66 osób interesuje się tą książką

Opis

Angel jest synonimem czystości, idealnym przykładem wrodzonej skromności i uosobieniem anielskiej dobroci. Jest też bardzo religijna. Kocha otaczający ją świat, uwielbia ludzi i zwierzęta. Brad to przeciwieństwo Angel – porywczy, pewny siebie, cyniczny. Na co dzień kat, który bez skrupułów zabija ludzi dla pieniędzy. Krótko mówiąc, Bradley to bardzo niebezpieczny mężczyzna, którego lepiej omijać na swojej drodze. Jedno spotkanie w Las Vegas, jedna noc… Jedna nieprzemyślana decyzja, a życie tych dwojga zostaje wywrócone do góry nogami.
Kiedy po zakrapianej nocy Angel budzi się w łóżku obcego faceta, natychmiast postanawia wszystko naprawić i sprowadzić swe życie na właściwie tory. Niemniej Brad, który już poprzedniego wieczoru uległ pokusie, nie będąc w stanie odmówić pięknej kobiecie, ma na ten temat odmienne zdanie. Postanawia zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę. Co w efekcie wyniknie ze związku, który początkowo opiera się jedynie na dzikiej namiętności? Czy on zdoła pokochać i stać się człowiekiem, którego ona w nim widzi od początku? Czy ona okiełzna mężczyznę, do którego pała uczuciem tak gorącym, niczym wrota piekieł i ogniste czeluści?
Jeśli sądzicie, że dobro jest w stanie zwyciężyć zło, a miłość może uleczyć każdą, nawet najbrudniejszą duszę, to koniecznie sięgnijcie po tę książkę, by się przekonać, czy to rzeczywiście prawda…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 400

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Pracownia WV

Fotografia na okładce

© LightField Studios|shutterstock.com

Redakcja techniczna, składi łamanie

Damian Walasek

Przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Zespół

Wydanie I, Chorzów 2020

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja: LIBER SA

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

[email protected]

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2020

tekst © Katarzyna Mak

ISBN 978-83-7835-779-7

Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać.

Antoine de Saint-Exupéry Sylwii Joncel, by nigdy nie zapomniała

o istnieniu własnych skrzydeł…

Prolog

Apartamentowiec, w którym miałem spędzić ten wieczór, stał nad samym brzegiem morza. Był luksusowy – jak każdy inny, w którym się zatrzymywałem na chwilę – tylko jakoś Bałtyk mnie nie zachwycał. Różnił się bardzo od oceanu, nad którym spędzałem sporo czasu. Może się starzałem, ale ostatnio po każdym wykonanym zadaniu popadałem w dziwny, dotąd zupełnie nieznany mi nastrój i tylko szum Oceanu Spokojnego, nad brzegiem którego znajdował się mój dom w Kalifornii, był w stanie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przywrócić mi spokój ducha.

Zerknąłem raz jeszcze na morze, które rozpościerało się niemalże u mych stóp. Stałem na dachu sięgającego nieba hotelu, który usytuowany był zaraz przy wydmach. Wiatr targał moje włosy i bezlitośnie smagał mnie po twarzy, a wzburzone wody Bałtyku szumiały groźnie, zupełnie jakby manifestowały protest przeciwko temu, co miałem za chwilę uczynić.

Szalejący wiatr w tym rejonie Polski nie był żadnym nadzwyczajnym zjawiskiem. Czytałem o tym w necie, zanim przyjąłem kolejne zlecenie. Zawsze skrupulatnie się przygotowywałem do akcji, nawet tak banalnie prostej jak ta, którą za chwilę miałem przeprowadzić. Wyjąłem karabin snajperski z walizki, po czym zająłem właściwą pozycję. Wsparłem się ramieniem o balustradę, chroniącą przed upadkiem z klifu wprost w rozszalałe fale, i zerknąłem w lunetę. Sąsiadujący z moim hotel miałem jak na dłoni. Odszukałem miejsce określone w zleceniu i faktycznie rozpoznałem swój cel. Rozmawiał z kobietą, która z pewnością nie była jego żoną. Czytałem o nim sporo, chciałem go lepiej poznać. Zawsze najpierw skrupulatnie zbierałem informacje, to był taki mój rytuał. W zasadzie nie wiem, po co to robiłem, przecież cel to cel, obiekt to obiekt. A może mnie to odrobinę uspokajało? Wiedziałem, że żona kolejnej mojej ofiary była grubo po pięćdziesiątce, co nijak nie pasowało do hojnie obdarzonej przez naturę tlenionej blondynki, która miała góra dwadzieścia pięć, trzydzieści lat. Nie wiem dlaczego, ale mi ulżyło. Chyba powinienem spauzować na jakiś czas, zorganizować sobie jakiś urlop w tropikach, bo jak tak dalej pójdzie, to będę musiał pójść na przedwczesną emeryturę.

Nie roztrząsając dłużej tej absurdalnej myśli, która na moment zaprzątnęła mi głowę, doszedłem do wniosku, że moje skrupuły wynikają z faktu, że zwyczajnie nie chciałem uśmiercać nikogo na oczach osób, którym w jakikolwiek sposób zależało na ofierze, a tej siedzącej przy stoliku młodej kobiecie chodziło jedynie o kasę – byłem tego pewien. Znałem ten błysk w oczach.

Ponownie przeniosłem wzrok na swój cel. Pomimo garnituru i starannie dobranych dodatków, takich jak elegancka koszula czy gustowne spinki przy mankietach, wyglądał na obleśnego typa. Dwa lata temu zgwałcił stażystkę, tylko dlatego, że miała wszystko na miejscu i nosiła krótkie spódniczki, którymi rzekomo zbytnio go prowokowała. Dziewczyna zgłosiła sprawę na policję, ale umorzono ją po przesłuchaniu świadków, których sam pan prezes partii wyznaczył. Jednak to nie gwałt był dla tej biednej dziewczyny największym koszmarem. Wokół niej za sprawą jej byłego szefa, rzekomo niesłusznie oskarżonego, rozpętała się burza medialna, której ta młoda kobieta nie wytrzymała. Skoczyła z mostu, zostawiając list pożegnalny, w którym przeprosiła swą rodzinę za kłopoty, których im przysporzyła…

Moje myśli znów wróciły na właściwie tory. Wycelowałem karabin prosto w głowę tego typa, który właśnie rozpinał guziki niebieskiej koszuli i szczerzył zęby do swej towarzyszki. „Przynajmniej umrze z uśmiechem na twarzy” – pomyślałem, a potem już tylko zrobiłem, co do mnie należało: nacisnąłem spust.

***

Diana czekała na mnie w swoim pokoju. Była zawsze, kiedy jej potrzebowałem.

– Po wszystkim? – spytała, podchodząc i zakładając mi ręce na szyję.

W odpowiedzi kiwnąłem tylko głową. Zwykle w takich chwilach szedłem nad ocean, którego szum koił nerwy, ale dziś nie miałem specjalnej ochoty na żadne imitacje, czyli bliższe poznanie z polskim morzem. Musiałem zadowolić się czymś innym, co było o niebo przyjemniejsze od smagającego wiatru i spienionych fal.

– Rozluźnij się więc – szepnęła wprost w moje usta, które już zawłaszczała pokrytymi czerwoną szminką wargami.

Sukienka szybko wylądowała na podłodze, a ciało Diany nagle przylgnęło do mnie. Staliśmy tak tylko przez moment, bo już po chwili podniecona kochanka pchnęła mnie na kanapę i zwinnie zsuwając się po mnie, niczym subtelny, idealnie pasujący do mojej skóry materiał, sięgnęła do mych spodni, by zaraz zacząć mnie pieścić ustami…

Zuza

Zerknęłam na bagaż. Ta niezbyt pokaźnych rozmiarów walizka na kółkach nie mieściła zbyt wiele. Znalazły się w niej same niezbędne rzeczy: bielizna oraz skarpety z wełny – bez tych nigdzie bym się nie wybrała, nawet do ciepłych krajów, bo – jak to mawiają – „przezorny zawsze ubezpieczony”, dwie pary dżinsowych szortów, krótka spódniczka, kilka koszulek, dwie pary trampek z sieciówek, ulubiony, choć wiekowy już sweter oraz dresowe spodnie. Ograniczyłam się do niezbędnego minimum nie dlatego, że chciałam zaoszczędzić na nadbagażu, po prostu nie potrzebowałam nic więcej. Od dziecka stawiałam na prostotę. Może to kwestia wychowania, bo moi rodzice byli prostymi, bardzo religijnymi ludźmi, a może skromności, którą tak bardzo ceniłam.

„Jeszcze tylko bilet, który mam odebrać na lotnisku – pomyślałam, zerkając na ustawioną przy drzwiach walizkę. – I mogę ruszać w nieznane”. À propos biletu… Wbrew zdrowemu rozsądkowi, który podpowiadał, bym zakupiła bilet w obie strony, postanowiłam tego nie robić, żeby w żaden sposób się nie ograniczać i podjąć decyzję, dopiero kiedy osiągnę swój cel i zrobię każdą z zaplanowanych rzeczy. Po drodze na lotnisko czekała mnie jeszcze obiecana wizyta u Grażynki, ale na samą myśl o tym spotkaniu westchnęłam cichutko. Wiedziałam, że będzie mnie przekonywała, żebym zmieniła plany, a na to nie mogłam się zgodzić. Nawet gdyby miały się okazać największym głupstwem w moim życiu, gotowa byłam zapłacić najwyższą cenę.

Grażyna przywitała mnie jak zwykle z serdecznością, której mogła jej pozazdrościć połowa Poturzyna, wsi, którą od dawna zamieszkiwałyśmy.

– Już myślałam, że wyjedziesz bez pożegnania – westchnęła, przepuszczając mnie w progu.

– Jakże bym mogła – odparłam, unikając przenikliwego, pełnego żalu wzroku swej przyjaciółki.

Prawda była taka, że przez chwilę rozważałam taką ewentualność. Wymknąć się po angielsku byłoby najprościej. Zaoszczędziłabym sobie i jej niepotrzebnych nam obu w tej chwili wzruszeń. Niemniej Grażyna bez względu na okoliczności i dzielącą nas różnicę wieku z całą pewnością była moją najlepszą przyjaciółką, a przecież w ten sposób nie traktuje się przyjaciół. Poza tym kto wie, co mnie czeka za tą wielką wodą? Przecież wszystko może się zdarzyć. Mogłam nawet nie przeżyć lotu, a stresowałam się na samą myśl o nim.

– Sądzisz, że byłabym do tego zdolna?

– Sądzę, że nie, ale… – Chwyciła mnie pod ramię i zaprowadziła do niewielkiego salonu, gdzie po chwili wręcz siłą usadowiła mnie na miękkiej, choć lekko już sfatygowanej kanapie. – Jednak po tym, co zrobił ci mój syn…

– Miałyśmy już do tego nie wracać, pamiętasz? – przerwałam jej.

Za wszelką cenę starałam się unikać tego tematu. Rozdrapywanie ran niczego nie zmieniało, a ja chciałam jak najszybciej zapomnieć o tych przykrych wydarzeniach. Grażyna chyba zamierzała coś dodać, ale ostatecznie zrezygnowała. Spojrzałam na nią ciepło i nagle poczułam się tak, jakby to miało być nasze ostatnie spotkanie i dlatego powinnam zapamiętać każdy, najmniejszy nawet szczegół.

– Dziś wylatuję, więc wolałabym myśleć teraz o czymś przyjemniejszym.

Widząc jej utrapioną minę, wysiliłam się na szczery, beztroski uśmiech, choć powoli docierało do mnie, że lękam się tego nieznanego świata, który czekał na mnie po wylądowaniu na obczyźnie. Co prawda byłam tam raz, więc w zasadzie nie była to ziemia kompletnie nieznana, ale było to dawno temu, w klasie maturalnej, kiedy wyjechałam tam na wymianę językową. A teraz? Teraz to było coś zupełnie innego…

– Zawsze jeszcze możesz zmienić zdanie. – Z zamyślenia wyrwał mnie pełen matczynej troski głos Grażynki, która wpatrywała się we mnie pięknymi zielonymi oczyma, które do złudzenia przypominały oczy mojego byłego chłopaka.

– Wiem – westchnęłam, pełna obaw, że jeszcze chwila, a jednak się rozmyślę. – Ale nie chcę tego robić…

***

Pomimo szczęśliwie zakończonego lotu, który przeżyłam znieczulona lekami uspokajającymi, a który na szczęście nie obfitował w turbulencje – tych bałam się najbardziej – wciąż czułam się lekko otumaniona i kręciło mi się w głowie. Panicznie bałam się latać, ale też nie wyobrażałam sobie rejsu statkiem po rozszalałym oceanie. Teraz więc, stojąc na płycie lotniska, cieszyłam się, że wreszcie mam już za sobą tę okropnie stresującą mnie podróż. Martwiło mnie tylko, że w ostatniej chwili musiałam zmienić plany. A wszystko za sprawą Jenny, przyjaciółki sprzed lat, u której miałam się zatrzymać. Ostatni raz na żywo widziałam się z nią, mając niespełna dziewiętnaście lat, kiedy to pierwszy raz przybyłam do Stanów. Cieszyłam się więc na to spotkanie, choć musiałam przyznać, że wkurzyła mnie tymi nagłymi roszadami. Zamiast spędzić kilka dni w malowniczym miasteczku New River, niedaleko Phoenix, wraz z jej rodzicami, którzy przed laty ugościli mnie w swym domu, zapraszała mnie do Vegas, gdzie pracowała jako krupierka w jednym z cieszących się sławą kasyn. Teraz zaczynałam powoli pojmować, dlaczego nalegała, bym przyleciała bezpośrednio do Las Vegas. Z góry przeczuwała, że nie znajdzie czasu na odwiedziny u rodziców, a mnie najwyraźniej nie chciała zrobić przykrości. Swoją drogą, nigdy nie sądziłam, że Jenny, która jeszcze kilka lat wcześniej była prymuską i płynnie władała kilkoma językami, po latach ciężkiej pracy wyląduje właśnie w kasynie.

Chociaż… sama również zmieniałam swe życiowe plany dość często i równie radykalnie. Najpierw, będąc jeszcze w gimnazjum, nosiłam się z zamiarem pójścia do technikum weterynaryjnego, by potem pogłębić wiedzę na studiach. Kiedy jednak zdobyłam nieco doświadczenia u boku ojca, który od lat prowadził własną lecznicę, szybko odkryłam, że ten wymagający zawód nie jest moim życiowym powołaniem. Powód był prozaiczny – bałam się widoku krwi, co raczej trudno było ominąć. Nerwowo poszukiwałam innej drogi i zdecydowałam się na filologię angielską. Byłam tak pewna tego wyboru, jak jeszcze nigdy niczego, no, może oprócz miłości do Sebastiana…

Na bal maturalny za namową mamy poszłam z chłopakiem z sąsiedztwa, z którym niemal się wychowywałam, a dla którego nagle straciłam głowę. Nadal nie pojmowałam, jak mogło do tego dojść, że z dobrego kolegi zamienił się w miłość mojego życia. Mieszkaliśmy z Ossolińskimi po sąsiedzku, a moi rodzice przyjaźnili się z Grażyną i Janem, spędzałam więc z ich synem mnóstwo czasu. Przez lata traktowałam go niemal jak brata, tym bardziej dla mnie samej było to wielkim zaskoczeniem, że zapałałam do niego gwałtownym i żarliwym uczuciem. „Niezbadane są wyroki boskie” – tak mawiał wówczas mój chłopak, a ja świata poza nim nie widziałam. Ano niezbadane – dotarło to do mnie wkrótce dość namacalnie…

– Susie? – Dosłyszałam wołanie, więc natychmiast rozejrzałam się po głównym holu lotniska. – Dżizas, Susie?

Joshua szybkim krokiem zmierzał w moją stronę, pesząc mnie zachwytem malującym się na jego przystojnej twarzy.

– You’re so beautiful – powiedział, lustrując mnie od stóp do głów.

Na ten dość śmiały komplement poczułam, jak oblewam się rumieńcem. Wzrok Josha wyraźnie sugerował podryw, a ja nie nawykłam do tego typu damsko-męskich gierek.

– Josh?

Spojrzałam nieśmiało w oczy temu – musiałam to po raz kolejny przyznać – przystojnemu pyszałkowi, który dosłownie świdrował mnie wzrokiem. Zupełnie nie krył się z tym, że jest zachwycony naszym spotkaniem, a ja, wymęczona po locie, czułam tylko wściekłość na Jenny, że zamiast sama odebrać mnie z lotniska, wysłała brata, który rzekomo był w Vegas w interesach.

– Mnie również miło cię widzieć – dodałam w jego ojczystym języku.

Szybko pochwycił mnie w ramiona, co niekoniecznie mi się spodobało, zwłaszcza że nagle staliśmy się obiektem zainteresowania innych podróżnych.

– Kiedy cię widziałem ostatnio, nie podejrzewałem, że wyrośniesz na tak piękną kobietę.

– Dziękuję – wymamrotałam, bo nic innego nie przyszło mi do głowy. – Możemy już jechać doJenny? Jestem bardzo zmęczona podróżą – jęknęłam.

Rzeczywiście byłam padnięta, choć – musiałam to przyznać – nie umknęło mojej uwadze, że brat Jenny naprawdę wyprzystojniał. Z jego twarzy nie znikał łobuzerski uśmiech, co tylko dodawało mu uroku. Podobnie zresztą jak szarmanckie zachowanie, bo od razu chwycił moją walizkę i stwierdził:

– Pewnie! Już się robi, królowo. Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. – Mrugnął do mnie, na co odpowiedziałam mu niepewnym uśmiechem.

Od naszego ostatniego spotkania Joshua bardzo się zmienił. Nie nosił już nieco przydługawych włosów, co wyglądało trochę niechlujnie, a dziwaczne hipsterskie łachy zastąpił zwykłymi dżinsami, eksponującym jego wyrzeźbione ciało T-shirtem oraz skórzaną kurtką. Po raz pierwszy spojrzałam na niego jak na mężczyznę, bo wcześniej starszy brat Jenny, mojej rówieśnicy, nie zwracał uwagi na takie siksy jak my, więc i ja go ignorowałam, ledwo rejestrując jego obecność.

– Jenny mówiła, że przyjechałaś na dłużej – zagadnął, kiedy już znaleźliśmy się w jego samochodzie.

Swoją drogą, nieco zaskoczył mnie widok jego auta. Przede wszystkim był to jakiś luksusowy model, czego zupełnie się nie spodziewałam, bo dawniej rodzinie Watsonów nie wiodło się za dobrze. Zdziwiło mnie również, że Josh zaparkował tuż przed głównym wejściem – w Polsce trzeba być prezydentem lub inną szychą, żeby pozwolono ci na takie fanaberie. Zaczęłam się zastanawiać, kim wobec tego był Joshua. Na kogo wyrósł chłopak, którego znałam przed laty?

– W zasadzie nie wiem, jak długo zostanę. Moja decyzja o przylocie była… hm… mocno spontaniczna. Chciałam odpocząć, zostawić…

Zamilkłam natychmiast. Nie chciałam zwierzać się obcemu facetowi, a od lat nie utrzymywałam z Joshem kontaktów. W przeciwieństwie do Jenny, z którą gadałam niemal codziennie.

– Kłopoty? – spytał, zapalając silnik i zerkając na mnie.

– Można to tak nazwać… – mruknęłam, po raz trzeci sprawdzając, czy mam dobrze zapięty pas.

Przypatrywał się tej mojej szamotaninie, a z jego ust nie schodził pobłażliwy uśmiech, którym zwykle obdarza się nieporadne dzieci.

– Ty nadal jesteś taka… święta?

– Że co? – spytałam, nie kryjąc lekkiego oburzenia.

– Nic, nic… To nawet słodkie.

„Słodki to jest dżem albo lody waniliowe” – pomyślałam z przekąsem i zapatrzyłam się w widok za oknem. Josh mnie wkurzył, ale nie miałam już ochoty na potyczki słowne. Musiałam przyznać, że to jedno nie zmieniło się z pewnością w bracie Jenny – wciąż potrafił mnie w sekundę zirytować.

***

– Oj, nie dąsaj się już. – Jenny nie przestawała się śmiać, odkąd przekroczyłyśmy próg jej służbowego mieszkania. – Wiesz, jaki jest Josh. Czasami zachowuje się jak świr.

– Tak, świr to całkiem przyzwoite określenie dla twojego braciszka. Wpienia mnie, kiedy ktoś traktuje mnie jak dziecko – odparłam, siląc się na obojętny uśmiech.

– No cóż… na to, niestety, nic nie mogę poradzić. Josh od zawsze chadzał swoimi ścieżkami. Różni się ode mnie jak dzień od nocy. Ale kocham go. W końcu to mój jedyny brat.

Trudno było jej się dziwić, choć ja po ostrej przejażdżce z lotniska i serii docinków tego zarozumialca miałam go dosyć. Wciąż mnie mdliło, chyba jeszcze po tych tabletkach na uspokojenie, a ten pędził jak szalony, choć widział, że nie czuję się najlepiej. Szarżował tak, jakby przepisy ruchu drogowego w ogóle go nie obowiązywały, więc przez całą drogę modliłam się w duchu, żeby zaraz nie spowodował jakiegoś wypadku. Wielokrotnie prosiłam go, by jechał trochę spokojniej, ale on tylko kpił ze mnie, mówiąc, że zachowujęsię co najmniej jak nowy szeryf, i wzdychając, żebym nie panikowała.

– A ty tak idziesz? – spytała nagle Jenny, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów.

Wyglądała na zdegustowaną, czego kompletnie nie rozumiałam, bo miałam przecież na sobie dżinsy i koszulkę z nadrukiem motta życiowego, a nie worek po kartoflach.

– Coś nie tak z moim strojem? – spytałam, zerkając w lustro, przed którym wciąż siedziała moja wyglądająca jak milion dolców przyjaciółka.

– W zasadzie nie, ale… – Jenny zawahała się na moment. – Byłaś kiedyś w kasynie?

– Nie – przyznałam. Jak niby prosta dziewczyna z polskiej wsi miałaby się znaleźć w takim miejscu?

– Obawiam się, że w tym stroju mogą cię nie wpuścić. Bo tam, gdzie ja pracuję, kręci się sama elita – wyjaśniła. – Wątpię, żeby w tych… ciuchach wpuścili cię do któregokolwiek z kasyn w całym Las Vegas.

– Co takiego? No bez jaj, przecież nie będę się stroić jak na bal!

– Słuchaj, Susie… Kasyno to nie jest jakaś tam spelunka dla pierwszego lepszego z ulicy.

– To może ja lepiej zostanę tutaj? Skoro nie wyglądam odpowiednio, to może daruję sobie to wyjście? – zapytałam szybko, od razu chcąc się wycofać, co ostatnio zdarzało mi się nad wyraz często.

– Nie ma mowy! – Jenny wstała i obróciła się w moją stronę. – Jeśli cię uraziłam, to przepraszam. My, Amerykanie, jesteśmy czasem zbyt bezpośredni. Musisz się jednak przebrać, bo w kasynie obowiązuje strój wieczorowy.

– Wieczorowy? No to mamy problem, bo ja nie wzięłam ze sobą żadnej sukienki. Nie przewidywałam takich atrakcji, jak wieczór przy ruletce.

– Zaraz temu zaradzimy. – Błysk w oku Jenny zupełnie mnie nie uspokajał.

Po chwili piękna blondynka przeczesywała swoją szafę by znaleźć dla mnie coś, co będzie odpowiednie, a ja nie uznam tego za zbyt wyzywające czy zupełnie niepasujące do mojego stylu (o ile w ogóle taki miałam). To, niestety, wyeliminowało niemal całą zawartość garderoby.

– Może to? – spytała, wyjmując chyba już piętnastą sukienkę ze zbyt wyciętym dekoltem.

– No coś ty? Spójrz tylko na mnie. Mnie natura nie obdarzyła aż tak hojnie jak ciebie. Nie mam ochoty świecić cyckami, gdy tylko się nachylę bądź po coś wyciągnę rękę.

– Jezu, Susan… Nie bądź taka zasadnicza. To jest Las Vegas!

– Co nie zmienia faktu, że ja chcę pozostać sobą – upierałam się, bez entuzjazmu przyglądając się kreacjom Jenny. – Może ta?

Od niechcenia sięgnęłam po czerwoną sukienkę z koronki, sięgającą kolan i wysoko zapinaną pod szyją. Ta jako jedyna była dla mnie jeszcze do zaakceptowania. Jej wadą, poza ognistym, zbyt przykuwającym uwagę kolorem, był dość oryginalny krój. Suknia bowiem miała odkryte plecy, co wykluczało założenie stanika. Postanowiłam jednak nie wybrzydzać, bo w porównaniu z innymi kieckami, które przed chwilą oglądałam, ta wcale nie prezentowała się najgorzej.

– W porządku. – Jenny podniosła ręce w geście poddania się. – Choć podejrzewam, że w tej sukience każdy będzie brał cię za prowincjuszkę – skwitowała, unosząc idealnie wypielęgnowaną brew, zupełnie jakby mnie prowokowała.

– Widzisz coś złego w byciu prowincjuszką?

– Nie, ale to Las Vegas…

– I co to zmienia? Ja jestem po prostu sobą – dodałam, po czym zajęłam się szykowaniem do wyjścia.

***

Może rzeczywiście pomysł na tę czerwoną sukienkę nie był trafiony. Odniosłam bowiem wrażenie, że gapiła się na mnie większa część klienteli Casino Royale, a tego właśnie chciałam uniknąć najbardziej. Gdyby tego jeszcze było mało, to było mi duszno i miałam nadzieję, że nie rozmażę zaraz na pół twarzy swojego makijażu. Nie lubiłam się tak pindrzyć, ale Jenny się uparła. Twierdziła, że musi mi tylko przypudrować nosek, bym nie odstawała od reszty, ale w efekcie nałożyła na mnie tonę jakichś mazideł. To było dla mnie trochę jak charakteryzacja teatralna, ale po przekroczeniu progu kasyna od razu poczułam się prostą wiejską dziewczyną, która wyróżnia się naturalnością na tle tych wszystkich poprzerabianych i podrasowanych kobiet. Nie miałam bowiem sztucznych rzęs, które pozwalały rzucać powłóczyste spojrzenia i sprawiały, że powieki zdawały się poruszać w zwolnionym tempie. Nie miałam też powiększonych ust i implantów w policzkach, no i zachowałam mimikę, a one po botoksie wyglądały jak w maskach. W końcu zrozumiałam, co miała na myśli Jenny, sugerując mi, że muszę się przebrać. W tej krainie futer i cekinów w dżinsach wyglądałabym jak Kopciuszek.

Nie czułam się tam źle, ale mimo to byłam tam trochę jak kwiatek do kożucha, kompletnie z innej bajki. By więc nie przysporzyć wstydu Jenny, postanowiłam się trzymać na uboczu, z dala od stołów graczy i centrum wydarzeń. Kelnerzy, biorąc mnie za towarzyszkę jednego z dzianych gości, przynosili mi darmowe drinki. Na początku upominałam się w myślach, że mam słabą głowę i powinnam zwolnić, ale później udzielił mi się nastrój szampańskiej zabawy…

Bradley

– Co ty wyprawiasz, Josh? – spytałem, kiedy po raz kolejny zauważyłem, że znika w najmniej odpowiednim momencie.

– Sorry, szefie, ale moja siostra…

Spojrzałem na niego, jakby co najmniej mówił do mnie w innym języku. Co mnie obchodziła jego siostra?! Byliśmy w pracy, a on miał perfekcyjnie wykonywać powierzone zadania, a nie niańczyć swą młodszą siostrę, która, mógłbym przysiąc, miała więcej oleju w głowie od niego.

– Jenny to duża dziewczynka – mruknąłem z sarkazmem.

W mej głowie natychmiast pojawił się obraz sprzed kilku lat, kiedy to ja i niejaka Jenny Watson spędziliśmy upojną noc. Siostra mojego współpracownika była całkiem niezłą kochanką i byłem niemalże pewien, że jeśli choć w kilku procentach była tak dobra w radzeniu sobie z codziennymi problemami, jak radziła sobie w łóżku, to z pewnością nie potrzebowała pomocy swego brata.

Josh obrzucił mnie niechętnym spojrzeniem. Chyba wciąż się boczył za tę chwilę zapomnienia w ramionach Jenny. Myślałem, że już mu przeszło, ale nawet jeśli nie, to jego problem. Byliśmy dorośli i guzik mnie obchodziło, czy jakiś braciszek stoi na straży cnoty swojej siostrzyczki, nawet jeśli chodziło o Joshuę. Nic mu do tego, co się wówczas między nami wydarzyło. A wydarzyło się…

– Nie martwię się o Jenny.

– To o co? – spytałem z ironią i ponownie zerknąłem na stół, przy którym rozkręcała się ruletka.

– Nie o co, tylko o kogo – odparł z westchnieniem, które zupełnie do niego nie pasowało. – Chodzi mi o tamtą dziewczynę.

– Którą? – spytałem od niechcenia.

– Tamtą – powtórzył Josh i dyskretnie wskazał palcem. – To Susan, przyjaciółka Jenny. Nie jest stąd…

– To widać – skwitowałem, przerywając jego wywód, bo czułem, że dopiero się rozkręca.

Już na pierwszy rzut oka widać było, że dziewczyna zupełnie nie pasowała do tego miejsca. Miała co prawda sukienkę w kolorze, który przyciągał wzrok, co być może było atutem, bowiem na facetów czerwień od zawsze działała, a – jak wiadomo – do kasyna nie chodzi się jedynie po to, by zagrać. Nie wyglądała jednak na typ uwodzicielki, a mowa jej ciała zdradzała raczej, że pod tą źle skrojoną kiecką kryła się wycofana, może nawet nieco zakompleksiona dziewczyna.

– Więc jak będzie? – spytał nagle Joshua, zupełnie wyrywając mnie z myśli, które nagle dziwnie blisko zaczęły krążyć wokół tajemniczej nieznajomej.

– Z czym?

– No, mogę na dziś skończyć? – spytał, posyłając mi idiotyczny uśmieszek.

Znałem tę minę. I wiedziałem, co oznacza. Josh lubił towarzystwo kobiet i właściwie nie powinienem się dziwić, że będzie próbował poderwać tę sierotkę, przyjmując pozę ratującego ją z opresji rycerza. Widziałem go w tym zagraniu setki razy, ale nie wiedzieć czemu w tej chwili bardzo mnie tym zachowaniem zdenerwował.

– Wiesz co… Mam lepszy pomysł. – Spojrzałem raz jeszcze na siedzącą w kącie dziewczynę. – Zaproś ją do mojego stołu.

– Co takiego?! – wydukał.

Nic dziwnego, że go zaskoczyłem. Znał mnie bardzo dobrze, właściwie można powiedzieć, że był moją prawą ręką, dlatego mógł mieć pewność, że ostatnią z cech, którymi można mnie było opisać, była spontaniczność. No, może zaraz po brawurze, bo tej też nienawidziłem.

– To, co słyszałeś. Zaproś ją. Niech przyjdzie do mnie. Kto wie, może przyniesie mi szczęście? Dziś nie idzie mi najlepiej. Nawet w pokera dostałem baty.

Co prawda byłem w pracy, bo obserwowałem swój nowy cel, ale co mi szkodziło się przy tym zabawić?

– Ale to Susie, przyjaciółka…

– Jenny, twojej siostry – dokończyłem za niego. – Tak, wiem, mówiłeś już. Czy to coś zmienia? – Poklepałem go po ramieniu. – No, nie stój tak, przyprowadź ją.

Absolutnie nie liczyłem, że za sprawą tej laski los zacznie mi sprzyjać, ale naraz byłem pewien, że chcę ją poznać. Pomyślałem też, że nawet jeśli jej towarzystwo nic nie wniesie do wyjątkowo pechowej dziś gry, to chociaż zamierzałem się dobrze bawić. Patrzyłem kątem oka, jak na wiotkich nogach w niebotycznie wysokich szpilkach dziewczyna podąża za Joshem w kierunku mojego stolika. Była wstawiona albo naćpana – byłem tego niemalże pewien. Poza tym była wyraźnie zła na Josha, odtrącając go, kiedy chciał, żeby wsparła się na jego szerokim ramieniu. Nie wiem dlaczego, ale ucieszyła mnie jej reakcja. Ponownie odwróciłem się w stronę stołu, gdzie ruletka nie przestawała się kręcić, gdy wreszcie dosłyszałem za sobą stukot jej obcasów.

– To jest mój szef – przedstawił mnie Josha, kiedy celowo wbiłem wzrok w stół, na którym w najlepsze toczyła się walka o najwyższą stawkę. – Więc bądź tak miła i okaż mu odrobinę szacunku.

– Szacunku? – Wreszcie usłyszałem jej głos. Był skwaszony, ale zarazem słodki jak plaster miodu. – A kimże jest twój SZEF, że miałabym się do niego mizdrzyć? Zwariowałeś? – spytała dziarsko, na co natychmiast nabrałem ochoty, by z bliska przyjrzeć się tej odzianej w soczystą czerwień pyskatej istocie. – Jeśli jest choć w połowie tak głupi jak ty, to w ogóle nie mam ochoty go poznać.

Kiedy odwracałem się w stronę dochodzącego mnie głosu, niemal zderzyłem się z jego właścicielką. Teraz byłem już pewien, dziewczyna była pijana, bo woń alkoholu przeważała nawet nad odurzającym zapachem perfum, który naraz zawładnął moim zmysłem węchu.

– Uważaj! – powiedziałem, łapiąc ją w ostatniej chwili, gdy po nieoczekiwanym zderzeniu z moim torsem omal nie runęła jak długa na posadzkę.

– Przepraszam – wydukała. – Może mnie pan uwolnić od tego osiłka? – spytała nagle, siląc się niby na konspiracyjny szept, ale nie miałem wątpliwości, że Josh to usłyszał. – Ten za mną… – jęknęła i czknęła jednocześnie, co oznaczało, że była bardziej pijana, niż sądziłem. – To brat mojej przyjaciółki. Uparł się, by przedstawić mnie jakiemuś sztywniakowi – wyjaśniła z rozbrajającym uśmiechem na swej ślicznej, pozbawionej jakiejkolwiek ingerencji plastyka twarzy, co w dzisiejszych czasach było już niemal niespotykanym zjawiskiem. – A ja nie mam na to najmniejszej ochoty – dodała, patrząc mi błagalnie w oczy.

Z całych sił musiałem się powstrzymać, by nie wybuchnąć śmiechem, bo, jak widać, szykowała się lepsza zabawa, niż podejrzewałem. Skinąłem jedynie dyskretnie na Josha, który z nieodgadnionym wyrazem twarzy przyglądał się scenie rozgrywającej na jego oczach, by się oddalił. Stał jeszcze przez moment, jakby wahał się, czy postępuje właściwie, ale po chwili wycofał się. I dobrze zrobił. Doskonale wiedział, jak nie lubię braku subordynacji.

Chwyciłem dziewczynę pod pachy, tak że nasze twarze niemal się zetknęły, sadzając ją na barowym stołku. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak kruchą jest istotą. Patrzyła ufnie swymi wielkimi orzechowymi oczami, co było naprawdę rozbrajające.

– Masz ochotę asystować mi podczas gry? – spytałem, przerywając tę pełną napięcia ciszę, która niczym mur wyrosła między nami.

– Gry? – spytała, jakby zupełnie nie pojmowała, gdzie się znajduje.

Pokiwałem głową i uśmiechnąłem się lekko, na co, mógłbym przysiąc, zaczerwieniła się. A może to nie były rumieńce, a jedynie poświata odbijająca się od jej sukienki?

– Zagraj ze mną w ruletkę.

– Ale ja nie umiem… – jęknęła, a za jej plecami krupierka właśnie po raz kolejny zakręciła kołem.

– Spokojnie, wszystko ci wytłumaczę.

Nie wiem, co takiego miała w sobie ta dziewczyna, że pomimo jej nieporadnego zachowania wciąż nie miałem ochoty jej odesłać. Nie miałem pojęcia, dlaczego tak bardzo odpowiadało mi jej towarzystwo, skoro dotąd wyjątkowo nie cierpiałem takich kobiet…

– Asystuj mi podczas gry w ruletkę. Mam nadzieję, że przyniesiesz mi szczęście.

– Szczęście? – spytała, głośno przełykając ślinę, jakby wreszcie coś do niej dotarło. – Nie ma pan na myśli rosyjskiej ruletki? – spytała dyskretnie, jakby obawiała się, że ktoś nas może podsłuchiwać.

– Nie tym razem. – Mrugnąłem do niej, na co aż otworzyła usta ze zdziwienia. Albo nie znała się na żartach, albo była totalnie otępiała alkoholem.

Nie czekając na kolejne dość śmieszne, a może, zważywszy na okoliczności, nawet niezręczne pytanie, przekręciłem ją na obrotowym krześle, stanąłem za nią i nachylając się, niby do stołu, przytuliłem się do jej nagich pleców. Chyba poczuła się niezręcznie, bo wyraźnie próbowała się ode mnie odsunąć.

– Obstaw – nakazałem.

Wyglądała na przerażoną i onieśmieloną, co cholernie mnie kręciło. Podobnie jak jej cichutki, delikatny głosik.

– Co mam zrobić?

– Podbij stawkę – wyjaśniłem, uśmiechając się.

Ewidentnie czuła się zagubiona. Jej akcent zdradzał, że znajduje się w obcym kraju, a może rozpraszał ją fakt mojego namacalnego podniecenia, które z pewnością, będąc tak blisko mnie, musiała wyczuć. Uchwyciłem jej szczupłą dłoń i niemal zmusiłem ją, by wzięła kilka żetonów i podjęła grę. Nie mogłem czekać zbyt długo, robiąc z siebie głupca przed innymi graczami, którzy, przyglądając się nam z zaciekawieniem, oczekiwali na mój kolejny ruch.

– Co teraz? – spytała uroczo, kiedy krupierka ponownie zakręciła kołem.

Jak mogła nie znać reguł najbardziej znanej gry w całym kasynie, skoro była jego gościem?

– Czekamy na wynik na kole – wyjaśniłem, podejrzewając, że serce dziewczyny, którą właśnie obejmowałem, wyraźnie przyspiesza. – Pięknie – pochwaliłem ją, kiedy wypadł obstawiony numer.

– Wygraliśmy? – spytała naiwnie, na co znów z niewiadomych przyczyn uśmiechnąłem się jak dzieciak.

– Do tego jeszcze daleka droga, ale wierzę, że dziś będziesz moim talizmanem i zgarniemy całą pulę.

Susan

Byłam pewna, że śnię, ale wszystko wydawało się takie realne… Powtarzałam sobie, że jeśli zaraz się nie obudzę, uwierzę, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. Czułam zapach kart, pomieszany z dymem papierosowym. Widziałam kręcące się koło ruletki i neony zapierającego dech w piersiach miasta, które dotąd znałam jedynie z kolorowych pocztówek, wysyłanych mi czasem przez Jenny. Do tego odurzający zapach męskich perfum, który pobudzał moje zmysły, choć tak naprawdę nie miałam pojęcia, na czyim ciele tak pachną…

Nagle doszedł mnie odgłos wibrującej komórki. Włożyłam wielki wysiłek w to, by podnieść ciężkie jak z ołowiu powieki, które zupełnie nie chciały ze mną współpracować. Oj, podejrzewałam już, że ten dzień nie będzie należał do najprzyjemniejszych. Nie pamiętałam wczorajszego wieczoru, chyba nawet nie byłam pewna tego, co robiłam za dnia, ale w tej chwili czułam nadciągające kłopoty. Ból głowy utwierdził mnie w przekonaniu, że musiałam przesadzić z alkoholem.

– Dzień dobry. – Usłyszałam obok męski głos, więc pomimo oczywistego światłowstrętu natychmiast otworzyłam oczy.

– O Jezu! – jęknęłam i w panice zaczęłam się rozglądać po zupełnie obcym pomieszczeniu.

Kiedy dotarło do mnie, że jestem naga, jak oparzona usiadłam i podciągnęłam pod samą brodę kołdrę, która jeszcze chwilę temu spoczywała na moim ciele. Byłam goła jak święty turecki, o czym upewniłam się, zerkając pod kołdrę, a tym samym wywołując parsknięcie faceta stojącego nieopodal łóżka.

– Ja pierniczę! – wyrwało mi się i oblałam się rumieńcem. – Co ja tu robię? – spytałam, niemal naciągając śliski w dotyku materiał aż na samą głowę.

– Spędziłaś ze mną noc. Nie pamiętasz? – odparł i ruszył w moją stronę.

– Stój! – krzyknęłam. – Nie podchodź! Jestem naga, niczego nie pamiętam. Nie wiem, gdzie jestem…

– Jesteś w Las Vegas – powiedział łagodnie i nie zważając na moje protesty, usiadł na skraju łóżka, z którego omal nie spadłam, kiedy momentalnie chciałam się odsunąć jak najdalej. – Uważaj!

W ostatniej chwili uchronił mnie przed upadkiem i totalną kompromitacją, chwytając w swe silne ramiona. Patrzyłam na niego z bliska. Był cholernie przystojny. Miał rozczochrane ciemne włosy, wczorajszy zarost na brodzie i policzkach, niebieskie oczy… I pachniał… To właśnie ten zapach prześladował mnie niemal całą noc. A więc to jednak nie był sen…

– Puść! – jęknęłam, kiedy wreszcie uwolniłam się spod jego przenikliwego wzroku, który nieznośnie błąkał się po mojej twarzy. – Proszę… – dodałam, bliska łez, kiedy nie zareagował.

Pociągnął mnie na środek łóżka, a sam wstał, zapewniając mi tym samym odrobinę potrzebnej mi w tej chwili przestrzeni.

– Nie wiem, co się między nami zdarzyło… – zaczęłam, a mój głos zdawał się falować, jak zagubione echo pośród spienionych morskich fal. – Nie wiem też, jak w ogóle do tego doszło, bo ja… ja…

– Przesadziłaś wczoraj z alkoholem – wyjaśnił krótko, na co spojrzałam na niego z wyrzutem.

Nie mogłam uwierzyć, że wykorzystał mnie, kiedy byłam pijana, i na dodatek mówił o tym z takim spokojem.

– Dziwne, wypiłam tylko kilka drinków. Chociaż w sumie byłam po ciężkim dniu. Lot samolotem, leki na uspokojenie, a potem kasyno…

Ożeż… Właśnie dotarło do mnie, że cała reszta tych moich sennych urojeń wcale nie była wytworem wyobraźni. Rzeczywiście byłam w kasynie, grałam, choć nadal nie pojmowałam, jak do tego doszło, a potem… Potem pamiętam jeszcze zgiełk ulic, światła milionów kolorowych neonów i… Co, do cholery?! W panice zerknęłam na swoją prawą dłoń, na której w świetle wpadającego przez okno słońca błyszczała obrączka.

– Co to ma być?! – krzyknęłam i natychmiast spojrzałam na jego dłoń.

– Prosiłaś, abym się tobą zaopiekował…

– A ty uwierzyłeś pijanej kobiecie?! – ryknęłam na niego. Właściwie to miałam ochotę wrzeszczeć na całe gardło, ale strach pomieszany z dużą dawką wstydu skutecznie mi to uniemożliwiały. – I zaciągnąłeś mnie do ołtarza? – dodałam, już znacznie ciszej, gdyż narastający gniew powodował, że chyba zbliżał się atak. Czułam bowiem, że coś ściska mnie za gardło, a tętno głucho odbija się w mej obolałej głowie.

– Uwierz mi, że nie musiałem tego robić siłą – odparł, jakby z lekką ironią, która podziałała na mnie jak zastrzyk z adrenaliny.

– Sugerujesz, że to ja zaciągnęłam przed ołtarz ciebie? – spytałam, rozpaczliwie próbując łapać oddech, bo z oburzenia aż się zapowietrzyłam.

– Można to tak ująć.

– Jak śmiesz? – Próbowałam na niego krzyczeć, ale urywany oddech sprawiał, że z mych ust wydobywał się jedynie szept. – Możesz mi wiele wmówić, ale nie to, że zmusiłam cię do małżeństwa…

Lekka zadyszka szybko zamieniła się galopujący kaszel, a ten, piekąc i kłując mnie w płuca i oskrzela, sprawił, że najprawdopodobniej zemdlałam, gdyż nagle nastała ciemność.

Bradley

Nie miałem pojęcia, co robić. Dziewczyna, która wcześniej tak uroczo się na mnie złościła, chwilę potem z trudem łapała powietrze, a teraz leżała przede mną i wyglądała jak nieżywa. I gdyby nie zapewnienia lekarza pogotowia, że za chwilę powinna wrócić do sił, chyba oszalałbym z niepokoju. Teraz jednak pozostało mi uzbroić się w cierpliwość, którą mi zalecił doktorek. Siedziałem więc, a właściwie pochylałem się nad nią, nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie otworzy te swoje brązowe, wielkie niczym u Bambi oczy, którymi wczoraj mnie omamiła. Doskonale pamiętałem, jak prosiła mnie, bym się z nią ożenił. A jej wzrok nie pomagał mi w podjęciu rozsądnej decyzji i odmowie na tę dość nieoczekiwaną propozycję. Przez moment sądziłem nawet, że sobie ze mnie żartuje. Potem jednak uznałem, że jest pijana i zwyczajnie nie wie, co mówi. Niemniej jednak…

„Wiem, że chcesz mnie zaciągnąć do łóżka – mówiła tak słodkim głosem, że moje libido dosłownie rozjebało skalę. – Ale nie uda ci się to. No, chyba że się ze mną ożenisz!”. Zaproponowała to z takim entuzjazmem, że szybko, bez względu na konsekwencje, co było do mnie niepodobne, uznałem, że bardzo tego chcę. A może sam wypiłem o jednego drinka za dużo?

– Co robisz? – Jej zlękniony głos wyrwał mnie z zamyślenia. Dopiero teraz dotarło do mnie, że głaskałem kciukiem jej twarz, która była taka bezbronna, słodka, piękna. – Co jeszcze masz zamiar mi zrobić? – zapytała, co zabrzmiało niczym oskarżenie.

– Uspokój się – powiedziałem najspokojniejszym w świecie głosem. – No, już… Przestań się tak zachowywać.

– Że niby jak się zachowuję?!

Znów zaczęła dyszeć, ale byłem nieco spokojniejszy, bo lekarz zapewniał mnie, że to klasyczny przykład ataku paniki, na który on podał jej jakieś lekarstwo.

– Jak rozkapryszona mała dziewczynka, choć w istocie jesteś dorosłą i piękną kobietą – odparłem.

– Którą zaciągnąłeś do ołtarza i wykorzystałeś! – wyrzuciła mi.

Uśmiechnąłem się, wciąż nie przestając muskać jej twarzy. W dodatku zupełnie mnie rozbroiła, gdyż naraz zaczęła mi się wyrywać, szarpać ze mną, choć w tym starciu nie miała najmniejszych szans.

– Uspokój się, bo będę zmuszony po raz kolejny wezwać pomoc.

– Po raz kolejny? – spytała nerwowo i zaczęła rozglądać się pomiędzy moimi osaczającymi ją ramionami, zupełnie jakby wierzyła, że poza nami ktoś jeszcze znajduje się w pokoju.

– Zemdlałaś i musiałem wezwać lekarza – wyjaśniłem spokojnie, choć jeszcze kwadrans temu wcale nie było mi do śmiechu, gdy widziałem jej bladą twarz i lekko posiniałe wargi. – Od dawna masz te ataki paniki? – spytałem, na co spiorunowała mnie wzrokiem i znów zaczęła się pode mną miotać.

– Nie twoja sprawa! – syknęła, nieudolnie próbując zepchnąć mnie z siebie. – Puść mnie, do cholery!

I nagle doszedł nas krzyk, przepełniony niedowierzaniem i oburzeniem jednocześnie.

– Co wy wyprawiacie?!

Jenny stała w progu hotelowego pokoju, a tuż za nią boy, trzymający w ręku kartę, którą zapewne na życzenie rozwrzeszczanej dziewczyny otworzył bez uprzedzenia drzwi. Mężczyzna wydawał się skrępowany naszym widokiem, choć pewnie w hotelu dosyć się już naoglądał różnych scenek rodzajowych.

– Przepraszam pana – zaczął boy. – Ale ta pani… – Wskazał na Jenny, która najwyraźniej miała ochotę wydrapać mi oczy. – …sugerowała, że jej koleżanka ma kłopoty. – Tym razem zerknął na Susan, a właściwie Angel, wciąż leżącą pode mną. – Zagroziła, że jeśli jej tu nie wpuszczę, zawiadomi policję.

– Jak widzisz, nic jej nie jest.

Susan, korzystając z okazji, szybko wstała, szczelnie otulając się cienką hotelową kołdrą.

– Susie? Co ty wyprawiasz? Wystarczy cię na moment spuścić z oczu, a ty od razu włazisz do łóżka pierwszemu napotkanemu facetowi! – naskoczyła na nią Jenny, na co dziewczyna wbiła wzrok w podłogę.

– Chyba już pójdę – wydukał czarnoskóry pracownik hotelu.

Zmierzyłem go chłodnym wzrokiem, ale nie zamierzałem go zatrzymywać. Teraz miałem inny problem. Była nim Jenny. Nie miałem zamiaru pozwolić jej, by zachowywała się w ten sposób.

– Odpuść, Jenny – poprosiłem, choć na tyle stanowczym głosem, że zatrzymała się w pół drogi, którą właśnie przemierzała w stronę swej skulonej i zdezorientowanej koleżanki. – To nie twoja sprawa…

– Nie moja?! – Dziewczyna aż kipiała ze złości. – Susan przyjechała do mnie i to ja miałam się nią zaopiekować, a właściwie przez chwilę miał to robić mój głupi brat. I co? Już pierwszego wieczoru moja przyjaciółka z Polski, całkiem niedoświadczona i uroczo naiwna, trafia w łapy zabój…

– Milcz, do cholery! – Teraz to ja ruszyłem w jej stronę, a ona gwałtownie pobladła. – A teraz bądź tak miła i zostaw nas samych.

– Nie wyjdę bez niej – odpowiedziała hardo, zadzierając podbródek, choć jej drżący głos zdradzał, że się mnie boi.

– Mam ci pomóc?

Zmroziła mnie wzrokiem, ale nie ruszyła się choćby na krok.

– Ty niczego nie rozumiesz… – próbowała jeszcze ze mną negocjować, ale w tej chwili nie zamierzałem jej dłużej słuchać.

Naruszała moją prywatność. Zresztą nie tylko moją. Tej kruchej istoty, zawiniętej w kawałek szarego materiału, również. Dopiero teraz zauważyłem, że Angel znów jest bliska łez.

– Może i nie rozumiem, ale moja żona nigdzie z tobą nie pójdzie.

– Co ty bredzisz?! Jaka żona? Ja przyszłam po Susie.

Pokiwałem tylko głową, a Jenny w tej chwili zmierzyła nas oboje wzrokiem, wymownie zerkając na nasze obrączki.

– Susie, ty chyba całkiem oszalałaś…

– Dość! – przerwałem jej, po czym chwytając za łokieć, wyprowadziłem na korytarz.

– Myślisz, że mnie uciszysz? – syknęła, kiedy znaleźliśmy się w holu.

– Chcesz się przekonać?

– Wal się, psycholu! – warknęła, po czym, ostentacyjnie kręcąc biodrami, po chwili zniknęła w windzie.

Zuza

Czułam się jak zwykła szmata. Tak, szmata to najwłaściwsze określenie. Nie poznawałam siebie, ale faktem było, że pod wpływem emocji, leków i alkoholu zrobiłam coś bardzo głupiego i nie było na to żadnego usprawiedliwienia. Zaraz po tym, jak „mój mąż”… Boże, jakie to dziwne uczucie o zupełnie obcym człowieku, w dodatku facecie, którego imienia nawet nie znałam, myśleć jak o kimś, kto powinien być ci najbliższą osobą… No nic, w każdym razie zaraz po tym, jak wyszedł na korytarz wraz z moją przyjaciółką, poszłam do łazienki i zamknęłam się w niej. Nie wiem, co chciałam przez to osiągnąć. Może liczyłam, że jak posiedzę tam chwilę, problem sam się rozwiąże, a mężczyzna, który prawdopodobnie zaraz wróci do pokoju, zniknie?

Na ławeczce pod oknem dostrzegłam sukienkę Jenny, którą wczoraj od niej pożyczyłam. Korzystając więc z okazji, postanowiłam się ubrać. Wiedziałam, że czerwone kiecki już zawsze będą mi się kojarzyły z tym koszmarnym wieczorem, który prawdopodobnie na zawsze odmieni moje życie. Niestety nigdzie nie mogłam znaleźć swoich majtek, ale zważając na fakt, że przed chwilą paradowałam w hotelowej pościeli, była to błahostka.

– Otwórz, proszę. – Usłyszałam nagle zza zamkniętych na klucz drzwi ciche pukanie.

Zignorowałam ten głos, który z całą pewnością należał do niego – mojego męża.

– Nie zachowuj się dziecinnie.

Jak on mnie wkurzał! Miałam ochotę otworzyć i mu nawciskać, ale powstrzymałam się. Postanowiłam zwyczajnie skorzystać z okazji i zmyć resztki makijażu, który malowniczo rozmazał mi się po całej twarzy, oraz rozczesać włosy i zapleść je w warkocz, który nosiłam na co dzień.

– Otwórz. Porozmawiajmy – usłyszałam ponownie, ale nie zamierzałam go słuchać. Wystarczy, że namówił mnie na małżeństwo. – Do cholery! – Ciche pukanie zamieniło się w walenie. – Albo otworzysz, albo wejdę tam siłą.

Nie wierzyłam w ani jedno jego słowo. Nie ufałam mu. Nie wiedziałam, czego naprawdę ode mnie chciał i czy miał szczere intencje. Dlatego też jakby nigdy nic wpatrywałam się beznamiętnie w lustro wiszące nad umywalką. Przynajmniej do czasu, kiedy drzwi z hukiem runęły na podłogę. Odskoczyłam gwałtownie, bojąc się tego rozjuszonego mężczyzny, który właśnie wparował do łazienki.

– Oszalałeś?! – wrzasnęłam, ale nim zdążyłam wykrzyczeć mu coś więcej, złapał mnie wpół i wyniósł na swym ramieniu do pokoju. – Puszczaj! – zażądałam, ale po chwili ponownie znalazłam się w hotelowym łóżku.

I znów nie mogłam się ruszyć, gdyż ten zuchwalec wisiał nade mną, a z jego oczu sypały się złowrogie iskry.

– Dopóki jesteś moja, nie zachowuj się w ten sposób – wyszeptał wprost w moje usta, które niemal dotykał swoimi wargami.

– Dopóki…

Wtedy mnie pocałował. Nie wiem, czy nie byłam w stanie go odepchnąć, czy też nie chciałam tego robić, ale z całą pewnością odpłynęłam. Ocknęłam się, kiedy poczułam jego dłonie sunące po moich nagich udach i wówczas odepchnęłam go, zupełnie nie wiedząc, skąd brała się we mnie ta nadludzka siła. Po czym, korzystając z okazji, wymknęłam się spod niego, odskakując na bezpieczną odległość.

– Nigdy więcej… – Dyszałam ciężko, choć tym razem byłam pewna, że mój płytki oddech nie miał nic wspólnego z atakiem paniki. – …tego nie rób – dodałam i już cofałam się, widząc, że zmierza w moim kierunku.

– Nie zrobię niczego, czego sama nie będziesz chciała – powiedział, osaczając mnie ponownie, choć, dla odmiany, zupełnie nie dotykając.

– Wobec tego daj mi święty spokój – jęknęłam. – I rozwód! Albo może od razu chodźmy do tego urzędu, w którym się pobraliśmy. Może jeszcze uda się nam unieważnić tę farsę. Jeszcze pewnie nie jest za późno…

– Nie ma mowy – przerwał mi, a ja spojrzałam w ten przepastny błękit jego oczu, w których zdawałam się dostrzegać wesołe iskierki.

No bez jaj! Śmieje się ze mnie czy może z sytuacji, w którą nas oboje wpakował?

– Ale przecież powiedziałeś, że nie zrobisz nic, czego nie będę chciała…

– Tak, ale nie zamierzam też robić niczego, na co tylko wydaje ci się, że masz ochotę. – Mrugnął do mnie.

– Jesteś d…

– Draniem? – spytał, a kąciki jego ust wciąż drgały, jakby całkiem dobrze się bawił.

Mnie zupełnie nie było do śmiechu.

– To też – odparłam, głośno łykając ślinę, co nie umknęło jego uwadze.

Oblizał wymownie wargi, których widok mnie niezmiernie rozpraszał.

– Nie ciskaj się tak, to może tym razem zrobię wyjątek – dodał tajemniczo.

– Tak?

Skinął jedynie głową, a następnie namiętnie mnie pocałował. Nie miałam siły bronić się przed nim ani przed tym, co działo się z moim ciałem. Bo ilekroć ten tajemniczy mężczyzna, od dzisiaj zwany moim mężem, był tak blisko…

Bradley

Patrzyłem na nią ukradkiem, kiedy jechaliśmy wypożyczonym samochodem do urzędu Clark County Marriage Bureau – na jej wyraźną prośbę zresztą – w którym tuż przed północą otrzymaliśmy świadectwo małżeństwa. Była dziwnie zdenerwowana i mógłbym przysiąc, że wcale nie chodziło o stres związany z unieważnieniem naszego szalonego małżeństwa, ale raczej o sam fakt, że zaraz niechybnie do tego dojdzie. Niemniej postanowiłem uszanować jej decyzję, choć coś mi mówiło, że powinienem się sprzeciwić. Ale cóż, miałem małe pole manewru, bo przecież obiecałem jej, że nie zrobię nic wbrew jej woli…

Pomimo że miałem w Vegas wynajęte na kilka dni mieszkanie, wczoraj postanowiłem, że na nocleg z moją świeżo upieczoną żonką wybiorę najbliższy hotel. Najwyraźniej i mnie nieco poniosło albo tak mi było spieszno do nocy poślubnej. Ale jakie to miało teraz znaczenie?

Po niespełna kwadransie byliśmy na miejscu.

– Gotowa? – spytałem i spojrzałem na nią.

Wyglądała jak siedem nieszczęść. Trudno było jej się dziwić. Wczoraj bowiem, zanim opłynęła na dobre, wspominała coś o jakimś nieudanym i w dodatku – jak to sama nazwała – „najkrótszym w historii tego świata” małżeństwie. Nie miałem pojęcia, czy w tych jej opowieściach, a uzbierało się tego całkiem sporo jak na jedną, dość nietypową noc, nie było sporej dozy fantazji. No a teraz miała szansę pobić ze mną ten niechlubny rekord. Chyba nie pamiętała za wiele z naszych nocnych rozmów, a zerkając na nią, doszedłem do wniosku, że nie jest to odpowiedni moment, żeby jej o tym przypominać. Liczyłem, że otworzy się przede mną w bardziej sprzyjających okolicznościach, choć w tej chwili nie byłem już pewien, czy takowe w ogóle nastąpią. Dotarło bowiem do mnie, że cała ta niewiarygodna wręcz historia, którą mi zdradziła, poniekąd właśnie się powtórzyła, a to sprawiało, że jej współczułem.

W odpowiedzi pokiwała jedynie głową, a ja, zerkając na nią, momentalnie miałem ochotę ją przytulić i sprawić, żeby już się nie smuciła. Co się ze mną, do cholery, działo?

– Wiesz, że nie musimy tego robić?

– Co? – spytała nieprzytomnie, bo chyba wyrwałem ją z zamyślenia.

– Możemy dać sobie czas. No, wiesz, pomyśleć o tym na spokojnie…

– Że niby o czym miałabym myśleć? – Podniosła nieco głos. – Że po raz kolejny zrobiłam z siebie pośmiewisko?

– Chcesz o tym pogadać? – spytałem łagodnie.

Delikatnie dotknąłem jej dłoni, ale gwałtownie ją odsunęła, więc postanowiłem nie naciskać. W całej tej sprawie niepokoiło mnie coś jeszcze… Zerkając na obrączkę, która wciąż połyskiwała na jej palcu, czułem coś dziwnego, czego dokładnie nie potrafiłem określić, a co z pewnością było przyjemnym doznaniem. Zaskoczyło mnie to, bo dałbym sobie rękę uciąć, że taki drobiazg nigdy nie zrobi na mnie wrażenia. A tu taka niespodzianka…

– Chcę tylko zakończyć tę farsę – odparła ledwie dosłyszalnym głosem.

Patrzyłem na nią jeszcze ułamek sekundy, bo naraz dotarło do mnie, że jeśli będę to przeciągał, to za chwilę zupełnie stracę ochotę, by pójść tam razem z nią i odkręcić to, w co oboje się wpakowaliśmy. Nie miałem pojęcia, co mną kierowało. Może zwyczajna ciekawość? Nieraz słyszałem od swoich ludzi, jak to fajnie jest w stałych związkach, kiedy w domu czeka na ciebie kochająca żona… Sęk w tym, że ja nie wierzyłem w miłość ani te wszystkie damsko-męskie bzdury. Kobiety były mi potrzebne tylko w jednym celu, a w mojej profesji przywiązywanie się do kogokolwiek lub czegokolwiek raczej nie było wskazane.

– Zatem chodźmy już – ponagliłem i wyszedłem z auta.

Chciałem otworzyć jej drzwi, ale ubiegła mnie i zanim okrążyłem samochód, już stała na chodniku i czekała na mnie. Przygarbiona, wydawała się jeszcze drobniejsza, co – nie wiedzieć czemu – budziło we mnie instynkty, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Chciałem ją objąć i ochronić przed całym złem tego świata.

Ten krótki odcinek drogi, wiodący z parkingu do budynku Clark County Marriage Bureau, przebrnęliśmy w milczeniu. Dopiero głos urzędniczki, którą zastaliśmy w sekretariacie, przywołał nas do porządku i oboje staliśmy się bardziej rozmowni.

– Rozumiem, że chcecie państwo unieważnić ślub? – Siedząca za biurkiem kobieta przewróciła oczami.

Zaskoczyła mnie jej reakcja, bo przecież w Las Vegas takie sytuacje musiały się zdarzać dość często. W końcu obecność w „Światowej Stolicy Ślubów” sprzyjała podejmowaniu spontanicznych decyzji o sformalizowaniu„związku”, który mógł się narodzić pół godziny przed ceremonią zaślubin. Bez zbędnej papierologii, karkołomnych przygotowań i za jedyne sześćdziesiąt dolców dostawało się zaświadczenie, że oto możecie zostać mężem i żoną. Niestety, to, co potwierdzali w urzędzie, wcale nie musiało gwarantować, że oto będziecie żyć razem długo i szczęśliwie.

– Ale przez najbliższe… trzysta sześćdziesiąt dziewięć dni nie będzie to możliwe. To znaczy możecie państwo spróbować, ale pan Buffon jest na zwolnieniu lekarskim. Do tego doszedł jeszcze zaległy urlop, więc nie będzie go przez dłuższy czas. Faktem jest, że wyjechał, a z tego, co państwo mówią, wynika, że jest on jedynym świadkiem, który może potwierdzić wasze słowa. Proponuję złożyć wniosek i spokojnie poczekać na rozwój wydarzeń.

Wkurzało mnie to, co usilnie próbowała nam przekazać, ale musiałem przyznać, że miała rację. Ten facet był jedyną osobą, która mogła potwierdzić, że oboje byliśmy pod wpływem alkoholu i nie do końca wiedzieliśmy, co robimy. Za świadków bowiem wzięliśmy inną parę, która występowała o tę samą licencję, a której nawet nie poprosiliśmy o numer telefonu. A z dokumentów wynikało, że byli obcokrajowcami, więc szybko uznałem, że namierzenie ich będzie praktycznie niemożliwe.