Spotkanie w Marsylii - Dani Collins - ebook
Opis

Jaya Powers musi pojechać do Marsylii, by zaopiekować się chorą kuzynką. Jej pożegnalne spotkanie z szefem Theem Makricostą przeradza się w miłosną noc. Potem jednak Theo nie odbiera od Jayi telefonów. Odzywa się dopiero po kilkunastu miesiącach, gdy bardzo potrzebuje jej pomocy przy opiece nad siostrzeńcem i bratanicą. Jaya ma do niego żal, lecz nie potrafi odmówić. Jednocześnie jednak cieszy się, że nadarza się okazja, by wyjaśnić kilka ważnych spraw…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 139

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dani Collins

Spotkanie w Marsylii

Tłumaczenie: Ewa Pawełek

PROLOG

Theo Makricosta wpatrywał się w przestrzeń między kontrolką paliwa helikoptera a zbliżającą się linią wybrzeża. Nie martwił się. Z nawyku zabierał dwukrotnie więcej paliwa, niż potrzebował na konkretny lot.

Ledwo wylądował na jachcie, by zaraz wzbić się w powietrze i udać w drogę powrotną. Odległość z A do B równała się odległości z B do A, więc powinno wystarczyć. Tyle że w tym wypadku B oznaczało łódkę, a więc ruchomy punkt.

Decyzję podjął w ułamku sekundy: poleci do Marsylii, nie do Barcelony. To był instynkt, impuls, zachowanie całkowicie sprzeczne z jego naturą. Poczuł przypływ niezidentyfikowanej paniki w chwili, gdy tylko helikopter oderwał się od pokładu. Skierował go tam, gdzie, jak sądził, czekało wybawienie. Niedorzeczne, absurdalne założenie, ale postanowił je zrealizować.

A teraz leciał i zalewał się potem.

Nie bał się o własne życie. Nikt by za nim nie tęsknił, gdyby spadł. Ale za nietypowym ładunkiem w kabinie obok – owszem. Presja wynikająca z konieczności bezpiecznego dostarczenia pasażerów zżerała go. W niczym nie pomagało to, że słyszał ich głosy, że każde z dwojga maleńkich dzieci na pokładzie wręcz niemiłosiernie się darło.

Miał dość bycia bratem. Lada chwila mógł zginąć jako wujek. Na szczęście nie popróbował w życiu ojcostwa.

Wycierając spoconą dłoń o udo, wyciągnął z kieszeni telefon. Jedyna osoba, która mogła mu pomóc, była w Marsylii. Oczywiście, jeśli zechce mu pomóc. Odszukał w rejestrze wiadomość, którą już dawno powinien był usunąć.

„Oto mój nowy numer, na wypadek gdyby to był powód, dla którego nigdy nie oddzwoniłeś. Jaya”.

Te słowa uderzały jak powracający wyrzut sumienia. Mimo to po cichu wierzył, że w jej sercu wciąż było na tyle dużo dobroci, by mu wybaczyć i pomóc.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Osiemnaście miesięcy wcześniej…

Jaya Powers słyszała powracający helikopter szefa już przed południem, jednakże Theo Makricosta nie skontaktował się z nią aż do teraz, do siedemnastej, kiedy planowo kończyła pracę. Co więcej, tego dnia po raz ostatni figurowała na jego liście płac, a za dwanaście godzin miała opuścić Bali na zawsze. Oczywiście pamiętała, że tradycyjne godziny pracy nie dotyczyły pana Makricosta. Wyczerpany niezliczonymi podróżami, cierpiał na bezsenność, w efekcie nocami zabijał czas, rzucając się w wir obowiązków. Wówczas, nie zważając na godzinę, wzywał ją, prosząc o dostarczenie raportów czy innych dokumentów. Zawsze przy tym przepraszał za kłopot i nalegał, by dopisała sobie godziny nadliczbowe. Był wyjątkowo dobrym szefem, za którym będzie tęsknić – niestety, nie tylko z powodu jego zawodowych walorów.

Teraz, stojąc wśród spakowanych walizek, z politowaniem przyglądała się sobie w lustrze. Wciąż miała na sobie firmowy uniform, włosy spięła w doskonały kok, starannie poprawiła makijaż, umyła zęby i czekała na jego ostatnie wezwanie. Któż by przypuszczał, że po tym wszystkim, co zmusiło ją do opuszczenia domu w Indiach, tak beznadziejnie się zadurzy, i to w swoim szefie. Czy on wiedział o jej rezygnacji? Czy w ogóle go obchodziła? Zawsze zachowywał się bardzo profesjonalnie, jakby nie zauważał, że była kobietą. Zresztą, gdyby przypadkowo nie wpadła na trop jego wakacyjnego flirtu, trwałaby w przekonaniu, że w jego życiu nie ma miejsca dla kobiet. Od tej pory wiedziała, że są – ale tylko wtedy, gdy mu to odpowiadało, na jego zasadach. Z tą świadomością nie było jej łatwiej. Czuła niezrozumiałą zazdrość, co mogło wydawać się dziwne, bo przecież wcale nie chciała zaciągnąć go do łóżka. Tak przynajmniej tłumaczyła sama sobie.

Dreszcz pełnego niepokoju napięcia przeszył jej ciało, wędrując w stronę serca. Ogarnęło ją dziwne uczucie, zupełnie inne niż to, które towarzyszyło jej, ilekroć myślała o seksie. Czy to możliwe, że nie będzie miała szansy powiedzieć mu „do widzenia”?

W tej fascynacji nie było logiki. Przywiązała się do człowieka, który traktował ją z profesjonalną obojętnością. Jako szef szanował w niej kompetentnego pracownika, co z kolei dawało jej poczucie bezpieczeństwa i na zasadzie błędnego koła prowadziło do jeszcze większego przywiązania. Jak teraz miała wyjechać do Francji bez słowa pożegnania?

Zamiast zdjąć biało-czerwony służbowy krawat i po prostu odejść, chwyciła kartę dostępu i ruszyła w kierunku jego biura. Co za idiotka, mówiła sobie, wsiadając do windy. Co zrobisz, jeśli nie będzie sam?

Kilka minut później stała na czterdziestym piętrze, nerwowo pocierając wilgotne dłonie o spódnicę. Wszystko tu należało do rodziny Makricosta, ale młodszy z braci, Demitri, nie był tak oddany firmie jak Theo. Pojawiał się nieoczekiwanie i bardzo rzadko. Ich siostra, Adara, tak planowała wizyty w korporacji, by zimą nie siedzieć w mroźnym Nowym Jorku, a latem korzystać z uroków cieplejszych od Bali miejsc na świecie.

Theo – to znaczy, pan Makricosta, upomniała się, chociaż w myślach nazywała go po imieniu – sprawdzał księgi każdego hotelu przynajmniej raz na kwartał, z godną podziwu rzetelnością. To również w nim lubiła.

Zapukała. Dźwięk, który usłyszała przez zamknięte drzwi, mógł oznaczać „Proszę wejść!”. Nie była tego pewna, ale skoro dotarła już tak daleko, wyjęła kartę magnetyczną i…

– Powiedziałem, nie teraz – zakomunikował, nie zmieniając półleżącej pozycji na sofie. Jedną ręką przysłaniał oczy, w drugiej trzymał drinka. Rzut oka wystarczył, by dostrzec kilkudniowy zarost, pogniecione ubranie i dokumenty porozrzucane w nieładzie na ławie oraz na podłodze. Otwarty laptop na krawędzi stołu straszył czernią ekranu. Popsuty?

Jaya zrozumiała, że powinna natychmiast wyjść. Wściekły facet może być niebezpieczny. Jednakże, było coś tak rozpaczliwego w ruchach jego ciała, nawet w powietrzu wokół, że sama poczuła przepełniający ją ból.

– Czy coś się stało? – zapytała.

– Jaya? – Wyraźnie zaskoczony uniósł się, odsłaniając oczy. – Czy ja po panią dzwoniłem? Próbowałem nie dzwonić – mówił niepewnym głosem, w pośpiechu sprawdzając połączenia w telefonie.

Zabrzmiało to co najmniej dziwnie, ale już nieraz przekonała się, że niektóre angielskie zwroty oznaczały coś zupełnie innego, niż się wydawało. Tylko jak niby można próbować nie dzwonić do kogoś?

– Których dokumentów pan potrzebuje? Zaraz poszukam – powiedziała cichutko, zdeprymowana dźwiękiem automatycznie zamykających się za nią drzwi. – Można poczuć się zagubionym w tych wszystkich papierach.

– Zagubiony. Tak. Dokładnie taki jestem. Zagubiony.

Drżące ręce zanurzył we włosach, bezwiednie mierzwiąc je, zanim skierował na nią rozdzierające serce posępne spojrzenie.

– Pojawiła się pani w nieodpowiednim momencie – powiedział.

Z jakiegoś powodu nagle zaschło jej w ustach. Zwykle nie ulegała urokowi mężczyzn, zwłaszcza tych świetnie zbudowanych i przystojnych. Theo miał obie cechy, ponadto jego śniada cera atrakcyjnie komponowała się z ciemnymi włosami i brwiami. Zdecydowanie nie wyglądał na swoje trzydzieści lat.

– Odłóżmy to do jutra. Teraz pora nie jest odpowiednia. Byłoby to niezgodne z etyką pracy – dodał. – Mogłoby to podważyć nasze stosunki na linii pracodawca-pracownik.

Zszokowana, wbiła wzrok w podłogę, oblewając się rumieńcem. Czy wiedział? Przecież nawet sama przed sobą skrywała prawdę, tłumiąc marzenia, gdy stawały się zbyt oczywiste.

Przez ostatnie kilka lat wszelkie zaczepki ze strony mężczyzn sprawiały, że serce przestawało jej bić. Strach był pierwszą reakcją, ucieczka – instynktownym odruchem. Nie przydarzały jej się tęskne rozważania typu: „Ciekawe jak by to było muskać ustami jego zarost?”. Co w takim razie stało się dzisiaj? Czuła, że płonie, nie tylko z zawstydzenia. Był jeszcze inny powód – podniecające zaciekawienie, to samo rozpalające uczucie, które pamiętała sprzed milionów lat, gdy jeszcze jako uczennica zakochała się w koledze z klasy.

Z całą bezradnością wiedziała, co powinna teraz zrobić – zamknąć za sobą drzwi, wyjechać do Marsylii i na zawsze zniknąć mu z oczu. Rozsądek wyraźnie przegrywał z tłumioną namiętnością, dlatego stała tak, wpatrzona w niego, jak ktoś, kto sprawdza temperaturę wody w strumieniu, zanim zdecyduje, czy brodzić dalej, czy wyjść na brzeg.

– Właściwie nasze stosunki na linii pracodawca-pracownik już nie istnieją – powiedziała z wysiłkiem, poprawiając niebezpiecznie przechylony laptop. – Dziś był mój ostatni dzień w pracy. Powinnam była się przebrać, ale trudno mi tak po prostu odejść.

Wyraźnie zaskoczony, usiadł prosto, z dłońmi zaciśniętymi na kolanach.

– Dlaczego mnie nie poinformowano? Jeśli przechodzi pani do konkurencji, wyrównam różnicę w poborach niezależnie od ich wysokości.

– To nie to – odpowiedziała, siadając naprzeciwko niego. Mocno splotła dłonie, próbując opanować emocje, które gwałtownie narastały w niej od chwili, gdy uświadomiła sobie, że to koniec; nigdy więcej służbowego stroju, pracy dla sieci hoteli Makricosta, nigdy więcej Thea. – Pan, to znaczy firma, byliście dla mnie tacy dobrzy, jestem wdzięczna za wszystkie szkolenia, certyfikaty. Nie mogłabym odejść do konkurencji.

– Inwestowanie w pracowników to filozofia firmy.

– Wiem, ale przed przyjściem tu nie śniło mi się nawet, że jako pokojówka trafię do recepcji, nie mówiąc już o kierowaniu oddziałem.

Przypomniała sobie, jak bardzo się bała, gdy w pierwszym miesiącu pracy zostawiła niesprzątnięty pokój, by zająć się zagubionym dzieckiem. Zaprowadziła chłopca do biura, zagadywała go, póki nie udało się znaleźć rodziców. Wskutek zbiegu okoliczności Theo akurat kontrolował księgi i wyraźnie był pod wrażeniem jej biegłości w posługiwaniu się czterema językami oraz umiejętności radzenia sobie z emocjami dziecka.

– Brakowało mi pewności siebie, kiedy zaczęłam tu pracować – wyznała. – Gdyby mnie pan nie zapytał, czy zamierzałam starać się o posadę nocnej recepcjonistki, nawet nie rozważałabym takiej możliwości. Naprawdę jestem za to wdzięczna.

– Dokąd się pani wybiera? – zapytał obcesowo, zbyt kurczowo zaciskając dłonie na kolanach. Nie był tak opanowany, jak chciał się wydawać.

Nagle zapragnęła chwycić te mocne dłonie, tulić je i powiedzieć „Wszystko będzie dobrze. Byłbyś zdziwiony, ile człowiek może wytrzymać”.

– Do Francji – odpowiedziała krótko, nie chcąc wdawać się w rozmowę o własnych problemach, zwłaszcza że on najwyraźniej robił wszystko, by zapomnieć o swoich. – Do Marsylii. Sprawy rodzinne. Przepraszam.

Właściwie to nie wiedziała, dlaczego zaczęła go przepraszać. Kobiecy nawyk, zapewne. Tyle tylko, że naprawdę było jej przykro, zarówno z powodu pracy, którą musiała zostawić, jak i śmiertelnej choroby kuzynki.

– Chyba nie wychodzi pani za mąż? Czy to jeden z tych ustawionych ślubów? – W jego głosie było tyle przerażenia, że nie mogła się nie uśmiechnąć.

– Nie.

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że przez minione cztery lata niejednokrotnie przyłapała go, gdy ukradkiem się jej przyglądał. Potrafił jednak tak płynnie przenosić wzrok na dokumenty, że jego spojrzenia uznawała za wytwór własnej wyobraźni.

Nasze stosunki na linii pracodawca-pracownik…

Czy to był powód? Cokolwiek powstrzymywało go przed okazaniem jej zainteresowania, teraz stało się nieważne, byli sami, a układ służbowy już nie istniał. Chwilowo…

– Pani odejście to cios dla firmy. Oczywiście gwarantuję wystawienie odpowiednich referencji, ale proszę jeszcze rozważyć wzięcie urlopu. Czy mamy zatrzymać dla pani stanowisko?

– Nie – odpowiedziała, z trudem powstrzymując się przed zaakceptowaniem jego propozycji. Rak, z którym zmagała się Saranya, nie dawał jej wyboru. – Zamieszkam z kuzynką i jej mężem. Kuzynka jest chora, lekarze nie dają jej żadnych szans na wyleczenie. Ich córka będzie mnie potrzebować.

– Przykro mi. Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale jeśli potrzebne są pieniądze…

– Dziękuję, to nie pieniądze są problemem. Mąż kuzynki jest zamożny. Rzecz w tym, że nie mogę i nie chcę zostawić ich w potrzebie. Gdy wiele lat temu opuściłam Indie, to właśnie oni mnie przygarnęli, wspierali i utrzymywali, póki nie stanęłam na nogi.

– Rozumiem.

Czyżby? Jak mógł ją rozumieć, skoro wywodził się z tak dziwnej rodziny, bez więzi i ciepła? Tylko czy ona, odrzucona przez najbliższych, miała prawo osądzać innych?

– Problemy? Ma pan ochotę o tym porozmawiać? – spytała.

– Raczej upiję się do nieprzytomności – odpowiedział z grymasem niezadowolenia, odstawiając drinka. Wstał, dając jej do zrozumienia, że czas zakończyć etap zwierzeń.

– Przykro mi, że nie będziemy już razem pracować, Jaya. Jeśli kiedykolwiek będzie pani zainteresowana pracą dla naszej firmy, proszę o kontakt. Mamy trzy placówki we Francji.

– Wiem. Dziękuję bardzo – odpowiedziała, z trudem powstrzymując łzy. Podała mu rękę. Przetrzymał jej dłoń w swojej. Poczuła delikatne mrowienie na całym ciele, gorący wulkan eksplodował w jej wnętrzu. Zerknęła na niego; najpierw utkwił spojrzenie w ich dłoniach, potem przeniósł wzrok na jej twarz. Wtedy wewnętrzny wulkan eksplodował ponownie – w jego spojrzeniu była żądza, podziw splótł się z niezaspokojonym pragnieniem. Gdy wzrokiem dotknął jej ust, poczuła płomień wypełniający jej ciało. Pochylił się ku niej, znalazł się tuż obok, nadspodziewanie blisko. Zamknęła oczy i zesztywniała w oczekiwaniu na pocałunek. Wtedy nagle puścił jej dłoń, wyprostował się, oddalił.

– Tak nie można, to byłoby niewłaściwe. Przepraszam – powiedział ledwo słyszalnym głosem, jakby nie był w stanie oddychać.

– Jestem zaskoczona, nie zdawałam sobie sprawy… Chcę powiedzieć, że nie miałabym nic przeciwko… – wyznała, tłumacząc sobie, że być może już nigdy więcej nie będzie miała szansy mu tego powiedzieć.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Jaya?

Skuliła się zażenowana delikatnością jego głosu. Tak nie mówi pracodawca do pracownika. Nieznane w jej dotychczasowym życiu pragnienie, by dać się dotknąć mężczyźnie, było równie podniecające, co przerażające.

– Musisz wiedzieć, jak piękna jesteś. Od dawna cię obserwuję. Zauważyłem też, że zachowujesz się inaczej niż większość osób w twoim wieku, unikasz imprez, nie jesteś dziewczyną na jedną noc.

– Mówiąc, że nie miałabym nic przeciwko, myślałam o pocałunku, a nie o pójściu do łóżka.

– Taki już ze mnie kobieciarz. Nie przyszło mi do głowy, że nie proponowałaś wspólnej nocy.

Pogardliwym tonem uderzał w samego siebie. Teraz wydał jej się taki nieszczęsny. Pragnęła zostać i służyć mu pomocą, jednocześnie wiedząc, że przede wszystkim musi zatroszczyć się o samą siebie. Frustrująca rozbieżność uczuć i priorytetów.

– W moim wieku? – Spojrzała pytająco. – Mam dwadzieścia pięć lat. A ty? Chyba niewiele więcej? Trzydzieści?

– Doprawdy? Wyglądasz młodziej – stwierdził, szacując ją wzrokiem tak dokładnie, że poczuła się oszołomiona sprzecznymi uczuciami. Po prostu wyjdź, mówiła sobie. Tak będzie bezpieczniej. Bardzo chciała, by spojrzał na nią inaczej, docenił jej wewnętrzną wartość.

– Kariera zawodowa jest dla mnie ważna. Firma Makricosta dała mi szansę rozwoju, nie zrobiłabym niczego, by to zniszczyć. A nocne imprezy? Cóż… Wysyłam pieniądze rodzicom. Nie stać mnie na to, by brać wolne z powodu kaca.

– Nie dziwi mnie to. Zawsze wydawałaś się odpowiedzialna. I słodka. I niewinna. – Ostatnie zdanie zabrzmiało jak pytanie.

– Nie jestem niewinna. – Utkwiła wzrok w zaciśniętych dłoniach.

– I za to byłaś sądzona? Mężczyźni i ich podwójna moralność. Nienawidzę mojej płci. Popatrz na mnie: sypiam z kobietami i potem nigdy więcej z nimi nie rozmawiam. Naprawdę tak robię, Jaya – zapewnił z odrazą.

W tym dziwnym wyznaniu było ostrzeżenie. O ile doceniła szczerość tej nietypowej spowiedzi, musiała przyznać, że Theo całkowicie się mylił w ocenie sytuacji. Owszem, osądzono ją, ale nie za jej winy, lecz za zbrodnię mężczyzny wobec niej.

– Też nienawidzę mężczyzn – przyznała. Z wyjątkiem ciebie, dodała w myślach.

– Jakiś łajdak złamał ci serce. Podobno jestem niezły w pocieszaniu strapionych.

– To dlatego zapraszasz do siebie turystki? Udzielasz pierwszej pomocy? – Nie mogła się powstrzymać, mimo przepełniającej ją złości dokuczanie mu było przyjemne.

– Regularnie – odpowiedział z wyraźną dezaprobatą wobec siebie. – Powinno się mnie zastrzelić.

– Jesteś aż tak beznadziejnie prymitywny? – Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Z drugiej strony pamiętała tamte zrelaksowane, radosne kobiety w euforii opuszczające hotel. Była zazdrosna, i ciekawa tego, co dawało im tyle szczęścia.

– Najwyraźniej. Ale przynajmniej nikogo nie oszukuję. Kobiety wiedzą, czego się spodziewać, i dokładnie tyle otrzymują.

– Jedną noc – sprecyzowała.

– Jedną noc – przytaknął, wstając, z rękoma w kieszeniach. – A ty zezwalasz jedynie na jeden pocałunek. Cóż, niech będzie, jeżeli oferta jest nadal aktualna.

W jego pełnym pożądania spojrzeniu była nagość, i taka właśnie wydała się sama sobie: naga, płonąca w oczekiwaniu. Zaśmiała się, by zatuszować rumieniec i emocje.

– To nie tak. Po prostu nie mogę przestać myśleć o tym, że jeśli wyjadę, przez resztę życia będę się zastanawiać, jakby to było, gdybyś mnie pocałował.

– Rozumiem. – Wpatrywał się w jej usta tak intensywnie, aż nabrzmiały pulsującym drżeniem. Podszedł bliżej, musnął dłonią jej policzek, pochylił się… Wówczas znieruchomiała w oczekiwaniu.

Zdarzały jej się różne pocałunki, przeważnie niegodne zapamiętania, ale gdy jego usta dotknęły jej warg, gorąco i niespiesznie, zrozumiała, że tej chwili nie zapomni do końca życia. Trwali tak, zespoleni wargami niczym pieczęcią. Nie próbował siłą w nią wtargnąć, to ona sama, choć oszołomiona, czując napływającą słabość, zaprosiła go do pogłębienia pocałunku. Ich wargi, teraz zwilżone i jeszcze bardziej gorące, muskały się, wywołując kolejne fale podniecenia. Kiedy jego język zanurzył się w jej ustach, dotykając nawet najdalszych rejonów, ogarnęła ją niespotykana rozkosz. Ten rodzaj pocałunku znała tylko z potajemnie czytanych książek. Teraz zrozumiała, czemu nazywano go pocałunkiem duszy.

Z głośnym jękiem objął ją i mocno przyciągnął do siebie, wciąż całując, zanurzył palce w jej spiętych włosach. Jak dobrze… Zarzuciła mu ramiona na szyję, delektując się pieszczotami i bliskością jego ciała. Miał takie twarde mięśnie, a właściwie, teraz to poczuła, wszystko miał twarde… Odepchnęła go, nagle zaniepokojona.

– Niech cię diabli, Jaya. Czułem, że będzie dobrze, ale nie sądziłem, że aż tak dobrze. Jesteś pewna, że nie chcesz zostać na noc?

– Ja… – wymamrotała. Powiedz „nie”, odejdź. A jeżeli to on jestem tym jedynym? – Ja naprawdę nie spodziewałam się tego. – Kłamiesz, oskarżyła samą siebie. – Masz rację, nie miewam romansów, nie flirtuję – tłumaczyła bardziej sobie niż jemu. – Nie rozumiem tego, ale… przyjemnie było cię całować.

– Chcesz mnie zawstydzić?

– Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, czego chcę – wydusiła z siebie ostatkiem sił, sfrustrowana własnym niezdecydowaniem.

– Nie jesteś dziewczyną na jedną noc, ale w twoim życiu tyle się dzieje, seks pozwoliłby ci zapomnieć o problemach. Uwierz mi, wiem, co mówię.

– Dlatego chcesz, żebym została? By zapomnieć?

– To takie oczywiste?

– Zaczynam się martwić o moich przyjaciół. Czy firma ma kłopoty?

– Nie – zapewnił bez wahania, westchnął i przeczesał dłonią włosy, jakby chciał jednym ruchem pozbyć się tego, co tkwiło mu w głowie. – To sprawy osobiste, rodzinne, ale nie choroba, jak u ciebie. Od dawna gniewałem się na kogoś, a dziś dowiedziałem się, że bez powodu. Zaczyna mi brakować ludzi, których mógłbym nienawidzić i obwiniać. Nie umiem sobie z tym poradzić.

Pocałuj mnie, pomyślała. Nie wierzyła, że aż tak się otworzył. Na pewno będzie tego żałował. Teraz, w tej chwili, jedyne, czego pragnęła, to pomóc mu, uleczyć rany. Szaleństwo. Przecież to ona bardziej potrzebowała pomocy.

– Nie wiem, czy jestem dla ciebie właściwą osobą na dzisiejszą noc – wyznała. Chciała nią być, ale na samą myśl o tego rodzaju bliskości poczuła obezwładniającą bezradność, z trudem mogła oddychać. – Cały czas tłumaczę sobie, że powinnam już iść – powiedziała, wskazując na drzwi.

– Ale wciąż tu jesteś.

– Wiem, że można to źle odczytać. – Wzruszyła ramionami.

Popatrzyli na siebie tak, że znów mogła myśleć tylko o ich pocałunku. Starał się utwierdzić ją w przekonaniu, że był draniem, Jaya czuła jednak, że tego silnego, apodyktycznego faceta stać było na czułość i delikatność.

– Odejdź, kiedy chcesz. To bez znaczenia. – W nonszalanckim tonie wyczuła napięcie. Tak bardzo jej pragnął? Przed czym uciekał?

– Doprawdy?

– To kobiecy przywilej, zmieniać zdanie. – Wzruszył ramionami, by za chwilę obdarzyć ją szerokim złośliwym uśmiechem.

– Nie wierzę, że w ogóle prowadzę taką rozmowę. – Zachwiała się na nogach. – Z tobą. Nie umiem podjąć decyzji, Theo.

– Nie musisz – powiedział łagodnie. Schwycił ją za rękę i poprowadził w kierunku sofy. – Tylko pocałunki. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

– Rzeczywiście bardzo chcesz o czymś zapomnieć.

– Bardzo – przyznał, upadając na sofę i pociągając ją za sobą. – Rozpuścisz włosy?

To było jak obnażanie się. Niedostępny wygląd stanowił tarczę, którą właśnie odrzuciła. Rozpuszczenie włosów oznaczało zaproszenie do pieszczot. Jego palce tańczyły w jej włosach, zdmuchnął kosmyk z ucha.

– Czysty jedwab – wyszeptał.

Z trudem powstrzymała się, by nie powiedzieć, że nie stosuje żadnej chemii, żadnych rozjaśniaczy, które powodują łamliwość włosów. Uznała jednak, że nie powinna się porównywać do innych kobiet, których włosy pieścił w przeszłości.

– Możemy to zdjąć? – Szarpał się z jej krawatem.

– Chcesz mnie związać? – spytała, nieudolnie skrywając niepokój.

– Byłabyś tym zainteresowana?

– Nie! – Odpowiedź zabrzmiała stanowczo, by nie powiedzieć: pruderyjnie.

– To dobrze, bo chcę czuć na sobie twoje ręce.

Rzucił za sofę rozwiązany krawat. Zbliżył się jeszcze bardziej, nie odrywając od niej wzroku. Potem powoli, w skupieniu, niemal z przesadną starannością, złożył na jej ustach uspokajająco delikatny, słodki pocałunek.

Frustrujący pocałunek… Chciała czegoś więcej i… szybciej. Chciała, by silna ręka spoczywająca na jej talii powędrowała wyżej, do piersi nabrzmiałych z pożądania. Dotknij mnie, wołała całą sobą. Pragnęła wtulić się swoją nagością w jego nagie ciało. Rozdygotanymi palcami podjęła próbę rozpięcia guzików eleganckiej koszuli, którą miał na sobie. Zareagował natychmiast, gwałtownym ruchem rozdzierając materiał i odsłaniając klatkę piersiową. Schwycił jej dłoń.

– Nie mogę się doczekać, kiedy mnie dotkniesz. I nie martw się, nie zniszczę twojego uniformu. Trzeba by się potem rozliczyć z takiej straty – zapewnił, rozbawiając ją rzeczowością komentarza. Jednocześnie przesuwał jej dłoń po swoim doskonale umięśnionym ciele.

– Podniecasz mnie – wyszeptała.

– Dokładnie to samo myślę o tobie. Zawsze tak myślałem.

Uśmiechnęła się i nagle zrobiła coś, czego by się po sobie nie spodziewała. Przywarła ustami do jego ust, jednocześnie pieszcząc dłońmi jego tors, każdy mięsień, każdy skrawek ciała. Odpowiedział pomrukiem zadowolenia. Potem powoli rozpiął jej uniform, odsłaniając prosty, dziewczęcy biustonosz w kolorze kości słoniowej. Wstrzymała oddech, gdy przykrył dłońmi jej niewielkie piersi, pieszcząc je. W ruchach jego palców była i siła, i delikatność, które sprawiły, że wypełniła się niemal piekielnym żarem. Pokrywając jej ciało pocałunkami, dotarł do rozpalonych ust, miażdżąc je z mocą niekontrolowanej namiętności. Jednocześnie uciskał palcami jej nabrzmiałe sutki. Strumienie podniecenia przeszywały jej ciało i duszę. Jęknęła, czując ukłucia rozkoszy przechodzące w dół, do miejsca, które dawno temu skazała na zapomnienie.

– Jaya, pozwól mi nasycić się tobą.

Nim zdążyła odpowiedzieć, pchnął ją na sofę i przytłoczył jej ciało swoim, przytrzymując biodra. Zaskoczona takim obrotem zdarzeń, wydała z siebie stłumiony okrzyk, próbując zaczerpnąć powietrza. Wędrowała palcami po jego plecach, wciąż ukrytych pod koszulą, której nie zdążył ściągnąć.

– Cudownie.

Jęknęła. Głośno. Wbrew sobie, wbrew wewnętrznym ostrzeżeniom, by się nie demaskować, by go nie zachęcać. Tylko jak miała nad sobą zapanować, skoro ściskał jej piersi, ssał je i szaleńczo pieścił językiem. Czuła pulsujące sutki, jakby chciały oderwać się od ciała.

– Theo, nie wytrzymam tego.

Uniósł się, by ją pocałować, jednocześnie tak zmieniając pozycję, że oto nagle znalazł się dokładnie między jej nogami. Próbował uporać się z podciągniętą spódnicą. Czuła suwak rozporka przesuwający się po jej bawełnianej bieliźnie. Gwałtowne podniecenie mieszało się z paniką na myśl o tym, co stanie się za chwilę. Niepotrzebnie. Theo przerwał pocałunek, mokre od potu czoło oparł o jej głowę.

– Nie będzie ciągu dalszego. Właśnie sobie uświadomiłem, że nie mam prezerwatyw. – Pogładził ją po zwichrzonych włosach i ponownie pocałował. – Gdybyś wiedziała, jak mi przykro.

Bezwiednie poruszyła biodrami, w odpowiedzi przylgnął do niej jeszcze mocniej. Czuła się przygwożdżona, unieruchomiona. Wtedy się zaśmiał.

– Widzę, że tobie też – powiedział, muskając wargami jej policzki. – Jesteś taka piękna. Nie mogę tak po prostu przestać cię dotykać.

Przesuwał dłonią po jej udzie, coraz wyżej, sprawiając, że instynktownie zacisnęła nogi.

– Czy mogę przynajmniej dać ci trochę więcej przyjemności? Pozwolisz mi?

Pocałował ją, przesunął rękę wyżej, a gdy ponownie rozwarła uda, szybkimi ruchami pieścił ją przez tkaninę majtek. Tysiące myśli przebiegło jej przez głowę, zawirowany podnieceniem umysł nie był w stanie wykrzesać prostego „tak” lub „nie”. Zacisnął dłoń mocniej, nie czekając na odpowiedź.

– W porządku? – spytał, językiem muskając jej szyję. – Delikatniej? Powiedz mi, co lubisz.

– Nie po to tu przyszłam – wyszeptała. – Ale jest mi dobrze.

– Widzę. Potem możesz mnie znienawidzić, ale teraz, proszę, pozwól mi…

W tym momencie silna męska ręka znalazła się pod bawełną majtek. Może powinna zareagować, nie było przecież za późno. Tyle tylko, że wszystko, oprócz tego, co działo się pod jego dłonią, stało się nieważne. Uległa wędrującej w jej wnętrzu fali pożądania, wzmacnianego przez kolejne ruchy jego palców. Miała wrażenie, że ta nieznana, dzika rozkosz ją zabije.

– Daj mi się tam pocałować – poprosił przerywanym głosem. – Chcę ci pokazać, co można zrobić językiem, nie pożałujesz, Jaya.

– Nie!

Jej przerażenie było nieudawane, ale wizja tego, co Theo mógłby jej dać, okazała się na tyle intrygująca, że wprowadziła ją w stan ekstazy. Mimo to próbowała złączyć nogi. W efekcie jedynie mocniej ścisnęła jego biodra, nie będąc w stanie powstrzymać go przed tym, co robił. Bezradna, teraz mogła jedynie poddać się – i jemu, i własnym pragnieniom.

Potężne uderzenia czystej rozkoszy przetaczały się przez jej ciało nawracającymi falami. Krzyczała. W tym krzyku było fizyczne zadowolenie i emocjonalny triumf. W tym krzyku zabrzmiała odzyskana wolność i nieskrępowana radość z bycia z mężczyzną.

ROZDZIAŁ TRZECI

Niewiarygodna czułość Thea sprawiła, że Jaya pragnęła zatrzymać czas i tak trwać – z nim, pod nim. Zanurzyła palce w jego włosach, zmuszając go do podniesienia głowy, by móc spojrzeć mu w oczy. Pieszcząca ją ręka znieruchomiała, a wewnętrzny ból niemal zmusił ją do błagania o więcej.

– Dziękuję – wyszeptała.

– Poczekaj – uśmiechnął się. – Mam dla ciebie coś jeszcze.

Delikatnymi posunięciami wniknął w jej pulsujące, gorące wnętrze. Na chwilę znieruchomiała, instynktownie reagując oporem, ale magia jego palców była tak potężna, że jęknęła i uniosła biodra, zachęcając go do dalszych pieszczot.

– Jaya!

Przywarł ustami do jej szyi, jednocześnie zanurzając się w niej głębiej, i głębiej.

– Poczekaj – powiedziała z trudem, wciąż przytrzymując jego głowę i zerkając na tył sofy. Czy rzeczywiście chciała to zrobić? Ciało pogrążyło się w ogniu, ale myśli rozbiegały się we wszystkich kierunkach.

– W porządku, zrozumiałem – mruknął, usuwając dłoń z jej wnętrza i zasypując ją pocałunkami. – I tak posunęliśmy się za daleko.

– Nie, to nie to.

Nie chciała go zranić, nie chciała przerywać tych cudownych chwil ani tym bardziej nie chciała niczego kończyć.