Taka jak ona - Katarzyna Mak - ebook
NOWOŚĆ

Taka jak ona ebook

Katarzyna Mak

4,5

91 osób interesuje się tą książką

Opis

Nieoczekiwane, pełne niedomówień rozstanie. Decyzja, która na zawsze zmienia życie. Zranione uczucia, dwa rozdarte na pół serca i wybór, który całkowicie odmieni przyszłość…


Matt zupełnie nie radzi sobie z nagłym odejściem Liv. Jest załamany i rozgoryczony kolejną nieprzemyślaną decyzją ukochanej, która nagle go opuszcza, pozostawiając po sobie jedynie krótki list. Przy życiu utrzymuje go jedynie fakt, że jest odpowiedzialny za drugiego człowieka – własne dziecko.
Liv odchodzi w tajemniczych okolicznościach. Musi wybierać pomiędzy własnym szczęściem a życiem ukochanej osoby. Wplątana w kolejną intrygę, musi podjąć niezwykle trudną decyzję. Los drwi z niej okrutnie, wpychając ją ponownie w bezwzględny gangsterski świat, z którego być może nie ma powrotu…
Sytuacje pełne zwrotów akcji. Momenty mrożące krew w żyłach. Wzruszające chwile, które nie pozostawiają obojętnym. Dramatyczne zdarzenia, które wywołują rozpacz. I nieszczęśliwe zbiegi okoliczności, które niczym cichy zabójca odbierają to, co najcenniejsze w życiu każdego człowieka – miłość…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Pracownia WV

Fotografia na okładce i grafiki na stronach rozdziałowych

© Nejron Photo|Shutterstock.com|Wikimedia Commons

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Marketing

Anna Jeziorska

[email protected]

Wydanie I, Chorzów 2021

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609, 664 330 229

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER SA

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

dystrybucja.liber.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2020

tekst © Katarzyna Mak

ISBN 978-83-7835-834-3

Miłość jest jak nasionko leśne,

z wiatrem szybko leci, a gdy drzewem w sercu wyrośnie, ty tylko chyba

razem z sercem wyrwać je można…

Henryk Sienkiewicz

Poszukującym miłości…

Prolog

Stałem przed oknem i wlepiałem martwy wzrok w rozciągającą się przed moimi oczyma panoramę Nowego Jorku. Mijały godziny, które stopniowo zamieniały się w dni, a te z kolei przemieniały się w tygodnie, a ja nadal wraz z pierwszymi promieniami słońca czy zupełnie jak teraz, wraz z zapadającym zmrokiem, stawałem przed tą olbrzymią taflą szkła i beznamiętnym wzrokiem patrzyłem w dal. Powtarzałem tę czynność systematycznie, by wreszcie dotarło do mnie, że list, który mi zostawiła Liv, nie był żadnym pieprzonym żartem, by powoli zrozumieć, że moja jak dotąd niezachwiana wiara w to, iż kiedyś wreszcie ujrzę za oknem jej drobną sylwetkę, jest zwyczajną ułudą. Bo tego, że Liv odeszła na zawsze byłem już niemalże pewien. A przecież jeszcze raptem wczoraj, a może nawet dzisiejszego poranka, usilnie starałem się wierzyć, że zdarzy się ten cholerny cud, a ona stanie w drzwiach mojego mieszkania…

Spojrzałem raz jeszcze w dal, próbując skupić się na grze świateł połyskujących z ulicy, i wtedy to zauważyłem. Gładka tafla szkła, przed którą tkwiłem już od dłuższego czasu, wciąż nosiła ślady jej palców, odciski warg, czy, mógłbym przysiąc, resztki oddechu, który wraz z innymi śladami tworzył tajemniczą, zmysłową poświatę… Przymknąłem powieki i natychmiast odtworzyłem w głowie obraz gorącej sceny, która całkiem niedawno miała miejsce właśnie tu. Kochałem się z Liv przy tym oknie, obracając ją tyłem do sobie, opierając jej dłonie o zimne szkło, wbijając się w nią zachłannie, rytmicznie, raz po raz. Uwielbiałem stan, w którym się znajdowałem tylko przy niej. Ona czuła to samo. I kochała mnie całym sercem…

– Tu jesteś? – doszedł mnie głos Megan, która nagle wyrosła za moimi plecami. – Sammy pyta, czy mu poczytasz do snu?

Starłem ukradkiem samotną łzę toczącą się po moim nieogolonym policzku, a następnie odwróciłem się niechętnie w stronę Meg i, nawet na nią nie spoglądając, przeszedłem obok, kierując się wprost do jednego z pokoi, który tymczasowo stał się pokojem mojego syna. Megan uparła się, że na czas mojej nieoficjalnej żałoby zamieszka u mnie wraz z naszym synem. Nie oponowałem, choć nie ukrywam, że w takiej chwili wolałbym być sam. Niemniej nie mogłem nieustannie unikać kontaktu z ludźmi, zwłaszcza z własnym dzieckiem, dzięki któremu codziennie rano miałem motywację, by wstać z łóżka.

Byłem w kiepskiej formie. Nie pracowałem od wielu tygodni. Większość obowiązków zrzuciłem na Toma i Ruth. Wiem, to egoistyczne, ale dzięki Bogu rozumieli mnie i nie mieli mi tego za złe. Tom okazał się szczególnie pomocny. Był naprawdę niezastąpiony. Dwoił się i troił, mogłem liczyć na niego dosłownie w każdej kwestii. Był moją prawą ręką i to właśnie on teraz zarządzał moją firmą. Ja, niestety, wciąż nie byłem w stanie nią kierować. W zasadzie byłem w tak fatalnym stanie, że trudno było nawet szacować, kiedy znów będę mógł wypełniać swoje obowiązki. Niejednokrotnie o tym myślałem, ale niezmiennie dochodziłem jedynie do wniosku, że być może już nigdy nie będę tym samym, pewnym siebie człowiekiem, rekinem biznesu. Rekin biznesu…

Na wspomnienie tego, kiedy Liv nazwała mnie grubą rybą, poczułem ucisk w żołądku. Pamiętam, że wtedy to jej dość dziwaczne określenie odrobinę mnie rozbawiło, ale także sprawiło, że pewne sprawy zacząłem widzieć inaczej. Przez moment popatrzyłem na stojącą na wprost mnie dziewczynę jakby przez pryzmat własnego życia, poprzez skalę mniejszych lub większych sukcesów i porażek. Pamiętam, że w ułamku sekundy przeanalizowałem dotychczasowe osiągnięcia, które nagle stały się zupełnie nieistotne, zastanawiając się nad sensem własnego życia. I właśnie tamtego dnia po raz pierwszy spojrzałem na tę osobliwą dziewczynę jak na kobietę. Pamiętam, że poczułem się z tym… dziwnie, bo dotąd pewnie nigdy nie obejrzałbym się za kimś takim na ulicy.

Wtedy chyba nawet jeszcze nie podejrzewałem, że się w niej zakocham, co ku własnemu zaskoczeniu wkrótce odkryłem. A teraz? Teraz czułem już tylko żal i ból. Straszny, dojmujący, docierający do każdego zranionego zakamarka mojego ciała, nie mając nawet grama pewności, czy kolejnego dnia jego skala znów nie wzrośnie, urastając do gigantycznych rozmiarów, których nie będę w stanie dłużej udźwignąć. Tak bardzo za nią tęskniłem…

– Tatusiu, miałeś mi poczytać. – Moje rozmyślania przerwał zniecierpliwiony Sam, który leżał w swoim łóżku i czekał, aż się do niego przyłączę.

– Już, szkrabie…

Westchnąłem i sięgnąłem po kolorową książeczkę, leżącą na nocnej szafce, po czym jak co wieczór położyłem się na skraju łóżka, zagarniając syna ramieniem. Sam natychmiast wtulił się we mnie i w zasadzie zanim przeczytałem pierwszą stronę, odpłynął w krainę snów. Uśmiechnąłem się, spoglądając na błogość wymalowaną na jego dziecięcej twarzyczce. Odłożyłem książkę, zacisnąłem powieki, zupełnie jakbym wierzył, że dzięki temu także i ja zasnę, wtuliłem twarz w jego czuprynkę, a po moich policzkach popłynęły długo tłumione łzy…

Zupełnie nic z tego nie rozumiałam. Nie pojmowałam, w jakim celu wzywano mnie do biura notarialnego. Przecież matka przed śmiercią dopełniła wszelkich formalności i przepisała na mnie cały swój majątek. Niewiele tego było. Kawalerka w centrum miasta i kilka bezwartościowych gratów, które stanowiły jej wyposażenie. Swoją drogą, zupełnie nie pojmowałam, dlaczego tak dała się wyrolować temu swojemu ostatniemu mężowi. Gość był dziany, więc mogła uszczknąć odrobinę więcej dla siebie. To do niej niepodobne, musiałam to przyznać po raz kolejny. Nie znałam jej zbyt dobrze, bo przez lata trzymała mnie na dystans, ale wiedziałam doskonale, że z każdego poprzedniego związku, a było ich kilka, potrafiła wyciągnąć znacznie więcej.

Odkąd sięgałam pamięcią, matka kolekcjonowała majętnych mężczyzn, ale formalnie tylko czterech z nich udało się jej zaciągnąć do ołtarza. Osobiście żadnego nie polubiłam. Tolerowałam, bo nie wypadało inaczej, ale trzymałam na dystans. Pierwszego z nich, do którego matka zdawała się żywić największe uczucie i sentyment, nigdy nie poznałam. W zasadzie niewiele o nim wiedziałam. Chyba tylko tyle, że był pierwszym facetem mojej matki. Rzekomo mieszkał w Stanach. Mama z sobie tylko znanego powodu unikała rozmów o nim. Nie pojmowałam tego, bo o innych swoich kochankach mówiła często i dużo. Jedyne więc, co mi przychodziło do głowy, to myśl, że być może matka rzeczywiście darzyła prawdziwą miłością tamtego faceta i mówienie o nim sprawiało jej ból. Nie, to do niej niepodobne. Ona nie umiała kochać.

Może oceniałam ją zbyt surowo, ale inaczej nie potrafiłam. Matka bowiem każdego ze swoich amantów początkowo zdawała się darzyć najszczerszym uczuciem, by w rezultacie bardzo szybko każdego z nich znienawidzić. Nie osądzałam jej, ale osobiście uważałam, że winę za taki stan rzeczy ponosiła ona, a nie jej mężowie, co próbowała mi wmówić za każdym razem, kiedy finalnie dochodziło do rozwodu bądź rozstania. Nieraz zadawałam sobie pytanie, dlaczego nie potrafiła na dłużej zatrzymać przy sobie żadnego mężczyzny. Odpowiedź była prosta. Matka zbyt dużo od nich oczekiwała, sama mając do zaoferowania tak niewiele. Nigdy jej nie rozumiałam, bo i nie znałam jej zbyt dobrze. Odkąd skończyłam sześć lat, stale tłukłam się po szkołach z internatem, gdzie zakonnice trzymały rygor. Może to i dobrze? Może dzięki temu nie wyrosłam na równie kochliwą i nieodpowiedzialną istotę, jak ona? Chciałam być inna, odpowiedzialna i niezależna. I byłam. Interesowały mnie tylko konkrety. Zabawa w miłość i romanse, które mojej matce zrujnowały życie, to nie moja bajka.

Ostatnie miesiące życia matki nie były dla niej zbyt szczęśliwe. Czuła się bardzo samotna. Pomimo niechęci, którą z wielu powodów ją darzyłam, próbowałam zapełnić tę pustkę w tych ostatnich dniach jej egzystencji. Odwiedzałam ją regularnie, dbałam o nią bardziej niż ona kiedykolwiek dbała o mnie, ale to zdawało się nie wystarczać. Samotność i pustka aż biły z jej spojrzenia. Mogłam zrobić wiele, ale temu, niestety, zaradzić nie potrafiłam. By być bliżej niej w tym trudnym dla nas obu okresie, zmieniłam nawet pracę, sporo przy tym ryzykując. Nowe stanowisko bowiem wymagało ode mnie większego zaangażowania. Musiałam się też nauczyć dzielić czas pomiędzy obowiązki służbowe a bycie córką. Chwilami miałam ochotę rzucić to wszystko w cholerę i się poddać, ale czy potem byłabym w stanie spojrzeć w lustro? Harowałam jak wół i odwiedzałam matkę tak często, jak tylko się dało. W zasadzie robiłam wszystko, by umilić jej jakoś czas, jaki jej pozostał. Nie mogłam postąpić inaczej, bo miała tylko mnie.

Kiedy mama dowiedziała się, że ma ostatnie stadium raka, kazała się umieścić w domu opieki społecznej. Nie rozumiałam jej decyzji, nie ja jedna zresztą. Dyrekcja placówki, którą sama wybrała, także. Oponowali, słusznie twierdząc, że miejsca dla osób z takimi dolegliwościami należy szukać w hospicjum. Finalnie jednak ją przyjęli. W zasadzie nie mieli powodu, by tego nie zrobić. Matka co miesiąc zasilała ich konto sporą sumką z emerytury. Świadczenie emerytalne, które otrzymywała po zmarłym nagle wojskowym, z którym to akurat, na własne szczęście, była dopiero na początku ścieżki rozwodowej, było naprawdę imponujące. Trudno więc się dziwić, że znalazło się dla niej wolne łóżko w DPS-ie.

Na szczęście matka w tych ostatnich dniach nie czuła bólu. A może cierpiała, tylko zaciskała zęby? Odkąd pamiętałam, była bardzo uparta i dumna. O tak, nie znałam bardziej honorowej osoby. Nie pojmowałam, dlaczego taka była, zwłaszcza że przecież do nikąd ją to nie zaprowadziło. Matka z pewnością umiała świetnie grać, bo to, że przez całe życie była wyśmienitą aktorką, było oczywiste. Więc może zwyczajnie właśnie tak zaplanowała ostatnią rolę życia? Chwilami naprawdę nie wiedziałam, co myśleć, a nawet co robić. Jedyne, co mogłam, to stać z założonymi rękami i czekać na jej śmierć.

Martwiłam się. Czasem nawet obwiniałam siebie, że nie robię wszystkiego, co powinnam, by pomóc jej przejść przez ten najtrudniejszy okres w życiu każdego człowieka. Często wmawiałam sobie, że robię zbyt mało, że nie powinnam godzić się na to, by matka swoje ostatnie chwile spędzała w takim miejscu. Ale ona była najbardziej upartą osobą, jaką znałam i byłam pewna, że na nic by się zdały moje wszelkie próby odwiedzenia jej od tego, co postanowiła. Niemniej miewałam mieszane odczucia. Pocieszający był jedynie fakt, że opieka medyczna świadczona w tejże placówce dla niej była wystarczająca. Nigdy na nic się nie poskarżyła, na nic nie narzekała, choć miała naprawdę niełatwy charakter. Może rzeczywiście było jej tam dobrze?

Przychodziłam do niej codziennie, aż do dnia, kiedy odkryłam, że łóżko, które dotąd zajmowała, stoi puste…

– Zapraszam, pani Elżbieto. – Drzwi biura notarialnego otworzyły się i stanął w nich postawny mężczyzna, który zaprosił mnie do środka.

Westchnęłam cichutko. Nadal nie wiedziałam, po co zostałam tu wezwana i trochę mnie to stresowało…

Część I

1.

Megan zachowywała się co najmniej dziwnie, a już na pewno inaczej niż dotychczas. Dotrzymywała mi towarzystwa, ale nie była przy tym nachalna, co dotąd było jej największą wadą. Zresztą nie ona jedna budziła we mnie mieszane odczucia. Mama, która nigdy mi się nie narzucała, teraz przychodziła tu niemal codziennie. Gotowała nam, sprzątała, robiła zakupy, choć wielokrotnie prosiłem, by zajęła się własnymi sprawami. O mnie dbała przesadnie, co z czasem zaczynało mnie coraz bardziej irytować. Odwykłem od tego, nie byłem przecież dzieckiem. Czasem czułem się skrępowany jej obecnością i nadmierną troską do tego stopnia, że miałem ochotę jej to wykrzyczeć prosto w twarz. Nigdy jednak nie powiedziałem jej tego wprost, nie chcąc zrobić jej przykrości, ale miałem już naprawdę dość tego jej matkowania. Chyba jednak coś zaczynała podejrzewać, bo ostatnio jej regularne wizyty skracały się do wyznaczonego przez nią niezbędnego minimum.

O dziwo, ojciec, z którym ostatnio moje stosunki wyraźnie się oziębiły, również bywał u nas niemal codziennie. Nie rozumiałem tego. Przecież doskonale wiedziałem, jak nie znosił Liv. Nawet się z tym nie krył, a teraz próbował mi wmówić, że mi współczuje. Sądziłem, że on jeden będzie zachowywał się inaczej. W zasadzie nie wiem, na co liczyłem. Może łudziłem się, że pozostanie obojętny na moje nieszczęście i że będzie zachowywał się tak, jak gdyby nic się nie stało? Nic bardziej mylnego. Ojciec także dołączył do grona osób, które próbowały mnie uszczęśliwiać na siłę. A może to ja, pogrążony w rozpaczy i tęsknocie, zupełnie zwariowałem, dopatrując się w zachowaniu każdej z tych bliskich mi osób Bóg wie czego?

– Potrzebujecie czegoś? – zapytał ojciec.

Dopijał właśnie kawę w towarzystwie mojej byłej żony. Świetnie się ostatnio dogadywali.

Nie odpowiedziałem. Przecież była z nim Meg, która ostatnio zachowywała się jak przykładna żona i wzorowa synowa. Mogła więc zrobić to za mnie. Megan ostatnimi czasy naprawdę nadawała na tych samych falach z moim staruszkiem. Nie byłem pewien, ale dziś wyjątkowo chyba się o coś posprzeczali, bo Meg wyraźnie zachowywała dystans.

Już wcześniej Megan, będąc jeszcze moją żoną, choć dzielił nas już zaledwie krok od rozwodu, nagle nawiązała świetną relację z moim ojcem. Sądziłem wówczas, że ich przyjacielskie stosunki są wynikiem mojego związku z Liv, któremu oboje byli przeciwni. Myślałem, że zawarli taką dziwną komitywę przeciw wspólnemu wrogowi. Teraz jednak Liv zniknęła…

– Matt? A ty niczego nie potrzebujesz? – zapytał ojciec po wymianie zdań z moją byłą żoną.

Nie wiedziałem dokładnie, o co pytał ani czego konkretnie dotyczyła tocząca się jeszcze przed chwilą pomiędzy nimi rozmowa, bo nie przysłuchiwałem się jej zbytnio. Pomimo że byłem tu ciałem, duchem wciąż przemierzałem ulice Nowego Jorku, niebezpieczne Halletts Point czy most Waszyngtona.

Spojrzałem na ojca, przyłapany na tym, że go w ogóle nie słuchałem.

– Pytałem, czy potrzebujesz czegoś ze sklepu. Nie wiem, może masz na coś ochotę?

– Nie – odparłem sucho.

– Możesz nas na chwilę zostawić samych, Meg? – powiedział wtedy i nim zdążyłem się całkowicie ocknąć, matki mojego syna już z nami nie było. Poszła do pokoju Sammy’ego. – Musimy pogadać, synu.

– Ale o czym? – spytałem zrezygnowanym głosem. Naprawdę nie miałem ochoty na rozmowę, a już zwłaszcza na taką, w której miałem uczestniczyć jedynie w roli słuchacza.

– Matt…

Ojciec podszedł do mnie i położył mi ręce na ramionach. Ostatni raz zrobił tak, kiedy szedłem na egzamin SAT. Doskonale pamiętam ten dzień. Byłem zestresowany, bo pomimo że wkuwałem od kilku miesięcy, nagle w tę ostatnią noc pomyślałem, że nic nie umiem. Wtedy, zupełnie jak teraz, podszedł do mnie podczas śniadania, które ledwie tknąłem, położył ręce na moich barkach i zapewnił, że wszystko będzie dobrze. Wówczas mu uwierzyłem, a teraz…? Nawet niech nie próbuje mi wciskać tych wszystkich bredni!

– Musisz wziąć się w garść.

– A myślisz, że co próbuję zrobić od tygodni? – zapytałem drwiąco.

– Nie obraź się, Matt…

Nie podobał mi się taki wstęp. Gdyby nie stał przede mną ojciec, któremu należał się szacunek, pewnie uciąłbym tę rozmowę na starcie. Niestety, przez wzgląd na należny mu szacunek miałem związane ręce i pozostawało mi jedynie zaczekać na finał tej beznadziejnej rozmowy.

– Z moich obserwacji wynika, że ty wcale nie próbujesz się podnieść czy choćby nawet odrobinę dźwignąć z tego, co cię spotkało. Ty stale wypatrujesz powrotu tamtej dziewczyny. Zupełnie jakbyś wierzył, że ona wciąż żyje i że pewnego dnia do ciebie wróci.

Przymknąłem powieki, dusząc w sobie złość, którą wywołały słowa ojca. Naraz w dupie miałem szacunek! Jeśli się nie zamknie…

– Matt, synu…

Strąciłem obie jego dłonie i odsunąłem się. Ledwie się powstrzymałem, żeby nie schwycić ojca za ramiona i nim nie potrząsnąć. Zamknąłem oczy i zacząłem odliczać. To na ogół pomagało, ale nie dziś. Poczułem, że drżę, co oznaczało, że jestem u kresu wytrzymałości. Usłyszałem głośne westchnienie ojca, które było dowodem na to, że najwyraźniej mimo wszystko nie spodziewał się takiej mojej reakcji. Ale nie obchodziło mnie to. Może i byłem niewdzięcznikiem, może nawet wyrodnym synem, ale miałem w… nosie, co sobie o mnie właśnie pomyślał.

– Spójrz prawdzie w oczy – kontynuował, czym doprowadził mnie do szału. Spojrzałem na niego z pretensją, na którą nawet nie zareagował. – Ona odeszła i już nigdy nie wróci. Co musi się jeszcze wydarzyć, żebyś to wreszcie zrozumiał i zaczął żyć jak dawniej? – spytał, a w moich żyłach zawrzała krew.

Znów zmrużyłem oczy, zaciskając dłonie w pięści. Jeszcze przed chwilą miałem ochotę potrząsnąć ojcem, a teraz… Teraz miałem ochotę potraktować go znacznie gorzej. Musiałem jednak się powstrzymać. Jakim byłbym synem, gdybym teraz rzucił się z pięściami na własnego ojca? Przymknąłem powieki i zrobiłem głęboki wdech. Ta rozmowa budziła we mnie skrajne emocje, ale musiałem się opanować. Było mi cholernie trudno powstrzymać buzującą we mnie złość, ale nie miałem wyjścia. Z tej kolejnej niezwykle trudnej próby musiałem wyjść z twarzą.

– Nie zrozum mnie źle. Nie mówię, że od razu musi być tak jak dawniej. Nie mam też na myśli Megan.

Spojrzałem na niego podejrzliwie. Zanim Liv odeszła, sądziłem, że ojciec pragnie, żebyśmy się zeszli, a tymczasem całkowicie zmienił nastawienie do tego tematu. Ciekawe, co się za tym kryło?

– Jesteś jeszcze młody. Znajdziesz sobie kogoś. Kogoś, kto na ciebie zasługuje…

– Tato, zamknij się, do cholery!

Nie wytrzymałem. Jak śmiał?! Jak mógł mówić mi coś takiego, wiedząc, jak ważna dla mnie była i nadal jest Liv?! Poza tym wciąż insynuował, że ona na mnie nie zasługiwała! Jak mógł, do cholery?!

– Matt… – Ojciec ponownie chwycił mnie za ramiona. Jednak tym razem uścisk jego palców był bardziej stanowczy, zdecydowany, a mnie podobało się to coraz mniej. – Zacznij żyć. Jeśli potrzebujesz pomocy specjalisty…

– Nie, tato! Nikogo nie potrzebuję – warknąłem i odsunąłem się, jakbym obawiał się, że dłużej nie zdołam się powstrzymywać i podniosę na niego rękę. – Właściwie potrzebuję – wyszeptałem zrozpaczonym, zdławionym z emocji głosem. – Potrzebuję tylko jednej osoby. Liv…

– Musisz wreszcie zrozumieć, że ona nie wróci, synu. – Naprawdę wolałbym, aby wreszcie zamilkł. On jednak nie zamierzał tego zrobić. Powinienem przywyknąć. Ojciec zawsze lubił mieć ostatnie zdanie. – Ona nie żyje, Matt. Przyjmij to wreszcie do świadomości. Im wcześniej w to uwierzysz…

– Uwierzę, kiedy zobaczę jej grób bądź urnę z prochami! – Ledwie zdołałem to z siebie wyrzucić. Przecież to była ostatnia rzecz w życiu, którą chciałem oglądać. Na samą myśl pękało mi serce.

– Synku…

– Zostaw mnie. Chcę zostać sam…

Nie mogłam uwierzyć… Gdzieś na drugim końcu świata przez cały ten czas, kiedy tułałam się po internatach, a matka bawiła się w nowe związki, miałam rodzinę. I to nie jakichś tam dalekich krewnych, tylko prawdziwego ojca i siostrę… Jeszcze nie wiedziałam, co zrobić z tą wiedzą, ale musiałam przyznać, że idąc do notariusza, brałam pod uwagę różne scenariusze, na przykład kolejny spadek, może nawet pod postacią długu – przecież takie chore prawo obowiązywało w naszym kraju i słyszałam od innych, że przytrafiało się to znajomym ich znajomych – ale czegoś takiego nie wyśniłabym sobie nawet w najbardziej niewiarygodnym śnie. Naiwnie sądziłam, że już nic mnie w życiu nie zaskoczy, ale, jak widać, byłam w błędzie, nie po raz pierwszy zresztą. Gdzieś za oceanem miałam rodzinę. I to wcale nie był jakiś tam wyimaginowany sen, tylko realia pod postacią aktu notarialnego, listu i ukrytej w nim prawdy o mnie. List, na który tylko rzuciłam okiem, napisany był po angielsku. Początkowo tego nie rozumiałam, ale myśląc o krewnych za wielką wodą, nagle dostrzegłam w tym pewną logikę.

Córciu, jeśli czytasz ten list, mnie już nie ma na tym świecie…

List został napisany stosunkowo niedawno. Matka była wówczas bardzo chora i przyjmowała leki, po których nie do końca była sobą. To był ciężki okres dla nas obu. Przerzuty, które zaatakowały jej organizm, rozsiały się aż do mózgu, przez co chwilami wydawała się niepoczytalna. Przerażała mnie czasem, zwłaszcza kiedy nazywała mnie Olivią i głaskała po włosach, jak małą dziewczynkę. Wtedy jeszcze brałam to za objaw choroby czy efekt uboczny leków, ale i na to było jakieś sensowne wytłumaczenie. Teraz powoli wszystko stawało się jasne.

Nigdy Cię o nic nie prosiłam, przecież wiesz…

Tak, to prawda. Jak również to, że w zasadzie nie miała mnie o co prosić. Przecież od samego początku dokładnie zaplanowała moje życie, nie pytając mnie nawet, czy tego właśnie chciałam, czy nie. Nieraz zastanawiałam się, jaki miała w tym cel. Czasem głupio ją tłumaczyłam, że decydując za mnie w wielu kwestiach, po prostu chciała dla mnie lepszego życia, bo jej własne zdawało się zupełną porażką. Może się łudziłam, ale matka chyba naprawdę wierzyła, że jeśli odizoluje mnie od własnego świata, sprawi, że stanę się szczęśliwsza. Sama nie wiem. Może była w tym jakaś logika, co nie zmieniało faktu, że niejednokrotnie miałam do niej o to żal. Poza tym choć byłam na nią wściekła, to również najzwyczajniej w świecie za nią tęskniłam. Bardzo. Potrzebowałam jej, jak córka matki. Potem jednak, kiedy dorosłam na tyle, by wyłączać zbędne emocje, nauczyłam się żyć bez niej i jej rzeszy kochanków, którzy, ilekroć bywałam w domu, patrzyli na mnie wilkiem bądź w bardziej obrzydliwy i odpychający sposób.

Teraz jednak zrobię to po raz pierwszy w życiu. Elżuniu…

Boże, jak ja nie cierpiałam, kiedy zwracała się do mnie w ten sposób! Nie można prościej, na przykład „Elu”? Nie mogłam zrozumieć, dlaczego wybrała mi takie staroświeckie imię zamiast jakieś Pauliny, Natalii czy nawet Olivii. Tak właśnie nazwała moją siostrę. Tyle na wstępie powiedział mi notariusz. Olivia. Ładnie. Nie to co Elżbieta. Staroświecko i niemodnie.

Sprzedaj kawalerkę po mnie i pojedź do Stanów. Odszukaj Paula, o ile w ogóle żyje. Może przy odrobinie szczęścia nie zachlał się na śmierć.

Pokręciłam z niedowierzaniem głową. Zawsze taka była – bezpośrednia aż do bólu. Powinna mieć na drugie imię „Wredota”.

Zresztą któż to może wiedzieć. Słyszałam od Maxwellowej, z którą jeszcze kilka lat po moim odejściu utrzymywałam kontakt listowny, że rozpił się okropnie. Abstynentem nigdy nie był, ale kiedy z nim byłam, nie pił bez opamiętania. A może Maxwellowa przesadzała? Nie wiem, kochanie. Już sama nie wiem. Przecież gdyby było tak, jak mówiła, to pewnie opieka zabrałaby mu córkę… Ale z drugiej strony, jaki miałaby w tym cel Maxwellowa, żeby mnie oszukiwać? A może chciała mnie wziąć na litość? Swoją drogą, muszę przyznać, że dziwię się jej, że wytrzymała w takich warunkach przez tyle lat. W dodatku te jej bachory. Wiesz, córuś, ona już trójkę dzieci miała, a z czwartym w ciąży chodziła, kiedy ja wyjeżdżałam. Ja nie byłam taka jak ona.

– Z pewnością – bąknęłam pod nosem.

I nie zamierzałam marnować swojego życia u boku zgrai dzieciarów i człowieka bez ambicji, który tylko ciągnąłby mnie na dno.

Każde kolejne słowo czytałam z coraz większym niedowierzaniem. I wcale nie chodziło mi o to, że sama marzyłam o posiadaniu męża i „zgrai bachorów”. Nic z tych rzeczy. Ceniłam swoją wolność. Po prostu nie podobał mi się sposób, w jaki matka wyrażała się o ludziach, którzy kiedyś byli jej bliscy.

Swoją drogą, pewnie zastanawiasz się, dlaczego odchodząc od Twojego ojca, właśnie Ciebie zabrałam, a nie ją?

„Oszalała?! Jak mogła poruszać takie kwestie? Nie, to nie matka. Przemawiała przez nią choroba i niepoczytalność” – próbowałam ją usprawiedliwiać.

Nie wiem. Po prostu musiałam dokonać wyboru i już. Paul uparł się, że nie odda mi Was obu. Musiałam więc wybierać. I padło na Ciebie.

Nie wiem, na co liczyłam. Że mnie kochała bardziej? Dobrze chociaż, że nie dodała czegoś o wyborze dokonanym metodą wyliczanki, bo chyba bym tego nie zniosła i porwała na strzępy ten cholerny list!

Wszystko odbyło się formalnie, przez sąd. Podzieliliśmy się Wami i po kłopocie. Ty pojechałaś ze mną, a Olivia została z ojcem.

Nie zważając na misterny makijaż, jaki starannie robiłam każdego ranka, przecierałam z niedowierzaniem oczy. Co prawda wciąż nie wiedziałam, czym jest cały ten instynkt macierzyński i w najbliższych latach nie zamierzałam się o tym przekonywać, ale po prostu nie mogłam uwierzyć, że moja matka była zdolna do czegoś takiego! I jeszcze pisała o tym tak beztrosko…

Jak już mówiłam, sprzedaj majątek po mnie i jedź do Nowego Jorku. Zacznij szukać właśnie tam. Paul pewnie nadal mieszka w Halletts Point. Dokładny adres zapisałam na odwrocie.

Rzeczywiście. Na odwrocie listu widniał odręcznie napisany adres.

Wiesz, w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że myślimy o błędach i o tym, jak możemy je naprawić. Mnie na takie przemyślenia wzięło odrobinę za późno… Ale Ty, córeczko, możesz temu zaradzić. Możesz pomóc mi zaznać spokoju, którego szukałam przez całe życie.

Fuknęłam rozeźlona. Co ona sobie myślała, że będę latać po świecie i naprawiać błędy jej młodości? Aż bałam się pomyśleć, co matka przez lata mogła jeszcze przede mną ukrywać i czego jeszcze mogła ode mnie zażądać.

Pojedź do Nowego Jorku i odszukaj swoich krewnych. Poznaj siostrę i przeproś ją w moim imieniu. Wytłumacz jej, że mój wybór był przypadkowy…

Zabolały mnie jej słowa. Czyżby po latach żałowała, że to akurat mnie wzięła ze sobą? Czy uważała, że jestem pozbawiona uczuć i nie wyczuję jej zawahania, kryjącego się w tych kilku zdaniach…?

Złożyłam kartkę na pół i schowałam do torebki. Nagle jakoś zabrakło mi odwagi, by przeczytać choćby słowo więcej.

2.

– Nie radzimy tu sobie bez ciebie, Matt. – Usłyszałem w słuchawce głos Toma, któremu towarzyszyło ciche westchnienie. – Wiesz, że nie dzwoniłbym do ciebie i nie zawracałbym ci głowy, gdyby tak nie było, prawda?

Oczywiście, że o tym wiedziałem. Na Tomie zawsze mogłem polegać. Nigdy mnie nie zawiódł, nigdy nie oszukał. Ufałem mu bezgranicznie. Chyba tylko naiwnie wierzyłem, że obarczanie go swoimi obowiązkami i odwlekanie powrotu do normalności coś zmieni w moim martwym, pozbawionym sensu życiu. Odkąd Liv odeszła, nie pracowałem. Zdalnie wykonywałem tylko najpilniejsze sprawy służbowe. Prawie nie wychodziłem z domu. Nawet Sammy’ego do i z przedszkola prowadziła Megan. Nie opuszczałem apartamentu, bo wciąż uparcie wierzyłem, że pewnego dnia Liv stanie w drzwiach mojego mieszkania i wszystko będzie jak dawniej. Tkwiłem w miejscu w obawie, że mogę coś przegapić.

– Tom, przepraszam…

– Matt, nie przepraszaj mnie, tylko wracaj do nas, zanim sytuacja zupełnie wymknie się spod kontroli. Mamy tu naprawdę poważny problem.

Spojrzałem niechętnie we własne odbicie w lustrze. Wyglądałem fatalnie. Tak też zresztą się czułem. Marne wytłumaczenie. Niemniej aż do dziś sądziłem, że skoro nawet nie wychodzę z domu, to nie muszę o siebie jakoś przesadnie dbać.

– Daj mi godzinę – odezwałem się wreszcie i zakończyłem połączenie.

Stałem przed lustrem jeszcze dłuższą chwilę i zastanawiałem się, od czego zacząć. Wyglądałem naprawdę koszmarnie. Moją twarz szpecił kilkudniowy zarost, a cienie pod oczami dodawały jej upiorności. Włosy aż prosiły się o wizytę u fryzjera. A cała reszta? Lepiej nie mówić.

Wziąłem długi prysznic, ogoliłem się i wyjąłem z szafy jeden z szytych na miarę garniturów. Schudłem, bo ten wisiał na mnie, jak tandetny zestaw z sieciówki. To było do przewidzenia, bo nie dbałem o siebie. Mało jadłem, prawie nie spałem i nie uprawiałem sportu, co jeszcze do niedawna robiłem dość regularnie. Nie miałem do tego głowy. Moje myśli wciąż krążyły wokół Liv. Uparcie wierzyłem, że do mnie wróci, choć jak dotąd nie miałem od niej żadnych wieści.

Wychodząc z domu, poczułem wyrzuty sumienia. Powinienem tam zostać. Powinienem czekać, trzymać wartę. Ale przecież nie mogłem być w obu miejscach jednocześnie. Liv zrozumie. Jednak na wszelki wypadek zostawiłem jej na stole kartkę…

***

Sytuacja w pracy rzeczywiście wyglądała nie najlepiej, ale na szczęście nie była fatalna. Z pomocą Toma udało mi się jakoś ogarnąć najgorszy bałagan. Byłem mu wdzięczny za cierpliwość i poświęcenie, ale to zdawało mu się już nie wystarczać. Nie żalił się, ale nawet w jego spojrzeniu mogłem dostrzec, że jest zmęczony i przygaszony. A to nie chodziło w parze z wydajną pracą i dobrze prosperującym interesem. Zbyt wiele zrzuciłem na jego barki, naiwnie wierząc, że sam da sobie radę ze wszystkim. Jednak nie było innego wyjścia – musiałem się otrząsnąć.

Jeszcze przed wyjściem z firmy umówiłem się do fryzjera. Skoro miałem wrócić do życia, to najpierw musiałem doprowadzić do porządku swój wygląd, bo ten pozostawiał wiele do życzenia. Nawet Ruth, która w przeszłości przesadnie się mną interesowała, nagle nabrała do mnie dystansu, co dawało mi do myślenia. Zaniedbałem się, ale akurat brak zainteresowania ze strony płci przeciwnej był mi bardzo na rękę. Potrzebowałem spokoju. Dawniej lubiłem, gdy kobiety mnie adorowały, ale to minęło, kiedy w moim życiu pojawiła się Liv. Wtedy zupełnie zmieniło się moje nastawienie do tego tematu. Teraz jednak, już nie dla innych, a dla samego siebie, musiałem się ogarnąć i bardziej o siebie zadbać. Musiałem to zrobić także dla niej. Przecież kiedyś wróci – wierzyłem w to usilnie. Tylko ta myśl sprawiała, że byłem w stanie dalej żyć, oddychać, czuć i wierzyć, że jeszcze wszystko będzie dobrze.

Po raz kolejny czytałam ten sam list i nadal nie mogłam uwierzyć w jego treść. To były ostatnie słowa mojej matki, a właściwie jej ostatnia wola. Nie miała prawa mnie o nic prosić, a już na pewno nie o to! Nie po tym, jak była dla mnie tylko matką na papierze, a ja tułałam się od internatu do internatu, na akademiku skończywszy. Tak naprawdę matka nie interesowała się mną aż do chwili, kiedy zupełnie zaniemogła i znalazła się w DPS-ie. Wtedy obudził się w niej macierzyński instynkt? Jak dla mnie, odrobinę za późno.

Zerknęłam raz jeszcze na list, który leżał przede mną na stole, i potrząsnęłam głową. Nie potrafiłam zrozumieć, jak matce mogło się wydawać, że naprawdę może żądać ode mnie niemal wszystkiego. Sam fakt, że poprosiła mnie, abym sprzedała tę jej żałosną kawalerkę, jakoś wcale mnie nie zdziwił. Lubiła rządzić i sądziłam, że nawet w obliczu nadchodzącej śmierci będzie chciała coś na mnie wymusić. Wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby pieniądze z jej sprzedaży kazała mi przekazać na jakąś fundację. Ona zawsze miała szalone pomysły. Być może dlatego uparła się, abym leciała do Stanów i szukała swojej siostry. Przecież, cholera, nawet jej nie znałam, kompletnie nic o niej nie wiedziałam, więc jak w ogóle miałabym ją rozpoznać?! Matka oczywiście w tym swoim pożegnalnym liście twierdziła, że nie będę miała z tym najmniejszego problemu, ale jak zwykle była przy tym tajemnicza.

Nie miałam ochoty nigdzie jechać, zwłaszcza do obcego kraju, do obcych ludzi. Co prawda w Polsce ostatnio działy się takie dziwne rzeczy, że niejednokrotnie rozważałam emigrację. Na pewno jednak nie w aż tak odległe strony. Rozważałam Szwecję, może Anglię, a nie Stany i Nowy Jork. Przecież tam trzeba mieć wizę, a ja nie miałam nawet pojęcia, jak się o nią ubiegać i czy w ogóle ją zdobędę.

Nie, nigdzie nie jadę! Matka przed śmiercią postradała rozum, ale ja nie dam się wciągnąć w to szaleństwo.

***

A jednak to zrobiłam. Złożyłam wniosek o wizę. To jeszcze nie przesądzało sprawy, bo musiałam poczekać na decyzję, ale poczułam się inaczej, jakby zdjęto ze mnie jakiś ciężar. I pomimo że nadal nie wiedziałam, jak potoczą się sprawy, odetchnęłam z ulgą, bo od paru tygodni stale nie dawało mi to spokoju. W zasadzie nie powinnam się tym tak przejmować, ale ostatnia wola matki jakoś bardzo ciążyła mi na sercu. Co prawda nie podjęłam jeszcze ostatecznej decyzji o wyjeździe do Nowego Jorku, ale ta wydawała się już tylko kwestią czasu, gdyż nawet pomimo drzemiącego we mnie buntu już postępowałam według instrukcji mamy i nawet sprzedałam mieszkanie, tak jak mi nakazała. Zaczęłam też się rozglądać za inną pracą. Właściwie to na razie przeglądałam tylko poradniki zza oceanu, które podpowiadały, jak odnaleźć się w Ameryce tuż po przyjeździe. Byłam dobrze wykształcona, więc z tym akurat nie powinnam mieć większego problemu. Znałam biegle trzy języki i dotąd piastowałam stanowisko menedżera do spraw reklamy w jednej z prestiżowych firm w Poznaniu.

No i był jeszcze Adrian, ale… Nasz związek kulał już od dłuższego czasu, więc uznałam, że nie ma co szukać na siłę dodatkowych wymówek. I jeśli już tylko zdecyduję się na ten wyjazd, to Adrian będzie pierwszym, a zarazem ostatnim, któremu pomacham na pożegnanie. Pozostawała już więc tylko kwestia podjęcia ostatecznej decyzji…

3.

– Pobawisz się ze mną, tatusiu?

– Jasne – odparłem, mierzwiąc włosy mojego synka i jednocześnie zerkając wymownie na Megan. – Biegnij do pokoju, wyjmij pudło z klockami, a ja zaraz do ciebie przyjdę. Tylko najpierw porozmawiam z mamusią.

Sam natychmiast zrobił, o co go prosiłem. Mój syn to bardzo mądre i posłuszne dziecko. Jego matka mogłaby się od niego uczyć, bo, jak widać, Meg nie zamierzała przestrzegać reguł, które od samego początku jasno określiłem, kiedy pozwoliłem jej tu zamieszkać. Mogła tu być, na czas nieokreślony, ale na moich zasadach, które, niestety, wciąż łamała.

– Dlaczego wyrzuciłaś kolejny liścik? – spytałem, kiedy tylko mój syn zniknął za drzwiami swojego pokoju.

Byłem zły, że Megan wciąż wtrącała się w moje prywatne sprawy. Nie miała prawa wyrzucać liścików, które codziennie rano przed wyjściem do pracy pisałem do Liv na wypadek jej powrotu. Chciałem, żeby wiedziała, że cały czas tu na nią czekałem, gdziekolwiek byłem. A Megan nie miała prawa się tu rządzić ani też niczego na siłę zmieniać!

– Matt, masz poważny problem. Powinieneś udać się do specjalisty…

Spojrzałem na nią spode łba. Na co jeszcze sobie pozwoli?! Jak śmiała?! Może i miałem problem, nie przeczę – prawdopodobnie każdy na moim miejscu by go miał. Przecież straciłem kobietę, którą kochałem całym sercem. Odeszła, zostawiając po sobie jedynie list, którego treść znałem już na pamięć. Niemniej uparcie wierzyłem, że Liv pewnego dnia wróci. Nie było dnia, bym za nią nie tęsknił i o niej nie myślał. Nigdy nie przestałem wierzyć…

– Problem to będziesz miała ty, jak skończy mi się cierpliwość i każę ci się stąd wynosić – odburknąłem.

– Matt…

Meg podeszła do mnie, a ja spojrzałem na nią krzywo. Na szczęście zachowywała dystans, bo nie zniósłbym jej dotyku czy jakichś tandetnych sztuczek. Megan była piękną, pewną siebie kobietą, a ja od tygodni żyłem w celibacie, więc wolałem zachowywać wszelkie środki ostrożności.

– Nie atakuj mnie. Chcę ci tylko pomóc.

– Sądzisz, że robiąc mi na przekór i wyrzucając moje wiadomości do Liv, pomagasz mi?

Nagle dotarło do mnie, że być może uczepiłem się tych liścików, bo traktowałem je jak swoistą terapię na swój ból i narastające poczucie winy. Tak, obwiniałem się za odejście Liv, bo obiecałem być jej podporą i zrobić dla niej wszystko, a kiedy los wystawił nas na próbę, nie potrafiłem jej pomóc, gdy ona tego najbardziej potrzebowała.

Meg dotknęła mojego policzka. Cholera, jak dawno nikt nie dotykał mnie w ten sposób. Mimowolnie przymknąłem powieki, czując nagromadzone we mnie od tygodni emocje. Moja skóra zawrzała, krew szybciej popłynęła w żyłach… Kiedy jednak dotarło do mnie, że ten przyjemny prąd wywołała kobieta, której nie kocham, otworzyłem oczy i niezwłocznie się odsunąłem.

– Nie rób tego nigdy więcej – poprosiłem mocno przejętym, aczkolwiek zdecydowanym głosem, a już po sekundzie wstałem od stołu, obróciłem się na pięcie i poszedłem do syna.

Poczułem, że moje ciało dygoce. Nie umiałem jednak jednoznacznie sprecyzować, co odpowiadało za mój stan, ani nawet jasno określić, jaki przekaz skrywały moje słowa. Może były kolejną prośbą, aby Meg nie dotykała nie swoich rzeczy? A może czując to przyjemne mrowienie na skórze, które wywołał jej dotyk, ponownie próbowałem wznieść mur, postawić granice, które ona stale przekraczała? A może rzeczywiście problem był znacznie większy, niż byłem w stanie się do tego przyznać? Chyba już sobie nie ufałem. Od tygodni byłem jak tykająca bomba, a skutki jej wybuchu mogły mieć opłakany finał dla nas wszystkich.

***

Cały wieczór przesiedziałem z Samem w jego pokoju. Wmawiałem sobie, że nadrabiam stracony czas z synem, ale prawda była taka, że unikałem kontaktu z Meg. Nie chciałem już się z nią kłócić. Nie zamierzałem ponownie dopuścić do sytuacji, w której znów będzie mi wmawiała szaleństwo. A może się oszukiwałem? Może unikałem swojej byłej żony jak ognia, bo nagle przeraziło mnie to znikome uczucie, które poczułem w chwili, gdy pogłaskała mój policzek?

Kiedy mój syn zasnął, poszedłem pod prysznic. Oczywiście przezornie zamknąłem drzwi na klucz. Nie ufałem Meg, a w tej chwili chyba także nie ufałem sobie. Byłem nabuzowany i podejrzewałem, że gdyby Megan napatoczyła się na mnie właśnie teraz, poszedłbym z nią do łóżka, czego bym potem żałował.

Wszedłem do kabiny, odkręciłem kurek z ciepłą wodą i wystawiłem twarz w stronę deszczownicy. Ciepłe strumienie szybko zajęły moją twarz, miękko spływając po barkach i powoli obejmując resztę mojego spiętego ciała. Było mi dobrze, ale niewystarczająco, bym poczuł upragnioną błogość. Mój nieużywany instrument właśnie się obudził i aż się prosił o pieszczoty. Spojrzałem w dół i zawahałem się. Nie byłem pieprzonym małolatem i dotąd nie musiałem onanizować się pod prysznicem. Problem w tym, że moje życie z dnia na dzień zostało wywrócone do góry nogami, a sytuacja stała się wyjątkowa. Jeszcze do niedawna byłem szczęśliwie zakochany, a wcześniej żonaty, a i przedtem prowadziłem aktywne życie seksualne. A teraz? Teraz poczułem zew, zwyczajną potrzebę. „Przecież to proste” – próbowałem przekonać samego siebie. Gdy miałem piętnaście lat, robiłem to, wgapiając się w plakat Pameli Anderson, a takich rzeczy się nie zapomina.

Chwyciłem penis i zacząłem go pocierać. Poczułem błogość, ale już na tym etapie wiedziałem, że to nie wystarczy. Wtedy zacząłem wyobrażać sobie Liv. Nasz wspólny pierwszy raz. Ależ ta dziewczyna na mnie działała. Przyspieszyłem ruchy dłoni, a wspomnienia sięgnęły kolejnych upojnych chwil spędzonych w ramionach mojej kobiety. Liv na karimacie, na dywanie w salonie, pod prysznicem. Liv przyparta do ściany w windzie… Jęknąłem cicho, jednocześnie nie przestając się stymulować. Byłem już tak blisko… Znów przywołałem wspomnienie jednego z rozkosznych obrazów, kiedy moja Liv leży przede mną rozciągnięta na kuchennym blacie, a ja pieprzę ją jak szaleniec. Moje palce zacisnęły się mocniej na fiucie, a z gardła raz po raz zaczęły wydobywać się nieartykułowane dźwięki. Jeszcze chwila, sekunda…

– Matt? – Nagle doszło mnie wołanie zza drzwi łazienki.

– Ja pierdolę! – warknąłem, natychmiast otwierając oczy i wypuszczając z ręki nabuzowaną erekcję.

– Nie chcę ci przeszkadzać, ale potrzebuję skorzystać z toalety…

Omal mnie, kurwa, szlag nie trafił! Kiedy kupowałem to mieszkanie, nie miało dla mnie większego znaczenia, że ma tylko jedną łazienkę. Byłem przecież sam. Nawet nie przyszło mi do głowy, że ta sytuacja zmieni się wkrótce i to w tak radykalny sposób.

Zakręciłem wodę, chwyciłem gruby ręcznik, którym przepasałem biodra, po czym wyszedłem z kabiny, a chwilę potem z łazienki. Nawet nie spojrzałem na stojącą przed drzwiami Megan, choć wiedziałem, że ona patrzyła na mnie. A właściwie poczułem jej pełzający wzrok na moim fiucie, który wciąż nieznośnie sterczał pod ręcznikiem. Jak zwyczajny tchórz obróciłem się na pięcie, a po chwili zniknąłem w swojej sypialni.

Adrian chyba po raz pierwszy, odkąd byliśmy parą, dziś stanął na wysokości zadania. Kupił mi kwiaty, co zdarzało mu się naprawdę rzadko, zaprosił do kina, potem do restauracji. Całkiem sporo jak na jeden raz. Sushi było pyszne. Jemu chyba również smakowało, bo zjadł podwójną porcję. A może wierzył, że dzięki temu osiągnie więcej w łóżku? W zasadzie niczego takiego nie planowaliśmy. Miało być miło, tylko pożegnalna kolacja, nic więcej. Widząc jednak błysk w jego oczach, pomyślałam, że pożegnalny seks też może być całkiem fajny.

– Będę za tobą tęsknił – wyszeptał w moje usta, zdejmując ze mnie sukienkę. – Mam nadzieję, że wrócisz prędko, bo będę tu bez ciebie usychał – dodał, sięgając do moich majtek.

Nie wierzyłam w ani jedno jego słowo. Adrian był typem macho. Zdobywał panienki, bawił się nimi, przebierał w nich. Słynął z tego. Kiedy się poznaliśmy, również miałam być dla niego zabawką na jedną noc. Nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że byłam typem kobiety, która bierze, co chce i kiedy ma na to ochotę. Przeciągnęłam więc naszą znajomość, a jego reputację nagle szlag trafił. Cóż, bywa…

– Jak bardzo będziesz tęsknił? – Już droczyłam się z nim, ocierając się o jego penis.

Lubiłam seks, ale nigdy nie związałam się na poważnie z żadnym facetem. Po co komplikować sobie życie? Chyba słusznie uważałam, że wystarczy tylko czerpać z niego garściami. Seks był przyjemną formą spędzania wolnego czasu, a taki bez zobowiązań smakował najlepiej.

– Bardzo – stęknął, popychając mnie na łóżko i wsuwając się we mnie. – Mam nadzieję, że ty również zatęsknisz za mną w tej Ameryce – dodał, poruszając się we mnie coraz śmielej.

Wypchnęłam biodra. Chciałam poczuć go w sobie głębiej. Lubiłam dobrze się zabawić. A że to miała być pewna forma pożegnania, oczekiwałam znacznie więcej, a i sama chciałam też dać coś od siebie. Oplotłam nogami jego wąskie biodra, a dłońmi zachłannie docisnęłam jego pośladki. Poczułam pierwsze dreszcze, kiedy nagle przyspieszył. Jęknęłam głośno w jego usta, którymi już spijał słodycz z moich warg. To znów na niego podziałało. Błyskawicznie zmienił pozycję, przerzucając mnie na kolana i wbijając się we mnie od tyłu. Doskonale wiedział, jak lubię tę pozycję. Czułam go wtedy bardzo głęboko, aż do samego końca. Tak było i teraz. I wystarczyło kilka precyzyjnych pchnięć, a szczytowałam, głośno wykrzykując jego imię.

4.

Kolejną noc nie mogłem zmrużyć oka. Powodem mojej bezsenności tym razem nie były tylko prześladujący mnie co noc obraz Liv, jej żywe wspomnienie i tęsknota, która dusiła mnie w piersiach, powodując niemal fizyczny ból, a mój sterczący penis. Meg jak zwykle miała wyczucie czasu i przerwała mi w chwili, gdy niemal dochodziłem. Najgorsze jednak było to, że prawdopodobnie miała świadomość tego, w czym mi przeszkodziła. Chyba nawet słyszała moje ciche jęki. Nie spojrzałem na nią, ale mimo to wydawało mi się, że Megan pożerała mnie wzrokiem. Wiem, zachowywałem się dziecinnie, szybko się stamtąd oddalając. Przecież nie byłem tchórzem. Ale męczyła mnie świadomość, że gdybym uległ swojej byłej żonie – bo to, że zrobiłbym to, gdybym został tam choćby sekundę dłużej, było niemalże pewne – zdradziłbym Liv. A tego z pewnością nie chciałem. Przecież wciąż uparcie wierzyłem, że powrót Liv jest tylko kwestią czasu. Nieustannie wyobrażałem sobie, jak staje w drzwiach mojego mieszkania, jak biorę ją w ramiona, tulę, całuję…

Potarłem twarz, porzucając marzenie, które tylko potęgowało mój niepokój, a ten niemal stale od wielu tygodni nie dawał mi wytchnienia. Może rzeczywiście oszalałem? Niejednokrotnie próbowali mi to wmówić ojciec i Megan, więc i ja zacząłem zadawać sobie coraz częściej to pytanie. Jednocześnie wiedziałem, że dzięki tej myśli, tej głębokiej wierze, że jeszcze kiedyś wezmę Liv w ramiona, byłem w stanie co dzień wstawać z łóżka, jeść, jakoś funkcjonować, więc zupełnie nie obchodziło mnie zdanie innych. Musiałem mieć nadzieję, że Liv wróci, bo bez tego moje życie nie miało sensu. Wiem, egoista ze mnie. Mam syna, a bycie rodzicem zobowiązuje do czegoś więcej niż użalanie się nad własnym losem. Ale mając przed oczami starego Evansa, który tonął pogrążony w rozpaczy, ciągnąc za sobą Liv, nie zamierzałem popełniać takich samych błędów i skazywać własnego dziecka na życie, na jakie nie zasłużyło. Świadomość, że Liv odeszła na zawsze, zapewne sprawiłaby, że nie miałbym nic do zaoferowania własnemu synowi. Pozostawało mi więc trzymać się kurczowo tej ostatniej nadziei, bo bez niej zwyczajnie nie istniałem.

***