Czarny świt - Paulina Hendel - ebook
BESTSELLER

Czarny świt ebook

Paulina Hendel

4,4

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Poznaj serię „Żniwiarz” autorki uhonorowanej nagrodą  Książka Roku 2019 Lubimy Czytać!

Nadszedł czas ostatecznego starcia.  Słowiańskie demony muszą odejść w zapomnienie!

Magda odrodziła się po raz kolejny. Po powrocie  z zaświatów, razem z piekielnym ogarem przy boku, uchroniła Feliksa przed rychłą śmiercią. To jednak  dopiero początek ich kłopotów. Demony nie śpią  i zaczynają się pojawiać nawet w biały dzień. Cała wieś Wiatrołom jest zagrożona, a wraz z nią świat zwykłych śmiertelników. Czy zły omen się sprawdzi  i Nija powróci ze zdwojoną mocą? Czy śmierć bliskich przysłoni żniwiarzom zdrowy rozsądek? Władca demonów chyba nigdy nie da za wygraną!  Koniec znanego wszystkim świata nadchodzi szybciej, niż się tego spodziewają…

Paulina Hendel ponownie stworzyła wartką  i fascynującą opowieść, która pochłonie was i wciągnie w niezwykły świat demonów niczym sam Nija…   Ta historia pełna pojedynków z potworami  i tajemnic z zamierzchłej przeszłości to świetny  finał serii, a przede wszystkim fantastyka  z prawdziwego zdarzenia! Nowa Fantastyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 608

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Paulina Hendel, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Marketing i promocja: Łukasz Chmara, Marta Friedrich

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: NABU Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Jamróz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66517-97-4

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Teresie i Kazimierzowi

Tłum zaszemrał, poruszył się niczym żywy organizm. Był jak bestia z wyszczerzonymi zębami, kuląca się w kącie ciemnej jaskini – jeszcze chwila, a zaatakuje lub ucieknie ze strachem. Magda ponownie napięła cięciwę, celując po kolei w ludzi, którzy jeszcze przed chwilą zamierzali powiesić jej wujka; ostry grot zataczał ósemki. Chciała im uprzytomnić, że żaden z nich nie ma ochoty, aby to właśnie jego serce zostało przebite.

Zwid stał przy jej boku, z jego gardła dobywał się niski warkot. Za każdym razem, gdy obnażał zęby, widziała, jak co drugi z tłumu nerwowo przełyka ślinę. Kilka osób wyglądało, jakby miało zamiar wziąć nogi za pas, ale najwyraźniej obawiali się, że olbrzymi pies rzuci się za nimi w pogoń.

Kiedyś bałaby się stanąć przeciwko nim. Bałaby się konsekwencji tego, co właśnie powiedziała. Teraz jednak była zupełnie inną osobą, a mieszkańcy Wiatrołomu musieli przestać żyć w nieświadomości.

– Demony? – usłyszała szept.

– Słyszałeś to?

– Co ona wygaduje?

– Wasz świat już nigdy nie będzie taki sam – oświadczyła głośno. – A teraz won do domów!

Ludzie poruszyli się nieznacznie.

– I wara od rodziny Wojnów! – zagroziła, rzucając spojrzenie na Feliksa, który zaledwie trzy minuty temu miał zawisnąć na drzewie.

– Nie będziesz… – Przed tłum wystąpił jeden z mężczyzn, ale zwid zastąpił mu drogę. Zogniskował na nim czerwone ślepia, a człowiek zamarł.

Demon żywił się ludzkim strachem, tutaj zaś miał przed sobą prawdziwy szwedzki stół.

Magda poczuła zapach uryny; spodnie mężczyzny pociemniały w kroczu. Podeszła do nawiego i położyła dłoń na jego łbie.

– Wystarczy – powiedziała cicho. Po ciele zwida przemknął dreszcz i przez sekundę miała wrażenie, że ten zaraz ją ugryzie. Nie można ot tak sobie rozkazywać demonom. – Proszę – dodała szeptem.

Zwid odwrócił łeb, wlepił w nią spojrzenie, mrugnął dwa razy i wywalił z paszczy czarny jęzor.

Mężczyzna z kolei się wycofał.

– Idziemy – mruknął.

Pozostali bardzo powoli dołączyli do niego, omijając Magdę i demona szerokim łukiem. Zerkali na nią podejrzliwie, ale bojowy nastrój najwyraźniej już ich opuścił. Dziewczyna obserwowała ich, aż dotarli do końca uliczki, gdzie rozdzielili się na dwie grupy.

Dopiero gdy uznała, że nie stanowią już zagrożenia, odwróciła się do Feliksa, który wciąż stał jak oniemiały w tym samym miejscu.

– Wróciłam. – Rozłożyła dłonie i uśmiechnęła się nieśmiało.

¢

Nie rozpoznawał jej, mimo to wiedział, że to ona. To musiała być jego Magda. Postąpił krok w jej stronę, ale zwid wyszczerzył groźnie kły.

– Spokój – nakazała mu. – Idź się pobawić.

Machnęła ręką, a demon ruszył w stronę ogrodu. Zanim zniknął w wysokich chaszczach, odwrócił łeb i rzucił Feliksowi ostrzegawcze spojrzenie.

– Co to ma być? – nie wytrzymał żniwiarz, kierując oskarżająco palec w oddalającego się zwida.

– Nudziło mu się w Nawii – odparła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

– To naprawdę ty – powiedział, czując, jak w jego sercu rozkwita niewypowiedziana radość, która wkrótce ogarnęła całe jego ciało.

Podbiegł do niej i po prostu wziął ją w ramiona. Z oczu popłynęły mu łzy. Śmiał się i nie potrafił wypuścić Magdy z objęć. Do tej pory myślał, że już nigdy więcej jej nie zobaczy.

– Jesteś najtwardsza z nas wszystkich – powiedział, całując ją w głowę.

Nie było słów, które mogłyby wyrazić jego uczucia. To było szczęście, ale i… lęk, że znów ją straci. Nagle poczuł, że robi mu się niedobrze. A co, jeśli to wszystko to tylko wytwór jego wyobraźni? Otępiały umysł potrafi tworzyć bardzo realistyczne wizje. Ale przecież czuł ciepło jej ciała! Zapach szamponu na rudych lokach! A może jednak go powiesili i…

– Przestałam już wierzyć, że jeszcze się zobaczymy – westchnęła, odsuwając się od niego. – Nic się nie zmieniłeś. – Pokręciła głową z uśmiechem; jej oczy były wilgotne od łez.

– Ty za to bardzo. – To były jedyne słowa, które przyszły mu w tej chwili do głowy.

– Ciii – syknęła niespodziewanie.

Odwróciła się i zapatrzyła w pogrążoną w mroku ulicę. Przywodziła na myśl ogara, który złapał trop.

– Co się stało? – zaniepokoił się Feliks.

– Coś za nimi poszło – odparła, po czym nałożyła strzałę na cięciwę i bez zbędnych słów ruszyła przed siebie.

Żniwiarz przez chwilę stał w miejscu zaskoczony, aż pobiegł za nią.

– Wiesz, co to? – zapytał szeptem, gdy ją dogonił.

– Jeszcze nie – odparła niskim tonem. W tej chwili jej oczy wydawały się zupełnie czarne. Feliks już raz takie widział i na samą myśl o tym przeszedł go dreszcz.

Skręciła w boczną uliczkę, którą wcześniej oddaliło się kilkoro uczestników niedoszłego linczu. Szła bezgłośnie i pewnie, jakby cały świat, a przynajmniej Wiatrołom, należał do niej.

Tuż przed nimi rozległ się hałas, więc zamarli, gotowi do odparcia ataku. Coś małego mknęło prosto na nich, gdacząc przeraźliwie.

– Co, do cholery…? – sapnął Feliks, gdy minęła ich na wpół łysa, oszalała ze strachu kura, za którą sypało się pierze.

Przy jednym czy dwóch domach w okolicy rzeczywiście znajdowały się kurniki, ale co mogło tak załatwić tego biednego ptaka? Żniwiarz zerknął na Magdę, która wydawała się zupełnie niezainteresowana drobiem. Jeden kącik jej ust uniósł się w uśmiechu.

– Co męczy ptactwo domowe? – zapytała.

Wzruszył ramionami.

– Jakiego demona ciągnie do przeklętych domów? Lub wszędzie tam, gdzie dzieje się zło i okrucieństwo? Jakkolwiek by było, próba linczu na żniwiarzu nie jest przecież dobrym uczynkiem.

Zastanowił się, choć tak naprawdę znał odpowiedź. Tylko że istnienie tego demona, tak jak wielu innych, zawsze wkładał między bajki.

– Szyszymora – powiedział.

Magda skinęła głową z zadowoleniem.

– Pewnie nie masz broni moczonej w wywarze z paproci? – zagadnęła.

Rozłożył ręce. Nie miał przy sobie absolutnie nic, co mogłoby się przydać do walki z demonem. Przecież całą broń zostawił w domu, nie chcąc wyglądać groźnie, gdy stanie naprzeciw wściekłym mieszkańcom Wiatrołomu.

Z końca ulicy dobiegł ich ludzki krzyk. Feliks drgnął, gotów, żeby zerwać się do biegu.

– Bez pośpiechu – powiedziała Magda. – Należy im się porządna dawka strachu.

Spojrzał na nią zaskoczony.

– Nie poznaję cię – szepnął.

– Żartuję przecież – burknęła, po czym przyspieszyła.

Szczerze mówiąc, nie był pewien, czy naprawdę żartowała. Czy to możliwe, że przez ostatni tydzień mogła aż tak się zmienić?

Wreszcie dojrzeli pięć osób stłoczonych na parkingu przy sklepie. Nerwowo rozglądali się wokół siebie. Ktoś machnął pochodnią, z której skapywały płonące krople.

– Co to było? Widzieliście to?!

– To zwierzę!

– Nie, człowiek!

– Cicho!

– Auuu! Nie wymachuj tą pochodnią! – wrzasnął ktoś, najwyraźniej poparzony skapującym paliwem.

– Jak z dziećmi – westchnęła Magda. – Spokój! – krzyknęła.

Ludzie natychmiast zamilkli, zerkając na nią ze strachem. Zatrzymała się kilka kroków przed nimi i odwróciła do nich tyłem.

– Pilnuj ich, żeby nie zrobili niczego głupiego i nie rzucili mi się na plecy – powiedziała do Feliksa, lustrując wzrokiem otoczenie. Coś poruszyło się między sklepowymi wózkami stojącymi pod wiatą. Chwilę później rozległo się kwilenie, ludzie za jej plecami zaszemrali niespokojnie.

– Nie ruszać się! – syknął Feliks, wpatrując się w ciemny kształt między wózkami.

– Wyłaź – szepnęła Magda.

Po chwili dotarło do nich zawodzenie. Było tak irytujące, że żniwiarz ledwie się powstrzymywał, żeby nie zakryć uszu. Drażniło bębenki, wdzierało się prostu do mózgu, aż miało się ochotę zedrzeć skórę z czaszki. Słyszał, jak ktoś za nim osunął się na kolana. W pobliżu zaskomlał rozpaczliwie pies, a demon nie przestawał jęczeć.

Po czasie, który wydawał się wiecznością, szyszymora przepchnęła się wreszcie między wózkami i wylazła spod wiaty. Wyglądała jak paskudna starucha odziana w cuchnące łachmany. Była niska, a wygięte w pałąk plecy sprawiały wrażenie, jakby zaraz miała się przewrócić na tę okropną, pomarszczoną gębę. Wyciągnęła powyginaną artretyzmem dłoń w stronę grupki ludzi. Feliks zerknął na nich kątem oka – wszyscy byli trupio bladzi i trzęśli się ze strachu.

– Tylko spokojnie – odezwał się, zasłaniając ich własnym ciałem.

Jego bratanica przyłożyła napiętą cięciwę do policzka, powoli wypuściła powietrze z płuc i rozprostowała palce. Strzała pomknęła pewnie do celu. Wbiła się w sam środek klatki piersiowej staruchy, która zaczęła skrzeczeć i w zaskakującym tempie rzuciła się do ucieczki.

– Zostań z nimi! – krzyknęła Magda i ruszyła jej śladem.

¢

W kilka sekund przebiegła cały parking, jej stopy miękko uderzały w asfalt. Oddychała równo i głęboko, ciesząc się świeżym powietrzem świata żywych. Szyszymora, mimo że została ranna, nadal była szybka. Na zakręcie poślizgnęła się i potoczyła po ziemi, ale chwilę później pozbierała się i pobiegła dalej.

Magda zwiększyła tempo. W pewnym momencie poczuła charakterystyczny zapach kojarzący jej się z dzieciństwem – tak pachniały zerwane z drzewka czereśnie albo nagrzane od słońca truskawki, a może dom cioci Jadzi przed świętami, gdy piekła pierniki? Przywodził na myśl tylko najlepsze wspomnienia, a dziewczyna doskonale wiedziała, co oznaczał. Zwolniła kroku. Kilka metrów dalej ujrzała zielonkawą, fosforyzującą poświatę.

Nagle szyszymora zawyła z rozpaczą, gdy wpadła prosto w chude łapy i została przyciśnięta do spasionego brzucha. Trzasnęła łamana strzała, wystająca z jej klatki piersiowej. Z gardła wielkiego, bulwiastego stwora dobył się rechot zachwytu. Światła krążące nad jego głową zniknęły.

Magda zatrzymała się i opuściła łuk. Łapiduch nie stanowił zagrożenia dla ludzi. Patrzyła, jak rozdziawia olbrzymią paszczę i zaczyna wpychać do niej szyszymorę. Przywodził na myśl węża połykającego zdobycz znacznie grubszą od siebie. Dziewczyna jeszcze przez dłuższy czas miała wrażenie, że mniejszy demon poruszał się w środku jego trzewi.

– Czegoś takiego jeszcze nie widziałam – westchnęła.

Ostrożnie podeszła do łapiducha, który drgnął niespokojnie na baryłkowatych tylnych łapach. Przednie oparł o ziemię dla zachowania równowagi.

– Nic ci nie zrobię – szepnęła, wyciągając dłoń w jego stronę.

Dotknęła cielska pokrytego śluzem, który dla większości demonów pachniał tak ładnie, że na ślepo za nim podążały i wpadały prosto w zasadzkę.

– Co tu robisz, maluchu? – zapytała, głaszcząc go, zupełnie jakby chciała się zrehabilitować za to, że kiedyś pozwoliła Pierwszemu zabić zupełnie bez powodu innego łapiducha.

Nawi zbliżył do niej pysk, jakby chciał ją obwąchać.

– Nie powinieneś tu być – powiedziała. – Tutaj nie będzie dla ciebie bezpiecznie. Zostaw to miasto i znajdź sobie spokojniejsze tereny łowieckie.

Nie miała pojęcia, czy ją zrozumiał. Po prostu się odwrócił i kolebiąc się na boki, odszedł w mrok. Nad jego głową znów pojawiły się zielonkawe światełka. Patrzyła chwilę za nim, po czym wytarła rękę o spodnie i wróciła do Feliksa.

Żniwiarz nadal pilnował pięciorga ludzi, którzy nie mogli się zdecydować, jak postąpić w takiej sytuacji. Na dobrą sprawę rzeczywiście była dość niezręczna. Spanikowali na widok szyszymory, nie mieli pojęcia, czym była ani jak się przed nią bronić. A przecież wystarczyło tak niewiele – kamyk z naturalnym otworem noszony na szyi, okadzanie domu dymem z jałowca, broń moczona w wywarze z paproci. Lecz oni byli zupełnymi ignorantami w tej kwestii. Bo i skąd mieliby czerpać wiedzę o demonach?

– Jak? – zapytał Feliks.

– Nie żyje – odparła.

Wujek zmarszczył brwi.

– Co tak cuchnie?

Magda dotknęła spodni wilgotnych w miejscu, w którym wytarła dłoń ze śluzu.

– Nie mam pojęcia – odparła. W tym momencie miała ważniejsze rzeczy na głowie. – To, co widzieliście, to była szyszymora – zwróciła się do pozostałych.

Pięć par pustych oczu wpatrzyło się w nią z niedowierzaniem.

– Wracajcie do domów. – Machnęła ręką. – A gdy będziecie potrzebowali pomocy lub wyjaśnień, zgłoście się do kogokolwiek z Wojnów. Tylko tym razem bez siekier i wideł – dodała ironicznie.

Ludzie potrzebowali minuty czy dwóch, żeby dotarło do nich to, co powiedziała. Zaszurali butami, rzucili sobie nawzajem kilka pytających spojrzeń, aż ktoś odchrząknął i bardzo powoli ruszył przed siebie, byleby dalej od żniwiarzy. Inni podążyli za nim, szepcąc między sobą.

– Nie wiem, czy to wszystko to był dobry pomysł – odezwał się Feliks, patrząc w ślad za nimi.

– Oczywiście, że nie – odparła Magda. – Ale jakie mamy inne wyjście? Chodźmy do domu, nawet sobie nie wyobrażasz, ile mam ci do opowiedzenia.

¢

Kilka ulic dalej pozostali uczestnicy nieudanego linczu niespiesznie wracali do domów. Ich kroki brzmiały głucho i nierealnie w otaczającej ich ciemności. Spoglądali na siebie wciąż niepewni tego, co wydarzyło się zaledwie kilkanaście minut temu. Naprawdę próbowali powiesić człowieka na drzewie? Tamten pies był rzeczywiście taki wielki? Czy ktoś groził, że zastrzeli ich z łuku? Przecież takie rzeczy nie mogły wydarzyć się w cywilizowanym świecie!

Jarosław Damaszek ukradkiem obserwował blade twarze towarzyszy w blasku dogasającej pochodni. Po ich minach widział, że kilka osób myślało o tym samym, co on. Żałowali, że dali się porwać temu szaleństwu. Jednak byli i tacy, którzy mocno zaciskali zęby i pięści, tak jakby wcale nie zamierzali rezygnować z zemsty.

Nagle stało się coś tak niespodziewanego, że wszyscy zatrzymali się i zadarli głowy. Lampy uliczne zatrzeszczały, a potem zajaśniały. Wiatrołom zalała ciepła, pomarańczowa łuna.

– Wrócił prąd – szepnęła Droszczakowa z namaszczeniem.

Ludzie odsunęli się od siebie. Mrugali powiekami, jakby właśnie obudzili się z koszmaru sennego. I wtedy spłynął na nich wstyd – przynajmniej na kilku z nich. Może to brak tej oznaki cywilizacji rzeczywiście zrobił im z mózgów sieczkę? Jakim cudem mogło ogarnąć ich takie szaleństwo?

– To ja tego… wracam do domu – burknął pod nosem Damaszek, wdzięczny, że może odłączyć się od grupy. Dobrze, że ta przeklęta pochodnia zgasła. Niosąc ją teraz, czuł się jak idiota. – Na razie.

Oddalił się w boczną uliczkę. Gdy zaświeciły lampy, nie bał się już samotnie przemierzać miasta. Przez tę przeklętą wichurę dopadła ich zbiorowa histeria, ot co.

– Jutro go dopadniemy! – usłyszał w oddali niski głos Krzysztofa Skrajny.

Ciemność robi dziwne rzeczy z ludźmi, uznał Damaszek. A niektórzy nadal z niej nie wyszli.

Jarosław namacał w kieszeni klucze i otworzył drzwi. Z ulgą nacisnął włącznik, żyrandol zaświecił po raz pierwszy od tygodnia.

Jak ja wytłumaczę się żonie? – przemknęło mu przez myśl. Dzięki Bogu, że tej nocy miała dyżur w szpitalu. A przecież zaledwie godzinę wcześniej wierzył, że rano będzie z dumą chwalił się jej, jak to wreszcie dopadli tego psychopatę.

– Jak facet wniesie na nas skargę… – Pokręcił głową.

Zszedł do piwnicy po piwo, które trzymał na czarną godzinę. Ta się chyba kwalifikowała jako taka. Jedną butelkę otworzył od razu i wziął solidny łyk, żeby ukoić nadszarpnięte nerwy. Dwie kolejne wstawił do lodówki, która uruchomiła się z cudownym buczeniem.

Przeszedł do pokoju gościnnego i usiadł na kanapie. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że przecież mógł włączyć telewizor! Trochę zeszło, zanim odszukał pilot, ale już chwilę później z odbiornika popłynęły dźwięki jakiegoś filmu. To wszystko było jak powrót do rzeczywistości. Jakby ta noc nigdy się nie wydarzyła.

¢

Stanęli na progu domu, upewniając się jeszcze, że po ulicy nie krążą żadne demony. Latarnie świeciły jasno, zupełnie zmieniając oblicze miasta. Feliks przepuścił Magdę w drzwiach; dziewczyna, nie oglądając się na niego, od razu ruszyła do kuchni i zaczęła przeglądać zapasy suchego prowiantu, które kilka dni wcześniej przywiozła Wanda.

– Boże, jakie to dobre! – westchnęła, wgryzając się w rogalik z czekoladą.

Pochłonęła go w ekspresowym tempie i rozpakowała paczkę ciastek.

Feliks z przyzwyczajenia zapalił świeczkę i wodził za nią wzrokiem, nie mogąc nacieszyć się jej obecnością. Chciał dowiedzieć się wszystkiego o jej powrocie, zadać tysiąc pytań, jednak żadne sensowne nie przychodziło mu teraz na myśl.

– Skąd masz łuk? – odezwał się w końcu.

– Po drodze do domu odwiedziłam sklep sportowy – wyjaśniła z pełnymi ustami.

– A ten… zwid? Dlaczego cię słucha? Gdzie jego łańcuch?

– Nie ma już łańcucha. – Pokręciła głową. – Odpięłam go. Nawet sobie nie wyobrażasz, jaki diabelec był wielki w Nawii.

– W Nawii… – powtórzył głucho Feliks.

– Mam ci tyle do opowiedzenia! – W końcu usiadła za stołem. W jej ciemnych oczach odbijał się płomień świecy. – Nie uwierzysz…

Zaczęła mówić, a słowa wylewały się z niej niczym potok. Opowiadała o rzeczach niesamowitych, wręcz niemożliwych do uwierzenia, o tych niepokojących, a nawet przerażających.

Jeżeli Feliks kiedykolwiek był pewien swojej wiedzy na temat świata i demonów, to teraz właśnie cała ta pewność obróciła się w proch.

¢

Nagłe uczucie niepokoju wybudziło Jarosława ze snu. Otworzył oczy i rozejrzał się po pokoju. Na czarnym ekranie telewizora rozbłyskały bezgłośnie kolorowe fajerwerki.

– Ta to też nie miała jakiego wygaszacza ustawić – mruknął pod adresem żony, wyłączając odbiornik.

Jednak niepokój pozostał. Damaszkowi zrobiło się zimno, na rękach pojawiła się gęsia skórka. Zerknął na okno, skąd spojrzało na niego jego własne odbicie. Już miał wrócić na kanapę, kiedy zdał sobie sprawę, że było tam coś jeszcze. Jakiś cień…

Serce zabiło mu szybciej. Na co dzień nie był tchórzem, ale w tę szaloną noc mógł uwierzyć we wszystko. Zgasił światło i podszedł do okna. Za szybą mignęła mu paskudna gęba. Damaszek wrzasnął i jak oparzony odskoczył do tyłu na dobry metr. Wpadł na stołek i go przewrócił. Trzasnęło łamane drewno. Serce mężczyzny waliło jak szalone.

Złodzieje! To była jego pierwsza myśl, gdy tylko się nieco uspokoił.

Coś huknęło na podwórku, a pies przy budzie się rozszczekał. Damaszek nieraz już słyszał o gangu okradającym zakłady z kabli, o tym, że truli psy i niszczyli mienie.

– Wara od mojego Brutusa! – warknął.

Rozejrzał się po pokoju i w ciemnościach dostrzegł połamany taboret. Podniósł złamaną nogę i zważył ją w dłoni. Nada się.

Ruszył przez przedpokój, nie zastanawiając się, co zrobi dalej. Wierzył, że samo jego pojawienie się na podwórku przepędzi złodziei. Jakoś nie przeszło mu przez myśl, że może ich być wielu i że mogą być lepiej uzbrojeni niż on. Teraz napędzała go ta sama wściekłość, która wcześniej tej nocy kazała mu iść z pochodnią zlinczować socjopatę.

Stanął na progu domu i zaczął nasłuchiwać. Brutus zamilkł i Damaszek przestraszył się, że już zdążyli go otruć. Może wyrośnięty kundel nie był najinteligentniejszym stworzeniem na świecie, ale właściciele naprawdę go kochali.

Dzierżąc nogę od taboretu, Jarosław przywarł do ściany i powoli okrążył dom. Jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności rozpraszanej przez światło z ulicy. Znalazł się w ogrodzie; powiódł wzrokiem po żywopłocie, drzewkach owocowych i rabatkach żony, jednak złodziei tam nie było. Opuścił swoją broń. Może go zobaczyli i się przestraszyli?

– Brutus? – szepnął.

Z budy doleciało do niego ciche skomlenie. Natychmiast dopadł do konstrukcji, której bliżej było do drewnianego pałacyku niż budy, i zajrzał do środka.

– Brutus?

W ciemnościach mrugnęły do niego błyszczące zielone oczy.

– No chodź, malutki. – Wyciągnął do zwierzaka rękę. – Mam nadzieję, że nie jadłeś nic od obcych.

Wilczur zaskomlał głośniej i wcisnął się w najdalszy kąt.

– Co jest? – Damaszek odwrócił się, gdy ktoś się na niego rzucił.

Odruchowo zasłonił się nogą taboretu, a potem na oślep zaczął nią okładać przeciwnika.

– Już… ja… cię… oduczę… kraść… – Z każdym słowem drewno uderzało w ciało.

Intruz zaczął się wycofywać, zasłaniając chudymi rękami głowę z cuchnącymi dredami. Nagle z jego gardła dobył się wysoki wrzask. Damaszek stracił rytm, a złodziej odskoczył do tyłu i… rozpostarł skrzydła.

– Co jest, do ku…? – zaczął mężczyzna.

Dopiero teraz spojrzał w żółte ślepia, zobaczył paskudną, nieludzką gębę, chude kończyny i błoniaste, poszarpane na końcach skrzydła. Jarosław zamrugał. To coś… to… w ogóle nie powinno istnieć.

Cofnął się i poczuł za plecami budę. Najchętniej wcisnąłby się do niej i schował w najgłębszym rogu wraz z Brutusem.

Ten… mutant prychnął gniewnie. Wyszczerzył zęby, a potem wzniósł się w powietrze. Zahaczył skrzydłem o gałęzie wiśni, odbił się stopami od domu i zniknął w ciemnościach.

Damaszek zaś długo jeszcze stał z opuszczonymi rękami, zadartą głową i otwartymi ustami. Czy on naprawdę to widział? A może to piwo było zepsute?

Poczuł coś zimnego i mokrego na swojej dłoni. Wrzasnął głośno i odskoczył. Uniósł nogę taboretu, a Brutus, oblizując nos, spojrzał na niego z wyrzutem.

– Ty też to widziałeś? – zapytał Jarosław. – Błagam, piesku, powiedz, że nie mam halucynacji.

Przyklęknął na trawie i przytulił się do gęstego futra.

– Dzisiaj śpisz w domu – oświadczył.

Pozbierał się z klęczek i razem ze zwierzakiem ruszył do domu. Jeżeli wcześniej ta noc wydawała się dziwna, teraz przebiła wszelkie standardy dziwności.

¢

Gauza spał w swojej sypialni. Chyba się obraził, bo nie odzywał się przez całą drogę do Czarnej Wody.

– I niby co miałem zrobić? – burknął do siebie Waldemar.

Siedział w salonie i palił papierosa, przeglądając zawartość skrzynki pocztowej. Większość to były jakieś ulotki, znalazł się też rachunek za prąd.

– Wiem dobrze, kiedy mnie nie chcą – mamrotał dalej, a papieros skakał w kąciku jego ust.

Feliks jasno dał mu to do zrozumienia. Facet się zupełnie załamał. Ale co mu się dziwić… Szkoda Wandy, dobra babka z niej była. Waldemar nawet podejrzewał, że żniwiarz czuł do niej miętę, ale nie przyznawał się do tego przed nikim, pewnie nawet nie przed samym sobą.

Lekarz poczuł się stary. To wszystko było ponad jego siły. Mógł zszywać żniwiarzy, nastawiać im kości i całkiem nieźle liczyć sobie za wizyty domowe, jednak teraz na świecie został już tylko jeden i wszystko zależało od niego, a Waldemar czuł się w pewnym sensie za niego odpowiedzialny. Może powinien był zrobić coś jeszcze? Może trzeba było zostać w tym przeklętym barze i rano zajrzeć do Feliksa, kiedy miałby lepszy humor? Być takim natrętem jak…

– Bronisław – powiedział na głos. Wciąż oswajał się z koncepcją, że kolega ma nie tylko nazwisko, ale także imię.

Waldemar pokiwał do siebie głową. Nie będzie się narzucał, ale da Feliksowi ze trzy dni na ochłonięcie i wtedy do niego pojedzie. Może żniwiarz będzie jeszcze żył.

Ostatnia koperta była mniejsza niż ulotki i rachunki. Lekarz spojrzał na adres skreślony ładnym pismem. Zrobiło mu się gorąco, i to wcale nie z powodu tego, że wypalił całego papierosa, a teraz wciągał dym z tlącego się filtra.

– Czego chcesz ode mnie, wiedźmo jedna? – burknął, drżącymi rękami otwierając kopertę.

Drogi Waldemarze…

Na Boga, kto jeszcze w tych czasach tak pisze?!

Lekarz przemknął wzrokiem po śnieżnobiałej kartce zapełnionej długimi, eleganckimi słowami, zaklął siarczyście i zaczął uważnie czytać.

Pół godziny później odkrył, że nieważne, jak długo wpatrywał się w list, jego treść pozostawała taka sama.

– Jestem w czarnej dupie – westchnął w końcu.

Nigdy nie uciekał przed swoją przeszłością, po prostu udawał, że się nie wydarzyła. Zapomniał już, kim był kiedyś, żeby nie wstydzić się tego, kim stał się teraz. Jednak tej nocy widmo przeszłości stanęło przed nim w postaci siedemnastu czarnych, schludnych liter układających się pod treścią listu w dwa słowa: Anna Chruszczyńska.

¢

Osada pogańsko-średniowieczno-renesansowa, przypakowane demony, współczesne domy magicznie pojawiające się w zaświatach i wielkie czarne serce na środku pustkowi.

– Kilka miesięcy? – powtórzył głucho Feliks.

Magda pokiwała głową.

– Tam czas płynie inaczej.

– I wydostać się stamtąd mogą tylko demony?

Znów przytaknęła.

– A Nadia i Mateusz utknęli tam już na zawsze?

Na samą wzmiankę o nich jej oczy się zaszkliły.

– Możliwe, że tak, ale jak tylko dorwę Pierwszego albo samego Niję, wyciągnę z nich prawdę – zapowiedziała.

Feliks delikatnie ścisnął palcami jej dłoń.

– Razem to zrobimy – zapewnił. – A Wanda…? Jesteś pewna, że…

Nawet nie potrafił dokończyć zdania. Najpierw dowiedział się, że jego przyjaciółka trafiła do zaświatów, i już zaczął się cieszyć, że jest cała i zdrowa, i właśnie wtedy usłyszał o jej ponownej śmierci.

– Ale skoro nie zabił jej sam Nija, tak jak innych, to na logikę powinna przeżyć – powiedział. – Dopóki my o niej pamiętamy w świecie żywych…

Tak bardzo chciał wierzyć we własne słowa. Świat stanął na głowie; czy to znaczyło, że wszystko było możliwe?

– Nie wiem – westchnęła Magda. – I… przepraszam.

– To nie twoja wina – zapewnił ją.

– Moja. Mogłam nie ciągnąć jej na pustkowia. Ale dzięki niej udało mi się przebić serce Niji.

– Gdzie on teraz jest?

– Na pewno gdzieś w pobliżu. – Spojrzała przez okno. – Pewnie liże rany…

– Dwa razy widziałem go podczas… twojej nieobecności. Nie wyglądał na kogoś, kto powinien bać się ludzi czy żniwiarzy.

– Bo nie wiedział, że w tym samym czasie szłam go zniszczyć. – Uniosła kącik ust w mściwym uśmiechu.

¢

Janina nie mogła usnąć. W domu było zbyt jasno. Przez okna wlewała się poświata lamp. Przez tydzień tkwili w ciemnościach i w pewnym sensie stały się one czymś zupełnie naturalnym.

Staruszka westchnęła z irytacją i wstała z łóżka. Koszula nocna opadła jej do samych kostek. Był to jej najbardziej elegancki strój do spania, który trzymała na specjalne okazje, na przykład pobyt w szpitalu. Ale skoro wszędzie czaiły się demony, a ludzie ginęli na potęgę nawet we własnych łóżkach, kobieta nie miała zamiaru dać się zabić demonom w jakiejś starej pidżamie. Ze wstydu by się chyba spaliła, gdyby ktoś znalazł jej ciało w nieodpowiednim stroju.

Narzuciła na siebie najlepszą podomkę i pomaszerowała do kuchni. Zastała tam Adriana, siedzącego samotnie przy świecy. Był przygarbiony, miał podkrążone oczy i bezmyślnie dłubał zapałką w stopionym wosku. Prąd wrócił, ale z przyzwyczajenia wolimy tkwić w ciemnościach ledwie rozświetlanych przez wątły płomień – pomyślała.

Janina położyła pomarszczoną dłoń na jego ramieniu.

– Wywrócę tę komendę do góry nogami i wypuszczą Sebastiana – zapewniła.

– My naprawdę nikogo nie zabiliśmy… – odparł.

Nie skomentowała. Zawsze i wszędzie powtarzała, że jej wnukowie to dobrzy chłopcy, jednak w głębi serca doskonale wiedziała, że niejedno mieli na sumieniu.

¢

Niebo na wschodzie rozjaśniło się. Feliks zaczął lekko kiwać się na krześle, a powieki same mu opadały.

– Pora się kimnąć – oświadczyła Magda, wstając od stołu. – Chcesz, żebym zerknęła na twoje ramię?

Przejechał palcami po nieco niechlujnym opatrunku.

– Jutro… to znaczy dzisiaj, jak wstaniemy.

Magda pospiesznie ogarnęła się w łazience, po czym stanęła przed lustrem. Od chwili obudzenia się w nowym ciele nie miała zbyt wielu okazji, żeby dobrze się mu przyjrzeć.

Przeczesała palcami rude fale; szkoda, że to nie był jej naturalny kolor. Dotknęła opuszkami jasnej cery naznaczonej kilkoma piegami. Wyglądała zupełnie inaczej niż Oliwia, jej ciała – poprzednie i obecne – były jak słońce i księżyc. Teraz była niższa i nikt nie zaprosiłby już jej na wybieg modelek, co wcale nie znaczyło, że była brzydka. Zresztą kto by się tym przejmował? Wzruszyła ramionami. Nie musiała porażać urodą, żeby zabijać demony.

W samej koszulce i majtkach przeszła do swojego pokoju. Powiodła po nim wzrokiem; zdawał się obcy, a jednocześnie znajomy. Położyła się na łóżku, ale nie wytrzymała na nim dłużej niż kwadrans – było zbyt miękkie. Zrzuciła na podłogę kołdrę i ułożyła się na niej. Pod poduszką ukryła nóż, tuż obok zostawiła łuk i strzały. Przymknęła oczy, wracając wspomnieniami do swojego ostatniego dnia w Nawii, który spędziła z Mateuszem. Jeden dzień – tylko tyle było im dane. A ona nie zamierzała zapomnieć z niego ani jednej minuty. Przywołała w pamięci swoją podróż drogą dusz. To wspomnienie z kolei zdawało się coraz bardziej mgliste, jakby jej umysł nie potrafił go ogarnąć. Skupiła się na tym, co wtedy czuła. Nie miała ciała, ale była wszędzie. Nie miała oczu, a widziała cały świat. Nie miała uszu, a słyszała każdy dźwięk. Widziała zwierzęta wiodące swoje krótkie żywoty. Widziała ludzi pędzących w swoich sprawach. Rodzili się, zakochiwali, przeżywali rozterki, znajdywali szczęście i umierali. Wiedziała, gdzie są demony oraz co zamierzały zrobić. A ona była częścią ich wszystkich, znała każdego z nich, nawet najmniejszego owada, potrafiła policzyć źdźbła trawy. Była całym światem i mogłaby zostać w tym stanie już na zawsze. Jednak było coś, co musiała zrobić.

Zupełnie niespodziewanie znalazła miejsce dla siebie. Ciało opuszczone w sposób przykry i brutalny, ale za to idealne do jej celów. Zadziałała instynktownie.

Nagle znów potrafiła czuć, widziała tylko to, co widziały jej oczy, słyszała to, co słyszały jej uszy, i znacznie mniej rozumiała. Zabrakło jej tchu, chciała krzyczeć, ale z jej gardła dobył się zaledwie jęk. Gwałtownie poderwała się z ziemi. Zachłysnęła się powietrzem, zaczęła kasłać. Do oczu napłynęły jej łzy. Ręce błądziły po ciele, jeszcze do niedawna naznaczonym krwawymi bruzdami. Jednak skóra była gładka, miejscami lekko zaróżowiona w miejscach, w których dopiero co się zabliźniła.

Spojrzała na zgrabne dłonie, porcelanową skórę, na próbę zacisnęła i rozprostowała palce. Wysunęła przed siebie stopę i poruszyła palcami w sportowym bucie. Noga wciąż bolała, choć kość już się zrosła.

– Przykro mi – powiedziała, spuszczając głowę. Chciała w ten sposób oddać hołd swojej poprzedniczce, która do tej pory zamieszkiwała to ciało.

Zza drzewa wyjrzały czerwone ślepia. Magda poczuła paraliżujący strach, ledwie była w stanie zapanować nad odruchami nowego ciała. Jej mięśnie drżały od wewnętrznej walki. Echo Amelii, poprzedniej właścicielki, nadal było silne, ale Magda przecież nie była zwykłym żniwiarzem. Policzyła w myślach do dziesięciu i uśmiechnęła się do bestii, która ostrożnie wylazła zza pnia.

– Już się stęskniłeś? – zapytała.

Zwid podszedł do niej i obwąchał ją dokładnie. Nie spodziewała się, że podąży za nią, ale tak samo wcześniej nawet nie śmiała marzyć, że ocali ją przed potępieńcem lub wieszczym.

Demon parsknął, odwrócił się i odszedł niespiesznie.

– Powinnam wymyślić ci jakieś imię – westchnęła.

Gdy zniknął z pola widzenia, jej mięśnie się rozluźniły.

– Ale wcześniej muszę się ogarnąć. – Spojrzała po sobie.

Świtało, a ona miała na sobie porwane, zakrwawione ubrania, była brudna i rozczochrana. Nie chciała, żeby ktokolwiek zobaczył ją w takim stanie. Szybkim krokiem przemierzyła park. Jej poprzedniczka właśnie tędy skróciła sobie drogę do domu po wieczornym treningu, co okazało się śmiertelnym błędem. Magda chciała odpędzić krwawe wizje, ale wspomnienia były zbyt świeże. Strach, szaleńcza ucieczka, trzask łamanej kości i bolesny upadek na ziemię. Krzyk, łzy i przerażenie na widok potwora. Ból rozrywanej skóry i mięśni, krew lejąca się na ziemię i świadomość, że to już koniec.

Otarła z policzka łzę, przemierzając szybkim krokiem ulice. Przykro jej było, że dziewczyna zmarła w tak brutalny sposób, a jej ciało przez całą noc leżało w gęstych krzakach w parku. W końcu odnalazła jej mieszkanie, wygrzebała klucz z torby i zamknęła się w czterech ścianach, które do wczoraj były domem Amelii.

Dobrze, że mieszkała sama. Dzięki temu uniknęła niewygodnych pytań. Magda wpadła do małej kuchni i z radością znalazła zupę w lodówce. Zjadła ją na zimno, prosto z garnka. Potem po raz pierwszy od niepamiętnych czasów użyła cudownie pachnącego płynu pod prysznic. Człowiek nie docenia takich drobnostek na co dzień, ale to one sprawiają, że życie staje się bardziej znośne.

Zawinęła się w ręcznik i przetarła dłonią zaparowane lustro. Spojrzały na nią błękitne oczy. Jasną, zgrabną twarz otaczały długie, płomiennorude włosy. Magda dała sobie kilka minut, aby nauczyć się samej siebie, a potem przeszła do pokoju. W szafie odszukała ubrania. W szufladzie znalazła kilka zapomnianych łakoci. Jeszcze w życiu nie jadła czegoś tak pysznego. Czekolada rozpływała się w ustach, wafelek był kusząco kruchy, a orzeszki… Nie było słów, żeby opisać to, co czuła po długim pobycie w Nawii.

Wzięła torbę podróżną, wrzuciła do niej trochę ubrań, telefon i ładowarkę. Zadzwoniła do Feliksa, ale miał wyłączoną komórkę. Znała na pamięć jeszcze numer do rodziców, ale nie chciała ich informować o swoim powrocie z zaświatów telefonicznie. Znalazła portfel, ostatni raz zerknęła na pokój i zamknęła za sobą drzwi. I tak miała wyprowadzić się stąd do końca miesiąca. Najwyżej nie odzyska kaucji.

Zbiegła po schodach i stanęła przed obskurnym blokiem. Wzięła głęboki wdech. Powietrze pachniało tak pięknie, drzewa szumiały, w żywopłocie zagnieździły się wróble, staruszka wyprowadzała psa, dwie nastolatki słuchały muzyki z telefonu, w piaskownicy bawił się mały chłopiec, a jego mama siedziała na ławce z książką w dłoni. Świat był piękny. A ona zadba, żeby taki pozostał.

Na przystanek podjechał autobus miejski; akurat jechał na dworzec. Wskoczyła do niego i kupiła u kierowcy bilet. Po drodze do domu zatrzymała się jeszcze w sklepie sportowym sprzedającym dobrej jakości łuki, bo nie mogła pojawić się w centrum demonicznej apokalipsy zupełnie bez broni.

Teraz zaś leżała na podłodze we własnym pokoju, a za ścianą słyszała chrapanie Feliksa. Zaledwie kilka dni temu coś takiego wydawało jej się marzeniem nie do osiągnięcia.

Waldemar poczuł zapach świeżego pieczywa i kawy. Otworzył oczy i zobaczył nad sobą Gauzę z dwoma parującymi kubkami.

– Wstyd, nawet się nie przebrałeś do snu, nie mówiąc już o przeniesieniu się do sypialni – zganił go przyjaciel.

Lekarz skwitował naganę machnięciem ręki. Wstał z wersalki i usiadł za stołem nakrytym już do śniadania. Gauza przyniósł masło i szynkę, a Waldemar wgryzł się w jeszcze ciepłą bułkę. Takie chwile przypomniały mu, dlaczego tolerował towarzystwo emerytowanego nauczyciela.

Lekarz z rezygnacją odnotował, że w trakcie posiłku Bronisław nie zamknął się ani na chwilę. Ciągle gadał i gadał, wyraził zmartwienie o jednego w tych karków od Wojnów, którego zamknęli na dołku, rozważał, co mogli zrobić, żeby pomóc Feliksowi, zastanawiał się, czym mogli go rozdrażnić…

– Zadzwoń do niego – zaproponował. – Będziemy chociaż wiedzieli, że przetrwał tę noc.

– Nie będę dzwonił, mam inne problemy – oświadczył Waldemar, po czym podał przyjacielowi list, który przeczytał poprzedniej nocy.

Gauza szybko przemknął po nim wzrokiem, a potem spojrzał na lekarza z oburzeniem.

– To nie jest twój dom?! – wybuchnął.

– Mój, prawem zasiedzenia…

– Ja ci czynsz płaciłem! A tobie nie chciało się uregulować podatków?!

– Płaciłem za wodę i prąd… zazwyczaj. Skąd mogłem wiedzieć o podatku od nieruchomości i gruntu? – burknął Waldemar. – Kto w ogóle o nich słyszał?

– Każdy! I dziwisz się, że się wkurzyła?! Przez tyle lat płaciła na dom za ciebie!

– Mogła mi powiedzieć.

– Kiedy ostatni raz ją widziałeś?

Waldemar przymrużył oczy, zastanawiając się. Żona odeszła od niego wiele lat temu. Chyba nawet poznała jakiegoś faceta… Potem kilka razy kontaktowała się z nim, ale nie chciał jej widzieć. Była jakaś awantura, tyle że nic z niej nie pamiętał, bo wtedy akurat wpadł w ciąg alkoholowy…

A teraz jego żona miała już dość płacenia na dom, w którym – choć na papierze należał do niej – nie mogła mieszkać.

– Może oddasz jej te pieniądze? – zaproponował Gauza. – Niech policzy, ile jesteś jej winien, i…

– Niby skąd mam wziąć taką kasę?!

– Pożyczę ci…

– Zresztą to i tak bez sensu. – Wzruszył ramionami. – Napisała, że otwiera własny biznes i potrzebuje pieniędzy na rozkręcenie go. Chce sprzedać dom. A jak ona na coś się uprze, to nie ma mocnych.

– Wiesz, jest prawo, które chroni lokatorów przed…

– Nie będę się procesował z własną żoną!

– A może ona się zmieniła? – zapytał bez większych nadziei Bronisław.

– Takie jak ona w ogóle się nie zmieniają. Wyrzuci nas na bruk i tyle. Będziemy bezdomni.

– Który dzisiaj jest? – Gauza nagle zesztywniał.

– A bo ja wiem? Maj?

Emeryt sięgnął po telefon i przesunął palcem po wyświetlaczu.

– O cholera! – sapnął.

– Co jest? – zapytał podejrzliwie Waldemar.

– Napisała, że przyjedzie tu trzeciego lipca!

– No i? Mamy z półtora miesiąca…

– Wódka ci na mózg padła?! Dziś jest trzeci lipca!

Lekarz otworzył usta; niedopałek papierosa spadł na talerz, rozsypując popiół na wędlinę.

¢

Magda wyrzuciła z szafy na łóżko chyba wszystkie ubrania, wzięła się pod boki i spojrzała krytycznym wzrokiem na swoją garderobę. Co jej odbiło, żeby w poprzednim wcieleniu wyrzucić wszystko, co jej się nie podobało lub na nią nie pasowało? Dlaczego dała się porwać charakterowi Oliwii? Przecież powinna była wpaść na to, że pewnego dnia zmieni ciało i jej stare ubrania będą idealne!

Pokręciła głową. Nie, tak naprawdę nie przypuszczała, że kolejny raz zginie tak szybko, w tak młodym wieku. A tym bardziej nie podejrzewała, że uda jej się wrócić. Westchnęła głośno, wyjęła z torby spodnie i sportową bluzkę należące do Amelii, które zabrała z jej mieszkania, po czym zbiegła do kuchni. Na blatach walały się jedynie puste opakowania po jej wczorajszym ataku głodu. Pospiesznie skreśliła kartkę do Feliksa, skrzywiła się na widok paskudnego pisma i wyszła z domu.

Pomachała listonoszowi, ale ten skinął jej głową z dużą dawką rezerwy. Nie rozpoznał jej. Poczuła smutek, kiedy przypomniała sobie, że zawsze obdarowywał ją szerokim uśmiechem, kiedy była w ciele Oliwii. Teraz była dla niego kimś zupełnie obcym. W ogóle wszyscy mieszkańcy Wiatrołomu, których mijała, byli dość skwaszeni. Przemykali po ulicach przygarbieni i ponurzy, obdarzając innych podejrzliwymi spojrzeniami. Trzynasty księżyc zmienił jej rodzinne miasteczko. A to dopiero początek.

Minęła mężczyznę po pięćdziesiątce, który wyładowywał z dużego busa skrzynki z warzywami. Zatrzymała się i odwróciła. Wiedziała, że go skądś kojarzyła! Krzysztof Skrajna, na co dzień nieco porywczy, ale miły właściciel warzywniaka, minionej nocy stał się żądnym krwi przywódcą linczu. W pierwszym życiu setki razy robiła u niego zakupy, zawsze mówił jej, co jest świeże, co jest tańsze… Nie podejrzewałaby go o mordercze zapędy. Jednak każdy radzi sobie na swój sposób z tym, czego nie rozumie. Jedni zamykają się w domach i udają, że nic się nie stało, inni biorą do rąk siekiery i pochodnie. Jaka szkoda, że nie był w tej grupie, którą trzeba było ratować przed szyszymorą. Cóż, Magda zadba o to, żeby pan Skrajna dostał nauczkę i już nigdy więcej nie dręczył jej wujka.

Minęła skrzynki z warzywami wystawione na zewnątrz, weszła do drewnianego domku, zamknęła drzwi i przekręciła zamek. Krzysztof stał do niej plecami, ustawiając na półkach przyprawy. Magda, poruszając się cicho jak kot, znalazła się tuż za nim. Mężczyzna odwrócił się i prawie na nią wpadł. W pierwszej chwili zmierzył ją zaskoczonym wzrokiem, ale już po kilku sekundach w jego oczach dojrzała zrozumienie wymieszane z odrobiną strachu. Błyskawicznym ruchem wyjęła zza paska nóż. Niestety Skrajna był zbyt wysoki, aby mogła wygodnie przyłożyć go do jego szyi, ale przecież znacznie niżej znajdowało się równie, o ile nie bardziej wrażliwe miejsce. Przycisnęła do niego ostrze noża, a Krzysztof wzniósł się na palce.

– Co ty wyprawiasz?! – pisnął.

– Okazało się, że przemawia do ciebie brutalna siła, więc tak też będziemy rozmawiać – odparła. – Chciałabym, żebyś poprzednią noc potraktował jako nieporozumienie.

Ktoś nacisnął klamkę, a potem zapukał do drzwi, ale oni, wpatrzeni sobie w oczy, zignorowali go.

– Nie będziesz nawoływał już do żadnego linczu. – Nacisnęła nożem nieco mocniej.

Na czoło mężczyzny wystąpiły kropelki potu, jego oddech był płytki i przyspieszony. Zeszłej nocy chciał powiesić człowieka, więc logiczne wydało jej się, że teraz przynajmniej spróbuje się bronić, jednak najwyraźniej miał opory przed uderzeniem młodej, drobnej dziewczyny. Policja w życiu by mu nie uwierzyła, że to ona pierwsza zaatakowała go w jego własnym warzywniaku. A poza tym większość ludzi, którzy na co dzień nie mają styczności z przemocą, nagle miękną na widok noża, a tym bardziej ostrza przyciśniętego do ich krocza.

– Nie tkniesz Feliksa – kontynuowała Magda. – Nie powiesz złego słowa na nikogo z rodziny Wojnów ani na ich przyjaciół.

Pukanie do drzwi powtórzyło się.

– Mamy na głowie samego władcę pogańskich zaświatów i nie potrzebujemy kłopotów z miejscowymi, którzy nie mają pojęcia o życiu i demonach.

Ktoś na zewnątrz najwyraźniej zniecierpliwił się i odszukał własny klucz do drzwi. Zgrzytnęło w zamku.

– Rozumiemy się?

Skrajna pokiwał głową; pewnie modlił się o to, żeby już sobie poszła.

Drzwi otworzyły się i stanął w nich syn Krzysztofa.

– Co tu się, do… – zaczął, jednak jego ojciec gorączkowo pokręcił głową.

Magda odstąpiła od mężczyzny. Na jej ustach błąkał się uśmiech.

– Jesteś szurnięta – warknął Krzysztof.

Zastanowiła się chwilę, nie chowając noża.

– Tak – przyznała. – Myślę, że można tak powiedzieć.

Nagle młody Skrajna rzucił się na nią, chcąc odebrać jej broń. Może pomyślał sobie, że właśnie próbowała ich okraść? Chłopak w warzywniaku pomagał tylko dorywczo w wakacje, a całe dnie wolał spędzać w domu, słuchając ciężkiej muzyki i grając na gitarze, więc nie miał zbyt dużo krzepy potrzebnej do noszenia ciężkich skrzynek.

Magda złapała go za nadgarstek, wykonała obrót pod jego ramieniem, wykręciła je, kopnęła go lekko w kolano i przycisnęła chłopaka do lady. A wszystko to w ułamku sekundy. Przyłożyła nóż do jego krtani.

– Nawet nie drgnij – nakazała Krzysztofowi, który wykonał krok w ich stronę – bo poderżnę mu gardło.

Mężczyzna znieruchomiał.

– Wróciłam z zaświatów, żeby zabijać demony – oświadczyła. – I nikt nie stanie mi na drodze.

Z gardła młodego Skrajny dobył się jęk. Odsunęła od niego nóż i wsunęła go za pasek, po czym poklepała chłopaka między łopatkami i puściła jego ramię. Ten odskoczył w bok jak oparzony.

– Tak naprawdę nie zabiłabym cię – powiedziała lekkim tonem. – Jestem żniwiarzem, chronię ludzi… w większości przypadków – dodała, przypomniawszy sobie o tym, co zrobiła z mordercą Oliwii.

Młody Skrajna odskoczył od niej i od razu znalazł się przy ojcu.

– A jak przypadkiem zobaczycie jakiegoś demona, wiecie, gdzie przyjść po pomoc – rzuciła na odchodnym.

Z zadowoleniem ruszyła przez miasto, a kilkanaście minut później stanęła przed księgarnią i cała pewność siebie uleciała z niej jak powietrze z przebitego balona. Kiedyś myślała, że pokazywanie się rodzinie w nowym wcieleniu jest czymś ekscytującym, ale teraz ogarnął ją nieokreślony niepokój. W myślach policzyła do dziesięciu i weszła do środka. Emilia, ubrana na czarno, ledwie zerknęła na nią zza lady. Nie mogła jej rozpoznać, ale poczucie, że dla własnej matki jest zupełnie obcą osobą, było co najmniej przygnębiające.

Powoli ruszyła przez główną alejkę, która jeszcze nigdy nie wydawała jej się taka długa, aż stanęła twarzą w twarz z Emilią.

– W czym pomóc? – zapytała kobieta.

Magda strzeliła spojrzeniem na boki, wdzięczna, że były w księgarni same.

– To ja – powiedziała cicho.

Jej mama zmarszczyła brwi.

– Wróciłam – dodała.

Na twarzy Emilii odbiła się cała gama uczuć, od niezrozumienia, poprzez niedowierzanie, nadzieję, aż po strach, że to jakiś głupi kawał.

Dziewczyna usiadła na ladzie, przeniosła nad nią nogi i stanęła po drugiej stronie.

– To ja, Magda. – Rozłożyła dłonie, a mama wpadła w jej objęcia, zanosząc się szlochem.

– To niemożliwe – płakała. – Feliks mówił… Byłam na twoim grobie…

– Już wszystko dobrze – zapewniła ją córka, gładząc ją po włosach.

Stały tak przytulone do siebie dobre pięć minut, aż Emilia wywiesiła na drzwiach kartkę informującą klientów, że księgarnia jest zamknięta, i obie przeszły na zaplecze, gdzie wypiły razem herbatę. Znów było nieco niezręcznie, a rozmowa chwilami się nie kleiła. Były takie momenty, że żadna z nich nie miała pojęcia, co powiedzieć. Magda zdawała sobie sprawę z tego, że potrzebowały czasu, żeby na nowo do siebie przywyknąć. Choć nie była pewna, czy będzie on im dany.

Emilia najchętniej w ogóle nie wypuszczałaby córki z księgarni, jednak ta miała jeszcze wiele rzeczy do zrobienia.

– Nie dzwoń do taty – poprosiła, stając w progu. – Zrobię mu niespodziankę.

Mama pokiwała głową.

– Wieczorem urządzimy przyjęcie. Zaproszę całą rodzinę…

Magda stanowczo pokręciła głową.

– Wieczorem będę zajęta.

Twarz kobiety wyraźnie posmutniała.

– To może po południu? Choć kawa i ciasto? – zapytała Emilia z nadzieją.

– Muszę się przygotować… – zaczęła Magda, ale w oczach matki błysnęło błaganie o kolejną chwilę spędzoną razem. – No dobra, jakąś godzinę wygospodarujemy.

Miała na głowie ratowanie całego miasteczka, a może nawet kraju, jednak nie potrafiła odmówić mamie, która dopiero co odzyskała własną córkę.

Z księgarni poszła prosto do lecznicy i znów przechodziła przez to samo – szok, łzy i radość. Kilku klientów było niezadowolonych, że obca dziewczyna wcisnęła się w kolejkę, i to jeszcze bez psiego pacjenta, ale ani ona, ani jej ojciec się tym nie przejęli. Jednak tam również nie mogła się zasiedzieć i wkrótce zawędrowała pod dom na obrzeżach miasta.

Nie wiedziała, co powie rodzinie Mateusza. Jak wytłumaczyć im, że ich bratanek wylądował w pogańskich zaświatach i ma nikłe szanse na wydostanie się stamtąd? To prawie tak, jakby zginął naprawdę. Kiedy mijała garaż, zatrzymała się. To właśnie tam, na poddaszu, mieszkał kiedyś Mateusz.

Nagle w środku rozległ się hałas, a Magda natychmiast sięgnęła do paska po nóż. Kiedyś zastanawiałaby się, czy to wypada, obawiała się, że ktoś zobaczyłby ją z bronią w ręku. Teraz w ogóle się nie przejmowała takimi rzeczami.

Drzwi garażowe uniosły się i stanął w nich młody chłopak. Spojrzał wprost na Magdę i znieruchomiał.

– Cześć – rzuciła z lekkim uśmiechem.

Aleks skinął jej głową, wciąż bacznie ją obserwując.

– To ty? – zapytał ostrożnie.

Przytaknęła, a na jego twarz wypłynął szeroki uśmiech, w niebieskich oczach pojawiły się iskierki. To śmieszne, ale dopiero teraz zauważyła, że miały taki sam kolor jak jego kuzyna.

– Wiedziałem! Wiedziałem, że wrócisz!

Objął ją, dwa razy poklepał po łopatkach i cofnął się o krok, przypatrując się jej.

– Spoko wyglądasz – ocenił.

Magda parsknęła śmiechem. Ależ ten dzieciak wydoroślał w ciągu ostatnich dwóch lat! I zmienił się nie do poznania. Nabrał pewności siebie, zmężniał… Gdy człowiek stanie oko w oko z bezkostem, a potem z wieszczym, nigdy już nie jest taki sam.

– Ty nie w szkole? – zapytała.

– Wakacje są przecież. Kończę remont na górze. – Zerknął za siebie. – Rodzice dali mi wolną rękę, a myślę, że Mateusz… On się ucieszy, jak wróci.

Na samą wzmiankę o nim Magda spoważniała.

– Twoi rodzice są w domu? – zapytała.

Pokręcił głową.

– Muszę ci coś powiedzieć – westchnęła.

Tak naprawdę cieszyła się, że mogła porozmawiać tylko z Aleksem. Wiedziała, że on prędzej ją zrozumie.

Nagle w głębi garażu dostrzegła ruch. Bez zastanowienia odtrąciła chłopaka na bok i stanęła w bojowej pozycji, gotowa na starcie z wrogiem.

– Spokojnie, to mój kumpel – rzucił Aleks, kładąc rękę na jej dłoni trzymającej nóż. – Michał, chodź tu!

Z cienia wyszedł chłopak niewiele starszy od Aleksa. Magda miała wrażenie, że powinna go znać, ale nie kojarzyła skąd.

– Nie poznajesz go? – zapytał młody Wilk.

Pokręciła głową.

– Spotkałaś go i jego siostrę w noc wichury.

Wysiliła pamięć. Tak wiele wydarzyło się od tamtej chwili; wichura miała miejsce w poprzednim życiu. Sama zginęła i spędziła długie miesiące w Nawii. Poznała wielu nowych ludzi, kilka razy stanęła w obliczu śmierci…

– Był tam też ten koleś w białych butach, prawda? – zapytała. – Dorwał go bezkost, a was wysłałam z leśniczym.

Michał pokiwał odruchowo głową, ale sądząc po jego minie, nie miał zielonego pojęcia, o co chodzi.

– Z twoją siostrą wszystko okej?

– Nic jej nie jest – powiedział Aleks, bo jego kolega najwyraźniej nie mógł dobyć głosu z gardła.

– Miło wiedzieć, że żyjecie. Jak już mówiłam, musimy porozmawiać – zwróciła się do młodego Wilka.

Chłopak rozejrzał się, a następnie poprosił Michała, żeby poczekał na niego w domu, i poprowadził Magdę przez ogród.

– On ciebie szukał, wiesz? – odezwał się. – Chciał wiedzieć, co naprawdę się stało… Chodził po mieście z całkiem niezłym szkicem przedstawiającym ciebie, to znaczy dawną ciebie… Spotkałem go przypadkiem, ale wszystko mu opowiedziałem. O tobie, demonach, Mateuszu… Nie gniewasz się?

Pokręciła głową z uśmiechem. Im więcej ludzi wie o demonach, tym większej liczbie z nich uda się przetrwać to, co nadchodziło.

Usiedli na ławeczce przy grillu za domem. Magda wysiliła pamięć, policzyła w głowie dni. To było takie dziwne, że niecałe dwa miesiące wcześniej siedziała dokładnie w tym samym miejscu z Mateuszem i próbowali choć przez jedno popołudnie udawać normalnych ludzi. Jedli karkówkę z grilla, a potem wprosili się tu też bliźniacy…

– Mateusz zginął na tym świecie – wypaliła.

Aleks przez chwilę wpatrywał się w nią, a potem zwiesił głowę.

– Ale może wróci jako żniwiarz? – szepnął.

– Nie sądzę. – Położyła dłoń na jego ramieniu. – Przykro mi. Ale mam też dobrą wiadomość. Trafił do Nawii…

Aleks wyprostował się.

– Żartujesz sobie?

Pokręciła głową, a potem opowiedziała mu o wszystkim. O tym, co działo się z nią, kiedy sama wylądowała w zaświatach. Jak spotkała Mateusza i Nadię, o ich domu oraz o podróży na pustkowia. O tym, że zniszczyli w tamtym świecie Niję.

– Bez Mateusza w życiu nie udałoby mi się tego dokonać – zakończyła.

– Ale skoro ty się stamtąd wydostałaś, to i on…

– Jeżeli jest jakikolwiek sposób na wyciągnięcie go stamtąd, to właśnie to zrobię. Jednak nie chcę, żebyś żył złudną nadzieją.

– Tyle mi wystarczy – powiedział twardym głosem. – On żyje, co prawda w zaświatach, ale żyje. Może kiedyś tu wróci. I nie jest sam. To jest o niebo lepszy scenariusz niż każdy inny, jaki mogłem sobie wyobrazić. Choć nie wiem, czy rodzice to zrozumieją. – Westchnął ciężko.

– Będzie dobrze. – Położyła rękę na jego ramieniu. – Teraz wszystko się zmieni.

Wstała i otrzepała spodnie.

– Co masz na myśli? – Aleks poderwał się z ławki.

– Ludzie dowiedzą się o demonach. Koniec życia w błogiej nieświadomości. Już tego dopilnuję.

– Jesteś pewna, że to dobry pomysł? – zapytał ostrożnie.

– Przez niewiedzę można zginąć. Zabezpieczyłeś wasz dom?

Pokiwał głową, po czym zaprowadził ją do budynku i pokazał sól usypaną pod oknami, gałązki głogu przybite do parapetów, suszone zioła ukryte w każdym pokoju. Magda czuła się odpowiedzialna za rodzinę Mateusza, więc podpowiedziała Aleksowi jeszcze kilka sposobów na zabezpieczenie budynku, których sama nauczyła się w Nawii.

– Musisz już iść? – zapytał, odprowadzając ją do bramy.

– Jest jeszcze sporo rzeczy, które powinnam zrobić. Ale pewnie niedługo się zobaczymy. – Odeszła kilka kroków, po czym zatrzymała się i odwróciła. – Jako jedyny mnie rozpoznałeś. Jak?

Nastolatek wzruszył ramionami.

– Wiedziałem, że wrócisz. Szukałem cię w każdej napotkanej dziewczynie.

A więc jednak była nierozpoznawalna jak Pierwszy.

– Kiedyś uściskałem laskę, która zapukała do naszych drzwi – dodał Aleks. – Byłem pewien, że to ty. Okazała się kurierem. Zrobiła jeszcze głupszą minę niż ja, a mama prawie udusiła się ze śmiechu.

– To musiało ciekawie wyglądać – zaśmiała się Magda. – Trzymaj się i uważaj na siebie!

¢

Anna Chruszczyńska wysiadła z samochodu i obrzuciła dom krytycznym spojrzeniem, w myślach oceniając wartość budynku. Na szczęście Waldemar nie zapuścił go aż tak bardzo, jak się spodziewała. Upewniła się, że w torebce ma wszystko, czego potrzebuje, i ruszyła na spotkanie przeszłości. Jej obcasy zastukały głucho na chodniku. Potrzebowała kilku sekund, żeby uspokoić skołatane nerwy, unieść dłoń i zapukać do drzwi.

Nic się nie stało. Zapukała ponownie, tym razem głośniej. Odczekała minutę. Jej poirytowanie wzrosło. Jeżeli dziad jeden postanowił zabarykadować się w środku, to będzie musiała wezwać policję. A chciała przecież uniknąć afery. Może nie było go w domu? Ale gdzie mógłby być ten zapijaczony…

Drzwi otworzyły się i stanął w nich starszy mężczyzna. Anna znieruchomiała. Nie spodziewała się obcego na progu jej własnego domu.

– Dzień dobry! – przywitał się tamten. – Pani Ania zapewne? Zapraszam do środka. Już wstawiam wodę na herbatę.

Anna przeszła przez ciemny przedpokój i stanęła w niewiele jaśniejszym salonie. Dom wyglądał, jakby nie zmieniło się tu nic od chwili, kiedy go opuściła. Z kuchni dobiegał brzęk szklanek, a ona znów została wytrącona z równowagi. Miała przecież dobrze przygotowaną całą przemowę, przemyślała każdy scenariusz!

A może on nie żyje? – zastanowiła się, wcale nie czując z tego powodu spodziewanej radości.

Do pokoju wmaszerował ten dziwny facet, niosąc tacę z dwoma kubkami i cukiernicą.

– Przepraszam bardzo, że mogę poczęstować tylko herbatą – zaczął się tłumaczyć. – Ale w nocy wróciliśmy z długiego wyjazdu, a lodówka świeci pustkami. Co prawda wysłałem Waldemara do sklepu po ciasto, ale najwyraźniej zaginął po drodze, może kogoś…

– Przepraszam bardzo – przerwała mu obcesowo. – Kim pan jest?

Mężczyzna zamrugał zdziwiony.

– Nie przedstawiłem się? Pani mi wybaczy, ostatnio jestem taki zakręcony. Bronisław Gauza. – Ścisnął jej dłoń i lekko ją uniósł.

Nawet nie próbuj mnie całować! – Natychmiast wyrwała rękę.

– No dobrze, ale co pan tu robi?

– Mieszkam. Jakiś czas temu moje mieszkanie doszczętnie spłonęło i Waldemar był na tyle miły, że zaproponował mi pokój na górze…

Jakoś powątpiewała w ten akt miłosierdzia. Ostatni raz widziała swojego męża siedem lat temu i był pijakiem, który stoczył się na samo dno. Teraz mogło być tylko jeszcze gorzej.

– Proszę usiąść. – Bronisław odsunął krzesło i zgarnął ze stołu stare listy, wśród których odnalazła wzrokiem ten, który sama napisała. – Przepraszam za bałagan, to wszystko przez ten wyjazd. Byliśmy u przyjaciela, który potrzebował pomocy po tej strasznej wichurze.

Anna usadowiła się na skraju krzesła, wygładziła elegancką bluzkę i zajrzała do kubka z herbatą. Niby był czysty, ale jakoś nie miała ochoty z niego pić. Nagle trzasnęły drzwi, a chwilę później do pokoju wmaszerował chwiejnym krokiem Waldemar.

– Kupiłem. – Postawił na stole czarną reklamówkę.

Powiódł wzrokiem po całym pokoju, ale nie mógł już dłużej unikać spojrzenia w oczy Annie. Skrzywił się i opadł z rezygnacją na wersalkę.

– To ja pokroję ciasto. – Gauza porwał zakupy i niemal wyleciał z pokoju.

Przez chwilę panowała pełna napięcia cisza.

– A więc w końcu wróciłaś po swoje – odezwał się Waldemar.

– Babcia zapisała mi ten dom w testamencie jeszcze przed naszym ślubem, a więc należy tylko do mnie.

Wzruszył ramionami.

– Przez lata płaciłam za niego podatek, nie oczekując niczego w zamian, ale myślę, że pora, abyś znalazł coś swojego. Tym bardziej że potrzebuję pieniędzy na rozkręcenie własnego biznesu. Ile czasu chciałbyś dostać na wyprowadzkę?

Waldemar wstał.

– Odkupię go od ciebie.

– Nie sądzę, że masz tyle pieniędzy. – Rozejrzała się po pokoju i spojrzała wymownie na jego stare, zniszczone ubrania.

– To będę cię spłacał w ratach.

– Potrzebuję całej kwoty w gotówce.

Wiedziała, że zachowywała się właśnie jak nieczuła suka i była o to zła na samą siebie. Ale z nim trzeba było postępować twardo. Nic innego do niego nie przemawiało.

– Aneczko… – Spróbował złapać ją za ramiona, ale wionęło od niego alkoholem, więc gwałtownie się cofnęła.

– Nie aneczkuj mi tu! – wybuchnęła. – Ten dom jest mój i proszę cię, żebyś się wyprowadził! Powiedz mi, ile czasu na to potrzebujesz, a jak nie będziesz współpracował, to wezwę policję!

– I do tego właśnie sprowadza się nasze małżeństwo, co? – zapytał, a w jego głosie pobrzmiał smutek. – Do nasyłania na siebie policji?

– Mam ci przypomnieć, że to ty odepchnąłeś mnie od siebie? Chciałam, żebyś chodził na terapię, na odwyk. Byłam gotowa płacić za drogich psychologów, żeby ci pomogli! Ale ty to wszystko odtrąciłeś! Przez tyle lat trwałam przy tobie, ale ty tego nie chciałeś!

– To znalazłaś sobie innego – mruknął.

– A żebyś wiedział! – Poniosły ją emocje, ale on wyzwalał w niej wszystko to, co najgorsze. – Robert to porządny, troskliwy mężczyzna i cieszę się, że mam w życiu kogoś, na kim mogę polegać!

– No tak, bo ja zawsze byłem do niczego!

Waldemar podszedł do barku i zaczął wyjmować z niego najróżniejsze butelki z podejrzaną zawartością.

– Nie o to mi chodzi, ale kiedy się zagubiłeś i nie chciałeś pomocy…

– Nie musisz się o to już martwić. Teraz doskonale wiem, gdzie jestem i czego chcę od życia.

Wyjął z szuflady reklamówkę i zaczął do niej pakować swój sprzęt medyczny oraz pojemniki z jakimś zielskiem.

– Co ty robisz? – zapytała w końcu Anna, patrząc na jego ruchy, przepełnione wściekłością.

– Wyprowadzam się! Przecież tego chciałaś!

– Nie, Waldemar, nie w ten sposób. Mieliśmy porozumieć się jak dorośli…

Jednak do niego nic już nie docierało.

– Gauza! Pakuj się! – wrzasnął.

Jego przyjaciel wszedł do pokoju, niosąc przed sobą talerz z ciastem jak tarczę.

– Zwariowałeś?! Teraz?

– Tak, teraz! To jest dom Anny i jaśnie pani nie życzy sobie w nim pijaka i schizofrenika.

– Ja wcale nie… – chciała zaprzeczyć.

– Waldemar, mamy za dużo rzeczy, żeby tak za jednym zamachem zabrać wszystko. – Gauza usiłował go uspokoić.

– To weź to, czego najbardziej potrzebujesz, potem przyjedziemy po resztę.

– I dokąd chcesz iść?

– Pojedziemy do Wiatrołomu! Ten idiota nas wyrzucił, ale przekoczujemy w barze albo u tej twojej Janiny.

Lekarz wymaszerował z pokoju, głośno tupiąc, wspiął się po schodach i tam, sądząc po odgłosach, zaczął pakować kolejne rzeczy.

– Przepraszam za niego – powiedział cicho Bronisław. – Ostatnie dni były dla niego ciężkie…

– On zawsze ma ciężkie dni – prychnęła ze złością Anna.

Gauza nie kłócił się, skinął tylko głową ze smutkiem.

– Teraz zabierzemy najpotrzebniejsze rzeczy, a po resztę przyjedziemy za jakiś tydzień. Będzie to pani odpowiadało?

Skinęła głową.

– I tak nie sprzedam tej rudery szybciej, więc możecie mieć nawet miesiąc.

– Dziękuję.

Odprowadził ją do drzwi. Dalej ruszyła sama, a jej obcasy stukały na chodniku. Zatrzasnęła się w samochodzie i zacisnęła mocno dłonie na kierownicy. Ta rozmowa w ogóle nie poszła tak, jak to sobie zaplanowała. Ale cóż, przynajmniej efekt był taki, na jaki liczyła – będzie mogła sprzedać dom.

Właśnie wtedy przypomniało jej się to smutne spojrzenie Gauzy. Może ostatnie dni były dla nich naprawdę trudne? Byli w Wiatrołomie, a każdy w kraju chyba już słyszał o tej wichurze. Były nawet jakiś zgony. A jeśli kogoś stracili? Potrząsnęła głową. Niemożliwe, Waldemar nie miał przyjaciół, tylko kumpli od kieliszka, po kim niby miałby rozpaczać? Jednak ten Bronisław zdawał się kimś bliskim dla niego… Może jej mąż się zmienił?

– Niemożliwe – szepnęła, a następnie odpaliła silnik i ruszyła na poszukiwania hotelu.

¢

Feliks otworzył oczy. Wszystko go bolało, od rany na ramieniu po guza na czole. Odwrócił głowę i zerknął na zegarek.

– Już jedenasta?! – sapnął, zrywając się z łóżka.

Od razu popędził do pokoju Magdy. Musiał się upewnić, że wróciła, że wydarzenia z poprzedniej nocy nie były tylko snem. Nie zastał jej, ale bałagan zostawiony w całej sypialni sugerował, że tu była, a jej nowe wcielenie nie należało do czyściochów.

Zszedł do kuchni i znalazł tam lakoniczną kartkę: Poszłam do rodziców. Buziaki.

– Po całym mieście pałętają się ludzie, którzy wczoraj chcieli mnie powiesić! – zezłościł się. – Ona groziła im z łuku! I poszła tam zupełnie sama! Jak ją dopadną…

I wtedy zdał sobie sprawę z tego, że raczej to oni powinni się jej bać, ponieważ wróciła inna. I nie chodziło tu o zmianę ciała. Pogańskie zaświaty odcisnęły na niej swoje piętno.

Zadzwonił do niej, jednak odezwała się poczta głosowa. No tak, jej telefon leżał rozładowany w szufladzie. Jeżeli miała nowy, nie podała mu numeru. Powinien jej poszukać? Zaparzył sobie herbatę i opadł na krzesło. Jeżeli poszła do rodziców, nie chciał im przeszkadzać.

Zresztą musiał sobie poukładać to wszystko w głowie. Będzie trzeba zadzwonić do innych i przeprosić ich za swoje zachowanie. Teraz, gdy świeciło jasne słońce, miał wyrzuty sumienia, że przepędził przyjaciół i rodzinę ze swojego domu w tak niemiły sposób. Najpierw wybrał numer Tosi, ale odezwała się poczta głosowa. Pewnie wyłączyła telefon, bo wciąż się gniewała. Adrian był poza zasięgiem, a z Janiną w ogóle nie miał ochoty rozmawiać.

– Czego chcesz? – W słuchawce rozległ się grobowy głos Waldemara.

– Dojechaliście bezpiecznie do domu?

– Taa… – burknął lekarz.

– Powiedz mu. – Feliks usłyszał w tle głos Gauzy.

– Co masz mi powiedzieć?

– Że jedziemy do Wiatrołomu.

– Naprawdę? – ucieszył się żniwiarz. – O której będziecie?

– Nie wiem. – Waldemar ewidentnie był nie w sosie.

– To wpadnijcie do mnie. Mam dobre wieści.

– No powiedz mu! – denerwował się w tle Gauza.

– Taa… do zobaczenia…

Lekarz się rozłączył, a Feliks uśmiechnął do siebie. Chruszczyński był starą marudą, ale potrafił zrozumieć żniwiarza. Poza tym dobrze było mieć na miejscu specjalistę od demonicznych ran i urazów.

¢

Magda wracała już do domu, kiedy jej uwagę przykuła szyszka leżąca na chodniku. Dziewczyna podniosła ją, a potem rozejrzała się wokół, lecz nie dostrzegła w pobliżu żadnego drzewa iglastego. Podrzucając swoje znalezisko w dłoni, przeszła kilka metrów najpierw w jedną stronę, potem zawróciła i odbiła w boczną uliczkę, szukając kolejnych śladów. Wkrótce dostrzegła następną szyszkę i jeszcze dwie na podjeździe jednego z domów.

W nocy, podczas której zginęła, również znalazła szyszkę i ścigała przez pół miasta paskudnego latającego demona. Tym razem jednak doskonale wiedziała, że miała do czynienia z nocnicą. Stanęła na samym środku otwartej bramy i zastanowiła się, co robić. Nocnice cechowała raczej złośliwość, nie krwiożerczość, ale Magda nie była pewna, do czego mogły się posunąć wygłodniałe demony tuż po wydostaniu się z Nawii.

Na podwórku nie było śladów walki. Dziewczynę zastanowiła jednak pusta buda z łańcuchem i rozpiętą obrożą leżącymi na ziemi. Psa nie było. Może to normalne, może gdzieś sobie biegał, a może… został zaatakowany.

Nie przejmując się tym, że właśnie wtargnęła na cudzy teren, postanowiła sprawdzić całe obejście. Mieszkańcy pewnie i tak byli o tej porze w pracy. A jeśli ktoś ją tu przyłapie, na poczekaniu wymyśli jakieś kłamstwo. W końcu była ładną dziewczyną. Na taką nie można się gniewać, a co dopiero podejrzewać jej o kradzież czy włamanie.

W ogrodzie znalazła jeszcze kilka szyszek, a na przykurzonym parapecie jednego z okien ujrzała ślady, jednak były tak niewyraźne, że mogły oznaczać dosłownie wszystko. Wtem w oknie pojawiła się twarz. Magda już sięgała po nóż, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że ją rozpoznała. Natychmiast okrążyła dom i zadzwoniła do drzwi. Oczywiście za pierwszym razem nikt jej nie otworzył, ale tak długo się dobijała, że w końcu drzwi uchyliły się lekko i ujrzała w nich mężczyznę, który brał udział w linczu, choć z tego, co pamiętała, nie był z tych, którzy najgłośniej krzyczeli.

– W nocy coś pana zaatakowało – powiedziała prosto z mostu.

Facet zawahał się. Czyli strzał w dziesiątkę.

– Czego chcesz?

– Porozmawiać.

– Nie mam nic do powiedzenia.

Już chciał zamknąć drzwi, ale na wszelki wypadek wsunęła między nie a framugę stopę, po czym pchnęła je dłonią. Przez chwilę się siłowali, aż mężczyzna odleciał do tyłu.

Magda weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi.

– Nie piłam jeszcze dziś kawy – oświadczyła i ruszyła przed siebie.

Od razu odnalazła kuchnię i usiadła przy stole. Gospodarz z kolei stanął w progu i nie miał pojęcia, jak się zachować.

– Sypaną, z cukrem i mlekiem poproszę – odezwała się.

Nieznajomy był tak zszokowany jej bezczelnym zachowaniem, że posłusznie nalał wody do czajnika, wyjął z szafki kubek i nasypał do niego kawy.

– Widział pan demona – powiedziała Magda.

– Nie wiem, co widziałem – mruknął, stojąc do niej tyłem.

– Był brzydki, miał długie, splątane włosy; mówią, że czesze je szyszkami.

Gospodarz nie odwrócił się, ale znieruchomiał.

– Miał błoniaste skrzydła i latał jak pijana czapla – kontynuowała Magda.

– Skąd wiesz? – Facet w końcu spojrzał na nią.

– Bo na co dzień zabijam demony. Chyba że przeszkodzą mi w tym jakieś świry, które usiłują powiesić mojego krewnego.

Speszył się, jakby naprawdę było mu głupio z powodu tego linczu. Usłyszeli głośne sapnięcie i do kuchni wszedł ciężkim krokiem duży wilczur. Popatrzył na ludzi, a potem z głuchym łomotem uwalił się na środku pomieszczenia.

– Opowie mi pan? – poprosiła.

Zapadła długa cisza. Mężczyzna zaparzył kawę i podał jej kubek, a potem zaczął mówić. Z początku nieśmiało, jakby oczekiwał, że go wyśmieje, z czasem jednak jego głos był coraz bardziej pewny. Powiedział o tym, jak zobaczył „to coś” przez okno, myślał, że to złodzieje, chciał bronić psa, zaatakował intruza nogą od taboretu, a potem zorientował się, że to wcale nie człowiek.

– Wykazał się pan odwagą – przyznała. – Choć nie było to zbyt mądre. Po zmroku lepiej nie opuszczać domu. Większość demonów nie włamuje się do środka. Ale cieszę się, że pan przeżył.

– Jarek jestem. – Machnął ręką. – Jarek Damaszek.

– Miło mi. Magda. – Skinęła mu głową.

Zapadła cisza.

– Tak, ta Magda, która zginęła tragicznie w starym hotelu. Wróciłam na ziemię, żeby zabijać demony i chronić ludzi.

– Niemożliwe. – Spojrzał na nią nieufnie.

– A jednak to ja.

– Ale wyglądasz… inaczej.

– Tak to działa. Feliks też jest tym starym Feliksem, którego wszyscy pamiętają.

– Nie wierzę – sapnął.

– Nie dziwię się.

Na podwórko wjechał samochód

– Moja żona – wyjaśnił Jarek.

– Rozsyp sól na parapetach – poradziła Magda. – I przybij do nich pinezkami gałązki kłujących roślin. Głóg będzie najlepszy.

– Po co?

– Żeby demony nie wlazły do środka, jak będziecie spali. – Magda dopiła kawę, wstała i skierowała się do wyjścia. – Jakbyś miał jeszcze jakieś pytania, wal śmiało do kogokolwiek z rodziny Wojnów, na pewno pomogą.

Minęła w drzwiach panią Damaszek, uśmiechnęła się do niej i ruszyła do domu.

Jarosław nie dowierzał jej, tego była pewna, ale zbyt dobrze pamiętał, co przydarzyło mu się w nocy, i nie potrafił zrzucić tego na karb omamów. Może z czasem pójdzie po rozum do głowy i poszuka pomocy u Wojnów, a przynajmniej się z nimi skonsultuje. A jak nie, to cóż… Sam sobie będzie winien, jeśli znów zaatakują go demony i nie będzie umiał się przed nimi bronić.

Z żywopłotu błysnęły na nią czerwone ślepia. Zagwizdała, ale nawet nie drgnęły.

– Idę do domu – oświadczyła.

Oczy mrugnęły, po czym zniknęły. Ciekawe, czy da się go nauczyć jakichś sztuczek? – zastanowiła się. Daj łapę, turlaj się czy coś…