27 osób interesuje się tą książką

Opis

Myślicie, że czas demonów dobiegł końca?
Nic bardziej mylnego!
Żniwiarze mają ręce pełne roboty, a świat skrywa więcej tajemnic, niż ktokolwiek podejrzewał.

Sięgnij po serię, którą pokochała blogosfera i tysiące czytelników w całym kraju!

O serii Żniwiarz:

Paulina Hendel zabierze was w niesamowitą podróż pełną wonnych ziół, piekącej soli i błyszczących sierpów. Katarzyna Berenika Miszczuk

Jeśli sądzicie, że wiece już wszystko o słowiańskich demonach i zabobonach, Paulina Hendel raz jeszcze sprawi, że zmienicie zdanie. Marta Kisiel

Boicie się ciemności? Wierzycie w przeczucia, znaki i przepowiednie? Ta książka jest dla was! Maja Lidia Kossakowska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 618

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Paulina Hendel, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: NABU Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Jamróz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66381-07-0

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Inie i Hubertowi

Michał był wściekły. O to, że zgodził się tej nocy być kierowcą swojej starszej siostry i jej chłopaka, że nie sprawdził żadnych ostrzeżeń pogodowych i nikt go tak naprawdę nie słuchał.

– No chodź! – zawołała Aśka.

Jej ukochany, Paweł, wzorcowy przykład nadętego buca, ciągnął ją za rękę w stronę przewróconego drzewa. Michał dałby głowę, że gdyby postanowił jednak zaczekać w samochodzie mamy, zaparkowanym na poboczu, zostawiliby go tu samego bez mrugnięcia okiem. W końcu w południe mieli we dwoje jechać na żagle i oczywiście nie było mowy o tym, żeby się spóźnili. No i Paweł jak prawdziwy macho stwierdził, że woli iść niż czekać na ratunek w aucie.

Michał pociągnął za klamkę, upewniając się, że samochód jest zamknięty, i powoli ruszył za siostrą oraz jej tępym facetem. Wspięli się na gruby pień leżący w poprzek drogi. Paweł zeskoczył po drugiej stronie i udając dżentelmena, pomógł Aśce zejść. Żadne z nich nie obejrzało się, aby sprawdzić, jak radzi sobie Michał.

Zza pędzących po nocnym niebie chmur na chwilę wyjrzał księżyc. Osiemnastolatek stanął jak wryty, nie mogąc nawet wykrztusić z siebie ani słowa. To, co zobaczył, przerosło jego wyobrażenia. Myśleli, że tylko ten jeden wielki świerk zagrodził im drogę i gdy po nim przejdą, spokojnie będą mogli dotrzeć pieszo do domu, choć czekał ich spory kawał drogi. Nie mogli bardziej się mylić.

Nawet Paweł i Aśka się zatrzymali; droga przed nimi była zaścielona poprzewracanymi sosnami i brzozami. Po obu ich stronach zaś to, co jeszcze wieczorem było lasem, teraz wyglądało na setki kikutów drzew ukręconych jak zapałki kilka metrów nad ziemią.

– Widzisz? Miną całe godziny, zanim ktoś to uprzątnie – przerwał ciszę Paweł.

– Całe godziny miną, zanim dojdziemy do domu – burknął Michał. – Nie wiem, czy to jest bezpieczne, żeby iść po tych drzewach. A jak coś się na nas przewróci?

– Nie sraj po gaciach, tylko chodź.

Młodszy chłopak wzruszył ramionami i zeskoczył z pnia.

Zachciało im się imprez na odludziu – utyskiwał w myślach.Sam już nie wiedział, dlaczego zgodził się pojechać na tego grilla. Nie lubił ludzi, z którymi mieli się tam spotkać, to nie byli jego znajomi. Ba, to nawet nie byli znajomi Aśki.

Podniósł wzrok na plecy siostry. Kiedy się tak zmieniła? Jako dzieci byli nierozłączni. Razem wspinali się na drzewa, razem grali w gry komputerowe, razem się kłócili i bili o głupoty. Nagle ona wydoroślała i stała się lepem na takich tępaków jak Paweł.

Michał właśnie solennie sobie poprzysiągł, że już nigdy nie będzie jej kierowcą, kiedy Aśka nagle się zatrzymała i o mało na nią nie wpadł.

– Słyszycie to? – szepnęła.

– Wydaje ci się – stwierdził Paweł.

– Ciii – syknęła.

– Nie bój się, przy mnie nic ci nie grozi – zapewnił ją bohatersko, a Michał nie potrafił powstrzymać ironicznego parsknięcia.

– Tam coś jest! – Wskazała trzęsącą się ręką gęste gałęzie przewróconego drzewa.

– Pewnie królik. – Paweł wskoczył na pień i wyciągnął rękę do Aśki.

– Od kiedy to króliki żyją w lesie? – burczał Michał.

– Znowu to słyszałam! – pisnęła Aśka.

– Siostrzyczka tchórzy?

Przeszyła go morderczym spojrzeniem.

– Nie będę przypominać, kto przez ponad dziesięć lat nie schodził do piwnicy, bo bał się mieszkającego tam potwora – powiedziała mściwie.

– Nie moja wina, że opowiadałaś o nim z takim realizmem – mruknął.

Michał jak dziś pamiętał te rozjarzone w ciemności ślepia, o których mówiła mu siostra. Kiedy miał siedem lat, zamknęła go w piwnicy i dostał ataku histerii, a Aśka zarobiła porządny opieprz od mamy. I choć już od dawna wmawiał sobie, że wyleczył się z tego irracjonalnego strachu, wciąż miał gęsią skórkę za każdym razem, kiedy schodził po słoiki.

Coś ponownie zaszeleściło w zaroślach i tym razem usłyszeli to wszyscy.

– Zwierzęta są przerażone po takiej burzy – oświadczył Paweł głosem zoologa specjalisty. – Uciekną przed nami. Zresztą w naszych lasach nie ma niebezpiecznych zwierząt.

– A dziki? – zapytał Michał.

– To wielkie tchórze.

Nastolatek uniósł brwi. Skąd ten pajac czerpał takie informacje? Ale to było to – o czymkolwiek Paweł by nie mówił, wyrażał się z tak absolutną pewnością siebie, że nawet jeśli znało się prawdę, jego kłamstwo było zbyt przekonujące, żeby w nie nie uwierzyć. A Aśka łykała przy nim wszystko jak pelikan żabę.

Przedzieranie się przez drogę zawaloną przewróconymi pniami okazało się dużo bardziej czasochłonne, niż mogli podejrzewać. Michał zastanawiał się, jakim cudem przegapili całą tę wichurę. Kiedy byli na grillu, rozpętała się całkiem potężna burza, ale to wszystko. Skryli się w małym domku i ją przeczekali. Gdyby wiedzieli, w jakim stanie jest okolica, Michał w życiu by się stamtąd nie ruszył. A do domu prowadziła tylko ta jedna droga.

– No i gdzie są strażacy? – zaczął utyskiwać Paweł. – Oczywiście zaspali zamiast zabrać się do sprzątania tych drzew.

– Jest środek nocy – zauważył Michał. – Pewnie pomagają ludziom, których domy ucierpiały podczas wichury, albo pracują na głównych trasach. Jesteśmy na drodze gminnej, ona zawsze jest ostatnia w każdej kolejce.

– Dobra, już się tak nie wymądrzaj.

Mam nadzieję, że nie zostaniesz moim szwagrem.

Po prawej stronie rozległ się hałas. Cała trójka zamarła, nasłuchując.

– Trzeba było zostać w aucie – szepnął Michał.

– Przestań w końcu marudzić! – wybuchnęła Aśka. – Nic innego ostatnio nie robisz! Nic ci nie pasuje! Wszystko jest źle!

Wciąż krzyczała na Michała, ale chłopak przestał jej słuchać. Dudnienie było coraz bliżej. Coś dużego biegło w ich stronę do wtóru łamanych gałęzi.

– Jeżeli to rozjuszony dzik, to chyba powinniśmy zejść mu z drogi – powiedział, przerywając monolog siostry.

Aśka i Paweł zapatrzyli się na ciemny las kikutów. Tym razem nie zaprotestowali i szybkim krokiem ruszyli w stronę najbliższego przewróconego drzewa. To coś przemieszczało się w zastraszającym tempie.

– Szybciej! – krzyknął Michał.

Wyprzedził ich, po czym jednym susem przesadził gruby pień sosny. W życiu nie posądziłby samego siebie o taką sprawność. Błyskawicznie się odwrócił i złapał siostrę, która poślizgnęła się na wilgotnej korze. Sekundę później dołączył do nich Paweł i wszyscy skulili się za drzewem.

Trzask łamanych gałęzi był coraz bliżej. Rozległo się ciężkie sapanie. Michał zaryzykował wychylenie się zza pnia i ujrzał wielki, szary kształt pędzący przez drogę. Z ust Aśki wydobył się cichy pisk. Zwierzę zatrzymało się gwałtownie.

Michał przypadł do siostry i zatkał jej dłonią usta. Serce dudniło mu w klatce piersiowej jak nigdy wcześniej. Miał wrażenie, że słyszy, jak ta bestia przestępuje z nogi na nogę, węsząc. Otoczył ich smród nie do zniesienia. Sekundy ciągnęły się w nieskończoność.

W końcu Paweł podniósł się nieco i zapatrzył na ciemny las.

– Poszedł sobie – szepnął.

Michał powoli odjął rękę od ust siostry, wciąż czując, jak dziewczyna drży.

– Wracajmy do auta – zaproponował jej chłopak.

– Pogrzało cię?! – wybuchnął nastolatek. – Właśnie w tamtym kierunku pobiegło to coś!

– C-co to by-było? – zapytała Aśka łamiącym się głosem.

– Nie wiem i nie chcę się dowiedzieć. – Michał jakimś cudem odnalazł w sobie spokój. – Chodźmy w stronę domu.

Złapał siostrę za rękę i pociągnął za sobą. Po kilku sekundach dołączył do nich Paweł. Najwyraźniej nie miał ochoty ani na chwilę zostawać sam.

Szli powoli, często przystając i nasłuchując. Michał miał wrażenie, że kilka razy rozległ się w oddali chichot, ale nie chciał straszyć pozostałych i postanowił to przemilczeć. Zresztą zmęczony umysł potrafi wymyślać najróżniejsze rzeczy – przekonywał sam siebie.

Nagle gdzieś w pobliżu trzasnęło, rozległ się łomot. Paweł okręcił się wokół własnej osi, wymachując znalezioną przed momentem gałęzią. Michał miał wrażenie, jakby serce podeszło mu do gardła.

– To tylko drzewo – powiedział, a jego głos zabrzmiał nienaturalnie wysoko. Odchrząknął, starając się odzyskać normalny ton. – Było nadłamane, a teraz runęło…

Po huku zapadła martwa cisza.

– Chodźmy już – poprosiła Aśka.

Piasek zachrzęścił pod ich butami, co jakiś czas trzaskała złamana przez nich gałązka, a zniszczony las wokół wydawał się martwy.

Michał miał już serdecznie dość tej nocy. Jego nerwy były na granicy wytrzymałości. A do świtu zostało jeszcze kilka godzin. Po raz setny zadawał sobie pytanie, po cholerę jechał na tego przeklętego grilla.

Nagle coś zawyło rozdzierająco na drodze tuż przed nimi. Cała trójka zamarła.

– To… to tylko zwierzę… – Michał spróbował przekonać siebie i siostrę, która jakby wrosła w ziemię.

– Ono umiera – szepnęła.

Wycie zamieniło się w ciche pojękiwanie.

– Pewnie drzewo je przygniotło.

– Ominiemy je i tyle – postanowił Paweł.

– Nie! – zaprotestowała gwałtownie Aśka. – To pewnie sarna i jeżeli umiera, trzeba ją dobić.

– Zwariowałaś?! Sądząc po odgłosach, zaraz sama zdechnie.

Jej chłopak ruszył po przewróconym pniu w stronę lasu, ale ona nawet nie drgnęła.

– Michał? – Spojrzała na brata.

Przez chwilę walczył sam ze sobą. Z przyjemnością zrobiłby na przekór Pawłowi, jednak wiedział, że ranne zwierzęta potrafią być niebezpieczne.

Aśka podjęła decyzję za wszystkich, ruszając w stronę powoli zamierających jęków.

– Akurat teraz musiała sobie jaja wyhodować – narzekał Paweł, zawracając.

– Nic nie widzę – rzuciła dziewczyna, przedzierając się przez gęste gałęzie przewróconego świerka. – Kto ma dobrą latarkę w telefonie?

Paweł wzruszył ramionami, najwyraźniej nie zamierzając użyczać jej swojej komórki. Gdy coś szło nie po jego myśli, zawsze obrażał się na innych jak pięciolatek.

– Gdzie jesteś? – Michał wszedł między gałęzie, strzelając na boki wątłą wiązką światła.

Prawie wpadł na plecy Aśki.

– Zamilkła. Myślisz, że już nie żyje? – zapytała dziewczyna.

Chciał zaproponować, żeby po prostu ominęli to przeklęte miejsce, kiedy nagle zamiast cichego skomlenia rozległo się mlaskanie i ich uszu doszedł dźwięk dartego materiału. Ze zgrozą poświecił przed siebie. Najpierw ujrzał drobny jasnobrązowy grzbiet sarny, a po chwili wyłoniła się zza niego zakrwawiona, chyba ludzka głowa. Z ust zwisał jej ociekający kawał mięsa, jeszcze pokryty sierścią.

Aśka wrzasnęła wniebogłosy i dopiero to go otrzeźwiło. Cofnął się o krok i zleciał z pnia świerku. Grzmotnął plecami o asfalt pokryty gałęziami, ale nie poczuł bólu. Natychmiast pozbierał się na równe nogi. Złapał siostrę za rękę i wybiegli z gęstwiny wprost na Pawła.

– Co wy, do cho… – zaczął chłopak.

– W nogi! – krzyknął Michał i popędził dalej.

Na wpół biegli, na wpół szli, przedzierając się przez gęste gałęzie; przeskakiwali przez przewrócone pnie byle dalej od tego, co ujrzeli.

– Stójcie! – wysapał wreszcie Paweł, zatrzymując się.

Był umięśniony i silny, ale szybkością nigdy nie dorównywał swojej dziewczynie ani jej bratu.

– Powaliło was? – zapytał, dysząc ciężko. – Dlaczego uciekamy? Co to było?

Aśka nabrała powietrza w płuca, ale nie potrafiła ubrać w słowa tego okropieństwa.

– Zombie – rzucił pewnym głosem Michał.

– Że co?!

– Pożerał tę sarnę i wyglądał jak martwy człowiek. Na pewno zombie. Był cały pokrwawiony…

– Czy ty go słyszysz?! – wybuchnął Paweł. – Co on wygaduje?!

– Ciszej – syknął osiemnastolatek. – Hałasy je przyciągają.

– To nie jest jakiś głupi film! Aśka!

– Ja… on… – zająknęła się dziewczyna. – Młody ma rację. To nie wyglądało jak człowiek.

– Paranoja – sapnął jej chłopak.

– Na szczęście zombiaki są powolne, najgorzej, jak trafimy na hordę. – Michał schylił się po ułamaną grubą gałąź. – Jakby co, celujcie w głowę.

– Dobrze, że gry komputerowe zrobiły z ciebie takiego specjalistę – rzucił ironicznie Paweł.

Tuż za nimi rozległ się szelest.

Michał uniósł bojowo gałąź, Aśka zacisnęła palce na jego ramieniu, a Paweł skoczył, by skryć się za nią. Perspektywa bycia zjedzonym przez zombie najpewniej go przerosła.

Na pniu sosny stanęła ciemna postać i spojrzała na nich z góry.

– Nie dajcie się ugryźć – szepnął Michał. Lodowaty pot lał mu się po plecach.

– Wrzeszczycie tak, że słychać was z kilometra – odezwał się zombie damskim głosem.

W taką upiorną noc usłyszenie kolejnej ludzkiej istoty zdawało się czymś na tyle niezwykłym, że cała trójka nawet nie drgnęła.

– Opuść tę gałąź – zwróciła się do Michała. – A ty, bohaterze – spojrzała na Pawła – możesz już wyjść zza pleców dziewczyny.

Osiłek natychmiast odzyskał dawny rezon. Stanął przed Aśką, wyjął z kieszeni telefon i włączył latarkę, po czym skierował światło na przybysza. Była to młoda, wysoka dziewczyna. Jej ubrania znaczyły plamy krwi. Jasne, długie włosy były rozczochrane. Na jej czole widniał guz, a gładka skóra była brudna, poorana licznymi zadraśnięciami.

– Nie świeć po oczach – warknęła, zeskakując zgrabnie z pnia. W jej dłoni błysnęło ostrze noża.

– Nie zbliżaj się! – Michał odzyskał głos.

Spojrzała na niego zaskoczona.

– Ugryzł cię? – zapytał.

Zamrugała powiekami.

– Musimy to wiedzieć! – Osiemnastolatek wyklinał siebie w duchu, że jego głos zadrżał.

– Co ty wygadujesz?

– Jeżeli zombie cię ugryzł, to jesteś zakażona!

Potrząsnęła głową.

– Jaki zombie?

Michał wskazał gałęzią za siebie.

– Tam był. Zabił sarnę i ją zjadał.

– Jak wyglądał?

– Jak martwy człowiek, cały we krwi…

– Jak daleko stąd?

– Nie wiem. Kilkadziesiąt metrów. – Machnął ręką za siebie.

Dziewczyna zastanowiła się przez chwilę, po czym wsunęła nóż za pasek, zdjęła z ramienia torbę i upuściła ją na ziemię. Przykucnęła obok i zaczęła przetrząsać jej zawartość, wciąż bacznie obserwowana. W końcu uśmiechnęła się do siebie i wyciągnęła składaną wojskową saperkę.

– Był przygotowany na prawie wszystko – powiedziała do siebie, rozkładając ją.

– Kto? – zapytał Michał.

– Pierwszy – odparła, nawet nie patrząc na chłopaka.

Wyprostowała się i zmierzyła wzrokiem trójkę ludzi, jakby chciała ich ocenić. Paweł napiął muskuły.

– Jeżeli podejdzie do was, sypnijcie mu tym w gębę. – Podała Michałowi mały, lekki woreczek. – A potem uciekajcie, bo zioła powstrzymają go tylko na chwilę.

– To ma zadziałać na zombie? – oburzył się chłopak.

– Taaa… Przypilnuj mi tego. – Wcisnęła Aśce swoją torbę.

– A ty gdzie idziesz? – zapytał Paweł, gdy postąpiła kilka kroków we wskazanym kierunku.

– Zabić go – rzuciła i zniknęła w ciemnościach.

¢

Magda po raz ostatni zerknęła na trójkę ludzi. Na pewno stracili ją już z oczu, ale ona przecież miała lepszy wzrok. Stali nieruchomo, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. I dobrze, będą bezpieczniejsi, jeśli nie zbliżą się do upiora. Choć czy tej nocy ktokolwiek był bezpieczny?

Już od długiego czasu ścigała tego przeklętego demona. Zabijanie nawich było jej pracą, jej życiem, a dodatkowo napędzała ją chęć pomszczenia Pierwszego. I starała się nie myśleć o tym, że zaledwie kilka godzin wcześniej ten sam upiór omal jej nie zabił.

Szła powoli i niemal bezszelestnie drogą zasłaną połamanymi drzewami. W życiu nie widziała ani nie słyszała o wichurze na północy kraju, która byłaby tak niszczycielska. Ale przecież to nie było zwyczajne zjawisko atmosferyczne. Nie, tym razem palce w tym maczał Nija, władca pogańskich zaświatów. Przez ułamek sekundy Magda poczuła się bezsilna. Nie pokonali go, gdy towarzyszyli im Pierwszy oraz Mateusz. Jak mieli poradzić sobie z nim teraz?

Potrząsnęła głową, odpędzając od siebie te myśli. To nie był czas na ponure rozważania ani na wahanie.

Według tego, co mówił chłopak, upiór powinien być już gdzieś tutaj. Przystanęła na chwilę, nasłuchując, jednak żaden podejrzany dźwięk nie zmącił ciszy, co było tym bardziej niepokojące. Upiór mógł się czaić za każdym drzewem, w każdej chwili gotów rzucić się do ataku.

Ciekawe, co by się stało, gdyby mnie zabił? – Niespodziewane pytanie przemknęło Magdzie przez głowę. Jeżeli wierzyć słowom Pierwszego, miała w sobie cząstkę demona. Co to znaczyło? Czy znów wróciłaby jako żniwiarz? A może jej dusza utknęłaby gdzieś indziej? Albo zupełnie zmieniłaby się w nawiego? Nie bardzo miała chęć, żeby to sprawdzić.

Cisza dzwoniła jej w uszach, a myśl, że lada moment może usłyszeć rozdzierający wrzask, wcale nie dodawała jej animuszu. Wszystkie zmysły postawiła w stan alarmowy, mięśnie ramion, napięte do granic możliwości, zaczęły lekko drżeć – z emocji lub strachu.

Wtem poczuła zapach krwi. Czyżby upiór rzeczywiście pożerał sarnę? Nie, to niemożliwe, upiory piją tylko ludzką krew. To na pewno człowiek padł jego ofiarą, a tamtym coś się przywidziało. Umysł będący w szoku wymyśla najróżniejsze wymówki, żeby tylko nie dopuścić do siebie okrutnej prawdy.

Zatrzymała się i przymknęła oczy, skupiając się na zmyśle węchu. Czuła ozon po burzy, ziemię, która została wyrwana wraz z korzeniami drzew, żywicę ze świeżo połamanych sosen, a także krew. Metaliczny zapach wypełnił jej nozdrza. Wciągnęła głęboko do płuc przesiąknięte nim powietrze. Jeszcze chyba nigdy nie czuła go tak wyraźnie.

Gwałtownie otworzyła oczy. Już wiedziała, w którym kierunku iść. Wspięła się na pień świerka porośniętego gęstymi gałęziami i delikatnie je rozchyliła. U jej stóp leżało ciało sarny, przygniecione drzewem.

Magda po raz ostatni rozejrzała się uważnie dookoła, zeskoczyła na drogę i przykucnęła przy zwierzęciu. Na asfalcie rozlała się kałuża krwi. Częściowo wywleczone wnętrzności błysnęły w świetle księżyca. Martwe oko wpatrywało się w gwiazdy.

– To niemożliwe – szepnęła dziewczyna. – Upiory nie atakują saren…

A jeżeli nie upiór, to co to w takim razie było?

¢

– Po cholerę czekamy? – niecierpliwił się Paweł. – Bo jakaś obca laska kazała nam stać tu jak kołki?

Michał nie potrafił znaleźć żadnego kontrargumentu. Było w tamtej dziewczynie coś, co nakazywało być jej posłusznym. Jednak dopiero kiedy odeszła, zdali sobie sprawę, że wykonali rozkaz zupełnie obcej osoby, która nie mogła być starsza od Aśki.

– Bo tam jest niebezpiecznie? – odezwał się Michał. – Jeżeli już zombiak ma kogoś pożreć, niech to nie będzie żadne z nas.

Choć ciebie mógłby – dodał w myślach, patrząc na Pawła.

– A jak ona już nie wróci? – zapytała Aśka, ściskając jej torbę.

– W takich chwilach każdy dba o siebie – ocenił jej chłopak, po czym wziął od niej torbę i zajrzał do środka. – Po kiego groma jej to? – Wyciągnął sierp, który zalśnił w poświacie księżyca.

– Może była w drodze na żniwa – rzucił ironicznie Michał.

Paweł zdawał się go nie usłyszeć. Wrzucił sierp i kilka woreczków o mniej lub bardziej cuchnącej zawartości z powrotem do torby, zarzucił ją sobie na ramię i się wyprostował.

– Idziemy do domu – zadecydował. – Okrążymy miejsce, w którym była sarna, i nie będziemy na nikogo czekać.

Tym razem Michał nie protestował. Zeszli z drogi w las, choć po wichurze nie było między nimi prawie żadnej różnicy. Ostrożnie lawirowali między nadłamanymi drzewami, obawiając się, że w każdej chwili mogą zostać przygnieceni. Paweł prowadził, tuż za nim podążała Aśka, a Michał, nie wypuszczając z rąk swojej gałęzi, zamykał pochód.

Wszyscy troje modlili się tylko o to, żeby ta okropna noc wreszcie się skończyła. Chmury zupełnie zniknęły z nieba i księżyc w pełni zalewał las zimnym blaskiem. Każda plama cienia zdawała się skrywać potwora rodem z koszmarów.

Nagle kilka rzeczy stało się równocześnie. Jedno z drzew runęło na ziemię z trzaskiem, Michał bojowo uniósł gałąź, omal nie uderzając nią siostry, a z gardła Pawła wydobył się niezbyt męski wrzask.

Młodszy z chłopaków potrzebował zaledwie sekundy, żeby ochłonąć. Choć śmiertelnie niebezpieczne, to tylko drzewo, a nie horda zombie. Już chciał zacząć naśmiewać się ze swojego być może przyszłego szwagra, że krzyczy jak mała dziewczynka, kiedy zorientował się, że Paweł był zwrócony twarzą w zupełnie innym kierunku i stał, jakby wkopało go w ziemię, wielkimi oczami wpatrując się w coś między poszarpanymi kikutami pni.

Osiemnastolatek podążył za jego spojrzeniem. Serce podeszło mu do gardła, nogi odmówiły posłuszeństwa. Jedna sprawa to uwielbiać horrory, a zupełnie inna – w jednym się znaleźć. Kilka metrów dalej stała możliwe, że kobieca postać o prawie łysej głowie, z której zwieszało się kilka poplątanych strąków brudnych włosów. Jej przeraźliwie chude ręce i nogi wyglądały jak same kości obciągnięte szarą skórą. Palce u dłoni były nieproporcjonalnie długie, lekko zagięte i nawet nie można było dostrzec miejsca, gdzie przechodziły w czarne szpony jak u drapieżnych ptaków. Jednak najgorszy był brzuch, a raczej jego brak. Stwór wyglądał, jakby ktoś częściowo obdarł go ze skóry, dla zabawy poprzecinał kiszki i wyciągał ich końce tak, aby zwisały niemal do kolan jak jakaś ohydna ozdoba. Dwie z nich musiały wcześniej zahaczyć o gałęzie, gdyż były mocno poszarpane i wlekły się po ziemi. Michał poczuł mdłości.

To nie może istnieć! – odezwał się głos w jego głowie. To zaprzecza wszelkim prawom biologii! Nie można chodzić sobie po świecie z flakami na wierzchu!!!

Jednak stwór nie dość, że chodził, to jeszcze zdawało się, że nic mu w tym nie przeszkadzało. Rozdziawił szeroko paszczę, ukazując zepsute, zaostrzone zęby.

Trójka ludzi stała niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. W przerażeniu wpatrywali się w potwora, który postąpił krok w ich stronę. I dopiero to ich otrzeźwiło.

– W no… – zaczął Michał, jednak Paweł był szybszy.

Złapał za ramiona Aśkę stojącą bliżej niego i popchnął ją w stronę stwora. Błyskawicznie odwrócił się i rzucił do ucieczki. Dziewczyna runęła na ziemię, a zombie ruszył prosto na nią.

Michał zadziałał instynktownie. Doskoczył do siostry i zamachnął się gałęzią. Celował w głowę, trafił jednak w ramię. Potwór zachwiał się, więc chłopak, wykorzystując moment, chwycił Aśkę za bluzę na karku i odciągnął ją w bok.

– Nie zbliżaj się! – krzyknął, dźgając gałęzią powietrze. Może jego groźba zabrzmiałaby lepiej, gdyby głos mu się nie łamał, a ręka nie drżała jak w febrze.

Kobieta zombie wyszczerzyła zęby jakby w uśmiechu. Najdłuższe jelito, wlekące się po ziemi, zahaczyło o gałęzie i się napięło. Kilka kropel krwi skapnęło na ziemię. Aśka wstała i przywarła do Michała, wlepiając przerażone spojrzenie w potwora, który przystanął, oglądając się na blokującą go gałąź. Zaskrzeczał ze złością i gwałtownie szarpnął ciałem. Rozległ się nieprzyjemny dźwięk, gdy kawałek jelita się oderwał.

– Idź w bok i odwróć jej uwagę – szepnął Michał.

– Nie… – jęknęła Aśka.

– A ja przebiję jej mózg.

Lekko odepchnął od siebie siostrę, która nieporadnie zamachała rękoma.

– Tu jestem – powiedziała łamiącym się głosem. – Chodź tu.

Potwór przez chwilę obserwował dwójkę ludzi, a potem ruszył na Michała.

– Cholera – rzucił chłopak, po czym zaatakował.

Chciał wbić ostry koniec gałęzi w oko stwora, jednak drewno tylko ześlizgnęło się po skroni, zostawiając za sobą krwawą bruzdę.

Ręka zombie wystrzeliła do przodu, ostre pazury leciały wprost na brzuch Michała, żeby go przebić. Chłopak zadziałał instynktownie. Gwałtownie się obrócił, a gałęzią uderzył przedramię kreatury. Trzasnęło łamane drewno, posypały się drzazgi.

Aśka z wojowniczym okrzykiem na ustach uniosła ręce nad głowę. W jej dłoniach znajdował się duży kamień. Opuściła go prosto na plecy stwora. Rozległ się skowyt, a zombie odwrócił się i trzasnął dziewczynę w twarz, aż jej głowa odskoczyła nieco w bok i Aśka osunęła się na ziemię.

– Nie!!! – wrzasnął Michał. Nie miał już broni, ale nie mógł pozwolić, żeby jego siostra zginęła. Rzucił się w stronę potwora, kiedy ten nagle wywinął piruet.

Osiemnastolatek dopiero po chwili dostrzegł napięte jak struna jelito, którego koniec trzymała wysoka blondynka. Przez kilka sekund mierzyła się wzrokiem ze stworem, a potem uniosła lekko wargę, ukazując zęby. Michał nie miał pojęcia, czy był to uśmiech, czy próba warczenia. A potem szarpnęła.

Zombie zachwiał się, jednak nie upadł. Dziewczyna wykręciła rękę i zawinęła wyślizgujące się jej z palców jelito o nadgarstek, po czym znów pociągnęła. Rozległ się dźwięk podobny do darcia dżinsu i prawie wszystkie kiszki wylały się z brzucha; zwisały teraz w okolicach kostek kreatury.

Stwór postąpił krok w stronę dziewczyny, ale zaplątał się we własne wnętrzności i stracił równowagę. Blondynka wypuściła z ręki jelito i błyskawicznie doskoczyła do przeciwnika. Uniosła saperkę, a następnie opuściła ją prosto na chudy kark. Ostrze wbiło się głęboko. Zombie zaskrzeczał. Dziewczyna zaparła się stopą o plecy stwora i przycisnęła go do ziemi, jednocześnie wyszarpując swoją broń. Wyprostowała się, nim znów uderzyła saperką z taką siłą, że oddzieliła głowę od reszty ciała. A potem, jakby na wszelki wypadek, kopnęła ją na bok.

Spojrzała na wciąż przerażone rodzeństwo.

– Kazałam wam czekać – powiedziała, wskazując ich saperką. – Gdzie ten trzeci?

– Uciekł – powiedział sennym głosem Michał. Jego siostra opadła na kolana i zwymiotowała.

– Moja torba?

– On ją miał.

Nieznajoma zmełła w ustach przekleństwo.

– W którym kierunku pobiegł?

– Chyba tam. – Aśka wskazała za siebie, wycierając drugą dłonią usta.

– No to właśnie tam pójdziemy. Tak przy okazji, jestem Magda.

– Michał, a to moja siostra, Aśka.

– Miło poznać – rzuciła tamta jakby nigdy nic, jakby przed chwilą nie zabiła morderczego zombie i nie była umazana jego krwią.

¢

Waldemar stanął za barem, oświetlając latarką kolejne butelki z najróżniejszą zawartością – połowy z nich nie potrafił nawet nazwać. No i na cholerę komuś tyle kolorowych soków, które wyglądały, jakby dopiero co przywieziono je z laboratorium chemicznego? Czy nikt już nie pił zwykłej, taniej wódki?

Wybrał na chybił trafił jakąś butelkę, sięgnął po szklankę, z przyzwyczajenia raczej niż z potrzeby wydmuchał z niej kurz i nalał bursztynowego trunku.

Paskudna burza połączona z wichurą sprawiła, że utknęli w tym barze na całą noc. W Wiatrołomie zabrakło prądu, na ulicach leżały przewrócone drzewa. Do rana nie było możliwości, żeby się stąd wydostać.

Gauza sobie nie krzywduje – pomyślał z przekąsem lekarz, patrząc na swojego przyjaciela.

Emerytowany nauczyciel siedział przy stoliku i już od godziny pocieszał tę różową harpię.

– Mój dom, moje rodzinne dziedzictwo… – narzekała płaczliwym tonem. – Co ja pocznę, jeżeli został zniszczony? Gdzie się podzieję z moimi chłopcami?

Dodaj jeszcze: Olaboga! Ja biedna, bezdomna staruszka…, a nawet Gauza już tego nie kupi.

Waldemar podejrzewał, że kobiecina po prostu lubiła znajdować się w centrum uwagi, a emeryt był na tyle szarmancki – albo też łatwowierny – że dał się nabrać.

– I gdzie są moi chłopcy? To trwa już zbyt długo… – Tym razem w głosie Janiny zabrzmiał prawdziwy niepokój.

Lekarz spojrzał na zegarek. Czy miasto było w aż tak złym stanie, że przedostanie się do domu oddalonego o dwa kilometry mogło zająć więcej niż półtorej godziny?

– To dorośli, silni faceci, na pewno sobie poradzą – zapewnił Gauza.

Kiedy tylko ulewa się skończyła i okazało się, że telefony nie mają zasięgu, właściciele baru, a zarazem jakimś dziwnym trafem kuzyni Magdy, zgodnie stwierdzili, że muszą iść do domu sprawdzić, czy nic się nie stało jakimś dwóm dziewczynom, które z nimi mieszkały.

Gdy tylko Janina to usłyszała, niemal wpadła w histerię, że chcą ją zostawić samą, ale właśnie wtedy Gauza bohatersko zaproponował jej swoje towarzystwo. A Waldemar nie narzekał, bo mógł w tym czasie skosztować zawartości butelek za barem.

Nagle ciszę i spokój przerwało walenie do drzwi. Janina podskoczyła na krześle, Gauza zerwał się na równe nogi.

– Ludzie, nie tak nerwowo – wymamrotał Waldemar.

Sięgnął po łom, który bliźniacy w niewiadomych celach trzymali za kontuarem – ale przecież to rodzina Wojnów, więc nie było czemu się dziwić – i ruszył w stronę wejścia.

– Kto tam? – zawołał.

– Otwórz, to ja!

– Czyli kto?

– Adrian! Otwieraj natychmiast, bo…

Waldemar spokojnie wysłuchał wiązanki przekleństw, a następnie otworzył drzwi.

Do baru wpadł jeden z braci, ciągnąc za rękę trupio bladą dziewczynę.

– Gdzie Sebastian?! – Janina poderwała się z krzesła.

– Nie wiem, rozdzieliliśmy się, coś nas zaatakowało…

– Co ty wygadujesz?! – huknęła na niego babcia.

– Demon – powiedziała lekko nieprzytomnym tonem dziewczyna. – Widzieliśmy co najmniej dwa.

Waldemar wrócił za bar i haustem dopił resztkę tego, co miał w szklance. Najwyraźniej spełniły się obawy Feliksa. A to znaczyło…

– Czy to krew? – Janina wskazała przedramię wnuka.

Adrian spojrzał na długie rozcięcie, jakby w ogóle go nie czuł.

– To jakaś gałąź mi odstrzeliła…

Staruszka przeszyła wzrokiem Waldemara, który zamarł podczas uzupełniania płynem swojej szklanki.

– Ponoć jest pan lekarzem, więc radzę zająć się moim wnukiem zamiast opróżniać mu bar – wysyczała, mrużąc lekko oczy.

– Do usług. – Skinął głową.

¢

– Skąd się ten zombie wziął? – dopytywał chłopak, drepcząc krok w krok za Magdą.

– To nie zombie.

– Skąd wiesz?

– Bo się na tym znam. – Magda myślała, że uda jej się w ten sposób uciąć dyskusję, ale Michał najwyraźniej otrząsnął się już z pierwszego szoku i teraz chciał wiedzieć o demonie wszystko.

– Ale skąd?

– Zabijam takie stwory.

– Więc co to było?

Magda przystanęła. No właśnie, to było bardzo dobre pytanie.

– Na początku myślałam, że upiór, którego tropiłam…

– Upiór? – powtórzyła głucho Aśka.

– Tak, upiór, ale najwyraźniej był to inny demon.

Taki, którego nie znała ani nawet o nim nie słyszała. I była prawie pewna, że ani Feliks, ani Wanda nie wiedzieli, czym on był.

Pierwszy by wiedział – podszepnął jej zdradziecki umysł.

Tak długo chciała zabić żniwiarza; jeszcze niedawno zdawało się to jej jedynym planem na życie. A tej nocy już po raz wtóry poczuła smutek na myśl o jego śmierci.

– Demon – odezwał się Michał. – Jaki znowu demon?!

Magda zatrzymała się, a chłopak prawie na nią wpadł.

– Słuchajcie, mamy mało czasu, więc zrobię wam tylko krótkie wprowadzenie. Demony z opowiadań ludowych istnieją. A dziś przypadła trzynasta pełnia w roku, kiedy to granica między światami jest bardzo cienka, co całkiem nieźle zgrało się z tym, że Nija, władca pogańskich zaświatów, urósł w siłę i wypuścił z Nawii całe zastępy demonów.

Rodzeństwo wymieniło niedowierzające spojrzenia. Stwierdziła, że będą mieli mnóstwo czasu, żeby przetrawić jej słowa, jeśli przetrwają do rana. Teraz Magda musiała odzyskać torbę Pierwszego. Chociaż tyle jej po nim zostało.

Wtem poczuła zapach zepsutego mięsa.

– Cholera – warknęła.

– Co tak cuchnie? – zapytała Aśka.

Ciszę nocy przerwał ludzki wrzask.

– Zostańcie tu! – rozkazała Magda i zerwała się do biegu.

Jednak chwilę później usłyszała za sobą kroki. Najwyraźniej rodzeństwo zgodnie postanowiło nie zostawać już samotnie w ciemnym, zniszczonym lesie. Nie mieli szans jej dogonić, ale może to i lepiej, że trzymali się blisko.

Magda przesadziła przewrócone drzewo i zatrzymała się, gdy znów poczuła smród zgniłego mięsa. Ziemia była zalana krwią. Nikt, kto stracił jej tyle, nie mógłby tego przeżyć. Mimo to dziewczyna ruszyła powoli naprzód. W oddali ujrzała torbę Pierwszego z zerwanym paskiem. Metr dalej leżał zakrwawiony skrawek ubrania.

Rozległo się tupanie i trzask łamanych gałązek, gdy do Magdy dotarła dwójka nowych towarzyszy.

– Co się stało? – zapytała Aśka, choć tak naprawdę musiała już znać odpowiedź.

Magda nabrała w płuca powietrza, ale dziewczyna schyliła się i podniosła z ziemi czerwony od krwi but.

– On nie żyje, prawda? – powiedziała bezbarwnym tonem.

– Przykro mi. – Magda pokręciła głową.

– Popchnął mnie wprost pod nogi tamtego… demona. – Dziewczyna wciąż wpatrywała się w but.

– Czasem tak jest, że sytuacja zagrożenia wywołuje w ludziach to, co najgorsze. Chodźmy.

Magda nie chciała tropić bezkosta. Najadł się i pewnie gdzieś się ukrył. Minie co najmniej doba, zanim znów wylezie. Wolała odprowadzić tę dwójkę do domu. Poza tym miała już torbę Pierwszego i musiała jak najszybciej znaleźć się w Wiatrołomie. Strach ściskał jej serce za każdym razem, gdy myślała o tym, co mogło wydarzyć się w domu w taką noc.

¢

Sebastian przyłożył palec do ust, a blada Tosia pokiwała głową. Coś się zbliżało, a wraz z nim pomarańczowa łuna mknęła ulicami.

Skryli się pomiędzy wysokim kamiennym murem a przewróconym kasztanowcem. Kilka metrów dalej leżały połamane parkowe pergole. Na końcu ulicy rozległ się tętent kopyt, zahuczał ogień, wreszcie zza budynku wypadł koń cały w płomieniach.

Zwierzę pędziło asfaltem na oślep, a spod jego kopyt wystrzeliwały rozżarzone węgielki. Przeskoczyło nad pergolami, które wkrótce zajęły się ogniem. Zarzuciło grzywą z płomieni i zniknęło za rogiem.

– To nie mógł być prawdziwy koń – szepnęła Tosia.

Sebastian, wciąż patrząc na palące się drewno, z wolna pokręcił głową. Nie rozumiał tego, co właśnie działo się w Wiatrołomie. Skąd te przeklęte demony? Czy to ta cholerna wichura je obudziła i teraz szalały po mieście? Dlaczego było ich aż tyle? Miał nadzieję, że jego brat i Klara dotarli bezpiecznie do baru.

– Chyba możemy już iść – powiedział, lustrując wzrokiem pustą ulicę. Wszystkie okna budynków były czarne.

W oddali zabrzmiał warkot piły łańcuchowej. Straż pożarna zaczęła już usuwać drzewa z ulic, ale oczyszczenie całego miasta zajmie im więcej niż jedną noc. Zwłaszcza gdy ich też zaatakują demony.

– Czy ta piła nie ściągnie na nich nawich? – zapytała Tosia, kiedy ruszyli ulicą, omijając płonące pergole.

Sebastian właśnie pomyślał o tym samym. Jednak jego ucieszył fakt, że w takim przypadku demony będą daleko od ich dwójki. Obiecał Magdzie, że zaopiekuje się jej siostrą, i zamierzał dotrzymać słowa.

Weszli w cień wysokiej kamienicy i ruszyli wzdłuż jej ściany. Coś zachrzęściło pod ich butami, a gdy spojrzeli w dół, ujrzeli księżyc odbijający się w tysiącach odłamków szkła. Okna nad ich głowami były powybijane.

Doszli do rogu budynku i się zatrzymali.

– Tam ktoś leży! – szepnęła Tosia, wskazując palcem na środek drogi.

Sebastian wysilił wzrok i rzeczywiście ujrzał ludzką sylwetkę.

– Powinniśmy mu pomóc – powiedziała dziewczyna, kiedy on jeszcze toczył wewnętrzną walkę.

– No dobra – odezwał się. – Ale trzymaj się blisko mnie.

Człowiek leżał na drodze z szeroko rozpostartymi ramionami i wyglądał, jakby po prostu spał, jednak jego głowa znajdowała się pod nienaturalnym kątem.

– Idziemy – zadecydował szybko Sebastian. – Jemu już nie pomożemy.

Tosia przytaknęła, nie mogąc oderwać wzroku od zwłok. Był wdzięczny, że nie rozpłakała się ani nie wpadła w histerię, bo obawiał się, że mężczyzna nie był ofiarą wichury, ale że to, co go zabiło, może jeszcze kręcić się w okolicy.

Dopiero po przejściu kilkunastu metrów Sebastian zdał sobie sprawę z tego, że piły ucichły, a miasto pogrążyło się we złowróżbnym milczeniu.

Nie znam się na demonach – myślał. Nie mam pojęcia, co robić, żebyśmy żywi dotarli do baru.

Jeszcze nigdy nie pragnął towarzystwa Magdy tak bardzo, jak tej nocy. Wyklinał siebie i brata, że zabrali dziewczyny z względnie bezpiecznego domu. Trzeba było razem tam siedzieć. Jednak nie mogli zostawić babci w barze w towarzystwie dwóch podstarzałych dziwaków.

W oddali rozległ się upiorny wrzask. Tosia podskoczyła i od razu przypadła do swojego towarzysza.

– Co to było? – szepnęła, gorączkowo rozglądając się na boki.

Sebastian nie potrafił jej odpowiedzieć.

– Już blisko baru, tam będziemy bezpieczni – zapewnił ją.

Wtem usłyszeli łomot i zgrzyt wyginanego metalu.

Sebastian pociągnął Tosię za przewrócony pomnik, który stał na skwerku. Przypadli do ziemi, nasłuchując, lecz znów nastała cisza.

Bliźniak wychylił się odrobinę zza kamienia i zlustrował okolicę. Nie dostrzegł nic podejrzanego. Naraz wielki cień na dachu zaparkowanego samochodu poruszył się nieznacznie, gdy zaś mężczyzna wysilił wzrok, ujrzał coś wielkiego, o niemal ludzkich kształtach, siedzącego w kuckach na aucie. Długa łapa zwieszała się nisko, a pazury lekko stukały w szybę.

Sebastian zamarł ze strachu. Poczuł strużkę lodowatego potu spływającą po plecach, a jego serce zdawało się opaść aż do samego żołądka.

Wielki stwór powoli obracał głowę, węsząc za ofiarą. Sprawiał wrażenie, jakby całe miasto należało tylko do niego, stało się jego terenem łowieckim i nie było w nim nikogo, kto mógłby mu zagrozić. Dało się słyszeć świst wciąganego przez nozdrza powietrza. Pazury wciąż stukały o szybę.

Sebastian nie śmiał się ruszyć, w obawie, że zostanie zauważony. Wiedział, że przed taką bestią nie zdołają uciec, a próba stawienia jej czoła z pewnością skończy się dla nich śmiercią.

Demon uniósł się lekko na umięśnionych nogach i wychylił do przodu, jakby złapał trop. Zgrabnie zeskoczył z samochodu i wylądował na czterech łapach, a potem powoli ruszył przed siebie prosto na przewrócony pomnik.

Idź w inną stronę – błagał w myślach bliźniak. Skręć, odejdź…

Jeszcze tylko kilka metrów, a dotrze do kamiennej figury. Zobaczy ich… albo jeszcze wcześniej ich wywęszy. Sebastian miał wrażenie, że z kilometra czuć go było smakowitym człowiekiem. Krew szumiała mu w uszach. Czy ten potwór potrafił to wychwycić? Czy słyszał walenie jego serca?

Bestia zatrzymała się, uniosła wielki łeb i niuchała.

Co ja powiem Magdzie? – pomyślał nieracjonalnie Sebastian.

Naraz po mieście znów poniósł się warkot piły łańcuchowej. Stwór natychmiast odwrócił głowę i bez zastanowienia popędził w stronę hałasu.

Serce Sebastiana wróciło na swoje miejsce. Poczuł ogromną ulgę i ukłucie żalu czy wyrzuty sumienia. Strażacy nieświadomie uratowali im dziś życie, ale sami znaleźli się przez to w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

– Biegniemy do baru, to już niedaleko. – Złapał Tosię za rękę i pociągnął ją przez skwerek.

Tuż za nimi rozległ się tupot ciężkich łap.

Zdążmy, jesteśmy już tak blisko…

¢

Magda kątem oka zerknęła na swoich towarzyszy. Dziewczyna całkiem nieźle się trzymała, zważywszy że jej facet dopiero co został zeżarty przez bezkosta. Pewnie nadal była w szoku albo wciąż trzymała ją wściekłość, że popchnął ją wprost na demona i sam uciekł. Z kolei jej brat chyba nadal nie był przekonany do istnienia nawich. Łatwiej było mu uwierzyć w apokalipsę zombie.

Dzięki ci, Hollywood – pomyślała z przekąsem.

Nagle przystanęła i zaczęła nasłuchiwać.

– Co się dzieje? – zapytała przestraszonym głosem Aśka.

– Piła.

– Jaka piła? – zdziwił się Michał.

– Ludzie uprzątają drogę. Idziemy.

– Ja nic nie słyszę. Jesteś pewna? – dopytywał chłopak.

Magda go zignorowała. Czy zwykli śmiertelnicy rzeczywiście mieli aż tak słaby słuch? Czy ona też kiedyś była taka głucha?

Przeszli jakiś kilometr, nim nagle przestali słyszeć równomierny warkot piły tnącej drewno; teraz brzmiała raczej tak, jakby ktoś zaczął nią wymachiwać. Po chwili jej silnik zakrztusił się i zgasł.

– Bądźcie cicho i trzymajcie się z tyłu – nakazała Magda.

Powoli wspięła się na przewrócony pień i odchyliła gałęzie. Na ulicy, oświetlony reflektorami samochodu, pośrodku pociętego drewna stał mężczyzna z piłą łańcuchową w ręku. Wszędzie wokół leżały trociny.

Magda zeskoczyła z pnia i wtedy ją zobaczył. Zamiast ucieszyć się na widok innego człowieka albo chociaż zdziwić się, co młoda dziewczyna robi w nocy w lesie, natychmiast wycelował w nią ostrza piły, gorączkowo usiłując odpalić silnik.

– Dobry wieczór – odezwała się, unosząc dłonie.

Mężczyzna zamarł, opuścił nieco narzędzie.

– Stój! – krzyknął, kiedy postąpiła krok w jego stronę.

– Spokojnie, nic panu nie zrobię.

Zza jej pleców wychylił się Michał, a tuż za nim Aśka.

– Wszystko w porządku? – zapytała Magda.

Mężczyzna nie potrafił odpowiedzieć. Nogi się pod nim ugięły i usiadł na kołku.

Dziewczyna podeszła do niego i zobaczyła krwawą szramę ciągnącą się przez jego policzek.

– Coś mnie zaatakowało – powiedział cicho. Jego głos zadrżał.

– Tak? – zachęciła Magda.

– Ciąłem pień, odwróciłem się i… i to tam było…

– Jak wyglądało?

Spojrzał na nią wielkimi oczyma.

– Ja nie… nie wiem.

Magda podała mu chusteczkę, aby wytarł krew z twarzy. Wtedy jej uwagę przyciągnęło coś innego. Na piersi mężczyzny widniały duże plamy, które z pewnością nie były częścią wzoru moro. Wyciągnęła rękę i przetarła jedną z nich palcami. W świetle reflektorów na jej opuszkach zalśniła niebieska ciecz.

Serce podeszło jej do gardła. Tylko raz, dawno temu, czytała o czymś takim. Pierwszy nie powiedział jej wszystkiego o trzynastym księżycu.

Musiała się spieszyć. Musiała dotrzeć do domu, odnaleźć Feliksa.

– Dokąd prowadzi ta droga? – zapytała dość obcesowo, wskazując za samochód.

– Do mojej leśniczówki – powiedział mężczyzna. – Już ją oczyściłem. Chciałem dotrzeć do głównej, bo na pewno jest przejezdna. Strażacy musieli już o to zadbać.

Magda miała wątpliwości. Po takiej wichurze, z wygłodniałymi demonami krążącymi po świecie, nie mogło pójść tak szybko.

Co robić? Miała tak mało czasu, a tak wiele do zrobienia.

– Daleko do tej leśniczówki?

– Niecałe dwa kilometry – odparł mężczyzna.

– Wsiądzie pan w samochód, zabierze tę dwójkę. – Zerknęła na Michała i Aśkę. – I pojedziecie do niej. Zaryglujcie drzwi i nie wyglądajcie przez okna. I nie opuszczajcie jej do świtu.

– Nie, my musimy iść do domu – zaprzeczył Michał. – Zobaczyć, czy z rodzicami wszystko w porządku.

– Jedyne, co musicie w tej chwili, to przeżyć – ucięła wszelkie dyskusje. – Chyba że chcecie skończyć jak wasz kolega. – Wiedziała, że jej słowa nie były ani delikatne, ani taktowne, zamierzała jednak przemówić im do rozsądku.

– Muszę oczyścić drogę – odezwał się trochę nieprzytomnie leśniczy.

Magda przymknęła oczy i zrobiła głęboki wdech.

– Wszędzie wokół czają się istoty, o których istnieniu nie macie pojęcia – powiedziała spokojnie. – Takie jak ta, która pana właśnie zaatakowała. Jedźcie do domu, przetrwajcie noc. Rano powinno być już bezpiecznie.

Oby tak było – dodała w myślach, obawiając się, że po tej nocy już nigdzie tak nie będzie.

– A ty dokąd pójdziesz? – zapytał Michał.

– Ja? – Spojrzała w ciemne niebo. – Do Wiatrołomu. A jak dopisze nam szczęście, to może za dnia się tam zobaczymy. – Uśmiechnęła się lekko.

Poczekała, aż wszyscy troje wsiedli do auta i odjechali. Chciała mieć pewność, że przeżyją, modliła się o to, aby w leśniczówce byli bezpieczni.

Po chwili światła samochodu zniknęły jej z oczu, wreszcie przestała słyszeć silnik. Została zupełnie sama, otoczona przez ciemność i wiatrołomy.

– Jesteś żniwiarzem – szepnęła do siebie. – Do dzieła.

Mocniej złapała torbę Pierwszego i zerwała się do biegu.

Feliks przekroczył granicę Wiatrołomu, gdy pierwsze promienie słońca wystrzeliły zza horyzontu. Samochód zostawił na poboczu kilkanaście kilometrów wcześniej i przez kawał nocy biegł do domu.

Na podjeździe nie było auta Magdy. Ale to niewiele znaczyło, mogła być bezpieczna w wielu innych miejscach. Czereśnia nadal stała w ogrodzie, za to jabłoń przewróciła się, a jej korzenie sterczały ku niebu. Jedna z gałęzi uderzyła w okno i wybiła szybę. Kilka dachówek zostało wyrwanych. Żniwiarz się tym nie przejmował. Dom zawsze można naprawić.

Wyjął z murka obluzowaną cegłę, pod którą zawsze znajdował się klucz. Otworzył drzwi. W nozdrza uderzył go zapach liści i drewna.

– Magda! – krzyknął.

Odpowiedziała mu cisza.

– Jest tu kto?!

Przeszedł do kuchni, odkręcił kran. Rury zakrztusiły się i do zlewu spadło zaledwie kilka kropel. Rozejrzał się; na stole stała butelka z wodą mineralną. Łapczywie wypił pół litra, po czym wyszedł z domu. Zamknął drzwi, schował klucz i ruszył przez zniszczone miasto.

Ludzie zaczęli wylegać na ulice, by ocenić szkody wyrządzone przez burzę. Kilka domów nie miało dachów, wszędzie leżały przewrócone drzewa i latarnie. Stary kasztanowiec przygniótł samochód, w wysokiej skarpie woda wydrążyła głębokie tunele, a na asfalt spłynęła łacha jasnego piasku. Na ulicy leżało szkło z wybitych szyb, liście, drobne gałązki i wszelkiego rodzaju śmieci. A między tym wszystkim kręcili się mieszkańcy Wiatrołomu, na razie jeszcze nie wiedząc, jak zabrać się do uprzątnięcia swojego ukochanego miasteczka.

W oddali zamigotały światła karetki. Feliks przyspieszył kroku i zobaczył ratowników zakrywających ciało mężczyzny. Asfalt barwiła rozległa plama krwi.

– Co mu się stało? – zapytał żniwiarz jednego z ratowników.

– Idź stąd! – rzucił opryskliwie mężczyzna.

Nie dyskutował, już był przyzwyczajony, że w tym ciele jeszcze nikt nie traktował go poważnie.

– Widziała pani? – Podszedł do starszej kobieciny stojącej w kapciach i podomce na chodniku.

– Pewnie dostał jakąś gałęzią – odparła. – Biedak.

Feliks skinął jej głową i oddalił się pospiesznie. Minął wóz strażacki i mężczyzn usuwających z drogi przewrócone lipy. W całym mieście rozlegał się warkot pił.

Dom rodziców Magdy już z daleka zdawał się nienaruszony przez wichurę. Feliks wpadł do środka bez pukania. Z kuchni wyjrzała zaskoczona Emilia.

– Cześć, tak wcześnie na nogach? – zapytała. – Chodź na śniadanie.

Żniwiarz zamrugał oczami. Była taka spokojna, jakby bez problemów przespała całą noc.

– Niezła burza była, co? – zagadnął Jakub znad parującego kubka kawy.

– Burza? – powtórzył żniwiarz. – Czy wy widzieliście, co…

Jak ubrać w słowa ten ogrom zniszczeń?

– Musiało przewrócić linie energetyczne, bo nie ma prądu i coś z wodociągami jest nie tak.

– A u sąsiadów przewróciła się ta stara brzoza – dodała niezbyt przejętym tonem Emilia. Zawsze narzekała, że przez to drzewo było za dużo cienia w jej ogródku i liście sypały jej się na linki z praniem. Nie żałowała szkody.

Feliks opadł na krzesło.

– Magda się z wami kontaktowała? – zapytał.

Oboje pokręcili głowami.

– Telefony nam się rozładowały – powiedział Jakub.

– To nie ma jej w waszym domu? – Dopiero teraz w głosie Emilii pobrzmiała nuta niepokoju.

Feliks tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia, gdzie się podziała dziewczyna. Dzwonił do niej poprzedniego ranka i zdawała się w dobrym humorze, planowała nawet wyjść wreszcie z domu, ale co potem się z nią działo, nie miał pojęcia. Przez głowę przeleciało mu kilka czarnych myśli. Magda wciąż była w żałobie po śmierci Mateusza. Miał nadzieję, że nie zrobiła niczego głupiego.

– Pewnie jest w barze – powiedział, siląc się na spokój. Nie miał sumienia martwić jej rodziców.

– Drogi są już przejezdne? – odezwała się Emilia, wkładając pusty kubek do zlewu. – Powinnam zobaczyć, czy księgarnia nie ucierpiała.

– A ja podskoczę do kliniki – dodał Jakub. – Dobrze, że żaden zwierzak nie został tam na noc.

Feliks wreszcie otrząsnął się z zaskoczenia, w jakie wpędziło go ich beztroskie zachowanie.

– Poczekajcie – powiedział, wstając. – To nie była zwykła wichura. Setki hektarów lasów wokół Wiatrołomu zniknęły. Wszędzie leżą przewrócone drzewa. Tej nocy z Nawii wylazło więcej demonów niż kiedykolwiek wcześniej.

– Co ty mówisz? – Emilia pokręciła głową.

– Wolałbym, żebyście nie wychodzili z domu.

– Daj spokój, nic nas nie zaatakuje w biały dzień w środku miasta – powiedział Jakub.

– Nie jestem taki pewien. A skoro wasze telefony nie działają…

– Nie no, ja muszę iść do kliniki. Skoro to była aż taka burza, na pewno będę miał dziś sporo pacjentów.

– A jeżeli w księgarni coś wybiło witryny, ja muszę zabezpieczyć książki.

Feliks przetarł dłońmi twarz. Gdy przez okna wlewały się do domu promienie czerwcowego słońca, koszmar nocy zdawał się coraz bardziej odległy i nierealny.

– Tylko nie idźcie nigdzie indziej, żebym w razie czego mógł was odnaleźć – zastrzegł. – I zanim zapadnie zmrok, macie być w domu, za zaryglowanymi drzwiami.

– Tak jest. – Emilia skinęła głową.

Zrobią tak, jak żniwiarz im kazał, ale nie uważali tego za rzecz konieczną. Nie mieli pojęcia o trzynastej pełni, zresztą co się dziwić, sam Feliks nie był przekonany, czy przepowiednie Pierwszego rzeczywiście spełniły się właśnie tej nocy.

Kawałek odprowadził Emilię, a potem skręcił do domu Jadwigi, z którym wichura obeszła się znacznie gorzej – zwiało kawał dachu, który leżał teraz w ogrodzie, częściowo przykrywając starą gruszę.

Feliks przeszedł nad połamanym płotem i zapukał do drzwi, jednak nikt mu nie otworzył. Zerknął pod doniczkę, która chyba od zawsze stała przy wejściu, ale nie było pod nią klucza. No tak, Janina wprowadziła własne porządki.

Zajrzał do ciemnego wnętrza przez okno, mimo to nikogo nie dostrzegł. Wobec tego zostało jeszcze tylko jedno miejsce, w którym mógł znaleźć Magdę. W drodze Feliks pożałował, że nie wziął od Emilii żadnej butelki z wodą. Znów poczuł pragnienie, a wszystkie sklepy były zamknięte.

Do baru dotarł o siódmej rano. Poranne słońce zaczęło grzać.

Pchnął drzwi, ale te nawet nie drgnęły. Zapukał. Ze środka dobiegło szuranie.

– Kto tam? – usłyszał stłumiony głos.

– Feliks.

Głośniejsze szuranie, jakby ktoś przesuwał meble. Wreszcie drzwi rozchyliły się na tyle, że mógł przecisnąć się do środka. Widok, jaki zastał, był dość niecodzienny.

Wszędzie panował bałagan – krzesła i stoły w nieładzie, po posadzce walały się jakieś ubrania. Kanapę w rogu okupowały drzemiące Tosia i Klara. Na dwóch złączonych stolikach spał rozłożony Waldemar. Adrian właśnie podnosił się z podłogi. Na samym środku baru przy stoliku siedziała zaś Janina – z nienaganną fryzurą i w swojej ulubionej różowej garsonce. Popijając z filiżanki, prowadziła rozmowę z Gauzą. Nauczyciel wyglądał znacznie gorzej – miał podkrążone oczy, rozczochrane włosy i wymięte ubrania.

– Spędziliście tu noc? – zapytał żniwiarz Sebastiana, który otworzył mu drzwi.

– Można tak powiedzieć – odparł bliźniak. – Wreszcie ktoś, kto nam wyjaśni, co, u diabła, działo się w nocy – odezwała się władczym tonem Janina, odstawiając filiżankę na spodek.

– Magda u was była? – Feliks ją zignorował.

– Tak, ale wyszła wieczorem.

Żniwiarz poczuł mdłości wywołane strachem.

– Pojechała na polowanie – odezwała się Tosia, podnosząc się z kanapy. – Na porońca. Zadzwonił do niej jakiś Igor.

– Potem się z wami kontaktowała?

Wszyscy pokręcili głowami.

– Dzwoniłem do niej, ale albo ma wyłączony telefon, albo jest poza zasięgiem – powiedział Sebastian.

Dziewczyna jest żniwiarzem – zaczął przekonywać siebie Feliks. Nie mogę wciąż jej niańczyć. Gdziekolwiek jest, na pewno poradzi sobie ze wszystkim.

Tak bardzo chciałby w to wierzyć…

– A wy co tu robicie? – Zerknął na Gauzę, przysuwając sobie krzesło.

– Musicie tak hałasować? – warknął Waldemar i przykrył sobie głowę kurtką.

– Przyjechaliśmy do was w odwiedziny – odparł emeryt. – Nie było was w domu, więc zatrzymaliśmy się na kolację w barze, trochę się zasiedzieliśmy, a potem rozpętała się ta burza.

– Nadal czekam na wyjaśnienia – odezwała się urażonym tonem Janina.

– Przez cały powiat przeszła w nocy wichura – powiedział Feliks.

– Dziecko, czy ty masz mnie za idiotkę? – obruszyła się.

Żniwiarz uniósł brwi. Dawno nikt tak się do niego nie zwracał.

– Skąd wzięły się te demony? – Feliks spojrzał pytająco na bliźniaków.

– Po wichurze poszliśmy do domu po dziewczyny – powiedział Adrian, unosząc zabandażowaną rękę. – I coś nas zaatakowało.

– Widzieliśmy płonącego konia galopującego przez miasto – dodał Sebastian.

– Jest szansa, że to było zwykłe zwierzę, które wyrwało się z pożaru? – zapytał ze złudną nadzieją Feliks.

Tosia prychnęła głośno.

– Przez prawie miesiąc wyszukiwałam nawich dla Pierwszego i umiem odróżnić zwierzę od demona – powiedziała dobitnie.

– Ona ma rację – przytaknął Adrian.

Feliks westchnął ciężko.

– Pierwszy opowiadał Magdzie o Niji, władcy pogańskich zaświatów; że się obudził. Myśleliśmy, że go zabiliśmy… tej nocy, kiedy zginął Mateusz.

– Zaginął – poprawiła go automatycznie Tosia.

Nie sprzeczał się. Też chciałby w to wierzyć.

– I to on wypuścił na świat demony – kontynuował. – Ta burza to było albo jego dzieło, o ile może wpływać na pogodę, albo czysty przypadek, który niestety sprzyjał wszystkim nawim.

– Jak bardzo jest źle? – zapytał Sebastian.

Feliks nie był w stanie odpowiedzieć.

– O wichurze usłyszałem już po fakcie w radiu. Byłem na polowaniu z Wandą. Wydało mi się to dość podejrzane, więc zostawiłem wisielca jej, a sam ruszyłem do Wiatrołomu. Po drodze musiałem zostawić samochód i iść pieszo. Natknąłem się na błędy, zabiłem zwida i chyba widziałem dzikiego myśliwego.

– Czy za dnia jesteśmy bezpieczni? – zapytała konkretnie Janina.

– Wydaje mi się, że tak.

– Wydaje ci się? Chłopcze, ponoć to ty jesteś specjalistą!

– Ale coś takiego nigdy się nie wydarzyło! – wybuchnął. – Nigdy! Żaden żniwiarz nie wymordował innych żniwiarzy. Nija nigdy nie był taki potężny. Ba, przez setki lat mało kto podejrzewał, że on w ogóle może istnieć!

Janina pokiwała głową.

– No dobrze – stwierdziła, jakby chwilowo wybaczała mu brak wiedzy. – Czy w takim razie możemy założyć, że w dzień jesteśmy bezpieczni, iść do domu i się ogarnąć?

– Zerwało wam kawał dachu.

Staruszka poruszyła ustami, jakby coś przeżuwała.

– I tak był do wymiany – oznajmiła. – Siostra zaniedbała swój dom.

– Wolałbym, żebyście na razie zatrzymali się u mnie – powiedział Feliks, nie wierząc we własne słowa.

– W tej ruderze?

– Jeszcze półtora miesiąca temu uważałaś to za szczyt swoich marzeń – wytknął jej.

– Przestańcie się kłócić. – Adrian zaczął odsuwać stoły i krzesła od drzwi. – Mamy cały dzień, żeby zorientować się w sytuacji. Wieczorem zdecydujemy, co robić dalej. Teraz trzeba ogarnąć bar.

– A może by tak najpierw śniadanie? – zaproponował Waldemar, podnosząc się ze swojego zaimprowizowanego łóżka.

– A może by tak najpierw zaproponować pomoc i nie być darmozjadem? – zapytała uszczypliwie Janina, chcąc wyładować na kimś złość.

Adrian otworzył na oścież drzwi, wpuszczając do środka świeże powietrze pachnące ziemią i drewnem. W progu stanęła Magda. Zmierzyła wszystkich nieco zaskoczonym spojrzeniem, jakby nie spodziewała się zobaczyć tu naraz tylu bliskich jej osób całych i zdrowych.

– Moich rodziców nie ma w domu – odezwała się, patrząc na Feliksa.

– Nic im nie jest, poszli do pracy.

Skinęła powoli głową.

– Musimy porozmawiać – powiedziała.

Żniwiarz zerknął na kanapę stojącą w rogu.

– Na osobności – dodała, wychodząc z baru.

– A tej co? – zapytała urażona Janina. – Ani dzień dobry, ani pocałuj mnie w cztery litery…

– Babciu! – odezwał się z wyrzutem Sebastian.

Feliks już nie usłyszał, jak staruszka dalej wyklinała. Gdy tylko opuścił bar, w oczy poraziło go ciepłe, czerwcowe słońce. Magda usiadła na murku kilka metrów dalej i wpatrywała się w niebo.

– Zabiłeś kiedyś demona z niebieską krwią? – zapytała, gdy podszedł do niej.

Pokręcił głową, siadając obok.

– A takiego, który nie miał brzucha i flaki ciągnęły się za nim po ziemi?

– Niektóre źródła podają istnienie takich nawich – powiedział ostrożnie.

Dopiero teraz zauważył niebieskie plamy na jej ubraniach.

– Wiesz, co się stało tej nocy? – kontynuowała.

– Mam swoje przypuszczenia, ale podejrzewam, że ty mi wszystko powiesz.

– To był prawdziwy niebieski księżyc. – Dopiero teraz spojrzała mu w oczy. – Trzynasta pełnia w roku. Ta sama, której tak bardzo obawiał się Pierwszy. Nie zabiliśmy Niji, nawet nie odesłaliśmy go do Nawii. A on wypuścił demony.

Feliks milczał przez chwilę. Podejrzewał, że to właśnie się stało, ale do ostatniej chwili wolał wierzyć, że wszystko było tylko przypadkiem, zbiegiem okoliczności – pełnia, burza i ataki nawich.

– Gdzie Nija może teraz być? – zapytał.

– Nie mam pojęcia. – Magda wzruszyła ramionami.

W oddali wciąż było słychać warkot pił, krzyki ludzi, na końcu ulicy błyskały niebieskie światła straży pożarnej.

– On wygrał, wiesz? – odezwała się dziewczyna. – Myśleliśmy, że go pokonaliśmy, ale to wszystko było tylko okrutnym żartem z jego strony. Może właśnie w tej chwili obserwuje nas gdzieś z cienia – mimowolnie zlustrowała wzrokiem otoczenie – i się po prostu śmieje, o ile potrafi się śmiać. Może następnej nocy nas zabije… Albo uznał, że zrobił już swoje, uwolnił demony i będzie tylko patrzył, jak kończą jego dzieło.

– Coś wymyślimy – odezwał się Feliks.

Magda przeczesała palcami brudne włosy.

– Jak mamy się równać z bóstwem? – westchnęła.

– Nie patrz na to w ten sposób. Pomyśl, że to przecież nie koniec świata. – Uśmiechnął się lekko, ale mina szybko mu zrzedła, kiedy spiorunowała go wzrokiem. – W ostateczności udamy się po pomoc do Pierwszego. Może tym razem okaże się bardziej przydatny.

Wzruszyła ramionami.

– Pierwszy nie żyje. Walczyliśmy z upiorem…

Feliks nie dopytywał, choć był bardzo ciekaw, dlaczego Magda tej nocy mu towarzyszyła.

– A więc jednego wroga mniej – oświadczył.

– Przecież mówiłeś…

– Magda, musimy zabezpieczyć dom, ściągnąć na noc do niego rodzinę, choćby i siłą, bo coś czuję, że gdy tylko zapadnie zmierzch, będziemy mieć ręce pełne roboty. – Wstał z murka i skierował się z powrotem do baru.

– Jest jeszcze coś. – W jej głosie zabrzmiała nuta, która natychmiast kazała mu się zatrzymać.

Obrócił się bez słowa. Jakie jeszcze rewelacje mogła mieć do przekazania? Czy już nie wystarczająco wiele problemów posypało się na ich głowy?

– Pierwszy twierdzi, że jestem po części demonem – wyrzuciła z siebie, a potem spojrzała mu wyzywająco w oczy, jakby spodziewała się awantury.

W pierwszym odruchu Feliks chciał prychnąć lekceważąco, ale jej mina mówiła, że Magda podchodzi do tego całkiem poważnie.

– Skąd taki wniosek? – zapytał ostrożnie.

– Wróciłam, skąd nikt już nie wraca. W innych czasach albo bym po prostu umarła, albo została żniwiarzem. Ale teraz żniwiarze nie są nieśmiertelni, a mnie udało się prześlizgnąć tuż pod nosem Niji, bo… bo mógł pomyśleć, że jestem demonem.

– Tak naprawdę niewiele wiemy o tym, dlaczego żniwiarze nie wracają. A te skrawki wiedzy, które mamy, pochodzą od Pierwszego. Nie twierdzę, że nie mówił prawdy, ale ty chyba najlepiej wiesz, jaki z niego kłamca. Poza tym… nigdy nie słyszałem o czymś takim.

Magda westchnęła głośno.

– Nie słyszałeś też nigdy o Pierwszym ani o tym, że można zabić żniwiarzy. Nie rozumiesz tego, że poprzedni rok udowodnił nam, że tak naprawdę nic nie wiemy o nas samych ani o tym, co robimy?!

Niestety Feliks zbyt dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Po raz pierwszy od stu lat miał wrażenie, jakby błądził w gęstej mgle.

– Dobrze, podejdźmy do tego trochę inaczej – powiedział po chwili. – Czy czujesz nieodpartą chęć rozerwania komuś gardła?

Magda spojrzała na niego z wyrzutem.

– Masz wrażenie, że zaraz znikniesz i pojawisz się w Nawii? Albo może wypiłabyś sobie szklaneczkę ciepłej krwi?

– Porąbało cię?! – wybuchnęła.

– A więc chyba na razie nie musimy się martwić twoją demoniczną stroną, o ile taka w ogóle istnieje. – Uśmiechnął się lekko.

Pokręciła głową, ale w jej oczach zabłysły iskierki rozbawienia. A więc osiągnął swój cel. Nie chciał bowiem, żeby Magda zauważyła, jak bardzo zaniepokoiły go jej słowa.

– Muszę znaleźć kogoś, kto podwiezie mnie do mojego auta. – Skierowała się na powrót do baru. – Mam nadzieję, że drogi są już przejezdne.

¢

– Jak zjemy, odwiozę was do domu – powiedział leśniczy.

Michał pokiwał głową, a potem znów nastała cisza. Wszystko, co mogli powiedzieć, zostało powiedziane szeptem w nocy, kiedy siedzieli przy świecach w leśniczówce, nasłuchując odgłosów z zewnątrz. To były jedne z gorszych czterech godzin w życiu chłopaka. Wcześniej wiele razy fantazjował, że został bohaterem filmu, w którym roiło się od potworów. Że był silny, szybki i praktycznie jedną ręką pokonywał różne mutanty. No i miał wypasioną broń, a gdzieś tam zawsze była jeszcze ładna dziewczyna do uratowania. Rzeczywistość jednak była ponura, bolesna i przerażająca. Michał nigdy wcześniej nie poznał strachu tak paraliżującego ciało, nikt go nie ostrzegł, że zombie, upiór, czy co to tam było, może cuchnąć tak bardzo, aż żołądek chce się wywrócić na lewą stronę. Wiedział za to, że do końca życia będzie miał koszmary, w których będzie uciekał w ciemnościach przed stworem wlekącym za sobą własne flaki. I wciąż będzie prześladowała go wizja śnieżnobiałego markowego buta umazanego krwią.

Zerknął na siostrę. Zawinęła się w koc, a przecież ranek wstał naprawdę ciepły. Otoczyła dłońmi kubek z herbatą i co chwilę odpływała myślami, patrząc w przestrzeń. Michał chciał jej jakoś pomóc, pocieszyć ją, ale do głowy przychodziły mu tylko wyświechtane frazesy, których nie miał zamiaru wypowiadać.

Leśniczy wyszedł z kuchni, a Aśka uniosła niespodziewanie przytomne spojrzenie na brata.

– Co ja powiem jego rodzinie? – zapytała. – Przecież nie mogę… ja…

Głos jej się załamał.

– Powiemy wszystko zgodnie z prawdą – odezwał się Michał, a Aśka od razu otworzyła usta, żeby zaprotestować. – Powiemy, że byliśmy na grillu, a kiedy wracaliśmy, musieliśmy porzucić samochód, bo droga była zawalona drzewami. Potem straciliśmy orientację, pokłóciliśmy się z nim, w którą stronę iść, i się rozdzieliliśmy. Od tamtej pory nie widzieliśmy Pawła.

Dziewczyna z wolna pokiwała głową.

– Bo w resztę prawdy nikt nam nie uwierzy – zakończył.

A ja muszę się dowiedzieć, kim była tamta blondynka – dodał w myślach.

– Gotowi? – Do kuchni wszedł leśniczy. – Droga powinna już być w miarę oczyszczona, a jak nie, to spakowałem piłę.

¢

– Przecież to niemożliwe, żeby facet znał nasz adres – stwierdził Sebastian.

Przez otwarte okno przybijał właśnie gałązki głogu do parapetu. Tosia stała tuż przy nim, podając mu rośliny i pinezki.

– A masz ochotę sprawdzić to na własnej skórze? – zapytała Magda. – Uwierz, że nie chciałbyś, żeby Nija zapukał do twoich drzwi wraz z hordą demonów. Zresztą wasz dom jest przecież bez dachu.

– To tylko niewielka dziura, ale babcia i tak dostała białej gorączki – mruknął.

Tosia zaśmiała się pod nosem. Staruszka rzeczywiście była wściekła. Nie tyle na dach, ile na straż pożarną, która odmówiła pomocy, bo miała ręce pełne roboty. Janina obdzwoniła też wszystkich majstrów w okolicy i dowiedziała się, że ktoś może do niej przyjść najwcześniej za tydzień. Potem dopadła swoich wnuków i kazała im zabezpieczyć dziurę grubą folią. Gdy się z tym uporali, po długich i męczących deliberacjach zgodziła się na pewien czas przeprowadzić do domu żniwiarzy, choć na każdym kroku okazywała, jak bardzo jest z tego faktu niezadowolona.

– Zadzwoniłem do Tomka i Mai. – Do pokoju wszedł Adrian, chowając telefon do kieszeni. – Powiedziałem im, że na razie mają wolne i zadzwonimy, kiedy znowu otworzymy bar albo będziemy potrzebować ich pomocy.

– Ta nasza knajpa to ma pecha – westchnął Sebastian. – Miał być dochodowy, uczciwy interes. A już mieliśmy u siebie bójkę, trupa, demona i co najmniej dwa razy lokal został zdemolowany…

– To ile minęło od otwarcia? – zagadnęła Tosia.

– Trzy tygodnie – mruknął Adrian.

– Wow, to naprawdę niezły wynik. – Podała Sebastianowi kolejną gałązkę i przeszli do drugiego okna w salonie. Magda upewniła się, że głóg dobrze się trzymał, zamknęła okno, rozsypała na wewnętrznym parapecie sól, a na niej położyła świeżą pokrzywę.

– Czy to nie jest lekka przesada? – zapytał Sebastian wymachując jedną z gałązek. – Jak niby takie coś, z tak małymi kolcami, ma powstrzymać demony?

Magda uniosła brwi. Zabezpieczył już trzy okna według poleceń Feliksa i dopiero teraz wzięło go na przemyślenia.

– Kiedyś miało to powstrzymać czarownice oraz zmory przed włażeniem do domów. Głóg wbijano też w żołądek zmarłego podejrzanego o to, że w grobie obudzi się jako wampir.

– Ludzie kiedyś to dopiero wymyślali głupoty.

– Jeszcze do końca lat sześćdziesiątych w niektórych miejscowościach rzucano gałązki głogu na trumnę podczas pogrzebu – dodała Tosia, zerkając na swoją przyszywaną siostrę w oczekiwaniu na aprobatę.

Magda pokiwała głową.

– No mówię przecież, że kiedyś – burknął Sebastian.

– Sypanie garści ziemi na trumnę też ma korzenie w antywampirycznych pochówkach – oznajmiła dziewczyna.

– W ciągu miesiąca stałaś się specjalistką. – Magda się uśmiechnęła.

– Odkąd zaatakował mnie wisielec, przeczytałam wszystko, co znalazłam w internecie na temat dawnych zabobonów. Sporo też powiedział mi Adam…

Tosia spuściła wzrok. Wciąż używała jego nieprawdziwego imienia, tak jakby nazywanie go Pierwszym miało oznaczać akceptację faktu, że wcale nie był taki dobry, jak jej się wydawało, i że po prostu ją wykorzystał, żeby szantażować Magdę. Wieść o jego śmierci przyjęła zaś ze łzami.

– A może to wszystko ostatecznie okaże się dziś w nocy niepotrzebne – zmieniła temat i zamachała gałązkami. – W końcu trzynasta pełnia już minęła…

Magda zmarszczyła brwi.

– Pełnia trwa trzy noce – wyjaśniła.

– Nie, tylko jedną, na fizyce tak się uczyłam.

– Źle do tego podchodzisz. – Dziewczyna uśmiechnęła się. – Owszem, tak naprawdę księżyc znajduje się w pełni tylko przez jedną noc, ale dzień przed i dzień po dla gołego oka wygląda, jakby też był w pełni. Nieważne, co mówią na ten temat fizyka czy astronomia, ważne, w co wierzyli nasi przodkowie.

Nastolatka zamyśliła się.

– To już wiem, dlaczego nic mi się wcześniej nie zgadzało…

– Nie rozumiem, dlaczego niby to ja miałabym być na świeczniku! – Do pokoju wparowała Janina.

– Na jakim świeczniku? – zdziwiła się Magda.

– Nic nie zrobiłam temu Niji, czego może ode mnie chcieć?!

– Przez cały czas śledził Pierwszego i nasyłał demony na tych, z którymi się spotkał – wyjaśniła ze znużeniem dziewczyna.

– Ale przecież ja nigdy nie poznałam tego człowieka!

Staruszka opadła na fotel.

– Jest pani pewna? – odezwała się Tosia. – Był wysoki, szczupły, trochę zaniedbany…

– Dziecko, opisujesz mi właśnie ćwierć populacji Wiatrołomu.

– Mógł przedstawiać się jako Adam i miał niewielką bliznę o tu. – Nastolatka pokazała palcem na własne czoło tuż nad brwią.

Janina zmarszczyła brwi.

– A nie mówiłam? – zapytała retorycznie Magda, zastanawiając się, kiedy Pierwszy znalazł czas, żeby spotkać się ze staruszką.

– Niemożliwe – oświadczyła po chwili kobieta. – Niedawno poznałam pewnego Adama, ale był miłym, czarującym mężczyzną. Na pewno nie jednym z was! – Ostatnie słowo wypluła z siebie, jakby żniwiarz w rodzinie był czymś wstydliwym.

Magda wzniosła oczy ku sufitowi i wyszła na korytarz; nie było sensu kłócić się z tą kobietą. Z kuchni z kolei doleciała ją zażarta dyskusja Feliksa i Waldemara.