Melodia miłości - Dani Collins - ebook
Opis

Amerykański milioner, genialny programista Roman Killian udostępnia swojej asystentce dom na południu Francji, by urządziła tam wesele. Organizatorką imprezy jest Melodie Parnell. Roman odkrywa, że Melodie jest spokrewniona z ludźmi, którzy przed laty okradli go i zniesławili. Podejrzewa, że teraz przysłali ją na przeszpiegi do jego domu. Postanawia uprzedzić ich kolejne kroki, wykorzystując Melodie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 135

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dani Collins

Melodia miłości

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Mimo że Melodie Parnell dorastała w bogatej, przesiąkniętej cynizmem rodzinie z tradycjami, zachowała optymizm i wiarę w ludzi. Pragnęła widzieć w nich samo dobro. Jej zawodowy wizerunek nie odzwierciedlał jednak szczerej, otwartej natury. W prostej, ołówkowej spódnicy, swetrze i perłach po matce, z gładko zaczesanymi włosami i mocnym makijażem wyglądała na bardziej wyrafinowaną, niż w rzeczywistości była.

Jej prostoduszność przez wiele lat narażała ją na drwiny przyrodniego brata i wielbicielek jego majątku. Wmawiała sobie, że nie odziedziczyła nadwrażliwości, która zrujnowała życie jej niedawno zmarłej matki. Niemniej, choć przywykła do widoku potężnych mężczyzn w drogich ubraniach, na widok Romana Killiana zaparło jej dech.

Nie nosił wprawdzie garnituru, tylko płócienną marynarkę do czarnych spodni i rozpiętej pod szyją koszuli, ale zrobił na niej tak piorunujące wrażenie, że w ogóle nie zauważyła stroju. Krótko przystrzyżone, najprawdopodobniej kręcone włosy, pięknie rzeźbione rysy, zielone oczy i śniada cera zdradzały południowoeuropejskie, włoskie, greckie lub hiszpańskie pochodzenie, przypuszczalnie ze starego, arystokratycznego rodu. Melodie znała go jednak jako Amerykanina, który doszedł do majątku własną pracą.

‒ Niezastąpiona panna Melodie, prawda? – zagadnął na powitanie, ujmując jej dłoń. – Roman Killian.

Spod prostych, ciemnych brwi obserwowały ją badawczo zielone oczy o ciemnych obwódkach wokół źrenicy. Powitał ją grzecznościowym, raczej chłodnym uśmiechem, jakby uznał ją za niezbyt atrakcyjną, co jej nie zaskoczyło. Odziedziczona po matce figura modelki i delikatne rysy doskonale wyglądały na wybiegu, ale nie z bliska. Tyle razy słyszała docinki, że przypomina niezdarnego pająka, że w końcu w nie uwierzyła. Mimo to nie okazywała onieśmielenia nawet przy znanych politykach czy członkach rodzin królewskich. Lecz męska uroda atrakcyjnego gospodarza kompletnie zbiła ją z tropu. Zbyt późno uświadomiła sobie, że powitalny uścisk dłoni trwa zdecydowanie zbyt długo. Próbowała ją cofnąć, ale ją przytrzymał.

‒ Gdzieś już panią widziałem – oświadczył niemal oskarżycielskim tonem.

‒ Wykluczone – zaprotestowała równie stanowczo.

Ponieważ bez trudu zapamiętywała twarze, nie zapomniałaby, gdyby go kiedykolwiek zobaczyła. Był zdecydowanie za młody, by oglądać zdjęcia jej matki w czasach, kiedy pracowała jako modelka. Zresztą nie wyglądał na wielbiciela magazynów mody. Ojca raczej też nie znał, ale o nim wolała nie myśleć. Nie ulegało jednak wątpliwości, że jej nie uwierzył.

‒ Nie przyprowadziła pani Ingrid i Huxleya? – zapytał, omiótłszy wzrokiem brukowany dziedziniec z fontanną.

‒ Wkrótce nadejdą – zapewniła Melodie.

Onieśmielała ją jego pewność siebie. Pomyślała, że zawdzięcza ją poczuciu bezpieczeństwa. I nic dziwnego. Zbił fortunę na projektowaniu wszelkiego rodzaju systemów zabezpieczających najwyższej klasy. Zaczynał od oprogramowania komputerowego. Poza tym niewiele o nim wiedziała. Polegała tylko na tym, co usłyszała od Ingrid. Nie śledziła jego życiorysu w obawie, że natrafi na informacje o swoim przyrodnim bracie.

Już sam fakt, że konkurował z Antonem zaskarbił mu jej sympatię. Poza tym wyglądało na to, że pod potężną powłoką skrywa dobre, wrażliwe serce. Bez wątpienia okazał je własnej asystentce, udostępniając jej na wesele swoją rezydencję na południu Francji. Dyskretnie wspierał bezdomnych, badania nad demencją, ofiarowywał bibliotekom komputery.

Odwróciła wzrok od jego badawczego spojrzenia. Pod wysokim sufitem zawieszono żyrandole z lśniącego kryształu. Podwójną klatkę schodową z barierkami z kutego żelaza wyłożono czerwonym dywanem. Posadzkę wykonano z tego samego żółtawego marmuru, co schody. Pokrywała również hol z terakotową sofą w kształcie podkowy, zdolną pomieścić co najmniej dwadzieścia osób. Melodie podejrzewała, że gospodarz rzadko przyjmuje gości w tych wygodnych wnętrzach o ciepłej kolorystyce.

‒ Nie przypuszczałam, że czołowy specjalista od zabezpieczeń mieszka tak przytulnie. Wyobrażałam sobie współczesną fortecę ze szkła i stali o geometrycznych kształtach – wyznała szczerze.

‒ Ludzie przeważnie chronią to, co najpiękniejsze: dzieła sztuki, klejnoty. Sprawny system alarmowy pozwala zrezygnować z wysokich murów i żelaznych bram.

‒ Czy obecnie jesteśmy filmowani?

‒ Nie. Kamery działają tylko przy włączonym alarmie.

Zatem tylko on ją obserwował. Ale na jedno wychodziło.

W mgnieniu oka oceniła obszerną jadalnię jako doskonałą bazę dla obsługi, ponieważ czterystu gości miało jeść w namiotach na dworze. Posiadłość dysponowała rozległą przestrzenią na urządzenie ceremonii, z miejscem dla orkiestry i podestem do tańca. Łukowate falochrony oddzielały dom od Morza Śródziemnego. Z basenu na trawniku wykrojono półwysep w kształcie ćwiartki koła jako niewielki plac piknikowy. Za lustrem turkusowej wody sześć schodków prowadziło w dół do szerokiego pasa piaszczystej plaży. Na prawo, na starannie przystrzyżonym trawniku stał helikopter. Po jego usunięciu powstałoby odpowiednie miejsce na zorganizowanie ceremonii i przyjęcia.

Melodie dorastała w luksusie, ale nie aż w takim. Niełatwo jej przyszło ukrycie oszołomienia bogactwem Romana Killiana.

Przeniosła wzrok na bugenwille, oplatające kolumnady. Róże, geranium i inne, nieznane jej kwiaty w doniczkach roztaczały aromat miodu, wiśni i anyżku. Ich odurzający zapach podkreślał romantyczny nastrój. Wyobraziła sobie siebie jako pannę młodą, schodzącą w mgiełce białej koronki po schodach ku zabójczo przystojnemu panu młodemu. Zachodzące słońce oświetlało ich wspaniałą przyszłość złotym i różowym blaskiem. Świece płonęły jak ich serca wieczną miłością. Napotkawszy spojrzenie Romana, spłonęła rumieńcem, niemal pewna, że odczytał jej myśli.

‒ Jak tu pięknie! – westchnęła. – Ofiarował pan hojny dar swojej pracownicy, udostępniając jej własną posiadłość na wesele.

‒ Wysoko ją cenię – odparł po chwili milczenia, co nasunęło jej podejrzenie, że kierowały nim jakieś inne motywy. ‒ Dlaczego nie przyjechaliście razem? Nie mieszkacie w tym samym hotelu?

‒ Niedawno się zaręczyli. Od chwili spotkania na lotnisku czułam się przy nich jak piąte koło u wozu.

‒ Ryzyko zawodowe – skomentował z kwaśną miną, jakby jeszcze mniej od niej lubił oglądać cudze czułości.

‒ Pewnie tak – rzuciła od niechcenia, żeby ukryć brak doświadczenia. Urządzała dopiero drugie wesele, a pierwsze w skali międzynarodowej. Do tej pory organizowała głównie przyjęcia dla polityków. – Od jak dawna pan tu mieszka? – spytała, nie tylko po to, żeby zmienić temat, ale przede wszystkim z autentycznej ciekawości.

‒ Budowę zakończono w zeszłym roku – uciął krótko. – Pokazać pani kuchnię?

Melodie dostrzegła nagłą zmianę nastroju. Nić porozumienia pękła w ułamku sekundy.

‒ Bardzo proszę – odparła, zaskoczona, że tak szybko ją uciszył.

Zaprowadził ją na tyły domu i przedstawił francuskiemu kucharzowi, równie nieprzystępnemu jak jego szef. Zdołała zaledwie ustalić podstawowe szczegóły dotyczące dostawców, świadoma, że Roman uważnie ją obserwuje.

Sygnał z zegarka poinformował Romana o nadejściu wiadomości o stanie zagrożenia. Odczytał z ekranu prośbę o przeczytanie świeżo nadesłanego raportu, ale ją zignorował. Zwykle nie lekceważył takich informacji, ale wiedział, że jego ludzie w mgnieniu oka dotrą na miejsce i opanują sytuację. Poza tym nie mógł opuścić gościa. Z przyjemnością słuchał melodyjnego głosu bez charakterystycznego akcentu z Południa.

Dałby głowę, że już gdzieś widział tę anielską twarzyczkę i kruchą figurkę, apetycznie zaokrągloną we właściwych miejscach, aczkolwiek był pewien, że nie kłamała, kiedy zaprzeczyła. Natychmiast wyczuwał kłamstwo. Jedyny raz, kiedy zlekceważył podszept intuicji i postanowił okazać zaufanie, sprawił, że utracił wszystko. Niewiele brakowało, by stracił również życie.

Nie narzekał na brak powodzenia. Posiadał pożądane przez kobiety atuty: dobrą sylwetkę dzięki regularnym ćwiczeniom, markowe ubrania i zasobny portfel. Rumieńce, ukradkowe spojrzenia i nerwowe nawijanie na palec pasemek włosów świadczyły, że Melodie również pociągał. Lecz w przeciwieństwie do innych przedstawicielek płci pięknej dokładała wszelkich starań, by ukryć zainteresowanie. Nie nosiła pierścionka, ale nie mógł wykluczyć, że jest z kimś związana. Jeżeli nie, jej onieśmielenie przypuszczalnie wynikało stąd, że nie interesowały jej przygodne romanse, czego skrycie żałował.

Melodie spostrzegła, że spojrzał na zegarek.

‒ Chyba nie powinnam zostawiać narzeczonych samych – przyznała z nieśmiałym uśmiechem. – Strasznie długo zwlekają.

‒ To niepodobne do Ingrid – stwierdził Roman.

Gdyby nie mógł polegać na jej słowie, nie zostałaby jego asystentką. Nie był tyranem, ale nie tolerował niedbalstwa. Jej spóźnienie jednak tym razem wcale go nie zdenerwowało. Chętnie pozostawał sam na sam z Melodie.

‒ Proszę mi wskazać, gdzie będzie mogła się przebrać – poprosiła. – Wybrałabym odpowiednie miejsca do pozowania. Przygotowania panny młodej to ulubiony temat fotografów.

‒ Naprawdę? – mruknął bez entuzjazmu.

Nie zdołał ukryć pogardy, ponieważ zbyt długo z trudem wiązał koniec z końcem, by aprobować zbędne wydatki na wystawne ceremonie. Zaproponował wprawdzie urządzenie takiego widowiska u siebie, ale przede wszystkim z myślą o własnej korzyści.

‒ Wygląda na to, że nie jest pan romantykiem – zauważyła Melodie. – Albo żałuje pan, że udostępnił tłumom swą prywatną przestrzeń.

Bezbłędnie odgadła obydwa powody jego niechęci. Podziwiał jej spostrzegawczość albo też szczególną wrażliwość na jego reakcje, co byłoby jeszcze bardziej niepokojące. Przyrzekł sobie lepiej kontrolować swoje zachowanie, żeby zbyt wiele nie ujawnić.

‒ Jestem realistą – potwierdził, prowadząc ją do pokoju śniadaniowego. – A pani?

‒ Niepoprawną optymistką – przyznała bez żenady. – Ojej, jaki śliczny pokój!

Po raz drugi skłoniła Romana do zweryfikowania swojego wyboru. Kusiło go, żeby urządzić wnętrza tak nowocześnie, jak sobie wyobrażała. Jednak zbyt wiele lat wczesnej młodości spędził w budynku państwowej instytucji, niemal tak surowej jak więzienie, i u obcych, by ulegać minimalistycznym modom.

Pragnął własnego domu, ciepłego i przytulnego, oczywiście wystarczająco eleganckiego, żeby móc go sprzedać bez trudu, gdyby jego świat ponownie legł w gruzach. Nie przewidywał wprawdzie tak czarnego scenariusza, ale nigdy nie zapominał o zaplanowaniu awaryjnych wyjść. Przystał, co prawda, na sugestię architekta, że wielkie okna i oszklone drzwi na balkon wzdłuż całych dwóch ścian oświetlą wnętrze z rana, ale pamiętał, że przy brzydkiej pogodzie będzie przez nie oglądał jedynie ścianę deszczu.

‒ Raz wylosowałam ciasteczko z wróżbą. Wyczytałam, że zawsze warto zachować optymizm i wzięłam sobie tę radę do serca – wyjaśniła Melodie.

Zaskoczyła go. Wykrzywił usta z niesmakiem.

‒ Powinni do każdego dołączać przepowiednię, że konsumenta czeka jedzenie suchych okruszyn bez smaku.

‒ Przy tak sceptycznym nastawieniu wolę nie pytać, co pan myśli o weselach.

Słowom towarzyszyło figlarne mrugnięcie. Najwyraźniej go kokietowała. Roman uznał, że najwyższa pora uświadomić ją, żeby nie liczyła na trwały związek, a najwyżej na przelotny romans.

‒ Uważam je za pustą otoczkę dla skrawka papieru, który coś obiecuje, ale niczego nie gwarantuje.

‒ To straszliwie przygnębiające podejście – skomentowała Melodie. ‒ Moim zdaniem to wyraz szczęścia już osiągniętego i przyszłego.

‒ Jeżeli obiecuje je pani swoim klientom, to wykorzystuje pani ludzką naiwność.

‒ Uważa pan za naiwnych tych, którzy kochają i nie porzucają nadziei?

‒ Na co?

‒ Na spełnienie marzeń. Jak daleko by pan zaszedł, gdyby nie snuł pan dalekosiężnych planów i nie liczył na sukces? – odparowała z szelmowskim uśmiechem, patrząc mu prosto w oczy. – Jako niepoprawna optymistka wierzę, że pana przekonam – dodała, przechodząc do prywatnego salonu.

‒ Nie tak łatwo mną manipulować – ostrzegł. – Ale proszę próbować.

Tytuł oryginału: Vows of Revenge

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2015

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2015 by Dani Collins

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osob rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-2854-1

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.