Dobre i złe - Samanta Schweblin - ebook
NOWOŚĆ

Dobre i złe ebook

Schweblin Samanta

0,0

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Rok po premierze w krajach hiszpańskojęzycznych do rąk polskich czytelników trafi a najnowszy, czwarty zbiór opowiadań Samanty Schweblin, trzykrotnej finalistki Man Booker International Prize i laureatki pierwszej edycji Premio Aena de Narrativa Hispanoamericana.

Bohaterów tych opowiadań spotykamy w przełomowym momencie życia, oślepionych przeszywającym światłem zbliżającej się tragedii. Wrażliwi i bezradni, zatrzymują się w chwili, w której coś niepojętego wkracza w ich życie. Niektórzy przechodzą głęboką transformację, inni zastygają w samotności, jeszcze inni wahają się pomiędzy poczuciem winy a czułością. Każdego z nich przeraża niepewność losu.

Proza Schweblin buduje literacki wszechświat, w którym potwory naszej codzienności skradają się do nas tak blisko, że niemal czujemy ich oddech na plecach. Twórczość tej pisarki budzi niepokój, wprowadza czytelników w stan pogotowia, przenosi ich do hipnotycznego, osobliwego świata.

Dziwaczne i przerażające, opowieści autorki czerpią z realizmu magicznego, fikcji psychologicznej i mrocznej strony baśni – dziedzictwa literackich poprzedników, takich jak bracia Grimm i Jorge Luis Borges. Jednak proza Schweblin, współczesna i otwarta na nowoczesny świat, zaprasza nas i gwałtownie wciąga do środka niczym ruchome piaski czy wartki nurt rzeki. Te historie przenikają do serca i krwiobiegu.

„Najwybitniejsza współczesna pisarka opowiadań, która oferuje czytelnikom swoją najbardziej przejmującą, brutalną i prowokującą książkę.”

Valeria Luiselli

„Opowieści z „Dobre i złe” są niezwykle sugestywne i niepokojące. Zdają się unosić, niczym gorączkowe sny, między kojącymi, znanymi elementami życia domowego a surowymi, nieprzewidywalnymi, wizjonerskimi wzlotami podświadomości.”

Joyce Carol Oates dla „The New York Times Book Review”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 167

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału El buen mal

Przekład Tomasz Pindel

Redakcja Ewa Pawłowska

Korekta Marcin Grabski, Anna Gądek

Projekt okładki i stron tytułowych Tomasz Majewski

 

EL BUEN MAL

Copyright © 2025 by Samanta Schweblin

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Pindel, 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2026

Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Maximiliano Pallocchini

 

Skład i łamanie Dariusz Ziach

 

ISBN 978-83-980539-2-1 (EPUB); 978-83-980539-2-1 (MOBI)

 

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2026

Wydanie pierwsze

 

Wydawnictwo Pauza

ul. Meksykańska 8 m. 151

03-948 Warszawa

 

[email protected]

+48501177119

www.wydawnictwopauza.pl

WydawnictwoPauza

wydawnictwo_pauza

 
 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
 

To, co dziwne, zawsze jest prawdziwsze

Silvina Ocampo, Listy

 
Witamy w klubie
 
 
 

Skaczę do wody z krawędzi pomostu i zapadam się, zaciskając sobie nos. Po pierwszym uderzeniu otwieram oczy, skupiam się teraz na opadaniu, które wytraca impet, na nowych tonach wokół mnie, coraz gęstszych i prześwietlonych promieniami słońca. Osuwam się w dół, wstrzymuję oddech.

Mija może minuta. Wreszcie, powoli, dotykam stopami mulistego dna, jak astronauta lądujący na Księżycu. Puszczam nos i układam ramiona wzdłuż tułowia, ciało sztywnieje. Od płuc nadbiega skurcz, jest jak spazm, czekam jeszcze chwilę. Obmacuję kamienie przywiązane do mojego pasa, supeł zawsze może się rozwiązać. Żebym się nie rozmyśliła, otwieram usta. Wypełniam sobie pierś wodą i nowy, surowy chłód obkleja mi żebra. Nie chcę, żeby bolało. Jakiś tuzin bąbelków wypływa mi z ust i nosa, lecą do góry. Przeszywa mnie kolejny spazm i boję się tego, co może się teraz stać. Wypuszczam resztkę powietrza. Zaskakuje mnie to uczucie mokrości tam, gdzie dotąd było powietrze, ale jeszcze bardziej dziwi mnie, że wszystko jest takie wyraźne i spokojne. Patrzę na swoje dłonie, większe i bielsze niż na powierzchni, i zastanawiam się, jak prędko stracę przytomność. Algi, ławice srebrzystych oczu, plankton unoszący się niczym brokat. Czuję swobodę ciała, dotyk prądów, ciepłych, rześkich, znów ciepłych. W oddali dno się mąci. Ile upłynęło czasu? Trzy minuty, pięć minut, nie umiem już tego oszacować. Byłam przekonana, że to się wydarzy szybko.

Dotykam kamieni, szukam supła. Nie żałuję: na tym etapie – co się stało, to się nie odstanie. To ciekawość. Odwiązuję węzeł i kamienie opadają. Wywołują wstrząs wokół moich stóp, które powoli odrywają się od dna. Teraz tak jakbym się unosiła, nie bardzo wiem, co robić. I to wtedy, w tej chwili, przypomina mi się ta myśl: A jeśli to wszystko? Przez resztę wieczności niepewność w takim zawieszeniu: pierwszy prawdziwy lęk, jaki czuję tego dnia. Niemożność ruchu do przodu i cofnięcia się, już nigdy, w żadną stronę.

Podkulam kolana, odbijam się stopami od dna i wznoszę. Co poszło nie tak? Próbuję to zrozumieć. Z początku wznoszenie wydaje się proste, ale po kilku metrach ciało się zatrzymuje, wygodnie mu w takiej lewitacji. Chwilę zajmuje taki powrót, osiągnięcie najbardziej krystalicznej ciepłoty powierzchni. Czy uda mi się złapać oddech, kiedy wynurzę się z wody? Zastanawiam się, czy ktoś mnie szuka, i boję się, że będzie z tego afera. Kilka machnięć rękoma, wystawiam wreszcie głowę na powierzchnię i z ulgą czuję chłód powietrza na mokrej twarzy.

Na kamiennym brzegu jest pusto jak zawsze, podpływam do drewnianych schodków i wdrapuję się na pomost. Mam odruch wymiotny, pochylam się nad deskami, spodziewając się, że zaraz zwymiotuję całą wodę, ale nic się nie dzieje. Ciepłe drewno momentalnie wchłania skapujące mi z brody krople. Chcę wstać, ale ciało jest słabe i zwiotczałe, chwilę odczekuję i ponawiam próbę. Słońce, które po drugiej stronie ogrodu odbija się w szybach domu, razi mnie w oczy. Wyciskam wodę z włosów, próbuję zrobić to samo z przodem koszulki i nogawkami spodni. Przechodzę na początek pomostu. Klapki wciąż leżą na trawie, tak jak je zostawiłam. Wsuwam je na stopy i wspinam się po stoku, żeby przejść na skróty przez ogród.

Przypominam sobie, jak wrócić do domu. Przeglądam się w szybie tylnego wyjścia, mokre ubranie klei się do ciała, ręka wysuwa się, by przesunąć drzwi, które skrzypią w ruchu, szkło przejeżdża mi przed oczami i zabiera moje odbicie, a za nimi pokazuje się salon, stół w jadalni z niesprzątniętymi resztkami śniadania. Opieram się o futrynę i z niewielkim wysiłkiem przekraczam próg.

W środku panuje całkowity spokój. Hortensje, które ucięłam dziś rano, stoją nietknięte w dwóch wazonach w kuchni. Zbieram listy, które położyłam przy bukietach, ten napisany dla niego i ten dla dziewczynek. Nie wiem, czy usunięcie tych listów to dobra decyzja, nie mam nawet pewności, czy zabranie ich z tego stołu jest zabraniem ich z tego samego stołu, na którym zostawiłam je jakiś czas temu. Niczego nie jestem pewna, ani wtedy, ani teraz, ale zegar pokazuje już dwunastą dwadzieścia, idę więc na górę do pokoju, chowam listy do szuflady w stoliku nocnym, ściągam mokre ubrania, zakładam suche i schodzę znów, żeby zająć się lanczem.

Podjeżdżają, dając znać klaksonem, i dziewczynki wpadają do domu jak tornado. Mają z sobą królika w klatce.

– Trzeba się nim zająć do czwartku – mówi on. – Po tygodniu na rodzinę.

Ubijam jajka. Ubijanie to spory wysiłek, ale cała drżę i mam nadzieję, że ta czynność zamaskuje mój stan. Dziewczynki przytulają się do mojego biodra i muszę unieść wyżej miskę, żeby widzieć ich twarze.

– Ma na imię Beka.

– No! Beka!

Głosy rezonują mi w głowie. Starsza zanurza nos w moim brzuchu i z całych sił wciąga powietrze.

– Mamuś, czuć cię zgnilizną.

Młodsza powtarza gest.

– Faktycznie! Jakby błotem.

– Już dobrze – mówię – idziemy do stołu.

Przypomina mi się, że boję się przestać ubijać jajka. Przestaję jednak i nie dzieje się nic, nikt na mnie nie patrzy. Starsza przesuwa klatkę pod ścianę i wypuszcza królika. Jej ojciec szybko zasuwa przeszklone drzwi. Wraca i przyzywa nas, klaszcząc trzy razy w dłonie:

– Od tej chwili zawsze porządnie zamykamy – oznajmia.

Wlewam na patelnię piąty omlet i podaję te już gotowe. On wie, że musi pilnować ostatniego na patelni, bo tylko on je dwa. Tak więc siadamy do stołu i przynajmniej przez kilka sekund milczenie dziewczynek żujących pierwsze kęsy uspokaja mnie.

Wszystko w porządku – myślę sobie już spokojniejsza.

Przyglądam się królikowi, który niespecjalnie się zastanawiając czy klucząc, przecina kuchnię prosto do miski z wodą, którą mu położyli na podłodze. Zaskakuje mnie, z jaką naturalnością porusza się poza swoją klatką. Jeśli Beka jest doświadczonym podróżnikiem na nowym terytorium, to ja jestem kobietą od zawsze przykutą do tego samego miejsca. Podchodzi do mnie, obwąchuje mi stopy. Łaskocze mnie nosem, na wszelki wypadek chwytam się krawędzi stołu.

– Ma na imię Beka, bo jest gruby.

– To nieprawda.

– Prawda, pani tak powiedziała.

Dziewczynki przez chwilę biją się widelcami, po czym jedzą dalej. On wstaje po drugi omlet, po drodze dzwoni do kogoś.

Wszystko jest dobrze – myślę. I zaskakuje mnie, jak przyjemne jest to łaskotanie.

– Mamuś, cieszysz się?

Młodsza, ze sztućcami w powietrzu, czeka niecierpliwie na moją odpowiedź. Nagle zrywa się z krzesła i nie opuszczając sztućców, biega dookoła stołu.

– Beka! Beka! Mama się cieszy!

– Ale zjeść coś to by już była przesada, co? – mówi on, wracając z drugim omletem, rzuciwszy okiem na mój talerz z nietkniętą porcją.

Starsza patrzy i słucha. Najgorsze jest to, czego może się od nas nauczyć.

Posiłek dobiega końca i rodzina znika na piętrze. Lubię ten dom za jego chropowatą zdolność wchłaniania nas do pokoi. Klatka w salonie stoi otwarta i pusta, a mnie cieszy myśl, że dziewczynki bawią się z królikiem, mają się czym zająć pod moją nieobecność. To jest tak, jak kiedy się słucha pracującej pralki albo mikrofalówki: mogę się rozprężyć, bo nawet jeśli ja w sensie praktycznym nie jestem w stanie się ruszyć, to coś się przecież robi.

Wracam pod przeszklone drzwi, otwieram je i patrzę na ogród. Wszystko, co się dzieje, wydaje mi się możliwe, ale dlaczego właściwie takie jest, dlaczego mogło się stać to, co mi się stało, a ja czuję się tak dobrze, nawet włosy mi wysychają? Nabieram powietrza, sięgam po moją torebkę wiszącą na wieszaku i wychodzę z domu przez frontowe drzwi. Jego samochód znów stoi w poprzek podjazdu, wygląda jak barykada. Już się o to nie kłócimy, nauczyłam się przeciskać między zderzakiem a ścianą, prawie nie brudząc sobie ubrań. Kiedy on jest w domu, „wyjść” bardzo przypomina „wydostać się”, „pokonać” przeszkodę – jeśli chcę tego dokonać, muszę być bardzo zdecydowana.

Sąsiad z domu obok podjeżdża furgonetką. Tego dnia dowiem się wreszcie, czym on się naprawdę zajmuje. Na razie jednak myślę, że po prostu wraca z polowania, tak jak zawsze, kiedy ma na głowie czapkę z daszkiem do przodu. Nad drzwiami wejściowymi wisi u niego para jelenich rogów i choć nie jest żołnierzem, nosi się po wojskowemu.

Trzy lata temu jego zdjęcie pojawiło się na pierwszej stronie lokalnej gazety, ponieważ wytoczono mu proces o nękanie kobiety, która często pracowała w knajpie u Toniego i której po tym artykule nigdy więcej już nie widzieliśmy. A potem stało się to z drutem kolczastym. Próbowaliśmy z nim porozmawiać tego samego dnia, kiedy go zamontował, kilka razy mu tłumaczyliśmy, że dziewczynki mogą się przecież bawić w pobliżu i zrobić sobie krzywdę. Odpowiedział, że po to właśnie są te kolce, że tylko wtedy rodzice pilnują, żeby ich dzieci trzymały się od niego z daleka:

– Te druty są na rodziców.

Przypomina mi się, że w ciągu tego dnia miałam nie myśleć o wielu rzeczach. Z początku sąsiad też był na tej liście.

Na ulicy, pod osłoną drzew, upał nie daje się aż tak bardzo we znaki. Za rogiem dzwonię do drzwi Danieli i poprawiam sobie włosy. Palcami rozczesuję kosmyki i wyczuwam kawałek glonów, wciąż wilgotny. Ciągnę, robi się tak długi, że przypomina gumę do żucia, a potem upuszczam go na ziemię. Wycieram dłonie o spodnie, ponownie naciskam dzwonek. W końcu tracę cierpliwość i schodzę w stronę placyku.

Dzielnica wciąż wydaje mi się tak samo przesadnie duża i bogata jak w dniu, w którym tu przyjechaliśmy, już lata temu. Kilka przecznic niżej znajduje się knajpka. Niewiele stolików jest zajętych, a Toni zmywa naczynia w kuchni, widzę go przez szybę, on puszcza do mnie oko. Zaglądam do środka i pytam o Danielę, on jednak nie wie, gdzie się podziała, więc przysiadam na chwilę za barem. Jakiś czas temu kilka razy uprawialiśmy seks: na podłodze w kuchni, w przebieralni i w łazience dla pracowników. A potem jednego dnia Toni powiedział: „Dobra, to w sumie wystarczy, co nie?”. I powiedział to z rezygnacją, jakby przez dobrą chwilę wycierał plamę, ale ta nie chciała do końca zejść, więc się poddał.

Podchodzi jakaś kobieta, bierze cukierniczkę i wracając do stolika, posyła mi uśmiech. Dotykam włosów, żeby się upewnić, że nie mam w nich więcej glonów. Znajduję mały kawałeczek, może pozostałość po tym poprzednim. Z ulgą stwierdzam, że nikt nie zauważa niczego dziwnego w moim wyglądzie, mam ochotę się rozprostować i przeciągnąć, zrobić coś więcej, a nie tylko siedzieć tam i czekać.

Wychodzę na ulicę, zapalam papierosa, od głównej drogi nadjeżdża samochód, mija mnie i się oddala. Na chodniku nie ma żadnych słupów, ścian ani kolumn, żeby się o coś oprzeć, od tego każdy ma swój dom. Ulica to po prostu szeroki pas ruchu, i tyle. Na placyku przysiadam na ławce. Pamiętam, że myślę o tym, żeby policzyć do dziesięciu, i jeśli wciąż będę miała ochotę, zapalę kolejnego papierosa. Liczę, żeby nie myśleć.

Wtedy widzę królika, w tej właśnie chwili kica przez ulicę, jest wystarczająco tłusty, żeby nazywać się Beka. Czmycha i przepada w krzakach. Później widzę jedną z dziewczynek. Płacze, zasłaniając twarz, cała czerwona i obsmarkana, jest tak spanikowana, że poszukiwania królika nie mają żadnego sensu. Czy starsza z dziewczynek odziedziczy po mnie tak słabą inteligencję emocjonalną? Młodsza podąża za starszą, naśladuje jej gesty, ale wcale nie płacze, uważnym spojrzeniem lustruje wszystkie zakątki. Wstaję i podchodzę. On idzie za nimi, telefon w ręce.

– Zostawiłaś otwarte drzwi – mówi.

– Mamo! Beka!

Młodsza się do mnie przytula. Starsza płacze.

– Co teraz zrobimy, mamuś?

Dzielimy się na dwie grupy, on ze starszą, ja z młodszą, każda drużyna po jednej stronie ulicy, przeczesujemy krzaki oddzielające ogrody sąsiadów. Kiedyś z kuchni widziałam parę żebraków, robili coś podobnego w moim ogrodzie, nie wiem, czego szukali. Zadzwoniłam po ochronę, przyjechali i zabrali tamtych. Ale żółty sweter kobiety wisiał na krzaku róży przez prawie tydzień. W końcu zdjęłam go i wsadziłam do pralki, osobno i na krótki program. Wysuszyłam, złożyłam, przeszłam z nim siedem przecznic aż do przystanku i zostawiłam na ławce. Zdawałam sobie sprawę, że to nie do końca było to samo, co oddać czyjąś własność, ale przynajmniej gdzieś ją odłożyłam. Nie chciałam w domu rzeczy, które do mnie nie należą.

Przeszliśmy do kolejnego ogrodu. Przez okno wychyla się kobieta. Poznaję ją, to matka bliźniaczek, które chodzą do klasy z moją młodszą. Wyjdzie i nam pomoże – myślę. – Zapyta: „Co się stało?”. I powie: „Widziałam królika!”. Patrzy na mnie i znika, rozglądam się za drzwiami, spodziewając się, że zaraz się pokaże. Kiedyś, przed szkołą, trzymając za ręce obie moje córki, powiedziała do mnie: „Ostatni raz na panią czekam, rozumiemy się? Nie pani jedna ma tutaj dużo obowiązków”.

Ale drzwi jej domu się nie otwierają.

Starsza podchodzi do mnie przy krzakach, obejmuje mnie i zarazem odpycha. Przecinamy ogród. Kiedy on ma już dość poszukiwań, klaszcze trzy razy. Rodzina zbiera się pośrodku ulicy i potem wracamy do domu. Jest poirytowany, poznaję po głosie.

– Wiem, gdzie możemy zdobyć nowego królika.

Mówi to przy dziewczynkach i nagle ich cztery rączki mocno się mnie czepiają.

– Nie. Nie, nie! Beka!

Stoimy już przed naszymi drzwiami, kiedy za plecami mojego męża podchodzi do nas sąsiad.

– Dzień dobry – mówi.

Dopiero wtedy on się obraca i go zauważa. Sąsiad niesie królika, trzyma go mocno za uszy.

– Mamo, czy on nie żyje? Mamo!

Dziewczynki niespokojnie skaczą dookoła nas. Królik wierzga parę razy w powietrzu, a potem znów zwisa spokojnie.

– A może go to boli? – pyta młodsza.

– Tak się nosi króliki – uspokaja mój mąż.

Beka jest jednak zbyt spasiony, a mężczyzna stoi tak blisko, że widać, jak mocno musi zaciskać pięść. Pyszczek zwierzęcia wykrzywia się w okrutnym uśmiechu, zęby wyszły na zewnątrz, oczy ma skośne i łzawe.

– Królik na kolację? – pyta mężczyzna.

Dziewczynki krzyczą. Sąsiad się śmieje.

– Proszę, weźcie go. Na znak pokoju.

Podaje królika, mój mąż próbuje go złapać, ale nie wie jak.

– Musi pan schować telefon, żeby chwycić królika – mówi mężczyzna.

Słyszę to i uśmiecham się, choć czuję do niego pogardę. Kiedy królik wreszcie przechodzi z rąk do rąk, a dziewczynki puszczają mnie i biegną do ojca, on zaś pochyla się, żeby mogły dotknąć Beki, mężczyzna odwraca się do mnie, przygląda mi się przez chwilę i nawet marszczy brwi.

– Co jest? – Patrzy na moje usta, oczy i włosy.

– To jest królik dziewczynek – mówię – to znaczy ze szkoły, ale...

– Ale mi o panią chodzi. Dobrze się pani czuje?

Robi krok w moją stronę. Myślę o glonach i przeczesuję włosy palcami. Patrzę na resztę mojej rodziny, oddalają się.

– Wszystko w porządku – odpowiadam – po prostu zobaczyłam pana z królikiem i się przestraszyłam, bo wiem, że pan lubi polować...

– Myśli pani, że poluję, bo lubię?

Uśmiecha się, ale jest tak samo poirytowany jak mój mąż. Powoli kręci głową, nie spuszczając ze mnie oczu.

– Niesamowite, że pani tak sobie chodzi beztrosko po tym, co pani zrobiła dziś rano.

Zupełnie jakby mnie złapał oburącz za gardło. I teraz czekał, nie zwalniając uścisku. Widział mnie – myślę. Pamiętam, że myślałam o tym, że mnie widział, i nie jestem w stanie myśleć o niczym innym, ani o króliku, ani o dziewczynkach, ani o tym, co wydarzy się dalej. Robi kolejny krok w moją stronę i teraz jest już zbyt blisko. Palcem celuje w moją pierś.

– Myśli pani, że można sobie robić, co komu przyjdzie do głowy, a potem się wycofać?

Rozglądam się za moimi, ale już ich nie widzę.

– Naprawdę pani wierzy, że tak to działa?

Cofam się o krok.

– Dokąd pani się wybiera?

Chcę odpowiedzieć, ale umiem tylko się oddalać.

– Hej! Proszę poczekać i posłuchać.

Robię jeszcze jeden krok do tyłu, oddalam się od tego człowieka i za każdym razem, kiedy obracam się w jego stronę, widzę, że wciąż tam stoi i na mnie patrzy. Idę szybko i nie oglądam się za siebie. Przeciskam się obok samochodu, wchodzę do domu, zamykam drzwi. To mój dom, więc jest o co się oprzeć. Kolumny, ściany, potrzebuję chwili, żeby się pozbierać.

Przeszklone drzwi zostały zasunięte i dziewczynki bawią się w łapanie Beki. Po krótkim czasie dom znów wchłania mieszkańców do swoich pokoi, wypuszcza nas od czasu do czasu, a potem ponownie zasysa. Po kolacji on zamyka się w gabinecie i pracuje, a ja wysyłam dziewczynki do łóżek. Chwilę im zajmie, zanim się uspokoją, młodsza zasypia jako druga. Kiedy wreszcie zamyka oczy, siedzę przez chwilę u jej boku i patrzę. Później skupiam się na moich stopach, bo wciąż mam między palcami suchy i zielonkawy muł. Ściągam klapki i je wącham. Chcę wziąć prysznic, pozbyć się tej woni, włożyć piżamę i położyć się do łóżka, ale zdaję sobie sprawę, że nie jestem w stanie zrobić żadnej z tych rzeczy. Za każdym razem, kiedy myślę o tamtym człowieku, czuję ścisk w gardle. Wreszcie zbieram siły i wstaję. Przypominam sobie, jak się schodzi po schodach: mówię do siebie, że trzeba ruszyć tą nogą, następnie tamtą. Później – jak się oddycha, i po raz pierwszy tego dnia, którego nigdy nie zapomnę, udzielam sobie instrukcji.

Wychodzę z domu, pokonuję barykadę z samochodu i wkraczam na ulicę. Mężczyzna siedzi na schodach przed swoim domem. Tylko on przy naszej ulicy ma zakratowane wejście, ale zbliżając się, dostrzegam, że krata jest uchylona. Popycham ją i wchodzę. Czeka bez ruchu, aż podejdę. Zapalają się dwa potężne światła na fotokomórkę i oświetlają ogród. Przy jego nogach stoją trzy wiadra, leżą brudne szmaty i jakieś narzędzia. Po kilku sekundach światła gasną.

– Czekałem na panią. – Trzyma w ręku wypite do połowy piwo.

Proponuje mi butelkę, otwiera i podaje.

– Przepraszam, jeśli byłem opryskliwy. Łatwo się niecierpliwię.

Biorę butelkę.

– Proszę się nie przejmować.

Patrzy na mnie, dopóki nie upijam pierwszego łyka. Wiem, że chce, żebym coś więcej powiedziała. W naszym domu gaśnie światło w moim pokoju i robi się ogólnie nieco ciemniej. Mężczyzna dopija piwo.

– Słucham.

Oczekuje wyjaśnień? Chce, żebym go o coś zapytała? Myślę o pomoście, o niemal bolesnej potrzebie zwymiotowania wodą, mimo że gardło mam zupełnie suche.

– Jeśli nie ma pani nic do powiedzenia – pokazuje podbródkiem mój dom – może pani iść. Mam już i tak dość swoich spraw.

Czeka w milczeniu, a ja próbuję zrozumieć, dlaczego tu przyszłam. Pamiętam, że przed położeniem dziewczynek znów otworzyłam szklane drzwi i wpiłam się palcami we framugę z taką siłą, że czułam napięte ścięgna. Całe ciało chciało się wyrwać i znów popędzić nad jezioro, a ja miałam całkowitą pewność, że jeśli się puszczę, to nie będę w stanie go powstrzymać.

– To tak, jakbym... – Rozprostowuję palce i patrzę na swoje dłonie.

On potakuje, klepie w schodek, zapraszając, żebym usiadła. Usadawiam się obok niego.

– Jakbym wciąż tonęła.

Przysuwa do siebie jedno z wiader, spomiędzy przyborów wyciąga nóż, wsadza ręce do wiadra i zaczyna pracę. Coś tam trzyma w dłoniach, jest mrok, więc nie bardzo widać.

 

[...]

 
 
 
 
 
 
 
 

Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku

na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji –

do czytania i dobrej prozy zagranicznej.

 

Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,

która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.

Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki

z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.

Dobre i złe to sto pierwsza książka

Wydawnictwa Pauza.

 

Wcześniej ukazały się:

 

2018

Legenda o samobójstwie – David Vann

Pierwszy bandzior – Miranda July

Nasz chłopak – Daniel Magariel

Historia przemocy – Édouard Louis

Tirza – Arnon Grunberg

 

2019

Pasujesz tu najlepiej – Miranda July

O zmierzchu – Therese Bohman

Piękna młoda żona – Tommy Wieringa

Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug

Floryda – Lauren Groff

Przyjaciel – Sigrid Nunez

Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall

Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh

Brud – David Vann

Koniec z Eddym – Édouard Louis

 

2020

Zgiń, kochanie – Ariana Harwicz

Linia – Elise Karlsson

Nocny prom do Tangeru – Kevin Barry

Ta druga – Therese Bohman

Dorośli – Marie Aubert

Turbulencje – David Szalay

Nikolski – Nicolas Dickner

Fauna Północy – Andrea Lundgren

Witajcie w Ameryce – Linda Boström Knausgård

Pełnia miłości – Sigrid Nunez

Przejście – Pajtim Statovci

Niebieska Księga z Nebo – Manon Steffan Ros

Dziennik upadku – Michel Laub

 

2021

Halibut na Księżycu – David Vann

Zabierz mnie do domu – Marie Aubert

Utonęła – Therese Bohman

 

2021

Koniec dnia – Bill Clegg

Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag – Sigrid Nunez

Tęsknota za innym światem – Ottessa Moshfegh

Ostatnie stadium – Nina Lykke

Niepoprawna mnogość – zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell

Wyznanie – Domenico Starnone

Za otrzymane łaski – Valeria Parrella

Trzymam wilka za uszy – Laura van den Berg

Kto zabił mojego ojca – Édouard Louis

Archiwum zagubionych dzieci – Valeria Luiselli

 

2022

Komodo – David Vann

Londyn – David Szalay

Wyspa kobiet – Lauren Groff

Wizyta – Katharina Volckmer

Ostatni wywiad – Eshkol Nevo

Strega – Johanne Lykke Holm

Intymności – Lucy Caldwell

Coś nie tak. Kobiecość i wstręt – Eimear McBride

Pomniejsi wędrowcy – Eimear McBride

Dla Rouenny – Sigrid Nunez

Zmagania i metamorfozy kobiety – Édouard Louis

 

2023

Odmawiam myślenia – Lotta Elstad

Elmet – Fiona Mozley

Mleko krew żar – Dantiel W. Moniz

Urugwajka – Pedro Mairal

Andromeda – Therese Bohman

Czy muszę odchodzić? – Yiyun Li

Wcale nie jestem taka – Marie Aubert

Fatum i furia – Lauren Groff

Nędza – Andrzej Tichý

Długa odpowiedź – Anna Hogeland

W lasach ludzkiego serca – Antje Rávik Strubel

Zmiana – Édouard Louis

Dostatek – Jakob Guanzon

Lapvona – Ottessa Moshfegh

Ptaki – Samanta Schweblin

 

2024

Słabsi – Sigrid Nunez

Eileen – Ottessa Moshfegh

Ostatni dzień na Ziemi – David Vann

Szczegóły – Ia Genberg

Fuga – Lauren Groff

Miałam tak wiele – Trude Marstein

Soho – Fiona Mozley

Zaproszona – Emma Cline

System – Amanda Svensson

Niewidzialni – Pajtim Statovci

Psychiatrzy i masażyści – Arnon Grunberg

Na czworakach – Miranda July

Dzikie bezkresy – Lauren Groff

Lot – Lynn Steger Strong

 

2025

Śmierć w jej dłoniach – Ottessa Moshfegh

Metry na sekundę – Stine Pilgaard

Gdzie indziej – Yan Ge

Nie jesteśmy tu dla przyjemności – Nina Lykke

Stan raju – Laura van den Berg

Goście – Agnes Ravatn

Tłusty róż – Fernanda Trías

Teo od 16 do 18 – Raluca Nagy

Góra prawdy – Therese Bohman

Wonderland – Hanna Nordenhök

Siedem pustych domów – Samanta Schweblin

 

2026

Wymieranie Ireny Rey – Jennifer Croft

Oto słońce – Gunnhild Øyehaug

Awanturnica – Lauren Groff

Czesanie kota – Jane Campbell

Nie, po prostu nie – Nina Lykke

Gdzie są dorośli? – Nina Lykke

Rozmowy są nagrywane – Katharina Volckmer

Ciało – David Szalay