo se­rio?

– Jak pan to ro­zu­mie? – spy­tał, ale wez­brała w nim fala życz­li­wo­ści do Bruna, który tak otwar­cie po­wie­dział, co o nim my­śli. Lu­dzie na ogół tego nie ro­bią. Wie­dział to z do­świad­cze­nia.

Bruno pod­niósł obie ręce od­wró­cone dłońmi ku gó­rze.

– Co pan przez to ro­zu­mie? – po­wtó­rzył Guy.

– Serce na dłoni, wiel­kie uczu­cia i tak da­lej. Po­tem do­staje pan kop­niaka, prawda?

– Nie­zu­peł­nie – od­parł, ale ogar­nęło go roz­rzew­nie­nie nad wła­sną nie­dolą. Wstał, za­bie­ra­jąc z sobą jedną szklankę. W za­gra­co­nej sa­lonce le­d­wie się było można po­ru­szać. W do­datku wa­gon ko­ły­sał tak, że Guy z tru­dem utrzy­my­wał się na no­gach.

Bruno wciąż nie spusz­czał z niego wzroku. Za­ło­żyw­szy nogę na nogę, ki­wał sta­ro­świec­kim pół­bu­tem i co chwila strzą­sał po­piół z pa­pie­rosa na ta­lerz. Nie­do­je­dzony, ró­żowy w środku rumsz­tyk zni­kał stop­niowo pod war­stwą po­piołu. Guy po­dej­rze­wał, że Bruno od­nosi się do niego mniej przy­jaź­nie, od­kąd po­wie­dział mu, że jest żo­naty. Z więk­szym za to za­cie­ka­wie­niem.

– Co pań­ska żona za­wi­niła? Pusz­czała się z każ­dym, kto się zda­rzył?

Bez­po­śred­niość Bruna jed­nak go zi­ry­to­wała.

– Nie. Zresztą to już czas prze­szły.

– Ale jest pan wciąż jesz­cze jej mę­żem. Nie mógł się pan wcze­śniej roz­wieść?

Guy za­wsty­dził się na­gle.

– Nie za­le­żało mi na roz­wo­dzie.

– A te­raz?

– Te­raz ona chce się roz­wieść. Po­dobno spo­dziewa się dziecka.

– Aha! Ry­chło w czas zde­cy­do­wała się na roz­wód. Przez trzy lata uży­wała na prawo i lewo, aż wresz­cie ktoś po­łknął ha­czyk.

Do­kład­nie tak mu­siało to wy­glą­dać, a te­raz na dziecko pró­buje zła­pać dru­giego męża. Skąd Bruno to wie? Praw­do­po­dob­nie nie­miłe do­świad­cze­nia z ja­kąś ko­bietą. Guy od­wró­cił się do okna. Nie zo­ba­czył nic prócz wła­snego od­bi­cia. Serce wa­liło mu w piersi i dy­go­tał cały nie tylko od wi­bra­cji wa­gonu.

„Może – my­ślał – serce tłu­cze się w nim tak dla­tego, że ni­gdy do­tych­czas ni­komu nie po­wie­dział tak wiele o Mi­riam”. Na­wet An­nie nie zwie­rzył się z tego wszyst­kiego, co Bruno wie już te­raz. Ale i on nie wie, że Mi­riam nie­gdyś była inna – miła, lo­jalna i bar­dzo sa­motna, że Guy był jej ogrom­nie po­trzebny, bo dzięki niemu mo­gła się wy­rwać z domu. Ju­tro zo­ba­czy Mi­riam, wy­star­czy, że wy­cią­gnie rękę i bę­dzie mógł jej do­tknąć. Ale myśl o do­tknię­ciu tego zbyt pulch­nego ciała, które kie­dyś ko­chał, była dla niego nie do znie­sie­nia. Wró­ciło po­czu­cie klę­ski i bez­rad­no­ści.

– Dla­czego pań­skie mał­żeń­stwo źle się uło­żyło? – spy­tał Bruno ła­god­nie, tuż koło jego ucha. – Je­stem na­prawdę cie­kawy przez przy­jaźń dla pana. Ile ona miała lat, kiedy za pana wy­szła?

– Osiem­na­ście.

– I od razu za­częła pana zdra­dzać?

Guy ob­ró­cił się z na­my­słem, jakby za­mie­rzał bro­nić swo­jej żony.

– Czy pan uważa, że ko­biety ni­czym in­nym się nie zaj­mują?

– Ale zdra­dzała pana?

Guy od­wró­cił twarz, zi­ry­to­wany i jed­no­cze­śnie za­fa­scy­no­wany do­myśl­no­ścią Bruna.

– Tak. – Krót­kie słowo za­brzmiało w jego wła­snych uszach od­ra­ża­jąco.

– Znam ten typ ru­dych dziew­czyn z Po­łu­dnia – oznaj­mił Bruno, dzio­biąc wi­del­cem szar­lotkę.

Guy znów uświa­do­mił so­bie, że wsty­dzi się strasz­li­wie i naj­zu­peł­niej nie­po­trzeb­nie. Nie­po­trzeb­nie, bo nic z tego, co zro­biła lub po­wie­działa Mi­riam, nie mo­głoby za­sko­czyć lub obu­rzyć Bruna. Wy­raź­nie nic go nie dzi­wiło, cu­dze wy­stępki za­ostrzały tylko jego za­in­te­re­so­wa­nie. Bruno pa­trzył w swój ta­lerz z wy­ra­zem nie­śmia­łej we­so­ło­ści.

– Mał­żeń­stwo! – wes­tchnął.

W pod­świa­do­mo­ści Guya rów­nież tkwiło to na­trętne słowo: „mał­żeń­stwo”. Dla niego miało ono wy­dźwięk uro­czy­sty, zda­wało się tak samo z na­tury swej do­stojne jak po­ję­cia: „świę­tość”, „mi­łość”, „grzech”. Ko­ja­rzyły się z nim pełne, ce­gla­ste wargi Mi­riam, gdy mó­wiła: „Po cóż mia­ła­bym się spe­cjal­nie wy­si­lać dla cie­bie?”, z oczyma Anny, gdy sa­dząc przed do­mem kro­kusy, pod­no­siła ku niemu głowę i od­gar­niała włosy z czoła. I znowu z Mi­riam, z jej ide­al­nie okrą­głą, usianą drob­nymi pie­gami twa­rzą, z ge­stem, ja­kim od­wró­ciła się wtedy od wą­skiego, wy­so­kiego okna w ich chi­ca­gow­skim miesz­ka­niu, by spoj­rzeć mu pro­sto w twarz, jak za­wsze, kiedy miała skła­mać; wresz­cie z ciemną wy­dłu­żoną głową Steve’a i jego bez­czel­nym uśmie­chem. Wspo­mnie­nia ci­snęły się te­raz tak na­tręt­nie, że Guy miał ochotę wy­cią­gnąć rękę, żeby je ode­pchnąć. Ten po­kój w Chi­cago, gdzie ro­ze­grała się de­cy­du­jąca scena... Czuł jego za­pach, per­fumy Mi­riam, cie­pło pro­mie­niu­jące od ma­lo­wa­nych ka­lo­ry­fe­rów. Po raz pierw­szy od paru lat stał bier­nie wpa­trzony w wi­zję jej twa­rzy, nie pró­bu­jąc jej od­da­lić, by znów stała się nie­wy­raźną ró­żową plamą. Co bę­dzie, je­śli podda się tej fali wspo­mnień? Czy to go zmo­bi­li­zuje przed spo­tka­niem z Mi­riam, czy też osłabi jego opór?

– Se­rio py­tam, co się wła­ści­wie stało. – Głos Bruna do­cho­dził jakby z bar­dzo da­leka. – Chyba może mi pan po­wie­dzieć? Mnie to na­prawdę in­te­re­suje.

Co się stało? Zja­wił się Steve. Się­ga­jąc po szklankę, Guy znów wró­cił wspo­mnie­niami do tam­tego po­po­łu­dnia w Chi­cago. Ob­raz w ra­mie otwar­tych drzwi po­dobny do czarno-bia­łej fo­to­gra­fii. To po­po­łu­dnie, kiedy ich za­sko­czył, w miesz­ka­niu, nie­po­dobne do in­nych po­po­łu­dni, miało swój wła­sny ko­lo­ryt, smak, dźwięk, cały swój wła­sny świat, niby ja­kieś prze­ra­ża­jące dziełko sztuki. Jak hi­sto­ryczna data nie­zmien­nie tkwiło w nur­cie czasu. A może, prze­ciw­nie, po­su­wało się z nim ra­zem, tak że Guy ni­gdy nie mógł się od niego uwol­nić? W tej chwili prze­cież stoi mu przed oczyma, nie mniej wy­raźne niż ota­cza­jąca go rze­czy­wi­stość. Co gor­sza, kusi go, żeby opo­wie­dzieć wszystko Bru­nowi, nie­zna­jo­memu z po­ciągu, czło­wie­kowi, który go­tów jest wy­słu­chać tej hi­sto­rii ze współ­czu­ciem i ju­tro o niej za­po­mnieć. Nie jest to jed­nak zwy­kły nie­zna­jomy z po­ciągu. To młody czło­wiek do­sta­tecz­nie okrutny i ze­psuty, żeby zro­zu­mieć hi­sto­rię jego pierw­szej mi­ło­ści. Steve był tylko przy­pad­kowo od­kry­tym wy­ja­śnie­niem wielu wcze­śniej­szych po­dej­rza­nych zda­rzeń, wcale nie pierw­szym part­ne­rem, z któ­rym Mi­riam go zdra­dziła. Ale po raz pierw­szy tego po­po­łu­dnia duma dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niego męża zo­stała tak jaw­nie zra­niona. Ty­siące razy sa­mot­nie prze­ży­wał w pa­mięci tę ty­pową hi­sto­rię wia­ro­łom­stwa, tak głu­pią, a mimo to dra­ma­tyczną; tro­chę też śmieszną przez to, że tak głu­pią.

– Za wiele spo­dzie­wa­łem się po niej, bez żad­nego wła­ści­wie uza­sad­nie­nia – po­wie­dział, si­ląc się na lekki ton. – Lu­biła być ad­o­ro­wana. My­ślę, że bę­dzie do końca ży­cia flir­to­wała, nie­za­leż­nie od tego, kto zo­sta­nie jej part­ne­rem.

– Znam ten typ wiecz­nej pen­sjo­narki! – Bruno mach­nął ręką. – Nie umie na­wet uda­wać, że na­leży do jed­nego męż­czy­zny.

Guy spoj­rzał na niego. Tym ra­zem Bruno się my­lił, Mi­riam przez pe­wien czas na­le­żała.

W tej chwili zre­zy­gno­wał ze zwie­rze­nia się Bru­nowi z ca­łej swo­jej hi­sto­rii, za­wsty­dzony, że już tak dużo mu po­wie­dział. Bruno zresztą już nie na­le­gał, jakby prze­stał in­te­re­so­wać się tą sprawą. Zgar­biony nad ta­le­rzem, za­pałką ry­so­wał w gę­stym so­sie ja­kieś esy-flo­resy. Z pro­filu jego usta, z opusz­czo­nymi w dół ką­ci­kami, za­pad­nięte po­mię­dzy no­sem a brodą, wy­glą­dały jak usta starca. Zda­wało się, że wy­ra­żają po­gardę dla wszyst­kich ludz­kich hi­sto­rii, nie­war­tych uwagi.

– Ta­kie ko­biety przy­cią­gają męż­czyzn jak śmiet­nik mu­chy – wy­beł­ko­tał.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki