Carol - Patricia Highsmith - ebook + książka

Carol ebook

Highsmith Patricia

0,0
44,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Nowy Jork, 1948 rok. W wirze bożonarodzeniowych zakupów dziewiętnastoletnia Therese, pracująca dorywczo sprzedawczyni z aspiracjami scenograficznymi, spotyka elegancką i dojrzałą Carol Aird. To przypadkowe spotkanie w domu towarowym Frankenberga staje się początkiem intensywnej fascynacji, która uwalnia w Therese głęboko skrywany niepokój i potrzebę ucieczki od własnego życia.

To, co zaczyna się jako beztroska wyprawa samochodowa przez Amerykę, szybko zmienia się w walkę o tożsamość i macierzyństwo. Historia Carol i Therese to emocjonalna podróż ku niezależności, opowiadająca o cenie, jaką trzeba zapłacić za autentyczność w obliczu skandalu i odrzucenia społecznego.

"Carol" (pierwotnie wydana pod tytułem "The Price of Salt" i pseudonimem Claire Morgan) to intymna i nastrojowa opowieść psychologiczna. Highsmith zaoferowała czytelnikom dzieło, które wstrząsnęło ówczesną literaturą. Było pierwszą amerykańska powieścią o związku lesbijskim, która nie skazywała bohaterek na samobójstwo ani powrót do mężczyzn, ale kończyła się optymistycznie. Jej wydanie w latach 50. w nakładzie blisko miliona egzemplarzy stało się kulturowym wydarzeniem. Autorka ośmieliła czytelniczki, które pisały: „Dziękuję za opisanie takiej historii. Jest trochę podobna do mojej…”.

Odkryj przełomową klasykę, na podstawie której powstał słynny film z Cate Blanchett i Rooney Marą, nominowany do Oscara i nagród BAFTA.

Czy miłość jest warta, by ryzykować utratę wszystkiego?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 419

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału:Carol or The Price of Salt

First published in the United States in 1952 under the title The Price of Salt

Revised edition with an afterword by the author Copyright © 1984 by Claire Morgan

Copyright © 1993 by Diogenes Verlag AG, Zurich All rights reserved

For the Polish translation Copyright © 2026, Noir sur Blanc, Warszawa

For the Polish edition Copyright © by Oficyna Literacka Noir sur Blanc sp. z o.o. w Warszawie

Wydanie II

ISBN 978-83-8403-065-3

Opracowanie redakcyjneBarbara Kaczarowska

KorektaBeata Wyrzykowska, Janina Zgrzembska, Anna Burger

Projekt okładkiTomasz Lec

Zamówienia prosimy kierować: – telefonicznie: 800 42 10 40 (linia bezpłatna) – e-mailem: [email protected] księgarnia internetowa: www.noir.pl

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., 2026 ul. Frascati 18, 00‐483 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Zgodnie z art. 4 Dyrektywy 2019/790/UE oraz odpowiednimi przepisami krajowymi, niniejszym zastrzegamy prawo do wyłączenia z eksploatacji tekstów i danych (TDM) dla celów innych niż badawcze, w odniesieniu do materiałów znajdujących się w tej publikacji niezależnie od formy jej udostępnienia. Wykorzystywanie tych materiałów w ramach działań TDM jest niedozwolone.

Dla Edny, Jordy’ego i Jeffa

I

1

Był szczyt przerwy na lunch w stołówce pracowniczej u Frankenberga.

Przy żadnym z długich stołów nie zostało ani jedno miejsce, a coraz więcej ludzi przychodziło i czekało za drewnianymi barierkami przy kasie. Ludzie, którzy zdążyli już wziąć tacę z jedzeniem, kręcili się między stołami, szukając miejsca, w które mogliby się wcisnąć, albo czyhali na okazję, że ktoś wstanie i wyjdzie, ale na to nie było szans. Hałas tworzony przez talerze, krzesła, głosy, szuranie stóp i hurgot bramek obrotowych w pomieszczeniu o nagich ścianach przypominał łoskot jakiejś wielkiej maszyny.

Therese jadła nerwowo i wpatrywała się w broszurę Witaj u Frankenberga, opartą o cukiernicę. Treść grubej publikacji poznawała przez cały miniony tydzień, od pierwszego dnia szkolenia, ale nie miała nic innego do czytania, poza tym czuła, że w stołówce powinna się na czymś skupić. Dlatego ponownie czytała o urlopach, trzech tygodniach przyznawanych ludziom, którzy przepracowali u Frankenberga piętnaście lat, i jadła danie przygotowane na ten dzień – szarawy plaster pieczeni wołowej, stosik tłuczonych ziemniaków polanych brązowym sosem pieczeniowym, łyżka zielonego groszku i malutki papierowy pojemniczek z chrzanem. Usiłowała wyobrazić sobie, jak będzie po przepracowaniu piętnastu lat w domu towarowym, ale to przekraczało jej możliwości. W broszurze napisano, że „dwudziestopięciolatkowie” dostają cztery tygodnie urlopu. Frankenberg miał także własny ośrodek wczasowy na letnie i zimowe wakacje. Pomyślała, że powinni mieć też kościół i szpital położniczy. Pod względem organizacji dom towarowy tak bardzo przypominał więzienie, że od czasu do czasu trochę ją przerażał, gdy pomyślała, że stała się jego częścią.

Szybko przewracała strony i zobaczyła wielki czarny napis biegnący przez rozkładówkę: „Czy nadajesz się do Frankenberga?”.

Spojrzała na okna po przeciwnej stronie pomieszczenia i próbowała myśleć o czymś innym. O pięknym czarno-czerwonym norweskim swetrze, który widziała u Saksa. Niewykluczone, że kupi go dla Richarda pod choinkę, chyba że znajdzie portfel ładniejszy od tych kosztujących około dwudziestu dolarów, jakie oglądała. O możliwości wyjazdu z Kellymi do West Point w następną sobotę, żeby zobaczyć mecz hokeja. Ogromne kwadratowe okno w stołówce przypominało obraz... Jak się nazywał autor? Mondrian. Niewielki kwadratowy fragment w rogu okna ukazywał białe niebo. I żadnego ptaka, który wlatywałby lub wylatywał. Jaka obsada byłaby potrzebna do sztuki granej w domu towarowym? Wróciła do rzeczywistości.

Ale z tobą jest zupełnie inaczej, Terry, powiedział Richard. Jesteś absolutnie pewna, że za kilka tygodni cię tu nie będzie, a innym tego przekonania brakuje. Powiedział też, że następnego lata mogłaby wyjechać do Francji. Mogłaby. Richard chciał, żeby z nim pojechała, i naprawdę nic nie stało temu na przeszkodzie. Poza tym przyjaciel Richarda, Phil McElroy, napisał, że w następnym miesiącu może uda mu się załatwić jej pracę w jakimś zespole teatralnym. Choć Therese nie poznała jeszcze Phila, nie bardzo wierzyła, że mogłoby mu się to udać. Przeczesywała Nowy Jork od września, a potem jeszcze kilkakrotnie od nowa i niczego nie znalazła. Kto zatrudniłby w połowie sezonu początkującą scenografkę, która tak naprawdę dopiero zaczynała się uczyć zawodu? A to, że pojedzie z Richardem do Europy w następne lato i będzie przesiadywała z nim w ulicznych kafejkach, spacerowała po Arles, odszukiwała miejsca, które malował van Gogh, i że będą wybierali miasta, w których się zatrzymają na jakiś czas i zajmą malowaniem – też nie wydawało się czymś realnym. Na pewno było mniej realne od ostatnich kilku dni, od kiedy pracowała w domu towarowym.

Wiedziała, co ją drażniło w sklepie. O tym jednak nawet nie próbowała opowiadać Richardowi. Praca w sklepie wzmacniała odczucia, które ją gnębiły, od kiedy pamiętała. Chodziło o bezsensowne działania, nieistotne obowiązki, które zdawały się uniemożliwiać jej robienie tego, co chciała robić, co mogłaby robić. Skomplikowane procedury postępowania z bogaczami, obsługą szatni i kartami pracy uniemożliwiały ludziom zatrudnionym w domu towarowym osiągnięcie wydajności, na jaką rzeczywiście było ich stać. Miała poczucie, że wszyscy izolują się od pozostałych, żyją w zupełnie nieprzystawalnych światach i przez to wszelkie znaczenia, wiadomości, miłość czy cokolwiek innego, co składało się na poszczególne istnienia, nie mogło znaleźć formy wyrazu. Przypominało jej to rozmowy przy stole, na kanapach, z ludźmi, których słowa zdawały się unosić nad martwymi, pozostającymi w bezruchu rzeczami, z ludźmi, którzy nigdy nie trącili struny wydającej dźwięk. A jeśli ktoś próbował szarpnąć żywą strunę, zawsze patrzył na nią z miną maskującą i rzucał uwagi tak doskonałe w swej banalności, że nikt nawet nie mógłby dopatrywać się w tym ukrytego znaczenia. I ta samotność potęgowana faktem, że człowiek dzień po dniu oglądał w sklepie te same twarze, do których mógłby się odezwać, ale nigdy tego nie robił, bo nigdy się na to nie zdobył. Nie tak, jak w przypadku twarzy w przejeżdżającym autobusie, która zdaje się mówić, że widzi się ją raz, po czym przepada na zawsze.

Każdego ranka, stojąc w kolejce do zegara, żeby odbić kartę, i oddzielając wzrokiem stałych pracowników od dorywczych, Therese zastanawiała się, jakim cudem tu wylądowała – odpowiedziała na ogłoszenie, oczywiście, ale to nie wyjaśniało przeznaczenia – i co czeka ją potem zamiast tworzenia scenografii. Jej życie było serią zygzaków. Niepokój przepełniał dziewiętnastolatkę.

– Therese, musisz się nauczyć ufać ludziom. Pamiętaj o tym – powtarzała jej często siostra Alicia. I często, naprawdę często, Therese próbowała wcielać to w życie.

– Siostra Alicia – wyszeptała Therese w skupieniu. Syczące spółgłoski brzmiały kojąco.

Ponownie usiadła prosto i wzięła w rękę widelec, bo chłopak, który sprzątał w stołówce, przemieszczał się w jej kierunku.

Oczami wyobraźni widziała twarz siostry Alicii, kościstą i zarumienioną niczym różowy kamyk, na który padły promienie słońca, i nakrochmalony niebieski materiał wybrzuszający się na jej piersiach. Wielka, chuda postać siostry Alicii wyłaniającej się zza rogu w holu, pomiędzy białymi lakierowanymi stołami w refektarzu. Siostra Alicia w tysiącach miejsc i jej niewielkie błękitne oczy wyłuskujące ją spośród innych dziewcząt, postrzegające ją inaczej – Therese o tym wiedziała – niż pozostałe dziewczynki, choć różowa kreska ust Alicii zawsze tworzyła tę samą linię prostą. Widziała siostrę Alicię wręczającą jej zrobione na drutach zielone rękawiczki, owinięte w bibułkę – prezent na ósme urodziny – bez uśmiechu, prawie bez słowa. Siostra Alicia mówiąca z tą samą kamienną twarzą, że Therese musi zdać arytmetykę. Kogo innego obchodziłoby, czy zdała egzamin z arytmetyki? Therese trzymała te zielone rękawiczki na dnie niewielkiej szafki w szkolnej szatni przez całe lata od czasu, gdy siostra Alicia wyjechała do Kalifornii. Biała bibułka poprzecierała się i przestała szeleścić, niczym starożytna tkanina, mimo to Therese ani razu nie założyła tych rękawiczek. W końcu stały się za małe, żeby mogła je nosić.

Ktoś przesunął cukiernicę. Oparta o nią broszura upadła płasko na blat.

Therese spojrzała na parę rąk znajdującą się naprzeciwko niej. To były pulchne kobiece dłonie, mieszające kawę, łamiące bułkę z niecierpliwością i zapałem, maczające zachłannie połowę bułki w brązowym sosie na talerzu, identycznym jak talerz Therese. Ręce były spierzchnięte, brud tkwił w zmarszczkach na kostkach, na prawej dłoni rzucał się w oczy filigranowy srebrny pierścionek z przezroczystym zielonym kamieniem, na lewej zaś złota ślubna obrączka. Z boku paznokci widniały resztki czerwonego lakieru. Therese patrzyła na rękę unoszącą widelec z groszkiem i nie musiała widzieć twarzy, żeby wiedzieć, jak kobieta wygląda. Na pewno wyglądała jak twarze wszystkich pięćdziesięcioletnich kobiet pracujących u Frankenberga, naznaczonych wiecznym zmęczeniem i strachem, z oczami zniekształconymi przez szkła okularów, które je powiększały lub pomniejszały, z policzkami upaćkanymi różem, który nie rozjaśniał wszechobecnej pod nim szarości. Therese nie musiała patrzeć.

– Jesteś tu nowa, prawda? – Głos brzmiał wysoko i czysto w ogólnym hałasie, wydawał się niemal słodki.

– Tak – powiedziała Therese i podniosła wzrok. Poznała tę twarz. Spotkała tę kobietę, schodzącą z mozołem z półpiętra po marmurowych schodach około wpół do siódmej któregoś wieczoru, kiedy sklep był już pusty, opierającą dłoń na marmurowej balustradzie, żeby odciążyć trochę stopy z haluksami. Therese pomyślała wtedy: ona nie jest chora, nie jest żebraczką, ona po prostu tu pracuje.

– Dajesz sobie jakoś radę?

I oto ta kobieta uśmiechała się teraz do niej, z tą samą okropną siatką zmarszczek pod oczami i wokół ust. Co prawda, jej oczy ożywiły się i wyrażały rodzaj serdeczności.

– Dajesz sobie jakoś radę? – powtórzyła kobieta, bo wokół rozlegały się donośne głosy i szczękały talerze.

Therese zwilżyła usta.

– Tak, dziękuję.

– Podoba ci się tutaj?

Therese skinęła głową.

– Skończyła pani? – Młody mężczyzna w białym fartuchu chwycił talerz kobiety zdecydowanym ruchem.

Kobieta trwożliwie wykonała ręką gest rezygnacji. Przysunęła do siebie talerzyk z pokrojonymi brzoskwiniami z puszki. Brzoskwinie, niczym oślizgłe małe cząstki pomarańczy, zsuwały się z łyżeczki, za każdym razem, gdy kobieta ją unosiła, i zostawał tylko jeden kawałek, który zjadała.

– Pracuję na trzecim piętrze w dziale swetrów. To na wypadek, gdybyś chciała o to zapytać – odezwała się kobieta z nerwową niepewnością, jakby usiłowała przekazać jej wiadomość, zanim zostaną rozdzielone lub odcięte od siebie. – Przyjdź tam czasem, pogadamy sobie. Nazywam się Robichek, Ruby Robichek, pięćset czterdzieści cztery.

– Bardzo dziękuję – powiedziała Therese.

I nagle brzydota tej kobiety zniknęła, bo zaczerwienione piwne oczy za szkłami okularów stały się łagodne i wyrażały zainteresowanie jej osobą. Therese czuła, że bije jej serce, jakby właśnie ożyło. Patrzyła, jak kobieta wstaje od stołu, obserwowała jej niską, krępą postać, która oddalała się, a potem zniknęła w tłumie ludzi czekających za barierkami.

Therese nie odwiedziła pani Robichek, ale szukała jej wzrokiem każdego ranka, kiedy pracownicy wlewali się do budynku mniej więcej za piętnaście dziewiąta, szukała jej też w windach i w stołówce. Nigdy więcej jej nie zobaczyła, ale sprawiało jej przyjemność, że jest ktoś, kogo mogła wypatrywać w domu towarowym. Zmieniało to cały świat.

Niemal każdego ranka, kiedy przychodziła do pracy na siódme piętro, Therese zatrzymywała się na chwilę, żeby popatrzeć na kolejkę zabawkę. Kolejka zajmowała cały stół niedaleko wind. Nie była tak duża i wspaniała, jak pociąg, który jeździł po posadzce na tyłach działu zabawek, ale w maleńkich pracujących tłokach tkwiła furia, jakiej brakowało większym kolejkom. Jej zaciekłość i frustracja na zamkniętym owalnym torze urzekały Therese.

Awrrr rr rrr! – terkotała, wtaczając się na oślep do tunelu z papier-mâché. I urrr rr rrr! – gdy z niego wyjeżdżała.

Maleńki pociąg zawsze jechał, kiedy rankami wysiadała z windy i gdy wieczorem kończyła pracę. Miała wrażenie, że zabawka przeklina dłoń, która włączała ją każdego dnia. W zadarciu nosa parowozu, wchodzącego w zakręty, w szaleńczym pędzie po prostej linii torów, widziała gorączkowe i daremne poszukiwanie tyranizującego ją władcy. Parowóz ciągnął trzy wagoniki pasażerskie z maleńkimi ludzikami, których nieruchome profile były widoczne w oknach, a za nimi otwarty wagon towarowy z miniaturowymi kłodami drewna, dalej wagon towarowy ze sztucznym węglem i wagon mieszkalny dla załogi, który telepał się na zakrętach za resztą pociągu, jak dziecko trzymające się matczynej spódnicy. Przypominało to rodzaj obłędu w uwięzieniu, coś już martwego, co nigdy się nie wyczerpie, jak maleńkie, zwinne lisy w zoo w Central Parku, których skomplikowane kroki powtarzały się i powtarzały, gdy zwierzęta krążyły po klatkach.

Tego ranka Therese szybko odwróciła się od kolejki i poszła w kierunku działu z lalkami, gdzie pracowała.

Pięć po dziewiątej wielki, przypominający sześcian dział zabawek ożywał. Zielone pokrowce ściągano z długich stołów. Mechaniczne zabawki zaczynały rzucać piłki w powietrze i łapać je, z galerii strzelniczych słychać było trzaski, ich cele ciągle się zmieniały. Ze stołu ze zwierzętami domowymi rozlegały się gdakania, gęgania i porykiwania. Za plecami Therese zaczęło się wymęczone tam-ta-ram, bębnienie gigantycznych cynowych żołnierzy, którzy stali w wojowniczych pozach przodem do wind i grali na bębnach przez cały dzień. Stół z wyrobami rzemieślniczymi i artystycznymi wydzielał zapach świeżej modeliny, będący przypomnieniem zajęć plastycznych w szkole, kiedy była małą dziewczynką, a także piwnicy na szkolnym terenie, o której mówiono, że ktoś był tam pochowany, gdzie wtykała nos przez żelazną kratę.

Pani Hendrickson, kierowniczka działu lalek, ściągała lalki z półek magazynu i sadzała je z rozstawionymi nogami na szklanym kontuarze.

Therese przywitała się z panią Martucci, która stała przy ladzie i przeliczała wyjęte z torebki banknoty i monety w takim skupieniu, że w odpowiedzi stać ją było jedynie na głębsze skinienie rytmicznie kiwającą się głową. Therese przeliczyła dwadzieścia osiem dolarów i pięćdziesiąt centów, które miała w swojej torebce na pieniądze, zapisała tę sumę na białej kopercie na paragony i rozłożyła pieniądze według nominałów w szufladce kasy.

Do tego czasu zdążyli się już pojawić pierwsi klienci, którzy wysiadali z wind i niezdecydowani przystawali na moment. Zdezorientowani, mieli na twarzach rodzaj przestrachu, który zawsze pojawiał się u ludzi przychodzących do działu zabawek, ale zaraz potem ruszali swoją drogą.

– Czy macie państwo lalki, które siusiają? – zapytała jakaś kobieta.

– Podoba mi się ta lalka, ale wolałabym ją w żółtej sukience – powiedziała inna kobieta, popychając w jej stronę lalkę, a Therese odwróciła się i zdjęła z półki tę, o którą została poproszona.

Kobieta miała usta i policzki zupełnie jak jej matka, zauważyła Therese, policzki z płytkimi bliznami po ospie przykrytymi ciemnym różem, a usta z cienkimi czerwonymi wargami, które były poznaczone prostopadłymi kreskami zmarszczek.

– Czy wszystkie pijące-siusiające lalki są tej wielkości?

Nie musiała uciekać się do sztuczek sprzedażowych. Ludzie kupowali lalki, jakiekolwiek, jako prezent pod choinkę. Wszystko ograniczało się do pochylania, wyciągania pudełek z lalkami o oczach brązowych zamiast niebieskich, wołania pani Hendrickson, żeby otworzyła gablotę swoim kluczem, co robiła niechętnie, gdy nie była pewna, że takiej lalki nie ma w magazynie, i do przemieszczania się wzdłuż lady, żeby postawić kupioną lalkę na kontuarze, gdzie pakowano prezenty, na którym ciągle powiększał się stos pudełek, spadających bez przerwy, niezależnie od tego, jak często przychodzili chłopcy z magazynu i je zabierali. Do lady nie podchodziło prawie żadne dziecko. Święty Mikołaj miał przynieść lalki, święty Mikołaj reprezentowany przez rozgorączkowane twarze i dłonie jak kleszcze. Ale przecież one wszystkie muszą mieć dobrą wolę, pomyślała Therese, nawet kobiety o zimnych twarzach pokrytych pudrem, w futrach z norek i soboli, kobiety, które były na ogół najbardziej aroganckie i kupowały najdroższe i największe lalki z prawdziwymi włosami i ubrankami na zmianę. I na pewno była miłość w biednych ludziach, którzy czekali na swoją kolej i cicho pytali o ceny, a potem kręcili z żalem głowami i odchodzili. Trzynaście dolarów i pięćdziesiąt centów za lalkę wysokości zaledwie dwudziestu pięciu centymetrów.

– Weźcie ją – chciała im powiedzieć Therese. – Jest droga, ale ja wam ją daję. U Frankenberga nawet tego nie zauważą.

Ale kobiety w tanich płaszczach i pokorni mężczyźni okutani w złachmanione szaliki odchodzili i tylko spoglądali tęsknie na inne lady, gdy wracali do windy. Jeśli ktoś przyszedł po lalkę, nie chciał niczego innego. Lalka to specjalny prezent na gwiazdkę, niemal żywy, plasujący się zaraz po dziecku.

Prawie nigdy nie widziało się tu dzieci, ale od czasu do czasu pojawiało się jakieś, najczęściej mała dziewczynka, bardzo rzadko chłopczyk, kurczowo trzymający się ręki rodzica. Therese pokazywała dziewczynce lalkę, która jej zdaniem powinna się podobać. Okazywała mnóstwo cierpliwości i wreszcie jakaś lalka wywoływała zmianę na twarzy dziewczynki, reakcję na iluzję będącą celem tego wszystkiego, i zazwyczaj z tą właśnie lalką dziecko odchodziło.

Któregoś wieczoru po pracy Therese zobaczyła panią Robichek w kawiarni po drugiej stronie ulicy. Therese często tam zachodziła, żeby wypić kawę w drodze do domu. Pani Robichek siedziała na tyłach kawiarni, przy końcu długiego, zakrzywionego kontuaru i moczyła pączek w kubku z kawą.

Therese przecisnęła się w jej kierunku pomiędzy dziewczynami, kubkami z kawą i pączkami. Kiedy dotarła do łokcia pani Robichek, wysapała:

– Dobry wieczór. – I obróciła się do kontuaru, jakby kawa była jej jedynym celem.

– Dobry wieczór – powiedziała pani Robichek tak obojętnym tonem, że Therese poczuła się zdruzgotana.

Nie ośmieliła się spojrzeć ponownie na panią Robichek. A przecież ich ramiona prawie się stykały! Therese wypiła połowę kawy, kiedy pani Robichek odezwała się smutnym głosem:

– Idę potem do metra. Ciekawe, czy uda nam się stąd wydostać. – Zabrzmiało to ponuro, zupełnie inaczej niż głos, który Therese słyszała tamtego dnia w stołówce. Teraz mówiła do niej zgarbiona stara kobieta, którą Therese widziała wlokącą się po schodach.

– Jakoś się wydostaniemy – odpowiedziała, chcąc dodać jej otuchy.

Therese utorowała im obu drogę do drzwi. Ona również jechała metrem. Therese i pani Robichek znalazły się na skraju niemrawego tłumu przy wejściu na stację i zostały stopniowo i w sposób nieunikniony pociągnięte w dół schodami, niczym drobne śmieci spływające do studzienki kanalizacyjnej. Ku ich wzajemnemu zaskoczeniu okazało się, że obie wysiadają na Lexington Avenue, choć pani Robichek mieszkała przy Pięćdziesiątej Piątej ulicy, trochę na wschód od Trzeciej Alei. Therese weszła z panią Robichek do delikatesów, gdzie kobieta miała zamiar kupić coś na obiad. Therese również mogłaby kupić sobie coś na obiad, ale nie wiedzieć czemu, nie potrafiła się na to zdobyć w obecności pani Robichek.

– Masz w domu coś do jedzenia?

– Nie, ale później kupię.

– A może przyjdziesz do mnie i zjemy razem? Jestem samotna. No, chodź. – Pani Robichek wzruszyła ramionami, jakby ten gest wymagał mniej wysiłku od uśmiechu.

Tylko na chwilę Therese ogarnęła odruchowa chęć, żeby grzecznie odmówić.

– Dziękuję. Bardzo chętnie.

W tej samej chwili spostrzegła na ladzie ciasto opakowane w celofan, keks niczym wielka brązowa cegła udekorowana na górze czerwonymi wisienkami. Kupiła je, żeby dać pani Robichek.

Dom przypominał ten, w którym mieszkała Therese, tyle że miał brązową fasadę, wyglądał na znacznie ciemniejszy i bardziej ponury. Panował w nim mrok, a kiedy pani Robichek zapaliła światło w korytarzu na trzecim piętrze, Therese przekonała się, że kamienica nie grzeszy czystością. Mieszkanie pani Robichek także nie należało do najczyściejszych, łóżko było niezasłane. Therese zastanawiała się, czy kobieta wstaje z łóżka tak samo zmęczona jak wtedy, kiedy się do niego kładzie. Pani Robichek zostawiła Therese pośrodku pokoju, a sama powlokła się noga za nogą z torbą pełną zakupów, którą wzięła z rąk Therese, do maleńkiej kuchni. Therese miała wrażenie, że teraz, w domu, pani Robichek wygląda na tak zmęczoną, jak w rzeczywistości była.

Therese nigdy nie umiała sobie przypomnieć, jak to się zaczęło. Nie pamiętała rozmowy, jaka się odbyła tuż przed, ale oczywiście ta rozmowa nie miała żadnego znaczenia. A stało się tak, że pani Robichek odsunęła się od niej, dziwnie, jakby w transie, nagle zaczęła mamrotać, zamiast mówić, i położyła się na plecach na nieposłanym łóżku. To z powodu tego mamrotania, nikłego przepraszającego uśmiechu i okropnej, szokującej brzydoty niskiego, krępego ciała z wystającym brzuchem, skruszonego kiwania głową i wpatrywania się w nią z sympatią, Therese nie chciała tego słuchać.

– Miałam kiedyś własny sklep z sukienkami w Queens. Och, ładny i duży – powiedziała pani Robichek, a Therese usłyszała w jej głosie nutę dumy i zaczęła słuchać wbrew sobie, choć tego nienawidziła. – Wiesz, sukienki z wciętą talią i rzędami małych guziczków. To było trzy, pięć lat temu... – Pani Robichek wymownym gestem oplotła się w pasie sztywnymi rękami. Niewielkie dłonie nie zdołały objąć przedniej połowy jej talii. W słabym świetle lampy, z  niemal czarnymi cieniami pod oczami, wyglądała bardzo staro. – Nazywali je sukienkami Cateriny. Pamiętasz? Ja je zaprojektowałam. Pochodziły z mojego sklepu w Queens. Były sławne, i to jak!

Wstała i podeszła do niewielkiej komody stojącej przy ścianie. Otworzyła ją, przy czym cały czas mówiła, i zaczęła wyciągać z niej sukienki z ciemnego materiału wyglądającego na ciężki, a potem rzucała je na podłogę. Pani Robichek zatrzymała w rękach ciemnoczerwoną sukienkę z aksamitu, z białym kołnierzykiem i małymi białymi guziczkami układającymi się w kształt V z przodu wąskiego stanika.

– Widzisz, mam ich całe mnóstwo. Uszyłam je. Inne sklepy mnie kopiowały. – Brzydka głowa pani Robichek sterczała groteskowo nad białym kołnierzykiem sukienki, który podtrzymywała brodą. – Podoba ci się? Dam ci jedną. Podejdź. Chodź i przymierz.

Sama myśl o przymierzeniu którejś z tych sukienek była dla Therese odpychająca. Wolałaby, żeby pani Robichek ponownie się położyła i odpoczywała w łóżku, ale wstała posłusznie, jakby pozbawiona własnej woli, i podeszła do niej.

Pani Robichek drżącymi i natarczywymi dłońmi przyłożyła czarną aksamitną sukienkę do Therese, a ona nagle domyśliła się, jak starsza pani przyjmowała klientów w sklepie i zmuszała ich do mierzenia chaotycznie wybieranych swetrów, bo nie potrafiła robić tego w żaden inny sposób. Pani Robichek powiedziała jej wcześniej, że pracuje u Frankenberga od czterech lat, i Therese to zapamiętała.

– Bardziej podoba ci się zielona? Przymierz ją. – Nagle Therese się zawahała, upuściła sukienkę i podniosła inną, ciemnoczerwoną. – Sprzedałam w sklepie takich pięć, a tobie ją dam. To pozostałości, ale nadal mają styl. Wolisz właśnie tę?

Therese najbardziej podobała się czerwona. Lubiła ten kolor, zwłaszcza czerwień przechodzącą w wiśniowy, i uwielbiała czerwony aksamit. Pani Robichek popchnęła ją w stronę rogu pokoju, gdzie mogła zdjąć ubranie i położyć je na fotelu. Ale Therese nie chciała tej sukienki, nie chciała jej za darmo. Bo od razu miała skojarzenia z dostawaniem ubrań w Domu, rzeczy używanych, ponieważ była w praktyce uznawana za jedną z sierot, która nadrobiła zaległości z połowy szkoły i nigdy nie przysyłano jej paczek z zewnątrz. Therese zdjęła sweter i poczuła się kompletnie naga. Objęła się ramionami powyżej łokci, a ciało wydało się jej zimne i pozbawione czucia.

– Szyłam – mówiła do siebie z ekstazą pani Robichek. – Jak ja szyłam! Od rana do nocy! Zatrudniałam cztery dziewczyny. Ale wzrok mi się popsuł. Na jedno oko oślepłam, na to. Włóż sukienkę. – Opowiedziała Therese o operacji oka. Nie było ślepe, tylko niedowidzące. Ale bardzo ją bolało. Jaskra. Nadal czuła w nim ból. Bolały ją też plecy. I stopy. Haluksy.

Therese zdała sobie sprawę, że pani Robichek zwierza się jej ze wszystkich problemów i prześladującego ją pecha po to, żeby Therese mogła zrozumieć, dlaczego ta kobieta musiała zniżyć się do pracy w domu towarowym.

– Pasuje? – zapytała konfidencjonalnie pani Robichek.

Therese spojrzała w lustro w drzwiach szafy. Zobaczyła w nim wysoką, szczupłą postać o podłużnej głowie, której obrys wydawał się jaśnieć, jakby jasnożółte płomienie spływały w dół na jaskrawoczerwone paski materiału na ramionach. Sukienka opadała prostymi, udrapowanymi fałdami niemal do jej kostek. To była suknia, jaką nosiły królowe w bajkach – jej materiał miał kolor głębszy od krwi. Cofnęła się i ściągnęła luźną sukienkę w pasie, żeby lepiej pasowała do jej żeber i talii, i ponownie spojrzała w swoje piwne oczy w lustrze. Sama spotkała się ze sobą. To była ona, nie dziewczyna w nijakiej spódnicy w kratę i beżowym sweterku, nie dziewczyna, która pracowała w dziale z lalkami domu towarowego Frankenberga.

– Podoba ci się? – zapytała pan Robichek.

Therese wpatrywała się w zaskakująco spokojne usta, których kształt wyraźnie widziała, choć nie było na nich więcej szminki, niż zostaje po pocałunku. Miała ochotę ucałować tę osobę w lustrze, powołać ją do życia, ale stała w zupełnym bezruchu, niczym namalowany portret.

– Jeśli ci się podoba, to ją weź – zachęcała ją pani Robichek z pewnym zniecierpliwieniem, patrząc na nią z niewielkiej odległości. Przyglądała się jej oparta o szafę, jak robią to sprzedawczynie, kiedy kobiety przymierzają płaszcze i sukienki przed lustrami w domach towarowych.

Therese wiedziała, że to nie potrwa długo. Poruszy się i czar pryśnie. Nawet jeśli zatrzymałaby sukienkę, czar pryśnie, bo była to kwestia minuty, tej jednej minuty. Nie chciała sukienki. Próbowała wyobrazić ją sobie wiszącą w szafie w jej domu razem z innymi ubraniami i nie potrafiła. Zaczęła odpinać guziki, rozpięła kołnierzyk.

– Podoba ci się, prawda? – zapytała pani Robichek z ufnością.

– Tak – przyznała Therese stanowczym tonem.

Nie dała rady odpiąć haftki z tyłu kołnierzyka. Pani Robichek musiała jej pomóc, a Therese nie mogła się doczekać, aż skończy. Czuła się, jakby ktoś ją dusił. Co tu robiła? Jakim cudem włożyła na siebie taką sukienkę? Nagle pani Robichek i jej mieszkanie zmieniły się w koszmarny sen, którego śnienie właśnie sobie uświadomiła. Pani Robichek była garbatą strażniczką lochów. A ona została tu przyprowadzona, żeby dać się omamić.

– O co chodzi? Ukłułaś się czymś?

Usta Therese rozchyliły się, żeby coś powiedzieć, ale myślami znajdowała się zbyt daleko. Myślami była w odległym miejscu, w odległym odmęcie, który powstał w słabo oświetlonym, strasznym pokoju, gdzie obie zdawały się zwierać w desperackiej walce. Wiedziała też, że w miejscu odmętu, gdzie trafiły jej myśli, panowała rozpacz, która ją przerażała, i nic więcej. Była to rozpacz schorowanego ciała pani Robichek i jej pracy w domu towarowym, jej zbioru sukienek w komodzie, jej brzydoty – beznadziejność, z której składała się końcówka jej życia. I rozpacz samej Therese wynikająca z tego, że nigdy nie będzie osobą, jaką chciałaby być, i nie będzie robiła rzeczy, które ta osoba by robiła. Czy jej życie było jedynie snem i czy to się działo naprawdę? Strach przed tą rozpaczą sprawiał, że pragnęła ściągnąć z siebie tę sukienkę i uciec, zanim będzie za późno, zanim spadną na nią łańcuchy i zostanie w nie zakuta.

Zresztą może już było za późno. Niczym w sennym koszmarze Therese stała w pokoju w białej halce, drżała i nie mogła się ruszyć.

– O co chodzi? Zimno ci? Jest gorąco.

Było gorąco. Kaloryfer syczał. W pokoju pachniało czosnkiem i stęchlizną starości, lekami, i szczególnym metalicznym odorem, który rozchodził się od pani Robichek. Therese chciała opaść na fotel, gdzie odłożyła spódnicę i sweter. Pomyślała, że może kiedy położy się na własnych rzeczach, to wszystko straci znaczenie. Ale w ogóle nie powinna się kłaść. Jeśli by to zrobiła, byłaby zgubiona. Zakuto by ją w łańcuchy i zostałaby sama z garbuską.

Zatrzęsła się gwałtownie. Nagle straciła kontrolę nad sobą. Spowodował to przejmujący chłód, nie tylko strach i zmęczenie.

– Usiądź. – Głos pani Robichek rozległ się z pewnej odległości, szokująco obojętny i znudzony, jakby często patrzyła na dziewczyny bliskie omdlenia w jej pokoju, a jej suche, szorstkie palce, także z pewnej odległości, zacisnęły się na ramionach Therese.

Therese broniła się przed fotelem, wiedząc, że i tak ulegnie, miała nawet wrażenie, że właśnie z tego powodu to ją pociąga. Opadła na fotel. Czuła, jak pani Robichek wyszarpuje spod niej spódnicę, ale nie mogła się ruszyć. Nadal jednak zachowywała świadomość, nadal mogła swobodnie myśleć, choć ciemne poręcze fotela wznosiły się wokół niej.

Pani Robichek mówiła:

– Zbyt długo stoisz w sklepie. Boże Narodzenie to zawsze ciężki okres. Już cztery przepracowałam. Musisz się nauczyć, jak się trochę oszczędzać.

Wlokąca się po schodach, przywarta do balustrady. Oszczędzająca przez jedzenie lunchów w stołówce. Zdejmująca buty ze stóp z haluksami, jak rząd kobiet przysiadłych na kaloryferze w damskiej toalecie, przepychających się, by zdobyć kawałek kaloryfera, położyć na nim gazetę i usiąść na pięć minut.

Umysł Therese pracował bardzo sprawnie. To było zaskakujące, jak jasno myślała, choć wiedziała, że wpatruje się po prostu w przestrzeń przed sobą i że nie mogłaby się poruszyć, gdyby chciała.

– Jesteś zwyczajnie zmęczona, maleńka – powiedziała pani Robichek, opatulając wełnianym kocem jej ramiona w fotelu. – Musisz odpocząć, stałaś przecież dzisiaj cały dzień i cały wieczór.

Therese przyszedł do głowy wers z Eliota, którego egzemplarz miał Richard. „Nie, mnie chodziło w ogóle nie o to; a o coś zupełnie innego”1. Chciała to powiedzieć, ale nie mogła poruszyć wargami. Miała w ustach coś słodkiego i palącego. Pani Robichek stała przed nią, nalała coś z butelki na łyżkę i wepchnęła tę łyżkę między jej zęby. Therese połknęła posłusznie, nie przejmując się w ogóle, czy to na przykład nie trucizna. Teraz mogła już poruszyć wargami, mogła wstać z fotela, ale nie chciała się ruszać. W końcu położyła się w fotelu i pozwoliła, żeby pani Robichek szczelniej okryła ją kocem. Udawała, że zasypia. Cały czas jednak obserwowała postać garbuski krzątającej się po pokoju, zbierającej rzeczy ze stołu, rozbierającej się do spania. Patrzyła, jak pani Robichek zdejmuje wielki koronkowy gorset, a potem jakieś ustrojstwo z paskami, które oplatały jej ramiona i częściowo plecy. Therese zamknęła oczy, a potem przerażona zacisnęła powieki jeszcze mocniej aż do chwili, gdy trzeszczenie sprężyn i długie jękliwe westchnienie powiedziały jej, że pani Robichek położyła się do łóżka. Ale to nie było wszystko. Pani Robichek sięgnęła po budzik, nakręciła go, a potem, nie unosząc głowy znad poduszki, odstawiła go po omacku na krzesło stojące przy łóżku. W ciemności Therese ledwie widziała jej ramię unoszące się i opuszczające cztery razy, zanim budzik trafił na krzesło.

Odczekam piętnaście minut, aż ona zaśnie, a potem pójdę, pomyślała Therese.

Była zmęczona, ale zebrała się w sobie, żeby wytrzymać spazm, nagły atak, przypominający spadanie, który chwytał ją każdej nocy na długo przed zaśnięciem, choć był heroldem snu. Nie nadszedł. Dlatego po odczekaniu, jak się jej wydawało, piętnastu minut Therese ubrała się i cicho podeszła do drzwi. W końcu to było łatwe, wystarczyło otworzyć drzwi i uciec. To łatwe, pomyślała, bo tak naprawdę wcale nie uciekała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 Przekład Stanisława Barańczaka ↩