Długi deszczowy tydzień - Jerzy Broszkiewicz - ebook

Długi deszczowy tydzień ebook

Jerzy Broszkiewicz

0,0
23,10 zł

lub
Opis

Przygodowo-detektywistyczna powieść dla dzieci i młodzieży, która także spodoba się dorosłym. Mocnymi stronami tej książki są błyskotliwe dialogi, zróżnicowane postacie pięciorga głównych, dziecięcych bohaterów oraz obfitująca w zaskakujące zwroty akcja. Jest tu przygoda, tajemnica, zabawa i początki pierwszych miłości. „Długi deszczowy tydzień”, to tekst z klasą, napisany inteligentnie i w pełni profesjonalnie. To świetna, pełna pozytywnej energii i humoru książka, która przykuwa uwagę czytelnika od pierwszej do ostatniej strony!

Fabuła. Pięcioro nastoletnich dzieci rozpoczyna wakacje w podgórskiej miejscowości. Niestety mają pecha, bo pogoda jest wybitnie niesprzyjająca – pada deszcz. Tymczasem prasa donosi, że w regionie w którym właśnie przebywają grasuje groźny złodziej dzieł sztuki. Nasi bohaterowie postanawiają więc zastawić na niego pułapkę...

Pierwsze wydanie „Długiego deszczowego tygodnia” ukazało się w 1966 roku. Jednak tekst ten wcale się nie zestarzał – jest ponadczasowy – jak każda dobra literatura. Można nawet powiedzieć, że obecnych czasach, gdy klimaty dotyczące PRL-u stały się wręcz modne, nabrał dodatkowych walorów.

Jerzy Broszkiewicz napisał osiem powieści dla młodzieży. „Długi deszczowy tydzień” jest niewątpliwie najlepszą z nich, wręcz kultową. Od czasu pierwszego wydania w 1966 roku była wielokrotnie wznawiana a także tłumaczona na języki obce. W sumie do rąk czytelników trafiło kilkaset tysięcy egzemplarzy. Natomiast wszystkie młodzieżowe powieści Broszkiewicza osiągnęły łączny nakład kilku milionów egzemplarzy.

W 1979 roku na motywach zaczerpniętych z „Długiego deszczowego tygodnia” został nakręcony telewizyjny serial przygodowy dla dzieci „Detektywi na wakacjach”. Powstało i zostało wyemitowanych pięć 30-to minutowych odcinków. Zostały one starannie zrekonstruowane cyfrowo i są dostępne za darmo w internecie tutaj:
https://cyfrowa.tvp.pl/website/detektywi-na-wakacjach,40063513

Okładka: Katarzyna Kołodziej

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 348




Jerzy Broszkiewicz

DŁUGI DESZCZOWY TYDZIEŃ

Wydawnictwo Estymator

Warszawa 2020

Copyright © Estymator Jacek Chołoniewski 2020

Okładka: Katarzyna Kołodziej

ISBN: 978-83-66719-16-3

Spis treści

I. Poniedziałkowy deszcz

II. We wtorek mgła

III. Środowa mżawka

IV. Czwartkowe burze

V. Piątkowe ulewy

VI. Sobotnie „dzikie baby"

VII. W niedzielę słońce

I. Poniedziałkowy deszcz

— Skąd to się wzięło? — powiedziała Ika.

— O szóstej było jeszcze słońce — powiedział Groszek.

— Może siądziemy i będziemy płakać? — chciał spytać z uprzejmą pogardą Włodek, ale mu nie wyszło, bo świeżo wymutowany bas zawiódł i „kać" w słowie „płakać" zaskrzypiało jak pianie wylękłego kogutka.

W związku z tym Włodek poczerwieniał, odchrząknął i cofnął się z werandy do cichego wnętrza domu.

— Nie macie się co śmiać — powiedziała Katarzyna, zwana też „Albertem". — Mutacja to jest mutacja. Każdy mężczyzna musi to przejść.

— Ja już to przeszedłem — zagrzmiało basem z wnętrza domu. — Dawno! Widocznie zaczyna mi się bronchit.

Potem trzasnęły drzwi.

— Znowu się na mnie obraził — szepnęła Katarzyna, zwana też Albertem.

— Dobrze ci tak, drogi Albercie — stwierdziła Ika, a w głosie jej nie było litości. — Żaden mężczyzna nie znosi adwokatów. Szczególnie damskich. I szczególnie wtedy, kiedy już chce być, a jeszcze nie jest mężczyzną.

— Przepraszam — powiedział Groszek, który podobnie jak Włodek ukończył już lat czternaście. — Czternaście lat to jest czternaście lat.

— Trzeba jeszcze rzecz przemyśleć — zaśmiała się z najgorszą intencją Ika. — Problem istotnie poważny. Czternaście to jest czternaście, podobnie jak latająca ryba to nie ptak, a muł to nie osioł. Mutacja zaś to jest mutacja i każdy mężczyzna musi ją przejść. Zależy tylko, w którą stronę.

— Hi, hi — oświadczył Janek, zwany też „Pacułką".

— Przestańcie się kłócić — powiedziała Katarzyna. — Wystarczy, że pada deszcz.

— Właśnie dlatego się kłócimy — wyjaśnił Groszek. — Zmiany atmosferyczne wywierają zły wpływ na system nerwowy. Także u dzieci.

— O jakich d z i e c i a c h mówisz? — spytała z bardzo niebezpiecznym uśmiechem Ika.

— O sobie — odpowiedział Groszek i na drewnianej werandzie nastało milczenie.

A deszcz rzeczywiście padał, wzdłuż okapów zbiegały się popielate strugi, rynna dudniła, po trawie otaczającej dom łąki szedł szemrzący szelest i, co gorsza, wszystko to weszło w jednostajny rytm, który świadczył, że minęła już pierwsza rzęsista fala i że deszcz się zadomowią w pięknej, lesistej, nadrzecznej dolinie — choć o szóstej rano było jeszcze słońce.

— Ale rzeczywiście: skąd się to wzięło? — spytał w końcu Włodek, który znów stanął na progu werandy.

Janek zwany też Pacułką westchnął, odłożył drewniany klocek oraz nóż, dzięki któremu z drewnianego klocka zaczęły się wyłaniać dziób i łeb starego pelikana — i powoli poczłapał w głąb domu. Wrócił po minucie z gazetą i położył ją na stole.

— O — powiedział.

I znów zajął się łbem drewnianego pelikana. Groszek pokiwał głową nad gazetą.

— No tak — mruknął i czytał dalej głośno. — Nad Polskę południową napływa z południowego zachodu zatoka niżowa, niosąca wilgotne powietrze, które...

Odłożył gazetę.

— Trzydniówka? — spytał ostrożnym basem Włodek. Groszek wzruszył ramionami.

— Trzeba to jeszcze przemyśleć — szepnął do siebie.

Ice nawet nie chciało się już kłócić ani wyśmiewać żadnych przemyśleń. Przymknęła oczy z rezygnacją, usiadła na wilgotnej ławie. Potem zaś naszło ją coś w rodzaju jasnowidzenia, bo ziewnęła i powiedziała nudnym głosem trzy ważne słowa:

— Długi deszczowy tydzień.

— O — przytaknął Pacułką i otworzył oko pelikana.

A był to poniedziałek, pierwszy wakacyjny lipcowy poniedziałek, godzina dziewiąta dwanaście rano i dokładnie, jak obliczyła zwana Albertem Katarzyna, dziewięćdziesiąta siódma minuta deszczu.

„Na razie deszcz jest tak młody — pomyślał Pacułką — że liczy mu się wiek na minuty. Potem się postarzeje i zaczniemy go liczyć na godziny, dni albo i na doby.

Przynajmniej to jest dobrze, że nie będą cię włóczyć po spacerach” — myślał dalej wytrzeszczając oko pelikana — i nadzieja ta wywołała w nim nagły a niespodziewany przypływ wielomówności.

— A deszcz padał — rzekł wesoło — przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy.

Wrażenie było piorunujące: Pacułką wypowiedział za jednym zamachem dziewięć prawdziwych słów! Katarzyna ledwo złapała oddech. Sam Włodek cofnął się o krok. Jedna Ika nie straciła przytomności :

— Ty nie bądź taki religiant, Pacułko — powiedziała ostro.

— E — odpowiedział radosny Pacułką i poszedł sprawdzić, czy w spiżarni nie zostało ze śniadania jeszcze trochę miodu. Obrośnięty drzewem pelikanowy łeb został na stole i gapił się wytrzeszczonym okiem na zebrane wokół siebie milczące postaci, na góry, na dolinę, na las, pola i rzekę.

I — oczywiście — na deszcz.

* * *

Przez następną godzinę należało się zastanowić: co dalej? Jak wybrnąć z tego deszczu? A raczej: jak wybrnąć z tej zadeszczonej sytuacji, w jakiej znalazło się pięć młodych osób w swym pierwszym wakacyjnym dniu?

Wczoraj jeszcze wszystko było „o key" — jak stwierdzał Włodek. Podróż w słońcu, pod otwartym dachem samochodu, podgórskimi serpentynami.

Podróż ta odbyła się na dwie raty. W pierwszej turze ojciec Iki przywiózł żonę, córkę, Groszka i Pacułkę. W turze drugiej matka Iki zawróciła po Włodka, Katarzynę i resztę bagaży, bo ojciec Iki zaraz po przyjeździe oświadczył, że on dla nich, a oni dla niego od tej chwili istnieć przestają, bo nie na wakacje tu przyjechał, tylko po to, żeby kończyć pracę habilitacyjną, i że jedyna rzecz, na którą go może będzie stać, to opowiedzenie jednego dowcipu do każdego obiadu — z wyłączeniem śniadań i kolacji. Poza tym ogłasza się ciszę wokalną i radiową przynajmniej przez kilka pierwszych dni.

Żądanie ojca Iki zostało przyjęte przez aklamację — ale tylko dlatego, że niedzielny wieczór był czysty jak leśne źródło i można było przypuszczać, że następny dzień będzie równie rewelacyjny, „elear and wonderful" — wedle opinii Włodka.

Tymczasem — jak wiadomo — nazajutrz, w poniedziałek, o dziewiątej dwanaście, deszcz padał już dziewięćdziesiątą siódmą minutę, rynna dudniła, po łące szedł deszczowy szelest, a na domiar wszystkiego matka Iki zwołała do jadalni krótką naradę produkcyjną, prosząc na wstępie wszystkich o zajęcie miejsc.

Zajęli zatem miejsca w porządku następującym, licząc od lewej ku prawej:

1) Katarzyna, zwana też Albertem, córka wieloletniej przyjaciółki matki Iki, zaprzyjaźniona od trzech lat z samą Iką (wiek: 12 lat, wzrost: 152 cm, włosy: bardzo jasne, oczy: bardzo niebieskie, znaki szczególne: wybitny talent do zakochiwania się w wysokich szatynach oraz niezwykłe wprost uzdolnienia w dziedzinach takich, jak fizyka, chemia, elektrotechnika itp. — skąd właśnie przydomek Albert, pochodzący w prostej linii od imienia samego Alberta Einsteina).

2) Włodek, brat cioteczny i rówieśnik Groszka (wiek: 14 lat, wzrost: 174 cm, włosy: ciemne, oczy: piwne, znaki szczególne: poza urodą, wdziękiem i inteligencją — nie ukończona mutacja, zamiłowanie do posługiwania się angielszczyzną oraz pokrywające niejaką skłonność do bałwańskiego snobizmu zdecydowane poczucie wyższości nad resztą społeczeństwa).

3) Ika (wiek: 12 lat, wzrost: 151 cm, włosy: ciemne, oczy: zielone, znaki szczególne: różne, a między innymi bardzo długi warkocz i jeszcze dłuższy jęzor).

4) Groszek, syn przyjaciół domu i wieloletni kumpel Iki (wiek: 14 lat, wzrost: 163 cm, włosy: ciemne, oczy: niebieskie, znaki szczególne: skłonność do przemyśliwania różnych rzeczy oraz daremna walka z pewnym, nie całkiem jeszcze przemyślanym, uczuciem).

I na koniec:

5) Janek czy Jasio, czyli Jaś, zwany również nie wiadomo czemu — Pacułką, stryjeczny brat Groszka i najmłodszy z rodu (wiek: 9 lat, wzrost: 128 cm, włosy: prawie białe, oczy: prawie czarne, znaki szczególne: tysiąc i ileś tam piegów, absolutna niechęć do mówienia oraz talent rzeźbiarski połączony z takim zamiłowaniem do słodyczy, że Pacułką nie psując sobie zresztą nigdy żołądka, okresowo rósł szybciej wszerz niż wzdłuż).

* * *

Zasiedli zatem wokół stołu w jadalni, a matka Iki, rozejrzawszy się uważnie po zwróconych ku niej pięciu twarzach, powiedziała:

— Obywatele i obywatelki! Wprawdzie deszcz pada, ale wakacje zostały rozpoczęte, i to przez wszystkich, czyli przeze mnie również. W związku z tym — mówiła dalej tonem nie znoszącym sprzeciwu — proszę uprzejmie o poszanowanie ustalonych od dawna zasad. Podział i kalendarz zajęć takich, jak gotowanie, sprzątanie, pranie, prasowanie i tym podobnie, jest wywieszony w kuchni. Jako zwolenniczka równouprawnienia młodzieży z dorosłymi nie będę pomagała chłopcom w gotowaniu, a dziewczętom w rąbaniu drzewa. Pigułki przeczyszczające i bandaże będą na powyższe okoliczności w pogotowiu. Z punktu widzenia prawa jesteście niepełnoletni, dlatego też pod duchową nieobecność mego małżonka przejmuję za was odpowiedzialność prawną. Ponieważ jednak z mojego punktu widzenia jesteście osobami mniej więcej myślącymi, całą resztę odpowiedzialności składam na wasze młodzieńcze barki. Nie będę: godzić skłóconych, pocieszać nieszczęśliwych, bawić znudzonych i tak dalej, i tak dalej. Przypominam: wasze wakacje są też moimi wakacjami i dlatego proszę łaskawie szanować nie tylko swoją młodość, ale i moją starość.

Tu matka Iki, osoba młoda, zgrabna i, wedle opinii Włodka, „very charming”, zakończyła swoje przemówienie uprzejmym uśmiechem.

— Kto przeciw? Nie widzę — dodała szybko. — Uważam, że moje wnioski społeczeństwo przyjęło jednogłośnie. Dziękuję zebranym.

I wyszła.

— Jak to się nazywa? — spytała Ika.

— To się nazywa demokracja kierowana — wyjaśnił Groszek.

— E — zwątpił Pacułką, zabierając się do chudej szyi pelikana.

— A tymczasem — jęknęła Katarzyna — nic się nie dzieje. Nic się nie działo, nie dzieje i dziać się nie może. Chłopcy będą gotować obiady. Dziewczyny będą rąbać drzewo. Po powrocie do szkoły dostaniemy zadanie na temat: jak spędziłam wakacje? Odpowiem po pacułkowsku, jednym zdaniem: eee...

— O — zdziwił się przyjemnie Pacułką, co wystarczyłoby na pięć minut śmiechu, gdyby z góry nie rozległo się od razu ostre stukanie, przypominające, że tam się pracuje, a cisza wokalno-radiowa obowiązuje nadal.

— To nie jest demokracja, tylko zwykły terror. Chodźmy na werandę — powiedziała Ika i poszli na werandę.

Deszcz już nie tyle padał, ile siąpił. Jak ogólnie wiadomo, siąpienie jest najobrzydliwszą formą wakacyjnej słoty. Jest czymś w rodzaju uporczywego kataru, od którego głowa tylko trochę boli, kości tylko trochę łamią, ale na skutek czego całkowicie odechciewa się żyć.

— Siąpi — określił rzecz Groszek.

— Siąpi ohyzda — potwierdziła z najgłębszym przekonaniem Ika, ale jej w gruncie rzeczy uczciwy charakter kazał już po minucie wycofać ową obelgę pod adresem klimatu i krajobrazu.

— Aczkolwiek... przyznaję — dodała — że w gruncie rzeczy jest tu bardzo ładnie.

Mimo ogólnego przygnębienia nikt nie zaprotestował i nawet Pacułką podniósł głowę znad szyi pelikana.

Bo naprawdę — mimo deszczu i jego siąpienia — było tu bardzo ładnie. Drewniany, wynajęty na wakacyjne lato dom stał na zboczu dość wysokiego wzgórza. Dookoła domu pachniała w deszczu łąka. Wyżej zaczynał się las, ciemny dzięki świerkom i srebrnawy od buków i grabów. Część wzgórza opadała skośnym urwiskiem ku rzece, a nad urwiskiem stała czarna od starości drewniana kaplica. Na skraju lasu bieliła się świeżymi deskami mała szopa na siano.

W dole zaś rzeka — teraz szara. Ale było przecież wiadomo, że potrafi być i błękitna, i żółta, i słoneczna, jak łosoś w locie. Za rzeką zaś kilka domów małego przysiółka i przeciwległe, kopiaste wzgórze, zza którego wyglądały cienie Wielkich Gór. Było naprawdę ładnie.

— No, dobrze. Ale co z tego? — powiedział w końcu Włodek. — Może i ładnie. Ale jak długo można podziwiać piękno ojczystego krajobrazu?

— Trzeba coś wymyślić — zamyślił się Groszek.

— Co?! — padło zbiorowe pytanie (jednak bez udziału Pacułki).

— Przemyślę sprawę — oświadczył Groszek — i każdy zrobi to samo. Ogłaszam przetarg na najlepszy pomysł przezwyciężenia deszczowej nudy.

— Spleenu — rzekł Włodek.

— Nudy, ty Angliku z Kozich Trąbek! — zezłościł się Groszek i kilka następnych minut zeszło na godzeniu powaśnionych ciotecznych braci. Potem zaś projekt Groszka został przyjęty także przez obrażonego Włodka i wszyscy się rozeszli, aby w ciszy, samotności oraz własnej wyobraźni szukać najlepszego pomysłu na długi deszczowy tydzień. Włodek udał się do sypialni, Groszek wylazł na strych, dziewczyny rozeszły się w zaciszne kąty.

Pacułką wpierw zajrzał do spiżarni. Uczynił to nie bez racji, ponieważ ze śniadania pozostał nie tylko napoczęty słoik miodu, ale także słoiczek poziomkowych konfitur.

Potem Pacułką dokładnie i do czysta wymył oba słoiki i wrócił na werandę. Na jego okrągłej twarzy gościł miły i tępy uśmiech sytości. Jak zwykle w takich okolicznościach Pacułką uznał, że świat — nawet w deszczu — jest piękny i zagapił się wprost przed siebie. Gapił się tak przez pięć, dziesięć, piętnaście minut. Potem zaś w szesnastej albo siedemnastej minucie gapienia, nieruchomy dotąd niczym statuetka Buddy, nagle się przebudził. Przeniósł wzrok ze starej kapliczki na porzuconą na stole gazetę. Następnie czynność tę powtórzył dwukrotnie i już szybciej.

— Nooo — powiedział z najgłębszym uznaniem dla samego siebie. Wstał, potem usiadł i wreszcie powtórzył owo „nooo” jeszcze całe dwa razy.

„Pacułka jest wielki człowiek” — pomyślał na koniec już całkiem spokojnie i powrócił do lewego skrzydła pelikana, oczekując w ten milczący i pracowity sposób powrotu reszty.

* * *

Schodzili się opornie. Po minach było widać, że godzina namysłu nie na wiele się przydała. Katarzyna przywlokła się pierwsza, potem zjawili się Ika i Groszek. Ostatni przybył Włodek. Kto by go nie znał, mógłby sądzić, że odkrył oto jakąś Amerykę, albo co najmniej, słodkie morze na Saharze.

Tu jednak znano się na jego dumnych minach.

— Niech się Włodzio nie stawia — powiedziała słodko Ika. — Wszyscy widzą, że ty też niczego nie wymyśliłeś.

— Nie kłóćcie się — poprosiła Katarzyna, Ika zrobiła wielkie niewinne oczy.

— Któż się tu kłóci, mój Albercie?

— Spokój! — powiedział Groszek. — Jak się nie ma nic do powiedzenia, to się nie gada. A jak się już gada, to trzeba coś powiedzieć, Ika, proszę zaczynać.

Przez chwilę groziło kolejne krótkie spięcie. Zwyciężyła jednak waga ogólnej racji i wspólnej sprawy, Ika przełożyła warkocz z lewego ramienia na prawe (typowy gest bezradności) i bąknęła:

— Można... ten... urządzić zawody. W... tym...

— W czym? — spytał Groszek.

— W grzybobraniu — wykrztusiła wreszcie.

— He, he, he — odezwał się Włodek. Groszek palnął ręką w stół.

— Bez komentarzy! No comments! Włodek ma głos.

Z twarzy Włodka natychmiast znikł uśmiech szyderczy.

— Ja jestem zdania — zaczął ostrożnie — że można — i tu utknął.

— He, he, he — odezwała się Ika.

— Ika! — zagroził Groszek.

Ale Włodek nagle wpadł na pomysł.

— Można grać w bridża!

Zapadła chwila pełnego niesmaku milczenia. Nawet Pacułką pokiwał z ubolewaniem głową i Włodek zrozumiał, że w tym zespole taki pomysł w ogóle nie jest pomysłem. Ponieważ jednak bardzo nie lubił czuć się wygłupiony, postanowił się obrazić.

— Przepraszam — oświadczył. — Sorry. Zapomniałem, że bridż jest relaksem dla dorosłych.

Ale i to się nie udało i nie wyszło. Zlekceważyli. Było tak, jakby w ogóle tej uwagi nie dosłyszano.

— Katarzyna, zwana Albertem, co ma do powiedzenia? — zapytał Groszek.

Katarzyna speszyła się, zaczerwieniła, odgarnęła włosy z czoła.

— Można by — szepnęła — zorganizować chór rewelersów.

— Z moim głosem? — przeraziła się Ika.

— Można by — ciągnęła Katarzyna — zorganizować przedstawienie teatralne.

— To nie jest zajęcie dla poważnych ludzi — oświadczył Włodek.

— Tak sądzisz? — spytał zimno Groszek, którego ojciec pisywał sztuki teatralne.

— Można by — ciągnęła dalej Katarzyna, nie chcąc dopuścić do dalszej niebezpiecznej dyskusji — zorganizować polowanie na sarny.

— Co?! — krzyknął Groszek.

— Fotograficzne — wyjaśniła szybko.

To już było coś. Groszek zaczął się uśmiechać — Ika plasnęła w ręce. Ale Włodek, który naprawdę znał się na fotografowaniu, po pierwszej chwili ożywienia od razu przekreślił ogólne nadzieje.

— Przy tej pogodzie? — zastanowił się. I wydał wyrok: — Nic z tego!

— Można by — szepnęła Katarzyna — można by... Powtórzyła owo „można by” jeszcze ze trzy razy, rumieniąc się z niewiadomych powodów, wpierw jak róża, potem jak dalia, w końcu jak piwonia. Skończyło się na tym, że Ika trzepnęła „drogiego Alberta” w kark.

— Wykrztuś wreszcie! — zażądała zimnym głosem.

— Można by bawić się... na przykład w li... listonosza — dokończyła blednąc dla odmiany Katarzyna.

— Cooo? — Ikę aż zatchnęło. — Może jeszcze z całowaniem.

— Można... bez całowania — szepnęła Katarzyna, czerwona tym razem jak mak.

Ika pokiwała z politowaniem głową, przeniosła wzrok z Katarzyny na Włodka i z powrotem, w końcu współczująco westchnęła.

— Nawet Einstein — powiedziała do Groszka — musiał przeżyć w swym mądrym życiu przynajmniej jedną chwilę głębokiej durności. A ty nic nie wymyśliłeś? — dodała, by zmienić temat.

Groszek już nabrał oddechu, żeby przyznać się uczciwie, że choć przemyśliwał i przemyśliwał, to i on niczego sensownego nie potrafi ani przemyśleć, ani wymyślić — gdy nagle wszyscy czworo podskoczyli, jakby w dach werandy uderzył piorun z towarzyszeniem błysku i gromu.

Nie był to jednak piorun, tylko ochrypły wrzask. Wrzask starego ptaszyska.

— Pacułką! — krzyknęli wszyscy czworo i na cztery głosy. Pacułką bowiem, ukończywszy swą rzeźbiarską pracę, ustawił na stole starego pelikana i, aby uwierzytelnić jego istnienie, wydał dwukrotny, ochrypły wrzask w imieniu drewnianego ptaka, który to wrzask brzmiał istotnie jak najprawdziwszy głos głodnego pelikana.

— Co to jest? — rozległ się z nieba, a raczej znad dachu werandy groźny barytonowy okrzyk.

Wszyscy, nawet Pacułką, skulili się nieco — a pelikan, już milczący, legł na lewym boku.

— To pelikan, tato — odpowiedziała Ika.

— Ktooo?!

— To znaczy... to Pacułka — dodała szybko.

— Aha! — zawołał ojciec. — Pelikana zarżnąć i podać do dzisiejszego obiadu, Pacułkę tuczyć dalej. Zjemy go w niedzielę.

— Dobrze, tato — dygnęła Ika.

— Żadne dobrze, tylko cicho — skończył audycję ojciec i okno nad werandą trzasnęło jak wystrzał.

Pacułce groził przez chwilę samosąd. Wyciągnęły się po niego trzy pary rąk, a żadna w dobrych zamiarach. Pacułką jednak ani drgnął. Na jego twarzy ukazał się natomiast uśmiech pełen mądrości oraz pobłażania. I właściwie dopiero od tego uśmiechu naprawdę się zaczął ów długi a niezwykły deszczowy tydzień.

Groszek bowiem znał Pacułkę. Dlatego zawołał:

— Stop!

Trzy pary rąk cofnęły się.

— Czekajcie no — powiedział Groszek. — Ja to-to znam. Skrzywienie tej gęby coś oznacza.

Pacułką skromnie spuścił oczy.

— Rzeczywiście — przyznała Ika — ono musiało coś wymyślić.

— Nonsens — burknął Włodek akcentem, jak sądził, oksfordzkim.

— Tylko nie drażnić dzikich zwierząt — szybko ostrzegł Groszek — bo jak się zrazi, to nie wyciągniesz od niego nawet westchnienia. Do samej niedzieli.

— A w niedzielę ma być zjedzony — przypomniała surowo Ika. Pacułką pokiwał głową, przymknął oczy i zdawało się, że usnął.

Chwilę milczano — tylko rynna cicho łkała.

— Ciekawe — mruknął Groszek — czy mama zapakowała mi mleczną, czy gorzką?

Powieki Pacułki podniosły się z nadzwyczajną szybkością, Groszek udał, że tego nie dostrzega.

— Ciekawe — szepnął — która by mu bardziej smakowała? Piegi na czole Pacułki przesunęły się wraz z brwiami nieco w górę.

Przez chwilę mocował się z sobą, ale pytanie wymagało odpowiedzi wyraźnej. Pacułką postanowił podjąć kolejny, ciężki wysiłek.

— Obie — powiedział. I żeby nie było wątpliwości, powtórzył: — Obie!

Groszek, jak wszyscy, zrozumiał, że przynęta chwyciła. Westchnął i wstał, żeby pójść po „obie”. Ale Ika znała życie. Przytrzymała go za rękaw swetra.

— Po kolei — powiedziała. — Towar za towar. Naprzód my posmakujemy Pacułkowego pomysłu. Jak będzie dobry, i tylko wtedy, Pacułką posmakuje mlecznej z gorzką.

Pacułką rozejrzał się dookoła z uwagą. Chwilę się wahał, ale doszedł widać do przekonania, że jest otoczony ludźmi słownymi. W związku z tym sapnął na zgodę, podjął ze stołu gazetę i wskazując palcem jedną z notatek podał ją Groszkowi.

— Cyniczne kradzieże — przeczytał Groszek tytuł. Jego głos spoważniał. To brzmiało.

— No i co? I co? — spytały dziewczyny jedna przez drugą.

Groszek odchrząknął i czytał dalej:

— Jak nas informuje Wojewódzka Komenda MO, na terenie Podkarpacia powtarzają się z coraz większą uporczywością cyniczne kradzieże dzieł sztuki ludowej i sakralnej, rabunki cmentarzy, opuszczonych kaplic i wiejskich kościółków. Świątki, stare nagrobki, rzeźby i malowidła, zabytki będące częstokroć prawdziwymi skarbami ludowej twórczości, padają ofiarą cynicznych rabunków i wandalskich kradzieży. Śledztwo jest w toku i najprawdopodobniej w krótkim czasie przestępcy zostaną ujęci. Równocześnie jednak zwracamy się do społeczeństwa z apelem o opiekę nad rzeczonymi skarbami sztuki, które w okresie wzmożonego wakacyjnego ruchu turystycznego stają się w szczególny sposób zagrożone działalnością cynicznych przestępców.

Groszek skończył lekturę i trochę nieprzytomnie spojrzał na Pacułkę.

— Orzeł to on nie jest — mruknęła Ika.

— Kto? — zdziwiła się Albert.

— Autor artykułu. Skąd on wie, że przestępcy są tacy cyniczni?

— Proszę nie przerywać — zezłościł się Groszek. I spojrzał surowo na Pacułkę.

— Pacułko — rzekł. — Za czytanie gazet czekolady nie dają.

— Ech! — zezłościł się Pacułką i postukał grubym paluchem we własne piegi na czole. Potem zaś tymże paluchem wskazał stojącą nad urwiskiem czarną drewnianą kaplicę.

— Przecież tam nic nie ma — powiedziała Ika.

— Kto wie? — szepnęła Katarzyna.

Nastała chwila ciszy. Jeden Włodek uśmiechał się trochę cynicznie (ale nawet on poczuł, że Pacułką skierowuje ich uwagę na jakiś dziwny, lecz ważny trop).

— Czekajcie, czekajcie — mówił Groszek. — Muszę to przemyśleć. Muszę to przemyśleć do końca.

— Zacznij lepiej od początku — mruknął Włodek. Ale Groszek nawet nie dosłyszał. Patrzył z natężeniem w czarne i błyszczące oczy Pacułki.

— Tak — mówił. — Tam nic nie ma. Ale kto o tym wie? Może nikt o tym nie wie. Może na przykład cyniczni przestępcy też o tym nie wiedzą.

— O — przytaknął Pacułką.

— A jeśliby... — zaczął Groszek.

Ale teraz na ten sam trop wpadła już także Ika. Aż ją podniosło z ławy.

— Ale gdyby — zaterkotała w sposób bardzo szybkostrzelny — ale gdyby ktoś na przykład ogłosił w radio albo w telewizji, albo...

— Albo w prasie! — krzyknęła Katarzyna.

— ...że tam jest jakiś skarb, to co? To cyniczni przestępcy mogliby się pojawić i... i na przykład co? I na przykład wpaść w przygotowaną uprzednio zasadzkę. W zasadzkę, która zostałaby przygotowana na przykład przez kogo?...

— Na przykład przez nas — powiedział nieprzewidzianie głębokim basem Groszek.

Pacułką wstał, podszedł do Groszka i wyciągnął rękę.

— Obie — powiedział twardo.

— Idź po czekolady, Groszek — szepnęła z szacunkiem Ika. — Pacułka jest wielki człowiek.

Groszek pokornie wyszedł, wrócił i po chwili na werandzie rozległo się wesołe mlaskanie. Pacułką jednak zerknąwszy na Włodka zrozumiał, że za chwilę wystąpi opozycja. Wzruszył tylko ramionami, bo niezbyt go to już interesowało. Rozstrzygnął w sobie, że wielki człowiek zrobił swoje i wielki człowiek śmiało może odejść. On rzucił myśl — niech oni sami łapią jej dalszy ciąg, rozwijają go i uściślają. Wstał, wsadził pelikana do kieszeni i wyszedł.

Wtedy Włodek cynicznie się roześmiał.

— He, he, he — śmiał się. — Dzieci! Dzieci dały się nabrać szczeniakowi. Szczeniaki zostały przez bachora nabrane.

— Ika — spytał Groszek. — Co to tak szczeka?

— Nie wiem — odpowiedziała w zamyśleniu. — Ale coś miauczy.

Włodek wstał. Patrzył na nich z wysokości swoich 174 centymetrów. Był zły. Był taki zły, że nawet nie mógł się śmiać, a wargi mu pobladły. Katarzyna — ze ściśnięciem serca pomyślała: „Jaki on piękny!” Włodek zaś patrzył na nich w głębokim poczuciu własnej racji.

— Myślałem — powiedział — że jadę na wakacje z inteligentnymi ludźmi. Przepraszam, omyliłem się, sorry. Nikt tu nie szczeka ani nie miauczy. Natomiast ktoś jest przerażony umysłowym poziomem tego środowiska. Kiedy oprzytomniejecie, zawiadomcie niżej podpisanego. Może dam się ubłagać i wrócę. Wiecie, kto jesteście? Silly kids!

— Oh, darling — szepnęła Katarzyna. — Jak możesz?

— Głupie smarkacze! — potwierdził z furią Włodek.

— Tak myślisz? — spytał spokojnie Groszek.

— Tak myślę!

Tu Włodek chciał odejść, ale Ika zastąpiła mu drogę.

— Chwileczkę — powiedziała. — Po pierwsze: jeśli już musisz się tak nieustannie wyangielszczać, to rób to przynajmniej z lepszym akcentem, bo choć nie mam słuchu, to już mnie uszy bolą. A po drugie: nie wystarczy jeść, trzeba jeść zdrowo, nie wystarczy żyć, trzeba żyć z ludźmi, nie wystarczy myśleć, trzeba myśleć mądrze.

— Do kogo ta mowa? — spytał Włodek.

— Do ciebie, you ass! — wyjaśniła z nienagannym akcentem. — Albowiem tobie się wydaje, że to, co my uważamy za wielki pomysł, jest wielką bzdurą. A nam się wydaje, że ta wielka bzdura jest wielkim pomysłem. Spróbujmy. Zróbmy sąd. Ty oskarżaj, ja z Groszkiem będziemy bronić. A nasz drogi Albert rozsądzi całość sprawy. Wprawdzie ona ma lekkiego fioła na twoim punkcie, ale nie zatraciła chyba umiejętności myślenia.

Katarzyna wydęła wargi i zmrużyła śliczne oczy.

— W tym towarzystwie jest więcej fiołów — powiedziała. — Co najmniej trzy.

Groszek się trochę zakaszlał, Ika odchrząknęła. Ale Katarzyna nie była pamiętliwa i zawróciła z tej ścieżki.

— Mimo to mogę was rozsądzić — dodała tonem już ściśle sędziowskim.

— To może ciekawe — mruknął Włodek. A ponieważ uprzytomnił sobie, że jego uprzedni wybuch niezbyt się godził z filmowymi przykładami i jego własnymi wyobrażeniami na temat zimnej krwi anglosaskich gentlemenów — nim przystąpił do oskarżenia Pacułkowego pomysłu, skłonił się obecnym i powiedział:

— Przepraszam za swoje uprzednie zachowanie.

Tu uśmiechnął się bardzo sympatycznie, jak on to potrafił.

— „Jak on to potrafi”... — pomyślała bardzo cicho sędzia Albert

Pacułką tymczasem zajrzał do spiżarni, miał bowiem takie uczucie, jakby o czymś zapomniał. W spiżarni zorientował się, że zapomniał o drugim śniadaniu — ponieważ zaś, wbrew pozorom, miał głębokie zrozumienie także dla cudzych żołądków, odkroił siedem grubych pajd najwspanialszego z wiejskich chlebów. Następnie dwie, z masłem i serem, zaniósł rodzicom Iki — (przy czym ojciec Iki, zatopiony w swoich papierach, mruknął: „Tak jest... już idę, moja droga” — a matka Iki, zatopiona w grubej książce, powiedziała: „Dziękuję ci, córeczko”) — zaś pięć pozostałych kromek wyniósł na werandę. Żeby jednak nie pomylić, na której jest najwięcej masła i sera, wetknął w nią kilka kawałków swojej czekolady — konkretnie: dwa mlecznej i trzy gorzkiej.

Kiedy Pacułką stanął w progu werandy, Włodek kończył właśnie swoje pierwsze przemówienie. Jego młody bas wibrował pięknie i dźwięczał niczym dzwon.

— ...i dlatego, Wysoki Sądzie — wibrował i dźwięczał — uważam, że jest to dziecinada, czyli pic na muchy, czyli chała. Nie widzę bowiem możliwości... Po pierwsze: ogłoszenia w radio lub prasie, że nasza kapliczka zawiera jakieś skarby, które mogłyby tu ściągnąć cynicznych przestępców. Po drugie: nie widzę technicznych możliwości stworzenia w rzeczonej kaplicy jakiejś porządnej zasadzki na powyższych przestępców. Po trzecie: nie widzę fizycznych możliwości przychwycenia rzeczonych przestępców, o ile na przykład będą uzbrojeni, albo będą reprezentować jakieś większe ugrupowanie przestępczych osobowości. I to niezależnie — zakończył z triumfem — od stopnia nasycenia tych osobowości wspomnianym w prasie cynizmem.

Tu urwał. A wszystkim się zdawało, że trudno o piękniejszy głos i sposób wyrażania, i przede wszystkim o gest, znany z niektórych romantycznych pomników — gest wyciągniętej ku górze dłoni. Nawet Groszek i Ika ulegli na moment czarowi; a już całkowicie opanował on sędziego Alberta.

Sędzia westchnęła głośno — i nawet o tym nie wiedziała.

Włodek skłonił się.

Ale właśnie wtedy Pacułką postawił na stole talerz. Czar minął i prysło zaklęcie. A Włodek z goryczą dostrzegł na twarzy samego sędziego wyraz świadczący, że w tej właśnie chwili chleb z masłem i serem stał się ważniejszy od najpiękniejszych przemówień, męskich gestów i basów.

— Przerwa na śniadanie! — oświadczył z pośpiechem sędzia. Pacułką szybko zabrał z talerza swoją kromkę i nadgryzł z niej pierwszy kęs. Katarzyna spojrzała na nią — i aż podskoczyła.

— Co on je? — krzyknęła. — To dziecko się otruje!

— Nie znasz życia — powiedziała spokojnie Ika. Groszek potwierdził zdanie Iki.

— Niech sędzia nie będzie dziecinna — powiedział. — Kiedyś mama robiła konfitury z poziomek i spadł jej do konfitur całkiem nowy zegarek. Niestety! — westchnął. — Pacułka jadł te konfitury. Zegarka nie znaleziono nigdy.

— He, he — powiedział Włodek. — Ten zegarek to była omega, pobieda czy doxa?

Pacułką zmierzył go pogardliwym spojrzeniem. Chwilę to oczywiście trwało. Potem powiedział:

— Budzik Błonie.

Katarzyna i Ika zakrztusiły się mocno. Ale Włodek znowu się rozzłościł.

— Nie zagadywać, nie zagadywać! Co wy teraz macie do powiedzenia? .

Groszka poniósł temperament. Zamachał rękami.

— Wyyłogi Ąąuje! — zawołał.

— Może byś wpierw przełknął, kochanie — poprosiła Ika. Groszek przełknął.

— Wysoki Sądzie! — powtórzył. — Mój szanowny przedmówca daremnie się tak stawia, szura i podskakuje.

— Bardzo słusznie — mruknęła Ika dogryzając swoją kromkę.

— Po pierwsze — mówił Groszek — wszystkim nam wiadomo, że mamy, a konkretnie ja mam, swoją wtyczkę w polskiej prasie. I jak tylko uda się wtyczkę, to znaczy tatę, to znaczy mojego ojca, przekonać, żeby to przemyślał, jestem skłonny zagwarantować własnym sumieniem, że uda nam się opublikować jakąś interesującą wzmiankę, w tym czy innym dzienniku.

— He, he — powiedział Włodek. — Już ja widzę, jak cyniczni przestępcy pędzą czytać tę akurat wzmiankę w tym czy innym dzienniku.

Ika wytarła chustką usta, schowała ją do kieszeni i spokojnie kopnęła Włodka w kostkę. Zaraz potem błyskawicznie odskoczyła na bok.

— Spokój, bo każę opróżnić salę! — zawołała sędzia Albert. — Boli cię, Włodeczku? — spytała szeptem ta sama osoba, ale tym razem zwać ją trzeba Katarzyną.

— Nie! — warknął Włodek.

— Bardzo się cieszę — powiedziała Ika — ale już się ostrzegało przedmówcę, żeby nie podskakiwał. Twierdzę bowiem, że przestępcy, po tej pierwszej wzmiance, czytają dzienniki i czytają.

— To jest pewne — przyznała sędzia. — Oskarżona ma rację.

— Jaka oskarżoną?! Czy Sąd upadł na głowę? — zezłościła się Ika. Sąd poczerwieniał i chciał się usprawiedliwić, ale nie zdążył, bo znowu Groszek dorwał się do głosu.

— W ten sposób; Wysoki Sądzie — stwierdził — w poważnym stopniu obaliliśmy pierwszy punkt oskarżenia. Tak czy nie?

Sędzia Albert z przekonaniem skinęła głową.

— W poważnym stopniu — tak.

— Tym bardziej że list do wtyczki i artykuł do prasy mam już właściwie gotowy. Wystarczy przepisać.

— Z czego? zdziwił się Włodek.

— Z głowy — rzekła Ika. — A teraz, Wysoki Sądzie, po drugie. Niech sam Sąd powie — dodała z naciskiem — bo ja pytam samego Sądu: czy rzeczywiście nie widzisz, mój drogi Albercie, technicznych możliwości przyrządzenia jakiejś zasadzki na terenie kaplicy?

Albert na chwilę zamarła, a jej błękitne, jasne oczy wpatrzyły się w najbliższy sęk na ścianie. Była to chwila skupienia. Skupienie trwało zaledwie kilka sekund.

Potem Albert lekceważąco wzruszyła ramionami.

— Betka — powiedziała. — Drobiazg. Pomijając takie prymitywy, jak potrzaski i tym podobne, można założyć pułapkę elektryczną, akustyczną lub fotograficzną. Objaśnienia później. Sąd ogólnie stwierdza: można. Sąd sam to załatwi.

Włodek wiedział, że tym razem nie ma co mówić „he-he". Jeśli Katarzyna, czyli drogi Albert, cokolwiek w tej dziedzinie obiecywała, znaczyło to, że obietnica będzie dotrzymana. Uznał więc, że tym razem mądrzej będzie zmilczeć, więc zmilczał.

— Dwa: zero — mruknął Groszek.

Ika zaś podniosła oczy na Włodka i uśmiechnęła się najczulszym ze swych uśmiechów. Jej głos zagruchał słodko, oczy zrobiły się rozmarzone.

— A któż — spytała — w obecności naszego Włodka ośmieli się twierdzić, że nie dysponujemy fizycznymi siłami do walki z przestępcami? Nie mówię już o Groszku. Ale nasz Włodek, sam Wielki Włodek!

— Racja! — krzyknęła z zapałem Katarzyna.

Groszek z uznaniem spojrzał na Ikę. To było lepsze od najlepszego kopnięcia w kostkę. Włodek otworzył usta — i nie powiedział nic. A zaraz potem wyprostował się i wydął pierś.

— Znam trochę dżudo — mruknął. — Będzie trzeba, to się zrobi.

— Trzy: zero — mruknął Groszek.

W tej samej chwili Pacułką zatrzepotał rękami, posiniał, a potem zaczął bezgłośnie i spazmatycznie łapać powietrze, jak schwytany pod skrzela pstrąg. Z przymkniętych oczu ciekły mu wielkie łzy.

— Jezus, Maria! — wrzasnęła Katarzyna. — Mówiłam, że się otruje!

Ika tylko parsknęła w sposób bardzo ironiczny. Groszek zaś z kamiennym spokojem oparł dłoń na podskakującym ramieniu Pacułki.

— On się tylko śmieje — wyjaśnił.

— No i co, my dear friend, czyli mój dorogoj drug, czyli mon cherami? — spytała Ika Włodka. — Trzy: zero. Tak?

Włodek skrzywił się sceptycznie.

— Załóżmy — powiedział — że na razie macie rację. Ale to praktyka określa teorię. Na razie jest niby trzy: zero. Ale największe w tym wszystkim są tylko znaki zapytania. Czy wydrukują? Czy przeczytają? Czy się zjawią? Czy wpadną? Czy złapiemy? Czy się nie wygłupimy? Zanim się coś nie zacznie dziać, dla mnie to wszystko jest lipa. Byt określa świadomość.

— Przetłumacz to na polski — powiedziała Ika.

— On ma jednak rację — stwierdził Groszek. — Cytat jest użyty właściwie i nie udawaj, że nie rozumiesz. A jak naprawdę nie rozumiesz, to sam ci przetłumaczę: nie wierz gębie, połóż na zębie. Jasne?

— Idiota — odpowiedziała uprzejmie Ika.

Groszek spojrzał na nią tak, że nagle zrobiło się jej wstyd.

„Mój miły Grosiu — pomyślała — bardzo cię przepraszam i nie gniewaj się”. — Ale wbrew samej sobie skrzywiła tylko twarz, i to w dość obrzydliwy sposób.

— Czego? — spytała złym głosem. — Czego?

Groszek nie odpowiedział i teraz wszystkim zrobiło się głupio, a jej samej najgłupiej. W końcu Ika dotknęła palcem Groszkowego łokcia.

— Przepraszam — szepnęła.

— Cicho! — krzyknęła Albert, wskazując palcem rozjaśnioną i nagle natchnioną twarz Pacułki. — Ono znów coś wymyśliło!

Istotnie. W tej bowiem chwili, w której Pacułką usłyszał „nie wierz gębie, połóż na zębie”, w jego oczach błysnęła jakaś nowa idea, myśl nagła i olśniewająca. Chwilę się z nią mocował — w końcu zwyciężyło w nim poczucie prawdy. Postanowił określić ją słowami i uczynił to.

— Na serze — powiedział — mleczna jest lepsza.

Potem z wyrozumiałym, mądrym spokojem patrzył, jak nagły napad zduszonego (okno nad werandą) i bezlitosnego śmiechu rzuca po werandzie czterema osobami w dżinsach, trampkach i swetrach.

„Ech, co wy tam wiecie!” — pomyślał sobie i nie doczekawszy się uspokojenia poszedł po nowy klocek drewna.

Na werandzie śmiech trwałby jeszcze długo, gdyby nie to, że w progu ukazała się z beznadziejnie smutnym wyrazem twarzy matka Iki.

— Mój Albercie — rzekła do Katarzyny — zajrzyj pod maskę wozu i do akumulatora. A chłopcy niech sprawdzą ciśnienie w oponach.

— Co się stało, mamo? — spytała niespokojnie Ika.

Matka wskazała palcem w górę, w to miejsce, gdzie rodziły się ostatnie rozdziały habilitacyjnej pracy jej męża. Rozdziały — jak on sam twierdził — rozstrzygające o wszystkim.

— Oto — powiedziała — oto moje wakacje. Oczywiście ojciec zapomniał zabrać trzech najważniejszych książek. Zaraz po obiedzie muszę skoczyć do domu. Razem cztery godziny jazdy.

— Mamo! — szepnęła Ika.

Groszek podniósł rękę w górę, a nawet Włodek uczuł bicie serca.

— Coś się zaczyna dziać — powiedział uroczyście Groszek.

— Mamo!— krzyknęła Ika. — Czy zabierzesz bardzo ważny list? Od Groszka do ojca?!

— Ciszej — powiedziała mama. — Oczywiście, że zabiorę. Ale zajrzyjcie do wozu, dobrze?

Uśmiechając się nadal w sposób rozdzierający, wróciła do swego pokoju. A tamci czworo patrzyli na siebie w milczeniu. To było oczywiste: zaczyna się coś dziać. Zamiast chodzenia na pocztę, czekania na odpowiedź, wyczekiwania na to, czy express polecony będzie szedł cztery czy pięć dni — okazja sama pchała się w ręce. Nawet Włodek przyznał, że ten fakt jest znaczący.

— No, no, no... — powiedział.

W tej samej chwili z głębi domu zaczęły się dobywać znane wszystkim dźwięki: kilka przerywanych sygnałów brzęczka — potem cztery wyższe piskliwe sygnały — potem dwanaście głębokich uderzeń dzwonu — i wreszcie rozśpiewana i jasna melodia oznajmiającego południe hejnału.

— Kto włączył radio? — szepnęła wystraszona Katarzyna.

— To nie radio — zaśmiał się Groszek.

— Kto włączył radio? — odezwał się smutny głos matki. Nad werandą zaś strzeliły ramy okna.

— Kto włączył radio?! — zagrzmiało z góry.

— To nie radio, to Pacułką udaje radio, tato — powiedziała grzecznie Ika.

— Wyłączyć Pacułkę! — zagrzmiał baryton i okno strzeliło jak wykrzyknik.

— Rzeczywiście — uśmiechnął się Włodek zakasując rękawy swetra. — Warto na chwilę wyłączyć bachora.

Ale Groszek przytrzymał go za rękaw.

— Żadne takie — ostrzegł. — Szanuj człowieka nawet wtedy, kiedy udaje on radiowe odgłosy. I żadnej przemocy, Pacułka podał dokładny czas, bo rzeczywiście najwyższa już pora zabrać się do obiadu, i chwała mu za to. Dziś dyżur Katarzyny i Włodka, Ika sprawdzi wóz, ja siadam do listu, a wy jazda do kuchni! Baczność, spocznij, rozejść się na posterunki!

Co zostało wykonane.

* * *

Na obiad był chłodnik, bukiet z jarzyn oraz budyń, recepty Włodka, którego — ku radości Pacułki — nikt jakoś nie chciał dobrać po raz drugi.

Obiad przebiegał w milczeniu.

Ojciec był właściwie nieobecny — matka melancholijnie zamyślona, czego, ku jej cichej furii, ojciec wcale nie dostrzegł. Tamci czworo natomiast byli już myślami w samym środku nadchodzącej, zbliżającej się z każdą deszczową minutą, historii. Oczywiście żadne z nich nie znało — ani nie przewidywało prawdy. Starali się jednak ją przewidzieć, przemyśleć, przeniknąć, a przynajmniej przeczuć. I w innej sytuacji ich zawzięte milczenie przeraziłoby dorosłych. Ci jednak mieli swoje kłopoty, więc nawet nie dosłyszeli znaczącego dudnienia owej ciszy.

Jeden Pacułką zachował się normalnie. To znaczy po swojemu normalnie. A mianowicie: kiedy ojciec Iki skończył już swój bukiet jarzyn, Pacułką podał mu na czystym talerzu nową, nie przewidzianą dla innych potrawę, apetycznie przybraną koperkiem i dymiącą od pary.

Ojciec w zamyśleniu raz, drugi próbował wbić widelec — i w końcu zbudził się z zamyślenia.

— Czemu, ten kogut taki twardy? — spytał skarżącym się głosem. Pacułką pokręcił przecząco głową.

— To nie kogut — sapnął. — To pelikan.

Kiedy się już wszyscy uspokoili, a ojciec odesłał pelikana do dalszego gotowania, Ika odezwała się z pretensją w głosie:

— A gdzie dowcip, tato? Masz opowiedzieć dowcip.

Ojciec skrzywił się, jakby dentysta zaczął borować mu ząb mądrości, i to wprost przez policzek. Ale nie udało mu się uciec, matka bowiem zrozumiała, że oto nadarza się ostatnia okazja do zemsty.

— Obiecywałeś, kochanie. Więc spróbuj dotrzymać słowa — powiedziała z groźną słodyczą.

Ojciec skinął głową. Tamta zaś piątka nastawiła uszy. Był to bowiem rodzaj toto-lotka i szły grube zakłady o to, który dowcip który raz zostanie opowiedziany. Ta właśnie rzecz była w tym opowiadaniu dowcipów najciekawsza i najdowcipniejsza.

Matka oczywiście wstała i wyszła.

Ojciec uśmiechnął się uprzejmie i nieprzytomnie.

Groszek wyjął notes, w którym notował „obrót” dowcipów.

— „Kochany kolego” znacie? — spytał ojciec.

Nastąpiła ogólna konsternacja: nie znali! Nawet Groszek się stracił i dolna szczęka głupio mu opadła w dół.

— A więc słuchajcie — ożywił się ojciec. — Sierżant, szef kompanii, wysłał do mieszkania pułkownika dwu szeregowców do naprawy zepsutego w łazience zbiornika.

— Notujże! — syknęła do Groszka Ika.

— Tymczasem już po dziesięciu minutach — ciągnął ojciec — pani pułkownikowa przegnała ich z wielkim krzykiem i pretensjami.

— O — zdziwił się Pacułką.

— A dlaczego? — ożywił się ojciec. — A to się okaże — mówił dalej. — Szef wzywa zatem obu szeregowców i pyta: „Co się stało?” Obaj przestępują z nogi na nogę. W końcu jeden z nich odpowiada: „Melduję, obywatelu sierżancie, że niczego nie rozumiemy. Naprawiamy już ten zbiornik. On stoi na drabinie i zaczyna lutować go cyną. A ja stoję na dole i trzymam drabinę. I w pewnym momencie kropla roztopionej cyny spada mi za kołnierz. Wtedy ja mówię: »Kochany kolego! Ja bardzo nie lubię, jak kropla roztopionej cyny spada mi za kołnierz... « — i może powiedziałem to troszkę innymi słowami, a wtedy właśnie pani pułkownikowa od razu nas przegnała”.

Tu było miejsce na śmiech.

Trochę się więc pośmiano, i nawet szczerze. Ojciec zaś znów stał się nieobecny, zapalił papierosa, przypomniał sobie, że przestaje palić, zgasił go — i wychodząc na górę zapalił nowego.

— Gdzie ten list? — spytała matka smutnym głosem. Byłe już gotowa do drogi; wyglądała wyjątkowo pięknie.

— Proszę powiedzieć tacie — poprosił Groszek myśląc o tym. że to bardzo dobrze, że Ika jest tak podobna do swojej matki — proszę mu powtórzyć, że błagam go o odwrotną odpowiedź.

I podał list, za który nawet Włodek go pochwalił. W dwie minuty potem list ruszył w drogę. Cała piątka stała na werandzie patrząc, jak wóz kołysze się na mokrej, kamienistej drodze, jak toczy się przez most na burej rzece, jak przyśpiesza, przyśpiesza, już na asfalcie, biegu — i w końcu niknie za skrętem doliny!

Zaczęło się? Właściwie w tym momencie zwątpili w to wszyscy. Nawet, być może, Pacułką.

— Hm — powiedział bardzo niepewnie.

— Co będzie? — spytała cicho Ika. Nie odpowiedział nikt.

Odpowiedź na to pytanie miał dać dopiero cały długi deszczowy tydzień.

II. We wtorek mgła

Do poczty, przy której stał kiosk „Ruchu” i kiosk ze słodyczami, było dwa kilometry i około dwustu metrów. Odległość została wymierzona mniej więcej dokładnie samochodowym licznikiem i zasadniczo nikt nigdy się nie palił do biegania po gazety.

Zostało tu powiedziane „nikt nigdy” — i oczywiście to przesadne określenie znaczy tak dużo, że nie znaczy w istocie nic. Należy więc raczej stwierdzić, że r z a d k o k t o kwapił się do biegania po gazety, czego z reguły dość stanowczo żądali dyżurni rodzice.

Z kolei trzeba wyjaśnić, co oznacza określenie „dyżurni rodzice”.

Sprawa w istocie była dość prosta. Dom na stoku wzgórza został odkryty przed trzema laty przez rodziców Iki, w czasie jednego z wiosennych weekendów.

W tydzień po odkryciu przybyli tu też rodzice Pacułki i Groszka, zaś po rozmowie z właścicielami domu ustalono, że znakomicie się on nadaje na wakacje zarówno dla dorosłych, jak i szczególnie — młodzieży. Właściciele ci (czyli pan Wiewiórczak wraz z żoną) oświadczyli, że na okres wakacyjny mogą się przeprowadzać do mieszkających za rzeką krewnych — i wynajmować na ten czas cały swój drewniany, stary, a przytulny dom chętnym letnikom.

Znani nam letnicy okazali się chętni. W ten sposób przed trzema laty Ika, Groszek i Pacułką odbyli tu wakacje po raz pierwszy. Dorośli zaś szybko doszli między sobą do porozumienia i ustalili, że nie ma sensu doprowadzać do tego, by wszyscy rodzice męczyli się z wszystkimi dziećmi przez cały wakacyjny okres, co byłoby tym bardziej skomplikowane, że wakacje szkolne są o wiele dłuższe niż urlopy dorosłych. Zorganizowano zatem cykl trzytygodniowych dyżurów.

Jak wiadomo, mama Iki od samego początku wprowadziła zasadę, iż wakacje są dla wszystkich. A więc dla dorosłych t a k ż e. W związku z tym wszelkie obowiązki, łącznie z gotowaniem, praniem, prasowaniem, rąbaniem drzewa, noszeniem wody i tak dalej, i tym podobnie — dzielone były sprawiedliwie, wedle potrzeb i możliwości. A ponieważ niektóre z obowiązków mogli spełniać tylko dorośli, inne znowu przydzielono młodszemu pokoleniu.

Wśród tych ostatnich znalazł się również obowiązek chodzenia na pocztę i po gazety, do którego to obowiązku, jak się już rzekło, n i k t n i g d y się nie kwapił — a raczej rzadko kto kiedy kwapił się.

W dni, w które przychodziły tygodniki, sprawa wyglądała jeszcze nie najgorzej. Pacułką szedł chętnie po „Świat” i „Przekrój”, Ika po „Dookoła” i „Przekrój”, Katarzyna po „Motor” i „Przekrój” — Groszek wreszcie po „Forum”, „Politykę” i „Przekrój”.