Opis

Bestsellerowa autorka serii Żniwiarz ​zabierze cię w nową podróż pełną demonów i mrocznych niespodzianek.

Hubert budzi się w ciemnym i zamkniętym pokoju, ubrany w starą koszulę i poprzecierane dżinsy. Zamiast w Paryżu, znajduje się teraz sto kilometrów od morza… w Polsce. Dodatkowo, jest ranny i wygląda zupełnie inaczej niż powinien. Okazuje się, że od feralnego wyjazdu do Francji minęło siedem lat, a on nie jest już zwykłym nastolatkiem. W tym czasie świat bardzo się zmienił – zarazy i epidemie przetrzebiły ludzkość, potężny impuls elektromagnetyczny zniweczył zdobycze techniki a z ukrycia wyszły demony znane z ludowych opowieści… Hubert musi teraz nie tylko rozwikłać tajemnicę własnej przeszłości, ale i odnaleźć się w nowym dziwnym świecie. Niemal wszystko, co znał, przepadło. Ale czy bezpowrotnie?

Poznaj nowe wydanie serii Zapomniana księga. Gwarantujemy, że zmieniła się nie tylko okładka! Poznaj Huberta i nowy świat po Apokalipsie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 474

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Paulina Hendel, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: FecitStudio

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-122-7

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

Aleksowi

Rozdział I

– Wstawaj. Za kwadrans mamy być na dole.

– Jeszcze pięć minut… – Hubert sennie odwrócił się na drugi bok.

– Jak chcesz, ale ja nie zamierzam się przez ciebie znowu spóźnić. – Ernest wyszedł z hotelowego pokoju, trzaskając drzwiami.

Hubert, mamrocząc coś pod nosem, zwlókł się z łóżka i pomaszerował do łazienki. Z wciąż zamkniętymi oczyma wymacał kran, odkręcił zimną wodę i ochlapał nią twarz. No, można zacząć dzień, pomyślał, przeglądając się w lustrze. Zerknął na zegarek. Jeszcze pięć minut, kupa czasu, stwierdził z zadowoleniem. A poza tym i tak nigdzie bez niego nie mogli pójść. Znając życie, Generał Goebbels dopilnuje, żeby wszyscy poleźli zwiedzać ten przeklęty Paryż. Nie było szans zaszyć się w hotelowym pokoju na całe przedpołudnie.

Mimo to zapowiadał się udany dzień. Plan wycieczki zakładał, że przed obiadem będzie czas na zakupy, a Hubert w swoim siedemnastoletnim życiu już się nauczył, by wszystkie plany dopasowywać do siebie. Bo co to za zabawa robić to, co ci każą? Tak więc kiedy te przegrywy będą się szwendać po uliczkach pełnych sklepów z pamiątkami, on z Ernestem wymknie się spod czujnego wzroku pani Generał i pod szklaną piramidą przy Luwrze spotka się z uroczą Christelle i jej koleżanką.

Jeszcze chwilę ponapinał bicepsy przed lustrem, umył zęby, przeczesał palcami gęste, jasne włosy, ubrał się i zapomniawszy zamknąć pokój, popędził do jadalni. Wszyscy już pozajmowali miejsca przy stołach i jedli. Generał Goebbels spojrzała na niego krzywo, więc posłał jej swój najbardziej rozbrajający uśmiech.

W tłumie dostrzegł rudą czuprynę Ernesta, więc ruszył w jego stronę.

– Siadaj, zająłem ci miejsce. – Przyjaciel nie zaszczycił go nawet spojrzeniem.

– O, nawet zrobiłeś mi kanapki. – Hubert z szerokim uśmiechem wskazał talerz Ernesta. – Szynka i dużo sera. Na ciebie zawsze można liczyć. – Klepnął kumpla w łopatkę.

Z Ernestem przyjaźnił się od zawsze. Od zawsze też pakował go w kłopoty. Nauczyciele mówili, że mają na siebie zły wpływ, bo gdy byli razem, w ich głowach aż huczało od głupich pomysłów. Gdy Hubert widział budynek do rozbiórki, w oczach zapalały mu się ogniki i nic nie było w stanie go powstrzymać od wejścia do środka. Ernest zaś szedł tuż za nim, bo przecież na takich wyprawach konieczna była obecność kogoś rozsądnego. Jeśli Hubert postanowił wykąpać się w miejskiej fontannie, robił to bez mrugnięcia okiem, a potem Ernest w pośpiechu zbierał z ziemi jego ciuchy, kiedy trzeba było uciekać przed strażą miejską. To za namową Huberta wagarowali i chodzili na piwo, co kończyło się szlabanami i obniżonymi ocenami z zachowania. Żaden z nich w życiu otwarcie by się do tego nie przyznał, ale byli ze sobą zżyci jak bracia – na dobre i na złe. Hubert nie miał rodzeństwa, a Ernest tylko młodszą siostrę, ale przecież z nią nawet pogadać się nie dało i w prawdziwych kłopotach chłopcy mogli liczyć tylko na siebie nawzajem. Tak jak wtedy, gdy mieli po osiem lat, a starsi koledzy na boisku zabrali Ernestowi piłkę i chcieli go pobić, wtedy Hubert bez wahania, z walecznym okrzykiem rzucił się przyjacielowi na pomoc. Skończyło się na kilku siniakach i podbitym oku, ale tamci już nigdy im nie dokuczali.

– Przed nami widzimy katedrę Notre-Dame – ciągnęła przewodniczka monotonnym tonem. – Wzniesiono ją na wyspie na Sekwanie. Jest to budowla gotycka, zasłynęła na świecie dzięki powieści Wiktora Hugo Dzwonnik z Notre-Dame. Jej nazwę tłumaczymy jako „Nasza Pani”. Oczywiście chodzi o Matkę Boską.

Hubert ziewnął. Nikt nie zwracał uwagi na ten monolog. Kilka osób podrygiwało ze słuchawkami w uszach, dziewczyny plotkowały na uboczu, a chłopcy opowiadali sobie niewyszukane kawały.

– Teraz wejdziemy do środka. – Przewodniczka poprowadziła grupę do ciemnego wnętrza katedry.

Panował tam przyjemny chłód. Turyści spacerowali to w jedną, to w drugą stronę, rozmawiając szeptem. Znudzeni licealiści podążali za przewodniczką niczym stado bezmyślnych owiec.

Hubert się rozejrzał. Dużo witraży i marmurów. I o co tyle hałasu? Bo ktoś kiedyś wymyślił historyjkę o garbatym dzwonniku?

Z ulgą powitał chwilę, gdy wyszli ze świątyni, a nauczycielka oznajmiła donośnie:

– Teraz macie dwie godziny czasu wolnego. Tylko nie rozłazić się za daleko!

Uczniowie rozpierzchli się we wszystkich kierunkach.

– Idziemy. – Hubert pociągnął Ernesta za rękaw bluzy.

– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – Przyjaciel wyraźnie się wahał.

– Pewnie, że tak. Za dwadzieścia minut będziemy pod Luwrem, tam posiedzimy z dziewczynami godzinkę, pójdziemy na jakieś piwko czy coś, a potem wrócimy tutaj. Nikt się nie skapnie.

– No nie wiem…

Ale było już za późno na wątpliwości. Hubert bezceremonialnie ciągnął przyjaciela w stronę Luwru.

– Jak znów przez ciebie będziemy mieli kłopoty… – zaczął Ernest.

– Ernie, Ernie… – Hubert pokręcił głową. – I co ci to szkodzi? Dzień jak co dzień.

Po kwadransie ich oczom ukazało się olbrzymie muzeum.

– To się nazywa wolność! – zawołał Hubert, wyrzucając ramiona w górę.

– Raczej głupota. Mam tylko nadzieję, że ta Christelle naprawdę będzie tego warta.

– Zobaczysz, że będzie. – Hubert poklepał przyjaciela w ramię i ruszył pewnym krokiem przed siebie.

Stanęli przed szklaną piramidą. Dziewczyn jeszcze nie było. Zegary wybiły dwunastą. Stada gołębi wzbiły się do lotu. Tłumy ludzi spacerowały bez pośpiechu po placu, turyści wchodzili do muzeum i z niego wychodzili niczym mrówki w mrowisku. Była jeszcze wczesna wiosna, ale Paryż, stolica zakochanych, nawet przed sezonem przyciągał tysiące zwiedzających.

– I niby co takiego fajnego tu jest? – zastanawiał się Hubert, szukając w tłumie znajomej dziewczęcej sylwetki. – Tylko hordy ludzi, żadnego ustronnego miejsca.

– Przejdźmy się kawałek – powiedział Ernest. – Czuję się jak idiota, koczując pod tą piramidą.

Odeszli na koniec Place du Carrousel i odwrócili się twarzami w stronę Luwru. Dopiero z tej odległości mogli objąć wzrokiem całe muzeum.

– Już jest piętnaście po, a dziewczyn nadal nie wi… – zaczął Hubert, ale resztę jego słów pochłonął huk.

W pierwszej chwili pomyślał, że pękła opona przejeżdżającego samochodu, ale kiedy spojrzał na muzeum, wszystko na ułamek sekundy zastygło w bezruchu. A potem Luwr eksplodował. Dosłownie. Najpierw środek budynku, a potem oba skrzydła. On i Ernest jak zaklęci patrzyli na scenę wyjętą prosto z filmu sensacyjnego. Huk się powtórzył, a fala uderzeniowa zmiotła turystów znajdujących się najbliżej budynku. Szklana piramida rozpadła się na miliony srebrnych kawałków lecących teraz z ogromną prędkością między innymi w stronę obu licealistów. Hubert podniósł ręce w obronnym geście. Zanim siła wybuchu go odrzuciła, kątem oka zobaczył olbrzymi kawał gruzu lecący wprost na Ernesta. Potem zapadła ciemność.

– Nie uwierzysz, co mi się śniło – wymamrotał Hubert, przewracając się na drugi bok i wkładając rękę pod poduszkę. – Terroryści wysadzili Luwr…

Co za poryty sen, myślał. Cholera, zaraz zbiórka. Powoli zaczęły wracać mu zmysły. Słuch, dotyk, węch – wszystkie dostarczały błędnych informacji. Wcale nie słyszał krzątającego się po pokoju Ernesta, to, co miał pod głową, ani trochę nie przypominało miękkiej poduszki, a zapach stęchlizny i rozkładu nie pasował do trzygwiazdkowego hotelu.

– Co jest? – szepnął i otworzył oczy.

Otaczała go ciemność. Odrobina światła wpadającego przez zabite deskami okienko pod sufitem pozwoliła mu rozpoznać kontury stolika na środku pokoju, szafy pod ścianą i drzwi.

– Gdzie ja jestem? – Podniósł się na łokciach, a świat zawirował. Coś go strasznie rwało w boku. Miał na sobie starą koszulę, poprzecierane dżinsy i dziurawe skarpetki. Śmierdział. Potem, brudem i… krwią.

Powoli usiadł na łóżku zasłanym zakurzonymi kocami i opuścił stopy na betonową posadzkę. Ręką przetarł oczy i twarz. Czuł się jak na olbrzymim kacu. Wszystko go bolało, świat huśtał się raz w jedną, raz w drugą stronę. W ustach miał Saharę i nie mógł zebrać myśli.

– Witamy wśród żywych. – Ktoś wszedł do pokoju, nie zamykając za sobą drzwi. Świeże powietrze buchnęło Hubertowi w twarz.

– Gdzie jestem? – zapytał, zmuszając spuchnięty, zdrętwiały język do współpracy.

– W moim domu niedaleko Czarnej – wyjaśnił mężczyzna. – Mam ci współrzędne podać czy co? – mruknął, widząc tępe spojrzenie chłopaka. – To taka mała wioska jakieś sto kilometrów od morza – wyjaśnił już łagodniej.

Trybiki w mózgu Huberta powoli i opornie zaczęły się obracać.

– Napij się. – Nieznajomy podał mu blaszany kubek pełen wody z domieszką czegoś paskudnego. – Śmiało, poczujesz się lepiej – dodał tonem nieznoszącym sprzeciwu. Hubert duszkiem opróżnił naczynie. Rzeczywiście, po chwili świat przestał już tak obłąkańczo się kołysać i nabrał wyraźniejszych konturów. Nadal siedząc na łóżku, chłopak tępym wzrokiem obserwował, jak mężczyzna od zapałki odpala… lampę naftową. Przez chwilę w zdumieniu wpatrywał się w ten zabytek. Nieznajomy wyszedł, ale wrócił po kilku minutach, niosąc dwie srebrne puszki. Światło lampy się w nich odbiło. Hubert znów przeniósł wzrok na tego dziwnego faceta. Był niewysoki, chudy, z czupryną szpakowatych włosów. Poruszał się szybko i ciągle się nerwowo rozglądał. Ubranie miał stare i byle jakie, najprawdopodobniej szmaty z lumpeksu, nosił też trochę za dużą, czarną skórzaną kurtkę i wojskowe buty.

– Głodny? – zapytał, machając puszką w stronę chłopaka.

– A bo ja wiem… – Hubert wzruszył ramionami. Wszystko tak go bolało, że nie był w stanie myśleć o głodzie. – Strasznie rwie mnie w boku. – Delikatnie włożył rękę pod koszulę i natrafił na bandaż.

– Dziwisz się? – Teraz to mężczyzna wzruszył ramionami. – Taka dziura zawsze rwie.

– Dziura… – powtórzył głucho chłopak.

Co się tu, do cholery, dzieje? A co, jeśli to w Paryżu stało się naprawdę? Zimny pot spłynął mu po plecach. Tyle ludzi zginęło… Ernest! Przypomniał sobie olbrzymi kawał betonu lecący na przyjaciela.

– Czy nadal jestem we Francji? – zapytał mężczyznę, który teraz otwierał puszki.

– We Francji? Dlaczego mielibyśmy być we Francji? Jesteśmy w Polsce, na Pomorzu.

A więc to tylko sen. Hubert się uspokoił. Sen… no właśnie, co jest snem? Atak terrorystyczny na Luwr czy przebudzenie w bunkrze z jakimś dziwakiem? A może oba te zdarzenia? – pytał się w duchu.

– Trzymaj. – Mężczyzna podał mu otwartą puszkę i powyginaną łyżkę. – Uważaj, bo gorące. A jak będziesz chciał coś przeciwbólowego, to mów, mam jeszcze trochę. Ale za to wybiorę sobie coś w zamian z twojego worka.

Mojego worka? – zdziwił się Hubert, grzebiąc łyżką w puszce pełnej kaszy z gulaszem. To ja mam w ogóle jakiś worek?

– Jurek jestem – przedstawił się facet. Najwyraźniej nie przejmował się problemami gościa i z zapałem pałaszował swoją porcję.

Chłopak spojrzał na niego pytająco i dopiero po chwili dotarło do niego, co powinien zrobić.

– Hubert – rzucił.

Dalej posilali się w milczeniu. Wcale nie miał ochoty na kaszę, ale jadł z rozsądku. Najprawdopodobniej był chory, a więc ciepły obiad powinien postawić go na nogi. Próbował przypomnieć sobie, co się stało i jak tu trafił, mózg jednak odmawiał wykonywania tak skomplikowanych poleceń.

Kiedy pochłonął całą zawartość puszki, zmorzył go sen. Uważając na bolący bok, położył się na łóżku, przykrył śmierdzącym kocem i odpłynął w nicość.

Ocknął się w tym samym miejscu, zatęchłym, ciemnym bunkrze. Jurek siedział przy stole, zwrócony do niego plecami, i przecierał coś szmatą.

– Która godzina? – zapytał Hubert.

– Za jakieś dwie godziny zacznie się zmierzchać – odparł mężczyzna, nawet się nie oglądając.

– Jest tu jakaś toaleta?

– Kibel? Idź na dwór.

– A woda?

– Przyniosłem trochę w wiadrze, jest w łazience na górze. – Jurek odwrócił się do niego; w ręku trzymał rozebrany na części pistolet. – Dasz radę dojść?

– Chyba dam. – Hubert powoli dźwignął się z łóżka i opierając się o ściany, wyszedł z pomieszczenia.

Okazało się, że znajduje się w piwnicy jakiegoś domu. Bez trudu odnalazł schody i wspiął się po nich. Zobaczył zrujnowane mieszkanie. Po podłodze walały się poniszczone meble i sprzęty domowe. Szyby były powybijane, okna zabite deskami. Gdzieniegdzie wisiały resztki burych firanek. Przez otwarte drzwi napływało rześkie, zimne powietrze.

– Co to za nora? – Hubert rozglądał się dookoła z niesmakiem.

Odnalazł łazienkę, która wcale nie wyglądała lepiej niż reszta domu. Zlew i sedes rozbite, krany powyrywane ze ścian, żaden kafelek nie był cały. Obok drzwi stało wiadro wypełnione wodą. Hubert z trudem przy nim przykląkł i zamoczył ręce w zimnej cieczy. Obmył twarz i kark, co sprawiło, że od razu poczuł się lepiej, choć woda była lodowata.

Podniósł się i wtedy zobaczył kawał lustra prowizorycznie przyczepiony do ściany. W pierwszej chwili pomyślał, że wzrok płata mu figle, bo odbicie, które widział, nie mogło należeć do niego. Miał ciemniejsze, brudne i zaniedbane włosy, twarz dojrzałą, poznaczoną bliznami. Oczy zionęły pustką. Do tego jeszcze kilkudniowy zarost. Hubert badał twarz opuszkami palców, ale odbicie ani trochę się nie zmieniło.

– Co się, do diabła, dzieje? – zapytał obcego faceta w lustrze, ten jednak nie odpowiedział.

Krzywiąc się z bólu, zdjął koszulę. Z boku zobaczył opatrunek nasiąknięty krwią. To ciało też nie mogło należeć do niego. Było potężniejsze, bardziej muskularne, na brzuchu nie miało ani grama tłuszczyku, nieodłącznego towarzysza Huberta. A poza tym cały tors i przedramiona przecinały drobniutkie blizny.

– Wyglądam nieźle – stwierdził z aprobatą. Odzyskał dobry nastrój. To mu się podobało. Nie miał już chudego ciała z wystającym brzuchem. Obecne musiało należeć do żołnierza, było męskie, dobrze zbudowane i pobliźnione. Marzenie każdego nastolatka. – Szkoda tylko, że nie jestem wyższy.

Postanowił sprawdzić, co się kryje pod opatrunkiem. Przygryzając dolną wargę, delikatnie odkleił bandaże od skóry.

Skrzywił się z obrzydzeniem na widok rany ściągniętej kilkoma szwami. Co mi się stało? Co robiłem, że tak oberwałem? A może tam, w Paryżu, umarłem i wcieliłem się w jakiegoś komandosa?

Zaczynało mu się trochę kręcić w głowie, więc znów nałożył opatrunek, narzucił koszulę i wyszedł na dwór. Był w gęstym lesie. Kiedy załatwił potrzebę, wrócił do piwnicy. Jurek właśnie otwierał kolejne puszki z jedzeniem.

– Mam nadzieję, że lubisz kaszę z gulaszem, bo tej akurat nam nie brakuje.

– Niespecjalnie, ale głodny nie wybrzydza – odparł Hubert. – Słuchaj… Możesz mi wyjaśnić, co się stało? Jak się tu znalazłem?

– A skąd mam wiedzieć? – Jurek wzruszył ramionami i podał mu otwartą puszkę.

Hubert zaczął grzebać łyżką w swoim posiłku. Jakie pytanie zadać temu facetowi, by otrzymać sensowną odpowiedź? Nie miał pojęcia, gdzie jest ani co się wydarzyło. Co było snem, a co jawą? Czy zaraz się obudzi w hotelowym łóżku? Albo w szpitalu po tym ataku terrorystycznym? Jego umysł wciąż był zamulony, nie myślał jasno.

– Ty naprawdę nic nie pamiętasz? – Jurek przyjrzał mu się badawczo. Jego ciemne oczy sprawiały wrażenie, jakby chciały prześwietlić Huberta.

Chłopak bezradnie pokręcił głową.

– Przedwczoraj wywaliłeś mi drzwi z zawiasów – wyjaśnił tamten. – W nocy. Nie wiem, jakim trzeba być wariatem, żeby samemu po ciemku pałętać się po lesie. Nic nie mówiłeś, ledwie się trzymałeś na nogach. A ta rana z boku wyglądała naprawdę paskudnie. To co miałem z tobą zrobić? Sprowadziłem cię tu na dół, opatrzyłem i pozszywałem. Ale po co żeś tu przylazł i skąd, nie mam pojęcia. Aha, pozwoliłem sobie przejrzeć ten twój worek. Za usługę lekarską wziąłem kurtkę. Jak będziesz chciał więcej leków, to dorzucisz też bagnet.

– Mój worek… A gdzie on jest? – Hubert zmarszczył czoło. Jurek machnął łyżką w stronę wielkiego worka żołnierskiego leżącego w kącie. Chłopak, wiedziony ciekawością, odłożył ledwie ruszoną kaszę i podszedł do tajemniczego bagażu. Był ciężki, więc Hubert musiał się trochę namęczyć, żeby dociągnąć go do łóżka, a potem na nie rzucić. Próbując ukryć szok, zaczął powoli rozpakowywać zawartość. Była naprawdę interesująca i z całą pewnością nie mogła należeć do siedemnastolatka. Na posłaniu znalazło się coś, co wyglądało jak ruska pepesza z gazety o militariach, i materiałowa torba wypełniona amunicją. Po chwili wylądowała obok niej strzelba z garścią naboi. Na niedźwiedzie? – przemknęło Hubertowi przez myśl. Jeszcze pistolet z napisem „Colt 1911”, kilka granatów z wykręconymi zapalnikami, zapalniczka, bagnet i nóż myśliwski. Co ja, jakieś muzeum wojskowe okradłem? W worku miał jeszcze trzy litrowe butelki z wodą, puszki z jedzeniem, dwie koszulki z krótkimi rękawami, kilka zmian bielizny, wojskowe spodnie i bluzę, w której kieszeni znajdowały się zapalniki.

Jezu, to nie może być moje, myślał Hubert. To się nie dzieje naprawdę, niemożliwe. Pokręcił głową, zamknął oczy, ale kiedy je otworzył, nadal tkwił w tej ciemnej piwnicy, której powoli zaczął nienawidzić.

– Dobrze się czujesz, chłopcze? – zapytał Jurek. – Nie wyglądasz najlepiej.

– Nic nie rozumiem. – Hubert czuł, że za chwilę się rozklei. – Co ja tu w ogóle robię? Przecież byłem na wycieczce w Paryżu… Miałem się spotkać z Christelle pod piramidą, a potem… potem był ten wielki wybuch. Wysadzili Luwr w powietrze! Obudziłem się tutaj. To już nie jest zabawne, chciałbym wrócić do domu, obudzić się. – Ukrył twarz w dłoniach.

Jurek przypatrywał mu się uważnie.

– Kiedy to było? – zapytał.

– Nie wiem, wczoraj, przedwczoraj…

– Chłopcze, Luwr wysadzili w kwietniu siedem lat temu. – Mężczyzna mówił powoli i spokojnie.

Hubert podniósł głowę i zamarł, wpatrując się tępym wzrokiem w gospodarza. Kilka razy zamrugał powiekami, oczekując wybuchu śmiechu i zapewnień, że to tylko żart. Jednak cisza, jaka zaległa w piwnicy, przeciągała się.

– To na pewno nie było siedem lat temu – szepnął w końcu. – Może to jakiś inny zamach?

– A o ilu zamachach na Luwr słyszałeś? No właśnie. Siedem lat. I nic od tamtej chwili nie pamiętasz? – Jurek przypatrywał mu się uważnie. Płomień lampy naftowej odbijał się w jego oczach.

– Nic, totalna pustka. – Hubert przetarł dłońmi twarz. – To niemożliwe. To mi się śni, prawda? Zaraz się obudzę…

– Nic ci się nie śni.

– Nie mogłem przespać siedmiu lat!

– No raczej. – Mężczyzna spojrzał wymownie na arsenał wyłożony na łóżku. – Musiałeś ostatnio dostać porządnie w głowę i masz częściową utratę pamięci. Tak ja to przynajmniej widzę.

Hubert znów ukrył twarz w dłoniach. A więc dlatego miał takie superciało. Wcale nie wcielił się w żadnego komandosa! Był starszym sobą! Miał teraz dwadzieścia cztery lata. Siedem lat z jego życia zniknęło. Co przez ten czas robił? Co z jego rodziną? Poczuł, jakby na dno żołądka opadła mu bryła lodu. Spojrzał na swoje przedramiona poznaczone siateczką drobnych blizn. Czy to pamiątka po wybuchu szklanej piramidy? Ernest! Przed oczyma stanął mu obraz przyjaciela zmiażdżonego przez gruz. Zrobiło mu się niedobrze.

– Trzymaj. – Jurek szturchnął go w rękę, podając kubek.

– Co to?

– Wódka.

Hubert jednym haustem opróżnił naczynie. Zapiekło go w gardle i niemal się zakrztusił, ale już po chwili poczuł się lepiej. Płyn przyjemnym ciepłem rozlał się po organizmie. Jurek jeszcze raz dolał mu wódki.

– Trzymałem ją na specjalną okazję, ale cóż, chyba tobie jest bardziej potrzebna – stwierdził. Nalał sobie trochę alkoholu do kubka, a butelkę postawił przy łóżku gościa.

Hubert próbował pozbierać myśli. Jeżeli to sen, to niedługo się obudzi, a jeśli nie… no to cóż, przecież musi wiedzieć.

– Co się działo przez te siedem lat? – zapytał w końcu.

Jurek uciekł spojrzeniem i zabębnił palcami w stół.

– Armagedon – odparł. – Kiedyś ktoś powiedział, że choć nie wie, jak będzie wyglądała trzecia wojna światowa, to jest przekonany, że czwarta odbędzie się na kije i kamienie. Ale to nie była wojna. Bez wielkich bitw, o których można potem przeczytać w książkach. Bez widzialnego wroga. Nikt nie miał pojęcia, co się dzieje. Wszystko potoczyło się tak szybko. Cały świat legł w gruzach. Korea Północna uderzyła w Stany. Podejrzewano, że Chiny i Rosja też maczały w tym palce. Jednego dnia, ósmego kwietnia, w całej Ameryce odpalono kilkadziesiąt bomb. Samochody pułapki, zamachowcy… Uczyłem wtedy historii w szkole, kiedy dotarły do nas te wiadomości. Niedługo potem ktoś zaczął odpalać ładunki w większych miastach Europy i Ameryki Południowej. Podejrzewam, że ty byłeś w Paryżu, kiedy to się stało…

Hubert za jednym zamachem wypił całą zawartość kubka i ponownie go napełnił.

– Mam mówić dalej? – zapytał Jurek. Widać było, że mu żal gościa.

Tamten pokiwał głową.

– To była całkiem nieźle zorganizowana akcja. Nie wiedzieliśmy, kto, kogo, gdzie i kiedy zaatakuje. Jeszcze tego samego dnia ktoś wpuścił wirusa do sieci. Wirusa, który wykasował wszystko. Internet przestał działać. Nie dało się komunikować, ludziom poznikały pieniądze z kont. Wyobraź sobie, jaką reakcję mogło to wywołać. Wszystkie bazy danych szlag trafił. Tłumy wyszły na ulice, zaczęły się rozruchy i strajki. Następnego dnia wysiadł prąd, nie było wody ani gazu. Globalna katastrofa. Do tego zaczął się rozprzestrzeniać paskudny szczep grypy. Ludzie padali jak muchy, naukowcy nie zdążyli opracować szczepionki… Z dnia na dzień było coraz gorzej. I jeszcze ten impuls. – Jurek pokręcił głową.

– Jaki impuls?

– Impuls elektromagnetyczny. Broń straszliwsza niż bomba atomowa. Korea groziła, że zaatakuje nim Stany. Później się okazało, że impulsem dysponowało co drugie państwo! To było jak domino, nikt nie spodziewał się podobnych rezultatów, bo nikt nigdy nie przeprowadzał eksperymentów na taką skalę; jeden impuls uruchamiał kolejny i w jednej chwili na całym świecie diabli wzięli wszystko, co działało na prąd.

– Ale chyba można było to naprawić?

– Synek, jak coś jest usmażone, to jest usmażone na amen. – Jurek pokręcił głową. – Pewnie, można kombinować, ale nie wtedy, gdy czuje się na karku oddech śmiertelnej choroby, a spanikowani ludzie zamieniają się w zwierzęta.

Hubert zastygł. Mógł się jedynie domyślać skali katastrofy.

– Ataki terrorystyczne wywołały panikę, tak samo jak grypa, brak internetu i wody, ale zniszczenie całej elektroniki okazało się ciosem ostatecznym.

– Jesteśmy za bardzo uzależnieni od prądu – przyznał chłopak.

– Byliśmy – poprawił nauczyciel. – Potem ludzie sami dokończyli dzieła zniszczenia. Włamania, kradzieże, morderstwa były na porządku dziennym. Wszyscy wpadli w panikę. Policja i wojsko nie mogły temu zaradzić, ich systemy też padły. Zginęły całe masy ludzi, a ci, którzy przeżyli, mordowali się nawzajem. Panika wyzwoliła w nich najniższe instynkty. Dopóki mieliśmy jako taki kontakt ze światem, szacowano, że zginęło trzy czwarte ludności na całej ziemi. Potem wiadomości z zewnątrz się urwały. Wszystkich, których znałem, zabiła grypa…

Hubert wpatrywał się tępo w ścianę. Jak przetrawić taką wiadomość? Że spełniła się jedna z najgorszych postapokaliptycznych wizji? Koniec świata naprawdę się wydarzył, pomyślał gorzko.

– A co z rządem? Wojskiem? – zapytał. – Przecież ktoś musiał przeżyć.

– Nie wiem, jak to wygląda w innych krajach – Jurek wzruszył ramionami – ale słyszałem, że u nas na południu jest jakaś baza. Tam ukryło się kilku wojskowych… tych, którzy przeżyli. Ale co robią, nie mam pojęcia i jakoś niespecjalnie mnie to interesuje. Średnio umieli zająć się nami, gdy był pokój, więc nie sądzę, byśmy znaleźli u nich pomoc po armagedonie.

– A co z moją rodziną? – zapytał Hubert szeptem. Mama, jako lekarz, na pewno do samego końca pracowała w szpitalu. A może od razu się zaraziła? Ojciec zaś potrafił wygrać prawie każdą sprawę w sądzie, ale był typowym mieszczuchem, dla którego przetrwanie jednego dnia bez prądu stanowiło wyzwanie.

– Skoro teraz jesteś sam, to podejrzewam, że im się nie udało – mruknął Jurek. – Przykro mi, młody.

Bryła lodu, która od pewnego czasu znajdowała się w żołądku Huberta, zaczęła promieniować zimnem na całe ciało. Miał wrażenie, jakby ktoś zacisnął pięść na jego sercu. Czuł niemal fizyczny ból. Impuls, wybuchy, grypa, śmierć milionów ludzi… śmierć rodziców…

Nalał sobie kolejną porcję wódki i ledwie zdołał ją przełknąć przez gulę dławiącą mu gardło. Chciał zagłuszyć usłyszane przed chwilą słowa, przestać czuć, a przede wszystkim pragnął się obudzić w pokoju hotelowym w Paryżu albo przynajmniej we własnym łóżku.

Położył na podłodze swój arsenał broni i ukrył twarz w poduszce, a potem powoli odpłynął w sen.

Obudził się następnego dnia rano. Było mu niedobrze, głowa go bolała, świat wirował, a rana w boku znów dawała o sobie znać. Jurek podał mu wodę po picia, potem na siłę wcisnął trochę jedzenia. Godziny zlewały się ze sobą. Hubert budził się często, wychodził na dwór za potrzebą, potem życzliwy gospodarz znów wmuszał w niego jedzenie i wodę. Chłopak tracił orientację, kiedy jest dzień, a kiedy noc. Czasem zdawało mu się, że słyszy z zewnątrz jakieś hałasy, krzyki, zawodzenia, jednak nie zwracał na nie uwagi.

Kiedy się obudził kolejny raz, opiekun dał mu tylko trochę wody, a potem wyciągnął go do lasu.

– Musisz się przewietrzyć, inaczej w życiu nie dojdziesz do siebie – tłumaczył.

Ale Hubertowi wszystko było obojętne. W sercu miał ogromną pustkę, której nic nie było w stanie wypełnić.

– Na Boga, weź się w garść! – zniecierpliwił się Jurek, kiedy dreptali leśną ścieżką. – Rozumiem, że to nie był najlepszy tydzień w twoim życiu, ale musisz się jakoś pozbierać.

Nagle Hubert stanął jak wryty. Pewna myśl uderzyła go z siłą tarana.

– Chcę odnaleźć rodziców – powiedział. – Albo przynajmniej zyskać pewność. Nie mam pojęcia, co robiłem przez te wszystkie lata, ale muszę się dowiedzieć, co się z nimi stało.

– Wiesz, że to jest raczej bezcelowe? – Jurek spróbował ostudzić jego zapał. – A poza tym podróżowanie w pojedynkę może być dość niebezpieczne…

– Nieważne. Po prostu muszę to zrobić. Dostanę się jakoś do Poznania, może czegoś się dowiem…

Nowy cel pulsował w jego umyśle niczym supernowa po wybuchu. Porzucenie tego pomysłu oznaczało powrót do ziejącej w sercu otchłani.

– Posłuchaj, młody. Zostało na tym świecie mało ludzi i każdy dba o swoje interesy. Nikt ci nie pomoże.

– Ty mi pomogłeś.

– Tak łatwo teraz zginąć – westchnął ciężko Jurek. – I nigdy nie wiesz, co się czai w ciemnościach…

Ostatnie zdanie towarzysza sprawiło, że w mózgu chłopaka zapaliła się ostrzegawcza lampka.

– A co się czai w ciemnościach?

– Nie chciałem tego mówić, jeszcze nie teraz. – Jurek pokręcił głową. – Skoro nic nie pamiętasz… Ale w końcu musisz się dowiedzieć. – Zaczerpnął tchu. – Kiedy zabrakło prądu i tych wszystkich zdobyczy cywilizacji, z których byliśmy tacy dumni, z ciemności zaczęły wyłazić upiory. Strzygi, topielce, biesy i wszystkie inne stwory, które przez setki lat ukrywały się przed nami. Teraz się już nas nie boją, a są bardzo głodne.

Hubert raptownie się zatrzymał.

– Chwila, nie rozumiem. – Jego umysł wciąż nie mógł się dopasować do nowej rzeczywistości. – Jakie strzygi, jakie topielce?!

Jurek posłał mu pełne współczucia spojrzenie.

– Wszystko to, w co ludzie kiedyś wierzyli, to prawda.

– To wcale nie jest zabawne.

– Bo to nie jest żart. – Mężczyzna nie wyglądał na rozbawionego. – Myślisz, że po co każdej nocy barykaduję drzwi? Kilka miesięcy temu mieszkałem tu z przyjacielem. Wieczorem, jeszcze nie było nawet ciemno, wyszedł na zewnątrz i wiesz, co się stało? Nigdy nie wrócił. Usłyszałem tylko krzyk, a kiedy wybiegłem z domu, jego już nie było. Zobaczyłem tylko krew na ziemi. Szukałem ciała, ale go nie znalazłem. Zabiłem deskami okna i rygluję drzwi. Nie chcę, żeby coś, co go zabiło, wdarło się do domu. A ty masz zamiar ot, tak sobie, wyruszyć do Poznania!

– Muszę – powiedział cicho Hubert. – Muszę.

Kolejne dni były takie same. Godzinami włóczył się po lesie, rozmyślając nad swoją sytuacją, nad tym, co powiedział Jurek. Wiele razy próbował przypomnieć sobie cokolwiek z minionych siedmiu lat. Nadaremnie. Umysł dwudziestoczterolatka funkcjonował na poziomie umysłu siedemnastolatka. Hubert zaczął się więc zastanawiać, czy nie trafił w jakąś pętlę czasową i po prostu nie przespał tego okresu.

Jurek podarował kompanowi mapę Polski. Najwyraźniej zrozumiał, że tamten nie ma zamiaru zrezygnować z poszukiwań.

– Może nie być aktualna – przestrzegł uczciwie – ale naniosłem na nią trochę poprawek.

Hubert rozłożył mapę na stole i dokładnie się jej przyjrzał. Niektóre obszary były pokreślone.

– Co to znaczy? – zapytał, wskazując na krzyżyki na drodze do Poznania.

– Że droga jest zupełnie nieprzejezdna – odparł nauczyciel. – Falowana linia jest w miejscach, gdzie kiedyś się natknąłem na nieprzyjemnych typów. Mogą migrować, jednak na wszelki wypadek lepiej ich unikać. Żółta linia to wsie, gdzie nadal żyją ludzie, ale nie lubią obcych, więc na ich tereny też się nie zapuszczaj. Właściwie to unikaj wszystkich, teraz każdy dba o swoje interesy: najpierw strzela, potem pyta. Aha, prawie bym zapomniał… Jakieś dwadzieścia kilometrów na południe, o tutaj – Jurek wskazał na mapie niewielką kropkę – jest opuszczona mieścina. Może uda ci się znaleźć tam coś do jedzenia.

Hubert długo wpatrywał się w mapę, aż trasa podróży powoli zaczęła układać mu się w głowie.

Następnego dnia postanowił wyruszyć.

– Nadal uważam, że to nie jest dobry pomysł – powiedział przy śniadaniu Jurek. – Powinieneś unikać miast, a nie pchać się do jednego z największych w Polsce.

– Nie mieszkaliśmy w samym Poznaniu. – Hubert z niechęcią grzebał w puszce z kaszą i gulaszem; miał jej już naprawdę dosyć. – Mieliśmy dom na peryferiach.

– Jak sobie chcesz. – Gospodarz pokręcił głową. – Tylko pamiętaj, nie włócz się nigdzie po zmroku. Najlepiej nocuj w opuszczonych domach, ale przedtem dobrze sprawdź, czy nic tam nie siedzi, a na progu zostaw trochę jedzenia. To może udobruchać różne stwory. No i zasada stara jak świat: nie podążaj w nocy za błędnymi ognikami.

Hubert już miał skwitować ostatnie zdanie prychnięciem, nie bawiły go takie żarty. Ale potem spojrzał na poważną minę nauczyciela i przypomniał sobie, że to wcale nie głupi dowcip.

– Jak one wyglądają? – zapytał.

– Nie mam pojęcia. Nie znam nikogo, kto by przeżył spotkanie z nimi.

– A wiesz cokolwiek na temat tych potworów? – W jego głosie krył się wyrzut.

Jurek pokręcił głową.

– Kiedyś ludzie przekazywali sobie wiedzę, jak ich unikać, jak je rozpoznawać, znali sposoby na ich ułaskawienie i zabicie. Dzisiaj nie wiemy nic. Jesteśmy zdani tylko na siebie.

Gdy zjedli śniadanie, Hubert zarzucił na plecy swój wojskowy worek. Stanął z Jurkiem na progu domku.

– To się trzymaj, młody… I nie daj się zabić – pożegnał go zdawkowo gospodarz.

– Dziękuję za wszystko. – Chłopak podał mu rękę. Po raz ostatni spojrzał w ciemne, puste oczy otoczone siateczką zmarszczek. Przez co ten facet musiał przejść, jakie okropieństwa widzieć i kogo stracić przez ostatnie lata? Ile z tego, co powiedział, było prawdą, a ile podkoloryzowaną opowieścią?

Podejrzewam, że całkiem niedługo sam się o tym przekonam, pomyślał Hubert, ruszając wąską ścieżką przez las.

Rozdział II

Wiosna była chłodna, trawa błyszczała rosą w promieniach wschodzącego słońca. Z ust Huberta wydobywały się obłoczki pary. Liście na drzewach jeszcze nie zdążyły się w pełni rozwinąć, co wcale nie przeszkadzało ptakom świergotać zapamiętale na gałęziach. Świat wcale nie wygląda źle po tej apokalipsie, pomyślał chłopak. Najwyraźniej nie wszystko jeszcze trafił szlag.

Po około trzech godzinach wąska ścieżka zamieniła się w zarośniętą polną drogę. Jeżeli nie zabłądził, to niedługo powinien dotrzeć do asfaltu, a potem jeszcze dwa kilometry i znajdzie miasteczko, o którym mówił Jurek. Na razie nie natknął się na żadne inne ślady cywilizacji.

W południe, kiedy worek z bronią zaczął mu już naprawdę ciążyć, zatrzymał się, żeby coś zjeść i się napić. Usiadł na trawie i z ciekawością wydobył z bagażu paczkę wojskowych sucharów SU-2.

– Masakra – jęknął po pierwszym kęsie.

Suchary okazały się paskudne. Były twarde, a jakiekolwiek walory smakowe zostały stłumione przez olbrzymie ilości kminku. Popicie ich wodą niewiele pomogło.

Dał radę zjeść tylko dwa. Resztę schował do kieszeni, zarzucił worek na plecy i ruszył dalej.

Dwie godziny później nadal nie mógł znaleźć asfaltowej szosy.

– Zabłądziłem – mruknął i ze złości kopnął zmurszały pieniek leżący mu na drodze. Gdyby kiedyś nie używał ciągle nawigacji w telefonie, to może teraz umiałby czytać mapy.

Miał już serdecznie dość podróży. Gubił drogę, pogryzły go komary spragnione świeżej krwi, był głodny i zły. Zatęsknił za domem, za smacznym jedzeniem, czystymi ubraniami i przede wszystkim gorącym prysznicem.

Pod wieczór trafił wreszcie na asfaltową drogę, a do miasteczka dotarł, gdy już się ściemniało.

– Co za upiorna wiocha – stwierdził, idąc opuszczoną ulicą i patrząc na pozostałości domów. Wszystkie miały powybijane okna, dwa były w kompletnej ruinie, w kilku dachach ciemniały dziury. Las zaczął się już upominać o swoje i powoli, centymetr po centymetrze, wkraczał do miasta. Trawniki w dawniej zadbanych ogródkach zamieniły się w gęsty busz, droga była przykryta warstwą zeszłorocznych liści i gałęzi, wszędzie rosły samosiejki, spomiędzy powykrzywianych płyt chodnikowych wystawały kępki trawy, uparcie walcząc o przestrzeń życiową.

Było już zupełnie ciemno, kiedy Hubert znalazł dom, który nadawał się na nocleg. Najpierw dokładnie sprawdził wszystkie pomieszczenia, choć kiedy wchodził na piętro, bał się, że strop może się zawalić. W ogródku nazbierał gałęzi i po wielu nieudanych próbach zdołał rozpalić ogień w kominku.

– Oby komin nie był zapchany – mruknął pod nosem, grzejąc dłonie przy płomieniach. – Inaczej się tu uduszę… Chociaż… śmierć we śnie chyba nie jest taka zła.

Po kilku minutach podgrzał kolację z puszki, pamiętając, żeby trochę jedzenia zostawić na progu domu. Jakoś nie bardzo wierzył w to, co mówił Jurek o tych wszystkich stworach czających się w mroku, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Położył się na kanapie śmierdzącej pleśnią, lecz nim zasnął, długo jeszcze rozmyślał. Uparcie wracało do niego pytanie, czy naprawdę tak to wszystko się skończyło. Czy większość ludzi wymarła, a reszta zamieniła się w półdzikie zwierzęta? Trudno przyjąć takie wiadomości. Ci, którzy przeżyli, oswajali się z sytuacją siedem lat, on miał na to zaledwie kilka dni. Jeszcze tydzień temu był zadowolonym z siebie licealistą, czerpał z życia pełnymi garściami, nie myśląc o jutrze, teraz miał dwadzieścia cztery lata i cały jego świat legł w gruzach. Na razie nie dopuszczał do siebie myśli o tym, co zrobi, gdy w domu nie znajdzie żadnego śladu rodziców. W końcu zapadł w sen o dziwnych stworach i światełkach.

W środku nocy zbudził go hałas.

– Co jest? – szepnął, przecierając zaspane oczy. W pierwszej chwili zupełnie nie wiedział, gdzie się znajduje. Nie mógł zogniskować wzroku na cieniach w zrujnowanym pokoju. W końcu pamięć wróciła, a oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Hubert po cichu usiadł na kanapie, wziął do ręki pistolet i mechanicznie go odbezpieczył.

Przez chwilę zastanawiał się, jakim cudem wie, jak to zrobić.

Hałas na dworze się powtórzył.

I co teraz? Nie miał najmniejszej ochoty sprawdzać, co to takiego, ale uznał, że nie zmruży oka, dopóki się nie przekona, iż wszystko jest w porządku. Na palcach wyszedł z pokoju i skierował się do drzwi wyjściowych. Spróbował wyjrzeć przez okno, niewiele jednak mógł zobaczyć przez szpary między deskami, którymi je zabito. Położył dłoń na klamce; serce z każdą chwilą biło mu coraz szybciej. Nie chcę, naprawdę nie chcę się przekonywać, co tam jest, pomyślał i powoli uchylił drzwi. Wyjrzał ostrożnie na zewnątrz, wciąż trzymając pistolet w gotowości. Ulicę oświetlała słaba księżycowa poświata. Krzewy i drzewa poruszał delikatny wiatr. Świat wydawał się spokojnym i bezpiecznym miejscem.

Hubert cofnął się znów za próg domu. I w tej właśnie chwili usłyszał tupot, a kątem oka zauważył ciemny kształt pędzący po drodze. Błyskawicznie odwrócił się i wycelował broń, lecz cokolwiek zakłóciło spokój wymarłej ulicy, zniknęło. Jeszcze chwilę stał na progu, żeby upewnić się, że nic więcej nie grasuje po okolicy, a potem wszedł do domu, zastawił drzwi przewróconą szafą i wrócił do pokoju, w którym spał.

Jestem sam, myślał. Zupełnie sam. Nikt nie wie, gdzie jestem. Cokolwiek może tu przyleźć, zeżreć mnie i nikt się o tym nie dowie. Nikogo nie zainteresuje moja śmierć.

Stanął pod ścianą i przyłożył do niej czoło. Była zimna i ani trochę nie dawała ukojenia.

– To wszystko jest popieprzone! – powiedział na głos, rzucając pistolet na kanapę.

W tej chwili broń wystrzeliła i zrobiła dziurę w szafie. Nagły huk tak przestraszył Huberta, że aż się skulił.

– Idiota! Kretyn! – zaczął sobie wyrzucać, a potem w bezsilnej złości skopał ścianę, aż zrobił w niej całkiem spore wgniecenie.

Później wyładował złość na szafie i kanapie. W końcu jednak się zmęczył tym napadem furii i opadł na łóżko.

– Chciałbym obudzić się w domu – jęknął, przykrywając się brudnymi kocami.

Rano spojrzał na próg domu. Z lekkim niepokojem dostrzegł, że zostawione tam jedzenie znikło.

– Na pewno jakieś dzikie koty – mruknął niepewnie. Potem rozpoczął poszukiwania. Wchodził do każdego domu, rozglądając się za potrzebnymi przedmiotami. Znalazł trochę jedzenia w puszkach, kilka pudełek zapałek, a nawet paczkę makaronu i soli. Jednak większość budynków była zupełnie zdewastowana. Wyglądały, jakby banda dzikusów urządzała w nich niezłe imprezy. W niektórych zamieszkały zwierzęta – koty, lisy; natknął się nawet na kilka młodych lisków, które szczeknęły na niego cienkimi głosikami, a potem się rozpierzchły. Hubert w pośpiechu oddalił się od ich legowiska, bo nie chciał wypłoszyć matki szczeniąt. Widział też ślady bytności myszy, na dobre zadomowionych w ludzkich mieszkaniach. Znalazł nawet kawkę, która uwiła gniazdo w szafie ubraniowej.

Widząc zakres zniszczeń, zaczął wątpić, że znajdzie tu coś wartościowego. Jednak po dwugodzinnych poszukiwaniach szczęście się do niego uśmiechnęło. Na końcu miasteczka zobaczył duże gospodarstwo. Dom był tak samo zrujnowany jak pozostałe, ale za nim stał wielki blaszany garaż, który najwyraźniej nie zainteresował wandali.

Polnym kamieniem rozbił kłódkę i otworzył metalowe drzwi. W środku panował półmrok. Jego kroki wzbiły w powietrze masę kurzu.

– I co ja tu znajdę, oprócz starych wideł? – zastanawiał się, idąc pomiędzy najróżniejszymi gratami.

Na środku garażu zobaczył znajomy kształt przykryty płachtą. Widłami – które oczywiście były na miejscu – odgarnął śmieci, a następnie zdecydowanym ruchem zdarł materiał z samochodu. Jego oczom ukazał się stary, zielony volkswagen. Hubert zagwizdał.

– Przynajmniej nie muszę iść pieszo. Ale dziewczyny raczej na niego nie polecą.

Kopniakiem przestawił wiadro blokujące drzwi kierowcy i wsiadł do środka. Kluczyki tkwiły w stacyjce.

– Mam dzisiaj szczęście. – Zatarł ręce. – Tylko niech odpali…

Przekręcił kluczyk… i nic się nie stało. Silnik nawet nie drgnął.

– Cholera! – Ze złością uderzył dłońmi w kierownicę. – Durny impuls!

Pomimo jego wszelkich starań auto nie zaczęło choćby kaszleć. Zajrzał nawet pod maskę, ale niewiele to pomogło. Zupełnie nie znał się na samochodach. Co z tego, że przed wycieczką do Paryża miał kilka lekcji jazdy, skoro nie miał pojęcia, czy to impuls zniszczył świece w aucie, czy akumulator wysiadł, a może po prostu nie było paliwa? Albo ten dziurawy przewód jest ważny?

Wysiadł z samochodu i ponownie kopnął wiadro, tym razem z frustracji. Przeleciało jakiś metr i uderzyło w stojący pod ścianą rower.

A może jednak nie będę musiał iść pieszo? – pomyślał z nadzieją.

Rower był stary, ale jak się okazało chwilę później, całkiem sprawny. Trzeba było tylko dopompować opony. Hubert przeszukał więc cały garaż, znalazł pompkę, a nawet stary olej, którym nasmarował łańcuch.

Przywiązał swój worek do bagażnika i ruszył przed siebie. Jechał głównie drogami gminnymi, a nawet polnymi. Często musiał zsiadać z roweru i przenosić go nad przewróconymi drzewami czy przeciskać się pomiędzy porzuconymi samochodami. W wielu miejscach asfalt popękał pod naporem korzeni drzew lub pokruszył się zimą pod wpływem temperatury. Gdzieniegdzie wiatr naniósł na niego wielkie łachy piasku. Co jakiś czas chłopak mijał opuszczone wsie i miasteczka. W większości przypadków były zupełnie zrujnowane. Na razie nie natknął się na żadnego człowieka, ale nie martwiło go to zbytnio. Według Jurka mało kto był przyjaźnie nastawiony do obcych.

Gdy widział domy, które były w stosunkowo dobrym stanie, zatrzymywał się i zaglądał do środka, szukając czegokolwiek przydatnego. W jednej piwnicy odnalazł balon pełen wina i całkiem imponujący zapas przetworów. Na próbę otworzył kilka słoików. To, co kiedyś prawdopodobnie było ogórkami kiszonymi, stanowiło teraz płynną, cuchnącą masę, na szarym pasztecie wyrosła pleśń, podobnie było z dżemami.

Niestety nic nie nadawało się do jedzenia. Z rezygnacją skierował się do wyjścia, ale zatrzymał się w drzwiach. Po chwili namysłu odszukał dwie litrowe szklane butelki i za pomocą gumowego przezroczystego wężyka spuścił do nich wino.

– Dobry rocznik. – Pociągnął łyk prosto z butelki.

Trzeciego dnia po południu dotarł już blisko Poznania. Droga zajęła mu tak dużo czasu, gdyż kilka razy się zgubił i nadrabiał kilometrów, a zaglądanie do opuszczonych domów było dość czasochłonne. Jednak jemu się tak naprawdę wcale nie spieszyło. Im bliżej był celu, tym wolniej jechał, ponieważ bał się tego, co na niego czeka.

Choć okolica bardzo się zmieniła i była zarośnięta, zaczął ją rozpoznawać.

Jeszcze ze dwa kilometry, a zajadę do domu, myślał, nerwowo ściskając kierownicę. Dłonie zaczęły mu się pocić, serce z minuty na minutę biło coraz szybciej. Nie dopuszczał myśli, co zrobi, gdy nic nie znajdzie.

Zostało mu około kilometra do celu, kiedy okazało się, że droga jest zupełnie nieprzejezdna. W asfalcie widniała wielka dziura, niczym lej po bombie, a po obu jej stronach zalegały zwały gruzu. Wolał nie taszczyć na nie roweru, ukrył go więc w krzakach razem ze swoim workiem. Sięgnął po pistolet, sprawdził, czy jest naładowany, i wetknął go za pasek spodni. Zastanawiał się, czy w razie konieczności zdoła go użyć. Po chwili namysłu wziął też pepeszę i przewiesił ją przez ramię. Była ciężka i nieporęczna, ale dawała poczucie bezpieczeństwa.

Miejscowość, w której znajdował się jego dom, wyglądała na zupełnie zniszczoną. Na ulicy pośród zawalonych domów poniewierały się poprzewracane i spalone samochody. Wszędzie leżał gruz.

Gdzieś z boku usłyszał hałas. Zareagował instynktownie. W ułamku sekundy odwrócił się w tamtym kierunku, chwycił pepeszę, jednym ruchem ją odbezpieczył i wycelował. W popłochu uciekł przed nim bury kot. Chłopak odetchnął.

– Przez te siedem lat wyrobiłem refleks – stwierdził zadowolony z siebie.

Ruszył dalej, ale już nie wypuszczał broni z rąk.

W końcu dotarł na miejsce. Jego dom wciąż stał, lecz nie wyglądał najlepiej. Miał wyważone drzwi, potłuczone szyby i ściany zabazgrane kiepskim graffiti. Nie wyglądało na to, żeby ktoś tu jeszcze mieszkał.

Hubert wziął głęboki wdech i przekroczył próg. Ledwie poznał wnętrze rodzinnego domu. Co cenniejsze przedmioty zostały zabrane, a te, których nie dało się wynieść, ktoś porąbał siekierą. Wszędzie leżały smętne resztki talerzy i szklanych rzeczy. Jeszcze jest nadzieja, jeszcze jest nadzieja, myślał, przemierzając pokoje. Ale nie znalazł nic, co powiedziałoby mu cokolwiek o losie rodziców. Wszedł po schodach na piętro i zajrzał do swojego pokoju. Łóżko było połamane i odwrócone do góry nogami, tak samo biurko. Ktoś pozdzierał plakaty ze ścian, potłukł lampy.

Hubert odłożył pepeszę i oparł się o ścianę. Do tej pory żył nikłą nadzieją, że znajdzie tutaj jakąś odpowiedź, wskazówkę, co robić dalej. W głębi duszy spodziewał się rozczarowania, ale prawda uderzyła w niego z siłą rozpędzonej ciężarówki. Łza spłynęła po brudnym policzku.

Jesteś sam. Nie masz nikogo. Twoi rodzice wyjechali i nie masz szans ich odnaleźć… albo nie żyją, zginęli dawno temu, i nawet nie wiesz, gdzie spoczywają ich ciała, kołatało mu w głowie.

Wciąż opierając się plecami o ścianę, ugiął kolana i usiadł na podłodze. Wierzchem dłoni wytarł łzę i zwiesił głowę.

Nie masz nic oprócz tego przeklętego worka. Siedział w swoim dawnym pokoju, którego już nie poznawał. Wszystko i wszyscy, których kiedykolwiek znał i kochał, odeszli.

A może jednak coś tu zostało? Drobiazg, który mógłby mu przypominać, że kiedyś istniał jego mały, bezpieczny świat? Na chwilę znów odzyskał energię i zaczął przeszukiwać dom. Może znajdzie stare pióro, z którym tata się nie rozstawał? Albo ulubioną książkę mamy?

Czy mama miała jakąś ulubioną książkę? Nie pamiętał, zresztą nigdy nie obchodziły go takie rzeczy.

Przeszukał wszystkie połamane szafy i szuflady, rozgarnął śmieci leżące w kątach pokojów, ale nie znalazł nic. Wtem dostrzegł biały skrawek papieru wystający spod kanapy. Z wysiłkiem przesunął mebel, schylił się i podniósł zniszczone zdjęcie.

Pamiętał je. Stało zawsze na szafce w salonie, zrobione, kiedy miał dziesięć lat, podczas wakacji nad morzem. Z rodzicami budował coś z piasku. Nie było to dobre zdjęcie. Nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego mama tak się nim zachwycała i nie pozwalała go zabrać z widoku. A teraz stanowiło jego jedyną pamiątkę po tamtym życiu.

Stał na środku pokoju i z bólem serca przyglądał się fotografii, kiedy usłyszał hałas w piwnicy. Zastygł w bezruchu, nasłuchując. Do jego uszu dobiegł przytłumiony chichot. Schował zdjęcie do kieszeni na piersi.

– Nie idź tam, nie idź tam – szeptał do siebie, ale stopy same powiodły go do drzwi piwnicy.

Głupia brawura siedemnastolatka albo ciekawość dojrzałego mężczyzny kazały mu powoli nacisnąć klamkę. Otworzył drzwi na oścież; piwnica była pogrążona w mroku. Ostrożnie zszedł.

Nic. Tylko bałagan i głucha cisza. Otworzył kolejne drzwi i znalazł się w drugim pomieszczeniu.

Przeszedł przez próg i w tej chwili uświadomił sobie, że pepesza została w jego pokoju. Już chciał sięgnąć po pistolet tkwiący za paskiem na plecach, gdy kątem oka wyłowił poruszający się kształt. Zanim zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, coś się na niego rzuciło. Coś wielkiego, czarnego i kudłatego. Z hukiem wylądował na plecach, a stwór na jego klatce piersiowej. Upadek wycisnął Hubertowi powietrze z płuc. Bestia, ni to ze szczekiem, ni to z warkotem, zbliżyła swój łeb do jego twarzy. Hubert zobaczył tylko gorejące ślepia i wielkie, brudne zęby. Niewiele myśląc, wyrzucił obie nogi przed siebie i zwalił stworzenie na ziemię. Błyskawicznie wstał i rzucił się w stronę schodów. Chwytając się poręczy, zaczął przeskakiwać po dwa stopnie w górę. Słyszał, że potwór się podnosi i zaczyna pędzić za nim.

Kiedy wybiegł na korytarz, wyjął zza paska pistolet, odbezpieczył go i odwrócił się w kierunku wyjścia z piwnicy. Słyszał, jak to coś się zatrzymało, a potem zaczęło powoli wspinać się po schodach. Przeraźliwie sapało. Chłopak cofał się w głąb korytarza. Jeden krok, drugi i potknął się o kawał drewna. Upadł na plecy. Stwór wyskoczył z piwnicy. Hubert chwycił pistolet obiema dłońmi i wystrzelił do atakującej bestii. Raz, drugi, trzeci… Wystrzelał niemal cały magazynek. Potwór padł martwy.

– Ja pierniczę, co to było?! – krzyknął chłopak.

Wstał z ziemi i jedną ręką otrzepał spodnie. W drugiej nadal trzymał colta i celował do nieruchomego stworzenia. Ostrożnie podszedł do truchła i trącił je butem. Nie poruszyło się.

– Czym ty, u diabła, jesteś? – zapytał martwą bestię. – I dlaczego tak cuchniesz?

To coś przypominało mu skrzyżowanie psa z… z czymś wielkim i kudłatym, było niczym mutant, który uciekł z laboratorium szalonego naukowca. Nagle z gardła stwora wydobyło się ciężkie westchnienie. Hubert gwałtownie odskoczył i wpadł na ścianę z przekleństwem na ustach. Szczęki bestii rozwarły się, na podłogę opadł długi jęzor, a po nim pociekła strużka krwi.

W domu rodzinnym chłopak nie był bezpieczny. Postanowił wrócić do roweru po swój dobytek i dopiero tam zastanowić się, co dalej.

Wspiął się ponownie do swojego pokoju po pepeszę i cały czas trzymając ją w dłoniach, wyszedł z domu. Na ulicy stało trzech chłopaków.

– No nie, co znowu?! – jęknął na ich widok.

Nie wyglądali na groźnych, więc Hubert powoli ruszył w ich stronę, cały czas celując do nich z pepeszy. Musiał ich minąć, żeby wrócić po rower. Nic nie mówili, tylko stali nieruchomo. Wszyscy trzej byli ubrani w brudne dresy, jeden miał na głowie dziurawą czapkę. Trzymali kije bejsbolowe i łańcuchy. Ich smród czuć było nawet z odległości kilkunastu metrów. Kiedy Hubert się im przyjrzał, pomyślał, że muszą być w jego wieku. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że przecież nie ma już siedemnastu lat. Był od nich dużo starszy, silniejszy, sprawniejszy, no i miał naładowaną broń.

– Coś ty za jeden? – Chłopak w czapce zdobył się na odwagę i wystąpił naprzód.

– A co cię to obchodzi? – Dzieliły ich już tylko cztery metry.

– Obcy nie mają prawa wstępu na ten teren.

– Zabroń mi. – Hubert znacząco zerknął na pepeszę. Ten argument najwyraźniej trafił do chłopaków, gdyż cofnęli się o krok. – Właśnie zamierzam stąd odejść. Jeśli spróbujecie zrobić cokolwiek głupiego, powystrzelam was.

Nie wiedział, czy zdołałby zabić trzech bezbronnych nastolatków, ale jakaś cząstka jego umysłu kusiła, żeby pociągnął za spust. Zastrzel ich, będzie spokój. A tak zwołają resztę, i wtedy stracisz przewagę. Podejrzewając, że to ta cząstka, która rozwinęła się w ciągu ostatnich siedmiu lat, zignorował ją. Minął chłopaków i idąc tyłem, wciąż trzymał ich na celowniku. Dopiero za rogiem na wpół zburzonego domu odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w stronę gruzów, za którymi zostawił rower. Dotarł do niego po dziesięciu minutach. Wrzucił pepeszę do worka i przywiązał go do bagażnika, wsunął colta za pasek i ruszył przed siebie. Zatrzymał się dopiero pięć kilometrów dalej i usiadł na przewróconym pieńku.

– Co za popieprzone czasy! – Uderzył pięścią w drewno.

Nie znalazł żadnej wskazówki co do losu rodziców, zaatakował go jakiś zmutowany kundel… i jeszcze ci trzej na ulicy. Miał wrażenie, że gdyby nie pepesza w jego rękach, rozszarpaliby go na strzępy. Sięgnął do worka, wydobył z niego butelkę wina i wlał w siebie kilka łyków alkoholu.

Gdy jego nerwy trochę się uspokoiły, znów pognał przed siebie. Nie wiedział, dokąd jedzie ani co ma teraz zrobić. Chciał znaleźć się jak najdalej od tego przeklętego miasta.

Na noc zatrzymał się w lesie i położył na ziemi. Było mu zimno i niewygodnie, ale wino w końcu przytłumiło wszelkie zmysły i zapadł w niespokojny sen. Rano obudził się na kacu. Wypił pół litra wody, zagryzł paskudnym sucharem.

– Odżywcze śniadanie – westchnął, żując powoli. – Co teraz? – Rozłożył na trawie mapę od Jurka. Nie wiedział, dokąd powinien się teraz kierować. Może wrócić do nauczyciela? I co tam robić? Jakoś nie zachęcała go ta perspektywa. Zresztą czy w ogóle by do niego trafił? Wolał sprawdzić, czy rzeczywiście cały świat jest tak zdewastowany, jak mówił Jurek. Powrót do domu w lesie znów przywołałby wspomnienia i pustkę w sercu. Oznaczałby też, że Hubert się poddał, że akceptuje śmierć bliskich.

Jesteś sam, podszeptywał mu umysł. Zupełnie sam.

Nie masz nikogo.

Hubert sięgnął po kolejną butelkę wina. Jego rodzice prawdopodobnie nie żyli, a jeśli nawet ocaleli, to nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie ich szukać. Co prawda nigdy nie czuł się z nimi bardzo zżyty, bo zazwyczaj nie mieli dla niego czasu, ale teraz oddałby wszystko, żeby ich zobaczyć. Ujrzeć mamę, jej skupioną minę, gdy usiłowała zrobić obiad, choć nie potrafiła gotować, a nawet wysłuchać jednego z kazań ojca na temat skandalicznego zachowania syna. Został zupełnie sam w tym nieprzyjaznym świecie i nie wiedział, co ze sobą począć.

Przez kilka minut siedział na ziemi i popijał alkohol. Potem wstał, trochę zakręciło mu się w głowie, wsiadł na rower, zachwiał się, ale udało mu się ruszyć. Mijał niewielkie, zrujnowane wsie. Gdzie się podziali wszyscy ludzie? – zastanawiał się. Brakowało mu kogoś, z kim mógłby porozmawiać. W tamtym świecie całe dnie spędzał z rówieśnikami, zawsze był duszą towarzystwa. A teraz musiał gadać sam do siebie. Dla poprawy nastroju pociągnął jeszcze kilka łyków wina i przezornie zwolnił, gdy jechał z górki.

Nie pędził, ale drzewa i tak zaczęły zlewać się w zieloną plamę. Może powinien się zatrzymać i przespać? Szybko jednak odrzucił ten pomysł. Nie miał ochoty na sny o śmierci rodziców czy ataku tego mutanta z piwnicy.

– Cholera! – W ostatniej chwili Hubert zobaczył wielki pień leżący na drodze i sprawnie go wyminął, gwałtownie skręcając kierownicą. – To się nazywa jazda! – zakrzyknął, przyspieszając. Odwrócił się, żeby jeszcze przez ramię spojrzeć na ten podstępny pień, a wtedy przednie koło wjechało w wielką dziurę. Hubert przeleciał nad kierownicą i wylądował w rowie, uderzając głową o coś twardego. Jak policja mnie złapie, to będę miał przerąbane, pomyślał mgliście, zanim świat wokół niego zgasł.

Słyszał natrętne dzwonienie i czyjś głos, ale nie wiedział, skąd te dźwięki dochodzą. Z jego głowy? A może z telewizora? Czy ktoś w ogóle mówi do niego?

– Coś ty za jeden?! – dopytywał głos. Cały świat brzmiał jak zza ściany. – Żyjesz w ogóle?

Leżę na ziemi, zleciałem z roweru, stwierdził Hubert. To musiał być epicki lot…

Otworzył oczy i zobaczył tuż przed sobą zieloną trawę. Okropnie bolała go głowa, dzwoniło mu w uszach.

– Wstawaj – powiedział ktoś tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Tylko powoli.

Chłopak odwrócił głowę w drugą stronę i zobaczył wycelowaną w niego lufę pistoletu. Teraz to oni mają przewagę. Zostawienie broni w worku nie było najlepszym pomysłem.

Powoli dźwignął się na nogi. Złapał oddech, po czym wstał, cały czas opierając się o pień drzewa. Dotknął ręką bolącego miejsca na czole, na palcach została mu krew. No super.

– Coś ty za jeden? – niecierpliwił się właściciel broni. Hubert odważył się spojrzeć na niego i zobaczył całkiem ładną dziewczynę. Była od niego niższa, bojówki i szara koszula w kratę przykrywały z pewnością umięśnione, zwinne ciało. Miała twarz w kształcie serca i kasztanowe włosy związane w krótką kitkę. Poprzez lewą brew biegła cienka blizna. Jednak najbardziej niesamowite były jej oczy – jedno ciemnobrązowe, drugie intensywnie zielone.

Gdzie twoje maniery? Nie gap się, zganił się. Dawny instynkt podrywacza w końcu doszedł do głosu.

– Hubert jestem… – zaczął.

– Jesteś, ale pijany! – warknęła dziewczyna.

– Nie, tylko trochę – zapewnił i wyciągnął rękę do nowej znajomej, przy czym zachwiał się, niefortunnie zahaczając o kępę trawy. Dziewczyna odczytała to jako atak. Kolbą pistoletu walnęła go w skroń i poprawiła jeszcze ciosem kolanem w brzuch.

Świat Huberta wywrócił się do góry nogami, a ziemia popędziła mu na spotkanie.

Potrzebował kilku sekund, żeby złapać oddech i dojść do siebie. Odwrócił się na plecy; niemal wszystko go bolało, cała głowa pulsowała tępo, żebra rwały przy każdym oddechu.

– Ja chciałem się tylko przywitać! – jęknął do siebie.

– Masz szczęście, że cię nie zastrzeliłam. – Dziewczyna cofnęła się o krok i usiadła na pobliskim kamieniu. W dłoni nadal trzymała pistolet, celując w Huberta.

– Możesz go schować, zapewniam cię, że nigdy więcej nie będę próbował podać ci ręki.

W odpowiedzi tylko prychnęła z lekceważeniem.

Z trudem usiadł. Delikatnie dotknął opuszkami palców bolącego czoła. W okolicach skroni wyczuł wielkiego guza, obok tkwił drugi; wymacał też piekące miejsce na skórze, najpewniej rozcięcie.

Dziewczyna wyjęła z kieszeni kawałek szmatki, namoczyła ją wodą z manierki, którą miała przytroczoną do paska, i rzuciła Hubertowi.

– Ogarnij się! – rozkazała ostro.

Chłopak przetarł czoło, czując, że tylko rozmazuje krew.

– Po co tu przyjechałeś? – zapytała.

– Jechałem po prostu przed siebie. – Wzruszył ramionami.

– Nie widziałeś znaków? Przekroczyłeś je, a to oznacza, że jesteś albo ślepy, albo głupi.

– Znaków? Takich na jednej nodze…?

Zbiła go z tropu.

– Pni drzew pomalowanych żółtą farbą, idioto.

– Nie. – Pokręcił głową, czym wywołał falę mdłości. – A co one znaczą?

Uniosła brwi, patrząc na niego, jakby rzeczywiście był niespełna rozumu.

– Skąd ty się urwałeś?

– Uwierz mi, że sam chciałbym to wiedzieć – zapewnił, usiłując delikatnie masować skronie.

Dziewczyna rozejrzała się, nad czymś rozmyślając, a kiedy podjęła decyzję, schowała pistolet do kabury przy pasku.

– Dobra, wstawaj, nie możesz tak tu siedzieć – powiedziała i sama się podniosła.

Chłopak z trudem dźwignął się na nogi. Znów poczuł mdłości i zakręciło mu się w głowie. Mógłby szukać wsparcia u nowej znajomej, pamiętał jednak, jak go przed chwilą potraktowała, więc profilaktycznie odchylił się w drugą stronę. To nie był dobry manewr, bo gdyby dziewczyna nie złapała go za koszulę na piersiach, ponownie wylądowałby na ziemi. Z ciężkim westchnieniem i zniesmaczoną miną zarzuciła sobie na barki jego ramię i wyprowadziła go na drogę. Plątały mu się nogi.

– To gdzie idziemy? – Hubert, zapewne dzięki ciągle działającemu winu, zachował odrobinę dobrego humoru.

– Do mojego przyjaciela – ucięła dyskusję.

Poprowadziła go kawałek asfaltem, a potem skręcili w wąską leśną ścieżkę.

– Wiesz, zazwyczaj to kobiety znajdują we mnie oparcie, a nie na odwrót… – zaczął szarmancko. W końcu była naprawdę ładna.

– Jak się nie zamkniesz, to ci w tym pomogę.

Może z flirtem lepiej poczekać, aż będzie miała lepszy humor, uznał.

Wkrótce dotarli do niedużego domku z drewnianych bali. Hubert czuł się tak wyczerpany, że wlókł się noga za nogą, a pokonanie trzech schodków na ganek trwało w nieskończoność. Kiedy w końcu stanęli przed drzwiami, dziewczyna kilka razy kopnęła je ciężkim butem. Hubert opierał się na niej już całym ciężarem, więc dyszała ze zmęczenia.

– I po jaką cholerę ja to robię? – sapnęła.

Drzwi otworzyły się i stanął w nich potężny mężczyzna ze szpakowatymi włosami i twarzą poznaczoną pajęczyną blizn. W zdziwieniu uniósł jedną brew, ale ustąpił im z drogi. Dziewczyna wprowadziła półprzytomnego przybysza do wnętrza pokoju i bezceremonialnie rzuciła na łóżko.

– Jeżeli będę miała przez ciebie kłopoty, to osobiście cię zastrzelę – zagroziła, nim zniknęła za drzwiami.

Obudził się na miękkim posłaniu, pierwszym od wielu dni, które nie śmierdziało stęchlizną. W pokoju panował półmrok, tylko przez uchylone drzwi wpadało do środka nikłe światło lampy naftowej. Co się stało? Wysilił umysł i przypomniał sobie tamtą dziewczynę. To ona go tu przyprowadziła. Żył, więc na razie chyba nic mu nie groziło.

Spróbował wstać z łóżka i walcząc z zawrotami głowy, poczłapał w kierunku drzwi. Zatrzymał się przy nich i oparł ramieniem o drewnianą framugę.

Oświetlone pomieszczenie okazało się kuchnią. Pod oknem stał prowizoryczny zlew, na szafkach poustawiano garnki i talerze, a na samym środku znajdowały się drewniany stół i kilka niedopasowanych plastikowych krzeseł. Na jednym z nich siedział wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, który usiłował czytać książkę przy lampie naftowej.

– Dobry wieczór, śpiąca królewno – powiedział, nie podnosząc wzroku. – Nie stój tak w drzwiach, siadaj – dodał, gdy Hubert nie wykonał żadnego ruchu.

Chłopak zajął miejsce naprzeciw niego.

– Głodny? – zapytał gospodarz.

– Bardziej spragniony.

– Henryk. – Mężczyzna wyciągnął rękę. Uścisnąwszy dłoń Huberta, wstał od stołu i z plastikowej butelki nalał trochę wody do kubka. Podał go chłopakowi.

– Ta dziewczyna, która mnie tu przyprowadziła… – zaczął Hubert, ale w zasadzie nie wiedział, o co pytać dalej.

– Iza? – Mężczyzna uniósł brew. – Masz szczęście, że na nią trafiłeś. Reszta Święcina by cię okradła, a potem zostawiła. Albo zastrzeliła, a potem okradła.

– Święcina?

– Uhm, tutejszej osady. Co cię podkusiło, żeby tu wjeżdżać?

– Nie lubicie obcych?

– Z całą pewnością nie.

Hubert pokiwał głową. Co, do licha, stało się z cywilizacją? Miał wrażenie, że otaczają go jedynie ludzie, którzy bez mrugnięcia okiem mogliby go zabić. Nie była to pocieszająca myśl, tym bardziej gdy sobie uświadomił, że wszystko, co posiadał, w tym broń, zostawił w worku. Czy wypadało mu o to zapytać?

W milczeniu obserwował, jak Henryk przygotowuje kolację. Gospodarz rozpalił ogień w starodawnej kuchence, z szafki wyjął słoik, a