Łowca - Paulina Hendel - ebook
Opis

Trzeci tom bestsellerowej serii Zapomniana księga zapowiada nowe niebezpieczne zdarzenia. To, co wydaje się końcem przygody, może być tak naprawdę dopiero jej początkiem…

 

Hubert ponownie trafia do miasta, w którym zginęli jego bliscy. Wszystko wydaje się takie samo jak wtedy, gdy był tam pierwszy raz. Niby nic się nie zmieniło, nic oprócz niego... Kiedyś wszyscy lubili beztroskiego nastolatka w ciele mężczyzny, obecnie mało kto chce mu zaufać.

 

Teraz, choć historia zatacza krąg, nic nie jest do końca oczywiste i pewne. Zagrożenie stanowią nie tylko demony, lecz także ludzie.

 

Jak w takiej sytuacji Hubert ma przetrwać, uchronić przyjaciół i zapobiec kolejnym nieszczęściom? Czy chłopakowi uda się ocalić świat?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 615

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Paulina Hendel, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: FecitStudio

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-126-5

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

Mateuszowi

Rozdział I

– Nie powinieneś nigdzie jechać w takim stanie – ocenił niewysoki mężczyzna, patrząc na chłopaka, którego od jakiegoś czasu gościł w swojej chacie. – Gdzie ci się tak spieszy?

– Muszę odnaleźć przyjaciół – odparł tamten, z trudem wspinając się na siodło.

Jego klacz jak zwykle cierpliwie stała nieruchomo, lekko zwieszając łeb.

Jeźdźcowi zakręciło się w głowie, a rana w boku znów zaczęła rwać, teraz jednak było to bez znaczenia. Liczyło się jedynie to, że musiał pojechać na południe, odszukać Święcino i dowieść, że wydarzenia sprzed siedmiu lat wcale mu się nie przyśniły, a ludzie, których wtedy poznał, żyli naprawdę.

– Dziękuję za pomoc. – Uśmiechnął się do nauczyciela i pomachał mu ręką na pożegnanie.

– Trzymaj się, chłopcze.

Hubert Sierpień ścisnął łydkami grube boki klaczy i stępem ruszyli leśną drogą. Wiosenne powietrze było przyjemnie rześkie.

Już kiedyś to wszystko się zdarzyło. Hubert ocknął się ranny w piwnicy u Jurka, nauczyciela, lecz nie pamiętał ostatnich siedmiu lat swojego życia. W poszukiwaniu rodziny zawędrował do Święcina, niewielkiej osady niedaleko Poznania, gdzie znalazł bezpieczną przystań. Niestety, tam ta przygoda skończyła się tragicznie zarówno dla niego, jak i jego przyjaciół. Wszyscy zginęli, ale Sierpień dostał drugą szansę. Dzięki temu w chwili, gdy Luwr wyleciał w powietrze, wiedział, co należy robić, żeby przetrwać wojnę i zarazę. Postanowił naprawić wcześniejsze błędy, co jednak nie okazało się proste. Mimo to skoro historia zatoczyła koło, znów ruszał do Święcina.

Omijał miasta i wsie z obawy, że spotka ludzi o złych zamiarach. Nocował w lesie, żywił się jedzeniem z puszek, raz nawet upolował zająca i upiekł go na ognisku. Gdy brakowało wody pitnej, nacinał gałęzie brzóz, podwieszał pod nimi puste puszki i cierpliwie czekał, aż napełnią się sokiem na tyle, by mógł zaspokoić pragnienie.

– Tutaj się zatrzymamy – powiedział do klaczy, kiedy wjechali na zieloną polankę nad wąskim strumieniem. Choć do zmierzchu było jeszcze daleko, zaczął przysypiać w siodle ze zmęczenia. Wszystko go bolało, dokuczała mu też rana.

– Nieźle mnie załatwili – mruczał, zmieniając sobie bandaż na boku, co było dość trudne, bo palce lewej ręki wciąż miał usztywnione po niedawnej walce. – Ale ja załatwiłem ich jeszcze lepiej – dodał, usiłując zagłuszyć wyrzuty sumienia.

Mokka trąciła swego pana chrapami w łopatkę. Huberta owionął jej ciepły oddech; dodało mu to otuchy.

Kiedy zmienił opatrunek, dał klaczy odrobinę owsa z worka przytroczonego do siodła. Coraz bardziej niepokoił się, że zapasy są na wyczerpaniu, a nie wybaczyłby sobie, gdyby Mokka głodowała przez jego głupotę.

Z trudem uzbierał kilka gałęzi, rozpalił małe ognisko i wsunął się do śpiwora leżącego na ziemi. Skupił się, by sprawdzić, czy w okolicy nie ma żadnego demona; na szczęście nic nie wyczuł. Usnął niemal od razu. Jednak nie spał spokojnie, co chwila budziły go koszmary i nie mógł znaleźć sobie wygodnej pozycji.

Rano czuł się tak obolały i zmęczony, jakby w ogóle nie zmrużył oka.

– Dziś tam dojedziemy, zobaczysz – obiecał klaczy, wkładając jej ogłowie.

Chwycił siodło i stęknął pod jego ciężarem, zarzucając je na grzbiet konia. Dźwignął wojskowy worek pełen broni i z trudem wspiął się na Mokkę. Przed oczyma znów miał mroczki.

Jeżeli dziś tam nie dojadę, to padnę w środku lasu, przemknęło mu przez myśl. A wtedy nikt mnie nie odnajdzie.

Do południa wybierał szlaki, kierując się starymi, poniemieckimi mapami, potem jednak okolica stawała się coraz bardziej znajoma. Pozwolił Mokce prowadzić, sam w tym czasie ucinał sobie w siodle krótkie drzemki. Późnym popołudniem minął drzewa z pniami pomalowanymi na wściekle żółty kolor.

– W końcu tu trafiłem – szepnął, ale nie był w stanie wykrzesać z siebie choć odrobiny radości. Nie miał pojęcia, co powie dawnym przyjaciołom.

Pod wpływem impulsu skręcił nagle z głównej drogi w wąską ścieżkę, która prowadziła do domu Henryka. Hubert chciał wierzyć, że w przeciwieństwie do wielu święcinian mężczyzna najpierw będzie zadawał pytania, a dopiero potem strzelał.

Leśna dróżka prowadziła do niewielkiego domku z drewnianych bali. Tuż obok niego znajdowała się studnia z żurawiem, a z drugiej strony, między drzewami, był ukryty wychodek. Hubert zatrzymał klacz na podwórku i spojrzał w ciemne okna.

Drzwi niespodziewanie się otworzyły i ktoś wyszedł na ganek. Hubert spojrzał na potężnego mężczyznę o szpakowatych włosach i twarzy poznaczonej siateczką blizn. Mimowolnie się uśmiechnął.

– Czego chcesz? – zapytał Henryk, mierząc do niego z karabinu.

– Eee… – zaczął Sierpień. – Szukam… szukam…

Były wojskowy, nie spuszczając przybysza z celownika, zszedł z trzech stopni prowadzących na ganek i zrobił kilka kroków w jego stronę.

– No słucham.

– Zabłądziłem. – Jedynie to przyszło Hubertowi na myśl. – Napadli na mnie… i… i prawie zabili, ale uciekłem…

Henryk nieznacznie opuścił karabin.

– Czy ty masz tam pepeszę? – zapytał z niejakim zdziwieniem.

Sierpień pokiwał głową.

– Odrzuć ją na bok.

Wykonał polecenie.

– Teraz zsiądź z konia i się od niego odsuń.

Zastrzeli mnie, pomyślał z niepokojem Hubert. Już na samym początku mnie zastrzeli. Jak go przekonać, że nie jestem wrogiem?

Zsiadł, a raczej zsunął się z klaczy i chwiejnie stanął na nogach. Kręciło mu się w głowie, lewa ręka zdrętwiała, prawą przycisnął do rany w boku.

Henryk, wciąż do niego celując, podszedł do Mokki i z cichym sapnięciem zdjął z niej worek.

– Proszę – cicho jęknął Hubert. – Nie mam dokąd iść, boję się, że znów spotkam tamtych ludzi, a… a w lesie są demony.

Gospodarz westchnął ciężko.

– No dobrze, wchodź do środka.

Sierpień z trudem wspiął się na schodki i przekroczył próg domu. Henryk szedł tuż za nim z karabinem, ściskając w ręku podróżny worek Huberta.

Kuchnia wyglądała jak kiedyś – prowizoryczny zlew pod oknem, kilka szafek, na środku drewniany stół i cztery krzesła z różnych kompletów. Chłopak z ciężkim sapnięciem opadł na jedno z nich.

– To teraz mów, coś ty za jeden, skąd jesteś i jak trafiłeś do Święcina. – Henryk stanął naprzeciwko niego.

– Jestem Hubert, Hubert Sierpień. Jechałem przed siebie, kiedy mnie zaatakowano…

– Gdzie cię zaatakowano?

– Długo uciekałem, aż dotarłem tutaj, nie wiedziałem, że znajdę jakąś osadę. – Uznał, że lepiej udawać głupiego. Henryk pokiwał głową, dał gościowi coś do picia, jedzenia, a potem pozwolił mu położyć się w łóżku w małym pokoju.

– Jakby strzeliło ci do łba zaszlachtować mnie w nocy, pamiętaj, że śpię z pistoletem pod poduszką – ostrzegł.

Hubert uśmiechnął się pod nosem. Już kiedyś słyszał podobny tekst.

W końcu odnalazł Święcino. Po siedmiu długich latach. I wszystko jest tak, jak powinno. Po raz pierwszy od dawna usnął zdrowym, twardym snem. Tutaj był bezpieczny.

Obudził się późnym popołudniem i zaspany powlókł się do kuchni. Henryk kroił surowe mięso. Oderwał się na chwilę od pracy i utkwił w chłopaku badawcze spojrzenie.

– Skoro jesteś już na nogach – odezwał się w końcu – możesz mi powiedzieć, co planujesz?

Hubert położył dłonie na oparciu krzesła.

– Jeszcze nie czuję się najlepiej – zaczął niepewnie. – I nie bardzo mam gdzie się podziać… Mógłbym zostać tutaj?

Henryk znów zmierzył go wzrokiem, zapewne nie do końca przekonany, czy ma do czynienia z osobą o zdrowych zmysłach.

– Nie potrzebujecie może… bo ja wiem? Strażnika? – spróbował chłopak.

– Nie.

– Mam konia, dobrze strzelam – przekonywał. – I… i tropię demony.

– Każdy dobry myśliwy potrafi wytropić demona – burknął Henryk.

– Jestem lepszy od każdego myśliwego, jakiego znasz.

Mężczyzna przyjrzał mu się uważnie.

– Dobra, powiem wprost – odparł w końcu. – Nie wiem, coś ty za jeden ani ile jesteś wart, dlatego nie wezmę za ciebie odpowiedzialności. Możesz zostać u mnie jeszcze parę dni, a potem ruszysz w swoją stronę.

Były wojskowy odwrócił się, szukając czegoś w szafkach.

Hubert spojrzał smętnie na jego szerokie plecy, a potem ukrył twarz w dłoniach.

– I gdzie ja mam iść? – jęknął cicho. – Nie mogę wrócić do domu.

Jak miał spojrzeć w twarz Ernestowi, Zuzie oraz innym mieszkańcom Dąbrówki? Czuł się winny, że sprowadził na nich niebezpieczeństwo. A jeśli tu też nie uda mu się zaczepić…?

Przez kolejne dwa dni Hubert przede wszystkim spał. Zamierzał porozmawiać z sołtysem, więc musiał zregenerować siły, by zrobić jak najlepsze wrażenie. Rana w boku coraz lepiej się goiła i nie była już tak dokuczliwa. Sporo rozmyślał, ale starał się też pomagać Henrykowi w domu. Pewnego popołudnia, gdy ten wyszedł do lasu na polowanie, postanowił ugotować obiad, choć nigdy nie był w tym dobry. Wrzucił kawał mięsa z kością do gara z wodą ze studni i postawił całość na kuchni kaflowej. Pokroił warzywa i przyniósł trochę ziół rosnących za domem.

Zupa się gotowała, a on zabrał się do zmywania.

Już postanowił – następnego dnia pójdzie do sołtysa i go przekona, że potrzebują nowego strażnika. Na pewno coś wymyśli, w końcu z pewnością jak zwykle jest ich za mało. Zadowolony, zaczął wesoło gwizdać. Humoru nie popsuło mu nawet to, że przez dobry kwadrans musiał szorować piaskiem przypalone dno garnka.

Wtem usłyszał hałas przy drzwiach.

Odwrócił się i… oniemiał. Przed nim stała niezbyt wysoka, szczupła, ale umięśniona dziewczyna w zielonych bojówkach, czarnym T-shircie i koszuli w szarą kratę. Miała twarz w kształcie serca, ciemne włosy związane w krótką kitkę i niesamowite oczy, jedno intensywnie zielone, a drugie ciemnobrązowe. Zaskoczona, stanęła na środku kuchni i wpatrywała się w Huberta.

Iza! To jest Iza!

W jego głowie zapanował mętlik, zrobiło mu się gorąco, serce biło tak mocno, jakby zobaczył demona. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu jej brakowało. Nie potrafił opanować radości na jej widok. Wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał. Chciał natychmiast porwać ją w ramiona i powiedzieć, że tęsknił za nią, za długimi rozmowami, za wspólnymi wartami… Ale przecież ona go nie znała. Pohamował się więc, uśmiechnął lekko i wyciągnął przed siebie rękę wciąż ociekającą wodą.

Wtedy dziewczyna ocknęła się z szoku, wyszarpnęła z kabury przy pasku pistolet i wycelowała w niego.

– Coś ty za jeden?! – warknęła. – I gdzie jest Henryk?

– Jestem Hubert – odparł, wciąż wpatrując się w nią jak urzeczony.

Chciał postąpić krok w jej stronę, powiedzieć wszystko, wytłumaczyć…

– Nie ruszaj się! – rozkazała. – Bo cię zastrzelę.

Hubert, widząc jej minę, uznał, że dziewczyna nie żartuje.

Pięknie, na dzień dobry mnie załatwi, pomyślał gorzko.

– Gdzie jest Henryk? – powtórzyła.

– Gdzie? Nie wiem. – Wzruszył ramionami. Odwrócił się i zanurzył ręce w ciepłej wodzie w misce, modląc się, żeby nie strzeliła mu w plecy. – Poszedł do lasu na polowanie.

– Jak to: na polowanie? – naskoczyła na niego. – Co ty tu w ogóle robisz?

– Zmywam naczynia, nie widać? – odparł lekkim tonem.

– Stroisz sobie ze mnie żarty?! – wybuchła, podchodząc bliżej. – Jeżeli coś mu zrobiłeś…

– Taa, zadźgałem na śmierć nożem kuchennym, zakopałem w ogródku, a że nie znoszę bałaganu, to pozmywałem za niego naczynia.

Iza zaczęła oddychać coraz szybciej.

Ona naprawdę zaraz mnie zastrzeli, przemknęło przez myśl Hubertowi.

Odwrócił się gwałtownie, rozchlapując na boki wodę z miski. Wyrwał dziewczynie z rąk pistolet.

Iza zamachnęła się na niego pięścią, ale przed pierwszym ciosem się uchylił, a drugi zablokował.

– Spokojnie – powiedział, odsuwając się od niej. Wyjął z pistoletu magazynek i nabój z komory.

– Nie mam złych zamiarów. – Oddał Izie broń, amunicję zaś wsunął do własnej kieszeni.

Dziewczyna przymrużyła oczy ze złością.

– Może sobie usiądziesz, a ja zaparzę ziół i wszystko ci wyjaśnię? – zaproponował. – Przydałaby ci się melisa – mruknął pod nosem.

Iza opadła na krzesło, nie spuszczając z niego wzroku pełnego wściekłości.

Wstawił czajnik z wodą, zamieszał łyżką w zupie i nasypał ziół do dwóch kubków. Nagle Iza wstała od stołu. Hubert gwałtownie odwrócił się w jej stronę, gotowy odeprzeć ewentualny atak.

– Spokojnie – mruknęła. – Chcę dodać miodu do herbaty.

Podeszła w stronę tropiciela i wyciągnęła rękę po słoik z miodem, lecz w ostatniej chwili jej dłoń zmieniła kurs i pochwyciła duży garnek. Hubert nie zdążył zareagować w żaden sposób. Ostatnie, co zapamiętał, to osmalony rondel lecący prosto na jego twarz.

Hubert zaczął powoli odzyskiwać zmysły. Leżał, twarz tak go bolała, że nie mógł otworzyć oczu.

– Tym razem przesadziłaś – usłyszał jak przez mgłę.

– Jak to: przesadziłam?! Zabrał mi broń! Skąd mogłam wiedzieć, że to twój gość?

– Facet zmywał moje gary. Wniosek chyba prosty?

– Myślałam, że ci coś zrobił…

Hubert jęknął słabo i kłótnia ucichła. Zmusił się do otwarcia oczu. Leżał na podłodze w kuchni, a nad nim pochylali się Henryk i Iza.

– Żyjesz, młody? – zapytał mężczyzna.

– Nie! – jęknął w odpowiedzi.

– Widzisz? Nic mu nie jest – syknęła Iza.

Hubert przyłożył dłoń do obolałej lewej strony twarzy. Oko miał tak zapuchnięte, że ledwie przez nie widział.

– Nieźle cię urządziła – odezwał się Henryk. Jak na gust jego gościa, ton miał zbyt wesoły.

– Ale garnkiem? – zapytał z wyrzutem. – Co ja powiem kolegom?

– Wstawaj! – Mężczyzna wyciągnął do niego dłoń. Kiedy Hubert się podniósł, całe pomieszczenie zatańczyło mu przed oczyma. Mało brakowało, a by się przewrócił. Henryk pomógł mu przejść kilka kroków i posadził go na krześle.

– Przyłóż to do twarzy – powiedział, podając mu kawał zimnego, surowego mięsa.

– Ładnie traktujecie gości – mruknął Sierpień, biorąc okład.

Iza prychnęła lekceważąco i oparła się tyłem o szafki, wciąż obserwując go spod przymrużonych powiek.

– Idę do domu – oświadczyła w końcu. – Mam jeszcze trochę do zrobienia, a jutro jest dzień handlowy.

Henryk pokiwał głową.

– Może mnie odprowadzisz kawałek? – zapytała z naciskiem.

Mężczyzna westchnął ciężko, ale wyszedł za nią z chaty.

Hubert od razu podszedł do okna i patrzył, jak się oddalają. Dziewczyna coś mówiła, gorączkowo gestykulując.

– Pewnie na niego krzyczy, że przygarnia podejrzane przybłędy – stwierdził. – Znów początki naszej znajomości nie są kolorowe.

Jednak nic nie było w stanie zagłuszyć jego radości. Nieważne, że go pobiła, liczyło się to, że jest cała i zdrowa. Znowu patrzy na niego wilkiem, lecz to o niebo lepsze od ostatniego wspomnienia – światła powoli gasnącego w jej dwukolorowych oczach po postrzale w Poznaniu. Wszystko jest lepsze od tamtego. Nigdy już nie pozwoli im pójść do miasta po…

– O cholera! – Uderzył się dłonią w czoło. – Szlag by to trafił!

Zaczął miotać się po kuchni, przeklinając własną głupotę.

– Jechałem do Święcina! Jak mogłem zapomnieć?! – wyrzucał sobie. – Jak mogłem nie zabrać demonologii?!

Przyczyna była prosta – już od dawna nigdzie nie woził książki, a na trop Święcina wpadł zupełnym przypadkiem. Demonologia leżała bezpiecznie w domu Alberta razem z kopią wzbogaconą o ich notatki. W końcu wszystkich wiadomości z niej wyuczył się na pamięć. A poza tym zawsze miał w pobliżu Ernesta, który służył radą i pomocą. Hubert uświadomił sobie, że po raz pierwszy od bardzo dawna jest zdany wyłącznie na siebie.

W ramach przeprosin za zachowanie Izy Henryk pozwolił gościowi zostać u siebie trochę dłużej. Sierpień nie protestował, gdyż z podbitym okiem nie wypadało się pokazywać sołtysowi. Miał jeszcze jakieś resztki godności: jak tu zgrywać twardziela, kiedy lada moment wszyscy mogli się dowiedzieć, że pobiła go kobieta?

Hubert nie za wiele rozmawiał z gospodarzem; jeżeli robili coś wspólnie, to zazwyczaj w milczeniu. Kiedyś mężczyzna przyniósł z lasu dwa zające i razem je sprawili, to znów Sierpień pomógł mu przywlec przewrócone przez wiatr drzewo. Henryk najwyraźniej zaczął ufać chłopakowi, gdyż tamtego dnia przed wyjściem do lasu oddał mu pistolet i bagnet, na wypadek gdyby coś ich zaatakowało.

– Wieczory są coraz cieplejsze – stwierdził Hubert, kiedy usiedli po powrocie na ganku, żeby odpocząć.

– Uhm – mruknął były wojskowy.

Słońce już dawno temu zaszło za horyzontem, chudy księżyc wzniósł się nad drzewami. W trawie grały świerszcze, a gdzieś w gęstwinie pohukiwała sowa. Delikatny wietrzyk głaskał młode liście drzew. Było cicho i spokojnie. W oddali, za lasem, czekało Święcino.

– Pora spać – powiedział Henryk, wstając z krzesła.

Hubert pokiwał głową, ale się nie ruszył. Wiatr nagle ucichł i cały świat pogrążył się w ciszy, ciemność stała się jakby gęstsza, a gdzieś w głębi boru rozległ się niby-ludzki płacz. Sierpień zadrżał, jego serce zaczęło szybciej bić.

– Nie, nie teraz – szepnął. Doskonale wiedział, co to znaczy.

Henryk, słysząc go, stanął w drzwiach.

Hubert zeskoczył ze schodków prowadzących na ganek i ruszył biegiem w las.

Jaki dzisiaj dzień? – myślał gorączkowo, pędząc przed siebie. Przegapiłem to!

Stopy instynktownie niosły go przez bór, nie wiadomo jakim cudem nie wpadł na żadne drzewo ani nie potknął się o nic w ciemnościach. Wciąż słyszał zawodzenie, które co jakiś czas przechodziło w smutny szloch. Zbliżał się do głosu coraz bardziej; jeszcze kawałek, a dotrze na miejsce pierwszy. Wtem rozległo się upiorne wycie, a tuż po nim ludzki krzyk.

Za późno!

Chłopak spiął wszystkie mięśnie i przyspieszył, lecz gdy pokonał niewidoczną barierę, co odczuł niczym wyładowanie elektryczne, zachwiał się i niemal przewrócił. Nie mógł jednak się zatrzymać. Gdzieś tu była strzyga i dobrze wiedział, kogo demon zaraz zabije.

W biegu spróbował wyrównać oddech. Jedną ręką poklepał się po biodrach. Wyczuł kaburę z coltem i bagnet. Niezbyt dużo, jeżeli chciał stawić czoła strzydze, jednak było już za późno na zmianę broni.

Gdzieś za sobą słyszał ciężkie kroki Henryka, ale Hubert był młodszy, szybszy i biegł prowadzony szóstym zmysłem.

Wreszcie zobaczył demona. Strzyga o szarej skórze i rudych włosach przykucnęła na tylnych łapach. Posykiwała cicho, świdrując wzrokiem przerażonego człowieka, który usiłował się od niej odczołgać. Hubert z daleka dostrzegł jego bladą twarz. Wyszarpnął z kabury pistolet i strzelił kilka razy. Wiedział, że na niewiele się to zda, strzygi były bowiem odporne na kule, ale chciał odwrócić jej uwagę od ofiary. I ten manewr mu się udał.

I co teraz, geniuszu? – zapytał sam siebie, zatrzymując się dziesięć metrów od bestii. Masz tylko nóż i pistolet. Broń dobra na borutę, ale nie na strzygę.

Wiedział, że są tylko dwa wyjścia: albo zabije bestię, albo sam zginie. Bardziej podobało mu się pierwsze.

Dlatego zaatakował. Z dzikim okrzykiem na ustach rzucił się na zaskoczonego demona, odrzucił pistolet i wyjął z pochwy bagnet. Strzyga, nieprzywykła do takiego zachowania ludzi, znieruchomiała i ze zdziwieniem patrzyła na szarżującego na nią intruza.

Hubert z impetem wpadł na bestię i nie dając jej ani chwili na reakcję, dźgnął ją nożem w podbrzusze. Przewrócili się na ziemię. Sierpień wylądował na demonie, wyciągnął ostrze i uderzył znowu, a potem jeszcze raz.

Strzyga wrzasnęła ogłuszająco. Zaczęła się szarpać, lecz Hubert mocno dociskał ją do ziemi. Znów wbił bagnet w cielsko potwora. Strzyga musiała przeczuwać, że jeżeli nie zdoła się wyrwać z morderczych objęć, zginie.

Tropiciel jednak powoli zaczął słabnąć. Nie doszedł jeszcze do siebie po poprzednich przygodach, a strzyga okazała się dorosłym, silnym osobnikiem. Pazurami przejechała mu po plecach i wyszarpnęła się z uścisku.

Hubert z ciężkim sapnięciem dźwignął się na nogi. Znów stanęli naprzeciw siebie. Strzyga, chwiejąc się, spojrzała mu prosto w oczy. Pewnie została ranna podczas polowania, była głodna i obolała. Powoli zaczęła narastać w niej wściekłość. Ugięła lekko łapy, gotowa do ponownego ataku, gdy w jej polu widzenia pojawił się kolejny cel. Musiała uwierzyć, że tamten człowiek będzie łatwiejszą ofiarą niż wariat z nożem.

Sierpień z przerażeniem patrzył, jak głowa strzygi odwraca się w stronę, gdzie pojawił się ktoś nowy. Nagle straciła zainteresowanie Hubertem i z dzikim wrzaskiem skoczyła na chłopaka, który wyszedł zza drzew. Przybyszowi udało się strzelić dwa razy, nim wgryzła mu się w gardło. Tym razem nie straszyła ofiary, nie bawiła się z nią, po prostu z lubością napawała się smakiem świeżej, jeszcze ciepłej krwi.

– Nie!!! – wrzasnął Hubert, po czym rzucił się na demona i zaczął na oślep dźgać bagnetem.

Strzyga usiłowała odtrącić go na bok i wtedy odsłoniła klatkę piersiową. Hubert, napędzany adrenaliną oraz bezsilną wściekłością, wbił bagnet prosto w serce bestii, cudem mijając mocne żebra.

Z trudem odepchnął martwe ciało potwora i opadł na kolana przy jego ofierze.

– Nie – szepnął. – Nie, nie, nie, nie…

Z rezygnacją opuścił głowę; jego zakrwawione dłonie zaciśnięte na nożu opadły na ziemię. Przed nim leżał chudy, wysoki chłopak z potarganą czupryną, niewiele od niego starszy. Mikołaj był najmłodszym strażnikiem w Święcinie.

– Jakim cudem? – zapytał zrozpaczony Hubert. – Co ty tu robiłeś?

Zmieniłeś bieg czasu, podpowiedziało mu sumienie. Ale czy to dobrze? Zamieniłeś jedną śmierć na drugą.

Gdzieś z boku usłyszał hałas. Odwrócił głowę i zobaczył Henryka z karabinem przewieszonym przez ramię i maczetą w ręku. Pomagał wstać Andrzejowi, potężnemu mężczyźnie, który właśnie tej nocy miał zginąć.

– Żyjesz? – zapytał go były wojskowy.

– Powiedzmy, że tak – odparł strażnik. Obaj podeszli do Huberta.

– Kur… – szepnął Andrzej, patrząc na martwego Mikołaja.

– Co on tu robił? – zapytał gorzko Sierpień, nie podnosząc głowy. – Nie powinno go tu być!

Henryk położył chłopakowi dłoń na ramieniu, ale po chwili szybko ją cofnął.

W ciągu kilku minut wokół zaroiło się od ludzi, więc Hubert usunął się na bok. Choć on pamiętał wszystkich, nikt nie znał jego. Wolał nie rzucać się w oczy, więc schował bagnet do pochwy, podniósł z ziemi pistolet i stanął w ciemności pod drzewem tuż przy granicy światła rzucanego przez pochodnie. Śmierć młodego strażnika była dla niego druzgocącym doświadczeniem. Łudził się, że tej nocy jest w stanie zapobiec tragedii. Los okrutnie sobie z niego zakpił.

– Szedłem razem z Mikołajem – opowiadał Stanisław, najstarszy strażnik. – Kiedy młody usłyszał strzały, wyrwał przed siebie i już go nie dogoniłem.

– Kto ją tak załatwił? – zapytał głośno Marek, patrząc na poranioną i zalaną krwią strzygę.

– Ty! – Iza oskarżycielsko spojrzała na Huberta. – Co ty tutaj robisz?

Podeszła bliżej do przybysza, lecz on tylko wzruszył ramionami. Stał, patrząc obojętnie dookoła.

– To przez ciebie ten potwór zabił Mikołaja. – Dziewczyna ze złością dźgnęła palcem powietrze.

– Iza, daj spokój – odezwał się pojednawczo Henryk. – Gdyby nie on, mielibyśmy dwa trupy zamiast jednego.

– Ma rację, uratował mnie – dodał Andrzej.

Wcale nie ma, pomyślał Hubert. Gdyby nie ja, wciąż byłby jeden trup, tylko że nie Mikołaj.

Kilka osób poniosło ciało chłopaka do osady, pozostali stanęli nad martwą strzygą.

– Musimy coś z tym zrobić – powiedział Marek. – Tak żeby się nie odrodziło ani nie wstało z grobu.

– Spalcie ją w cholerę – mruknął Hubert, nie dbając o to, że nie zdobędzie kolejnego zęba do swojej kolekcji.

Odwrócił się i odszedł w głąb ciemnego lasu. Idąc, słyszał za sobą kłótnię, lecz jemu było obojętne, o co spierają się święcinianie.

Zmieniłeś bieg czasu…

Przynajmniej żona Andrzeja się ucieszy, pomyślał z goryczą.

Kiedy dotarł do samotnego domku w lesie, poszedł do szopy, do Mokki. Przytulił się do jej szyi. Klaczy widocznie nie odpowiadał zapach krwi na jego rękach, więc zaczęła się wiercić i rżeć z niezadowoleniem.

– Wredna szkapa – mruknął Hubert.

Wszedł do domu, zapalił lampkę naftową i dokładnie wyszorował ręce oraz bagnet w misce z wodą. Potem zdjął zakrwawione ubranie i z zaskoczeniem odkrył, że koszulka jest w strzępach. Dopiero wtedy poczuł pieczenie skóry na łopatkach. W małym lustrze zobaczył, że całe plecy ma podrapane. Na szczęście żadna rana nie była głęboka.

– Nieźle cię załatwiła – podsumował Henryk, kiedy zobaczył chłopaka przeglądającego się w lustrze.

– Mikołaja gorzej – mruknął, biorąc nową koszulkę.

– Poczekaj, trzeba to opatrzyć, bo jeszcze wścieklizny dostaniesz. Siadaj. – Mężczyzna podsunął mu krzesło.

Hubert usiadł okrakiem na siedzisku, łokcie położył na oparciu. Syknął cicho, kiedy Henryk zaczął przemywać mu plecy.

– Nie jęcz. O, a to po czym? – zapytał, klepiąc rannego w lewe ramię.

– To? – Hubert zerknął na pojedynczą bliznę sięgającą od łopatki poprzez biceps aż do wewnętrznej strony łokcia. Nie dość, że była szeroka, to jeszcze krzywo zszyta. – Po biesie. – Machnął ręką. – Młody byłem, głupi, i brałem go na przetrzymanie, kto pierwszy wymięknie.

Henryk nie dopytywał, na czym owo przetrzymanie miało polegać.

– Gotowe – rzekł z zadowoleniem, gdy skończył smarowanie ran olejem z dziurawca.

Chłopak nie odpowiedział, włożył czystą koszulkę i postawił swój bagnet ostrzem na blacie stołu, przytrzymując go jednym palcem.

– Skąd wiedziałeś, że ta strzyga tam jest? – zapytał po chwili Henryk. – Słuch mam dobry i wiem, że tutaj nic nie było słychać, a ty jak szalony pobiegłeś prosto na nią.

– Przecież mówiłem, że tropię demony. – Hubert wzruszył ramionami.

– Ale kto atakuje strzygę z samym nożem?

„Jak głupi rzucasz się na demony, nie myśląc ani o konsekwencjach, ani o tym, kogo narażasz” – zadźwięczały mu w głowie słowa Ernesta.

Znów ruszył na potwora, nie zastanawiając się nad tym, co może się wydarzyć. Chociaż pobudki miał przecież dobre…

– Słuchaj, Mikołaj to był fajny chłopak, ale to nie twoja wina – powiedział łagodnie Henryk. – Gdyby nie wyrwał tak do przodu, pewnie by żył. Nic nie mogłeś zrobić.

– Do dupy z tym wszystkim – odezwał się Sierpień. – Idę spać.

Wstał z krzesła i powlókł się do swojej sypialni. Nie chciało mu się nawet zdejmować ubrań, więc po prostu runął na łóżko i od razu zasnął.

Następnego dnia do domu Henryka wpadła Iza. Obrzuciła Huberta wrogim spojrzeniem i usiadła za stołem.

– Mój ojciec chce z tobą rozmawiać – rzuciła w końcu w jego stronę.

Hubert spojrzał na nią ze zdziwieniem. Czegóż mógł od niego chcieć Marian Kościuszko?

– Po co? – zapytał.

– Skąd mogę wiedzieć? – warknęła. – No już, zbieraj się i idziemy. Aha, w południe będzie msza.

O nie, nie dam ci się zastraszyć, pomyślał Sierpień, patrząc, jak dziewczyna wstaje i zerka na niego wyczekująco. Nie mam już siedemnastu lat.

Powoli wstał od stołu, potem, nie spiesząc się, zapiął pas z coltem i włożył bluzę od munduru. Skinął głową na znak, że jest gotowy.

Iza zirytowana zmrużyła oczy i nie oglądając się za siebie, wymaszerowała z domu. Bez pośpiechu ruszył za nią.

Nic się nie zmieniła, myślał. Wciąż na mnie zła.

Wyszli z lasu na szeroki gościniec, minęli pola uprawne, a potem bramę, gdzie trzymali wartę Stanisław i Jacek. Lekko skinęli im głowami. Hubert, z rozrzewnieniem przypatrując się domom i ludziom, pozwolił Izie poprowadzić się przez osadę. Wszystko wyglądało tak, jak zapamiętał – zadbane budynki, ogrody z kwiatami, dzieci bawiące się na drodze, kościół z muru pruskiego i plac, na którym urządzano zabawy.

W końcu stanęli przed starą szkołą zbudowaną z czerwonej cegły. Weszli do środka, a dalej chłodnym korytarzem ruszyli do gabinetu sołtysa. Za biurkiem z dykty siedział zażywny mężczyzna z czerwoną twarzą i łysiną na czubku głowy.

– Tato, to on – odezwała się Iza.

Marian podniósł głowę i bacznie przyjrzał się przybyszowi.

– A więc to tobie zawdzięczamy zabicie strzygi? – zapytał.

Hubert skinął głową.

Sołtys mierzył go wzrokiem, jakby się nad czymś zastanawiał.

– Szukam miejsca, gdzie mógłbym się zatrzymać na jakiś czas – powiedział Sierpień.

– Co potrafisz?

Teraz mógłbym go przekupić demonologią, przemknęło przez myśl Hubertowi. Szlag!

– Wszystko, co trzeba zrobić w gospodarstwie – odparł. – Mam własnego konia, broń i amunicję. Ale przede wszystkim: znam się na demonach.

Marian lekko zmrużył oczy.

– Łowca demonów, co? – rzucił.

– Tropiciel, można tak powiedzieć – odrzekł powoli Hubert; w końcu tak go określano, kiedy jeszcze mieszkał w Dąbrówce. Kątem oka zerknął na Izę, która nie wyglądała na zachwyconą.

– Dobrze więc, dostaniesz posadę strażnika, zagwarantujemy ci mieszkanie i wyżywienie. Lecz pamiętaj, na razie będziesz na okresie próbnym.

– Zgoda. – Sierpień wyciągnął rękę do sołtysa.

– Witamy w Święcinie. Jestem Marian Kościuszko. – Mężczyzna uścisnął gościowi dłoń. – Izo, pokaż naszemu nowemu strażnikowi jego kwaterę. Ty będziesz za niego odpowiedzialna.

Dziewczyna prychnęła ze złością.

– Idziemy! – warknęła i wymaszerowała z gabinetu.

Hubert, unosząc kąciki ust w lekkim uśmiechu, powędrował za nią do starego domu na uboczu.

Stanęli przed zmurszałym płotem; chłopak zastygł w bezruchu i spojrzał na budynek. Poczuł ciepło w sercu. Domek był odrobinę przekrzywiony, a mech porastał grubą warstwą lekko zapadnięty dach. Szara elewacja bynajmniej nie wyglądała dobrze, ogródek zarósł, jakby ktoś podlewał chwasty wyjątkowo skutecznym nawozem.

– No co tak stoisz? – prychnęła Iza. – Chodźże.

Z trudem otworzyła stare, powyginane od wilgoci drzwi.

– Mieszkała tu stara wdowa Niwicka, ale zmarła zimą – wyjaśniła.

Hubert wszedł do środka. W nozdrza obojga buchnęła stęchlizna. Z uśmiechem błąkającym się po twarzy chłopak zajrzał do dwóch niewielkich pokoi, dłonią pogładził stare łóżko, a potem przeszedł do kuchni, gdzie pod oknem ustawiono stół przykryty wyblakłą ceratą w kwiaty. Pod ścianami stały wypaczone szafki, lodówka ze sparciałymi uszczelkami i kuchenka westfalka.

– Z czego się tak cieszysz? – zapytała podejrzliwie Iza.

– Podoba mi się tu – odparł. Dziewczyna wzruszyła ramionami.

Hubert odwrócił się do niej i rzekł poważnie:

– Posłuchaj. Nie zaczęliśmy naszej znajomości najlepiej i to ja jestem stroną poszkodowaną. Ale chcesz tego czy nie, zamierzam się tutaj zatrzymać i zostanę strażnikiem, a ty będziesz musiała znosić moje towarzystwo. Może więc zacznijmy od początku. Jestem Hubert. – Wyciągnął w jej stronę dłoń.

Dziewczyna się zawahała.

– Iza. – Uścisnęła mu mocno rękę.

– Czyli wszystko jasne. – Rozpogodził się. – Muszę teraz wrócić po swoje rzeczy.

– Odprowadzę cię do bramy – zaproponowała.

Hubert szedł lekkim krokiem do domu Henryka. Radością, że znów jest strażnikiem Święcina, próbował uciszyć wyrzuty sumienia. W tragicznych okolicznościach stracił już wiele osób, sam zabijał, lecz ta świadomość wcale nie pomagała mu pogodzić się z tym, że nie zdołał zapobiec śmierci Mikołaja.

A co, jeżeli będzie tak zawsze? Jeżeli nie mam wpływu na to, czy ktoś umrze, czy nie?

Potrząsnął głową, usiłując odpędzić ponure myśli.

Kiedy dotarł na miejsce, pokrótce streścił Henrykowi przebieg spotkania z sołtysem, a potem zaczął się pakować.

– Dziękuję ci za pomoc – powiedział, stając w drzwiach ze swoim workiem. – Gdyby nie ty… – Pokręcił głową.

– Trzymaj się, zobaczymy się później. – Mężczyzna jak zwykle był konkretny i mało wylewny.

Hubert osiodłał Mokkę, przerzucił przez siodło worek i wskoczył na grzbiet klaczy.

– Będzie dobrze, zobaczysz – obiecał zwierzęciu.

Przed południem zaprowadził kobyłę do stajni Maciejaka i poprosił mężczyznę, żeby się nią zaopiekował. Stary pijak mruczał pod nosem, że nie ma czasu, ale klacz przyjął.

– Wreszcie jestem w domu. – Hubert rzucił się na łóżko, wzbijając w górę tumany kurzu z pościeli. – Trzeba jeszcze tylko wszystko naprawić.

Kilka ubrań, które zabrał, wrzucił do jednej szafy, a drugą przeznaczył na broń. Na półce ułożył pepeszę, siatkę pełną naboi, kilka granatów i osobno zapalniki do nich. Jego wzrok padł na szafkę nocną, na której kiedyś trzymał zdjęcie rodziny. We śnie – w poprzednim życiu? – zostawił je, gdy wyruszył do Poznania, skąd nigdy już nie wrócił. Teraz fotografia została w domu Alberta w Dąbrówce. Tak samo jak demonologia. Hubert znów poczuł złość na samego siebie, że zapomniał o książce. Gdyby teraz pokazał ją Izie, dziewczyna nigdy nie wpadłaby na pomysł straceńczej wyprawy do biblioteki. Niedbale rzucił na szafkę woreczek z zębami demonów, których miał już pokaźną kolekcję.

Za pięć dwunasta przypomniał sobie o pogrzebie. W biegu zapinając bluzę od munduru, popędził do kościoła i stanął z tyłu, obok Henryka.

Nikt nie zaprosił nowego na stypę, więc po pogrzebie wrócił do domu i zabrał się do porządków. Szorował właśnie blaty szafek, kiedy rozległo się pukanie i zanim zdołał zareagować, do kuchni wmaszerowała Iza.

– Mam iść z tobą na patrol i wszystko ci pokazać – powiedziała, jasno dając do zrozumienia, że mogłaby się zająć czymś ciekawszym.

Hubert wiedział jednak, że to poza. Iza zgrywa twardą, lecz tak naprawdę jest bardzo opiekuńcza. Uśmiechnął się do niej szeroko, założył pas z coltem i razem ruszyli w kierunku stajni Maciejaka.

Dziewczyna była wyraźnie zdziwiona, że już załatwił dla swojej klaczy miejsce w przytulnym boksie, tuż obok jej wałacha, Hermesa, ale nie skomentowała tego.

Jechali stępa przez wieś. Iza opowiadała Hubertowi o mieszkańcach i tym, co gdzie się znajduje, ale on przecież to wszystko wiedział. Słuchał jej więc tylko jednym uchem, rozglądając się ciekawie.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – naskoczyła na niego w pewnej chwili, kiedy wyjechali za bramę.

– Co mówiłaś? Bo się zamyśliłem. – Odwrócił głowę w jej stronę.

Aż zagotowała się ze złości.

– Pytałam, czy w okolicy może pojawić się jeszcze jakaś strzyga – cedziła słowa powoli i wyraźnie.

– Aa, strzyga… Nie wydaje mi się. Są bardzo terytorialne.

– Słucham?

– Strzygi wyznaczają sobie duże obszary łowieckie i nie pozwalają innym osobnikom na nie wchodzić, z wyjątkiem tych krótkich chwil, kiedy łączą się w pary – wyrecytował.

Iza zamrugała i zmarszczyła brwi.

– Jak to: łączą się w pary? – zapytała w końcu.

– Normalnie. Nie będę przecież udzielał ci lekcji biologii.

– Ale strzyga ze strzygą?

– Nie, ze strzygoniem – poprawił ją, ciężko wzdychając.

– A jak taki strzygoń wygląda?

Zainteresowała się tak bardzo, że na chwilę porzuciła pozę gniewnej strażniczki.

– Uwierz mi, że nie chcesz wiedzieć – odparł.

Ja też nie chciałbym wiedzieć, pomyślał gorzko.

Iza zapatrzyła się w dal i przez dłuższy czas jechali w milczeniu, aż dotarli na niewielką polanę, gdzie pasło się stadko owiec. Wszystkie miały jeszcze długą wełnę, lecz już niedługo miało się odbyć strzyżenie, zatem kobiety czekało mnóstwo pracy przy praniu, gręplowaniu i przędzeniu.

W Dąbrówce nie hodowano owiec, wełnę, z której robiono swetry, szaliki i czapki, kupowano od mieszkańców Orlej.

Iza rozsiodłała konia i pozwoliła mu paść się na zielonej trawie. Hubert po chwili zrobił to samo co dziewczyna.

Usiedli na ziemi, patrząc na wierzchowce. Mokka się położyła i z lubością zaczęła tarzać się w trawie. Słońce świeciło wysoko nad horyzontem, wiosenne, zielone liście pobliskich drzew drżały na lekkim wietrze.

Wracając do wsi, zahaczyli o pasiekę, gdzie w równych rzędach stały kolorowe ule, na które Hubert patrzył z zazdrością. Gdy przebywał w Święcinie w tym innym życiu, nie zwrócił na nie uwagi, ale teraz wiedział, jak ważne są pszczoły. Miód lubił przecież prawie każdy, szczególnie kiedy trudno było o cukier, z wosku robiono świece, a kitu pszczelego, zwanego propolisem, używano na rany i oparzenia, ze względu na jego silne właściwości bakteriobójcze. W Dąbrówce mieli zaledwie kilkanaście uli.

– Funkcję naszego bartnika pełni Rafał – odezwała się Iza. – Jeszcze go nie widziałeś.

Hubert z uśmiechem pokiwał głową. Zakończyli patrol, zajęli się końmi i prosto ze stajni udali się do piwnicy szkolnej. Przeszli chłodnym i wilgotnym korytarzem z niskim, popękanym stropem i ścianami niegdyś pomalowanymi na beżowo. Minęli zamknięte drzwi od rupieciarni i weszli do ciemnego, niedużego pomieszczenia. Dwa małe okienka pod sufitem wpuszczały niewiele światła. Hubert z tkliwością wpatrywał się w stojące w nieładzie krzesła i ławki, a pod ścianą zauważył drewnianą skrzynkę. Zajrzał do środka i zobaczył równo poukładane opakowania z nabojami.

– Skąd je macie? – zapytał.

– Co? Naboje? – Iza spojrzała na niego. – A różnie. W okolicznych wioskach było paru kłusowników. Wiesz, przed wojną nikt się specjalnie nie chwalił, że kłusuje, i po zarazie trzeba było porządnie przeszukać wszystkie domy. No i mój ojciec zorganizował kilka wypadów na posterunki policji. W jednym magazynie znaleźli skład różnych karabinów, pistoletów i amunicji, pewnie skonfiskowanej jakiemuś entuzjaście broni palnej. Stamtąd mam mojego browninga.

– A nowe produkujecie?

– Pewnie. Henryk przywiózł z jakiegoś magazynu mnóstwo spłonek, a proch bierze ze starej amunicji artyleryjskiej. Trzyma ją… zresztą nieważne – zmitygowała się, nie chcąc zdradzać mu zbyt wielu szczegółów. – W każdym razie używamy amunicji bardzo oszczędnie. Na polowania do lasu zazwyczaj chodzi jedynie Stanisław, który dwa razy się zastanowi, zanim strzeli. Trochę naboi trzymamy też w stróżówce, na wszelki wypadek. A poza tym większość broni cywilów to zwykłe straszaki. Dlatego każdy chodzi z nożem.

Hubert pokiwał głową. Kiedyś, gdy zobaczył Henryka z maczetą, myślał, że ten się popisuje, teraz wiedział, że była to forma oszczędności.

Zamknął skrzynię i zerknął na niedbale nabazgrany na kawałku tektury kalendarz, aż w końcu zatrzymał wzrok na tablicy, na której wypisano kredą grafik pełnienia dyżurów.

– Przejmiesz warty Mikołaja. – Iza wyrwała go z zamyślenia.

Podeszła do tablicy i z każdej kolumny wymazała gąbką imię młodego strażnika. Hubert zauważył, że zaciska przy tym zęby i stara się nie okazywać emocji.

– Przepraszam – odezwał się.

– Za co? – Odwróciła się do niego, mrugając powiekami.

– Że nie zdołałem go uratować.

– Gdyby nie ty, zginąłby również Andrzej – powiedziała. – Nie masz za co przepraszać.

I choć starała się ukryć swoje uczucia, wydawało mu się, że jednak ma do niego żal. Hubert pojawił się znikąd, a wraz z nim strzyga, która zabiła strażnika.

Ledwie Iza zdążyła wpisać jego imię w wolne miejsca kalendarza, do piwnicy przyszli Stanisław i Marek. Dziewczyna oficjalnie przedstawiła im nowego strażnika, a Sierpień uśmiechnął się do starych znajomych. Stanisław, potężny mężczyzna koło sześćdziesiątki, mocno uścisnął mu dłoń i powiedział, że z radością wita go w Święcinie. Marek nie był podobnie wylewny. Tylko skinął mu głową.

Wieczorem, gdy Hubert leżał we wciąż niewywietrzonej pościeli i wpatrywał się w znajomy ciemny sufit, zaczął się zastanawiać nad wydarzeniami z kilku ostatnich dni.

Został ranny, trafił do domu Jurka, nauczyciela historii, ale potem wszystko zaczęło iść na opak. To nie Iza go znalazła, a strzyga zaatakowała, kiedy jeszcze mieszkał u Henryka, i zginął nie ten mężczyzna, który miał zginąć.

– Pozmieniałem wszystko – mruknął.

Zresztą jak mógł nie pozmieniać, skoro nie był już tym samym człowiekiem? Zrobiło mu się przykro, kiedy zdał sobie sprawę, że to właśnie tamtego nierozgarniętego chłopaka tak wszyscy polubili. W tej wersji nawet jego najbliższym trudno było go znieść. Nie był pewien, czy w Święcinie wykażą się większą tolerancją.

Rozdział II

Tak jak Hubert przypuszczał, większość mieszkańców osady odnosiła się do niego z uprzejmą rezerwą, co powoli zaczynało doprowadzać go do furii. Miał też wrażenie, że cokolwiek robi, zawsze w pobliżu jest Iza, jakby wciąż go pilnowała, niepewna jego intencji.

Marika jako jedna z niewielu zachowywała się tak jak kiedyś. Gdy po raz pierwszy zobaczyła go na drodze, od razu podeszła, uśmiechając się szeroko. Miała na sobie kwiecistą sukienkę, a długie, jasne włosy związała w niedbały kok. Przedstawiła się, a podczas rozmowy rzucała mu powłóczyste spojrzenia. Hubert po raz drugi uległ jej czarowi. Młoda nauczycielka roztaczała wokół siebie spokojną i przyjazną aurę. W jej towarzystwie człowiek zapominał o wojnie, zarazie i demonach.

Pod tym względem jest taka sama jak Beata, pomyślał z tęsknotą.

– A może miałbyś ochotę na coś słodkiego? – zaproponowała, wyrywając go z zamyślenia, i zanim się obejrzał, siedział u niej w bibliotece z kolorowym talerzykiem pełnym ciastek.

Dziewczyna przez cały czas uśmiechała się promiennie i o czymś opowiadała, ale Hubert szybko przestał jej słuchać. Bibliotekę, która stała się kryjówką Mariki przed złym światem, dokładnie wysprzątano, na ścianach wisiały rysunki dzieci, a w oknach śnieżnobiałe firanki, na szafkach zaś stały równo poukładane różne figurki. Na regałach z książkami nie było ani drobinki kurzu. Chłopak w znoszonym mundurze, z ubłoconymi butami i brudnymi dłońmi wcale nie powinien czuć się tu na miejscu, a jednak było mu tutaj dobrze i najchętniej wcale by stąd nie wychodził.

I pomyśleć, że zaledwie piętro niżej jest zimna i brudna piwnica strażników.

Wtem do biblioteki weszło dwóch uczniów, którzy oświadczyli, że mają problem z pracą domową, i czar nagle prysł.

– To ja już się zbieram – powiedział Hubert, wstając z fotela.

– Wpadnij do mnie jeszcze kiedyś – odparła z uśmiechem Marika.

Już zapomniał, że jako nowy, młody mieszkaniec osady, może być łakomym kąskiem dla tutejszych panien. Ale doskonale pamiętał, jak skończył się jego krótki i nieudany związek z Mariką.

Trzeba będzie trzymać ją bardziej na dystans, postanowił.

Pewnego chłodnego popołudnia, gdy miał wolne, a za oknem siąpił deszcz, Hubert postanowił zrobić w końcu to, do czego zabierał się już od dawna. Od kogoś ze wsi pożyczył małe ręczne wiertełko, przygotował cienki, ale mocny sznurek, i wysypał na stół zęby demonów.

Przez chwilę zastanawiał się, w jakiej kolejności nawlekać je na linkę. W końcu zdecydował się na chronologię.

Był w połowie pracy, kiedy usłyszał pukanie do drzwi.

– Proszę! – krzyknął.

– Cześć. – Do kuchni weszła Iza. – Przyszłam cię skontrolować.

– Tak? Czy aby nie planuję zamordować w nocy połowy wsi? – skomentował z sarkazmem.

– Mniej więcej. – Usiadła przy stole. – Co to? Naszyjnik robisz?

– Można tak powiedzieć.

– Skąd masz te zęby? – zapytała, biorąc do ręki wielki kieł zaatakowany przez próchnicę.

– Upolowałem. To należało do biesa – wyjaśnił, przypominając sobie, jak wraz z Pawłem i innymi mężczyznami osaczyli demona w świerkowym młodniku niedaleko Kamiennej. – Bestia była wredna. A ten – wskazał inny ząb – dawno temu zostawił mi na pamiątkę to.

Podwinął rękawek koszulki, ukazując długą i grubą szramę.

– Nieźle. – Iza pokiwała głową. – A te malutkie?

– Te są boruty, takiego małego, wrednego demona. Obstawiam, że czaszka uciska mu mózg, bo zachowuje się jak szalony.

– Ten jest chyba stosunkowo świeży? – Wzięła do ręki inny mały kieł.

– To… – zająknął się. – Dziki Gon.

– Dzikie co? – Spojrzała pytająco.

– Chcesz się czegoś napić? – Zerwał się z krzesła i zabrał do rozpalania ognia w kuchence.

Nie miał ochoty na wynurzenia. Musiałby opowiedzieć dziewczynie, jak zawędrowali do starego grodziska, gdzie zaatakowały ich tabuny demonów; każdy – oprócz Huberta – odniósł wówczas jakieś rany, nawet Zuza, a Sylwester Berda zginął.

Iza przypatrywała mu się uważnie, gdy wkładał do kubków liście mięty, które zerwał poprzedniego dnia nad jeziorem. Po kuchni rozszedł się przyjemny, intensywny zapach.

– A więc rzeczywiście polujesz na demony?

Wzruszył ramionami. Mieszkańcy Dąbrówki chętnie wynajmowali jego, Ernesta i Michała do pozbywania się bestii; w zamian tropiciele otrzymywali pszenicę, sadzonki, nasiona, wełnę, usługi kowalskie, weterynaryjne, a nawet dentystyczne.

– Jak trzeba… – odparł.

– A skąd tyle o nich wiesz?

– Obserwowałem, nauczyłem się, przeczytałem…

– Gdzie?! – Poderwała się z krzesła.

– W demonologii słowiańskiej.

Iza była wyraźnie poruszona. Oparła się dłońmi o blat stołu i nieznacznie pochyliła w jego stronę.

– Wiedziałam, że te książki istnieją! – Oczy jej się zaświeciły. – Gdzie masz swoją?

– No… nie mam jej przy sobie.

– A gdzie ona jest?

– Została na Pomorzu.

Entuzjazm Izy przygasł. Z powrotem opadła na krzesło.

– Wiesz, że jeszcze niedawno w pobliżu Święcina nie uświadczyłbyś żadnego demona? – odezwała się po chwili ponuro.

Hubert pokiwał wolno głową. To okolice Dąbrówki były idealnym siedliskiem dla potworów.

Zaparzył herbatę i postawił dwa parujące kubki na stole, odsuwając wszystkie zęby na bok.

– Wiesz… – odezwała się Iza, nie odrywając wzroku od kłów. – Wciąż nie mogę cię rozszyfrować. Jesteś albo niesamowitym człowiekiem, albo zwykłym wariatem.

Hubert się uśmiechnął.

– Wolę tę pierwszą opcję, choć rzeczywiście ludzie często mi mówią, że jestem nienormalny. Sam nie wiem dlaczego – dodał niewinnym tonem.

Od rana Hubert pełnił z Markiem wartę przy bramie. Chłopak próbował zagadywać starszego strażnika, ale ten albo odpowiadał półsłówkami, albo udawał, że w ogóle go nie słyszy.

W końcu zniechęcony Sierpień zaczął się przechadzać w poprzek drogi. Kwietniowe słońce grzało lekko, co było miłą odmianą po zimnej nocy. Hubert wystawił twarz do promieni, gdy podeszła do nich dziewczyna, na której widok uśmiechnął się szeroko.

– Cześć, tato – przywitała Marka. – Mama przesyła ci kompot i ciasto.

Zerknęła na Huberta, za co ojciec zgromił ją spojrzeniem.

– Dziękuję. – Wziął od niej dzbanek i przykryty ściereczką talerz. – Możesz już iść.

Zawiedziona dziewczyna odwróciła się i odeszła.

– Sympatyczna ta twoja córka – wyrwało się Hubertowi. Marek spojrzał na niego krzywo, może nawet z wrogością.

– To znaczy: wydaje się miła – poprawił się Hubert, ale zamilkł, gdy Marek jeszcze bardziej przymrużył oczy. Zapadła krępująca cisza, którą starszy strażnik przerwał dopiero po kilku minutach.

– Skąd masz tę pepeszę? – zapytał, wskazując brodą na broń chłopaka opartą o ławkę.

– Dostałem ją od… od dziadka. Jeszcze przed wojną trzymał arsenał zabytków na strychu, a w garażu dziurawy kanister pełen ostrej amunicji. Miałem też kałasznikowa – westchnął – ale zabrali mi go, jak na mnie napadli.

– Ty chyba przyciągasz kłopoty, co? – zapytał Marek już bardziej przyjaznym tonem.

Po warcie Hubert zabrał się do generalnych porządków w domu. Wyczyścił westfalkę w kuchni i piec kaflowy w dużym pokoju. Zajrzał do piwnicy, gdzie znajdował się piec, przyjrzał się wszystkim rurom, które kończyły się w najróżniejszych, dość nieoczekiwanych miejscach na górze. Chłopak już wiele razy widział podobne urządzenia w starych domach. Kiedyś, gdy stawiali je Niemcy, większość budynków miała centralne ogrzewanie. Lecz potem nadeszła armia rosyjska, właściciele domów musieli uciekać, na ich miejsce zaś przesiedlono rodziny, które często nie miały pojęcia, na jakiej zasadzie działa takie ogrzewanie. Kaloryfery i zbiorniki wyrównawcze zostały wyrzucone, a zamiast nich postawiono piece kaflowe, z których korzystano aż do teraz. Może pewnego dnia Hubert znajdzie czas i materiały, żeby uruchomić dawne ogrzewanie.

Wąskimi i chybotliwymi schodami wspiął się na strych i ocenił deski na podłodze. Wiele z nich było spróchniałych. Jeżeli chciał zamieszkać tu na stałe, będzie musiał włożyć dużo pracy w naprawę całego domu. Tylko czy naprawdę chciał tu zostać? Z dala od rodziny i przyjaciół z Dąbrówki?

Od siedmiu lat marzył, że kiedyś odnajdzie Święcino, lecz rzeczywistość okazała się daleka od ideału. Miejscowi wciąż traktowali go jak obcego. Nie był jednym z nich. Nie wiedzieli, co o nim myśleć, więc go ignorowali. Nikt go nie odwiedzał – chyba że odwiedzinami nazywać kontrole przeprowadzane przez Izę – ani nie zapraszał do siebie. Wcześniej też nie od razu zdobył sympatię miejscowych, lecz teraz miał wrażenie, że okres przejściowy trwa zbyt długo.

Z ciężkim westchnieniem założył pas z coltem i bagnetem, a potem wyszedł na dwór. Większość ludzi pracowała w ogródkach czy w polu. Dzieciaki bawiły się na drodze.

Hubert od razu skierował się do stajni Maciejaka.

– Cześć. – Machnął ręką do Brunona, który pakował gnój na taczkę.

Potężny mężczyzna lekko skinął głową. On też odnosił się do przybysza z dużo większą rezerwą niż kiedyś.

Sierpień wzruszył ramionami i podszedł do boksu Mokki. Klacz zarżała cicho na jego widok.

– Co słychać, grubasie? – zapytał czule. Mokka parsknęła z urazą. – A co powiesz na przejażdżkę?

Kilka minut później galopowali pokrytą kurzem drogą; Mokka przyspieszyła do cwału, a Hubert jej nie zatrzymywał.

Zapuścili się daleko w las. Sierpień wdychał głęboko do płuc czyste powietrze przesączone zapachem sosen. Małe gałązki smagały go po twarzy, ziemia uciekała spod kopyt klaczy. Przez drogę przebiegło kilka łań, a na samym końcu jednym susem przesadził ją młody jelonek.

Mokka zatrzymała się gwałtownie, niemal zrzucając Huberta z siodła.

– Co ty wyprawiasz?! Chcesz mnie zabić? – wyrzucał jej, zsuwając się z końskiej szyi na siodło.

Co tak przestraszyło zwierzęta? – zastanowił się.

Spojrzał w stronę, skąd uciekały, zrobił głęboki wdech i zaczął nasłuchiwać. Jednak żaden potwór nie czaił się w cieniu drzew. Na wszelki wypadek zboczył z drogi i pokłusował kawałek w las, lecz nie zauważył tam nic podejrzanego. Przecież nie tylko demony płoszą zwierzęta, do tego wystarczy dziki pies.

W drodze powrotnej skręcił w wąską ścieżkę prowadzącą do domu Henryka. Czy naprawdę minęły już trzy tygodnie, odkąd jechał ledwie żywy, mając nadzieję, że Święcino to nie były jedynie urojenia? Wydawało mu się, jakby od tego czasu minęły całe wieki.

Byłego wojskowego zastał przy rąbaniu drewna. Hubert zeskoczył z klaczy, rozsiodłał ją i puścił luzem.

Okolica wyglądała na bezpieczną.

– Co słychać? – zapytał Henryk. Hubert wzruszył ramionami.

– Nie ma w okolicy żadnych demonów do upolowania? – zażartował gospodarz.

– Żadnego nie widziałem.

Mężczyzna otarł wierzchem dłoni pot z czoła.

– Co miejscowi na to, że ot tak sobie wyjeżdżasz ze wsi? – zagadnął.

– A co niby mieli powiedzieć? – zdziwił się Sierpień.

– Nie zauważyłeś, że panicznie się boją opuszczać osadę?

Hubert myślał przez chwilę. Święcino było otoczone ostrokołem, a później przecież mieli zbudować palisadę, żeby odgrodzić się od lasu. Ludzie wychodzili jedynie na pole, a na grzyby czy jagody szli w towarzystwie co najmniej jednego strażnika. W Dąbrówce przywykł do zupełnie innego życia.

– Tam, gdzie mieszkałem, osada w ogóle nie była ogrodzona – odezwał się w końcu. – Tylko wokół gospodarstw ludzie mieli płoty. Nie baliśmy się tak bardzo wypraw do lasu.

– Może nie mieliście tylu demonów?

Hubert uśmiechnął się pod nosem.

– Uwierz mi, że nasze lasy się od nich roją.

W następnych dniach zawalił się dach domu Maciejaka. Kiedy tylko Hubert o tym usłyszał, zgłosił się na ochotnika do naprawy. Tak samo Henryk. Pracowali szybko i w milczeniu.

Gdy przybijali deski stropowe, z nieba lał się żar. Sierpień zdjął koszulkę. Odsłonił bliznę po biesie i świeże zadrapania na plecach zostawione przez strzygę.

– Jeszcze ta deska i przerwa – zarządził Henryk.

Szybko przybili łatę, po czym Hubert usiadł na niej i jedną nogę zwiesił luźno.

– A umiałbyś skonstruować kuszę? – zagadnął.

– Kuszę? A na co ci kusza? – zdziwił się Henryk.

– Tylko pomyśl – mówił tamten, machając nogą. – Kusza jest celniejsza niż łuk, ma dużo większy zasięg, jest cicha i…

– I jednostrzałowa – wytknął były wojskowy.

– I mało widoczna; to znaczy w nocy nie powoduje takiego błysku jak broń palna. Wymarzona do cichych akcji dywersyjnych.

– A gdzie ty chcesz dywersję przeprowadzać? – zainteresował się Henryk.

– Tego jeszcze nie wiem, ale o tej kuszy zacząłem myśleć już dawno. Sam jednak w życiu nie potrafiłbym takiej zrobić.

Mężczyzna zastanowił się chwilę.

– Z drewnianą kolbą nie byłoby problemu – odezwał się. – Gorzej z łuczyskiem i mechanizmem spustowym. I nie mam pojęcia, z czego moglibyśmy zrobić cięciwę…

Hubert zasępił się, gdyż było jeszcze jedno zadanie, z którym kusza mogłaby poradzić sobie dużo lepiej niż broń palna. Kula wystrzelona z pistoletu jedynie wbije się w worek z piaskiem, podczas gdy bełt z kuszy jest w stanie go przebić. A jeżeli porówna się worek z piaskiem do twardej skóry strzygonia, to…

– Aniu! – zawołał nagle Henryk, spostrzegłszy zbliżającą się dziewczynę. – Przynieś nam, proszę, trochę wody!

Córka Marka kiwnęła głową. Wróciła po kilku minutach z dwiema plastikowymi butelkami wypełnionymi chłodną wodą ze studni. Hubert najpierw zszedł kilka stopni po drabinie, a potem zeskoczył i uśmiechnął się szeroko do dziewczyny.

– To ja już pójdę – mruknęła zawstydzona i szybko odeszła.

– Dzięki! – krzyknął za nią i rozczarowany wrócił na drabinę.

Podał butelkę Henrykowi, po czym obaj usiedli na szkielecie nowego dachu.

– Mam wrażenie, że Marek zabronił jej się do mnie odzywać – westchnął Sierpień.

– Dziwisz się? To jego jedyna córka. Gdybym miał własną, zabroniłbym jej zbliżać się do ciebie na krok.

– Poważnie? – Hubert był zdezorientowany, jednak po chwili zobaczył szelmowski uśmiech Henryka. – Daj spokój, mówię serio – mruknął.

– Nie przejmuj się, pozwól Markowi przekonać się do ciebie.

Następnego dnia po południu Hubert pojechał na konny patrol z Izą. Słońce mocno prażyło, choć dopiero zaczął się maj.

– A może zakończymy objazd nad jeziorem? – zaproponował młody tropiciel, kiedy sprawdzili większość ziem należących do Święcina. – Konie się wykąpią. Ten twój Hermes jest strasznie ubłocony.

– Twoja klacz bardziej.

– To ścigamy się, kto pierwszy nad brzegiem! – krzyknął i ścisnął Mokkę łydkami.

– Przestań się wydurniać! – zawołała za nim Iza, lecz gdy nie zareagował, czym prędzej popędziła swojego konia.

Hubert obejrzał się i z zadowoleniem stwierdził, że dziewczyna podjęła wyzwanie. Pozwolił jej więc trochę się do siebie zbliżyć, jednak gdy dzieliło ich niecałe dziesięć metrów, znów zmusił swoją klacz do szybszego galopu.

– Pierwszy! – krzyknął, zatrzymując się nad brzegiem.

– Oszukiwałeś! – zaprotestowała Iza.

Ruszyli stępem wąską ścieżką prowadzącą wzdłuż jeziora. Z jednej strony otaczał ich gęsty bukowy las, a z drugiej wysokie trzciny. W cieniu panował przyjemny chłód.

W końcu wyjechali na porośnięty trawą szeroki brzeg jeziora. Woda była przejrzysta, a dno piaszczyste.

– Dzieciaki często przychodzą tu się kąpać – powiedziała Iza, kiedy rozsiodływali konie.

– Ładny brzeg – rzucił Hubert, przesuwając wzrokiem po nieporuszonej tafli jeziora.

Kiedyś zaatakował go tu topielec, lecz teraz woda wydawała się spokojna.

– Jednak nie jestem pewien, czy powinniście przychodzić tu z dziećmi – mruknął po chwili, odwracając się do Izy.

– Niby dlaczego?

– W takich jeziorach mogą kryć się topielce.

Dziewczyna zmarszczyła brwi, lustrując wzrokiem okolicę.

– Dzieci zawsze są pod opieką jednego dorosłego i co najmniej jednego strażnika – wyjaśniła. – A poza tym wyobrażasz sobie, że mielibyśmy przestać czerpać wodę z jeziora albo zabronić ludziom kąpać się tu latem?

– Po prostu bądźcie ostrożni – poprosił. Wiedział, że będzie musiał znaleźć i zabić tego demona.

Puścili konie luzem, a sami usiedli na miękkiej trawie. Topielce, Hubert to wiedział, nie wychodziły z wody, tu więc byli bezpieczni.

– Uwielbiam takie dni – westchnęła Iza, wystawiając twarz do słońca.

Przyglądał się jej przez chwilę w milczeniu. W takich momentach zapominał, jak tragicznie skończyła się kiedyś jego przygoda w Święcinie. Nie mógł uwierzyć, że widział śmierć Izy.

– Co jest? – zapytała, odwracając głowę w jego stronę.

– Eee… nic. – Speszył się, że został przyłapany na tym, jak ją obserwował. – Kiedy spotkałaś swojego pierwszego demona? – zapytał, by zmienić temat.

– Pierwszego demona? Niech pomyślę – zastanowiła się. – Słyszałam o potworach wiele lat temu, ale nikt nie chciał w nie wierzyć. Ludzie nie potrafili zaakceptować, że takie bestie istnieją. Byłam wtedy na swoim pierwszym szabrze, jakieś trzy lata temu. Uprosiłam ojca, aby pozwolił mi jechać ze starszymi strażnikami, bo w końcu co mogło się stać? Wracaliśmy już do Święcina i rozbiliśmy na noc obóz w lesie. Przez cały wieczór słyszeliśmy pogwizdywania i nie wiedzieliśmy, co to takiego. Wtedy Adam się zniecierpliwił, wziął pochodnię i poszedł sprawdzić, a potem usłyszeliśmy jego krzyk. Wszyscy chwycili broń i pobiegli mu na pomoc. Henryk kazał mi zostać przy ognisku, ale ruszyłam za nimi. Demon zeskoczył z drzewa na Adama. Na szczęście nie zdążył zrobić mu krzywdy, przepłoszyło go światło pochodni. Do tej pory pamiętam dokładnie, jak wyglądał. Był nie większy niż dziecko, miał wielką głowę, duże oczy i patykowate kończyny. Kiedy zaczęli do niego strzelać, skulił się, a potem uciekł w głąb lasu. Byliśmy przerażeni. Z trudem wierzyliśmy własnym oczom. – Zaśmiała się lekko. – A teraz? To coś normalnego.

– Mieliście szczęście, że trafiliście na leszego – powiedział Hubert. – W gruncie rzeczy nie jest aż taki groźny.

– Leszy? – powtórzyła Iza. – Tak się nazywa?

– W moich stronach tak na niego mówimy – przytaknął. – I tak został nazwany w demonologii. Łatwo go rozpoznać po tym, jak gwiżdże.

– A twój pierwszy demon? – zapytała.

– Hmmm – zamyślił się. Tyle ich było, ale tego pierwszego nigdy nie zapomni. Był to stwór, który zaatakował go w piwnicy jego dawnego domu pod Poznaniem. Jednak to wspomnienie należało do jego poprzedniego życia, więc nie chciał do niego wracać. – Wydarzyło się to dwa lata po ostatniej wojnie.

– Tak szybko? – zdziwiła się.

– Coś rozszarpało w lesie naszego sołtysa. Nikt nie chciał mi wtedy uwierzyć, że to demon. Szukaliśmy śladów, ale nic nie znaleźliśmy. Dopiero jakiś czas później, kiedy byłem sam w lesie i przysiadłem na polnym głazie, coś wielkiego się na mnie rzuciło…

– Naprawdę? – szepnęła dziewczyna.

– Uhm. Miałem wtedy więcej szczęścia niż rozumu. Kiedy wielki gadzi pysk usiłował dobrać mi się do gardła, wolną ręką chwyciłem kamień i utłukłem potwora. Zrobiłem mu papkę z mózgu, a potem zawlokłem do wsi, żeby pokazać innym.

– Nieźle. I co powiedzieli?

– Zastanawiali się, czy to jakiś okaz nie uciekł z zoo.

Iza wybuchła śmiechem.

– Pewnie sprowadzili go zza oceanu, bo wiesz, tam takie bestie żyją – zażartowała.

– A potem trafiłem z kumplami na strzygę, ale udało nam się ją zabić, bo była młoda. Z dorosłą nie mielibyśmy wtedy szans.

– I dziwić się ludziom, że wołają na ciebie… jak? „Łowca demonów”? – podsumowała.

– W domu mówili „tropiciel”, ale tak naprawdę prawie nigdy nie kończyło się na samym tropieniu. I w sumie „łowca” bardziej mi się podoba. – Uśmiechnął się.

– Mój drugi demon z kolei to były jakieś błędne ogniki. Widziałam je o zmierzchu na bagnach. Wyglądały niesamowicie i teraz mogę już uwierzyć, że skłaniają wędrowców do schodzenia ze szlaków.

Hubert już chciał jej wyjaśnić, jak wyglądają błędne ogniki z bliska, ale nagle poczuł lekki odór. To była woń demonów. Po chwili usłyszeli czyjś krzyk oraz głośny plusk wody w jeziorze.

Spojrzeli po sobie, po czym zerwali się z trawy i popędzili wąską ścieżką, którą przybyli. Iza pierwsza wskoczyła na drewniany pomost ukryty w trzcinach. Zatrzymali się na jego końcu, gdzie stał fotel rybacki i leżało kilka wędek.

Rozejrzeli się po jeziorze, ale nic nie zobaczyli.

– Tam! – Hubert wskazał miejsce oddalone o niecałe dwa metry od pomostu. W toni toczyła się walka.

Wyszarpnął z kabury pistolet i wcisnął go Izie.

– Jakby co, strzelaj! – krzyknął i wskoczył do wody. Stopami odepchnął się od dna, popłynął pod wodą i zobaczył szamoczącego się człowieka. Wynurzył się, żeby zaczerpnąć powietrza, a potem znów zanurkował, wyjmując z pochwy bagnet. Woda mocno ograniczała widoczność, lecz po chwili dostrzegł, że mężczyzna został unieruchomiony przez jakiegoś potwora, który trzymał skraj kamizelki nieszczęśnika. Hubert ciął nożem długą, kościstą łapę, a gdy zwolniła uchwyt, pomógł niedoszłej ofierze wypłynąć na powierzchnię. To był Bartek, wędkarz, który kiedyś uratował Huberta.

Sierpień, wciąż oglądając się za siebie i spodziewając się w każdej chwili ataku, pomógł Bartkowi dopłynąć do brzegu. Iza wyciągnęła go z szuwarów. Mężczyzna padł na kolana, odkrztuszając wodę.

Hubert stanął w wodzie po pas z nożem bojowo zaciśniętym w dłoni.

– Gdzie jesteś, cholero jedna?! – wrzasnął, ale woda pozostawała spokojna.

Nie wyczuwał już demona.

– Co to było? – zapytała Iza, kiedy wrócił na brzeg.

– Przeklęty topielec. Ciąłem go i się schował – odparł. – Co z nim? – Zerknął na wędkarza.

Mężczyzna siedział na ziemi, oparty o pień drzewa, i oddychał ciężko.

– Chciał… mnie… utopić – wysapał.

– Jak to topielce mają w zwyczaju.

– Niech go szlag… – jęknął.

– Zaprowadźmy go do domu. – Hubert zerknął na Izę. Pomogli Bartkowi wstać i ruszyli wąską ścieżką w stronę polany, gdzie czekały na nich konie. Kiedy dotarli do osady, odprowadzili niedoszłą ofiarę topielca do domu, a sami udali się do stajni. Choć oboje byli przemoczeni, najpierw zadbali o zwierzęta.

– Jak się przebierzesz, może wpadniesz do mnie pogadać? – zaproponował Hubert, kiedy szli przez wieś powoli pogrążającą się w mroku.

Iza zawahała się, jednak ciekawość i chęć porozmawiania o demonie zwyciężyły.

– Będę za kwadrans – obiecała, gdy rozstali się na skrzyżowaniu.

Sierpień poczuł przenikliwe zimno i zaczęły nim wstrząsać dreszcze. Przyspieszył więc kroku, żeby szybciej znaleźć się w domu. Niestety, tam również panowały chłód i ciemność. Zrzucił mokre ubranie, włożył suche i drżącymi z wychłodzenia palcami spróbował rozpalić w piecu kaflowym.

Iza przyszła, gdy za żeliwnymi drzwiczkami zamykał buzujący ogień.

– Zimno tutaj – sapnęła, przykładając dłonie do ciepłych kafli.

Usiadł obok niej, żeby również się ogrzać. Pomijając nieszczęsny incydent w domu Henryka, kiedy ogłuszyła go garnkiem, Hubertowi nie zdarzyło się być tak blisko niej. Serce zabiło mu szybciej. Pomyślał, że wystarczyłoby lekko wyciągnąć rękę, aby objąć dziewczynę. Jednak ani drgnął, wiedząc, że za takie zachowanie znów mógłby od Izy oberwać.

– Jutro rano będzie zebranie w piwnicy – przerwała milczenie. – Musimy powiedzieć o tym topielcu.

Pokiwał głową, wciąż drżąc z zimna.

– Miałeś rację – przyznała. – Skąd wiedziałeś, że ten topielec tam będzie?

– Przeczucie… – Wzruszył ramionami. – To częste w akwenach. Nie martw się, coś poradzimy – obiecał.

– Co wiesz o topielcach?

– Wiem, jak je zabić.

– Jak? – zainteresowała się.

– Przede wszystkim potrzebujemy kuszy, jak na szczupaki. Ktoś ma taką w wiosce?

– Nie wiem. I co? Tak po prostu pójdziesz nad jezioro i będziesz czekał, aż potwór do ciebie podpłynie?

– Nie. – Pokręcił głową z uśmiechem. – Topielce są cwane, skusi je tylko żywa przynęta.

– Chyba nie mówisz serio? – zapytała, poważniejąc.

– Jak najbardziej serio. – Puścił do Izy oko.

– Ty naprawdę jesteś nienormalny.

Z samego rana w swojej kwaterze zebrali się prawie wszyscy strażnicy, a także Henryk i sołtys.

– Bartek mówi, że sięgał po zerwany spławik, kiedy coś wyskoczyło z wody i wciągnęło go w głębinę – opowiadała Iza. – Nie widział, jak ten topielec wyglądał, lecz na pewno był bardzo silny. Hubert ranił go nożem, niestety demon zdążył uciec.

W pomieszczeniu podniósł się harmider.

Gdy mężczyźni się kłócili, Henryk podszedł do Huberta i oparł się tyłem o ławkę, na której siedział chłopak.

– Czy mi się wydaje, czy znów rzuciłeś się na demona z nożem? – zapytał.

– Nie wydaje ci się.

– Kiedyś trafisz na takiego, na którego nóż nie wystarczy.

– To wtedy będę się martwić – odparł lekko łowca, a Henryk tylko pokręcił głową.

Wśród ogólnej wrzawy dało się słyszeć donośny głos Izy.

– Hubert twierdzi, że wie, jak się poluje na topielce.

Wszystkie głowy zwróciły się w stronę nowego.

– A więc? – odezwał się sołtys.

– Cóż… – zaczął. – Potrzebuję kuszy na szczupaki, łodzi, sieci i ze dwóch mężczyzn do pomocy.

– Dobrze. – Marian pokiwał głową.

I co? Ot tak się ze mną zgadza? – zdziwił się Hubert.

– Ale musimy poczekać na pełnię. Wtedy topielce są najbardziej aktywne.

– Chłopie, trzy noce temu był nów – przypomniał Stanisław.

Łowca spojrzał wyczekująco na twarze strażników. Nikt nie chciał jeszcze przez dwa tygodnie mieszkać blisko jeziora z demonicznym lokatorem.

– Możemy spróbować i bez pełni. Poczekajmy chociaż do pierwszej kwadry, żeby było cokolwiek widać – powiedział w końcu. – Ale nie gwarantuję, że to się uda.

– Słyszałem, że pojutrze jest dzień handlowy – rzucił od niechcenia Hubert podczas nocnej warty z Izą.

Dziewczyna skinęła głową.

– Chciałbym pojechać z wami.

– Po co?

– Z ciekawości, a poza tym moja klacz potrzebuje więcej ruchu – odparł. – Już i tak jest gruba. Jeździć na niej to tak, jak siedzieć na kanapie okrakiem.

Iza uśmiechnęła się lekko.

– Tak to jest, jak się bierze konia pociągowego pod wierzch.

– Ona wcale nie jest pociągowa – oburzył się na żarty.

– No dobrze, jak chcesz jechać, widzimy się pojutrze rano w stajni.

Hubert pokiwał głową, uśmiechając się do własnych myśli. Teraz Iza darzyła go dużo większym szacunkiem niż kiedyś. Gładko poszło.

Święcino opuścili w czwartek z samego rana. Do Izy i Huberta dołączyli Jacek oraz Marek, który jechał na wozie.

Jak za starych dobrych lat, przemknęło Hubertowi przez myśl.

Koło południa zajechali na olbrzymi parking przed Poznaniem, na którym ludzie porozkładali swoje towary. Strażnicy ze Święcina przywieźli mnóstwo mięsa, chleba, warzyw i owoców, które zamierzali wymienić na to, co miejscowi znaleźli w ruinach miasta. Iza zatrzymała się również na skraju placu przy kilku wozach należących do mieszkańców innych osad. Serdecznie przywitała się ze wszystkimi, wymieniła miód na kilka woreczków suszonych ziół, z kolei zioła ze Święcina na wędzone ryby. Z kilkoma osobami umówiła się, że najdalej za miesiąc przywiezie na targ owcze runo. Od niskiego mężczyzny z wystającym brzuchem wytargowała za połowę ceny duży płat miękkiej cielęcej skóry.

– Ludzie mają do Izy słabość, co? – zagadnął cicho Jacek, gdy Hubert ją obserwował.

– Przecież ten facet oddał jej tę skórę prawie darmo – odparł z niedowierzaniem Sierpień.

– A ty myślisz, że dlaczego to ona, a nie jej ojciec czy ktokolwiek inny jeździ na zakupy?

– Teraz już wiem. – Pokiwał głową. – A oni co, kotami handlują? – zdziwił się, patrząc na mężczyznę, który oglądał kilka małych kociaków.

– Jakaś zaraza wytłukła im prawie wszystkie koty we wsi – wyjaśnił Jacek. – Myszy się mnożą jak głupie, to trzeba brać koty od sąsiadów.

Hubert uśmiechnął się pod nosem. Odkąd Klakier zamieszkał w Dąbrówce, w gospodarstwie Alberta nie widział ani jednej myszy.

– Chodźmy zobaczyć, co mają miejscowi. – Jacek ruszył w głąb parkingu.

Hubert zerknął jeszcze tęsknie na Izę, która otoczona wianuszkiem mężczyzn z zaprzyjaźnionych osad opowiadała coś, żywo przy tym gestykulując. Po chwili wszyscy wybuchnęli śmiechem.