Żniwiarz. Tom 3. Trzynasty księżyc - Paulina Hendel - ebook
Opis

Uważaj! Nieumarli wracają. Ludziom i żniwiarzom zagraża jeszcze niebezpieczniejszy wróg, a Pierwszy zmienił zasady gry. Magda, Feliks i Mateusz stają przed nowymi wyzwaniami, groźniejszymi demonami i dylematem większym niż wszystkie razem do tej pory wzięte. Trzynasta pełnia jest coraz bliżej. Bestsellerowa seria „Żniwiarz” nie pozwoli Ci zaznać spokoju!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 484

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Paulina Hendel, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Dawid Wiktorski

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Jamróz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-7976-981-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Ani i Wiesiowi

Krystyna, pięćdziesięcioletnia mieszkanka Wiatrołomu, wygoniła męża ze śmieciami, a sama poszła do ogrodu pozbierać pranie, podejrzewając, że mogło już zawilgotnieć.

Wrzucając ubrania do miski, co chwilę oglądała się za siebie, przekonana, że jej mąż, Grzegorz, ukrył się za rogiem domu i po kryjomu pali papierosa.

– Oberwie, jak poczuję – mamrotała pod nosem.

Zdjęła z linki ostatnią koszulę, uniosła głowę i spojrzała w kierunku domu sąsiada oddalonego o jakieś trzysta metrów. Niewiele widziała poprzez drzewa i krzewy, ale dałaby głowę, że w tym upiornym, zazwyczaj cichym domu paliły się chyba wszystkie światła.

Coś się tam działo, Krystyna w ciągu dnia widziała tych wszystkich ludzi wchodzących i wychodzących z budynku spowitego nerwową atmosferą.

Kobieta była z natury bardzo ciekawska i wiele by dała, żeby dowiedzieć się, co tam się działo. No i kto tak naprawdę teraz tam mieszkał. Odkąd zmarł jej poprzedni sąsiad, ustatkowany czterdziestolatek, wciąż zachodziły tam podejrzane roszady w mieszkańcach. Najpierw wprowadziła się ta biedna dziewczyna od Wojnów, potem ten chudy łepek i wysoka blondynka, a ostatnio wciąż bywał tam też chłopak od Wilków.

– Co ty tam jeszcze robisz? – Z zamyślenia wyrwał ją mąż, który stanął na progu domu z wiadrem w ręku. – Zaraz się reklamy skończą i znowu nie będziesz wiedziała, o co chodzi w filmie.

Krystyna z ociąganiem sięgnęła po miskę i podeszła do męża. O dziwo nie poczuła od niego papierosów.

– Sąsiedzi znowu coś wyprawiają – oświadczyła.

– A daj ty tym biednym ludziom spokój! Młodzi są, pewnie imprezę urządzili. Poza tym nawet nie zaczynaj znowu narzekać na tamtego chłopaka – uprzedził Grzegorz, przepuszczając ją w progu. – Pamiętaj, że dostałaś od niego praliny i nalewkę za wezwanie straży do tej palącej się szopy.

– No dostałam, ale…

– Słyszysz? Film się zaczął – przerwał jej mąż i ruszył do salonu.

Jednak Krystyna zawahała się w progu. Coś zaszeleściło w krzakach, w ciemnościach błysnęły ślepia.

– Sio! – Klasnęła w dłonie. Jutro Grzegorz będzie musiał poszukać dziury w płocie, bo już drugi raz do ogródka najwyraźniej wszedł bezpański pies.

Nagle zwierzę zapiszczało i uciekło, hałaśliwie przedzierając się przez krzewy. Chwilę później Krystyna usłyszała szepty w zaroślach. Zmarszczyła brwi i już miała tam podejść, lecz wtedy mąż ponownie ją zawołał, a dźwięk ucichł.

¢

Mateusz stał przy oknie ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Pozornie sprawiał wrażenie spokojnego i tylko drżąca szczęka zdradzała, jak bardzo był wzburzony.

Feliks z kolei miotał się nerwowo po całym pokoju, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. W końcu z nadzieją zerknął na Sebastiana rozmawiającego przez telefon.

– Tak, szczupła wysoka blondynka – mówił chłopak. – A koleś jechał starą toyotą.

– I co? – zapytał Feliks, gdy tylko krewniak odłożył telefon.

– Zadzwoniłem do kogo tylko się dało – odparł Sebastian. – Jak ktoś zobaczy samochód, od razu zadzwoni.

– A ostrzegałeś, żeby nikt się nie zbliżał?

– Taa, mówiłem, że koleś jest psychopatą i ma w kieszeniach granaty – sarknął. – A ty? Nie masz już więcej kontaktów?

Feliks pokręcił głową.

– Powiadomiłem wszystkich, ale ludzie, których znam, są bardziej wyczuleni na nawich niż na porywaczy.

Niecałą godzinę wcześniej wrócili z Grzmiącej. Przeszukali całą wieś, choć tak naprawdę nikt nie wierzył, że Pierwszy mógł znów się tam zaszyć. Objechali wszystkie jego kryjówki w okolicy Wiatrołomu, w których trzymał pieniądze, ale po żniwiarzu nie było nawet śladu.

– To na pewno wszystko? – Feliks spojrzał na kartkę leżącą na stole.

Mateusz zapisał na niej wszystkie bardziej oddalone miejsca, w których rok wcześniej przebywał Pierwszy.

– Wszystko, co pamiętam – odparł.

Feliks przeniósł spojrzenie na mapę, przez chwilę wpatrywał się w nią, po czym wziął do ręki telefon.

– To blisko Czarnej Wody – stwierdził, wybierając numer. – Waldemar? Weź Gauzę i pojedźcie do Borowego Młyna pięć. Tylko nie podchodźcie za blisko! Sprawdźcie, czy ktoś podejrzany jest w środku, i od razu do mnie zadzwońcie. Tak, będzie was znał… Wiem, że nie widzieliście faceta na oczy, ale on was pamięta, więc nie pokazujcie mu się!

Żniwiarz rozłączył się i spojrzał na kolejny adres.

– Tu może chyba pojechać Bolesław Suchocki? – zapytał Mateusz. – Mówiłeś, że przez wiele lat pomagał Antoniemu. Ale czy on nie jest za stary?

– Pierwszy go zna?

– Nie, ani on, ani ja nie widzieliśmy go na oczy.

– Dobrze, w takim razie Bolesław może udawać, że wybrał się tam na spacer – ocenił żniwiarz, wybierając kolejny numer.

Zarówno Feliks, jak i Sebastian zadzwonili do wszystkich swoich znajomych, prosząc o pomoc w zlokalizowaniu Pierwszego, który porwał Magdę. Mieli nadzieję, że nie jest za późno.

– Kiedy jest pusta noc? – zapytał nagle Mateusz, spoglądając przez okno na ciemniejące niebo.

– Za niecałe trzy tygodnie – odparł Feliks.

– A więc mamy tyle czasu, zanim on ją zabije.

– Nawet tak nie mów – warknął żniwiarz.

Znieruchomieli, kiedy usłyszeli skrzypnięcie wejściowych drzwi.

– Wiadomo już coś?! – Do pokoju wpadł Adrian.

Sebastian pokręcił głową.

– Szukamy jej – powiedział.

– Nie! Właśnie, że nie szukamy! – wybuchnął nagle Mateusz. – Powinniśmy tam być! Robić coś! A nie tylko wydzwaniać po ludziach!

– Wolisz miotać się po całym kraju i szukać w ciemno?! Na pewno nie znasz wszystkich jego kryjówek, a nie mamy żadnego tropu! – warknął Feliks, przykładając palce do skroni. – Więc się uspokój…

– Jak mam być spokojny?! On porwał Magdę! I zabije ją w najbliższą pustą noc!

– Myślisz, że o tym nie wiem?!

– Tylko to ja widziałem na własne oczy, jak zabijał żniwiarzy! Wiem, co ją czeka, jak jej nie znajdziemy!

Stanęli twarzą w twarz, obaj poczerwieniali z wściekłości, z zaciśniętymi pięściami.

Nagle zadzwonił telefon. Wszyscy znieruchomieli, wpatrując się w komórkę wibrującą na stole, jakby obawiali się wiadomości, którą mogą usłyszeć.

– Tak? – W końcu Sebastian przyłożył urządzenie do ucha. – Aha, i gdzie pojechał?

Przez chwilę trzy pary oczu nie odrywały od niego wzroku.

– Znajomy widział podobny samochód na stacji benzynowej – powiedział starszy bliźniak, rozłączając się.

– Gdzie? – zapytał Feliks.

Sebastian odnalazł miejscowość na mapie w telefonie.

– Tu. Koleś pojechał na południe.

Mateusz porwał w ręce kartkę z kryjówkami Pierwszego.

– Tu, tu i tu. – Wskazał palcem. – Jedziemy tam.

– Poczekaj – zatrzymał go żniwiarz. – To miejsce ma sprawdzić Waldemar, powinien zadzwonić za jakieś pół godziny…

Mateusz zaczął szybko oddychać, próbując się opanować. Zacisnął pieści tak mocno, że aż pobielały mu kostki.

– Spokojnie, jest jeszcze czas. Zaczekajmy na telefon od Waldemara, a potem zadecydujemy, co dalej. – Feliks położył rękę na jego ramieniu. – Miałeś rację, Pierwszy przetrzyma ją do pustej nocy. Do tej pory nic jej nie grozi…

– Mylisz się. Do tej pory jej nie zabije, ale… Widziałeś Nadię? Widziałeś, w jakim stanie była, gdy od niego uciekła?

Feliks uderzył pięścią w ścianę.

– Zabiję go – warknął.

¢

– Na cholerę ci to?! – wybuchnął Waldemar, patrząc na Gauzę wlokącego na smyczy nad wyraz grubego labradora.

– Mamy nie wzbudzać podejrzeń, prawda? – odparł przyjaciel.

– Przecież to stworzenie jest tak paskudne, że powinni je w cyrku pokazywać! Wszyscy będą się za nami oglądać!

– Ale przynajmniej nikt nie będzie się zastanawiał, po co dwóch starych pryków kręci się w środku nocy w okolicy.

Lekarz wzniósł spojrzenie ku niebu i westchnął ciężko, gdy nie doczekał się żadnej odpowiedzi na pytanie „za jakie grzechy?”.

– A poza tym obiecałem znajomej, że go wyprowadzę – bąknął Gauza, otwierając bagażnik.

Pies z głuchym stęknięciem wgramolił się do środka.

– Jedziemy na wycieczkę – zapewnił go wesoło emerytowany nauczyciel.

Waldemar pokręcił głową i usadowił się na siedzeniu pasażera.

– Pospiesz się! – burknął.

Feliks za dużo im nie powiedział, ale wystarczająco, żeby przestraszyli się o życie Magdy.

Jeżeli ten sukinsyn znów zrobił jej krzywdę, to… – pomyślał lekarz. To co? – zapytał natychmiast sam siebie. Co możemy mu zrobić? Podstarzały alkoholik i emerytowany nauczyciel ze schizofrenią…

Przyjaciele milczeli przez całą drogę, zatopieni we własnych, niewesołych myślach.

Waldemar mocno zacisnął pięści i wlepił wzrok w tunel z drzew, oświetlony reflektorami samochodu. Bał się. Byłby głupi, gdyby nie czuł strachu. Poznał tamtego drania i wiedział, do czego był zdolny. Tak znakomicie potrafił udawać przestraszonego, zagubionego chłopaka, a w międzyczasie z zimną krwią mordował żniwiarzy.

Po pół godzinie Gauza zaparkował pod sklepem w Borowym Młynie.

– Dalej pieszo – oznajmił, wypuszczając psa z bagażnika. – Mam nadzieję, że znajdziemy tam Magdę – dodał, patrząc przed siebie na ciemną ulicę.

– Uhm – burknął Waldemar, choć tak naprawdę obawiał się, że znajdą nie tylko Magdę.

¢

Magda otworzyła oczy i ujrzała brudny, pokryty pajęczynami sufit. Poczuła, że coś ściska jej gardło. Spróbowała przełknąć ślinę, ale nie była w stanie. Zaczęła kaszleć. Gwałtownie przewróciła się na brzuch i uniosła na dłoniach, usiłując złapać oddech.

Gdy w końcu udało jej się zaczerpnąć powietrza, spojrzała na ręce opierające się o betonową podłogę. Palce były pokryte czarnym pyłem, dawno temu pomalowane paznokcie połamały się.

To były jej ręce? Kim była?

– Żyjesz? – Usłyszała.

Z trudem odwróciła głowę i ujrzała mężczyznę po czterdziestce. Klęczał na podłodze, prawą dłoń przyciskał do lewego ramienia. Spomiędzy jego palców ciekła krew.

Magda z głuchym stęknięciem usiadła na podłodze i oparła się plecami o betonową ścianę. Wróciły do niej wspomnienia. Pierwszy ją porwał, a potem zaatakowali ich cieniści. Jeden z nich prawie ją udusił.

Dłonią strzepnęła z ubrań czarny pył i strzeliła wzrokiem na boki. Da radę uciec? A może wystarczy jej sił, żeby pokonać Pierwszego? Potrzebowała tylko jakiejś broni…

Mężczyzna jęknął i chwiejnie się podniósł.

Magda potrząsnęła głową. Dlaczego się oszukiwała? Nigdy nie zdoła pokonać Pierwszego!

– Może tak raczysz wstać i mi pomóc? – odezwał się z wyrzutem.

– Nie zamierzam ci w niczym… – zaczęła, ale w jego spojrzeniu było coś, co kazało jej zamilknąć.

– Właśnie ocaliłem ci życie, zabijając cienistego, który chciał cię udusić – warknął zirytowany.

– Skąd mam wiedzieć, że nie robił tego na twoje polecenie?! – wybuchnęła dziewczyna.

Zniecierpliwiony Pierwszy przeszył ją wściekłym spojrzeniem.

– Jak chcesz, to zostań i poczekaj, aż przybędzie ich więcej. Ja w każdym razie zamierzam się stąd ulotnić. – Skierował się do starych, drewnianych drzwi.

Magda dźwignęła się na nogi. Wszystko w niej krzyczało, żeby zaatakować Pierwszego, powalić go na ziemię, a potem uciec. Żniwiarz powoli wspinał się po wąskich betonowych schodach. Oparł się dłonią o pobieloną wapnem ścianę, pozostawiając za sobą krwawą smugę. Chyba naprawdę było z nim źle, ale dziewczyna wcale nie zamierzała mu współczuć.

– W tamtym pokoju na kanapie jest moja torba – mruknął żniwiarz, kiedy stanął na szczycie schodów. – Zapakuj wszystko, co leży na stole.

– Chyba żartujesz! – Magda wciąż myślała o tym, czy go zaatakować, i nie miała najmniejszego zamiaru słuchać jego rozkazów.

– Już! – warknął. – Zaraz zjawią się tu kolejni cieniści i tym razem cię nie uratuję!

Magda wykonała krok w stronę drzwi wyjściowych, a potem zatrzymała się.

Jestem skończoną idiotką – pomyślała, cofając się do pokoju.

Złapała dużą podróżną torbę, szybkim ruchem zgarnęła do niej wszystko ze stołu i wróciła na korytarz.

Pierwszy nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem, tylko wyszedł przed dom w ciemną noc, a kiedy dziewczyna do niego dołączyła, rzucił jej zakrwawione kluczyki od samochodu.

– Prowadzisz – powiedział.

On chyba sobie ze mnie kpi – przemknęło Magdzie przez myśl.

– Ruszaj się! Nie mamy całego dnia! – huknął Pierwszy.

Magda zważyła kluczyki w dłoni, po czym upuściła torbę.

– Sam się pakuj – burknęła i, wbrew sobie oraz zdrowemu rozsądkowi, wykonała polecenie żniwiarza. Usiadła za kierownicą i przekręciła kluczyk w stacyjce.

W lusterku widziała, jak oświetlony tylnymi światłami Pierwszy schyla się po torbę, a potem otwiera bagażnik.

Dziewczyna odpaliła silnik i wbiła bieg.

– Nie będziesz mi rozkazywał – warknęła, słysząc uderzenie zamykanej klapy bagażnika, po czym ruszyła z piskiem opon.

Pierwszy wyprostował się, zaczął wymachiwać ręką i coś krzyczeć, ale go nie słyszała. Zdawało się, że w złości odzyskał siły.

Magda gwałtownie wcisnęła hamulec i wbiła wsteczny. Zarzuciła rękę za zagłówek fotela pasażera i ruszyła ostro do tyłu.

Jej przeciwnik najwyraźniej nie spodziewał się takiego obrotu spraw, bo nawet nie zdążył odskoczyć, gdy uderzyła w niego z całym impetem. Huknęło głucho, a Magda wbiła się w swój fotel.

Jej serce waliło jak oszalałe, ręce drżały, gdy ponownie zmieniała bieg. W nerwach pomyliła sprzęgło z hamulcem i silnik zgasł.

– Nie rób mi tego – poprosiła słabym głosem. – Błagam, odpal…

Obejrzała się za siebie, ale nie zobaczyła Pierwszego. Leżał martwy? A może właśnie się skradał, by ją dopaść? Nie zamierzała czekać, żeby to sprawdzić. Odpaliła silnik i wbiła bieg. Jedno z kół wjechało w dziurę i samochodem szarpnęło, zazgrzytało podwozie.

Magda nie miała zielonego pojęcia, gdzie się znajdowała, jak daleko było do Wiatrołomu ani nawet w którą stronę jechać. Jednak teraz musiała uciec od Pierwszego.

Wyjechała na asfaltową drogę i ruszyła przed siebie, nawet nie wiedziała gdzie. Kiedyś musi w końcu trafić na jakąś stację benzynową, gdzie kupi… poklepała się po pustych kieszeniach… nie, wyłudzi lub ukradnie mapę, dzięki której wróci do domu. Do Feliksa i do Mateusza.

A co potem?

Pokręciła głową. Do oczu napłynęły jej łzy. Jak mają pokonać Pierwszego? Przecież nie zdążyli zdobyć nawet połowy składników potrzebnych do wykonania trucizny na żniwiarzy. O ile ta w ogóle zadziała.

– W najgorszym przypadku mam dzień, może dwa, zanim ten drań dojdzie do siebie – szepnęła. – A jeśli go zabiłam, szukanie nowego ciała może zająć mu nawet kilka tygodni…

Na samą myśl o tym, ręce znów zaczęły jej drżeć.

Feliks coś wymyśli – pocieszała samą siebie. Na pewno wpadnie na jakiś pomysł.

Starała się nie myśleć o tym, że jej wujek w ciągu minionego roku nawet nie potrafił znaleźć Pierwszego, nie wspominając o unicestwieniu go.

Nagle coś ciemnego mignęło tuż przed samochodem. Magda zdjęła stopę z gazu i zamrugała, lecz nic już nie dostrzegła. Może to była sarna? Ale sarny nie są czarne, nawet w ciemną noc. A może to omamy? W końcu nieraz dostała tego dnia w głowę.

Zwolniła, modląc się, żeby nie zobaczyć już więcej nic podejrzanego, bo każda plama cienia zdawała się kryć w sobie cienistego z czerwonymi oczyma. Odruchowo uniosła rękę do szyi. Miała wrażenie, jakby coś nadal ją dusiło, krtań wciąż pulsowała tępym bólem.

Wtem silnik niespodziewanie zgasł. Koła kręciły się jeszcze kilkadziesiąt metrów, by w końcu znieruchomieć.

– Bez jaj! – krzyknęła Magda.

Wyjęła kluczyk ze stacyjki i ponownie go wsunęła.

– Nie, nie, nie, nie… – powtarzała, nie mogąc zapalić silnika. Tego było dla niej już za wiele. Wysiadła i mocno trzasnęła drzwiami. – Czego ode mnie chcecie?! – wrzasnęła.

Tak jak podejrzewała, z lasu dobiegł chichot.

– Odwalcie się ode mnie!

Ku jej zaskoczeniu śmiech ucichł.

Dziewczyna, pełna strachu i wściekłości, ponownie wsiadła do auta, jednak silnik wciąż nie chciał zadziałać.

– Zabiję ich – mamrotała. – Zabiję gołymi rękami pierwszego błęda, jaki mi się napatoczy.

I jakimś cudem wiedziała, że obecnie dałaby radę to zrobić. Niespodziewanie usłyszała głuche huknięcie tuż przed sobą. Uniosła głowę i ujrzała wielkiego czarnego psa na wgniecionej masce samochodu. Sparaliżowało ją. Bestia o zmierzwionej sierści i gorejących czerwonych ślepiach wpatrywała się nienawistnie w Magdę, obnażając wszystkie zęby.

Dziewczyna ponownie spróbowała odpalić. Na próżno. Tej nocy nawi najwyraźniej postanowili ją zabić. A ona nie miała przy sobie nic, żadnej broni, nawet odrobiny soli.

Bestia niespodziewanie odwróciła łeb i spojrzała gdzieś w las, a potem po prostu zeskoczyła z maski i zniknęła w mroku nocy. Magda odetchnęła cicho i przymknęła oczy. Demoniczny pies, nieważne jak inteligentny, nie potrafił otworzyć drzwi od samochodu. Tego była pewna. No, prawie.

Nasłuchiwała w oczekiwaniu, lecz do jej uszu nie dotarł już żaden dźwięk. Powoli zaczynała zastanawiać się, co powinna robić dalej. Samochód prawdopodobnie nie zadziała do rana, aż błędy nie poukrywają się w najgłębszych zakamarkach lasu. Iść? Może złapie stopa?

Wiedziała, że nie może pozwolić sobie na luksus braku pośpiechu. Pierwszy deptał jej po piętach i musiała jak najszybciej znaleźć się w Wiatrołomie.

Powoli wyciągnęła rękę do klamki, jednak nie zdążyła jej nawet dotknąć, gdy drzwi zostały wyrwane z zawiasów i uderzyły ze zgrzytem o asfalt kilka metrów dalej.

Dalsze ukrywanie się straciło jakikolwiek sens. Magda była zbyt zszokowana tym, co właśnie się działo, żeby się bać. Wyprostowała się i zadarła głowę, żeby spojrzeć w twarz dzikiego myśliwego siedzącego na wysokim koniu.

Nawi był czarny i jakby skryty w cieniu. Poły jego płaszcza łopotały na wietrze, który nie był obecny w realnym świecie. Czerwone oczy świdrowały dziewczynę na wylot. Błysnęło srebrzyste ostrze włóczni. Chudy koń z czarną, smolistą i posklejaną sierścią przestępował z nogi na nogę, kopyta stukały na asfalcie.

Według kaszubskich wierzeń dziki myśliwy był pokutującą duszą człowieka, który polował w niedzielę przed południem. A teraz, po śmierci, musiał za karę przemierzać bory i polować na żaby oraz kruki.

Kiedyś Magda stwierdziła, że taki los był niezłym upodleniem. Jednak teraz, gdy po raz pierwszy w życiu stała twarzą w twarz z myśliwym, poczuła wobec niego respekt. Biła od niego niespotykana moc i z całą pewnością nie wyglądał na istotę, która poluje na żaby.

Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem.

– Nie zrobię ci krzywdy. – Magda w końcu przerwała milczenie. – Możesz odejść w spokoju.

Jednak myśliwy zdawał się w ogóle jej nie usłyszeć.

Dziewczyna kątem oka zobaczyła wielkie psy, które powoli zacieśniały wokół niej krąg.

– Nic do ciebie nie mam. Odejdź – powtórzyła nieco piskliwym głosem.

Po czasie, który zdawał się wiecznością, dziki myśliwy gwizdnął przeciągle, a jego sfora rozpierzchła się i zniknęła między drzewami. Magda już miała odetchnąć z ulgą, gdy nawi uniósł włócznię i cisnął nią.

Dziewczyna rzuciła się do przodu. Ostrze minęło ją o centymetry i uderzyło w szybę. Magda, nie zważając na ból, szybko podniosła się na równe nogi. W międzyczasie myśliwy zsiadł z konia i ruszył gniewnym krokiem w jej stronę. Płaszcz łopotał za nim.

Nawi wyprowadził pięścią cios prosto w twarz Magdy. Dziewczyna uchyliła się, ale zaraz potem zgięła wpół, gdy myśliwy uderzył ją w brzuch. Miała wrażenie, jakby żołądek wywrócił jej się na drugą stronę, przez chwilę nie mogła złapać oddechu. Osunęła się na kolana, lecz nawi chwycił ją za włosy i pociągnął w górę, aby znów spojrzała mu w oczy.

Magda szarpała się, próbowała kopać, a rękoma uwolnić długi warkocz z żelaznego uchwytu. W jej oczach pojawiły się łzy bezsilności i bólu.

– Odwal się! Zostaw mnie! – sapnęła.

Nawi patrzył na nią beznamiętnie, jak dziecko, które przygląda się robakowi, żeby za chwilę go zmiażdżyć. Wolną ręką złapał ją za gardło. Na razie niezbyt mocno, ale Magda wiedziała, że gdyby włożył w uścisk choć odrobinę siły, zmiażdżyłby jej krtań.

I wtedy na horyzoncie pojawiło się światło. Zbliżało się szybko wraz z warkotem silnika.

Mateusz! Feliks! – pomyślała Magda z nadzieją. Wstąpiły w nią nowe siły. Na powrót zaczęła się szarpać i kopać, próbując sięgnąć paznokciami twarzy myśliwego.

Kątem oka zobaczyła ciemną postać wysiadającą z samochodu. Ruszyła w jej stronę, lekko utykając, ale w jej postawie było coś mrocznego i przerażającego. Niosła ze sobą zapowiedź śmierci

– Pierwszy! – sapnęła Magda.

Jednak żniwiarz ją zignorował. Wyciągnął zza paska nóż i ciął w rękę trzymającą dziewczynę za gardło. Coś trzasnęło, myśliwy syknął gniewnie i puścił Magdę, która osunęła się na drogę, krztusząc się i gwałtownie łapiąc powietrze.

Pierwszy ponownie uniósł ostrze, jednak tym razem nawi chwycił go za przedramię. Spojrzeli sobie w oczy z wrogością. Wtem żniwiarz uderzył, po czym rozdzielili się.

Magda spróbowała odczołgać się od nawiego. Na szczęście ten zupełnie stracił nią zainteresowanie i ponownie zwarł się z Pierwszym. Myśliwy zablokował kolejne cięcie i otwartą dłonią uderzył żniwiarza w splot słoneczny.

Mężczyzna zatoczył się do tyłu, pochylił i zaczął charczeć. Tej nocy nieźle oberwał, nie bez zasługi Magdy. Dziewczyna przez chwilę poczuła wyrzuty sumienia. Była coraz bliżej jego samochodu, gotowa do kolejnej ucieczki. Jej instynkt samozachowawczy aż wył.

Jeśli Pierwszy przegra, dziki myśliwy będzie nadal krążył po okolicy – uświadomiła sobie. Spotkanie z nim dla każdego zwykłego człowieka mogło oznaczać wyłącznie śmierć.

Myśliwy raz po raz uderzał pięściami w żniwiarza, który wciąż się cofał, ustępując pola. Po kolejnym ciosie stęknął głucho i osunął się na kolana. Magda wiedziała, że jeśli nie zareaguje, to nawi zwycięży. Spanikowana rozejrzała się za bronią, gdy jej wzrok padł na czarne drzewce włóczni. Podbiegła do samochodu i wyciągnęła broń ze środka. Miała wrażenie, jakby ostrze zalśniło własnym światłem, gdy z dzikim okrzykiem na ustach wbiła je w plecy myśliwego. Ten ryknął z bólu, lecz już po chwili się odwrócił. Wlepił w Magdę nienawistne spojrzenie i wrzasnął. Nie był w stanie sięgnąć do włóczni sterczącej mu z pleców, ale sprawiał wrażenie, jakby wcale mu to nie przeszkadzało.

Magda cofnęła się, żałując, że w ogóle zwróciła na siebie uwagę. Nagle myśliwy zatrzymał się, coś nim szarpnęło, a potem dziewczyna zobaczyła lśniące ostrze zalane gęstą krwią, wystające z jego klatki piersiowej. Nawi spojrzał na nią jakby ze zdziwieniem, a potem eksplodował, obryzgując wszystko wokół cuchnącą mazią.

Magda opadła na kolana, ścierając z twarzy czarny szlam, po czym spojrzała na Pierwszego, który, dysząc ciężko, opierał się o włócznię.

– Głupia dziewucha – burknął, po czym, nie oglądając się za siebie, zabrał z toyoty swoją torbę, wrzucił ją wraz z bronią na tylne siedzenie swojego samochodu i usiadł za kierownicą.

Dziewczyna zerknęła na swój pojazd, a potem pobiegła do żniwiarza i usiadła na miejscu pasażera. Pierwszy odpalił bez słowa i ruszył, podczas gdy Magda spróbowała wyczyścić się znalezionymi w schowku chusteczkami.

– Dlaczego dziki myśliwy mnie zaatakował? Dlaczego był taki… – Machnęła dłonią, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów.

– To nie był dziki myśliwy.

– Jak to nie był?! Przecież wiem, jak wygląda…

– Czy ty możesz choć na chwilę się zamknąć?! – wybuchnął Pierwszy. – Daj mi się skupić. Jak dojedziemy w bezpieczne miejsce, wszystko ci powiem!

¢

Mateusz miał wrażenie, jakby zapadł się w ciemność. Spadał i spadał w czarnej studni, a ciemność napierała na niego z każdej strony, wpychała się do płuc, utrudniając oddychanie, wdzierała do ust, w których zamierał krzyk. W tym świecie nie było niczego, żadnego kształtu, żadnego zapachu, żadnego bólu. Sam Mateusz miał wrażenie, jakby za chwilę miał opuścić własne ciało. I nagle rozległ się ryk wściekłości, ryk wiercący dziurę w głowie, doprowadzający do szaleństwa.

Mateusz czuł, jakby rozpadł się na miliony kawałeczków. Chciał krzyczeć, ale nie miał ust, chciał zamknąć oczy, ale nie miał powiek. Czuł, jakby to ciemność była zła i zawiedziona, chciała zabić każdego człowieka i każdego żniwiarza, który chodził po ziemi.

Wtem rozległ się dźwięk. Wdarł się do tego świata najpierw ostrożnie, lecz już po chwili zagłuszył ryki wściekłości, a znikąd pojawiło się oślepiające światło. Chłopak zasłonił oczy przedramieniem.

Siedział w samochodzie, a z ciemności wyrwał go przeciągły dźwięk klaksonu. To Sebastian ściął kolejny zakręt i o mało nie uderzył w rowerzystę jadącego bez oświetlenia i odblasków.

– Spoko majonez, widziałem go – zapewnił bliźniak, spodziewając się nagany ze strony pasażera.

Mateusz tylko potrząsnął głową. Szybka jazda z Sebastianem była niczym w porównaniu z uczuciem spadania w tej przeklętej, czarnej studni.

Znów coś mu nie wyszło – pomyślał z satysfakcją. Mam nadzieję, że to Magda wbiła mu nóż w gardło.

Był niemal pewien, że ryk wściekłości, który słyszał w głowie, należał do Pierwszego. W końcu przez ponad rok dzielili jedno ciało i żniwiarz pozostawił po sobie niejedną pamiątkę.

– Tu się zatrzymaj – powiedział kilka minut później.

Sebastian wykonał polecenie i zgasił silnik.

– Nie chcesz zostać w samochodzie? – upewnił się Mateusz.

– Ona może jest trochę szurnięta, ale wiesz… to rodzina. Jej się nie wybiera i trzeba o nią dbać. A czasem wyciągać z gówna. – Bliźniak wyjął z bagażnika drewnianą pałkę.

Mateusz upewnił się, że jego bluza zasłania kaburę z pistoletem, który dostał od Feliksa. Wszyscy wiedzieli, że broń palna nie na wiele zda się w walce z Pierwszym, ale w razie kłopotów sprawi, że żniwiarz będzie musiał szukać nowego ciała.

Przeszli kilkaset metrów i w oddali ujrzeli ciemny dom otoczony wysokimi drzewami.

– Jakim cudem koleś może mieć tyle chałup? – zapytał szeptem Sebastian.

– To nie jego domy. Są opuszczone, tylko się do nich wprowadza.

– Co zrobimy, jeśli on tam będzie?

Mateusz zerknął na towarzysza z podbitym okiem. Sebastian się denerwował – zaledwie kilkanaście godzin wcześniej spotkał Pierwszego i bardzo boleśnie przekonał się, jaki żniwiarz jest silny. Prawdopodobnie jeszcze nikt nigdy nie położył chłopaka jednym ciosem.

– Zadzwonimy do Feliksa.

Waldemar powiadomił ich, że dom w Borowym Młynie zawalił się na skutek pożaru, który miał miejsce kilka miesięcy wcześniej, o czym lekarz dowiedział się we wsi. Pozostawały więc jeszcze dwie kryjówki. Jedną miał sprawdzić Mateusz z Sebastianem, a drugą Feliks z Adrianem.

Przez kilkanaście minut obserwowali budynek z daleka, ale w ciemnych oknach nie zauważyli żadnego ruchu. W końcu Mateusz skinął głową i klucząc od jednego drzewa do drugiego, podszedł bliżej. Podniósł z ziemi niewielki kamień i cisnął nim w sklejkę, znajdującą się w dziurze po jednym z okien.

Sebastian syknął cicho, gdy kamień odbił się od płyty i spadł w wysoką trawę. Oprócz hałasu uderzenia żaden dźwięk nie zmącił panującej wokół ciszy.

Po kilku długich minutach stanęli pod drzwiami. Były stare, powyginane od wilgoci i nie stanowiłyby żadnego wyzwania dla włamywaczy, gdyby nie pokaźna metalowa zasuwa. Jednak ta była otwarta, a kłódka leżała na ziemi.

Mateusz wszedł w ciemność zalewającą dom. Poruszał się cicho jak kot, nie potrzebował latarki, w przeciwieństwie do swojego towarzysza, który, sądząc po odgłosach, uderzył w coś nogą, zaznaczając to przekleństwami rzucanymi pod nosem.

– W dupie to mam – stwierdził Sebastian. Pstryknęło i przedpokój zalało światło latarki. – Prędzej się zabiję w tych ciemnościach, niż cokolwiek zobaczę.

Mateusz przewrócił oczami, ale milczał. Wiedział, że na bliźniakach można było polegać… głównie wtedy, kiedy chodziło o narobienie hałasu i ewentualne zastraszenie.

Przeszukali cały dom, lecz nie znaleźli nic godnego uwagi. Po kątach walały się stare, zapleśniałe ubrania, ściany pokrywała czarna pleśń. Na parapetach zalegały wysuszone owady, a na szafkach mysie odchody. W koszu na śmieci znajdowały się puszki po konserwach, ale mogły leżeć tam zarówno kilka dni, jak i tygodni. Mateusz stracił nadzieję, że Pierwszy mógł zatrzymać się w tak zapyziałym miejscu.

– Idziemy? – Sebastian się niecierpliwił.

– Jeszcze chwila. – Dopiero teraz chłopak zauważył drzwi do piwnicy.

Bliźniak prychnął niezadowolony, ale ruszył tuż za towarzyszem.

Przyświecając sobie drogę latarką, zeszli po betonowych schodach do dużego pomieszczenia. W rogu leżał stary koc, a po przeciwnej stronie połamane krzesło. Na pobielonych wapnem ścianach widniały ślady krwi.

– Są świeże – odezwał się Sebastian.

Mateusz pokiwał głową, zaciskając pięści. Nie był w stanie odpowiedzieć. Jeżeli to krew Magdy…

– A to co? – Zdziwił się, zauważywszy czarny pył na podłodze.

Ostrożnie wziął odrobinę na palce i powąchał.

– To zwykła sadza, chodźmy już – odezwał się Sebastian, nerwowo wodząc wzrokiem wokół.

Jednak w pobliżu nie było żadnego pieca, a Mateusz dałby głowę, że już gdzieś czuł ten dziwny zapach.

– Feliks jeszcze nie dzwonił, może oni…?

Mateusz wyprostował się i skinął głową.

– Jedziemy do nich. – Wytarł rękę o spodnie.

Wsiedli do samochodu i przejechali kilkanaście kilometrów w stronę następnej kryjówki, gdy coś pojawiło się na horyzoncie. Sebastian zwolnił, a po chwili wdepnął hamulec, gdy rozpoznał samochód stojący na poboczu.

– To ta toyota! – krzyknął, wysiadając.

Mateusz popędził za nim, jednak gdy ujrzał auto, w jego głowie narodziło się jeszcze więcej pytań.

– Co tu się stało? – zapytał Sebastian.

Samochód miał wgniecioną maskę, drzwi od strony kierowcy były wyrwane i leżały kilka metrów dalej, a na asfalcie znajdowała się czarna maź klejąca się do butów.

Widział kiedyś coś takiego, tę smolistą substancję, a raczej pamiętał, że to Pierwszy ją widział. Tylko co dziki myśliwy mógł mieć wspólnego z porwaniem Magdy?

Od razu zadzwonił do Feliksa.

– Macie ją? – zapytał natychmiast żniwiarz.

– Nie. Ale to wszystko jest dziwne.

– Gdzie jeszcze on może być? – zapytał niemal oskarżająco Feliks.

– Nie wiem. Wróćmy do Wiatrołomu i…

– I co?! – wybuchł żniwiarz. – Gdzie ją znajdziemy?! Co mamy robić?!

Mateusz pokręcił głową. Nie miał zielonego pojęcia.

¢

Dlaczegojatujestem? – zastanawiała się Magda. Onmniepoprostuzabije. Poczekadopustejnocyi…

Pierwszy wywiózł ją na jakieś odludzie, zaparkował w krzakach, a teraz prowadził w las pełen komarów. Niedaleko nad brzegiem jeziora rechotały żaby.

– Jesteśmy na miejscu – oświadczył żniwiarz, stając przed pozieleniałą od nalotu przyczepą kempingową.

– Co za rudera! – jęknęła Magda.

Pierwszy westchnął ciężko, po czym spróbował otworzyć drzwi. Kiedy się nie udało, kopnął kilka razy, aż ustąpiły.

W przyczepie cuchnęło stęchlizną, wszędzie leżały martwe owady, a na szafkach Magda zobaczyła mysie odchody. Nie było prądu, ale żniwiarze nie potrzebowali światła, gdy do środka wlewała się słaba poświata księżyca.

– Zamknij drzwi – polecił Pierwszy, osuwając się na kanapę.

– Chyba żartujesz?! Najpierw trzeba tu przewietrzyć. – Magda otworzyła plastikowe okno.

– Nie mogłaś się wcielić w kogoś podobnego do dawnej ciebie?

Wzruszyła ramionami i stanęła na środku przyczepy. Skrzyżowała ręce na piersi i zaczęła stukać stopą o podłogę, lecz Pierwszy ją zignorował.

– Czekam na wyjaśnienia – oświadczyła po chwili.

– Najpierw musisz mi pomóc. – Żniwiarz zdjął koszulę.

Magda zmierzyła wzrokiem jego wychudzone ciało, zapadniętą klatkę piersiową, siniaki na barku i ranę na lewym ramieniu. Wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy.

– Nie gap się na mnie. – Rzucił jej apteczkę samochodową.

– Sam sobie radź. Obiecałeś mi wyjaśnienia, kiedy dotrzemy w to twoje „bezpieczne miejsce”. – Palcami zaznaczyła cudzysłów w powietrzu.

W przyczepie zaległa cisza. Żniwiarze mierzyli się wzrokiem, jakby oceniając siły przeciwnika.

– Przyznaję, nie zaczęliśmy najlepiej naszej znajomości. – Westchnął w końcu Pierwszy. – Spójrz na mnie. Czy wyglądam, jakbym planował właśnie atak na ciebie i twojego wujka? Dwa razy tej nocy uratowałem ci życie! Więc, do jasnej cholery, możesz mnie opatrzyć!

Dziewczyna wzruszyła ramionami i zajrzała do apteczki.

– I podaj mi to – odezwał się Pierwszy, wskazując butelkę wódki stojącą na szafce.

Rzuciła mu ją i patrzyła, jak wypija połowę zawartości.

– Ty naprawdę się stoczyłeś.

Żniwiarz przemilczał jej komentarz. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, jakby zobaczyła w jego oczach wstyd.

– Nie trzeba było usiłować mnie rozjechać – powiedział.

– Nie trzeba było dawać mi kluczyków do auta. Czego się spodziewałeś? Że grzecznie podwiozę cię tam, gdzie chcesz?

– Szczerze mówiąc? Tak. Uratowałem cię przed cienistym. Gdybyś była w poprzednim ciele, chociaż byś się nad tym zastanowiła.

– Ale jestem w tym ciele i się z tego cieszę! Bo tym razem już nigdy ci nie zaufam!

– Jak sobie chcesz – burknął.

Magda bez współczucia polała resztką wódki rany Pierwszego i, nawet nie starając się być delikatną, zaczęła go opatrywać, a on podjął swoją opowieść.

Tosia szła samotnie leśną drogą.

Dlaczego przyszłam tu po zmroku? – zastanawiała się, czując, jak na jej ciele pojawia się gęsia skórka.

Nie bała się lasu. W każdym razie nie za dnia, ale teraz jej serce biło w przyspieszonym tempie. Miała wrażenie, jakby w każdym cieniu kryło się coś… Coś, czego nie znała.

Starała się przekonać, że to tylko spłoszony lis. Jednak uczucie, że jest obserwowana przez coś innego, coś spragnionego jej krwi, nie opuszczało jej ani na chwilę. Na szczęście księżyc świecił jasno i dziewczyna wyraźnie widziała przed sobą wyłożoną kamieniami drogę. Nie pamiętała już, kiedy i jak wyszła z domu pani Anieli, staruszki, która zaproponowała jej nocleg na czas poszukiwań ciała siostry. Wiedziała tylko, że coś nie dawało jej spokoju. Czuła, jakby Oliwia koniecznie chciała jej coś przekazać.

Tosia nie raz słyszała opowieści o przypadkach, gdy dusza zmarłego odwiedzała najbliższych, aby ostatecznie się z nimi pożegnać, przekazać ważną wiadomość lub powiedzieć, gdzie znajduje się ciało.

Przedostatnia noc maja – powinno być ciepło, szczególnie po upalnym dniu, a mimo to nastolatka trzęsła się z zimna. Z jej ust ulatywały obłoczki pary, jakby nastała zima. Bluza, pospiesznie narzucona na pidżamę, nie chroniła przed chłodem.

Tosia nagle usłyszała szelest. Błyskawicznie odwróciła się w stronę, skąd dobiegał, i ujrzała krwistoczerwone oczy skrywające się pod starym dębem. Chciała krzyczeć, ale głos uwiązł jej w gardle. Nie była w stanie ruszyć się z miejsca.

To tylko zwierzę – przekonywała się w myślach.

Olbrzymim wysiłkiem woli uniosła ręce i klasnęła.

– Sio! – krzyknęła. – Wynocha stąd!

Wiedziała, że dzikie zwierzę powinno się przestraszyć. Jednak oczy spozierające na nią z cienia jedynie zamrugały, jakby kpiąc.

– Sio! – Tym razem jej głos zabrzmiał mniej pewnie. Cofnęła się kilka kroków.

Wtedy usłyszała warkot. Niski, gardłowy, potwierdzenie tego, że istota go wydająca wcale nie boi się ludzi.

Oczy zbliżyły się i Tosia mogła ujrzeć wielki, nienaturalny kształt.

Wrzasnęła, odwróciła się na pięcie i zerwała do biegu. To coś z chrzęstem łamanych gałęzi wypadło na drogę i popędziło za nią. Nie chciała oglądać się za siebie. Bała się tego, co mogłaby ujrzeć w świetle księżyca. Słyszała tuż za sobą sapanie i tupot ciężkich łap. Płuca zaczęły palić ją ogniem, brakowało jej oddechu, nogi odmawiały posłuszeństwa. Gdy trafiła na niewielką dziurę w drodze, wystarczyło, żeby runęła na ziemię.

Bestia była tuż za nią. Tosia skuliła się, czekając na atak, który nigdy nie nadszedł.

Powoli, jakby nie wierząc, że wciąż żyje, otworzyła oczy i obejrzała się za siebie. Droga była pusta, nic nie czaiło się w cieniu.

– Tosia… – Usłyszała szept.

Zerwała się na równe nogi.

– Tosia…

Głos należał do Oliwii. To musiała być jej siostra. Nie pomyliłaby jej z nikim. Powiodła wzrokiem wokół i ujrzała coś jasnego między drzewami. Ruszyła w tę stronę, przedzierając się przez gęste krzaki, aż dotarła do miejsca, gdzie las był przerzedzony. Z ziemi wystawały fundamenty i resztki murów porośnięte mchem. Kwiaty dwóch jabłoni lśniły w świetle księżyca. Między starymi, powyginanymi pniami stała ona.

Miała na sobie białą sukienkę, dokładnie taką samą, jaką nosiła kiedyś na wakacjach nad morzem.

– Tosia! – zawołała. Po policzkach nastolatki zaczęły płynąć łzy. W gardle dławiła ją olbrzymia gula.

– Widzę cię – zdołała wykrztusić.

– Znajdź mnie.

– Gdzie? Gdzie jesteś?

Jednak Oliwia tylko się uśmiechnęła. Zawiał wiatr, strącając z jabłoni białe płatki, które przesłoniły dziewczynę.

– Oliwia! – krzyknęła Tosia, tracąc ją z oczu. Wpadła we fruwające kwiaty, ale nie znalazła siostry.

– Gdzie jesteś?!

Płatki opadły na ziemię. Wiatr zamilkł, znów zrobiło się zimno, a w pobliżu rozległ się głuchy warkot.

Tosia spojrzała wprost w gorejące oczy bestii. Białe zęby ociekały śliną.

Dziewczyna odwróciła się, ale zahaczyła stopą o korzeń i runęła jak długa. Chciała uciekać, ale coś złapało ją za nogi. Zaczęła kopać i krzyczeć. A gdy uwolniła się i ruszyła na czworakach, uderzyła w coś głową.

Wylała się na nią woda, brzęknęło tłuczone szkło.

– C-co? – zdziwiła się, rozmasowując rosnącego guza.

Ręką namacała włącznik, po czym jej pokój zalało światło nocnej lampki. Siedziała na podłodze w domu pani Anieli. Skotłowana kołdra leżała kawek dalej.

To był tylko sen, ale Tosia nadal słyszała w głowie warkot bestii, bolała ją kostka i kolana po wyśnionym upadku. Potrząsnęła głową, odpędzając senne mary, lecz jej serce nadal biło jak szalone.

Pozbierała resztki stłuczonej szklanki, a wodę starła bluzką ściągniętą z krzesła. Tej nocy po raz pierwszy dopadły ją wyrzuty sumienia, że okłamała rodziców co do miejsca swojego pobytu. Dopiero co zdała maturę, powinna znaleźć jakąś pracę na wakacje albo siedzieć w domu i cieszyć się wolnym. Jednak uważała, że warto było poświęcić naprawdę wiele, aby odnaleźć ciało siostry.

Wróciła do łóżka i opatuliła się kołdrą.

– Znajdę cię – szepnęła, zanim usnęła. – Obiecuję.

¢

Magda wciąż nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Było późne popołudnie, a ona siedziała tuż obok swojego największego wroga, który właśnie odwoził ją do domu. Cała poprzednia doba była tak dziwaczna, że nawet nie próbowała tego zrozumieć.

Czy to naprawdę przedwczoraj poznałam wdowę po Gerardzie? – zastanawiała się. I spędziłam noc w jednym łóżku z Mateuszem?

Zerknęła kątem oka na Pierwszego. Dobrze, że nawet nie wpadł na to, aby zapytać o Gerarda. Najwyraźniej nie miał pojęcia, że go szukali, ani o tym, że stary żniwiarz nie żył.

Teraz przynajmniej wiem, dlaczego Gerard nie wrócił.

– Tu się zatrzymaj – odezwała się.

– Będziesz miała kawał drogi do przejścia – powiedział Pierwszy – a wyglądasz tragicznie. – Zmierzył ją wzrokiem.

– Dzięki – mruknęła ironicznie. – Przejdę się. Nie chcę, żeby Feliks i Mateusz cię zobaczyli.

– Czyżbyś się o mnie bała?

– Jasne. – Posłała mu krzywe spojrzenie.

Zjechał na pobocze i włączył awaryjne światła.

– Wiesz, dlaczego zostałaś żniwiarzem? – zapytał, patrząc przed siebie.

– Moim grzechem było to, że cię nie zabiłam.

Spojrzał na nią jakby zdziwiony.

– Ty w to wierzysz?

– Nic innego nie mam na sumieniu.

Pierwszy uniósł brwi, ale nie zamierzała dyskutować z nim na takie tematy.

– Poczekaj. – Złapał ją za ramię, a Magda ledwie zwalczyła odruch, żeby przywalić mu pięścią.

– Co znowu? – warknęła.

Pierwszy wyciągnął zza paska nóż i przez jedną krótką chwilę dziewczyna wyobraziła sobie, jak ostrze przejeżdża po jej szyi. Żniwiarz szybkim ruchem obrócił broń w palcach, wysuwając w stronę Magdy drewnianą rękojeść.

– Cieniści nie są przyzwyczajeni do tego, że ktoś ich zabija – powiedział. – Teraz dwa razy się zastanowią, zanim nas zaatakują. Ale weź to na wszelki wypadek i noś przy sobie, szczególnie gdy będziesz sama.

Powoli, pełna podejrzeń, Magda wzięła nóż.

– To nie jest zwykła stal – stwierdziła, patrząc na ostrze.

Żniwiarz pokręcił głową.

– A więc?

Lecz nie zamierzał tego jej wyjaśniać. Schowała nóż za pasek i wysiadła z samochodu. Zawahała się.

– Dlaczego rok temu cieniści mnie przed tobą ostrzegali?

Pierwszy się zastanowił.

– Pewnie mieli cichą nadzieję, że mnie zabijesz – odparł po chwili.

– Ale zostałam żniwiarzem i teraz jestem ich wrogiem?

Pokiwał głową. Magda wyprostowała się i ruszyła w stronę domu bez pożegnania.

Maszerowała poboczem, odwracając twarz od każdego samochodu, który ją mijał. Nie chciała, żeby ktokolwiek zwrócił na nią uwagę, nikogo nie zatrzymywała. Nawet cieszyła się, że od domu dzieliły ją ponad dwa kilometry. Potrzebowała czasu, żeby poukładać sobie w głowie wydarzenia minionej nocy oraz to, co powiedział Pierwszy.

Kiedy pchnęła furtkę od ogrodu, wciąż nie miała pojęcia, jak wytłumaczyć swój powrót.

¢

Feliks usłyszał skrzypnięcie furtki, gwałtownie poderwał się z krzesła i dopadł okna.

– Magda! – sapnął, widząc, jak dziewczyna niespiesznie podąża ścieżką do domu.

Mateusz zrobił wielkie oczy, po czym pobiegł do drzwi. Otworzył je z rozmachem i porwał zaskoczoną dziewczynę w ramiona.

Feliks zaś rzucił na nią okiem, po czym wyjrzał na ulicę, rozglądając się za potępieńcami lub nawet samym Pierwszym.
– Jestem sama – odezwała się Magda, uwalniając się z uścisku Mateusza. – Nikt mnie nie śledził.

Dopiero wtedy żniwiarz ujął jej twarz i spróbował ocenić, jak bardzo była poraniona. Miała rozciętą, zapuchniętą wargę, pęknięty łuk brwiowy, a pod lewym okiem pojawił się siniak.

Powlekła się do kuchni i nalała do szklanki wody z kranu, którą wypiła duszkiem.

– Jak udało ci się uciec? – zapytał Mateusz.

– Nie uciekłam. – Pokręciła głową.

Feliks zmarszczył brwi. Czuł, że coś było nie tak.

– Magda… – odezwał się, ale nie wiedział, o co powinien tak naprawdę zapytać.

– Pierwszy mnie wypuścił. Nawet podwiózł mnie pod Wiatrołom.

– Co?! – wybuchnął Mateusz. – Na Boga, dziewczyno! – Feliks złapał ją za ramiona i spojrzał głęboko w oczy. – Czy on ci zrobił pranie mózgu?!

– Uspokój się – żachnęła się. – Zrób mi kawę, to wszystko wam opowiem.

– Zadzwonię do bliźniaków, żeby odwołali alarm. – Mateusz sięgnął po telefon.

– Jaki alarm? – zdziwiła się.

– Pół kraju cię szuka. Wliczając w to grabarzy i złodziei samochodów.

– Poinformuj też Waldemara – polecił Feliks, włączając czajnik.

– Przez cały czas, kiedy szukaliśmy Gerarda, Pierwszy był uwięziony w Nawii – odezwała się po chwili Magda.

– Ty go tam odesłałaś rok temu? – zapytał żniwiarz. – Czyli nie potrzebujemy już Gerarda?

– Ja tylko wyrzuciłam go z ciała Mateusza. – Pokręciła głową. – Do Nawii zgarnął go Nija.

– Władca pogańskich zaświatów – powiedział Feliks, nie odrywając wzroku od bratanicy.

– Który przez ostatnie dwa lata karmił się duszami żniwiarzy – dodała Magda. – Najpierw tymi, których zabił Pierwszy, a potem pozostałymi. Każdy żniwiarz, który umarł przez ostatni rok, nieważne z jakich przyczyn, już nie wracał. Stali się śmiertelni. Dlatego Gerard umarł. Ponoć nawet Blank nie żyje.

– Ale ty wróciłaś!

– Jestem wybrańcem. – Uśmiechnęła się krzywo.

– Nie strój sobie żartów – zganił ją wujek.

– No dobra, nie mam pojęcia, dlaczego mi akurat się udało. Mam wrażenie, że Pierwszy wie, ale nie chciał mi powiedzieć.

– A dlaczego cię wypuścił?

– Bo przestał zabijać żniwiarzy. Chciał tylko mieć pewność, że nie będziemy mu przeszkadzać.

– W czym?

– Szykuje się na wojnę z Niją.

Mateusz parsknął z niedowierzaniem. Feliks oparł się o lodówkę, skrzyżował ramiona i patrzył na bratanicę z politowaniem.

– Wy chyba mu nie wierzycie? – zapytał chłopak, wodząc wzrokiem między żniwiarzami. – Przecież ten Nija nie może istnieć! Nigdy nawet o nim nie słyszałem!

– Bo nikt w niego nie wierzy – odezwał się Feliks. – Tak jak w pozostałych pogańskich bogów.

– Najwyraźniej powinniśmy zacząć, bo Pierwszy nie tylko w niego wierzy, ale dałabym głowę, że się go boi.

– Niemożliwe! – wybuchnął Mateusz. – Musiał cię okłamać, znowu ma jakiś plan. Gdyby ten Nija był taki groźny, wiedziałbym o nim ze wspomnień Pierwszego!

– Sam kiedyś mówiłeś, że nie wiesz wszystkiego, co Pierwszy. Że poznałeś tylko skrawki jego wspomnień – powiedziała Magda. – A poza tym, sam Pierwszy nigdy nim się nie przejmował, bo kiedy sam był uwięziony w Nawii… Powiedzmy, że Nija spał. Obudziły go morderstwa żniwiarzy. Nie mówię, że od razu mamy grać z nim w jednej drużynie. Nawet nie twierdzę, że powinniśmy zaprzestać zbierania składników na tę trutkę na żniwiarzy, ale to wszystko powinno dać nam do myślenia.

– Powiedz mi tylko jedno – odezwał się wciąż nieruchomy Feliks. – Czego, według Pierwszego, chce Nija?

– Żeby ludzie znów się go bali, żeby na powrót uwierzyli w demony. – Magda spojrzała mu wyzywająco w oczy.

¢

Waldemar niecierpliwie stukał stopą o podłogę.

– Długo jeszcze? – zawołał, odchylając się na krześle.

– Chwila! – odkrzyknął rozdrażniony Gauza. – Ziemniaki jeszcze twarde!

Lekarz westchnął ciężko. Gdy okazało się, że w Borowym Młynie nie ma ani Pierwszego, ani Magdy, wrócili do domu. Całą noc przesiedzieli, oczekując na telefon. Nawet wypić nie mogli, na wszelki wypadek, gdyby Feliks ich potrzebował. Choć Waldemar nie wyobrażał sobie, w jaki sposób mogliby być przydatni. W końcu po południu żniwiarz zadzwonił do nich i oświadczył, że dziewczyna wróciła do domu, cała i niemal zdrowa.

– Trzeba to uczcić! – zakrzyknął Gauza i pobiegł do sklepu. Waldemar liczył, że po flaszkę. Niestety mylił się. Jego przyjaciel zaszył się w kuchni i co jakiś czas do salonu docierał brzdęk garnków lub swąd spalenizny.

A gdy tylko zasiedli do stołu, zaczął ciężko wzdychać i choć Waldemar starał się jak mógł ignorować go, w końcu nie wytrzymał.

– Przestań tak modlić się nad tym talerzem! – wybuchnął.

Gauza podniósł na niego zaskoczony wzrok.

– Przecież jem – rzucił ponuro.

– Nie, tylko wzdychasz do tych kartofli, a to miał być wesoły obiad!

– Przepraszam. Cieszę się, że Magdzie nic nie jest, ale… męczy mnie jedna rzecz. Będę musiał się wyprowadzić.

Waldemar poczuł nagły przypływ nadziei.

– A daleko? – zapytał ostrożnie.

– Na drugi koniec miasta.

Lekarz sięgnął po kieliszek i upił łyk, markując zadowolony uśmiech. Koniec miasta był na tyle daleko, że Gauza nie będzie miał okazji tak często do niego wpadać, a jednocześnie nie był to koniec świata, w razie gdyby Waldemara naszła ochota na dobry obiad albo te dziwaczne drinki.

– I potrzebujesz pomocy w przeprowadzce? – zapytał. – Da się załatwić. Poproszę Łapę, żeby skrzyknął kolegów, w jeden dzień wyniosą ci meble.

– Dziękuję. – Gauza westchnął.

Milcz! Nie dopytuj! – nakazywał sobie w myślach Waldemar.

– Czyja to była decyzja? – zapytał, zanim ugryzł się w język. – Nie twojego syna?

Emeryt wzruszył ramionami.

– Mieszkanie w kamienicy łatwiej utrzymać – wyrecytował. – Jest tańsze i jak sprzedam dom, to będę miał sporo pieniędzy na koncie…

– Bo emerytura nie wystarczy, jakby chcieli zamknąć cię w domu starców?! – zdenerwował się Waldemar.

– To nie tak…

– Jak ten twój synuś z żonką raczą kiedyś tu przyjechać, przyprowadź ich do mnie. Już ja sobie z nimi pogadam!

– Po co? I tak mają mnie za wariata.

– I nie potrzebują wiedzieć, że przyjaźnisz się z lekarzem alkoholikiem?

Gauza powoli pokiwał głową.

Waldemar przyszykował się do długiej i pełnej niewybrednych słów tyrady, gdy ktoś zaczął dobijać się do drzwi.

– Chwila! – krzyknął lekarz, gdy znów rozległo się walenie.

Z przyzwyczajenia chwycił pogrzebacz, uniósł go nad głowę i otworzył drzwi.

– Łapa? – zdziwił się. – Co ty tu robisz? Przecież nie było żadnego meczu…

– Bo ja, panie Waldemarze… – zająknął się potężny, łysy kibol. – Ja nie wiedziałem, dokąd pójść.

Lekarz zmierzył wzrokiem płytką szramę ciągnącą się przez pół twarzy, zakrwawioną koszulkę i mokre spodnie, po czym przesunął się w progu, robiąc przejście.

– Idź do salonu – polecił.

Łapa ruszył chwiejnie przez ciemny korytarz.

– Co się stało? – zapytał Waldemar, gdy gość osunął się na wersalkę.

– Ja… ja nie jestem pewien…

– Znowu zachlaliście i robiliście burdy?

– Nie, tym razem grzecznie…

Lekarz przyjrzał się ranie na twarzy i nie zobaczywszy w niej żadnych ciał obcych, obficie polał ją płynem dezynfekującym.

– Byliśmy na piwie i wyszliśmy na papierosa i… i ktoś się na nas rzucił. Z takim wrzaskiem, że aż uszy bolały. Ten facet… To coś wskoczyło na Krychę i użarło go w szyję, wyszarpało kawał mięsa, a potem zaatakowało mnie. Miało długie pazury… a Krycha padł na ziemię i lała się z niego krew…

– Łapa, gdzie piliście?

– W tym… no, w Blacku…

Speluna znajdująca się całkiem blisko cmentarza.

– Ugryzł cię?

– Co?

– Ten, który was zaatakował. Ugryzł cię? – Waldemar miał wrażenie, jakby krew odpłynęła mu z twarzy.

– Nie, chyba tylko paznokciem… pazurem…

Lekarz zerwał się z kanapy i sięgnął do barku po butelkę z wodą świętego Jana. Z kieszeni wyjął chusteczkę, namoczył ją i natychmiast przemył nią twarz pacjenta.

– Au! Szczypie!

– Zamknij się!

Łapa spojrzał przestraszonymi oczyma na lekarza. Waldemar podejrzewał, że wyglądał, jakby dopadło go szaleństwo, ale nie potrafił przyjąć do wiadomości faktu, że Łapa za kilka minut może zejść na jego wersalce.

– Zadzwonić do Feliksa? – zapytał cicho Gauza.

Zarówno Waldemar, jak i Łapa, spojrzeli na niego zaskoczeni, jakby nie zdawali sobie sprawy z jego obecności.

– Tak, natychmiast – polecił lekarz.

Emeryt taktownie wyszedł z pokoju.

– Panie Waldemarze, o co chodzi?

– Kiedy to wszystko się stało?

– Bo ja wiem… Z godzinę temu?

Lekarz opadł na wersalkę i wypuścił z płuc powietrze. Trupi jad zabijał w ciągu kilku minut.

– Nawet nie wiesz, jakie masz szczęście! – Waldemar roześmiał się histerycznie.

– Dobrze, to może ja już pójdę? – zaproponował Łapa.

– Siedź! Gdzieś jeszcze dostałeś?

Kibol zdjął koszulkę, odsłaniając ranę na klatce piersiowej.

Lekarz uśmiechnął się. Wiedział, jak sobie radzić z takimi obrażeniami. Poza tym uważał siebie za mistrza szycia za pomocą żyłki wędkarskiej, która była znacznie tańsza niż nić chirurgiczna.

– Feliks przyjedzie za dwie godziny. – Do pokoju wszedł Gauza.

Waldemar skinął głową, kończąc szyć pacjenta.

– Co to było? – zapytał Łapa, wodząc wzrokiem między lekarzem a nauczycielem.

– Nie wiem.

– Panie Waldemarze, to nie wyglądało jak człowiek. – Kibol pokręcił głową.

– Za dużo wypiliście i tyle.

Waldemar odbył zaciętą walkę z samym sobą, po czym wlał do lampki resztkę wina i podał gościowi.

– Na nerwy – rzucił.

Łapa wychylił, po czym został zaprowadzony do sypialni na piętrze.

– A co z tym jego przyjacielem? – zapytał Gauza, kiedy Waldemar wrócił do salonu.

– Nie żyje – odparł lekarz ponurym tonem. – Pewnie ktoś znalazł już jego ciało. Smutne jest to, że mało kto przejmuje się ludźmi ich pokroju. – Zerknął na sufit. – Policja pewnie uzna, że to kolejna ofiara bijatyki.

– Z wygryzioną tętnicą? – rzucił ironicznie emeryt.

– Zażartej bijatyki. Zresztą nie wiem. Ludzie codziennie giną ze szponów demonów, a jakoś nie słyszysz o tym w wiadomościach. Zawsze znajdzie się bardziej… racjonalne wyjaśnienie.

¢

Feliks spakował do torby wszystko, czego mógł potrzebować.

– Jechać z tobą? – zaproponował Mateusz.

– Dzięki, poradzę sobie. Ty zostań tutaj i miej na nią oko. – Żniwiarz spojrzał na sufit.

Piętro wyżej Magda odsypiała wydarzenia poprzedniej nocy.

– Feliks… – Mateusz zatrzymał go w drzwiach. – Jeśli ci się uda, spróbuj zdobyć trochę trupiego jadu.

Żniwiarz westchnął ciężko. Do głowy przychodziło mu co najmniej kilka złośliwych odzywek. Już samo polowanie na upiora było śmiertelnie niebezpieczne, a temu zachciało się trupiego jadu.

¢

Wanda usłyszała szelest za plecami i zamarła. Ze szpadla zsunęło się kilka grudek ziemi. Obejrzała się i zlustrowała wzrokiem cmentarz. Na szczęście był pusty, jednak wiedziała, że ma niewiele czasu. Nie zdążyła pomóc facetowi zaatakowanemu za barem, ale nie zamierzała pozwolić, żeby upiór zabił kogokolwiek innego. Żeby go unieszkodliwić, musiała odrąbać głowę jego ciału spoczywającemu na cmentarzu, wtedy byt szukający ofiar na mieście po prostu zniknie. Przyspieszyła i wkrótce dokopała się do trumny. Otworzyła wieko i spojrzała na bladą twarz.

– Co się z wami dzieje? – zapytała. – Nie możecie dać mi ani chwili wytchnienia?

Zawsze tak się kończyło, kiedy planowała zrobić sobie wakacje. Czasem miała wrażenie, że choćby siedziała zamknięta w domu, i tak nawinąłby się jakiś przeklęty nawi.

Przyłożyła ostrze szpadla do gardła nieboszczyka. Uniosła stopę, gotowa oddzielić głowę od torsu.

– Nie!!! – Usłyszała nagle krzyk.

Znieruchomiała, a przez głowę zaczęły jej przelatywać najróżniejsze wymówki na wytłumaczenie swojej obecności w świeżo rozkopanym grobie – żadna nie była wystarczająco wiarygodna. Uniosła głowę i zobaczyła postać biegnącą w jej stronę.

W ułamku sekundy podjęła decyzję – urąbie głowę upiora, a potem unieszkodliwi cywila.

Jednak intruz był szybszy. Zanim zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, wskoczył do grobu, rzucił się na nią i oboje wylądowali na nieboszczyku.

Wanda poderwała się na równe nogi i ustawiła stopy na krawędziach trumny. Przeciwnik stanął naprzeciw niej, dzierżąc przed sobą jej szpadel.

– Porąbało cię?! – wybuchła, patrząc mu prosto w oczy.

– Jesteś żniwiarzem – rzucił odkrywczo młody chłopak.

– A kto inny rozkopywałby grób upiora?! Przepuść mnie, zanim on wróci.

Jednak chłopak ani drgnął.

– Nie możesz go zabić – oświadczył.

Wanda postąpiła w jego stronę, zamierzając odebrać mu szpadel, jednak przeciwnik wyrzucił go z dołu, odwrócił się na pięcie i wspiął na górę.

– Co za idiota! – wściekła się kobieta.

Poza szpadlem nie miała przy sobie nic innego, co nadawałoby się do zlikwidowania nawiego. Wygramoliła się z dołu i stanęła wściekła przed młodym żniwiarzem.

– Oddaj mi… – zaczęła.

– Ciii – syknął.

– Jesteś żniwiarzem! – wybuchła. – Masz zabijać nawich!

– Potrzebuję go żywego – rzucił, nawet na nią nie patrząc.

Wanda postąpiła krok w stronę chłopaka, kiedy coś mignęło na granicy jej wzroku. Serce podeszło jej do gardła. Właśnie tego chciała uniknąć.

Żniwiarz rzucił jej szpadel.

– Potrzebuję trupiego jadu – powiedział, bacznie obserwując cień przemykający między nagrobkami.

– Po cholerę ci…

Po cmentarzu poniósł się wrzask. Zerwał się gwałtowny wiatr, szarpiąc gałęziami drzew. Na ziemię posypały się liście.

Nagle upiór wystrzelił zza pobliskiego nagrobka. Wanda błyskawicznie uniosła szpadel i zdzieliła nawiego po żebrach, jednak długie, cuchnące łapska pochwyciły ją w pasie i odrzuciły na dobre dwa metry.

Kobieta gruchnęła o ziemię. Prowizoryczna broń wypadła jej z rąk. Pozbierała się na kolana, gdy nawi zaczął kroczyć w jej stronę. Była doświadczonym żniwiarzem, obecne ciało zajmowała od pięciu lat i nigdy nie narzekała na swoją sprawność, ale teraz, gdy spojrzała w gorejące ślepia, ostre zęby i paszczę umazaną krwią niewinnego człowieka, poczuła strach. Serce zabiło jej szybciej, mięśnie spięły się. To właśnie strach utrzymywał ją przy życiu przez te wszystkie lata. Wiedziała, kiedy należy uciec, a kiedy zostać i walczyć.

Upiór wciąż powoli zmierzał w jej stronę, jakby napawając się jej strachem, gdy niespodziewanie rzucił się na niego młody żniwiarz. Chłopak uniósł siekierę i zdzielił potwora obuchem.

Nawi wrzasnął, tracąc zainteresowanie Wandą. Gdy siekiera ponownie została uniesiona, był gotowy. Złapał trzonek i szarpnął, przyciągając żniwiarza do siebie. Wyszczerzył zęby, usiłując ugryźć go w ramię, jednak chłopak zdołał mu się wyrwać.

Wanda oceniła szanse żniwiarza i uznała, że kretyn zginie jeszcze tej nocy, a ona nie będzie nadstawiała dla niego karku. Powoli zaczęła się wycofywać. Gdy upiór nasyci się jego krwią, wróci do grobu, a Wanda zlikwiduje go następnej nocy.

Zanim zniknęła za górką, zobaczyła jeszcze, jak chłopak sypnął w nawiego ziołami, a potem usiłował dźgnąć go nożem. Odwróciła się na pięcie i ruszyła do płotu.

– Chce pajac umrzeć, jego sprawa – mamrotała pod nosem.

Nagle usłyszała wrzask upiora, a potem ludzki krzyk. Zatrzymała się, nasłuchując. Od tak dawna nie widziała innego żniwiarza. Warto było ryzykować życie, żeby choć chwilę porozmawiać z kolegą po fachu, nawet jeśli był skończonym idiotą? Lekkomyślność zawsze była cechą, której nie znosiła. Każdy powinien zapłacić za swoją głupotę. A jednak…

– Niech cię cholera! – sapnęła, zawracając. – Ale jeżeli zginę, to wrócę i pożałujesz, że to nie upiór cię dorwał!

Zerwała się do biegu i po kilkunastu sekundach wróciła na pole walki. Młody żniwiarz leżał na plecach i zaciekle kopał nogami, a upiór usiłował dobrać się do jego szyi.

Wanda w biegu pochwyciła swój szpadel i uderzyła nawiego w brzuch. Upiór przetoczył się po ziemi i zasyczał gniewnie, stając na czworakach niczym wściekłe zwierzę.

Dwoje żniwiarzy stanęło ramię w ramię naprzeciw wroga. Wanda z zaskoczeniem odkryła, że upiorowi brakowało kilku palców, a jego tors był naznaczony licznymi ranami. Kobieta miała wrażenie, jakby cały cmentarz przesiąkł już smrodem potwora. Zapach zepsutej krwi wywoływał u niej mdłości i choć od ataku nie minęło nawet kilka minut, bała się, że zarówno smród, jak i hałasy ściągną im na głowę niepożądaną widownię.

Stwór wyszczerzył zęby, po czym rzucił się w ich stronę. Odskoczyli, a Wanda zdzieliła napastnika szpadlem. Już unosiła broń ponownie, kiedy demon uderzył ją głową w brzuch i powalił na plecy. Sam upadł na nią i, kłapiąc zębiskami, usiłował ją ugryźć. Na szczęście młody żniwiarz chwycił upiora za nogę i odciągnął na bok.

Nawi, nie mogąc sięgnąć kobiety, błyskawicznie odwrócił się na plecy, wyrwał stopę z silnego uścisku i zaatakował. Żniwiarz próbował powstrzymać go rękoma, rozległo się chrupnięcie. Wtem upiór złapał chłopaka za barki i cisnął nim jak szmacianą lalką, aż ten z głuchym łupnięciem wylądował na jednym z grobów.

Wanda pozbierała się z ziemi, chwyciła szpadel i uderzyła, celując w chudą szyję. Upiór zaskowyczał i zablokował trzonek przed następnym ciosem, jego zęby znajdowały się zaledwie centymetry od jej przedramienia. Poczuła ukłucie strachu. Lubiła swoje obecne ciało, nie chciała się z nim rozstawać, szczególnie w męczarniach po ukąszeniu przez upiora.

Nagle oczy nawiego wyszły na wierzch, z jego gardła dobył się niewyraźny charkot. To młody żniwiarz wbił mu w kark siekierę, a gdy upiór opadł na czworaka, uderzył jeszcze dwa razy, aż odrąbana głowa potoczyła się po szarym nagrobku, zostawiając za sobą krwawy ślad.

Chłopak najpierw odetchnął z ulgą, po czym jego oczy nagle się rozszerzyły, gwałtownie wciągnął w płuca powietrze.

– Nie! – sapnął.

Rzucił się w stronę najbliższego grobu, porwał z niego wazon, wyrzucił kwiaty i wylał wodę, po czym wcisnął go Wandzie. Sam zaś chwycił cuchnący łeb i trzęsącymi się rękami przytrzymał go nad plastikowym pojemnikiem.

– Krew im nie zastyga nawet po śmierci – powiedział z dziwnie zadowoloną miną, zerkając na Wandę.

Świr albo naćpany – oceniła, widząc, jak chłopak coraz bardziej się chwiał, aż jego oczy zaszły mgłą. Upuścił łeb nawiego i runął na ziemię.

Wanda ostrożnie odłożyła wazon i przykucnęła przy nim.

– Żyjesz? – zapytała, klepiąc go po twarzy, niezbyt delikatnie. – Chyba cię nie użarł?

Lekko uchylił powieki.

– Zadzwoń… po… Waldemara – wyszeptał z trudem, zanim stracił przytomność.

Kobieta poklepała jego kieszenie w poszukiwaniu telefonu. Minęło kilka minut, zanim udało jej się znaleźć odpowiedni numer.

– Co jest? – Usłyszała w słuchawce.

– Mam tu nieprzytomnego żniwiarza i wazon pełen krwi upiora – oświadczyła. – Zjawi się ktoś po to?

– Hę?

– Przyjedź na cmentarz w Czarnej Wodzie – rzuciła i przerwała połączenie. Wyprostowała się i rozejrzała. Okolica wyglądała jak jedno wielkie pobojowisko, wszędzie walały się poprzewracane doniczki i połamane kwiaty.

Krzywiąc się z obrzydzenia, zaciągnęła cuchnące, zakrwawione ciało do wciąż otwartej trumny. Później poukładała na kopcu brudne i połamane wieńce, spróbowała też doprowadzić do porządku inne groby, które ucierpiały podczas walki, a na koniec wylała wiadro wody na zakrwawioną płytę, na której wylądowała głowa upiora.

Akurat gdy skończyła, ujrzała dwie postaci zmierzające w jej stronę. Pierwszy mężczyzna miał na sobie stare poplamione ciuchy, a z kącika jego ust wystawał papieros. Po piętach deptał mu blady facet w niemodnym garniturze, wciąż rzucając spłoszonym spojrzeniem na boki.

Wanda skinęła im głową, a potem wskazała nieprzytomnego żniwiarza. Palacz od razu przy nim przyklęknął.

– Żyje? – zapytała kobieta.

– Ma twardy łeb. – Mężczyzna skinął głową.

¢

– Tak kretyńskiego pomysłu jeszcze nie słyszałem – stwierdził Waldemar, potrząsając małym słoikiem wypełnionym cuchnącą krwią. – Kto ci kazał to zrobić?

– Mateusz – burknął Feliks. Odzyskał przytomność już dłuższą chwilę temu, a szkoda, bo wolałby nie pamiętać, jak ten konował nastawiał mu złamaną rękę, a potem wkładał ją w gips.

– Od kiedy ty słuchasz tego gnojka?

Żniwiarz posłał mu urażone spojrzenie, a potem przeniósł je na Wandę, która nagle wstała z krzesła.

– Miło było, ale czas na mnie.

– Nie, poczekaj! – Feliks zerwał się z kanapy.

– Czego ty jeszcze ode mnie chcesz? – powiedziała z wyrzutem. – Przeszkodziłeś mi w polowaniu, naraziłeś moje życie, a potem to ja musiałam ratować ciebie przed upiorem.

– Musimy porozmawiać – zapewnił. – Ta krew upiora to nie była jakaś głupia zachcianka…

Jednak Wanda tylko machnęła ręką i skierowała się do drzwi.

– Do wczoraj myślałem, że jestem ostatnim żniwiarzem!

Kobieta zatrzymała się w progu i obejrzała na niego przez ramię.

– Najwyraźniej inni wolą unikać takich jak ty.

– A Magda? – burknął pod nosem Waldemar.

– Nie unikają! Oni nie żyją.

Jeszcze nikt nigdy nie patrzył na Feliksa tak, jak Wanda wtedy. Przez ułamek sekundy poczuł się jak ostatni wariat.

– Doktorze, nie wiem, co mu podałeś…

– Nic mi nie podał! – warknął Feliks. – Pierwszy żniwiarz wymordował prawie wszystkich.

Wanda wahała się przez chwilę, a potem usiadła z powrotem na krześle.

– No dobra, zainteresowałeś mnie.

Feliks opowiedział jej o wydarzeniach z poprzedniego roku, pomijając jednak kwestię niedawnego porwania Magdy, ponieważ sam jeszcze nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Jednak przez cały ten czas miał wrażenie, jakby jego nowa znajoma nie wierzyła w ani jedno jego słowo.

– I niby trupi jad może zabić duszę żniwiarza? – zapytała, unosząc brwi.

– Wymieszany z innymi składnikami…

– Nie twierdzę, że kłamiesz – przerwała mu – ale to wszystko jest jakieś takie… naciągane.

– A kiedy spotkałaś ostatnio innego żniwiarza?

– Dawno temu. – Wzruszyła ramionami. – Połowa z nich to świry i maniacy.

– Nadia mówiła tak samo – wycedził Feliks. – Ale dopadł ją i zabił w bestialski sposób…

– A mnie, jak widać, nie znalazł. I nie znajdzie.

Co za durna i uparta baba!

Wziął ze stołu długopis, wyrwał kawałek kartonu ze starego opakowania po pizzy i napisał na nim swój adres oraz numer telefonu.

– Gdybyś kiedyś potrzebowała pomocy. – Wyciągnął rękę w jej stronę.

Wanda zawahała się, lecz wzięła kartonik, a potem podyktowała swój numer, po czym zdawkowo pożegnała się i po prostu wyszła.

– Nikt nie potrafi zrobić tak oszałamiającego pierwszego wrażenia na kobietach jak ty – ocenił Waldemar.

Feliks opadł na kanapę i pokręcił głową.

– Wiedziałem, że źle współpracuje się z innymi żniwiarzami, ale nie pamiętałem, że aż tak. – Westchnął.

– Wiesz, dwa słoneczka na jednym firmamencie świecić nie mogą – odparł z przekąsem lekarz. – A teraz opowiedz, co stało się z Magdą.

– To ja najpierw odgrzeję golonkę. – Gauza wstał od stołu i popędził do kuchni.