Garść miłości, okruchy szczęścia - Katarzyna Mak - ebook

Garść miłości, okruchy szczęścia ebook

Katarzyna Mak

4,5

Opis

Helena, trzydziestolatka po rozwodzie, po rozstaniu z mężem nie potrafi na nowo ułożyć sobie życia. Zraniona, wykpiona przez los, bezskutecznie stara się zapomnieć o przeszłości. To jednak okazuje się niezwykle trudnym zadaniem, bowiem wszystkie znaki na niebie i ziemi, w tym nawet jej własna matka, pokazują kobiecie, że nie poradzi sobie w pojedynkę. Kiedy już zaczyna wierzyć, że nic dobrego jej nie spotka, spontanicznie decyduje się na samotny wyjazd na polskie wybrzeże. Tak trafia do Międzyzdrojów – miasta, które urzeka ją swoim niepowtarzalnym klimatem. Odnajduje tam urokliwy, choć nadszarpnięty zębem czasu hotel Bałtyk i mężczyznę, którego z wielu względów powinna się wystrzegać…

Filip to bawidamek, facet niezwykle wpływowy, majętny i… zupełnie pozbawiony zasad. Jednak to właśnie on wielokrotnie ratuje nieporadną Helenę z tarapatów, co sprawia, że ona, kobieta o nieposzlakowanej reputacji, ląduje w ramionach największego podrywacza w mieście. Między parą, która wręcz się nie znosiła, wybucha płomienny romans. Poukładana dotąd mężatka za sprawą wyrafinowanego kochanka wkroczy w świat, który pozostawał jedynie w sferze jej fantazji. Natomiast Filip na moment zapragnie zatrzymać na dłużej jedną kobietę, w dodatku dojrzałą i nawet nie w jego typie, co go totalnie zaskakuje. Czy pożądanie i pasja wystarczą, by połączyć tych dwoje?

Kiedy pewnego dnia w ręce Heleny trafia wiekowy pamiętnik, kobieta z wypiekami na twarzy śledzi historię zapisaną na jego pożółkłych kartach. Wkrótce jednak love story, które przed laty rozegrało się w hotelu Bałtyk, łamie jej serce. Odkrywa bowiem tajemnicę, która nie powinna ujrzeć światła dziennego, i uświadamia sobie, że nie może rozpalać namiętności, która połączyła ją z Filipem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 437

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Pracownia WV

Fotografia na okładce

© Inara Prusakova | shutterstock.com

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Marketing

Anna Jeziorska

[email protected]

Wydanie I, Chorzów 2020

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER SA

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.liber.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2020

tekst © Katarzyna Mak

ISBN 978-83-7835-803-9

…i że Cię nie opuszczę aż do śmierci.

Kochanie, tę książkę dedykuję wyłącznie Tobie.

Nie dlatego, że jesteś jej pośrednim sprawcą,

ale dlatego, że kocham Cię nad życie.

Marzę o  tym, by spędzić z  Tobą kolejne ćwierćwiecze, a  jeśli los będzie dla nas łaskawy, to kolejne i  kolejne… Wszystkiego najlepszego, Misiu ♥.

Przedmowa

Nigdy tego nie robię, ale ta książka pod wieloma względami jest dla mnie szczególnie ważna. Pierwszym z nich jest okrągła rocznica ślubu, którą wraz z moim ukochanym mężem obchodzimy 7 października. Data ta to również dzień premiery tejże książki. Ale nie jest to ostatni powód, dla którego postanowiłam do Was napisać…

Dwa lata temu na rocznicę wybraliśmy się z mężem do Międzyzdrojów. Początkowo miałam pewne obawy co do wyboru miejsca na ten szczególny dla nas dzień. Dla mnie morze to lato i lejący się z nieba żar, plażing, ale mój mąż nie jest ciepłolubny. To jedna z wielu dzielących nas różnic, które wbrew pozorom scalają nasze małżeństwo. Pomyślałam: co mi tam, jedziemy! Tak trafiliśmy do Międzyzdrojów — miasta, które jako jedno z nielicznych najbliżej położonych wciąż tętniło życiem, mimo pory roku. Los chciał, że zaparkowaliśmy nieopodal starego hotelu Bałtyk… Nie pamiętałam tego obiektu, choć przed laty byłam w Międzyzdrojach niejednokrotnie. Niemniej jedno spojrzenie, jedno westchnienie… i przepadłam. W mojej głowie natychmiast pojawił się zarys fabuły i jej bohaterów. Po tygodniu ponownie zjawiliśmy się Międzyzdrojach, a już po kilku dniach historia zaczęła żyć na stronicach książki…

Prolog

Filip

Międzyzdroje, 1996

Patrzyłem w morze. Spienione kilkumetrowe fale rozbijały się z hukiem o filary molo, wiatr targał bezlitośnie moje włosy, ale ja nie drgnąłem ani o milimetr. Wciąż jej wypatrywałem. Wierzyłem, że wróci. Przecież skoro mnie kocha, to wróci, prawda?

A jednak wciąż jej nie było…

Helena

Gorzów Wielkopolski, 2001

– Ale mamuś…

– Żadne ale!

Matka, która na ogół bywała nadopiekuńcza, poprawiła moją szpitalną kołdrę. Właściwie to nie była żadna kołdra, a sztywny, wykrochmalony kawałek zielonego materiału, którym okryte było moje ciało. I pewnie nie było na nim żadnego, najmniejszego choćby zagięcia, ale cóż, taka już była mama… Następnie pogłaskała mnie po policzku, unikając jednak mojego spojrzenia, a po chwili nerwowo wygładziła swoją na ogół idealnie gładką fryzurę – ciasny kok, zaczesany na karku. Zawsze tak robiła, ilekroć coś ją trapiło.

– Teraz musisz odpoczywać. Straciłaś dużo… sił – dodała po krótkiej chwili zawahania, wyraźnie unikając słowa „krew”.

Pomimo utrzymującego się lekkiego otępienia, które musiało być spowodowane narkozą, moje myślenie wydawało się już wracać do normy i być stosunkowo logiczne. Co prawda wciąż wyraźnie odczuwałam skutki leków przeciwbólowych i innych świństw, którymi mnie nafaszerowano, ale byłam już całkiem świadoma tego, co się ze mną działo. Doskonale pamiętałam słowa lekarza z SOR-u, kiedy na wpół przytomną przewożono mnie na blok operacyjny: „Pilnie potrzebna jest krew! Grupa…”.

I te pełne strachu, ukradkowe spojrzenia rodziców… Zresztą nadal je wymieniali.

– Dobrze, mamuś – odpowiedziałam wreszcie zmęczonym i nieludzko schrypniętym głosem, który zdawał się nie należeć do mnie.

Dziś nie zamierzałam suszyć matce głowy ani żądać jakichkolwiek wyjaśnień. Dzisiaj bowiem moje powieki dosłownie kleiły się jak u zmęczonej całodniową zabawą dziewczynki, choć okres pieluch miałam już dawno za sobą.

– Ale zostaniesz tu ze mną jeszcze przez chwilę? Dopóki nie zasnę? – Ziewnęłam przeciągle.

– Oczywiście, córuś – odpowiedziała i posłała mi pełen matczynej miłości uśmiech.

Rozdział 1

Filip

Międzyzdroje, 1996

Pierwsza dziewczyna zaliczona! Byłem z siebie dumny jak nigdy dotąd. Co prawda miałem z tym niemały problem, ale nauczyłem się improwizować. Naoglądałem się pornosów i ogólnie wiedziałem co i jak. Ale – jak się okazało – w rzeczywistości to nie to samo. Całe szczęście, że laska nie była dziewicą, bo prawdopodobnie poległbym na starcie i wyszedłbym na największego idiotę. Byłem przecież tak napalony, że ledwie włożyłem, a już… poooleciało. Z niedoświadczoną laską byłoby mi znacznie trudniej. Ale – jak to mawiają – trening czyni mistrza.

Zaliczę jeszcze kilka lafirynd, to i sięgnę po wyższy kaliber. Kręcą mnie te wypindrzone małolaty. Te ich niewinne spojrzenia i rumieńce… Nauczę się nad sobą panować, trochę podszkolę technikę, a potem stanę się największym łamaczem kobiecych serc. O niczym nie marzę bardziej.

Helena

Gorzów Wielkopolski, 2001

Nazajutrz przeniesiono mnie z oddziału intensywnej terapii na oddział chirurgii ogólnej. Czułam się już znacznie lepiej. Ból w podbrzuszu niemal już minął. Jeszcze odrobinę bolała mnie głowa, ale pielęgniarki mówiły, że to normalne po narkozie. Rana po cięciu operacyjnym szczypała, ale można było wytrzymać. Poza tym lekarze zapewniali, że i ta dolegliwość wkrótce zupełnie ustąpi. Napomknęli nawet, że jeśli nie będzie żadnych komplikacji, to jeszcze dziś wieczorem postawią mnie na nogi.

„Ufff, to dobrze” – pomyślałam. Marzyłam o tym od chwili, gdy dostrzegłam ten paskudny woreczek uczepiony do łóżka, do połowy zapełniony moczem. Fuj, to obrzydliwe! Już nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła samodzielnie skorzystać z toalety.

– Córeńko!

Do sali numer pięć, w której leżałam ze starszą panią z nogą w gipsie, umieszczoną na wyciągu, zajrzał mój tata. Kobieta z łóżka obok nie potrafiła zamaskować na swojej twarzy zaskoczenia, które pewnie wynikało z faktu, że mój staruszek do najmłodszych już nie należał. Nie wiem, co w tym takiego dziwnego? To już tylko młodzi ludzie mogą mieć dzieci? Ale faktem było, że tata był sporo starszy od mamy i pomiędzy nimi widać było dość istotną różnicę wieku. Może gdyby nie te mocno przerzedzone, w dodatku siwe czy niemal śnieżnobiałe włosy ojca, to nie wyglądałby na starca i nikt nie brałby go za mojego dziadka? Moja nietaktowna sąsiadka w zasadzie była niewiele młodsza od mojego ojca, a dziś przyszła do niej w odwiedziny wnuczka, która miała mniej więcej tyle lat co ja. Pewnie dlatego była tak zdziwiona. Cóż, życie.

– Tatku! – odpowiedziałam, posyłając mu promienny, choć wciąż lekko markotny uśmiech.

Nadal odczuwałam skutki operacji, choćby przy najmniejszym ruchu, jak w tej chwili, gdy uniosłam się na łokciach.

Ojciec delikatnie mnie przytulił, a w jego oczach zaiskrzyły łzy. Widziałam je dokładnie, choć tak bardzo starał się je przede mną ukryć. Trudno mu się dziwić. Jeszcze wczoraj bał się, że mnie straci. Nie musiał nawet nic mówić, miał to wypisane na twarzy. Ten mój nagły atak wyrostka robaczkowego omal nie przyprawił go o atak serca. Wczoraj na SOR-ze widziałam, jak ukradkiem łykał tabletki na nadciśnienie. Dzisiaj było zdecydowanie lepiej. „Zarówno z jego sercem, jak i z jego ukochaną córeczką” – pomyślałam, wtulając się w niego.

– Aleś nam napędziła stracha, dziecinko – westchnął, odsuwając się ode mnie odrobinę i spoglądając w moją twarz.

– Przepraszam. Ale już nic mi nie grozi, tatusiu – odpowiedziałam, próbując wymusić uśmiech. – A gdzie jest mama? Nie przyszła z tobą? – zdziwiłam się i naraz zaczęłam wypatrywać jej filigranowej sylwetki.

– Musiała coś załatwić. Wpadnie później.

– Poszła do kościoła? – zapytałam.

Zaraz zerknęłam na wiekowy zegarek, okazale prezentujący się na ojcowskim nadgarstku. W naszej rodzinie był przekazywany z pokolenia na pokolenie mężczyznom. „Szkoda” – pomyślałam. Bardzo go lubiłam, a że byłam jedynym dzieckiem swoich rodziców, w dodatku płci żeńskiej, to pewnie dostanie go w spadku któryś z dalekich kuzynów. Dochodziła dwudziesta szesnaście.

– O tej godzinie na mszę będzie musiała jechać do katedry. A przecież oboje dobrze wiemy, jak mama nie lubi tłuc się tramwajem. Poza tym już zmierzcha – dodałam z wyrzutem.

Odkąd sięgam pamięcią, mama zawsze bała się wychodzić z domu po zmroku. Uważała, że nasza dzielnica nie jest bezpieczna, zwłaszcza nocą.

– Chyba nie powinieneś jej pozwalać jechać tam samej. Wiem, że wczoraj przysporzyłam wam wielu zmartwień i że mama chce podziękować Bogu za mój powrót do zdrowia, ale…

Długo mogłabym tak rozprawiać na temat przewidywalnego zachowania własnej matki, ale tata mnie ubiegł.

– Mylisz się, córuś. Twoja matka nie pojechała do kościoła.

– Nie?

Nie kryłam zdziwienia. Byłam niemalże pewna, że mama właśnie zalewa się łzami przed ołtarzem, wznosząc modły dziękczynne za ocalenie jej jedynego dziecka. Boże, jak bardzo ją za to kochałam…

– Nie – powtórzył ojciec, a na jego twarzy malowała się powaga. – Pojechała do Bogdańca.

– Do Bogdańca? Dlaczego?

Zupełnie nie pojmowałam, po co mama miałaby jechać po nocy do Bogdańca? Czyżby w obliczu zagrożenia, w jakim wczoraj się znalazłam, pojechała na groby bliskich, by wypłakać swoje żale? Zawsze tak robiła, ilekroć z czymś sobie nie radziła. Znikała wówczas na wiele godzin, ale na ogół po powrocie wracał jej dobry nastrój i znajdowała jakieś wyjście awaryjne.

– Mama pojechała na cmentarz?

Ojciec przez chwilę nie odpowiadał. Patrzył tylko zgaszonym wzrokiem, jaki – wiedziałam z doświadczenia – nie wróżył niczego dobrego. Poza tym teraz jego twarz wyglądała starzej niż zazwyczaj. Tadeusz Zarabski, mój ukochany tatuś, nie był już, co prawda, młodzieniaszkiem, ale jak na swoje sześćdziesiąt siedem lat na ogół prezencję miał całkiem dobrą. No, może pominąwszy te jego włosy czy kilka głębokich zmarszczek na czole… Tylko że w momentach takich jak ten przybywało mu kilka ładnych lat, w których nie było mu do twarzy. Cóż, starość nie radość – sam nieraz tak mawiał.

– Nie – zaprzeczył. – Choć niewykluczone, że i tam zajrzy.

Ojciec był dziś bardzo tajemniczy. Poza tym wyglądał na poruszonego, a nawet mocno strapionego. Coraz bardziej mnie to niepokoiło.

– Możesz jaśniej, tato?

Prawdopodobnie zbyt gwałtownie poprawiłam się na łóżku, bo naraz poczułam lekki ból w okolicy świeżej pooperacyjnej rany. Skrzywiłam się nieznacznie. Właściwie to próbowałam udawać, że nic się nie stało, nie chcąc niepotrzebnie denerwować ojca, choć sama lekko zaczynałam właśnie panikować.

Ojciec, zapewne przeczuwając lawinę pytań, które dosłownie cisnęły mi się na usta, wyprostował przygarbione plecy, jakby co najmniej szykował się do dłuższej słownej przeprawy. Zawsze tak robił, gdy czekała go jakaś poważniejsza, często niecierpiąca zwłoki, a nierzadko też nieprzyjemna rozmowa, na przykład z żoną, kiedy niejednokrotnie pod wieloma względami miewali inne zdania.

Moi rodzice kochali się nieprzytomnie, ale bardzo różnili od siebie. Nigdy nie byłam świadkiem jakiejś poważniejszej kłótni między nimi, ale często się sprzeczali, głównie w kwestiach dotyczących mojego wychowania bądź wykształcenia. Trudno się im dziwić. Byłam ich jedynym dzieckiem, oczkiem w głowie. Dziś jednak coś mi mówiło, że za postawą ojca kryło się coś więcej. A to coś bardzo mnie niepokoiło.

– Lutka pojechała do notariusza – powiedział wtedy na jednym wydechu, jakby co najmniej naraz chciał wyrzucić z siebie cały ten niepojęty strach, który krył się w jego oczach i który słychać było w jego drżącym głosie.

– Dokąd?

Przez moment pomyślałam, że się przesłyszałam. Jednakże powaga malująca się w spojrzeniu taty uświadomiła mi, że słuch wcale nie płatał mi figla.

– Twoja matka pojechała do notariusza – powtórzył i znów zamyślił się na moment. Wyglądał przy tym, jakby na chwilę stracił kontakt z rzeczywistością. – Lutka planowała – westchnął – a właściwie oboje mieliśmy taki zamiar, że dowiesz się o tym dopiero po naszej… – Zamilkł, choć już wtedy wiedziałam, że po prostu chciał mi oszczędzić przykrości i dlatego postanowił pominąć słowo „śmierć”. – Miałaś dowiedzieć się o tym później, córeczko.

– Zupełnie nie rozumiem, co chcesz mi powiedzieć, tatku, ale przyznam, że zaczynam się trochę niepokoić.

– Możecie być trochę ciszej? – zapytała nagle starsza pani leżąca na łóżku obok. – Normalnie zwariować można. Mnie, starą babę, położą na jednej sali z małolatą. Wystarczy mi już własnych wnuków, które stale czegoś ode mnie chcą. No co się tak patrzysz, paniusiu? – zapytała, kiedy spojrzałam na nią z niedowierzaniem. – A myślisz, że moja wnuczka ze zwyczajną wizytą do mnie dziś wpadła? Wam, młodym, tylko o jedno chodzi, o pieniądze – dodała jeszcze cierpko, po czym mrucząc coś pod nosem, odwróciła się do nas plecami.

– Przepraszamy – powiedziałam i popatrzyłam piorunującym wzrokiem na ojca, który zdawał się już otwierać usta, pewnie, by rzucić jakąś kąśliwą uwagę. – Już będziemy cicho – dodałam pospiesznie.

Dotknęłam dłoni ojca, nerwowo zaciskającej się w pięść. On naprawdę dziś nie był sobą…

I nagle, nie wiedzieć czemu, postanowiłam nie kontynuować tej niemiłej rozmowy z tatą. Zwyczajnie stchórzyłam.

Rozdział 2

Filip

Międzyzdroje, 2016

– Wypieprzaj! – warknąłem, podnosząc jej ubrania z podłogi i wyrzucając je razem z nią za drzwi.

– Ale Filip…

– Powiedziałem won!

Wyglądała, jakby miała się rozpłakać, ale nie dałem się nabrać. Znałem takie jak ona, cwaniary, które leciały na moją kasę. Z reguły nie szczędziłem im pieniędzy. W końcu niemal wszystkie zasługiwały na zapłatę, dwojąc się i trojąc, aby mi dogodzić, a gust miałem dość wysublimowany. Ale w dzieciaka nie dam się wrobić. Reguły były jasne – żadnych bachorów.

– Ale…

– Masz! – warknąłem, wyjmując z portfela okrągłą sumkę. Podejrzewałem, że z tym dzieciakiem to ściema, ale wolałem dmuchać na zimne. – Tyle powinno ci wystarczyć, a teraz zniknij raz na zawsze z mojego życia.

Wzięła kasę i nawet nie mrugnąwszy okiem, szybko się oddaliła. A więc miałem rację, kolejna karierowiczka.

„Jak tak dalej pójdzie, to stracisz fortunę – pomyślałem wkurwiony. – Trzeba było pomyśleć o tym, zanim poszedłem z nią do łóżka”.

Helena

Szczecin, 2018

Przez chwilę wodziłam zdezorientowanym wzrokiem po sali, a właściwie jej zielonkawych ścianach, które swoim dość oryginalnym kolorem przypominały mi, gdzie się znajduję. Chyba powoli docierał do mnie przykry fakt, co miało miejsce raptem wczoraj.

Do szpitala przyjęli mnie z silnym bólem brzucha, który tak do złudzenia przypominał zdarzenie sprzed kilkunastu lat, kiedy to pod chirurgiczny nóż trafiłam z ostrym zapaleniem wyrostka robaczkowego. Targana bólem i gorączką, przez moment nawet naiwnie pomyślałam, że znów dopadła mnie ta sama co przed laty przypadłość, ale szybko dotarło do mnie, że przecież trudno chorować na coś, co już mi wycięli. Jednak ból z godziny na godzinę, a wkrótce z minuty na minutę nasilał się tak bardzo, że nie myślałam racjonalnie. I choć zwlekałam z pójściem do lekarza, nagle przestałam wierzyć, że bez interwencji chirurga się obejdzie, więc od razu pojechałam do szpitala. Musiałam przyznać, że prawdopodobnie od chwili pojawienia się pierwszych objawów podświadomie wiedziałam, że tak to się dla mnie skończy. Liczyłam na cud i sądziłam, że zdążę wrócić do swojego rodzinnego domu, oddalonego od Szczecina o niespełna sto kilometrów.

Do Szczecina przyjechałam za pracą, a właściwie przywiodło mnie tu dość przykre marzenie. Chciałam się oderwać, choć na moment, od nawarstwiających się problemów, z jakimi ostatnio przyszło mi się mierzyć w pojedynkę. Przez przypadek w jakiejś gazecie, którą moja matka kupowała od lat, znalazłam ogłoszenie dotyczące pracy. Rzekomo w jednym z prywatnych przedszkoli w Szczecinie szukali nauczyciela rysunku. Instynktownie sięgnęłam po telefon. Dyrektorka odebrała po pierwszym sygnale. Sprawiała wrażenie miłej i konkretnej osoby, więc natychmiast zadeklarowałam chęć spotkania. Spakowałam się błyskawicznie, a dwie i pół godziny później byłam już na Pomorzanach.

W zasadzie bez wahania przyjęłam tę pracę. Dodatkowym atutem bowiem okazał się fakt, że w wolnych chwilach, choćby podczas okienek pomiędzy zajęciami, będę mogła zdobić przedszkolne ściany postaciami z kreskówek. Uwielbiałam to robić. Kiedyś nawet marzyłam o otwarciu firmy zajmującej się wystrojem dziecięcych pokoi. Na pomysł wpadłam, kiedy tuż przed narodzinami pierwszego dziecka mojej koleżanki ze studiów pomalowałam pokój jej synka. Jednak Piotr uznał, że nie wyżyję z tego, więc z żalem porzuciłam ten pomysł.

Wracając jednak do tematu przedszkola… Podejrzewałam, że pani dyrektor, składając mi tak nietypową ofertę, chodziło głównie o oszczędności. Pracę dodatkową miałam wykonywać dobrowolnie i oczywiście bezpłatnie. Wiedziałam, że komuś innemu musieliby za takie zlecenie słono zapłacić. Ale mnie to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie – byłam podekscytowana. Musiałam zająć czymś głowę, a ta praca wydawała się idealnym rozwiązaniem. Poza tym cieszyłam się, że wreszcie uda mi się na moment wyrwać z rodzinnego miasta i wyzwolić spod wpływu matki, która, odkąd na chwilę wróciłam pod jej skrzydła, nie dawała mi spokoju. Czasem odnosiłam wrażenie, że się duszę. Poza tym to jej ciągłe wtrącanie się naprawdę nikomu nie służyło. A w każdym razie mnie na pewno nie.

Ale nie o samą matkę chodziło. Liczyłam także, że dzięki zmianie otoczenia uda mi wreszcie zapomnieć o zdradzie i upokorzeniu, które mi zafundował mąż. Marzyłam, aby ten mój spontaniczny wyjazd zdystansował matkę do całej tej sprawy. Ona chyba jako jedyna nie pogodziła się z naszym rozstaniem. Nadal uważała Piotra za idealnego zięcia. Miałam do niej o to żal. Przecież to nie ja zdradziłam jego, a odwrotnie. Matka jednak czasem wyraźnie dawała mi odczuć, że to właśnie ja ponoszę winę za ten rozwód. Nie chciałam się wiecznie z nią o to sprzeczać, ale naprawdę byłam już zmęczona tą sytuacją. Matka naiwnie wierzyła, że Piotr wróci do mnie – jak to miała w zwyczaju mawiać – „z podkulonym ogonem”. Ja jednak wiedziałam swoje.

Nasz związek to już przeszłość. Trudno mi było oswoić się z tą myślą, bo Piotr zdradził mnie rzekomo tylko jeden raz. Ale czy to coś zmieniało? Zdrada to zdrada… Całe to nieszczęśliwe zajście miało miejsce podczas spotkania integracyjnego. Firma, w której Piotr pracował od lat, jako jeden z głównych przedstawicieli handlowych, organizowała raz do roku zakrapianą imprezę, by zacieśnić więzy między starą a młodą kadrą pracowniczą. Dobra zabawa, morze alkoholu… Tamta laska, według oficjalnej wersji, pomyliła pokoje. Przeżyłam szok, kiedy się o tym dowiedziałam. Mój mąż, mój ukochany mąż w ramionach innej kobiety…?

Kiedy ochłonęłam, może i byłabym w stanie uwierzyć w tę śpiewkę o chwilowej „niepoczytalności”. Może nawet zdołałabym wybaczyć mężowi tę chwilę zapomnienia, ale świadomość, że Piotr podczas tego małego skoku w bok spłodził potomka, zupełnie pogrzebała nadzieję, że kiedykolwiek będzie to w ogóle możliwe. Jak miałam przejść nad tym do porządku? Jak wyglądałyby na przykład nasze wspólne święta czy zwyczajna codzienność, skoro mój do tej pory przykładny mąż musiałby dzielić swój czas pomiędzy dwa domy i dwie rodziny? Mogłam podjąć tylko jedną właściwą decyzję – wziąć rozwód.

Wiadomo, że po rozstaniu cierpiałam, choć liczyłam, że złość do całego świata pozwoli mi szybciej zaleczyć rany i sprawi, że zapomnę. Ale zamiast tego, kiedy wyszłam z domu, tak jak stałam, kiedy namacalnie dotarło do mnie, że straciłam Piotra bezpowrotnie, omal nie oszalałam. Żal do siebie, a także do losu, że tak okrutnie mnie skrzywdził, zatruwał mi życie. Wyrzucałam sobie, że gdybym wciąż nie odkładała macierzyńskich planów na dogodniejszą chwilę, pewnie moje życie potoczyłoby się inaczej. Wmawiałam sobie, że może gdybym dobrych kilka lat temu zdecydowała się na dziecko, na które nalegał Piotr, dziś sprawa nie wyglądałaby aż tak beznadziejnie…

Problem w tym, że nie byłam gotowa na tak poważne decyzje. Najpierw priorytetem w moim młodzieńczym życiu były studia. Z wyróżnieniem skończyłam Wydział Sztuki na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Potem była wymarzona praca w prężnie działającej agencji reklamowej w Poznaniu. Następnie zakup mieszkania, a później domku na obrzeżach miasta. Każdy powód był dobry, by odwlec jeszcze o choćby kolejny rok powiększenie rodziny. Szybko tego pożałowałam, bo nagle wszystkie moje plany runęły jak domek z kart, a sytuacja mnie przerosła. Trudno mi było oswoić się z myślą, że mój mąż będzie miał dziecko z inną kobietą. Nie wiem, może nawet byłam zazdrosna, choć dotąd fakt bycia matką nie był szczytem moim marzeń. A może tak mi się tylko wydawało? Może skutecznie tłumiłam instynkt macierzyński? Gdzieś na dnie serca tliło się pytanie: „Co by było, gdyby…?”. Teraz było już za późno, żebym mogła się o tym przekonać…

– Dobrze się pani czuje? – Z moich bezsensownych rozmyślań wyrwał mnie głos przystojnego młodego pana doktora, pracującego na stażu w tym szpitalu.

Uśmiechnęłam się do niego ponuro, widząc, jak nakłada w pośpiechu lekarski kitel. „Pewnie się spóźnił” – pomyślałam.

– Tak. – Pokiwałam głową. – Wydaje mi się, że jest dużo lepiej niż wczoraj.

Lekarz zerknął w kartę, po czym posłał mi czarujący uśmiech. Następnie odwiesił ją na miejsce. Przez chwilę w skupieniu coś analizował, przyglądając się diagramowi mierzonej dwa razy dziennie temperatury, i znów się odezwał:

– No, cóż, pani Heleno… – Jego poważny ton chyba nie zwiastował dobrych wieści, ale byłam już przecież dużą dziewczynką, więc nie miałam wyjścia, musiałam go wysłuchać. – Nie ukrywam, że wczoraj nieco zaniepokoił mnie pani stan zdrowia. Osobiście panią operowałem i powiem pani, że zdążyliśmy w ostatniej chwili. Groził pani poważny krwotok.

Szczerze powiedziawszy, niewiele pamiętałam. Słyszałam podniesione głosy personelu medycznego, a potem nastała ciemność. Dziś przystojny jak sam DiCaprio doktor mógłby nawet próbować mi wmówić, że odurzona lekami poprosiłam go o rękę, a byłabym w stanie mu w to uwierzyć. Poczułam rumieńce wstydu wypływające na moje policzki. Pozostawało mi tylko mieć nadzieję, że te moje absurdalne myśli o sporo młodszym i niesłychanie atrakcyjnym doktorze Kwiatkowskim spowodowane były tymi wszystkimi znieczulaczami, po których wciąż czułam się jak po kilku głębszych.

– Kiedy mnie wezwano na blok, pani była już nieprzytomna, więc ma pani prawo nie pamiętać. Poza jednym krytycznym momentem, kiedy na chwilę zatrzymało się pani serce, cała reszta przebiegła prawidłowo, a krwawienie zostało opanowane. Jednym zdaniem, operacja się udała – dodał i uśmiechnął się tak uroczo, że w normalnych warunkach pewnie zmiękłyby mi kolana.

Zamiast tego znów poczułam się niezręcznie. Zachowywałam się jak napalona małolata, co zupełnie nie było w moim stylu. Byłam przecież rozsądną kobietą w… kwiecie wieku.

– Jednak jest coś, o czym powinna pani wiedzieć – wtrącił naraz chirurg, co natychmiast moje myśli skierowało na właściwe tory.

Spojrzałam na doktora, lekko zaniepokojona. A więc jednak coś poszło nie tak? Stłamsiłam w sobie strach i nie przeciągając, zapytałam:

– Może pan mówić wprost. Jestem już… dorosła.

„A raczej żałosna” – dodałam w myślach.

– Sugeruję jednak, by poczekać na pani męża. Być może będzie pani potrzebowała wsparcia…

– Mojego męża?

Zbyt gwałtownie podniosłam się na łóżku, co spowodowało ostry ból w podbrzuszu. Nie wiem, co zdenerwowało mnie bardziej, dwuznaczność słów lekarza czy fakt, że Piotr miał się tu zjawić.

– Spokojnie, pan Piotr powinien tu być lada moment.

Jakim cudem Piotr dowiedział się, że jestem w szpitalu?

– Zawiadomiliśmy pana Bartnickiego zaraz po tym, gdy udało się nam opanować sytuację – wyjaśnił, jakby czytając w moich myślach.

Nigdy nie byłam dobrą aktorką, a ci, którzy mnie znali, czytali ze mnie jak z otwartej księgi. Z pewnością doktor musiał się więc zorientować, że byłam wściekła. Patrzył na mnie, zmieszany, i po chwili dodał:

– Pan Piotr Bartnicki został przez panią wskazany jako osoba do kontaktu w nagłych przypadkach.

No tak… Przecież w natłoku spraw związanych z naszym rozstaniem na śmierć zapomniałam, by to zmienić. Jaki paradoks – robiłam wszystko, by ograniczyć z nim kontakt, a umknęło mi coś takiego. Zdecydowałam się na szybki rozwód bez orzekania o winie, choć ta leżała wyłącznie po stronie mojego niewiernego męża. Zostawiłam mu cały majątek, bo byłam zbyt dumna, by zabrać ze sobą cokolwiek. Przecież to on zarabiał krocie, mnie samej nigdy nie byłoby stać nawet na kawalerkę. Wyszłam z mieszkania z jedną walizką, chcąc zostawić za sobą całą przeszłość. Zapomnieć, by móc pójść dalej. A teraz przez własną głupotę miałam znów spotkać się z ostatnim człowiekiem, którego chciałabym oglądać.

– Piotr nie jest już moim mężem – wyjaśniłam ponuro.

– Przepraszam panią za zaistniałą sytuację, ale w bazie widniał taki zapis…

– Wiem – przerwałam mu, czując się jak kompletna idiotka. – Proszę się tym nie przejmować. Poza tym to nie pan powinien przepraszać – dodałam, wiedząc, że całą winę ponoszę wyłącznie ja.

Wtedy też do sali weszła moja matka w asyście mojego byłego męża.

– Córeczko…

Matka nie potrafiła opanować wzruszenia. I jak zwykle reagowała zbyt emocjonalnie, traktując mnie jak smarkulę z piaskownicy. Jedno jej trzeba było przyznać – potrafiła wszystkich ustawić po swojemu, bo nawet lekarz natychmiast zrobił jej przejście, gdy ruszyła w moim kierunku.

– Panie doktorze, co dolega mojej Helence? – zapytała, chwytając moją dłoń.

Piotr, który na szczęście nic nie mówił, stanął nieopodal. I pomimo że uparcie milczał, nie spuszczał ze mnie oczu.

– No cóż… – Lekarz, którego wzrok przez chwilę błąkał się po całej naszej trójce, chwilowo nabrał wody w usta. Najprawdopodobniej wziął sobie do serca wcześniejsze uwagi dotyczące mojego obecnego stanu cywilnego. – Pani Heleno, może wrócę do pani, gdy zostanie pani sama, to wtedy dokończymy naszą rozmowę?

– Panie doktorze! – Lutka Zarabska, moja matka ku ścisłości, oburzyła się odrobinę. Zdecydowanie nie lubiła, gdy ktoś ją ignorował. – My jesteśmy jedyną rodziną Helenki, więc może pan śmiało mówić przy nas, co się dzieje z moją córką – dodała, na co mi trochę ulżyło. Znając jej temperament, spodziewałam się znacznie ostrzejszej wypowiedzi.

Zdezorientowane spojrzenie młodego lekarza tylko potwierdziło moje wcześniejsze przypuszczenia. Facet zupełnie się pogubił. Nieźle namieszałam…

– Piotr, zostawisz nas na moment?

Musiałam wziąć sprawy w swoje ręce, czym chyba po raz kolejny w tak niedługim czasie sprawiłam zawód swojemu byłemu mężowi. Trudno, musiałam w końcu przestać traktować go jak rodzinę, co wcale nie było łatwe, zwłaszcza kiedy własna matka mi tego nie ułatwiała, traktując swojego zięcia jak ukochanego syna.

Piotrek skinął tylko głową i opuścił salę.

– Czy teraz już mogę mówić? – upewnił się lekarz. – Wczoraj trafiła pani do nas z rozległym krwotokiem wewnątrz jamy brzusznej. Powodem było pęknięcie torbieli jajnika. Ze względu na pani młody wiek…

„Młody wiek? Niezły pochlebca z tego doktora” – pomyślałam.

– Zrobiliśmy wszystko, aby opanować sytuację, jednak, niestety, nie do końca poszło tak, jak zaplanowaliśmy. Jednego jajnika nie udało się nam uratować. A to z kolei w praktyce może oznaczać, że nigdy nie zostanie pani matką. Do tego dochodzi zespół policystycznych jajników, przy którym również zajście w ciążę jest utrudnione…

Słyszałam go jak przez mgłę. Byłam pewna, że coś pomieszał. Może wziął przez przypadek kartę innej pacjentki? Tak, na pewno to, bo w przeciwnym wypadku nie mówiłby, że jestem młoda. Jedno mnie niepokoiło – zatroskana mina siedzącej obok mnie matki. Zakryła usta dłonią, więc nie było już wątpliwości, że los stawiał mnie przed kolejną bolesną próbą.

Przez moment zachodziłam w głowę, czy może cały ten nieszczęśliwy ciąg zdarzeń – zdrada, upokorzenie, a niebawem również ojcostwo mojego męża, a teraz jeszcze to – nie są przypadkiem karą za mój dotychczasowy upór. Piotr przecież wiele razy usilnie namawiał mnie na powiększenie rodziny. Matka również naciskała, bym wreszcie uczyniła ją babcią. Gdy na zawał umarł Tadeusz Zarabski, ojciec i mąż, na którego obie zawsze mogłyśmy liczyć, matka biadoliła niejednokrotnie, że i ją może to wkrótce spotkać i że chciałaby odejść jako kobieta spełniona. A do tego brakowało jej wnuka. Dlatego w chwilach takich jak ta zastanawiałam się, czy to możliwe, by Bóg mścił się na mnie za mój upór, niepewność lub też pewnego rodzaju egoizm.

– Nie będę miała dzieci – stwierdziłam cicho. – Ale to przecież jeszcze nie koniec świata, prawda? – skwitowałam żałośnie, choć nie tak planowałam to rozegrać. Nie potrzebowałam niczyjej litości. Zwłaszcza matki. – Mamuś, przecież ty wiesz to najlepiej.

Spojrzała na mnie z wyrzutem, przez co poczułam się podle. Kochała mnie miłością największą i najszczerszą, choć nie byłam jej rodzoną córką. Łączyła nas silna więź, choć nie zawsze się dogadywałyśmy.

***

Pamiętam dzień, kiedy Lutka, jedyna matka, jaką miałam, zdecydowała się wyznać mi prawdę. Siedemnaście lat temu, kiedy trafiłam do szpitala z ostrym zapaleniem wyrostka robaczkowego, doszło do pewnych komplikacji. Podczas operacji straciłam wiele krwi. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnie niepokojącego, gdyby nie fakt, że mam bardzo rzadką grupę krwi, której nagle zabrakło w szpitalu, do którego trafiłam. I właśnie tego dnia padło wiele pytań ze strony lekarzy, które skłoniły mnie do myślenia. Miałam wówczas nieco ponad szesnaście lat, ale byłam już na tyle dojrzała, że potrafiłam poskładać pewne fakty. Rodzice próbowali mnie zbyć, ale stanowczo domagałam się wyjaśnień. Wtedy też Ludmiła, wbrew swojemu mężowi, który nawet w obliczu mojego buntu był skłonny zabrać tę tajemnicę do grobu, zdecydowała się na wyznanie mi całej prawdy.

I nagle wszystko stało się jasne. Wszystkie niedomówienia, skrywane od lat tajemnice ujrzały światło dzienne… Matka tegoż właśnie dnia najpierw pojechała na cmentarz, gdzie od lat odwiedzała swoich najbliższych. Ilekroć miała jakiś kłopot, zawsze chadzała na ich groby, by w ciszy pogrążyć się w myślach. Następnie zawitała w kancelarii notariusza, gdzie, jak się później okazało, na wypadek własnej śmierci przechowywała istotne informacje dotyczące mojego prawdziwego pochodzenia. A potem z teczką w dłoniach, nad których drżeniem nie potrafiła zapanować, zjawiła się w szpitalu. Łzy w jej oczach chwytały mnie za serce, rozum podpowiadał, by odłożyć w czasie tę niewątpliwie trudną rozmowę, ale to już się działo, machina ruszyła… Dla moich rodziców była to niezwykle trudna chwila. Obawę, jak zareaguję na wieść o tym, że oboje nie są moimi biologicznymi rodzicami, mieli wypisaną na swoich przerażonych twarzach. I choć od tamtego dnia minęło siedemnaście długich lat, wciąż pamiętałam każdy gest, każde słowo, każde spojrzenie…

– Mamuś, co to jest?

Wzięłam do rąk jakiś dokument, jak się chwilę później okazało, metrykę urodzenia. Patrzyłam na nią przez moment pustym, pozbawionym jakichkolwiek emocji wzrokiem. Podejrzewałam, że moi rodzice coś przede mną ukrywają, ale nie miałam pojęcia, z czym ten sekret był związany.

Moja matka, która na ogół była gadatliwą osobą, nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa. Zerkała tylko raz na mnie, raz na kawałek pożółkłego papieru. Nie słysząc odpowiedzi, zaczęłam czytać. Prawdopodobnie niedowierzanie malujące się na mojej twarzy sprawiło, że siedząca na wprost mnie nieludzko smutna kobieta coraz mocniej ściskała dłoń swojego męża, który jak zawsze był obok. Najwyraźniej bała się na niego spojrzeć, by nie ujrzeć w jego oczach dezaprobaty. Tata wciąż był przeciwny rozgrzebywaniu starych spraw. Powoli zaczynałam rozumieć dlaczego…

– Co to oznacza? – wydukałam. – Nie jesteście moimi rodzicami? – zapytałam głosem tak przeraźliwie cichym i piskliwym, że aż zdawał się nie należeć do mnie.

– Oczywiście, że jesteśmy! – zaprotestował ojciec, który w jednej chwili puścił dłoń żony i szybko chwycił obie moje ręce. – Bez względu na wszystko zawsze byliśmy, jesteśmy i nadal będziemy twoimi rodzicami, skarbie.

Z piersi matki wyrwał się wtedy cichy, urywany szloch. Była dzielna, jak zwykle zresztą, choć w tej jednej chwili zdawała się z ledwością powstrzymywać przed wybuchnięciem płaczem.

– Wiem, tatku. Przepraszam – powiedziałam i przytuliłam się do niego. Nie tak to miało zabrzmieć…

Następnie spojrzałam na matkę, której drżąca broda świadczyła o tym, że ledwie panuje nad emocjami. Wtedy i do niej wystawiłam dłoń, zapraszając ją do wspólnego uścisku…

***

Dziś na to wspomnienie poczułam znajome pieczenie pod powiekami.

– Przepraszam, mamunia. Wiesz, że nie to miałam na myśli, prawda? – Naprawdę nie chciałam jej sprawić przykrości.

– Wiem, kochanie, wiem…

Matka przygarnęła mnie do piersi i ucałowała w czubek głowy. Uwielbiałam takie chwile bliskości, czułam się na powrót jak mała dziewczynka, którą mama ochroni przed całym złem tego świata. Niestety, byłam już dorosła i musiałam sama stawić czoło swoim problemom.

Rozdział 3

Filip

Międzyzdroje, 2018

– Ale jak to mam sobie iść?

Olga dziś przechodziła samą siebie. Zadawała zbyt wiele pytań, co było do niej niepodobne. Łączył nas tylko seks, a ona zachowywała się jak podstarzała żoneczka w ciepłych kapciach.

– Już ci mówiłem. Na dziś kończymy.

Nie żebym nie miał ochoty na więcej… Na myśl, że jeszcze przed chwilą trzymała w ustach mojego fiuta, robiło mi się gorąco. Olga obciągała jak mało która. Była w tym najlepsza. Ale teraz naprawdę nie miałem już czasu. Ojciec na mnie czekał. Miałem go odebrać od terapeuty.

– Jasne, szefie – burknęła, wciągając stringi na swoją zgrabną, jędrną pupę.

Cholera, ależ z niej kusicielka. I profesjonalistka. Takie lubiłem najbardziej.

Helena

Moje przeraźliwie blade odbicie w lustrze tylko potwierdzało słowa matki. Nie czułam się najlepiej i chyba rzeczywiście nie powinnam teraz zostawać sama. Mimo to zdecydowałam inaczej, planując gdzieś wyjechać, choćby na chwilę. Pragnęłam odpocząć w ciszy i spokoju, by na nowo móc sobie przemyśleć i poukładać pewne sprawy.

Tyle się ostatnio wydarzyło, tyle zmieniło. I to wcale nie na lepsze, choć podświadomie liczyłam na cud, wmawiając sobie, że coś drgnie w moim pozbawionym sensu życiu, że coś popchnie mnie do przodu, otwierając przede mną nowy, ekscytujący rozdział. Jednak informacja, że prawdopodobnie nigdy nie zostanę matką, była niczym gwóźdź do trumny. Przecież fakt, że wciąż pozostawałam bezdzietna, wcale nie oznaczał, że w ogóle nie chciałam mieć potomstwa. Chciałam, i to bardzo. W dodatku z mężem, który już stał się tylko eks. Słów lekarza nie potraktowałam jak wyroku, bo przecież mogłam zdecydować się na adopcję. Ale zawsze sądziłam, że to z Piotrem wychowam nasze dziecko! I znów wracałam do punktu wyjścia…

Dołująca świadomość, że Piotr nie jest już moim mężem i że niebawem zostanie ojcem, sprawiała, że dusiłam się we własnym ciele. Coś krzyczało we mnie, że muszę się od tego odciąć, oderwać i chociaż spróbować zdystansować, bo inaczej oszaleję. A jednocześnie w moim mocno poranionym sercu coś cichutko szeptało, że tylko wyjazd w nieznane pomoże mi zrozumieć i na nowo poukładać pewne sprawy.

Teraz, patrząc na swoje podkrążone oczy w lustrze wiszącym nad szpitalną umywalką, zastanawiałam się, czy nie postąpiłam zbyt pochopnie, decydując się na samotny wyjazd. Pomimo że minęło kilka tygodni, wciąż byłam słaba. A przecież mama proponowała mi swoje towarzystwo. Odmówiłam jej i nie zmieniłam zdania, nawet gdy się na mnie obraziła. Po prostu czułam, że nie mogę postąpić inaczej. Poza tym podejrzewałam, że za zachowaniem matki kryło się coś głębszego. Potrafiłam już odróżnić zwykłą matczyną troskę od strachu, choć mama zdecydowanie zaprzeczyła, gdy zapytałam, czy czegoś się boi. Intuicja jednak podpowiadała mi, że ma to jakiś związek z sekretem, jakąś długo skrywaną tajemnicą, do której niestety matka nie chciała się przyznać…

Odkąd sięgałam pamięcią, matka, ilekroć sprawy dotyczyły moich własnych, samodzielnych wyborów, zawsze działała w sposób nieracjonalny. Gdy byłam nastolatką, miałam siedemnaście, osiemnaście lat, a moje koleżanki wraz z grupą przyjaciół jeździły już samodzielnie pod namiot, matka nawet nie chciała o tym słyszeć. Kiedy pytałam ją o prawdziwy powód jej nadopiekuńczości, najczęściej na mnie krzyczała, twierdząc, że nie musi się przede mną tłumaczyć. W najlepszym wypadku ucinała temat. Nie rozumiałam jej. Uważałam, że to niedorzeczność, ale na ogół przyjmowałam wszystko z pokorą, nie chcąc zaogniać sytuacji. Przez wiele lat próbowałam zrozumieć jej tok myślenia, ale nawet teraz, gdy znów wbrew jej woli zdecydowałam się na samotny wyjazd, nie potrafiłam.

– Helu, wiesz, że ja również jestem podobnego zdania, co twoja matka? – Piotr uparł się, by osobiście odebrać mnie ze szpitala. Nie oponowałam, choć słysząc pretensję w jego głosie, chyba na chwilę tego pożałowałam.

Obrzuciłam eksmęża niechętnym spojrzeniem. W zasadzie od samego początku podejrzewałam, że za namową swojej ukochanej teściowej będzie próbował mnie przekonać, bym zmieniła zdanie. Zupełnie jak wtedy, kiedy pierwsza wyszłam z inicjatywą rozwodu. Nalegał, a nawet błagał, bym dała nam jeszcze jedną szansę, ale wówczas, po raz pierwszy od bardzo dawna, byłam nieustępliwa. Chyba dopiero w tamtej chwili zdałam sobie sprawę, że nigdy nie pogodzę się z jego zdradą. Mój ukochany mąż spędził noc z młodszą i z pewnością atrakcyjniejszą ode mnie kobietą. Myślałam, że oszaleję. Nie byłam brzydka, ale też nigdy nie czułam się jakąś seksbombą, a wówczas nagle wydałam się sobie wyjątkowo szpetna. A gdy na światło dzienne wypłynął fakt, że owocem tej – jak to próbował wmówić mi Piotr – przygodnej znajomości będzie dziecko, wtedy totalnie się rozsypałam. Ta wiadomość utwierdziła mnie w przekonaniu, że decydując się na rozwód, postępuję słusznie.

Teraz także uważałam, że każda ostatnio podjęta przeze mnie decyzja, a zwłaszcza ta dotycząca samotnego wyjazdu w nieznane, jest słuszna. Nie wiem, może kierowała mną przekora, ale kiedy Piotr stanął po stronie matki, próbując mnie przekonać do zmiany planów, uznałam, że nie mogłam podjąć właściwszej. Potrzebowałam tego i nic ani nikt nie był w stanie mnie przekonać, żebym zrezygnowała.

– Wiem, Piotr. Ale to nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Na własne życzenie przestałeś być dla mnie kimś ważnym, więc daruj sobie. – Te słowa były wypowiedziane mocno na wyrost, ale chciałam, żeby tak właśnie było.

Piotr podszedł do mnie i dotknął mojego ramienia. Nie odsunęłam się, co w ostatnim czasie miewałam w zwyczaju czynić, ilekroć próbował się do mnie w jakikolwiek sposób zbliżyć.

– Czy widzisz jakiś sens w tym, żebym po raz kolejny przepraszał cię za to, co zrobiłem? – zapytał i spojrzał nieśmiało w moje oczy.

Pokręciłam głową. Miałam jednak nadzieję, że nie zrozumiał mnie opacznie, sądząc, że mu wybaczyłam i że między nami jeszcze się jakoś poukłada, co już zdarzało mu się wcześniej.

– Helenko, ja naprawdę nie chciałem rozpieprzyć naszego życia. Nigdy nie interesowały mnie żadne kobiety poza tobą. Przecież wiesz…

– Wiem – odpowiedziałam i cofnęłam się o krok, kiedy jego dłoń już wędrowała w kierunku mojej twarzy.

Grał nieuczciwie. Znów próbował przekroczyć granice, które dla niego były już zamknięte. W chwilach takich jak ta budziło się we mnie olbrzymie poczucie winy, że może nie zrobiłam wszystkiego, by ratować swój wieloletni związek. Nadal kochałam męża. Nadal widziałam w nim tego samego człowieka, którym był kiedyś. Bez tej paskudnej skazy na honorze. Jednak wciąż nie potrafiłam mu wybaczyć. Jeszcze nie teraz. A może nawet nigdy. Bo nie potrafiłam zapomnieć…

– Więc może…

– Nie! – przerwałam mu stanowczo. To musiało wreszcie się skończyć, bo rujnowało życie nam obojgu. – A teraz zawieź mnie, proszę, na pociąg.

– Helenko?

Znałam ten jego błagalny ton, który zawsze na mnie działał tak samo – łagodniałam i ustępowałam. Ale tym razem musiałam być silna i zdecydowana. Przymknęłam na chwilę powieki, wzięłam kilka głębszych wdechów, a następnie ponownie na niego spojrzałam. Może znów przemawiała przeze mnie naiwność, którą wszyscy w naszej rodzinie przez lata wykorzystywali, ale miałam nadzieję, że Piotr nie będzie dłużej drążył tego niewygodnego tematu.

– Jesteś w stanie mi coś obiecać?

Pokiwałam głową, choć rozum podpowiadał mi, bym była rozsądniejsza.

– Obiecujesz, że będziesz ostrożna? – poprosił z taką troską w głosie, że z trudem powstrzymałam się, by go nie przytulić.

– Tak – odparłam i czule dotknęłam jego lekko zarośniętego policzka. – Tyle mogę ci obiecać.

Nie powinnam tego robić. Nie zdążyłam nawet zareagować, kiedy przyciągnął mnie i musnął swymi ciepłymi wargami moje rozchylone usta. Zaskoczona, a także lekko zażenowana jego zachowaniem, błyskawicznie odsunęłam się na bezpieczną odległość. Po czym, udając, że do niczego nie doszło, powróciłam do pakowania ostatnich rzeczy, które wciąż leżały na szpitalnym łóżku.

Rozdział 4

Filip

To chyba nie miało najmniejszego sensu. I wcale nie chodziło mi o wyrzucaną w błoto kasę, bo wydałbym znacznie więcej, gdybym tylko miał pewność, że pomogę staruszkowi. Ci wszyscy rzekomi specjaliści brali krocie, ale terapia nie przyniosła wymiernych skutków. Ojciec nadal zachowywał się po staremu. Wciąż mówił o kobiecie, która według mnie była senną marą, złudzeniem, które nam obu zrujnowało życie. Gdyby nie fakt, że ojciec pomimo sędziwego wieku i kłopotów ze zdrowiem stale chadzał nad morze i jej wypatrywał, nigdy bym nie uwierzył w jej istnienie. A tak czasem miałem mieszane odczucia i zaczynałem sądzić, że kobieta, za którą stała cała masa kłopotów, istniała naprawdę…

Helena

Nie wiedzieć czemu moja podróż zakończyła się w Międzyzdrojach. W zasadzie decydując się na wyjazd, nie planowałam niczego konkretnego, ale chyba podświadomie liczyłam na nieco dłuższą trasę. Już od dawna marzyło mi się Trójmiasto, więc uznałam, że jeśli nadarzyła się ku temu najlepsza okazja, to musi być Gdynia. Ale kiedy pociąg zatrzymał się w Międzyzdrojach, nagle poczułam, że to właśnie tam powinnam trafić. Podniosłam małą czerwoną walizkę na kółkach i niezwłocznie wysiadłam.

Dochodziła dziewiętnasta, a na zewnątrz z powodu jesieni panował już mrok. Rozejrzałam się niepewnie po peronie. Musiałam przyznać, że jak na tę porę roku wciąż kręciło się tu sporo osób. Z ich wyglądu i sposobu bycia mogłam śmiało wywnioskować, że byli to głównie turyści, choć sądząc po zniesmaczonych minach kilku osób, zaczynałam podejrzewać, że jednak nie wszyscy. Najwyraźniej tubylcy byli już zmęczeni obecnością gości, których w sezonie letnim pewnie było tu znacznie więcej.

Westchnęłam i ruszyłam przed siebie, naraz wspominając słowa matki. Kiedy nie dawała mi spokoju, nie mogąc się pogodzić z moją decyzją o wyjeździe i wyraźnie dając mi do zrozumienia, że nie odpuści, dopóki nie dowie się, dokąd zamierzałam wyjechać, na odczepnego wspomniałam o Trójmieście. Wówczas matka starała mi się wmówić, że nadmorskie miejscowości o tej porze roku umierają śmiercią naturalną. Czyżby? Pewnie była to kolejna próba zatrzymania mnie w domu, pod jej opiekuńczymi skrzydłami.

Przed dworcem ciągnęła się urokliwa uliczka. Spojrzałam pod stopy i uśmiechnęłam się niepewnie. Wystarczyła chwila, bym była niemalże pewna, że to miasto mnie zachwyci, z pewnością nie mniej niż Gdynia, która pierwotnie miała być celem mojej podróży. Uśmiechnęłam się i ruszyłam dalej. Miałam nadzieję, że w tym z minuty na minutę pogłębiającym się mroku zdołam wypatrzeć jakiś wolny pokój do wynajęcia. Liczyłam, że pomimo zaskakującej liczby przechodniów, których stale mijałam, uda mi się znaleźć jakiś tani nocleg.

„A jeśli nie, to co zrobię? – pomyślałam, zdając sobie nagle sprawę, że ten spontaniczny wyjazd mógł mi jednak przysporzyć masę kłopotów. – Przecież nie zadzwonię do matki po pomoc ani tym bardziej do Piotra, choć on z całą pewnością rzuciłby wszystko i przyleciał tu dosłownie na skrzydłach”.

***

Międzyzdroje okazały się rozległym miasteczkiem i kiedy dotarłam do centrum, byłam naprawdę zmęczona. Podróż rozklekotanym pociągiem, stres związany z nieznanym, no i tygodnie spędzone w szpitalu zrobiły swoje, więc zaczynałam dochodzić do wniosku, że chyba działałam zbyt impulsywnie. Odpoczęłam przy bramie jednej z wielu okazałych posesji, po czym znów ruszyłam przed siebie. Niestety po chwili znów zipałam jak parowóz i ledwo szłam dalej. Cóż, miałam przyjechać tu, by naładować akumulatory, a tymczasem poczułam się niczym zużyta bateria…

Jakby tego jeszcze było mało, skierowałam się w stronę pierwszego napotkanego zejścia na plażę. Rozum, co prawda, podpowiadał, że najpierw powinnam znaleźć nocleg, odpocząć, może nawet coś zjeść, ale serce, słysząc szum Bałtyku, kołatało jak szalone i dosłownie jak pociąganą za sznurki marionetką sterowało moim nieposłusznym ciałem. Widok spokojnego morza, delikatnie połyskującego w świetle spowitego chmurami księżyca, sprawił, że zamarłam. Zaparło mi dech w piersiach. Nie sądziłam, że morze skąpane w świetle księżyca jest w stanie mnie aż tak zachwycić. Stałam więc przez dłuższą chwilę na drewnianych schodach, tuż u podnóża piaszczystych wydm, i napawałam się tą niepowtarzalną chwilą.

Dopiero krzyk odlatujących gdzieś w ciemność ptaków wyrwał mnie z zamyślenia. Ruszyłam więc w dół plaży, grzęznąc kółkami walizki w wilgotnym piasku, a już po chwili, lekko zasapana, dotarłam na brzeg. Zostawiłam na moment walizkę nieco za sobą i koniuszkami palców sięgnęłam rześkiej morskiej wody. Nagle wszystkie lęki, czy postąpiłam słusznie, decydując się na ten wyjazd, odpłynęły wraz z pierwszą napotkaną falą. Uśmiechnęłam się i właśnie podnosiłam się z kucek, gdy nagle dosłownie na kogoś wpadłam. To nieoczekiwane zderzenie sprawiło, że zakręciło mi się w głowie. Dostrzegałam jeszcze gwiazdy, które właśnie zamigotały mi nad głową, a potem już wyraźnie poczułam, że osuwam się na mokry piasek. Wtedy ten ktoś chwycił mnie w ramiona, ratując mnie przed upadkiem.

– Do jasnej cholery! Co pani wyprawia?! – doszedł mnie męski, bardzo zdecydowany, a zarazem szorstki, wręcz nieprzyjemny głos.

– Co JA wyprawiam? – zapytałam po chwili, kiedy wreszcie zasnuty mroczkami świat na powrót pojawił się przed moimi oczyma.

Pomimo ciemności tuż nad sobą dostrzegłam męską twarz. Ignorując lekkie zawroty głowy, szybko wyswobodziłam się z uścisku nieznajomego, który piorunował mnie wzrokiem. O co się tak ciskał? Wycofałam się o kilka kroków, ale mimo to czułam się niepewnie. Nawet z tych kilku dzielących mnie od mężczyzny metrów nadal czułam ostry zapach jego perfum.

– Chciałam się przywitać… – chlapnęłam bezmyślnie. W zasadzie nie zamierzałam się tłumaczyć, ale czasem mówiłam szybciej, niż myślałam.

– Ciekawe z kim? – Mężczyzna, a właściwie bardzo pewny i z całą pewnością nieprzyjemny typ, którego w ciemności nie widziałam zbyt dobrze, wyraźnie ze mnie drwił. – Sądziłem, że tylko dzieci wymyślają sobie wirtualnych przyjaciół. A pani chyba jest nieco za stara na takie brednie, nieprawdaż?

No co za ch… am?!

Niczym grzeczna panienka poprawiałam niewidoczne zagniecenia na ubraniu, po czym fuknęłam oburzonym głosem:

– Może i jestem za stara, ale pan za to jest… – „Chamem” cisnęło mi się na usta, ale opanowałam się, dodając jedynie: – …gburem!

Na ogół byłam oazą spokoju, ale zachowanie tego faceta sprawiało, że mnie poniosło i zamiast przeprosić, chciałam po prostu nakrzyczeć na tego impertynenta.

– Ależ pani jest bezczelna – odezwał się nieco spokojniejszym głosem, ale kpina w jego głosie górowała nad resztą. – Mówię, co widzę, a pani od razu przystępuje do ataku, jak dzikie zwierzę.

„Dzikie zwierzę? Może jeszcze kotka?!” – pomyślałam z narastającą furią. Nie cierpiałam, kiedy mężczyźni w ten sposób nazywali kobiety, a jeszcze bardziej, gdy traktowali je powierzchownie. Gdybym nie była tu zupełnie sama, toby mnie popamiętał! Ale oprócz mnie i tego zarozumialca nie było tu żywej duszy, wolałam więc nie ryzykować. Kto może wiedzieć, co mogło strzelić do głowy temu cwaniakowi?

– Może mi pan wreszcie dać święty spokój? – zapytałam, wciąż mocno poruszona tą nagłą wymianą zdań.

– Oczywiście. Tylko następnym razem uważaj. Tym razem nic ci się nie stało, ale wiedz, że mogłem ci zrobić krzywdę. – I po chwili zniknął mi z oczu.

„No co za typ! – Zrezygnowana przysiadłam na swojej walizce. – W dodatku kto mu pozwolił zwracać się do mnie tak oficjalnie?”.

– Palant! – krzyknęłam w ciemność.

Rozdział 5

Filip

Nie wiem, kim była ta baba, ale jednocześnie mnie wkurzyła i zaintrygowała. Nie lubiłem takich pyskatych, stroniłem od nich, ale ta miała w sobie coś, co sprawiało, że nie mogłem przestać o niej myśleć. Sądziłem, że jak wezmę zimny prysznic, to mi przejdzie, ale gdzie tam. Gdy tylko zamknąłem oczy, ujrzałem jej twarz skąpaną w świetle gwiazd i księżyca. Chyba zaczynałem się starzeć – inaczej nie umiałem sobie tego wytłumaczyć…

Helena

Nazajutrz, po niemal zupełnie nieprzespanej nocy, gdyż maleńki pokoik, który wynajęłam, sąsiadował z pokojem jakiejś grupki młodzieży, która przybyła tu na spóźnione wakacje i hałasowała do rana, byłam jak zdjęta z krzyża. Musiałam przyznać, że młodzi zza ściany nie próżnowali. Najpierw była głośna muzyka, potem chyba jeszcze głośniejsza rozmowa – nie wiadomo, co gorsze. A potem? Boże, te jęki rozkoszy wciąż echem odbijały się w mojej głowie. Jak dla mnie było tego za wiele. Już wczesnym rankiem postanowiłam znaleźć sobie inne lokum. Wzięłam tylko szybki prysznic, rozliczyłam się w recepcji, podziękowałam i wyszłam na skąpane już słońcem ulice Międzyzdrojów.

Nie bardzo wiedziałam, co ze sobą począć, więc po prostu bez celu ruszyłam przed siebie. Na ulicach o tej porze dnia nie było jeszcze zbyt wielu turystów. Cóż, pewnie odsypiali po nocnych balangach, zupełnie jak moi sąsiedzi zza ściany… Miałam więc okazję, by w spokoju przyjrzeć się miastu, w którym znalazłam się przypadkowo i z pewnością po raz pierwszy w życiu. Malownicze uliczki i zabytkowe budynki, w których mieściły się głównie pensjonaty i niewielkie hotele, robiły na mnie olbrzymie wrażenie. Ich niejednolite bryły przypominały maleńkie zameczki, stare domostwa zachwycały mnie swoją prostotą, a nawet rybackie chaty miały w sobie to coś. Zza każdego rogu wyłaniał się napis: „świeża ryba” albo „ryba z pieca” czy też „wędzona rybka”. Panował tu naprawdę miły klimat.

Podziwiając okolicę, miarowym krokiem posuwałam się w głąb miasta. Kiedy minęłam piękną kutą bramę z napisem „Aleja Gwiazd”, dotarło do mnie, że niewątpliwie znalazłam się w miejscu, które stanowiło najważniejszą część tego miasteczka. Na wprost, na tle spowitego mgłą morza, majaczył olbrzymi biały budynek, który swym przepychem dosłownie przytłaczał resztę architektury. Spojrzałam na niego bez większej ekscytacji. Brakowało mu tego czegoś, co tak kochałam w starych budowlach. Wolałam te skromniejsze, z duszą, które rozbudzały moją wybujałą wyobraźnię.

Jeszcze za czasów wczesnej młodości, kiedy jeździłam z rodzicami na wakacje, najczęściej w góry, interesowałam się starymi budynkami i ich przeszłością. Najczęściej wypytywałam samych właścicieli, bo przecież wtedy niewiele osób wiedziało, czym jest Internet. Często podekscytowana tymi, nierzadko wyssanymi z palca, historyjkami, zasypiając, dopowiadałam sobie szczegóły, które pasowały mi do odwiedzanego miejsca. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie. Teraz jednak czasy były inne. Mogłam zwyczajnie poszperać w sieci i dowiedzieć się czegoś więcej o przeszłości ciekawych zakątków. Fascynowało mnie to.

Przed hotel, na którym dosłownie na moment skupiłam uwagę, właśnie podjechała jakaś wypasiona bryka. Takim lexusem musiała jeździć jakaś szycha albo celebryta, których rzekomo w tym mieście można spotkać niemal na każdym kroku. To przecież głównie z myślą o nich powstała Aleja Gwiazd, na której co rok jakaś nowa znakomitość zostawiała odcisk swojej dłoni. Czytałam o tym nad ranem, kiedy odgłosy zza ściany nie pozwoliły mi zmrużyć oka. Osobiście uważałam, że ten zwyczaj to po prostu snobizm czy też pewnego rodzaju autopromocja. Stale tyle koło nich szumu, a ja byłam zwolenniczką ciszy. Poza tym odkąd pamiętam, stawiałam na skromność i nigdy nie lubiłam być w centrum uwagi, a ci ludzie? Cóż, artyści… Im wolno więcej od przeciętnego śmiertelnika.

Spojrzałam raz jeszcze w stronę tego luksusowego samochodu, a potem cichutko przemknęłam obok, pragnąc pozostać niezauważoną. Ruszyłam w stronę licznych w tej okolicy lokali gastronomicznych, które o tej porze były chyba jeszcze zamknięte. Najwyraźniej na śniadanie było za wcześnie, dlatego skierowałam się w stronę wejścia na molo. Mijałam po drodze puste ławeczki usytuowane pod niemalże zupełnie pozbawionymi liści drzewami. Nie wyglądało to zachęcająco, ale starałam się być optymistką. Może jeszcze zdarzy się coś, co pozwoli mi wierzyć, że wysiadając na tej stacji, dokonałam właściwego wyboru?

Im mniejsza odległość dzieliła mnie od molo, tym wyraźniej słyszałam szum groźnie dziś pomrukującego morza. Zerknęłam na niemal pustą plażę. Dostrzegłam tylko mewy, szukające czegoś w mokrym piasku, i kilka osób, prawdopodobnie miejscowych z psami. Może to i lepiej, bo wciąż nie miałam ochoty na towarzystwo.

Ruszyłam drewnianymi schodami w dół. Morze, z którym miałam okazję przywitać się poprzedniego wieczoru, dziś okazało się bardziej wzburzone. Bagatelizując nieprzyjemne dreszcze, które na mojej skórze pojawiły się na sam widok spienionych fal Bałtyku, postanowiłam zejść na plażę. Morze wyglądało bajecznie. Zachwyciło mnie do tego stopnia, że gdy tylko moje stopy zetknęły się z miękkim podłożem, niemal biegiem ruszyłam w stronę pokrytego białą pianą brzegu. Przystanęłam przy samej wodzie i zamknęłam oczy. Poczułam się wolna. Wdychałam rześką bryzę, czując niezrozumiałą, aczkolwiek niesamowitą więź z rozpościerającym się u moich stóp żywiołem. Tego potrzebowałam…

Kiedy uniosłam powieki, widok wydał mi się jeszcze cudowniejszy. Dotąd byłam przekonana, że najpiękniej w takich miejscach jest latem. Nic bardziej mylnego. To właśnie jesień, choć czasem zimna i mokra, jak dzisiejszego poranka, sprawiała, że morze przywdziewało cudowną barwę.

Odstawiłam walizkę, po czym wyjęłam z kieszeni smartfon. Odnalazłam także słuchawki, które szybko podłączyłam do aparatu, a następnie uruchomiłam swoją ulubioną aplikację – radio. Tak, tego mi było trzeba. Cudownego widoku i cichutko płynącej w uszach muzyki. Jankes i Kama właśnie przekomarzali się o jakąś pierdołę. Przepychanka słowna w wykonaniu tych dwojga niejednokrotnie wywoływała mój szczerszy uśmiech. „Są jak stare dobre małżeństwo…” – przyszło mi do głowy. Ta jedna myśl sprawiła, że ogarnął mnie lekki smutek. Szybko jednak porzuciłam to ponure uczucie, które od miesięcy siłą próbowałam wypędzić z własnego serca, i podziwiając Bałtyk, wciąż wsłuchiwałam się w poranną audycję. Wtedy padła zapowiedź nowego hitu polskiego artysty. Lubiłam nowości, choć czasem nie od razu przypadały mi do gustu. Wdychając przesycone jodem powietrze, wyczekiwałam cierpliwie na zapowiedziany muzyczny hicior. Kiedy usłyszałam charakterystycznie brzmiący głos Dawida Podsiadły, skrzywiłam się nieco. Jakoś dotąd nie przekonał mnie żadnym swoim wykonem, więc… Już chciałam przełączyć stację, kiedy nagle dotarł do mnie sens wyśpiewywanych przez niego słów: „…fal, nie ma fal, nie ma fal…”.

– No, panie Podsiadło – powiedziałam do siebie, co zdarzało mi się naprawdę rzadko. – Jest pan w błędzie – dodałam przekornie.

Pogłośniłam. Nadal spoglądałam w morze, choć wsłuchując się w głos artysty, przez moment zdawałam się go nie widzieć.

Pięknie,

rozmawia się całkiem nieźle

i podoba nam dotychczas każdy obejrzany film…

We mnie, problem jest na pewno we mnie,

nie doszukuj się go w sobie,

w tobie wszystko jest OK…

Właściwie nie wiem, co działo się ze mną przez tę króciutką chwilę, ale na moment chyba zupełnie odpłynęłam. Byłam totalnie zaskoczona przekazem ukrytym w piosence. Niewidomym wzrokiem, z lekko rozchylonymi ustami, patrzyłam tylko w dal, dając się ponieść niezrozumiałym emocjom naraz rodzącym się w moim sercu. Przez jedną krótką chwilę przed moimi oczyma pojawił się wciąż żywy obraz mojego jeszcze całkiem niedawnego życia. Zobaczyłam Piotra, a właściwie jego udręczoną twarz, kiedy oboje staliśmy się świadkami odczytywanego przez sędziego orzeczenia o rozwodzie. Zobaczyłam także swoje własne, ponure, gasnące jak ogarek świecy odbicie, które ostatnio widzę w lustrze.

„Czyżby w naszym życiu także zabrakło wspomnianych w piosence fal, które być może były siłą napędową budowanego przez lata małżeństwa? – pomyślałam strapiona. – Czy wreszcie nadszedł ten moment, abyśmy oboje spojrzeli na świat własnymi oczami, ale każde z osobna, z własnej perspektywy?”.

Choć przyjechałam tu, by uporać się z tym i kilkoma innym problemami, zasmuciły mnie własne myśli. Może wciąż nie byłam gotowa, by ruszyć naprzód? W tym momencie czułam się tak, jakby fale nie płynęły tylko u moich stóp i w słowach piosenki, ale również wdarły się do mojego serca, a wraz z nimi wydostały się wszystkie skrywane od dłuższego czasu emocje. Wreszcie dotarło do mnie, że tak się nie da żyć, a zranionego serca nie można oszukać. Trzeba tylko znaleźć właściwy środek, który je znieczuli i sprawi, że ponownie otworzy się na nowe, nieznane…

Kiedy wreszcie dotarło do mnie, że aby dokonać zmian w swoim życiu, muszę przynajmniej przez jakiś czas iść własną, samotną drogą, coś zakłuło mnie boleśnie, coś skurczyło się we mnie, powodując niemal fizyczny ból… Otarłam rękawem kilka łez i nagle poczułam, że i dla mnie jest jeszcze nadzieja…

***

Nie wiem, może to z nadmiaru przeżyć albo niewyspania, ale nagle poczułam, że tracę równowagę. Właściwie to przez moment odnosiłam wrażenie, że znów zostałam przez kogoś potrącona. Przetarłam zamglone oczy i zauważyłam sylwetkę szybko oddalającego się mężczyzny, który zostawił po sobie intensywny, znany mi już zapach perfum. To znowu on?! No co za typ! Zachowywał się tak, jakby co najmniej całe wybrzeże należało wyłącznie do niego. W dodatku nawet się nie zatrzymał, choć przez niego omal nie runęłam na ziemię. Kiedy oddalał się w zadziwiającym tempie, zauważyłam, że zerknął na mnie przez ramię i uśmiechnął się krzywo spod sportowych okularów. Szkoda, że jeszcze nie popukał się w głowę, może nabiłby sobie odrobinę rozumu. Spojrzałam za nim gniewnie, nie mogąc uwierzyć, że to działo się naprawdę. Przecież mógł mi zrobić krzywdę, a – jak widać – zupełnie go to nie obeszło.

Przez moment rozważałam nawet, żeby za nim pobiec i mu nawtykać, ale nagle w kieszeni kurtki zawibrował mój telefon. Wyjęłam go czym prędzej i spojrzałam na wyświetlacz. Mama. No tak, tego mi jeszcze brakowało, żeby robiła mi wyrzuty z powodu mojego milczenia. Westchnęłam i bez entuzjazmu odebrałam.

– Cześć, mamuś – powiedziałam, siląc się na obojętny ton, choć wciąż trzęsłam się ze złości z powodu tego bezczelnego biegacza.

– Nie tak cię wychowałam, Helenko. – Jak zwykle nie przebierała w słowach i od razu przeszła do rzeczy.

– Przepraszam – wydukałam, choć ledwo powstrzymywałam złość. Ale przecież z powodu jakiegoś zarozumialca nie mogłam się wyżywać na własnej matce. – Byłam zmęczona, trochę zdezorientowana…

– Córuś, nie chcę mówić: „a nie mówiłam?”. Przecież wiesz, że od samego początku nie przyklaskiwałam temu głupiemu pomysłowi. Kto to widział, wyjeżdżać zupełnie samej i to w dodatku w twoim stanie? Poza tym nie powinnaś nas zostawiać. Martwimy się o ciebie – dodała z wyrzutem.

Nas? Co chciała przez to powiedzieć? Nie mogłam uwierzyć, że po tym, co zrobił mój mąż, wciąż się z nim liczyła. Z Piotrem, oprócz całkiem sporej ilości cudownych wspomnień, już nic mnie nie łączy! Kiedy ona to zrozumie? Jak mam ją przekonać, że z tą beznadziejną sprawą, naszym formalnie zakończonym związkiem, już nic nie da się zrobić? To koniec…

– Wyjechałam, mamo. Tak postanowiłam. I proszę cię, przestań mi robić o to wyrzuty.

– Helenko, jaka ty jesteś uparta, zupełnie jak…

– Jak ty, mamusiu – przerwałam jej.

Nie wiem, kogo innego mogła mieć na myśli, bo z całą pewnością nie odziedziczyłam tego po ojcu. Wiem, wiem, nie byłam biologiczną córką żadnego z nich. Ale to nie zmieniało faktu, że nadal się nią czułam i uważałam, że to, kim jestem, zawdzięczam właśnie im. Z całą pewnością jednak tata nie był ani impulsywny, ani uparty jak osioł.

– Nie obawiaj się, nie zamierzam postępować pochopnie. Zresztą przestań mnie traktować jak dziecko. Jestem dorosła i odpowiedzialna.

– Gdyby tak było, potrafiłabyś wybaczyć Piotrusiowi tę jedną chwilę zapomnienia. – Matka nie odpuszczała.

– Nie zaczynaj znowu, proszę.

– Nie zaczynam, tylko…

– Mamo, muszę już kończyć. Mam coś ważnego do zrobienia.

Kiepskie wytłumaczenie, zwłaszcza że wyjechałam, by odpocząć.

– Zbywasz mnie? – zapytała z nieskrywaną urazą.

– Nie – westchnęłam. – Muszę po prostu znaleźć jakąś nową kwaterę, bo…

– Zawsze możesz wrócić do domu.

– Wiem – przerwałam jej, bo coraz bardziej miałam dosyć tej bezsensownej rozmowy. – Pa, mamuś. Trzymaj się. Zadzwonię jutro.

– Ale, Helenko…

– Pa.

Rozłączyłam się. Może zachowałam się niegrzecznie, ale ta rozmowa nie prowadziła do niczego dobrego, więc lepiej było ją w porę uciąć, niż potem żałować słów, które mogłyby paść. Nie chciałam się kłócić, zwłaszcza z matką, za bardzo ją szanowałam.

Schowałam telefon do kieszeni i sięgnęłam po bagaż. Nie zdążyłam jednak zrobić choćby kroku, a moja komórka zaczęła wibrować. Przez chwilę miałam ochotę zignorować to drażniące mnie dziś bardziej niż zwykle brzęczenie. Podejrzewałam, że matka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, ruszyłam więc przed siebie. Jednak kiedy po kilku sekundach ciszy telefon znów zawibrował, zatrzymałam się i ponownie po niego sięgnęłam. Piotr? Czego mógł ode mnie chcieć? A może nasłała go matka? Tak, to byłoby w jej stylu.

– Cześć. – Próbowałam nadać swojemu głosowi naturalną barwę, ale trudno było mi zamaskować niechęć.

– Cześć – odparł Piotrek przybitym głosem. Albo coś się stało, albo matka nakładła mu do głowy jakichś bredni. Po niej można było się spodziewać dosłownie wszystkiego. Lubiła wtykać nos w nie swoje sprawy. – Nie przeszkadzam?

– W zasadzie nie – odparłam. I choć nie miałam ochoty na tę ani na żadną inną rozmowę, przycupnęłam na bagażu, bo coś mi się wydawało, że szykowała się jedna z tych dłuższych. – Coś się stało? Moja mama cię dręczy? Jeśli cię to pocieszy, to powiem, że mnie także stale suszy głowę.

– Nie, nie chodzi o twoją matkę – westchnął.

Znałam go zbyt dobrze, by udawać, że tego nie słyszę. Stało się coś naprawdę poważnego.

– O co chodzi, Piotr? – zapytałam wprost.