Między nami miłość. Tom 1: Niepokorna - Katarzyna Mak - ebook

Między nami miłość. Tom 1: Niepokorna ebook

Katarzyna Mak

4,4

Opis

Ona – piękna dziewczyna z hiszpańsko-polskimi korzeniami. Jedynaczka, oczko w głowie tatusia, rozpieszczona, nieznająca prawdziwego życia. On – mężczyzna z krwi i kości, twardo stąpający po ziemi. Facet z zasadami i przeszłością, którą z tylko sobie znanych powodów ukrywa. Dzieli ich niemal wszystko: charaktery, kultura, a przede wszystkim zupełnie odmienne spojrzenie na życie. A jednak coś, do czego początkowo żadne z nich nie chce się przyznać, pcha ich ku sobie jak niewidzialny magnes…

Mia, stając w obliczu nowego wyzwania, musi natychmiast dorosnąć i porzucić swe dotychczasowe wygodne, hulaszcze życie, które wiodła u boku ojca. Dostając spadek po matce, która porzuciła ją, gdy dziewczyna miała kilka lat, zostaje zesłana do obcego kraju, do domu, którego zdaje się nienawidzić tak samo, jak jego poprzedniej właścicielki.

Antek wraz ze swoją ekipą budowlaną otrzymuje kolejne zlecenie. Na prośbę człowieka, któremu wiele zawdzięcza, osobiście ma zająć się remontem domu jego córki. Wszystko wydaje się proste, jednak z pozoru zwyczajne zadanie zaczyna go nieco przerastać, a rozkapryszona dziedziczka swoim nietuzinkowym zachowaniem wywołuje w nim skrajne emocje.

Czy różnice dzielące tych dwoje młodych ludzi zdołają powstrzymać uczucie, które nieoczekiwanie pojawia się w ich sercach? Czy na podwalinach rudery, na osłabionych fundamentach własnych życiowych wyborów będą w stanie zbudować miłość? Czy pomimo różnic dzielących Mię i Antka uda im się odnaleźć właściwą drogę do wspólnej przyszłości? Czy krok po kroku, cegła po cegle, uda im się zbudować szczęśliwe zakończenie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 474

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Maksym Leki i Ewa Leśny

Fotografia na okładce

© Alex Gukalov|shutterstock.com

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Korekta

Urszula Bańcerek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Wydanie I, Chorzów 2019

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2019

tekst © Katarzyna Mak

ISBN 978-83-7835-747-6

Także jego wilgotne w tej chwili włosy,

pokryte kropelkami potu,

pobudzały moją wyobraźnię do tego stopnia,

że nie zważając na nikogo, miałam ochotę go dotknąć.

Zresztą nie tylko dotknąć…

Jak wiesz, mój mężu,

to Ty jesteś moją największą inspiracją.

Dziękuję…

Prolog

Ten facet zaczynał mnie wkurzać. Wysyłałam mu, co prawda, sygnały, że jestem nim potencjalnie zainteresowana, ale nie zrobiłam nic więcej, by mógł sądzić, że nabrał praw, aby się do mnie przystawiać, kiedy w ogóle nie miałam na to ochoty. Ja tylko kolekcjonowałam męskie serca, nie ich f… I nic poza tym nie kryło się za moim zachowaniem, choćby nie wiem jak to mogło wyglądać dla innych.

Podjęłam jeszcze próbę nawiązania z nim porozumienia, chcąc grzecznie powiedzieć mu, żeby poszedł poszukać sobie innej dziewczyny na bzykanko, takiej, która chętnie pójdzie z nim, dokąd tylko zapragnie, ale jakoś mnie nie słuchał. Uczepił się mnie i zupełnie nie krył się z tym, że ślinił się na mój widok, co zwyczajnie zaczynało mnie irytować. Tak bardzo, że miałam ochotę dać mu w pysk. Niemniej po kilku głębszych wdechach, które zawsze dobrze mi robiły w takich skomplikowanych okolicznościach, postarałam się utrzymać na wodzy moją zbyt często niekontrolowaną złość. Poprzednim razem, będąc w podobnej sytuacji, nie opanowałam złości, co niezbyt przyjemnie skończyło się dla jednego takiego, który złapał mnie za pupę podczas tańca, choć wyraźnie zabroniłam mu tego robić. Walnęłam go wtedy pięścią w twarz. A tak się złożyło, że miałam wówczas kilka dość pokaźnych rozmiarów pierścionków, więc gość wylądował w szpitalu, na szyciu. Dlatego teraz, mając w pamięci finisz poprzedniej historii, naprawdę starałam się opanować, choć wyraźnie zaczynało mnie to męczyć. Bowiem niektórzy faceci już tak mieli, że kiedy kobieta mówiła zdecydowane NIE, oni pchali łapska jeszcze bardziej, jakby co najmniej słyszeli odwrotnie.

Całe szczęście, że Briana skończyła już spotkanie na boku z jednym ze swych adoratorów, bo szczerze liczyłam, że mi pomoże w skutecznym pozbyciu się tego intruza. I tym razem nie zawiodłam się, bo wystarczyła sama moja błagalna mina, by moja przyjaciółka natychmiast przystąpiła do działania. Facet, który dotąd wydawał się takim pewnym siebie cwaniaczkiem, nagle poczuł się tak skołowany, że najwyraźniej było mu już wszystko jedno, którą z koleżanek zaliczy. Bez zbędnego protestu poszedł więc z Brianą, a ja odetchnęłam z ulgą. I chyba po raz setny przysięgłam sobie, że to już ostatni raz i że z tym zerwę definitywnie.

„Tylko żeby to było takie proste…” – pomyślałam, sięgając po drinka.

ONA

Zastanawiałam się, jak ten dom będzie wyglądał. Ojciec tyle o nim mówił, zachwycał się, a ja jakoś nie do końca mu wierzyłam, gdy z jego ust padało określenie, że to taki mały wiejski dworek. Nazywał go Dworkiem przy Lesie, choć robił to sporadycznie, ograniczając się do ochów i achów o tym miejscu. Podejrzewałam, że idealizuje je, bo wciąż bardzo kochał moją matkę. I pewnie dlatego wspomnienia o tym domu przywoływały mu obraz dobrego stylu i wyrafinowanego smaku, bo ponoć właśnie takie cechy – z tego, co nieraz mawiał tata – miała moja matka.

„Wyrafinowany smak czy dobry styl… Też mi coś” – prychnęłam pod nosem. Dla mnie fakt był taki, że JEJ już dawno nie było. Odeszła. Zostawiła mnie, ku ścisłości, a właściwie to nas zostawiła, mnie i ojca, gdy miałam zaledwie siedem lat. Ojciec, pomimo tego, czego się dopuściła TA KOBIETA, ku memu totalnemu niezrozumieniu wciąż idealizował wszystko, co było z nią związane. Wydawało mi się nawet, że mój ojczulek, celowo mówiąc o przeszłości związanej z moją matką i jej otoczeniem w sposób wykwintny i zdecydowanie podkoloryzowany, usiłował wpoić mi zasady dobrego wychowania, zwane przez niego samego mianem elegancji, której rzekomo mi w wielu dziedzinach życia brakowało, a która była zapewne jedną z wielu cech, jakie posiadała TAMTA KOBIETA. Ale najwyraźniej nie udało mu się to pod żadnym względem albo ja byłam nad wyraz oporną uczennicą. W zasadzie nawet nie mam pojęcia, po co mi opowiadał te wszystkie dziwne historie o swojej byłej żonie, skoro ta jego „wielka i piękna miłość” porzuciła go dla innego faceta. Nie rozumiałam tego. Jednakże faktem było, iż mój tata wciąż ją kochał, pomimo tego, co nam obojgu zrobiła.

Mniejsza jednak o to, co było. Przecież w ogóle mnie to nie obeszło. Już jutro miałam bowiem znaleźć się w Polsce, a dokładnie gdzieś pod Wrocławiem, na jakiejś prowincji, by spotkać się z przedstawicielem firmy remontowo-budowlanej i omówić kwestię przebudowy rodzinnego domu mojej matki, zwanym Dworkiem przy Lesie, który po jej nagłej śmierci, całkiem niedawno, odziedziczyłam w spadku. Ojciec upierał się, by nie sprzedawać tego zupełnie nic nieznaczącego dla mnie miejsca, choć ja już na starcie wolałabym je spieniężyć. Nie cieszyła mnie nawet sama myśl, że moja noga postanie w tym gnieździe rozpusty. A do tego jeszcze mój tatko zdecydował, również za mnie – oby mu to w krew zanadto nie weszło – że pokryje koszty remontu tego kultowego wręcz dla niego domu, bym mogła w przyszłości „na chłodno” zdecydować, co chcę w życiu robić albo też zmienić.

Boże, ale zrzędził! Przecież dobrze jest tak, jak jest, więc po co na siłę dopatrywać się w mojej normalnej, prostej egzystencji nie wiadomo czego.

A w dodatku to przecież dom TAMTEJ KOBIETY…

***

Kiedy po wielu godzinach wreszcie mój samolot dolatywał do Warszawy, stolicy tego ostatnio nieco zhańbionego przez rządzące władze państwa, poczułam się jakoś dziwnie miło, co mnie nawet zaskoczyło. Spodziewałam się raczej odmiennego uczucia względem tego kraju, choćby ze względu na osobę, której szczerze nienawidziłam, a której korzenie były związane właśnie z Polską. Jednakże teraz przez okna samolotu, wciąż znajdując się ponad chmurami, zdołałam wypatrzeć rzekę, prawdopodobnie Wisłę, choć nie byłam tego zupełnie pewna. Nie żebym była totalną nogą z geografii czy coś, po prostu do tej pory raczej nie interesowało mnie nic, co mogło być związane z tym krajem. Wszelako teraz, zbliżając się coraz bardziej do miasta, które jest symbolem patriotyzmu wszystkich Polaków (coś tam jednak czytałam mimochodem), czułam jakieś dziwne podniecenie, którego nie potrafiłam w żaden racjonalny sposób sobie samej wytłumaczyć.

Samolot właśnie zaczął podchodzić do lądowania, a ja naraz poczułam w uszach przyspieszone tętno. Jeszcze próbowałam wmówić sobie, że to skutek zwiększonego ciśnienia, ale po chwili odpuściłam, no bo w zasadzie po co mi to roztrząsać. „Trudno, będę musiała jakoś przeżyć ten niezrozumiały dla mnie stan emocji” – pomyślałam, raz jeszcze spoglądając przez okno samolotu na świat, jakiego przecież w ogóle nie znałam, a nawet chyba nie chciałam poznać.

Samolot wreszcie osiadł na płycie lotniska i powoli się zatrzymywał. Po chwili stewardesy oznajmiły pasażerom, że mogą powoli zbierać się do wyjścia. W związku z tym, że siedziałam w klasie biznesowej, bo tata jak zawsze dbał o bezpieczeństwo „swej małej córeczki”, a moja przeszło ośmiogodzinna podróż wreszcie dobiegała końca, zaistniała realna szansa, że wkrótce odetchnę świeżym powietrzem. Tata zorganizował to tak, że z lotniska miał mnie odebrać właściciel firmy, któremu zlecił remont tej rudery po matce. Mnie jednak to się wcale nie spodobało. Co prawda wiedziałam, że mój tatko zrobił to celowo, bo bał się o moje bezpieczeństwo, ale i tak znów poczułam się nieco zmanipulowana. Byłam pewna, że dogadał się z jakimś starym gościem, by mnie zwyczajnie pilnował. Cóż, mój ojciec bywał bardziej uparty ode mnie…

„Ciekawe, jak ten koleś mnie rozpozna, skoro ja sama nawet nie wiem, jak on wygląda?” – pomyślałam. Ale naraz przyszło mi do głowy, że bez problemu mnie odszuka choćby dzięki najprostszej metodzie: na kartkę z nazwiskiem. „Zapewne weźmie mnie za typową Latynoskę” – stwierdziłam z dziwną przekorą i już układałam sobie plan, by trochę poudawać, trochę go podręczyć, że ja to nie ja… Moja uroda zupełnie nie wskazywała na hiszpańskie pochodzenie, zdecydowanie przeważały słowiańskie akcenty. Kolejny spadek po TEJ KOBIECIE…

Naraz uśmiechnęłam się na myśl o facecie, który miał mnie odebrać z lotniska. Ale będzie miał pecha! Mam bowiem bujne blond włosy, które kręcą się dosłownie z byle powodu, zupełnie jakby żyły własnym życiem. Żadna prostownica ani też inne zabiegi, nawet chemiczne, nie są w stanie zaradzić temu problemowi i ich poskromić. Jedynym szczegółem, który mógł zdradzać wpływ genów mojego ojca i niepodważalnym faktem, że nie jestem typową Słowianką, są oczy. Moje tęczówki są bowiem bardzo ciemne, a w chwili, kiedy wpadam w złość, stają się prawie czarne. No, może jeszcze znalazłby się jakiś drobny szczegół, który nieco odróżniał mnie od tłumu zwyczajnych polskich dziewcząt… Na przykład dość pokaźny biust, który rzekomo odziedziczyłam po matce ojca, a którego pewnie pozazdrościłaby mi niejedna silikonowa lala. No i pozostawał jeszcze mój akcent. Tata, po tym, jak matka odeszła, mimo wszystko nalegał, abym mówiła w obu językach jednocześnie, a ja, chociaż bardzo wówczas chciałam zrobić mu na złość, byłam mu posłuszna. Naprawdę pilnował tego, a właściwie przesadnie wręcz dbał o ten jedyny aspekt w moim dość luźnym wychowaniu. Ja jednak, ku totalnemu niezrozumieniu ojca, chciałam na przekór wszystkiemu zapomnieć o języku polskim, choć teraz wiem, że od samego początku głównie chodziło mi o to, by zapomnieć o NIEJ. Nadal bowiem pamiętałam ten dzień, kiedy zrozumiałam, że moja jeszcze wtedy „ukochana mama” nigdy nie wróci…

Zupełnie zaskoczona własną nieprzewidywalną reakcją, nagle poczułam pieczenie pod powiekami, które poniekąd zupełnie do mnie nie pasowało. Natychmiast wzięłam więc kilka głębszych wdechów, by po chwili z ulgą stwierdzić, że wszystko wróciło do normy.

Spojrzałam na przesuwającą się powoli taśmę w hali odprawy bagaży i szybko odnalazłam swoje dwie potężnych rozmiarów, rzucające się w oczy kwieciste walizki. Z trudem ściągnęłam jedną z taśmy. Przy drugiej pomógł mi jakiś starszy pan. Przez moment nawet pomyślałam, że to może być ów mężczyzna, który miał mnie odebrać z podróży, jednak ten okazał się tylko turystą, jakich było tu wielu. Z uroczym uśmiechem mu podziękowałam, co wyraźnie nie spodobało się jego partnerce, wyglądem przypominającej obecną panią premier tego kraju. Obrzuciła mnie lodowatym, wręcz nienawistnym spojrzeniem. Znałam takie. Przecież sama również byłam kobietą i ta mowa ciała nie była mi obca. Niemniej już sama myśl o tym, że ludzie w tym kraju bywają aż tak nieprzychylni wobec obcokrajowców czy słabych kobiet, za jaką właśnie zamierzałam uchodzić, budziła we mnie niechęć, którą tylko przez wzgląd na ojca próbowałam stłumić w zarodku.

„A więc taki jest naprawdę ten kraj? Boże, uchroń” – pomyślałam, rozglądając się wokół. W dodatku w tym dzikim tłumie nie dostrzegłam nikogo, kto trzymałby w rękach kartkę z moim nazwiskiem i kto mógłby na mnie czekać. Wobec tego zaczęło mnie nurtować pytanie, jak miałam teraz poradzić sobie z tymi ogromnymi walizkami, których taszczenie sprawiało mi niemały kłopot, choćby na krótkich dystansach. W dodatku w dłoniach nadal trzymałam swój ulubiony słomkowy kapelusz. Był olbrzymi, przewiązany bladoróżową chustką. Zatem musiałam go włożyć już teraz, bo miętoszenie go nadal w dłoniach stwarzało ryzyko, że nie poradzę sobie z dalszym przemieszczaniem się. Tata ostrzegał mnie właśnie przed taką ewentualnością, kiedy przed wylotem, kręcąc głową, spoglądał na moje pokaźnych rozmiarów bagaże. A ja, głupia, myślałam, że tatko tak zrzędzi z przyzwyczajenia. I być może nawet z lekkiej przekory chciałam wziąć jeszcze jedną walizkę, bo nagle jakoś zaczęło mi zależeć na kilku dodatkowych rzeczach. „Oj, to chyba nie było zbyt mądre” – pomyślałam, patrząc z cichym westchnieniem na walizki w kwiatki.

Postawiłam je obok siebie i wyjęłam z kieszeni telefon, wyłączając tryb samolotowy. Lekko zniecierpliwiona opieszałością urządzenia, wybrałam numer do ojca, a on, całe szczęście, odebrał po pierwszym sygnale.

– Tak, córeczko? Doleciałaś już? – zapytał od razu.

– Tak, tatku, już jestem na miejscu – odparłam po hiszpańsku, rozglądając się jednocześnie, czy ktoś spóźniony nie podąża właśnie w moim kierunku.

– Zmęczona jesteś bardzo? – zapytał z dobrze znaną mi rodzicielską troską.

– Nie, tatusiu, przecież to tylko kilka godzin – skłamałam, choć ten lot wyjątkowo dał mi w kość. Nie zamierzałam jednak dokładać zmartwień ojcu, który ostatnio miał przeze mnie tak wiele trosk. – Martwi mnie jednak to, że nikt tutaj na mnie nie czeka – dodałam, jakby mimochodem, ale jednocześnie nie mogłam się powstrzymać i chyba jednak chciałam mu pokazać, że miałam rację, mówiąc, że najlepiej poradzę sobie sama. – Szkoda, że nie postawiłam na swoim i nie zabrałam ze sobą Briany, bo teraz zupełnie nie wiem, co dalej robić. A do tego jeszcze te bagaże…

Tata westchnął wymownie.

– Kochanie, jeśli sądzisz, że Briana byłaby twoim tragarzem, to jesteś w błędzie. Ta dziewczyna miałaby zapewne tyle samo walizek co ty albo i więcej. A poza tym nadal uważam, że zabieranie ze sobą przyjaciółki do walącego się domu, to nie jest najlepszy pomysł. Dlatego nie panikuj, córuś. Zaraz zadzwonię do tego mężczyzny, który ma zająć się remontem, a obecnie także i tobą – podkreślił, niby żartem, ale i tak wiedziałam, że mówi całkiem poważnie. – I dowiem się, co się stało.

Westchnęłam cicho, bo na ogół, pomimo swego silnego charakteru, nie miałam w zwyczaju kłócić się z tatą ani tym bardziej robić mu żadnych wymówek. Jednakże zsyłanie mnie tutaj chyba nie było najlepszym pomysłem i ojciec powinien był o tym wiedzieć.

Tata rozłączył się, a ja z ogromnym wysiłkiem i wyrzeczeniem złapałam za rączki dwóch kosmicznie wielkich, ale jakże pięknych walizek i ruszyłam do wyjścia. Już samo ciągnięcie za sobą dwóch potężnych bagaży na kółkach okazało się dla mnie niezwykle trudnym zadaniem. Musiałam bowiem zmagać się jednocześnie z obiema walizami, które sprawiały wrażenie, że łącznie ważą więcej niż ja ze swoimi zaledwie pięćdziesięcioma paroma kilogramami. Jedynym pocieszeniem w zaistniałej sytuacji był fakt, że za chwilę miałam znaleźć się na zewnątrz, i od razu pomyślałam, że przyjemnie będzie zaczerpnąć świeżego powietrza, a nie wdychać zapach potu współpasażerów. Z trudem wreszcie dobrnęłam do rozsuwanych drzwi wejściowych i po chwili znalazłam się przed głównym budynkiem lotniska.

„Boże, jak tu zimno!” – wzdrygnęłam się, gdy rześki powiew owionął moje na wpół odsłonięte ramiona. Odruchowo otuliłam się spoconymi dłońmi, odstawiając na moment walizki na chodnik. I jak na zawołanie znów musiałam przyznać, że tata miał rację, mówiąc, że tutejszy klimat jest znacznie chłodniejszy niż u nas. Tylko że ja, z natury przekorna dusza, chyba mu nie do końca uwierzyłam, w dodatku wciąż mając przed oczami jego przesadzoną reakcję na wieść o Dworku przy Lesie, który otrzymałam w spadku. I pomimo wcześniejszych zapewnień, jakie składałam mu jeszcze przed wylotem, że przygotuję się na ewentualny ziąb, oczywiście nie zrobiłam tego. W efekcie nie miałam pod ręką niczego, co mogłoby dać mi odrobinę upragnionego ciepła, a otwarcie którejkolwiek walizki groziło totalną katastrofą, gdyż naraz zaczęłam sobie wyobrażać moje ubrania albo, co gorsza, bieliznę, leżącą na chodniku albo fruwającą na wietrze.

Stałam tak jeszcze przez chwilę i patrzyłam na podjeżdżające i odjeżdżające taksówki. Choć z natury byłam osobą hardą, a czasem nawet zimną i pozbawioną uczuć, to właśnie w tej chwili, jakby lekko zlękniona i nieco zniecierpliwiona zaistniałą sytuacją, spoglądałam ukradkiem na swój wypasiony telefon, który milczał uparcie. Wreszcie, po intensywnym gapieniu się na wyświetlacz, zauważyłam połączenie od ojca, toteż niezwłocznie odebrałam.

– Już podjeżdża, więc za chwilę cię znajdzie – powiedział bez zbędnych wstępów.

„Już?! – pomyślałam zła jak osa. – Przecież wyraźnie się spóźnił, a ja tu marznę i…”.

– Jesteś tego pewien, tatku, bo oprócz taksówek i jakiejś furgonetki nie widzę tu nikogo, kto mógłby mnie stąd zabrać – odparłam, nie robiąc mu jednak wyrzutów, że wpakował mnie w coś takiego, i patrząc jednocześnie na młodego mężczyznę w roboczym ubraniu, który zaraz po zaparkowaniu dosłownie wyskakiwał z wysokiego samochodu z długą paką.

– Córuś, uspokój się! – Ojciec naraz zrobił się bardziej stanowczy i chyba nieco poirytowany moim marudzeniem, którego zwyczajnie nie potrafiłam do końca zamaskować. – Zaraz ktoś cię odbierze.

– Ale, tatku, jak to ktoś? Dios mio1…

1 hiszp. Mój Boże

– Muszę kończyć, bo ktoś się do mnie dobija – przerwał mi, co nie było zupełnie w jego stylu. – A ty pobądź jeszcze przez chwilę cierpliwa.

Ojciec jak zwykle postawił na swoim, a ja, nie chcąc doprowadzić do niepotrzebnej kłótni, natychmiast się rozłączyłam. Byłam zła, ale nie tylko za ten brak odpowiedzialności nieznanego mi dotąd Polaka, który na starcie zrobił na mnie niemiłe wrażenie, spóźniając się po mnie na lotnisko, ale i na tatę, za to, że w ogóle zmusił mnie do tego idiotycznego wyjazdu, bym dopilnowała remontu starego domu po TEJ OKROPNEJ KOBIECIE. Domu, którego w dodatku wcale nie chcę!

– Joder!2 – przeklęłam głośno, bo przecież i tak poza mną prawie nikogo tu nie było. Poza tym mało prawdopodobne było, by ktoś w tym kraju mógł mnie zrozumieć.

2 hiszp. kurwa

– Mia? – usłyszałam wtedy za sobą, na co prawdopodobnie spłonęłam rumieńcem, bo wyraźnie poczułam ogień na policzkach.

Odwróciłam się niezwłocznie, bo już naprawdę byłam zniecierpliwiona całym tym czekaniem, ale oprócz młodego robotnika, który przed chwilą opuścił furgonetkę, nie zdołałam nikogo dostrzec.

– Si, tak – poprawiłam się szybko.

– Jestem Antek – powiedział młody mężczyzna i w geście przywitania skierował ku mnie swą dłoń, którą, mimo wszystko, zignorowałam. – Pani ojciec, pan Federico, kazał mi panią odebrać.

– Po pierwsze, miał mnie odebrać twój szef, osobiście – podkreśliłam z nieskrywaną złością, obrzucając go iście pogardliwym spojrzeniem. – A po drugie, spóźniłeś się – syknęłam, czując, że lada chwila wybuchnę.

Mężczyzna jeszcze przez moment przyglądał mi się w skupieniu, jakby nie dowierzał, że mógł usłyszeć coś takiego z moich ust. „A czego się spodziewał? – pomyślałam z dziką furią. – Że może mu jeszcze podziękuję za spóźnienie albo że rzucę mu się w ramiona z radości, że wreszcie raczył się po mnie zjawić?!”.

Stojący na wprost mnie facet spojrzał na moje bagaże, a potem na powrót przeniósł wzrok na mnie. Był jakby niewzruszony całym tym moim popisem, którym chciałam mu dać wyraźnie do zrozumienia, kto tu teraz stawia warunki, co mnie jeszcze bardziej wkurzało.

– To wszystko należy do pani?

Najzwyczajniej w świecie miałam ochotę powiedzieć mu, żeby spadał, ale chwilowo postanowiłam nieco spuścić z tonu, więc wzruszyłam tylko obojętnie ramionami. „Może dzięki temu mi pomoże?” – pomyślałam z niesłabnącą nadzieją. A wtedy on bez słowa pociągnął obie walizy naraz, po czym bez najmniejszego problemu wrzucił je na pakę swego samochodu.

– Ostrożnie! – naskoczyłam na niego, patrząc z zatrwożeniem na swoje kwieciste cudeńka, które teraz spoczęły pomiędzy jakimś brudnym sprzętem budowlanym. – Jeśli coś się zniszczy…

On jednak wydawał się głuchy na moje zawodzenie, co mnie jeszcze bardziej rozzłościło, i jak gdyby nigdy nic, otworzył przede mną drzwi furgonetki.

– Wsiada pani czy jest za mało luksusowo jak dla tak wyrafinowanej panny? – zapytał złośliwie, a ja naraz poczułam, jak zagotowałam się w środku.

„Wy-ra-fo-wa-nej?!” – pomyślałam z oburzeniem jak nic malującym się na mojej twarzy. – Co to, do cholery, oznaczało? Czyżby mnie obraził?”. Powstrzymałam jednak złość. Zamierzałam najpierw sprawdzić w Internecie, co oznaczało to diabelnie trudne polskie słowo, zanim urządzę mu jatkę, o jaką z pewnością nawet by mnie nie podejrzewał. Następnie spojrzałam wymownie na brudny kask ochronny, który leżał na siedzeniu pasażera. „Co on sobie wyobraża? Nawet nie mógł posprzątać?” – Nie wierzyłam, że to się działo naprawdę.

Facet patrzył na mnie jeszcze chwilę, prawdopodobnie nie rozumiejąc, o co mi właściwie chodzi. Jednakże wystarczyło moje zniesmaczone spojrzenie na żółty kask, by wymownie westchnął i, co prawda, z ociąganiem, ale jednak zabrał go z siedzenia, posyłając mi przy tym ironiczny uśmieszek. Miał szczęście, bo nawet te jego głupie miny nie były w stanie zamaskować tej jego jakże przystojnej twarzy, a patrząc w nią, jakoś straciłam ochotę na ciętą ripostę, którą już mu szykowałam.

„Przystojnej twarzy? Co ja pieprzę?!” – naskoczyłam na siebie w myślach.

– Gilipollas3 – mruknęłam pod nosem, choć zdaje się, że mogłam to wykrzyczeć na całe gardło, bo z pewnością i tak nie zrozumiał, dupek jeden.

3 hiszp. dupek

ON

Spoglądałem na nią ukradkiem, zupełnie jakbym obawiał się, że za chwilę się zbudzi i na mnie nakrzyczy, przed czym wyraźnie się powstrzymywała, odkąd na siebie wpadliśmy. Teraz jednak drzemała i wyglądała bardzo niewinnie, co z całą pewnością było jedynie pozorem. Nawet w tym idiotycznym kapeluszu, a może zwłaszcza dzięki niemu, wyglądała jak panienka z dobrego domu, choć po jej zachowaniu i ciętym języku mogłem wywnioskować zupełnie coś innego. Z całą pewnością nie była niewinna, jak dziewczyny z dobrego domu. To modliszka… Spotkałem już w życiu kilka takich i doskonale wiedziałem, że i tym razem się nie myliłem. To typ kobiety, która nie cofnie się przed niczym. W dodatku ta przysypiająca na fotelu pasażera dziewczyna oprócz ognistego charakteru mogła się poszczycić zjawiskową urodą, co stanowiło mieszankę iście wybuchową.

Mimochodem uśmiechnąłem się na samo wspomnienie jej hiszpańskich przekleństw. A to ostanie, wysłane bezpośrednio pod moim adresem, wcale mnie nie uraziło, a jedynie rozbawiło. Dupek… Całkiem fajnie. Już dawno żadna laska mnie tak nie nazwała.

Spojrzałem na ekran nawigacji. Do celu zostało nam jakieś pięćdziesiąt kilometrów, a ja już nawet nie pamiętałem, kiedy ostatnio byłem w miejscu, które teraz miałem gruntownie wyremontować. Ponoć Dworek przy Lesie przez te ciągłe burze i zawieruchy, które ostatnio przechodziły przez ten region, bardzo podupadł. Przyjąłem tę fuchę w ciemno, choć wiedziałem, że lekko nie będzie, gdyż nie sposób było odmówić panu Federicowi, który tak wiele dla mnie zrobił. I już za moment miałem dowiedzieć się, na co się zdecydowałem.

Teraz jednak znów spojrzałem na śpiącą „rozkapryszoną dziedziczkę”, która dzięki Bogu podczas snu wyglądała jak anioł. Dziewczyna natychmiast, zupełnie jakby wyczuła moje zainteresowanie swoją osobą, otworzyła oczy.

– Dlaczego mi się przyglądasz? – zapytała niezbyt grzecznym, choć słodko zaspanym tonem.

Nie odpowiedziałem. Skierowałem jedynie wzrok na drogę i na powrót skupiłem się na prowadzeniu swojej terenowej toyoty.

– Pendejo4 – mruknęła niezadowolona, a ja udawałem, że w ogóle nie zrozumiałem, jak mnie nazwała, choć jak dotąd rozumiałem każde jej słowo.

4 hiszp. idiota

Jej ojciec uprzedzał mnie, że jego córeczka jest specyficzna, ale nie sądziłem, że aż tak. Początkowo próbowałem nawet usprawiedliwiać sam przed sobą jej trudny charakter bolesnymi przeżyciami z przeszłości. Z każdą jednak chwilą byłem coraz bardziej pewien, że to po prostu zwyczajne rozpieszczenie, a nie „trauma z dzieciństwa”, jak to miał w zwyczaju nazywać jej ojciec, kiedy opisywał mi ją w skrócie.

Starałem się w tej chwili już na nią nie patrzeć, by więcej nie prowokować zbędnej i dość nieprzyjemnej wymiany zdań. Jednak okazało się to znacznie trudniejsze, niż sądziłem. Bo nie dość, że córka Federica była piękna, to na dodatek, być może czując moje normalne zaciekawienie jej osobą, jakby celowo rozpięła kilka guzików swej zwiewnej bluzeczki, odsłaniając jeszcze bardziej te cudne krągłości, których nawet przez materiał zwyczajnie nie dało się nie zauważyć. Byłem pewien, że mnie testuje, bądź ze mną pogrywa. W samochodzie bowiem było dość chłodno, bo klima działała na pełnych obrotach. Dziewczyna – byłem tego niemalże pewien – robiła więc to celowo, chcąc mnie w jakiś sposób rozproszyć. Zupełnie nie wiedziałem, po co to robi. Musiałem więc włożyć sporo wysiłku, by starać się zachowywać i wyglądać normalnie, a nawet udawać niewzruszonego jej gierkami, choć, muszę przyznać, nie było to łatwe. Nie wiedziałem, czy udało mi się ją nieco zniechęcić swym pozornym brakiem zainteresowania, czy może zwyczajnie oczekiwała ode mnie więcej, aniżeli ja mógłbym jej dać, ale wszystko wskazywało na to, że prawdopodobnie sobie odpuściła. Odetchnąłem z ulgą, gdyż nie chciałem mieć przez nią kłopotów. Znałem bowiem ten typ i wiedziałem, do czego jeszcze mogła się posunąć.

Zerknąłem raz jeszcze ukradkiem w jej stronę, kiedy bardziej naciągnęła na głowę ten idiotyczny kapelusz i wyraźnie obróciwszy się do mnie plecami, udawała, że podziwia pejzaż za oknem samochodu. I dobrze. Niech się lepiej skupi na tym, co nieznane, a nie próbuje swych pewnie już sprawdzonych przez nią babskich metod na mojej osobie. „Modliszka” – dodałem w myślach i już nieco spokojniejszy, na powrót skupiłem się na prowadzeniu auta.

***

Dom, przed którym właśnie parkowałem samochód, zupełnie jak się spodziewałem, okazał się wyglądać tak, jak go zapamiętałem, zanim zdecydowałem się go opuścić na zawsze. Wyjechałem stąd kilka lat temu i naprawdę nie miałem czasu, aby jednocześnie pracować na kilku etatach i zaglądać tu tylko po to, by sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Budynek był stary, co widać było gołym okiem, ale miał też niepowtarzalny charakter, zupełnie jak jego poprzednia właścicielka. Oszacowałem wygląd fasady i dachu i stwierdziłem, że nawet te ciągłe burze, które ostatnio wyjątkowo nawiedzały ten rejon kraju, nie wyrządziły mu zbyt wielu krzywd, co niewątpliwie stanowiło dla mnie pewnego rodzaju pocieszenie. Szkoda byłoby mi na to patrzeć, gdyż w pewnym sensie kochałem ten dom i to miejsce. Szybko jednak porzuciłem sentymenty i wróciłem myślami do zlecenia otrzymanego od pana Rodrigueza, które wyraźnie mówiło o gruntownym remoncie, ze zmianą dachu włącznie. Skoro uznał, że tak będzie najlepiej…

***

Znów pozwoliłem sobie spojrzeć na siedzącą obok mnie młodą kobietę i ku memu wielkiemu zaskoczeniu stwierdziłem, że nagle zaczęła wyglądać, jakby czegoś się bała.

„Ona? – nie dowierzałem. – Przecież odegrała przede mną scenę typu «zbliż się, a ugryzę», a tymczasem wyraźnie kurczy się na siedzeniu, jakby co najmniej za chwilę miała pójść na ścięcie”. Co prawda zdawałem sobie sprawę z jej dość przykrej przeszłości, ale z jej nietuzinkowego wręcz zachowania, którym uraczyła mnie na powitanie, mógłbym co najmniej wywnioskować, że takie doświadczenie powinno tylko wzmocnić jej zaiste trudny charakter. Czyżbym aż tak się pomylił?

– Jesteśmy na miejscu – powiedziałem, gasząc silnik i odwracając twarz w jej stronę.

– Nie jestem ślepa – odparła sucho, co obudziło we mnie tylko na moment uśpioną czujność.

Nie czekając, aż pierwszy opuszczę auto, wyskoczyła z samochodu i ruszyła przed siebie, prosto do domu swej matki. Nawet nie spojrzała na mnie czy choćby na swoje walizki, które wciąż zalegały na pace mojej terenówki. Zapewne liczyła na to, że to właśnie ja odwalę za nią tę niezbyt przyjemną robotę i niczym jej nadworny tragarz będę taszczył jej manele. Już miałem ochotę powiedzieć jej coś niemiłego na temat jej niegrzecznego zachowania, ale ostatecznie zaniechałem tego. Przecież i tak bez mrugnięcia okiem pomógłbym jej z tymi ciężarami. Dlatego ugryzłem się w język i bez słowa, czego ona nawet zdawała się nie zauważać, ściągnąłem oba jej pokaźnych rozmiarów bagaże na żwirowe podłoże, stanowiące podjazd i drogę dojazdową do domu.

„Boże, co ona ze sobą zabrała, że to tyle waży?” – pomyślałem, po raz kolejny unosząc ważące chyba z tonę walizki w śmieszny kwiecisty wzór. „Jakież to dziecinne” – stwierdziłem dodatkowo, spoglądając na różowe i białe kwiatki zdobiące te dwa monstra.

– Tylko uważaj, aby nie obdrapać tych piękności – powiedziała nagle, wreszcie łaskawie zauważając, że odwalam za nią tę „brudną robotę”.

Następnie, zupełnie nie zważając na mnie, ruszyła przed siebie, wcale nie przejmując się tonącymi w piasku kółkami walizek, które grzęzły pod wpływem ich ciężaru, na co ledwie się powstrzymałem, by nie chlapnąć jednak czegoś, co prawdopodobnie nigdy nie padło z moich ust w obecności kobiety.

Boże, jak dobrze, że niejaka Mia Rodriguez była tylko zwyczajną klientką, a właściwie rozkapryszoną córeczką klienta, wobec którego byłem naprawdę zobowiązany. W normalnych warunkach takie jak ona od razu eliminowałem na starcie. Jednakże na tę cholerną pyskatą dziewczynę byłem na razie skazany, przynajmniej na kilka długich i pewnie wcale niełatwych tygodni. „Boże, daj mi siły” – pomyślałem, rozzłoszczony.

Wziąłem głębszy oddech i chwytając stabilniej za rączki obu walizek jednocześnie, ruszyłem w stronę domu. Dziewczyna wreszcie uraczyła mnie swym spojrzeniem, zerkając nieznacznie na mnie przez ramię z zupełnie niepotrzebnym, ale wyraźnym triumfem na twarzy, co mnie już naprawdę wkurzało. I w tym właśnie momencie zerwał się wiatr, który wyraźnie wydawał się nasilać już podczas naszej podróży tutaj, zrywając jej z głowy ten okropny kapelusz. Długie, kręcone blond włosy natychmiast rozsypały się na jej plecy i ramiona, a dziewczyna, zaskoczona nagłym podmuchem, próbowała jeszcze przytrzymać to paskudne nakrycie głowy. Niemniej bezskutecznie, bo gigantyczne słomkowe monstrum, nabierając rozpędu na wietrze, lawirowało krótką chwilę nad naszymi głowami, po czym niesione przez wiatr wylądowało w niewielkim, ale mocno zanieczyszczonym stawie, znajdującym się nieopodal domu. Zwyczajnie miałem ochotę roześmiać się jej w twarz, jednakże z nie do końca znanych sobie powodów postanowiłem ukryć zadowolenie na swej twarzy. Rozjuszona dziewucha spojrzała na mnie lodowatym wzrokiem, choć powstrzymała się, ku memu zaskoczeniu, od jakiegokolwiek komentarza.

– Szkoda, był taki… uroczy. – Pozornie starałem się wyglądać i mówić obojętnie, ale najwyraźniej mnie przejrzała, bo jej spojrzenie w jednej chwili wyraźnie ostrzegało, że jeśli się nie zamknę, to wyląduję tam, gdzie jej kapelusz, o ile zdoła mnie tam wepchnąć.

– Kapelusz to kolejny kicz w moim życiu, ale chustkę dostałam od taty – powiedziała nagle, prawie niedosłyszalnym głosem.

Nie miałem pojęcia, że było to dla niej aż tak ważne. Przez moment nawet zrobiło mi się jej żal. I być może już nawet zastanawiałem się, czy nie iść tam i nie wyłowić dla niej tego paskudztwa, ale kiedy znów warknęła na mnie, żebym bardziej uważał z tymi walizkami, od razu zmieniłem zdanie w obawie o to, czy oby ta paskudna baba nie skorzysta z okazji i nie zepchnie mnie ze skarpy, umieszczając tym samym i mnie razem ze swym kapeluszem w zbiorniku ze śmierdzącą na odległość wodą. Gdy wreszcie przestała stwarzać wrażenie, że zaraz się rozpłacze, i dotarła do potężnych dwuskrzydłowych drzwi, od razu złapała za klamkę, jakby liczyła na to, że wrota będą otwarte na przybycie wielkiej pani. Kiedy jednak zauważyła mnie stojącego za swymi plecami i wyjmującego klucze z kieszeni roboczych spodni, skrzywiła się z wyraźnym niesmakiem, jakbym co najmniej jej dotknął brudnymi rękami, które oczywiście, jak całą resztę, miałem czyste. „Co ona sobie, do cholery, myśli? Że jak zajmuję się budowlanką, to jestem jakimś żulem spod wiejskiego sklepu?” – pomyślałem, nieco urażony jej damulkowatym zachowaniem.

Odsunęła się, robiąc mi tym samym przejście, a ja, już bez zbędnego gadania, otworzyłem drzwi. I wtedy po raz kolejny dostrzegłem to dziwne przerażenie na jej niewątpliwie pięknej twarzy. Patrzyła w głąb opustoszałego domu z taką miną, jakby za chwilę miała co najmniej się rozpłakać albo uciec z piskiem. „A może nadal ubolewa nad utratą kapelusza czy nawet samej apaszki?” – pomyślałem, próbując jednocześnie wytłumaczyć samemu sobie jej sprzeczne zachowanie.

Nie wiem, co we mnie nagle wstąpiło, ale odruchowo zapragnąłem ją przytulić. Prawdopodobnie nawet nie zauważyła moich w istocie bezsensownych zamiarów, bo niepewnie przestąpiła próg domu. Może to i lepiej, bo gdy tylko pomyślałem o prawdopodobieństwie wynikających z tego konsekwencji, kiedy to z tego bezbronnego stworzenia przemienić by się mogła w potwora, to uznałem swój pomysł za naprawdę niedorzeczny. Mia rzeczywiście naraz zmieniła się w tę pewną siebie, wyrachowaną istotę, która w jednej chwili, niczym boss bossów, nakazała mi, bym wniósł jej bagaże. Uśmiechnąłem się więc z przekąsem, ale i natychmiast wróciłem na ziemię. Szybko też nakazałem sobie w myślach większą samokontrolę.

„Ta dziewczyna to zło wcielone – pomyślałem, zniesmaczony jej sposobem bycia. – Jezu, daj mi siły…”.

ONA

Patrzyłam z rosnącym z każdą minutą przerażeniem na te wszystkie stare izby, wypełnione chyba jeszcze starszymi meblami. „Dlaczego ojciec wysłał mnie tutaj? – pomyślałam, rozglądając się z obawą po wiekowych pomieszczeniach, na widok których dostawałam gęsiej skórki. – Przecież to istne szaleństwo!”. Wielokrotnie starałam się mu wyperswadować ten według mnie idiotyczny pomysł, ale tata był tak samo uparty i konsekwentny, jak wtedy, kiedy zdecydował za mnie, że muszę znać ojczysty język kobiety, która tylko zwała się moją matką, bo w istocie przestała nią być w chwili, gdy mnie porzuciła. Do tego jeszcze, jakby mało mi było rewolucji w moim życiu, zaplanował jakiś spektakularny remont, a pracownik firmy budowlanej, choć był niezwykle przystojny, działał mi na nerwy.

Potrząsnęłam głową, jakbym w ten sposób miała wyrzucić myśli krążące wokół tego budowlańca i jego, musiałam to wreszcie przyznać, przyciągającej wzrok urody. „Przecież to nawet nie moja klasa społeczna, więc po co sobie nim w ogóle zaprzątam głowę? – niemo pytałam samą siebie. – Ciekawe jednak, gdzie się podział?”. Spojrzałam na rozciągający się za oknem widok i zawiedziona, stwierdziłam, że nie ma jego furgonetki. „Pewnie pojechał po szefa, bo przecież to zapewne nie z nim będę ustalała zakres robót” – pomyślałam, bo taki scenariusz wydawał się najbardziej prawdopodobny. Faktem jednak było, że nie wiedziałam kompletnie nic na temat tego, co miałoby być zrobione w tej ruderze. Tata jak zawsze decydował o wszystkim, a nawet podjął już pierwsze kroki, by przywrócić temu miejscu blask z lat jego rzekomej świetności. A dla mnie najlepszą decyzją w związku z tym walącym się domem byłoby go sprzedać w cholerę albo najlepiej wyburzyć wszystko i wrócić do Barcelony. Nagle zrodzony pomysł bardzo przypadł mi do gustu, choć doskonale wiedziałam, że tata na to nigdy nie pozwoli. Nie potrafiłam jednak zrozumieć jego toku myślenia.

„Jak mógł tak bardzo upierać się przy swojej pełnej skrajności decyzji? – pomyślałam, robiąc po raz kolejny obchód po pustym domu. – Jak był w stanie nadal kochać kobietę, albo raczej jej widmo, która porzuciła go dla innego mężczyzny? Jak mógł wybaczyć jej coś takiego? – zachodziłam w głowę. – Jedno jest pewne: ja jej nigdy nie wybaczę, nawet dziś, kiedy – jak to Polacy mają w zwyczaju mawiać – wącha kwiatki od spodu”.

Wśród wielu pomieszczeń, które zwiedzałam bez celu, znalazłam wreszcie łazienkę i z przyjemnością, a nawet niewyobrażalną ulgą stwierdziłam, że posiadała ona elektryczny bojler na wodę. Wsadziłam więc wtyczkę do gniazdka i po paru minutach odkryłam, że działa, gdyż woda w kranie jakby nieco zmieniła temperaturę. Spojrzałam z niechęcią na porcelanową wannę. Była, co prawda, piękna i bardzo stylowa, w dodatku znakomicie wyprofilowana, na złotych nóżkach, które dodawały jej niepowtarzalności, ale kiedy tylko pomyślałam, że TA KOBIETA doznawała w niej przyjemności, jaką niewątpliwie była kąpiel, to od razu wzbierała we mnie złość. No cóż, tymczasem musiałam wziąć się w garść, bo po wyczerpującym locie zamierzałam z niej skorzystać. Trzeba było jedynie znaleźć jakieś detergenty i porządnie wyszorować to cudo, bo z całą pewnością nie miałam zamiaru nabawić się jakiejś choroby z powodu zarazków, które pewnie czyhają na jego powierzchni. Irracjonalnie pomyślałam również, że muszę też pozbyć się zapachu TEJ KOBIETY, choć prawdopodobnie po tylu miesiącach, które minęły od jej śmierci, było to raczej niemożliwe, by był nadal wyczuwalny.

Mleczko do czyszczenia stało w szafce, pod równie stylową umywalką, pasującą idealnie do wanny. Nalałam więc jego sporą ilość bezpośrednio do wanny i używając jedynej gąbki, którą znalazłam w łazience, zajęłam się gruntownym czyszczeniem emalii. Nie miałam pojęcia, jak długo to robiłam, ale kiedy skończyłam, z przyjemnością stwierdziłam, że woda w kranie jest już gorąca. Wróciłam więc na moment do jednego z pokoi, który po gruntownych obserwacjach wybrałam na swoją tymczasową sypialnię, i wyciągnęłam z walizki duży kąpielowy ręcznik, by na powrót zaszyć się w łazience. Rozebrałam się, a następnie wzięłam długą relaksującą kąpiel. Sama woda albo właściwie pławienie się w niej musiało mi wystarczyć, bo absolutnie nie miałam zamiaru użyć choćby kropelki JEJ płynu do kąpieli. A i gąbkę, która musiała wcześniej należeć do niej, a którą wykorzystałam do czyszczenia, od razu spisałam na straty i po wyszorowaniu wanny niezwłocznie wyrzuciłam do śmietnika.

Po cennych minutach spędzonych w kąpieli poczułam się znacznie lepiej niż na samym początku, gdy tylko przekroczyłam próg tego domu, który dosłownie wydawał się przytłaczać mnie ciężarem swych starych murów. Jednak nie zmieniało to faktu, że i tak czułam się w tym miejscu bardzo obco. A dodatkowo myśl, że ten dworek należał do TEJ KOBIETY, sprawiała, że miałam ochotę kupić bilet powrotny do swego jedynego domu, do Barcelony.

Porządnie wymoczona wyszłam z wanny i nago, z wysoko uniesionym podbródkiem, chcąc w ten swoisty sposób zapewnić samą siebie, że dam radę udźwignąć powierzone mi przez ojca zadanie, którego z niechęcią, ale jednak się podjęłam, albo właściwie, do którego zostałam zmuszona, udałam się do pokoju. Założyłam obszerną koszulkę i bawełniane szorty – pierwsze z brzegu rzeczy, jakie znalazłam w jednej z walizek, które wciąż stały nierozpakowane, zupełnie jakby nadal czekały na moją decyzję o wyjeździe z tego przeklętego miejsca.

Nie mając nic lepszego do roboty, wreszcie przyjrzałam się uważniej pokojowi, w którym się rozgościłam. Sądząc po wystroju, który wydawał się odmienny od pozostałych izb tego domu, nie należał do właścicielki. Dzięki Bogu!

Im dłużej przyglądałam się detalom, tym wyraźniej mogłam stwierdzić, że mieszkał tu jakiś mężczyzna. „Kto wie, może był nim facet, dla którego moja matka rzuciła tatę?” – pomyślałam z tą samą złością, która trawiła mnie od wielu lat. Coś jednak mówiło mi, że to niewłaściwy trop. Chociażby ta stara piłka nożna, leżąca w kącie za łóżkiem, która potencjalnie wskazywała na raczej młodszy wiek osoby mieszkającej niegdyś w tym pokoju. „A może oprócz mnie cudowna mamusia miała jeszcze jakieś dzieci? Może mam brata?” – pomyślałam i potrząsnęłam tylko głową, jakby miało mi to pomóc w zrozumieniu postępowania tej podłej kobiety, na co prawdopodobnie nigdy nie było szans. A już z całą pewnością nie było szans na to, bym to zwyczajnie zaakceptowała.

Nagle usłyszałam warkot podjeżdżającego przed dom samochodu, więc uznałam, że najrozsądniej będzie sprawdzić kto to. Tylko że jednocześnie doszedł mnie dźwięk mojej komórki, więc moją uwagę przeniosłam na leżący na łóżku telefon. Ucieszyłam się, widząc, że to Briana. Odbierając telefon od przyjaciółki, wyjrzałam przez okno. To znów on – przystojny, ale jakże denerwujący budowlaniec.

ON

Pukałem, ale nie otwierała. Zwyczajnie mogłem zaradzić temu jakże mało istotnemu problemowi, jakim była chwilowa niemożność wejścia do domu, ale coś mówiło mi, abym tego nie robił. Rozważałem też możliwość skontaktowania się z panem Federikiem, ale wówczas usłyszałem ją od strony ogrodu.

„Może ma gościa?” – pomyślałem, mocno zaskoczony taką ewentualnością, bo przecież ta dziewczyna zupełnie nikogo tu nie znała. Tylko że do „tych rzeczy” niepotrzebna jest większa znajomość, a ona wyglądała na taką, która szukała przygód. „A może tylko rozmawia przez telefon?” – stwierdziłem przytomnie i z dziwną nadzieją, której jednak nie zamierzałem teraz roztrząsać. Poszedłem więc tam natychmiast i rzeczywiście moje dziwnie niepokojące fantazje wzięły w łeb, bo zauważyłem ją z komórką przy uchu. Stała tyłem do mnie, ale i tak byłem w stanie zauważyć i wyraźnie usłyszeć, jak z ożywieniem rozprawiała z kimś po hiszpańsku. Początkowo pomyślałem, że dyskutuje ze swym ojcem, ale szybko zorientowałem się, że jej rozmówcą nie był pan Federico. Wyraźnie podczas monologu płynącego z ust tej dziewczyny usłyszałem imię Briana. A potem jeszcze mych uszu doszedł jej gardłowy śmiech, który zupełnie mi się nie spodobał, a szyderczy uśmiech nie zniknął z jej twarzy, pomimo że mnie wreszcie dostrzegła. Zupełnie zignorowała moją obecność, wciąż rozmawiając przez telefon.

– Daj spokój, Briana! O jakich facetach ty mówisz? Dopiero przyleciałam, a poza tym raczej nie ma tu nikogo wartego uwagi. No, może poza jednym, cholernie przystojnym budowlańcem, który teraz gapi się na mnie, ociekając śliną na mój widok – powiedziała bezwstydnie, najwyraźniej nadal nie mając świadomości, że rozumiem każde jej słowo. Patrzyła przy tym w moim kierunku, a wyraz jej twarzy i ton jej głosu pozostawały bez zmian, nawet po tym, co właśnie powiedziała.

„Jest chyba gorsza i bardziej niebezpieczna, niż mogłem przypuszczać” – przeszło mi przez głowę.

– Do łóżka? – Dziewczyna kontynuowała rozmowę, wciąż nie zdając sobie sprawy, że mógłbym przecież cokolwiek zrozumieć z jej babskiej paplaniny, choćby poprzez jej niesmaczną gestykulację czy prowokacyjne ruchy jej niewątpliwie seksownego, skąpo odzianego ciała.

„Prawdopodobnie, skoro wzięła mnie za zwykłego robotnika, to nie wzięła pod uwagę, że mogę znać język hiszpański” – stwierdziłem, a ta początkowo irytująca sytuacja coraz bardziej zaczynała mnie bawić, choć i niewątpliwie wkurzać.

– W łóżku pewnie jest świetny – kontynuowała. – Ale już poza nim to chyba nie materiał dla nas. – Tutaj znów się zaśmiała, co wywołało mój niesmak, choć nadal miałem kamienną twarz, pozostawiając ją w słodkiej niewiedzy. – Gdybyś tylko zobaczyła jego mięśnie! Są jak ze stali. Może jednak coś wymyślisz i przyjedziesz do mnie na trochę, to pobawimy się nim, co?

Nie wierzyłem w to, co właśnie usłyszałem! Ona wciąż mówiła o mnie?!

– Dobra, trochę rozpoznam teren, a potem obie się z nim zabawimy. – Zaśmiała się bezwstydnie, pożegnała się, a następnie rozłączyła. – Dlaczego znów nie ma z tobą szefa? – zapytała, już po polsku, gładko zmieniając temat, który, przyznaję, nieco wytrącił mnie z równowagi.

– Na razie będzie się pani musiała zadowolić moim towarzystwem – odparłem chłodno, nie mając zamiaru niczego więcej jej tłumaczyć.

Niemniej musiałem przyznać, że kiedy usłyszałem o jej niecnych zamiarach względem mnie, zrobiło mi się jakoś dziwnie gorąco.

– Jak to? Przecież mój tata nie zostawiłby mnie pod opieką kogoś takiego jak ty? – Dziewczyna nawet nie starała się być miła.

– Wobec tego dalsze pytania proszę kierować już do swego ojca – skwitowałem zdawkowo, na co ona tylko uniosła wyżej swą piękną główkę i ruszyła w głąb domu.

Nie pozostawało mi nic innego, jak w milczeniu podążyć za nią, choć wyraźnie widziałem, jak jej się to nie podoba. Po chwili znaleźliśmy się w głównym salonie, a ona niedbale, jakby od niechcenia, rozsiadła się na starej kanapie. I wtedy jej luźny podkoszulek nieco obnażył jej lewą pierś. A ja, choć nie byłem szczeniakiem, złaknionym widoku nagich cycków, poczułem lekkie zażenowanie tą rozgrywającą się na moich oczach sceną, a właściwie niezwykle prowokującym damskim aktem. Jednak usłyszawszy przed chwilą jej rozmowę z niejaką Brianą, wywnioskowałem, że ta nagle obsunięta część jej garderoby może nie być wynikiem zwykłego przypadku, a ta mała może robić to celowo, by mnie rozproszyć. Dlatego zupełnie ignorując jej wdzięki, usiadłem na wprost niej, ale nie wiedzieć czemu już samo patrzenie na nią nawet z tak znaczącej odległości sprawiało, że po raz pierwszy w życiu nie miałem pojęcia, jak rozpocząć rozmowę.

– Musimy ustalić szczegóły związane z remontem – powiedziałem wreszcie, choć nadal czułem suchość w ustach, spowodowaną jej uwodzicielskim spojrzeniem.

– Może i tak. – Wzruszyła ramionami, na co jej na wpół obnażona pierś zafalowała seksownie, doprowadzając pewną część mego ciała do szaleństwa. – Niemniej nie rozumiem, dlaczego mam o tym rozmawiać właśnie z tobą – odparła zuchwale.

– Nie mnie to analizować – odpowiedziałem krótko. – Uważam jednak, że wygodniej będzie, jak na czas remontu zamieszkam tutaj z panią – przeszedłem do konkretów.

Jej wielkie oczy w tej chwili przybrały kształt maleńkich spodeczków. Zachciało mi się śmiać, bo naraz taki widok wydał mi się uroczy.

– Żartujesz sobie ze mnie? – zapytała nieco piskliwie, jakby w mojej propozycji kryło się coś dwuznacznego albo jakbym co najmniej zaproponował jej dzielenie wspólnego łoża.

– Z tego, co mi wiadomo, zależy pani na jak najszybszym ukończeniu prac remontowych, prawda? – Wciąż patrzyła na mnie, jak na jakiegoś nieznanego jej dotąd stwora albo przybysza z innej planety. – Mieszkam półtorej godziny drogi stąd, więc jeśli miałbym codziennie tutaj dojeżdżać, to, nie sądzi pani, że byłoby to stratą mojego i pani cennego czasu? – dodałem, pytając ją tym samym jednocześnie o zdanie, czym chyba totalnie ją zaskoczyłem.

Nadal patrzyła na mnie, lekko skołowana, wyraźnie analizując, co jej właśnie powiedziałem. Ja natomiast zastanawiałem się tylko, czy w tej chwili rzeczywiście rozważa moją propozycję, czy może z powodu bariery językowej nie do końca mnie zrozumiała. Nawet pan Federico mnie na to uczulił, informując mnie, że Mia nie chwyta czasem niektórych polskich zwrotów. Sam zresztą też miewał takie momenty, które ja osobiście zwałem zawieszeniem, co jest przecież oczywiste u obcokrajowców.

– A nie możesz zwyczajnie zamieszkać w kempi… kemp… i…

– W kempingu? To znaczy w przyczepie kempingowej? – pomogłem jej, choć przez moment z nieznanych mi samemu powodów miałem ochotę dłużej posłuchać tej jej lekkiej zawieszki słownej, bo wydawała się wtedy, dla odmiany, taka zabawna.

– Tak – przytaknęła, potrząsając przy tym lekko głową.

Ten wydawać by się mogło z pozoru zwyczajny ruch sprawił, że nie tylko jej głowa zareagowała na potwierdzenie mojej odpowiedzi, bo naraz krągłe piersi dziewczyny zabujały się nieznacznie, co znów trochę mnie zdekoncentrowało.

– Skoro właśnie tego sobie pani życzy, to jutro sprowadzę przyczepę – odpowiedziałem zwyczajnie, choć poczułem się odrobinę nieswojo.

Osobiście uważałem jednak, że to idiotyczny pomysł, ponieważ dom, w którym wkrótce miałem rozpocząć remont, był tak wielki, że oprócz mnie i tej rozkapryszonej dziewuchy pomieściłby jeszcze kilku innych robotników z mojej ekipy. Nie odważyłem się jednak jej o tym wspomnieć, bo Bóg jeden raczył wiedzieć, jak by zareagowała na tę propozycję. A i może nawet najzwyczajniej w świecie nie miałem ochoty poznać jej opinii na ten temat. Pan Federico oczywiście także nie wyraziłby zgody na to, by moja ekipa zamieszkała tu razem ze mną i jego córką, a poza tym, zważając na rozmowę tej dziewczyny z niejaką Brianą, szybko uznałem, że nie warto aż tak ryzykować.

„Ciekawe, czy pan Federico zdaje sobie sprawę, że jego córka to wstrętna modliszka?” – pomyślałem, patrząc teraz na twarz siedzącej przede mną Mii, która właśnie zdawała się bić z własnymi myślami.

– Zanim sobie pojadę, moglibyśmy jeszcze uzgodnić zakres przebudowy domu oraz inne kwestie związane z pracami remontowymi – zaproponowałem, na co ona znów zmarszczyła nos, a właściwie to chyba lekko wykrzywiła swą naprawdę pełną młodzieńczego uroku twarz, jakby nagle zjadła coś niesmacznego.

– Mój tata uzgodnił to wcześniej z właścicielem firmy, w której pan pracuje, więc proszę jego o to spytać – odparła hardo. – Ja ze swojej strony chciałabym tylko dodać, że chcę, żeby wyrzucić wszystko z tego domu: meble, sprzęty i tak dalej. – Machnęła ręką, jakby chciała tym jednym, pełnym niechęci ruchem w magiczny sposób pozbyć się tego wszystkiego właśnie teraz.

Nie potrafiłem zrozumieć jej nieżyczliwości i wyraźnej odrazy do tego starego dworku. Pan Federico mówił mi, co prawda, że jego córka to trudny przypadek, ale nie sądziłem, że aż tak.

– Proszę jeszcze raz dokładnie przemyśleć, co zechce pani zachować, bo kiedy zamówię kontener na odpady, to już nie będzie odwrotu ani nawet czasu na zmianę decyzji – odpowiedziałem, chcąc jednocześnie dać jej do zrozumienia, jak niedorzecznie albo raczej dziecinnie postępuje.

Spojrzała na mnie wówczas lodowatym wręcz wzrokiem i może chciała mi nawet powiedzieć coś bardziej nieuprzejmego, ale wszystko wskazywało na to, że zabrakło jej słów albo, co było w tej chwili dla mnie samego całkiem niezrozumiałe w jej zachowaniu, przemilczała odpowiedź, gdyż właśnie analizowała moją propozycję. Wystarczyło bowiem tylko na nią spojrzeć, by móc dostrzec, jak biła się z własnymi myślami, ale też jak wielką żywiła urazę do Zofii, poprzedniej właścicielki tego domu. Starałem się nawet ją zrozumieć, ale było to niezwykle trudne, bo dziewczyna oprócz zrozumiałej niechęci do matki miała jeszcze wiele innych cech, albo raczej przywar, których już na pewno nie potrafiłbym, a może nawet nie chciałbym próbować pojąć.

Zrozumiałem jednak wyraźnie, że jej wymowne milczenie na tę chwilę oznaczało jedno – mam spadać. Podniosłem się więc z lekko skrzypiącego krzesła, na co ona od razu zwróciła uwagę, robiąc przy tym te swoje kwaśne miny, i wtedy doszedł nas potężny i jakże niespodziewany grzmot, zwiastujący zbliżającą się burzę. W zasadzie wcześniej nic nie wskazywało na nadchodzącą nawałnicę, choć sama pora roku zupełnie tego nie wykluczała. Teraz jednak było pewne, że właśnie się rozpoczęła. Światło w salonie lekko przygasło, sugerując, że gdzieś w okolicy nastąpiła już niespodziewana awaria, a za oknem wiatr raptownie zaczął przeginać okoliczne drzewa, grożąc ich powaleniem. Kolejny piorun przedarł tak nagle pociemniałe niebo, że aż w domu zrobiło się jaśniej, a jego huk echem rozszedł się po wszystkich pomieszczeniach. Jak nic burza rozszalała się na dobre.

– W takim razie do zobaczenia jutro – powiedziałem i skierowałem się do wyjścia.

Być może nie zdawałem sobie sprawy, co się właśnie działo ani też nie miałem pojęcia, jak szybka jest ta dziewczyna, ale chwilę po tym, jak się z nią pożegnałem, zastąpiła mi drogę, zupełnie jakby chciała mnie wręcz staranować.

– Pojedzie pan teraz, w taką na… wał… nawałkę? – zapytała z przerażeniem.

– Nawałnica nie jest mi straszna – odparłem spokojnie, ale widząc rosnący strach w oczach tej młodej kobiety, sam nie wiedząc czemu, dodałem: – Chciałaby pani, żebym jednak został?

Patrzyła przez bardzo krótką chwilę prosto w moje oczy, a jej spojrzenie naraz obnażyło rzeczywisty stan jej duszy, który jak dotąd usilnie starała się przedstawić całkiem inaczej. „A może to jednak zwykły strach, a może nawet jakaś fobia, a ja od razu dopatruję się w tej zepsutej dziewce czegoś zwykłego, co mogłoby choć odrobinę poprawić jej wizerunek w moich oczach?” – pomyślałem, nieco zbity z tropu nagłą zmianą jej zachowania.

Huk, tym razem jeszcze głośniejszy, ponownie rozległ się w całym domu i nagle wcześniej tylko migoczące czasami światło zgasło chyba na dobre. Wtedy poczułem, że kobieta wpada na mnie, lądując wprost w moich ramionach. Odruchowo złapałem ją, chroniąc tym samym jej rozdygotane ciało przed upadkiem. Drżała na całym ciele i przez moment wydawało mi się nawet, że nie ja trzymam ją tak intensywnie, a ona sama się wtula we mnie jeszcze mocniej.

– Boi się pani burzy? – zapytałem wówczas, nie wypuszczając jej z ciasnych objęć.

– Yo, yo… Dios mio…

Jej zdawkowa odpowiedź była wszystkim, co potrzebowałem teraz usłyszeć, by wywnioskować, że miałem rację. Bez zbędnych tłumaczeń, wciąż mocno oplatając ją swymi ramionami, poprowadziłem ją w głąb domu. O dziwo, ona sama w ogóle nie protestowała, tylko jeszcze bardziej wtulała we mnie głowę, jakby chciała ją skryć w moim torsie, gdy kolejny błysk nieco rozjaśniał nam ciemny korytarz. Wreszcie dotarliśmy na sam jego koniec, a ja bez wahania wprowadziłem ją do zupełnie ciemnego pokoiku. Doskonale pamiętałem, że Zofia kryła się w nim, kiedy za oknami panowała taka pogoda jak dziś.

„A więc coś je jednak łączy” – pomyślałem z nadzieją, że jest jeszcze dla niej jakiś ratunek. Tyle razy się nad tym zastanawiałem, kiedy pan Federico mówił mi o córce, ale teraz dostałem dowód na moje wcześniejsze pytania, które nie raz sobie zadawałem. Zdziwiło mnie jednak to, że kobieta, która w tej chwili wczepiała się we mnie kurczowo, nie protestowała ani w ogóle o nic nie pytała. Wciąż jednak czułem, jak drży, choć wydawało mi się, że jakby trochę mniej niż wtedy, gdy usłyszała pierwsze grzmoty. Posadziłem ją na dwuosobowej kanapie i chciałem jeszcze wrócić do salonu, po jakieś źródło światła, by poczuła się odrobinę bezpieczniej, ale natychmiast złapała mnie za rękę, więc zrezygnowałem ze swoich wcześniejszych planów i już bez słowa dołączyłem do niej.

Zrobiło mi się jakoś dziwnie i niezręcznie, bo sofa, a właściwie jej pokaźnych rozmiarów poręcze powodowały, że siedzieliśmy zdecydowanie za blisko siebie, a nasze ciała niemal się stykały i poczułem jej przyspieszony oddech, a także zmysłowy zapach, który na tę jedną chwilę wręcz odurzał moje rozszalałe raptownie zmysły. Nie miałem pojęcia, czy również poczuła to co ja, ale sutek jednej z jej piersi, którą była do mnie niemalże przyklejona, naprężył się raptownie, a ona sama zaczęła się niespokojnie wiercić. Tę jej cholernie niepokojącą reakcję poczułem niemal natychmiast, i to namacalnie. Tyle że nie jedynie na samym ramieniu, a w swych spodniach. Poprawiłem więc nieco swą jakże niewygodną pozycję, a ona najwyraźniej po raz kolejny musiała to niewłaściwie odczytać. Pewnie pomyślała, że mam zamiar wyjść, bo znów kurczowo uchwyciła się mojej ręki. Dlatego pomimo wcześniejszych oporów przytuliłem ją wtedy jeszcze mocniej, pomimo dyskomfortu, jaki czułem w środkowej części ciała. Bowiem teraz liczyło się jedynie to, że Mia naraz stała się taka bezbronna i wyraźnie potrzebowała mojej pomocy. A ja wiedziałem już, że nie mogę jej zostawić samej w tym stanie…

ONA

Kiedy się obudziłam, dotarło do mnie, że wciąż jestem z tym mężczyzną. Pomimo że nadal nie widziałam jego twarzy, czułam na sobie jego oddech. Chyba spał, bo oddychał spokojnie, miarowo. Burza już zapewne minęła, bo nie dochodziły mnie żadne błyski, przypominające flesze aparatu, ani też nie słyszałam budzących grozę grzmotów, które doprowadzały mnie do stanu niemal psychopatycznego. Nasłuchiwałam jeszcze przez chwilę, aby się upewnić, czy rzeczywiście to piekło już dobiegło końca, wtem naszły mnie myśli, które zarazem niepokoiły i dziwnie uspokajały: „A może mój pozorny spokój był jedynie wynikiem tego, że on był tu ze mną? Ciekawe, jak długo tu byliśmy? I co to za miejsce, do którego ten facet zaprowadził mnie z taką pewnością siebie? Czyżby znał ten dom już wcześniej? A co za tym idzie, może także znał moją… eee… TĘ KOBIETĘ?”.

Rozejrzałam się dokładniej, wysilając jeszcze bardziej wzrok, ale nie wiedzieć czemu nie mogłam dojrzeć nawet najmniejszej strużki światła. „Czyżby nie było tu okien? – pomyślałam, a zaraz na myśl przyszło kolejne pytanie: – Może jesteśmy w piwnicy?”. Pomimo strachu, jaki mną zawładnął w chwili, gdy poczułam realne zagrożenie i chwilowe poczucie zagubienia, nie przypominałam sobie jednak, byśmy schodzili na dół. A z tego, co mi wiadomo, piwnice chyba raczej na ogół znajdują się pod ziemią.

– Już po burzy – odezwał się nagle, a ja aż wydałam z siebie przerażające westchnienie, które prawdopodobnie stłumiło cichutki pisk zaskoczenia. Nie spodziewałam się bowiem, że mój towarzysz niedoli już nie śpi.

– Gdzie my jesteśmy? – zdołałam jednak zapytać, znów próbując dostrzec jego twarz, ale po raz kolejny bezskutecznie.

Panowały tam takie ciemności, że przez moment zastanawiałam się, czy to w ogóle możliwe, abym naprawdę nie widziała nawet najmniejszej poświaty.

– W jednym z pokoi – odparł sennie. – Chyba nie myślała pani, że zaciągnąłem ją do piwnicy, jak jakiś seryjny morderca?

Wydawał się czytać w moich myślach. Niemniej pocieszający był fakt, że wcale nie pomyślałam o nim jak o mordercy. Pomyślałam, co prawda, o piwnicy, ale chodziło mi raczej o coś zupełnie innego…

– Tu nie ma okien? – zapytałam ponownie, zmieniając niewygodny dla mnie temat, a on wydał dźwięk przypominający ziewnięcie.

– Jest jedno, bardzo małe, ale zabezpieczone szczelną okiennicą. Najwyraźniej poprzednia właścicielka bała się piorunów równo mocno, jak pani – odpowiedział, a ja, w tejże właśnie chwili będąc pewną, że już nic mi nie grozi, natychmiast wysunęłam się z jego ramion i wstałam.

– Ja niczego się nie boję – powiedziałam hardo, na co on się tylko zaśmiał cicho, co naprawdę było mi nie w smak.

Już chyba nawet zamierzałam mu nawtykać, ale powstrzymałam się, sama jednak nie wiedząc czemu.

– Zabrzmiało to bardzo poważnie, ale słyszałem już kiedyś bardzo podobny tekst w jednej z piosenek dla dzieci. Ku ścisłości to wiersz Jana Brzechwy – wyjaśnił szybko i również się podniósł, o czym świadczyło skrzypnięcie drewnianej podłogi.

Nie wiem, co sobie myślałam ani dlaczego, ale w tej jednej chwili znów odniosłam wrażenie, że chce mnie przytulić. A może taką miałam nadzieję? Sama nie wiem… Chyba zwariowałam, skoro w ogóle coś takiego przyszło mi do głowy! Jednakże gdy usłyszałam jego kroki, które niewątpliwie zbliżały się do mnie, moje serce zabiło jakby szybciej. Poczułam też dziwne uczucie, może nawet rozczarowanie, bo on jednak nie zmierzał w moją stronę, a do drzwi, które po chwili otworzył, wpuszczając odrobinę jasności, bo wciąż nie można było tego nazwać światłem.

– Poruszasz się tu tak swobodnie, jakbyś znał dobrze to miejsce – stwierdziłam podejrzliwie, wychodząc za nim na wciąż pogrążony w ciemnościach, aczkolwiek znacznie jaśniejszy korytarz.

– Stare domy są do siebie podobne – odparł tylko, puszczając mnie przodem i podążył za mną. – A ja przez ostatnich kilka lat starałem się niejednemu takiemu przywrócić dawną młodość. Widziałem też wiele budowli łudząco przypominających ten dom – wyjaśnił przekonująco, więc postanowiłam zamknąć temat i już go więcej nie wypytywać.

Zwyczajnie uznałam, że nie warto sobie tym zaprzątać głowy. Teraz skupiłam się jedynie na tym, że podążaliśmy w ciemnościach, kierując się prawdopodobnie do salonu. W zasadzie to było tylko takie moje luźne założenie, bo nie miałam pewności, czy idę we właściwym kierunku. I wówczas mężczyzna, który być może właśnie wyczuł moją niepewność, chwycił mnie nagle za rękę (w normalnych warunkach popamiętałby) i skierował w odpowiednie drzwi. Jego pewność siebie powodowała, że po raz kolejny nabierałam podejrzeń, że on jednak musiał już tu być przede mną. Do słuszności swego osądu brakowało mi tylko, aby po wejściu wyjął z którejś z szuflad komody latarkę albo sięgnął po świecę, o której położeniu ja przecież wciąż nie miałam bladego pojęcia. „A co, jeśli jednak moje podejrzenia się potwierdzą i będę w stu procentach pewna, że ten mężczyzna coś przede mną ukrywał?” – pomyślałam wówczas.

Kiedy wreszcie po omacku dotarliśmy do jednego z pokoi, facet puścił na moment moją rękę i wyjął z kieszeni swych spodni jakiś tajemniczy przedmiot, który jednak wcale nie był podobny do latarki. Wprawdzie sączyła się z niego cienka strużka dość mocnego światła, ale swoim wyglądem przypominał raczej jakiś ołówek czy małą świecącą tubkę, choć trudno mi było to właściwie ocenić we wciąż panujących wokół ciemnościach.

– Musimy znaleźć jakieś źródło dodatkowego światła – powiedział spokojnie, najwyraźniej zupełnie nie przeczuwając moich głupich podejrzeń. – Pomoże mi pani?

W normalnych warunkach nie obeszłoby mnie to, że tak mylnie go oceniłam. Być może nawet na samo pytanie, czy też pewnego rodzaju prośbę o pomoc fuknęłabym na niego, co przecież w istocie bardzo do mnie pasowało. Niemniej teraz – nie wiem, może ze względu na niesłuszny osąd, którego chwilę temu się dopuściłam – zrobiło mi się głupio, choć na ogół nie znałam tego zaiste dziwacznego stanu. Naprawdę poczułam się niezręcznie. Zaczęłam więc bez słowa i niemal na oślep szukać jakiejś świecy, bądź czegoś innego, co nadawałoby się do rozświetlenia tego mrocznego pomieszczenia.

– Mam – uprzedził mnie wówczas.

I wtedy dzięki tej małej, niegasnącej strużce światła, sączącej się z jego dłoni, zauważyłam, że trzyma już w ręce mały lichtarz z ogarkiem świeczki. Następnie patrzyłam, jak wyjmuje z kieszeni kolejny przedmiot, tym razem zapalniczkę, aby po chwili rozniecić słaby płomyk, który stopniowo rozświetlał nam odrobinę bardziej ten wielki pokój.

– Zostawię ją pani, a ja tymczasem pójdę sprawdzić bezpieczniki – poinformował, jakby zamierzał tłumaczyć mi każdy swój krok, każdy ruch.

Być może zaczął domyślać się, że go o coś podejrzewam albo może zwyczajnie po moim ataku strachu poczuł się bardziej zobowiązany? „Nie, to niemożliwe” – szybko odgoniłam tę dziwnie łechcącą moje ego myśl. – Po prostu nie doceniłam jego inteligencji i tyle”.

Wyszedł, a ja poczułam się dziwnie samotna albo może wciąż byłam pod wpływem tego niedorzecznego strachu, którego zwyczajnie nie umiałam się wyzbyć ze swego życia. Niemniej znów zaczęłam rozmyślać nad niepojętą opiekuńczością nieznajomego lub może raczej chwilową pustką, którą poczułam, kiedy właśnie wyszedł, zostawiając mnie tu kompletnie samą.

„Chyba oszalałam!? – fuknęłam na siebie. – To przecież niedorzeczne! Ja jestem silną, niezależną kobietą, a nie jakąś tam słabiutką panienką, szukającą męskiego ramienia, na którym może się wesprzeć! – wmawiałam sobie, co zawsze stanowiło pewnego rodzaju podporę mojego pozornie silnego charakteru. – To wszystko przez tę nieprzemyślaną do końca koncepcję ojca, bym przyjechała tutaj sama. Gdyby tylko Briana mogła tu ze mną być…”.

Nagle zapaliło się światło, a po chwili dosłyszałam kroki powracającego do salonu budowlańca. „Tak, budowlaniec – potwierdziłam w myślach. – Ten człowiek to tylko zwykły robol, nikt więcej – powtarzałam sobie, sądząc, że dzięki temu poczuję się pewniej”.

To dlaczego, kiedy tylko wszedł, spojrzałam na niego jak na atrakcyjnego faceta z krwi i kości lub – co gorsza – potencjalny obiekt westchnień?

ON

Zdziwiłem się, kiedy resztę nocy pozwoliła mi spędzić w jej domu. Myślałem, że znów powróci do tematu przyczepy i przepędzi mnie, każąc wrócić z przyczepą kempingową, tak jak upierała się przy tym przed burzą. A tymczasem powiedziała tylko, że to „niedorzekowe”, bym zaprzątał sobie tym jeszcze dziś głowę, czym nieco mnie rozbawiła, koślawiąc to proste słowo, ale i zaskoczyła pozytywnie swą nagłą zmianą decyzji. Powstrzymałem się od śmiechu z powodu jej łamanej polszczyzny, poza tym nie chciałem jej też niepotrzebnie wkurzać. Byłem zaskoczony, bo dziewczyna nagle (choć może mniej świadomie, niżbym tego sobie życzył), zmieniła do mnie nastawienie. Pozwoliła mi nawet wybrać sobie pokój, co już w ogóle nie pasowało mi do jej szorstkiego sposobu bycia. Sądziłem bowiem, że każe mi nocować w tym ciemnym pokoju, który był położony w najbardziej odległej części domu. Tymczasem sprawiała wrażenie może nie tyle miłej, co przyzwoitej i dała mi jakiś wybór, a to był już pewien postęp. Zadziwiła mnie po raz kolejny, kiedy okazało się, że ten, do którego się wybierałem, był już zajęty, przez nią oczywiście. Nie skomentowałem tego, bo i tak wydawało mi się, że ona już coś zaczyna podejrzewać. Pod tą otoczką głupiej blondynki, którą chyba celowo utworzyła wokół siebie, kryła się naprawdę inteligentna młoda kobieta, która tylko ze znanych jedynie jej samej powodów nie chciała, by ją tak postrzegano. Pan Federico wspominał niejednokrotnie, że jego córka ma problemy emocjonalne, ale nie sądziłem, że są one tak wielkie. Teraz po raz kolejny dotarło do mnie, że chyba czekał mnie nieco trudniejszy okres w życiu. Ale wciąż nie traciłem wiary, że jakoś temu podołam. Bywało przecież gorzej…

***

Wstałem bardzo wcześnie, bo musiałem jeszcze pojechać po przyczepę kempingową, którą miałem pożyczyć od jednego z kolegów. O dziewiątej miała się zebrać ekipa, składająca się z pięciu facetów, którym już parę dni temu na wieść o kolejnym zleceniu ręce paliły się do… demolki. Musiałem się więc pospieszyć, bo chciałem tu być z powrotem jeszcze przed nimi, by móc uprzedzić o tym fakcie właścicielkę, która nadal nie miała pojęcia, co już było uzgodnione w związku z remontem. Sprawy jednak nieco się pokomplikowały, ponieważ w drodze powrotnej złapałem gumę. Przekleństwa same cisnęły mi się na usta, kiedy zmieniałem koło, gdyż przed moimi oczami zaczęła się roztaczać wizja Mii, która zupełnie zdezorientowana wpuszcza chłopaków za próg swego domu. Nie wiem jednak, co niepokoiło mnie bardziej: myśl, że dziewczyna wkurzy się na mnie, że jej nie uprzedziłem, czy fakt, że chłopaki będą roić sobie w głowach Bóg wie co, a ja nie będę w stanie temu zapobiec…

Całe szczęście, że pomimo przeszkody, z jaką niespodziewanie musiałem się zmierzyć, zjawiłem się w posiadłości Zofii, a teraz właściwie jej córki, jeszcze przed pojawieniem się chłopaków. Zaparkowałem przyczepę nieopodal dworku, jednakże w znaczącej odległości, gdyż nie chciałem wyjść na jakiegoś natręta. W ogóle postanowiłem, że jeśli mam pracować przez kolejnych kilka tygodni w tym miejscu, to wolałbym uniknąć zbędnych kłótni z jego właścicielką. Odpiąłem więc karawan z zaczepu, zabezpieczyłem go, a następnie przejechałem nieco dalej swoim samochodem, parkując tuż przed wejściem do domu. Wychodząc z auta, dostrzegłem Mię w ogrodzie, jak przechadzała się boso po trawie. Włosy miała w totalnym nieładzie, co dodawało jej chyba jeszcze większego uroku. Ubrana była jedynie w dziwny kawałek materiału, który prawdopodobnie miał jej zastąpić sukienkę, a wyglądał jak skąpy, w dodatku zbyt rozwleczony podkoszulek.

„Takimi szmatami to ja szyby w aucie poleruję – pomyślałem złośliwie. – Znów nie założyła stanika?! – Mój wzrok natychmiast powędrował w stronę swobodnie bujających się pod wpływem ruchów piersi. – Przecież chłopaki nie będą mogli skupić się na pracy i zapewne pożrą ją wzrokiem! A może jeszcze któremuś coś zupełnie innego strzeli do głowy?”. W zasadzie nie powinienem się tym aż tak przejmować, ale sam nie wiem, skąd naraz naszło mnie to niepokojące uczucie. Pan Federico mówił mi, że mam mieć na nią oko, ale przecież nie kazał mi jej niańczyć. Jego córka była dorosła. I poza tym jednym małym napadem strachu, jakiego byłem wczoraj świadkiem, w istocie musiała być twardą babą i chyba najgorszym typem kobiety, jaki w życiu spotkałem. W zasadzie to nawet powinienem się ucieszyć, gdybym na własne oczy zobaczył, jak któryś z moich chłopaków daje jej popalić. Zasłużyła sobie na wycisk od szorstkiego twardziela, który pokazałby jej, gdzie jest miejsce takich jak ona. Ale coś mnie wyraźnie powstrzymywało i nie chciałem, aby ktokolwiek zrobił jej nawet jakąś małą przykrość, choć niewątpliwie na to zasługiwała.

Zdawać by się mogło, że mnie zauważyła, i już nawet miałem do niej pomachać na powitanie, ale ona najwyraźniej miała coś innego w głowie, bo odwróciła się, jakby w ogóle mnie nie poznawała i nachyliła się, udając, że czegoś szuka w trawie. Tymczasem zrobiła to jak zwykle rozmyślnie, świecąc mi teraz tyłkiem przed nosem, na szczęście przyodzianym w skąpe, ale jednak zawsze majtki.