Dom w Dolinie Róż - Dani Collins - ebook
Opis

Znany dziennikarz Nikodemus Marcussen nigdy nie lubił pięknej Rowan O’Brien. Jej matka była związana z jego ojcem, który większym uczuciem obdarzał Rowan niż własnego syna. Teraz, gdy rodzice nie żyją, Nik ma zamiar pozbyć się Rowan z rodzinnego domu. Jednak gdy spędzą razem kilka dni pod jednym dachem, wzajemne przyciąganie okaże się zbyt silne, by kazać jej tak po prostu się wyprowadzić…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 151

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dani Collins

Dom w Dolinie Róż

Tłumaczenie: Ewa Pawełek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nikodemus Marcussen z ulgą podniósł się z fotela. Dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, jak bardzo angażował wszystkie mięśnie, by pozostać okazem spokoju i opanowania podczas rozmowy z prawnikiem.

– Wiem, że to niełatwe sprawy – powiedział na zakończenie Sebastyen.

Co ty możesz wiedzieć, pomyślał Nikodemus. Ufał swojemu prawnikowi, lecz ten mógł odnosić się wyłącznie do sytuacji związanej z przedsięwzięciem. Sebastyen był jedną z osób, które wierzyły, że Nik jest w stanie zająć miejsce Oliefa Marcussena po zniknięciu dotychczasowego prezesa, a brak doświadczenia nadrobi wrodzonym zmysłem przywódczym. Nik doceniał wsparcie Sebastyena, ale nie myślał o nim jak o przyjacielu.

W ogóle starał się trzymać podobne sentymenty na postronku ścisłej samokontroli.

– Dzięki za rady – Nik podsumował spotkanie. Faktycznie, punkt widzenia Sebastyena był czystą rzeczowością, abstrahując od okoliczności natury emocjonalnej. – Z pewnością będzie trzeba je wziąć pod uwagę, zwłaszcza wobec zbliżającej się rocznicy zaginięcia. Wkrótce dam ci znać, co postanowiłem.

Sebastyen chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Nik zerkając na zegarek, dał mu do zrozumienia, że zakończył konferencję. Był zbyt zajęty, by tracić czas na niepotrzebne pogaduchy.

– Chciałem powtórzyć, że nie bez znaczenia jest zgoda obojga najbliższych krewnych – dodał jednak Sebastyen.

– Zdaję sobie z tego sprawę – chłód w tonie Nikodemusa wystarczył, by prawnik skłonił się i bez dalszej zwłoki opuścił gabinet.

Nik nie miał ochoty na dyskusje, w jaki sposób pozyskać dla jego sprawy „pozostałych najbliższych krewnych”. Tym bardziej że przecież miał już sprecyzowany plan działań w tej kwestii.

Gdy drzwi zamknęły się za Sebastyenem, Nik podniósł leżącą na biurku kopertę. Rachunki za rozmaite zakupy posypały się z niej na blat, tworząc nieład i chaos, zupełnie taki, jak osoba, które je przysłała, tworzyła w uporządkowanym życiu Nikodemusa. Wśród rachunków znajdował się liścik na jasnobłękitnym papierze. Nik podniósł go i przebiegł oczami.

Nik,

Moje karty kredytowe przestały działać. Załatw mi nowe,z łaski swojej,i przyślij doDoliny Róż.Wybieram się tam odpocząć w ten weekend.

Ro.

Odpocząć? Ciekawe od czego, pomyślał. Ale w gruncie rzeczy dobrze się składało. Najwyraźniej nie dostała jego powiadomienia o zamrożeniu jej rachunków bankowych. Wobec tego spotka się z nią i zajmie tym, co zaniedbał Olief: zmusi ją, by dorosła i wreszcie zaczęła zachowywać się odpowiedzialnie.

Dolina Róż… Tkliwe poczucie powrotu do własnego miejsca na ziemi ogarnęło Rowan, gdy ze szczytu klifu ujrzała spory dom z szarego kamienia tkwiący w kotlinie pośród winnych krzewów. Jego północnoeuropejska forma, najeżona wieżyczkami, była z pewnością dysonansem w rejonie śródziemnomorskim, gdzie królowała architektura jasna i klasyczna, bardziej pasująca do błękitu nieba i szmaragdowych wód morza. Dla Rowan nie było to istotne; wiedziała, że ten dom był darem dla ukochanej kobiety, której miał przypominać rodzinne strony. Dlatego i ona kochała to miejsce. Wreszcie też tutaj czuła się naprawdę wolna.

Marna sytuacja finansowa zmusiła ją do podróży powolnym promem. Z początku była tym poirytowana, lecz to przymusowe zwolnienie obrotów przyniosło jej niespodziewaną ulgę. Z jednej strony bowiem marzyła, by wreszcie znaleźć się w Dolinie Róż, z drugiej jednak potrzebowała chwili, żeby przygotować się na pustkę, którą tam zastanie.

Z biciem serca weszła na dziedziniec. Mijając stosik bagaży przysłanych uprzednio taksówką, wkroczyła na ganek. Z niepokojem myślała, że nie wie, gdzie mogła zostawić klucz. Wysłała co prawda wiadomość o swoim przyjeździe, lecz nie była pewna, czy gospodyni ją dostała. Telefon Rowan, podobnie jak karty bankowe, przestał działać.

Drzwi były otwarte. Rowan wstąpiła do pogrążonego w ciszy holu i westchnęła ciężko. Tak bardzo chciała tu przyjechać, ale nie było to łatwe, bo miała świadomość, że serce tego domu przestało bić. Chyba że…

Raptem z piętra dobiegł stłumiony dźwięk. Czyjeś kroki zbliżały się do szczytu schodów. Zanim Rowan zdołała dopuścić do siebie absurdalną myśl, że oto jakimś cudem zobaczy zaraz swoją matkę i ojczyma, jej oczom ukazał się ktoś inny.

Och!

Prędko wytłumaczyła sobie własne zmieszanie na widok Nika, który w nieoczekiwany sposób pojawił się nagle przed nią po tak długim czasie. Ale przecież zawsze w jego obecności serce podskakiwało jej w piersi, a oddech na moment zamierał! Do tego należało doliczyć uczucie wstydu, odkąd dwa lata temu pozwoliła sobie wobec niego na ów moment słabości…

Starała się nie dać po sobie poznać, jakie uczucia nią miotają, ale kosztowało ją to wiele trudu. Nik prezentował się zbyt dobrze, by mogła pozostać całkiem obojętna. Znała wielu przystojniaków o rysach jak wyrzeźbionych w marmurze i o podobnym spojrzeniu niebieskich oczu. Żaden jednak nie łączył w sobie walorów jasnowłosego wikinga i smagłości spartańskiego hoplity! Mało tego, zniewalająca prezencja nie wyczerpywała jego atutów. Emanowała z niego niezachwiana siła charakteru, fizyczna doskonałość i pewność siebie. Teraz zaś sytuacja życiowa zdawała się windować to wszystko na nowy poziom. Rowan niemal wyczuwała fizycznie tę moc osobowości, sprawiającej wrażenie, jakby chciała kompletnie zawładnąć jej jestestwem. Musiała sprężyć siły do kontrataku. W jego obecności nie było miejsca na bierny opór: przełamałby go zbyt szybko i mógłby swobodnie dyktować swoją wolę, a na to nie mogła pozwolić. Na szczęście był jedną z nielicznych osób, którym mogła się przeciwstawiać zupełnie bezkarnie. Nie miała nic do stracenia – przecież i tak jej nienawidził! Doprawdy, zawsze to podejrzewała, a przekonała się najboleśniej, gdy z pogardliwym zniecierpliwieniem zareagował na jej pocałunek wówczas, w jej dwudzieste urodziny… Od tej pory starała się w ogóle nie myśleć o jego negatywnych uczuciach, a już zwłaszcza nie dopuszczać do siebie świadomości, jak przykre dla niej były.

– Co za miła niespodzianka – wypaliła ze swoim irlandzkim akcentem, przywołując na twarz najbardziej zniewalający ze swoich uśmiechów. – Cześć, Nik.

– Witaj, Rowan. – Jej powitanie nie naruszyło zimnej jak zbroja powściągliwości. Jego głos chropawy i ostry, ale pobrzmiewający męską zmysłowością, której wpływowi trudno się oprzeć, z miejsca na nią podziałał. Nie było łatwo dorównać mu nieporuszoną postawą.

– Nie wiedziałam, że cię tu spotkam. Jeśli wysyłałeś mi jakieś wiadomości, to daremnie. Moja komórka nie działa. – Rowan powiesiła torebkę na słupku balustrady schodów.

– Jak sądzisz: dlaczego tak jest? – spytał, taksując ją uważnym spojrzeniem. Jego akcent, amerykański w swym rdzeniu, z wyraźnym wpływem czasu spędzonego w brytyjskiej szkole oraz w Grecji i na Bliskim Wschodzie, pozostawał nie mniej intrygujący i egzotyczny niż on sam.

– Nie mam pojęcia.

W obronie przed pobrzmiewającym w jego głosie wyzwaniem przeszła w głąb holu. Położyła dżinsowy żakiet na oparciu kanapy. Pogłos, jaki na kamiennych płytkach podłogi wzbudzały obcasy jej wysokich butów, na nowo przypomniał jej o pustce panującej w domu. Pomyślała, że może i Nik przybył tu gnany tęsknotą. Zerknęła w jego stronę, lecz nieporuszona twarz Nika, splecione we władczej pozie ramiona, cała jego arogancko-władcza postać przeczyły domysłom.

– Nie spodziewam się, żebyś je miała – przemówił znów tonem prokuratora.

– Żebym co miała? – spytała z roztargnieniem, wciąż starając się dostrzec w nim ślady jakichkolwiek ludzkich uczuć. Bez skutku. Rozczarowanie mieszało się w niej z irytacją. Czy to w ogóle był człowiek? Czy byłaby w stanie zmusić go do porzucenia tego chłodu? Nie, to beznadziejne. Musi wybić to sobie z głowy. Musi wybić sobie z głowy… jego.

Ale jak? Zdjęła z włosów opaskę, którą włożyła na podróż promem. Potrząsnęła głową, uwolnione włosy rozsypały się w długich, ciemnych puklach na jej ramiona. Próbowała nie dać się zdominować.

– Twój telefon przestał działać w tym samym momencie co karty kredytowe. W ogóle cię to nie zastanowiło?

– To, że stało się to jednocześnie? Zastanowiło mnie, ale dotąd zawsze wszystko było spłacane na czas. To jakiś dziwny przypadek. – Palcami zaczesała niesforne włosy z powrotem na czoło. Zerknęła znów na niego, by pochwycić jego przenikliwe spojrzenie. Tym razem dostrzegła w nim coś więcej niż tylko zainteresowanie wynikające z rozmowy: męską fascynację. Natychmiast piekące ciepło rozlało się w jej żyłach. Kapryśne młodzieńcze hormony, które swego czasu popchnęły ją ku najbardziej upokarzającemu doświadczeniu życia, znów zagrały z całą mocą. Poczuła złość na siebie, na zdradzieckie reakcje swego organizmu. Żeby je ukryć, rzuciła mu wyzwanie, uśmiechając się z całą pewnością siebie, na jaką ją było jeszcze stać. Miała świadomość swojego działania na mężczyzn. I dotychczas tylko u tego człowieka z lodu nie dostrzegała erotycznego zainteresowania. Z zadowoleniem pomyślała, że i ona może mieć jakąś władzę nad częścią jego osobowości. Chociaż samo patrzenie mu w oczy przyprawiało ją o zawroty głowy, jakby stała nad przepaścią i tylko krok dzielił ją od upadku w otchłań. Może zresztą nawet i ta odrobina władzy nad nim była mirażem? Mimo to Rowan zbliżyła się ponownie do niego i balansując na wysokich obcasach, stanęła w pozie prowokacyjnie seksownej.

– Nie musiałeś przywozić mi tutaj nowych kart osobiście. Przecież jesteś taki zajęty. Co się stało? Stęskniłeś się za rodziną? – Mówiąc to, starała się dostrzec w jego postawie cień emocji. Jednak emocje były domeną zwykłych śmiertelników, takich jak ona.

Ich rodzice mogli być związani ze sobą przez bez mała dziesięć lat, ale Nikowi nie postałaby w głowie myśl, że on i Rowan są w jakiś sposób rodziną.

– Zgadza się: jestem zajęty – poinformował ją oschle.

Nie przypominała sobie żadnej osoby, którą Nik obdarzałby pozytywnymi uczuciami, ale do niej odnosił się z jakąś szczególną wrogością.

– Ja pracuję, rozumiesz? Nie, kto jak kto, ale ty raczej nie jesteś w stanie tego zrozumieć – ciągnął.

– Przypatrz się tym nogom. Pracują, odkąd skończyłam cztery lata. Jestem tancerką.

– Nie nazwałbym tego pracą. Zwłaszcza że całe powodzenie zawdzięczasz sławie matki, a nie własnemu talentowi. Powiesz mi zaraz, że gaża, którą zgarniasz za występ w klubie, jest niebagatelna. Ale ja nie mówię o incydentalnym zarabianiu ciałem, Rowan. Mówię o rzetelnej, codziennej pracy, jakiej jeszcze nie doświadczyłaś. I o dojrzałym zarabianiu na swoje utrzymanie.

Czyżby wiedział o występach w klubach? Oczywiście, że tak. Paparazzi są wszędzie! Nie była zachwycona, że musiała uciec się do takiego zarobkowania, gdy jej matka zaginęła. Po prostu nie miała innego wyjścia wobec finansowego dna, na którym się znalazła. Także wobec zobowiązań względem ojca… Olief zrozumiałby jej postępowanie, ale nie spodziewała się tego samego po jego zimnym jak sopel synu. Nie, walka z nim na tym polu nie miała sensu. Postanowiła sprytnie odeprzeć atak, zmieniając główny przedmiot rozmowy.

– Wyrzucasz mi, że korzystam ze sławy mojej matki, sam będąc synalkiem prezesa?

Oskarżanie Cassandry O’Brien o zapędzenie własnego małego dziecka na scenę było niesprawiedliwe. Matka Rowan nie miała wówczas zbyt wielu ofert pracy dla siebie. Opinia kapryśnej gwiazdy i kobiety wampa, jaką się wówczas cieszyła, stała się poważną przeszkodą w karierze.

– W moim przypadku jest zupełnie inaczej – stwierdził Nik.

– Tak, jasne. Zawsze ja nie mam racji, a ty masz. Ja jestem głupia, a ty bystry.

– Tego nie powiedziałem. Mówię tylko, że awansowałem dzięki samemu sobie i swojej pracy, a nie przez nepotyzm.

– Ano właśnie. Istny geniusz! Ale pewnie masz dość rozmowy z podrzędną istotą. Zostawmy to. Nie chcę z tobą walczyć. Nie spodziewałam się w ogóle spotkać tu ciebie. Liczyłam na trochę samotności. – Rowan ruszyła w stronę kuchni. – Marzę o filiżance herbaty. Czy poprosić Annę, żeby zrobiła i tobie?

– Anna już tu nie pracuje. Porzuciła posadę w tym domu – poinformował ją.

– Och… – Rowan zatrzymała się. Kolejna zmiana zaskoczyła ją, kolejna… strata. – No cóż, poradzę sobie sama. Czy poczęstować cię, czy raczej śpieszy ci się już z powrotem do Aten? – z uprzejmym uśmiechem zasugerowała pożegnanie.

– Zostanę tu tak długo, jak to będzie potrzebne. – Wyraz jego twarzy pozostawał kompletnie beznamiętny. To był istny robot. O ile produkuje się roboty w dżinsach i obcisłych T-shirtach okrywających tak seksowne… obudowy.

– Potrzebne… do czego? – spytała kpiąco, ale tknięta niemiłym przeczuciem. – Żeby się mnie stąd pozbyć?

– Widzisz? Wiedziałem, że nie jesteś głupia.

Tytuł oryginału: No Longer Forbidden?

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2013

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2013 by Dani Collins

© for the Polish edition by Arlekin – Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2015

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Światowe Życie są zastrzeżone.

Wyłącznym właścicielem nazwy i znaku firmowego wydawnictwa Harlequin jest Harlequin Enterprises Limited. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-1067-6

ŚŻ EKStra – 564

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com