Drobiazgi takie jak te - Claire Keegan - ebook + książka
NOWOŚĆ

Drobiazgi takie jak te ebook

Keegan Claire

4,1

61 osób interesuje się tą książką

Opis

Bill Furlong od dziecka mieszka w niewielkim irlandzkim miasteczku, pracuje jako handlarz węglem, ma żonę oraz pięć córek. Czasy są trudne, dlatego Bill stara się robić swoje i nie mieszać się w cudze sprawy. Jak każdy w okolicy, słyszał plotki krążące o siostrach magdalenkach, które prowadzą przyklasztorną pralnię. Zakonnice zawsze jednak płacą mu na czas, dlatego tuż przed Bożym Narodzeniem 1985 roku Bill jedzie zawieźć im opał. To, co zobaczy za murami klasztoru, głęboko nim wstrząśnie. Musi zdecydować, czy potrafi to zignorować, czy zareaguje, burząc tym samym spokój swojej rodziny.

Claire Keegan jest mistrzynią krótkiej formy. Z zaledwie kilku słów buduje cały świat, tworząc uniwersalną opowieść o krzywdzie i życzliwości, o ludzkiej dobroci i milczącym przyzwoleniu na zło. Z empatią pochyla się nad tym, co najłatwiej przeoczyć, i nad tymi, których najtrudniej usłyszeć. To również głos w sprawie wstrząsających wydarzeń, do jakich dochodziło w klasztorach sióstr magdalenek w Irlandii, w których zajmowano się „upadłymi kobietami”. Drobiazgi takie jak te to poruszająca opowieść o codziennych aktach dobroci, które nieraz wymagają od nas największej odwagi, oraz o drobnych decyzjach, które składają się na nasze życie.

„Ze skrawków zwykłego życia w niepozornym miasteczku Keegan wysnuła do głębi poruszającą, uniwersalną opowieść. […] „Drobiazgi takie jak te” przypominają nam, że [...] odwaga jest prawdziwym cudem. Kupcie dwa egzemplarze: jeden dla siebie, drugi na prezent.” „The Washington Post”

„Keegan stawia swoich bohaterów i czytelników w centrum zasadniczego ludzkiego dylematu: czy przymkniemy oko na zło, czy też spróbujemy mu przeciwdziałać, nawet jeśli sprowadzi się to do drobiazgu? Jak pokazuje lapidarna, lecz pojemna proza Keegan, drobne uczynki mogą doprowadzić do prawdziwej zmiany.” „Los Angeles Times”

„Siła Claire Keegan kryje się w tym, że potrafi ona stworzyć niezwykle precyzyjne opowieści, w których każde słowo jest niezbędne. […] Mamy wielkie szczęście, że możemy czytać Keegan, pisarkę z gatunku tych, które zdarzają się raz na pokolenie, prawdziwą mistrzynię oddaną swemu rzemiosłu.” „The Times”

„Choć to opowieść realistyczna i zakorzeniona w historii, wszystko w niej wydaje się w jakiś sposób cudowne. […] To prawdziwie kunsztowna, w czuły sposób napełniająca nadzieją bożonarodzeniowa opowieść, w której współczucie i altruizm triumfują nad apatią i bezwładem.” „The Telegraph”

„Oszczędna i zarazem mocna proza. „Drobiazgi takie jak te” to bolesna opowieść ukazująca ścieżki, którymi wędruje bohater, jego udrękę i dylematy.” „Minneapolis Star Tribune”

„Zwięzłe dzieło, którego przedmiotem jest natura dobra i mechanizmy rządzące ludźmi. Historia, w której na mniej niż stu misternie skomponowanych stronach, zawiera się cały tętniący życiem, pełen trudności i tęsknoty świat.” „The Sunday Times”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 85

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (206 ocen)
77
82
40
7
0
Sortuj według:
monikawa1

Dobrze spędzony czas

Niewielka, skupiona proza. Rok 1985, Irlandia, choć atmosfera trąci XIX-wiekiem tak silnie, że łatwo się zapomnieć. To co spodobało mi się najbardziej to motyw heroizmu nie na fali romantycznego patosu, a wręcz podszyty rezygnacją wynikającą ze świadomości ceny jaka przyjdzie zapłacić. Proste i odważne.
00
alter_native

Nie oderwiesz się od lektury

świetna książka o prostolinijnej, nie szukającej poklasku dobroci. polecam!
00
Evie_K

Dobrze spędzony czas

Wybierając te książkę nie wiedziałam o czym jest, nie czytałam opisu. Polecam zrobić tak każdemu. Sądzę, ze dzięki temu wywarła na mnie większe wrażenie, a końcówka bardziej emocjonalnie wstrząsnęła.
00
khologa

Nie oderwiesz się od lektury

Kapitalna! Piękna, każde zdanie potrzebne, niczego nie za dużo.
00
karolcia_super

Nie oderwiesz się od lektury

super
00

Popularność




Dotychczas ukazały się m.in.:

Gabriel Krauze, Tu byli, tak stali

Damon Galgut, Obietnica

Melissa Broder, Mleko i głód

Miriam Toews, Głosy kobiet

Niviaq Korneliussen, Dolina Kwiatów

Willy Vlautin, Zawsze przychodzi noc

Już niebawem ukaże się:

Irene Solà, Ja śpiewam, a góry tańczą

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału angielskiego Small Things Like These

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Copyright © by Claire Keegan, 2021

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2022

Copyright © for the Polish translation by Krzysztof Cieślik, 2022

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Magdalena Błędowska

Korekta Joanna Hałaczkiewicz / d2d.pl, Barbara Sikora / d2d.pl

Skład Robert Oleś

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8191-611-0

Ta historia dedykowana jest kobietom i dzieciom, które zaznały cierpień w domach samotnej matki i pralniach magdalenek w Irlandii

Dla Mary McCay, nauczycielki

Republika Irlandzka ma prawo do posłuszeństwa i niniejszym domaga się go od każdego Irlandczyka i każdej Irlandki. Republika gwarantuje wolność religijną i obywatelską, równe prawa i równe szanse wszystkim swym obywatelom i oświadcza, iż z determinacją dążyć będzie do szczęścia i dobrobytu całego kraju i wszelkich jego części, w równym stopniu miłując wszystkie swe dzieci.

Wyimek z Proklamacji Republiki Irlandzkiej (1916)

1

W październiku drzewa pożółkły. Potem zegary cofnęły się o godzinę, nadeszły długie listopadowe wichury, zadęły i ogołociły drzewa z liści. W mieście New Ross kominy wyrzucały dym, który opadał kosmatymi, ciągnącymi się smugami, nim rozproszył się przy nabrzeżu, wkrótce zaś rzeka Barrow – ciemna niczym stout – wezbrała deszczem.

Ludzie na ogół w przygnębieniu znosili pogodę; sklepikarki i domokrążcy, mężczyźni i kobiety na poczcie, w kolejce po zasiłek i na targu, w kawiarni i supermarkecie, w sali do bingo, pubach, w barze z rybą i frytkami – wszyscy komentowali na swój sposób ziąb i rodzaj deszczu, pytając, o co w tym chodzi (i czy w ogóle o coś może chodzić), któż bowiem dałby wiarę, że znów nadszedł kolejny przenikliwie zimny dzień? Dzieci przed wyruszeniem do szkoły naciągały kaptury, a ich matki, które nawykły już do latania do sznura na bieliznę z pochyloną głową – albo ledwie co tam teraz wieszały – niezbyt wierzyły, że do wieczora uda się wysuszyć choćby koszulę. Potem nadchodziły noce, mrozy znowu dawały o sobie znać, a sztylety zimna wślizgiwały się pod drzwiami i podcinały nogi tym, którzy wciąż klękali do odmawiania różańca.

Przy składzie Bill Furlong, handlarz węglem i drewnem, potarł dłonie i stwierdził, że jak tak dalej pójdzie, niebawem będą potrzebować nowego zestawu opon do ciężarówki.

– Na okrągło jest w trasie – powiedział swoim robotnikom. – Zaraz na felgach trza będzie jeździć.

I w istocie tak było: ledwie jeden klient opuścił skład, za chwilę już zjawiał się kolejny albo dzwonił telefon – niemal wszyscy mówili, że dostawa potrzebna jest na teraz bądź wkrótce, że przyszły tydzień to za późno.

Furlong sprzedawał węgiel, torf, antracyt, miał oraz drewno. Zamawiało się na cetnary, połówki cetnarów, tony albo ciężarówki. Sprzedawał też kostki brykietu, podpałkę i gaz w butlach. Przy węglu robota była najbrudniejsza, a zimą trzeba go było odbierać z nabrzeża co miesiąc. Odbiór, transport, sortowanie i ważenie w składzie zabierały jego pracownikom całe dwa dni. Tymczasem po miasteczku zaczęli krążyć polscy i rosyjscy przewoźnicy, w tych swoich futrzanych czapach i długich płaszczach zapinanych na guziki, ledwie dukający po angielsku parę słów.

W takich pracowitych okresach Furlong większość dostaw załatwiał sam, zostawiając swoim robotnikom pakowanie kolejnych zamówień oraz cięcie i podział na ładunki obalonych drzew, które przywieźli rolnicy. Rankiem słychać było, jak piły i łopaty chodzą zawzięcie, lecz gdy w południe zabrzmiał dzwon na Anioł Pański, mężczyźni odkładali swoje narzędzia, zmywali czerń z dłoni i ruszali do Kehoe’s, gdzie serwowano gorący dwudaniowy obiad, a w piątki rybę z frytkami.

– Pusty wór nie postoi – lubiła mawiać pani Kehoe zza nowego kontuaru, gdy kroiła mięso i długą metalową łychą nakładała gotowane warzywa i tłuczone ziemniaki.

Robotnicy chętnie siadali, by odtajać i najeść się do syta, a potem zapalić i znów wyjść na ten ziąb.

2

Furlong zaczynał od zera. Mniej niż zera, można by wręcz powiedzieć. Jego matka zaszła w ciążę w wieku szesnastu lat, gdy pracowała jako służąca u pani Wilson, protestanckiej wdowy, która mieszkała w wielkim domu parę kilometrów za miasteczkiem. Kiedy problem wyszedł na jaw, a rodzice matki Furlonga jasno dali jej do zrozumienia, że nie chcą mieć z nią nic wspólnego, pani Wilson, zamiast wręczyć dziewczynie wymówienie, pozwoliła jej u siebie zostać i zatrzymać posadę. Rankiem w dniu jego narodzin to pani Wilson zabrała matkę Furlonga do szpitala i przywiozła oboje do domu. Był pierwszy kwietnia 1946 roku i chłopiec miał – wedle niektórych – wyrosnąć na głupka.

Większość niemowlęctwa Furlong spędził w koszu Mojżesza w kuchni pani Wilson, później zaś przypięto go w wielkim wózku za kredensem, tuż poza zasięgiem wysokich błękitnych dzbanków. Jego pierwsze wspomnienia to półmiski, czarny piec – parzy! parzy! – i błyszcząca podłoga z kafelkami w dwóch kolorach, gdzie raczkował, a potem chodził, i która – jak dowiedział się jeszcze później – przypominała planszę do warcabów ze zbijającymi albo zbijanymi pionkami.

Gdy dorastał, pani Wilson, która nie miała własnych dzieci, wzięła go pod swoje skrzydła, przydzielała mu drobne obowiązki i pomagała w czytaniu. Miała skromną biblioteczkę i nie przywiązywała większej wagi do opinii innych ludzi, po prostu powściągliwie szła przez życie, utrzymując się z renty, którą otrzymywała po śmierci męża na wojnie, oraz z dochodu, jaki przynosiło stadko dobrotliwych herefordów i szewiotów. Ned, robotnik rolny, również tam mieszkał. Bardzo rzadko dochodziło do konfliktów w domu bądź z sąsiadami, gospodarstwo było bowiem dobrze ogrodzone i zarządzane, a ponadto nie ciążyły na nim żadne długi. Nie pojawiały się także większe napięcia z powodu przekonań religijnych, które, po obu stronach, miały letnią temperaturę: w niedziele pani Wilson po prostu zmieniała sukienkę i buty, przypinała kapelusz szpilką, potem zaś Ned wiózł ją fordem do kościoła, by następnie podjechać kawałek dalej z matką i dzieckiem do katolików – a po powrocie do domu oba modlitewniki i Biblię odkładano na półeczkę przy wieszaku na kapelusze, do następnej niedzieli bądź dnia świętego.

W szkole Furlong był wyszydzany i wyzywany od najgorszych; raz wrócił w płaszczu oplutym na plecach, ale związek z wielkim domem zapewniał mu nieco swobody i ochrony. Później poszedł na parę lat do technikum, by w końcu wylądować w składzie węgla, gdzie wykonywał z grubsza tę samą pracę, co obecnie robotnicy pod jego kierownictwem, i stopniowo wypracował sobie pozycję. Miał głowę do interesów, dało się z nim łatwo dogadać i można było na nim polegać, gdyż wyrobił sobie dobre, protestanckie nawyki; miał w zwyczaju wcześnie wstawać i nie gustował w alkoholu.

Teraz mieszkał ze swoją żoną Eileen i pięcioma córkami. Poznał Eileen, gdy pracowała w biurze Gravesa i Spółki; zalecał się do niej w typowy sposób, zabierał ją do kina i na długie wieczorne spacery ścieżką holowniczą. Pociągały go jej lśniące czarne włosy i szaroniebieskie oczy, a także praktyczny, żywy umysł. Gdy się zaręczyli, pani Wilson dała Furlongowi kilka tysięcy funtów na dobry początek. Niektórzy mówili, że ofiarowała mu pieniądze, bo spłodził go jeden z jej krewnych – czyż nie dano mu na imię William, po królach?

Ale Furlong nigdy się nie dowiedział, kim był jego ojciec. Matka zmarła nagle, padła pewnego dnia na kocich łbach, gdy pchała do domu taczkę z rajskimi jabłuszkami na dżem. Wylew krwi do mózgu, tak później określili to lekarze. Furlong miał wtedy dwanaście lat. Po latach udał się do urzędu stanu cywilnego po odpis aktu urodzenia, ale w miejscu, w którym mogłoby się kryć nazwisko jego ojca, widniało jedynie słowo „nieznany”. Usta urzędnika wygięły się w nieprzyjemnym uśmieszku, kiedy wydawał mu dokument przez okienko.

Teraz Furlong niechętnie rozpamiętywał przeszłość; skupiał się na utrzymywaniu swoich córek, które miały czarne włosy jak Eileen i jasną cerę. W szkole zaczęły już rokować nadzieje. Kathleen, najstarsza, zaglądała z nim w soboty do biura z prefabrykatów i pomagała w zamian za kieszonkowe; umiała ewidencjonować to, co przyszło w tygodniu, i księgować większość rzeczy. Joan też miała głowę na karku, niedawno wstąpiła do chóru. Obie chodziły do szkoły średniej, do Świętej Małgorzaty.

Środkowa Sheila i przedostatnia Grace, które dzieliło jedenaście miesięcy, potrafiły recytować tabliczkę mnożenia z pamięci, dzielić przez liczby wielocyfrowe oraz wymienić hrabstwa i rzeki Irlandii – zdarzało im się kreślić je i kolorować flamastrami przy stole kuchennym. One również były uzdolnione muzycznie, a we wtorki po szkole brały w klasztorze lekcje gry na akordeonie.

Loretta, najmłodsza, choć nieufna wobec ludzi, dostawała złote i srebrne gwiazdki w zeszytach do kaligrafii, czytała pilnie książeczki Enid Blyton i zdobyła nagrodę Texaco za rysunek grubej niebieskiej kwoki jeżdżącej na łyżwach po zamarzniętym stawie.

Czasem widząc, jak córki traktują te drobiazgi, które należy robić (klękanie w kościele czy podziękowanie sklepikarzowi za resztę), Furlong czuł w skrytości głęboką radość, że to jego własne dzieci.

– No, nie poszczęściło się nam? – rzucił jednego wieczora w łóżku do Eileen. – Tylu ludziom kiepsko się wiedzie.

– Pewnie, że poszczęściło.

– Nie żebyśmy mieli dużo – powiedział. – Ale mimo wszystko.

Eileen wolno wyrównała dłonią fałdę na kapie.

– Stało się coś?

– Chłopak Micka Sinnotta znowu dzisiaj szedł drogą i szukał patyków – odpowiedział po chwili.

– Pewnieś się zatrzymał?

– A nie lało? Stanąłem, zaproponowałem mu podwózkę i dałem drobniaki, co mi latały po kieszeni.

– No jasne…

– Myślałby kto, że mu sto funtów dałem.

– Wiesz, że niektórzy z nich sami na siebie ściągają cierpienia?

– Dzieciak na pewno nie ma z tym nic wspólnego.

– Sinnott stał we wtorek zawiany w budce telefonicznej.

– Biedaczyna – odparł Furlong. – Cokolwiek go tam trapi…

– Picie go trapi. Jakby zważał na swoje dzieci, toby się tak nie prowadził. Wyrwałby się z tego.

– Może nie jest w stanie.

– Pewnie nie. – Wyciągnęła rękę, westchnęła i zgasiła światło. – Zawsze na kogoś musi paść.

Bywały wieczory, gdy Furlong leżał z Eileen i zastanawiał się nad drobiazgami takimi jak te. Innymi razy wracał do domu po całym dniu dźwigania ciężarów albo spóźniony, bo złapał gumę i zmókł w trasie, najadał się do syta i padał wcześnie, a potem budził się w nocy, wyczuwając u boku pogrążoną w głębokim śnie Eileen – i leżał tak, z myślami kłębiącymi się w głowie, nim w końcu zszedł na dół i wstawił wodę na herbatę. Stawał wtedy w oknie z kubkiem w dłoni, spoglądał na ulicę i widoczny kawałek rzeki, na różne rzeczy, które się działy: bezpańskie psy przetrząsające śmietniki w poszukiwaniu resztek, torebki po rybie z frytkami i puste puszki targane gwałtownie porywistym wiatrem i deszczem, barowych maruderów zataczających się w drodze do domu. Bywało, że ci zataczający się mężczyźni podśpiewywali. Innymi razy słyszał ostry, napalony gwizd oraz śmiech i cały się spinał. Wyobrażał sobie, jak jego córki dorastają i ruszają w ten męski świat. Widział już, jak mężczyźni śledzą je wzrokiem. Jakaś cząstka jego umysłu bez przerwy była napięta; nie miał pojęcia dlaczego.