Dirty - Belle Aurora - ebook

199 osób właśnie czyta

Opis

Julius nie ustanawia prawa. 
On jest prawem. 


Jej małżeństwo wydawało się idealne.
Ludzie jej zazdrościli i chcieli żyć jej życiem. 
Pragnęli być panią Alejandra Gambino – żoną Dino Gambino, córką Eduardo Castillo.
Szanowaną i kochaną księżniczką mafii.
Nie mieli pojęcia, jaki horror dzieje się za zamkniętymi drzwiami.
Gdyby wiedzieli, nawet przez jedną sekundę nie zazdrościliby jej niczego. 
I wtedy pojawił się Julius Carter.
Przystojny, niebieskooki Julius.
Uratował ją, a ona go wykiwała.
Teraz wszyscy chcą ją dorwać, a za jej głowę jest wyznaczona nagroda. 
To tylko kwestia czasu, ale Alejandra nie ma nic do stracenia. 
I tak w środku jest martwa. 

Pytanie brzmi: Kto dorwie ją pierwszy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 493

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:Dirty
Copyright © 2015 by Belle Aurora All rights reserved Copyright © for Polish edition Wydawnictwo NieZwykłe Oświęcim 2019 Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Redakcja: Agata Polte
Korekta: Anna Rochatka Edyta Giersz Magdalena Zięba-Stępnik
Redakcja techniczna: Mateusz Bartel
Projekt okładki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8178-195-4
www.wydawnictwoniezwykle.pl
KonwersjaeLitera s.c.
.

Julius nie ustanawia prawa.

On jest prawem.

Jej małżeństwo wydawało się idealne.

Ludzie jej zazdrościli i chcieli żyć jej życiem.

Pragnęli być panią Alejandra Gambino – żoną Dino Gambino, córką Eduardo Castillo.

Szanowaną i kochaną księżniczką mafii.

Nie mieli pojęcia, jaki horror dzieje się za zamkniętymi drzwiami.

Gdyby wiedzieli, nawet przez jedną sekundę nie zazdrościliby jej niczego.

I wtedy pojawił się Julius Carter.

Przystojny, niebieskooki Julius.

Uratował ją, a ona go wykiwała.

Teraz wszyscy chcą ją dorwać, a za jej głowę jest wyznaczona nagroda.

To tylko kwestia czasu, ale Alejandra nie ma nic do stracenia.

I tak w środku jest martwa.

Dla tych, którzy są zbyt słabi, by staćoraz dla niespodziewanych bohaterów, którzy nam pomagają.

Dla Sali.Ta książka by nie powstała bez Twojego nieustającego wsparcia.

PROLOG

ALEJANDRA

Nie wiedziałam, co się dzieje.

W każdym raziepamiętam, że nie wiedziałam, co się dzieje.

Gdy wywołują cię z lekcji, byś dołączyła do ojca w jego biurze, zdajesz sobie sprawę, że to nic dobrego. W biurze prowadzi interesy. Byłam tam już wcześniej, ale to nie miejsce dla dziewczyny takiej jak ja, a przynajmniej tak twierdzi tata.

Korytarz sprawia wrażenie dłuższego niż kiedykolwiek. Idę nim, nie wiedząc, czego się spodziewać, i mocno przyciskam do piersi plecak.

Zrobiłam coś złego? Dlaczego wydawał się taki spięty przez telefon?

Zatrzymuję się wpół kroku, by upewnić się, że mój wygląd jest niemal idealny, przeczesuję palcami długie, proste, czarne włosy i wygładzam rękami spódniczkę od mundurku prywatnej szkoły. Nie spieszę się, gdy podciągam białe skarpety do kolan, uważając, by ich nie zabrudzić.

Mój ojciec nie wychował stada zwierząt. Wychował damy, a w przypadku brata – dżentelmena.

Szczycimy się wraz z rodzeństwem tym, że jesteśmy spełnieniem jego marzeń. Jesteśmy z pewnością jedyną mafijną rodziną, w której nie brak łaski i pokory.

Mam osiemnaście lat i znam swoje miejsce. Moim zadaniem jest uszczęśliwianie ojca. A więc to robię.

W każdym razie tak sądzę. Póki co nie narzekał.

Uczę się pilnie, by utrzymywać najwyższą średnią. Ubieram się odpowiednio, nigdy nie pokazuję zbyt wiele skóry i z miłością oraz troską opiekuję się młodszymi siostrami, kształtując je na damy, którymi powinny być. Nawet ja muszę przyznać, że jestem przyzwoitym człowiekiem i kocham swoją rodzinę.

Jest nas w sumie szóstka. Najstarszy to dwudziestoczteroletni Miguel, potem jestem ja, po mnie szesnastoletnia Veronica, piętnastoletnia Carmen, trzynastoletnia Patricia i Rosa, która ma zaledwie dziewięć lat. Jest ostatnią z nas, urodziła się zaledwie rok przed śmiercią mamy. Wiem, że jej nie pamięta. Wiem też, że ją to boli. Ma zdjęcia, tak jak reszta z nas, ale to za mało.

Moja mama miała na imię Doriana, a wszyscy, których lubiła, mówili na nią czule Dori. Poznała mojego tatę, kiedy oboje byli po prostu dzieciakami, biegającymi i bawiącymi się na ulicy. Rzucił jej piachem w twarz. Zamiast się rozpłakać jak każda inna dziewczynka, po prostu wstała i otrzepała się. Jej mama, a moja babcia, zaśmiała się radośnie i przytuliła swoją córeczkę.

– Och, gatito, chłopcy są zabawni. A im gorzej traktują dziewczynę, tym bardziej ją lubią – wyjaśniła.

Mama usłyszała to i przepadła.

Miała zamiar wyjść za tego chłopca.

Czternaście lat później została panią Castillo. Przez resztę jej życia żyli szczęśliwie. Była jedyną kobietą na świecie zdolną rozśmieszyć mojego tatę. Kochał ją tak bardzo, że kiedy umarła, zawodził. Wystraszyło mnie to na śmierć.

Jedyną osobą zdolną przemówić mu do rozsądku jest mój brat, Miguel.

Gdy docieram do drzwi gabinetu, pukam lekko drżącą dłonią.

– Wejść – słyszę znajomy głos.

Brat?Sztywnieję. Co on tu robi? Nie powinno go tu być.

Otwieram drzwi, wchodzę do środka i cicho zamykam je za sobą. Podchodzę do biurka, przy którym siedzi tata, ale patrzę na brata, który stoi za nim z beznamiętną miną. Nie widziałam go od roku. Wygląda dobrze. Papa trzyma dłoń na czole. Zauważył mnie już. Posyłam bratu słodki uśmiech. Kiedy go nie odwzajemnia, czuję ukłucie w piersi, a Miguel dostrzega mój ból. Spogląda na mnie łagodnie, przepraszająco.

Wygląda, jakby zbierało mu się na płacz.

Gdy tata unosi twarz, na widok jego oczu cierpnie mi skóra. Jest w nich coś, czego nie widziałam nigdy wcześniej. Jakieś wyrachowanie.

Mam świadomość, że Papa nie jest dobrym człowiekiem, ale dla nas jest dobry. Kocha swoją rodzinę. Zrobiłby dla nas wszystko.

Zabiłby dla nas.

W zasadzie wiem, że już to robił.

Chrząkam i odzywam się cicho:

– Papo? Wszystko w porządku?

Zaskoczona swoją umiejętnością panowania nad głosem prostuję się, udając spokój. Tata patrzy mi w oczy. Dopiero teraz zauważam, jak bardzo postarzał się od śmierci mamy. Zmarszczki na opalonej skórze pogłębiły się tak bardzo, że sprawia wrażenie starszego o dziesięć lat. Ciemna skóra pod oczami wygląda, jakby od miesięcy nie spał. A zmarszczki wokół oczu wywołane śmiechem... zniknęły.

Zdaje się, że nie śmieje się już tak często, jak kiedyś. Po śmierci mamy nie ma go kto rozśmieszać.

– Alejandro. – Wskazuje na krzesło naprzeciwko siebie. – Siadaj – rozkazuje szorstko.

Nie chcę siadać.

Chcę uciekać.

Zerkam na brata z nadzieją, że mi pomoże. Kręci głową, patrząc na krzesło. Przełykam z trudem, serce wali mi w rytm kroków, aż w końcu zajmuję wskazane miejsce.

Papa wzdycha, a potem wstaje i zaczyna krążyć po pomieszczeniu.

– Wezwałem cię tu dzisiaj, żeby coś z tobą omówić. Coś ważnego. Obawiam się, że musimy zrobić to szybko. Nie mamy zbyt wiele czasu.

Ciepłe, brązowe oczy mojego brata ciemnieją. Widzę, że przygryza wnętrze policzka. Twarz mu czerwienieje, a żyła na skroni pulsuje. Lada chwila może wybuchnąć.

Ten widok sprawia, że lodowaty strach zagnieżdża się głęboko wewnątrz mnie. Miguel zwykle nie traci kontroli. Jest dżentelmenem, cierpliwym i opanowanym.

Serce mi wali. Coś tu jest mocno nie w porządku.

Niepewna co powiedzieć, kiwam głową, by dać znać, że słucham.

– Nastały trudne czasy. Już nie wystarczy być sobą, siła tkwi w ilości. – Tata przerywa, kładąc dłoń płasko na biurku i nachyla się w moją stronę. – W życiu każdego człowieka nadchodzi chwila, gdy musi poświęcić się dla większego dobra. Rozumiesz?

Przytakuję. Rozumiem. Rozumiem, że tata spędza mnóstwo czasu poza domem, by zapewnić nam dobre życie. To jego poświęcenie i nigdy z tego powodu nie narzekał.

Doceniam to, co dla nas robi. Nie żebym wiedziała dokładnie, co to jest. To nie moja sprawa. Jestem tylko kobietą.

Wygina usta w czymś, co ma być próbą uśmiechu, ale wychodzi mu grymas.

– Zawsze jesteś dobrą dziewczyną – mruczy cicho. – Szczęściarz ze mnie, że cię mam.

Serce mi rośnie i ogarnia mnie ciepło, które stapia nieco lodowaty strach wewnątrz mnie. Sięga aż po palce stóp. Ale brat zaciska pięści tak mocno, że knykcie mu bieleją.

– Powiedz jej – syczy za plecami ojca.

Słaby uśmiech Papy blednie, sprawia wrażenie lekko poirytowanego.

– Tak. Oczywiście. – Obchodzi biurko, po czym siada na jego brzegu, ujmuje moją dłoń i delikatnie klepie ją drugą. Dla mnie, jako dziewczyny, znaczyło to bardzo wiele: możliwość patrzenia w wesołe oczy taty, gdy mówi o tym czy o tamtym, tak naprawdę nigdy nie liczył się temat rozmowy, tylko jego ciepła, niewzruszona uwaga.

Ale wtedy zrzuca bombę.

– Wyjdziesz za Dina, syna Vita Gambina.

Mówi to beznamiętnie, bez wzruszenia, bez emocji.

Mój uścisk na jego dłoni słabnie, ale trzyma mnie mocno. By okazać wsparcie? Nie wiem. Krew odpływa mi z twarzy. Usta się rozchylają, oddech spłyca.

Żołądek skręca się w ciasny supeł. Zupełnie jakby całe moje ciało się temu sprzeciwiało.

Oblizuję suche wargi, by spytać drżącym, zduszonym głosem:

– Dlaczego?

Tata milczy chwilę, nie puszczając mojej dłoni, i zastanawia się nad odpowiedzią.

– Gambinowie są tacy jak my. Włosi to rodzinni ludzie, ale ciągle się ze sobą kłócą. Nie mogą sobie ufać. Każda rodzina ma inne cele. Vito przyszedł do mnie w poszukiwaniu pokoju. A mnie ucieszyła jego oferta. Traktował mnie z szacunkiem i opowiadał, gdzie widzi nasze rodziny za dziesięć lat. A mnie – ściska moją dłoń – podoba się ta wizja.

W nosie mnie swędzi, oczy szczypią.

– Tato, mam tylko osiemnaście lat...

Chwytam się teraz brzytwy. Moje stwierdzenie nie ma sensu, nawet dla mnie. Na szczęście brat przychodzi mi z pomocą.

– Raul zalecał się do Alejandry odkąd skończyli po szesnaście lat, Papo. Dałeś im swoje błogosławieństwo. To... – gniew bierze nad nim górę, gdy cedzi: – szaleństwo. Czegoś takiego po prostu się nie robi. Już od dawna.

Tak! Och, Boże, tak!

W ciągu pięciu minut, które tu spędziłam, zapomniałam o swoim chłopaku. On mi pomoże. Wiem, że to zrobi.

Tata wstaje i obraca się twarzą do Miguela.

– Masz lepszy pomysł? – pyta z lodowatym spokojem. – To sojusznik, którego potrzebujemy, mi hijo. Alejandra rozumie. Nie obędzie się bez poświęcenia. Zrobi to dla rodziny. – Odwraca się do mnie z dumą w oczach. – To zaszczyt.

Po policzku spływa mi pierwsza łza. Gardło mi się ściska, gdy mówię:

– Nie chcę wychodzić za Dina. Chcę zostać żoną Raula.

Tata z powrotem się odwraca, nadal patrzy na mnie beznamiętnie.

– Dzwoniłem dziś rano do Raula. Zrezygnuje z ciebie za obietnicę ręki Veroniki.

Jego słowa są jak policzek. Czuję ból, który wypełnia mnie, miażdży.

Zamykam oczy, nie starając się nawet zachowywać z wdziękiem. Unoszę dłonie, by zakryć twarz, gdy wstrząsa mną całkowicie nieelegancki szok.

– Jak o-on m-mógł?

Ale zamiast mnie pocieszyć, tata posypuje solą dziurę, z której zostało wyrwane moje serce.

– Nie zachowuj się tak, Alejandro. Jego ojciec chciał połączyć nasze rodziny. To przywilej. – Tata wydusza z siebie śmiech. – Nie sądziłaś chyba, że on cię kocha?

Łkam głośno, nie potrafiąc panować dłużej nad emocjami. Szloch wyrywa mi się z gardła. Życie sypie mi się jak domek z kart.

Miguel pojawia się u moich stóp, klęka, ale patrzy w górę, na mnie. Odrywa moje dłonie od zalanej łzami twarzy.

– Jeśli jest jakiś sposób, by do tego nie dopuścić, przysięgam ci, Ana, znajdę go. Przysięgam.

Papa przewraca oczami, słysząc determinację w głosie brata.

– To małżeństwo. Nie morderstwo. Mamy powody do świętowania, a nie żałoby.

W tej chwili wolałabym morderstwo niż małżeństwo.

Nie jestem w stanie oddychać. Za każdym razem, gdy staram się nabrać powietrza, pierś szarpie się w konwulsjach, wyciskając ze mnie kolejny szloch.

Tata spogląda na mnie z pogardą, po czym potrząsa głową i informuje:

– Vito przysięgał, że Dino to dobry chłopak i będzie cię dobrze traktował. Jak księżniczkę. I będziesz księżniczką w ich rodzinie. Kochaną i szanowaną przez wszystkich, podobnie jak tutaj. A teraz przestań się mazać. Już postanowione. – Posyła Miguelowi ostrzegawcze spojrzenie. – Nic nie można w tej sprawie zrobić. Zawarliśmy umowę. Rodziny Castillów i Gambinów połączą się poprzez małżeństwo. – Tata się śmieje. – Powinniśmy świętować – wkłada mi palce pod brodę i unosi ją, bym na niego spojrzała – a nie płakać, gatito. – Ociera moje łzy i całuje mnie w policzek. – Będziesz mi dziś towarzyszyć w trakcie kolacji. Spotkamy się z Vitem i Dinem.

– Ja też idę – wtrąca natychmiast Miguel.

Tata po krótkiej chwili odpowiada:

– Tak. Powinieneś.

Świadomość, że Miguel tam będzie, nieco mnie uspokaja.

Nie pozwoli, by cokolwiek mi się stało.

Nie pozwoli.

Później tego samego popołudnia spotykamy się z Gambinami w jednej z ich licznych restauracji.

Nie znałam ich wcześniej, ale gdy tylko ich widzę, od razu orientuję się, że to oni. Mężczyźni tacy jak mój tata roztaczają specyficzną aurę. Ich charakter domaga się uwagi. Są fascynujący. Mężczyźni chcą być tacy jak oni, kobiety pragną grzać im łóżka.

Nigdy tego nie rozumiałam. Nigdy nie działali na mnie tak, jak działają na innych ludzi.

Starszy mężczyzna wstaje sekundę wcześniej niż młodszy. Obaj się do nas uśmiechają. Kilka kroków od stolika Vito wyciąga ramiona do taty.

– Witaj, Eduardo.

Ojciec z twarzą wyzbytą z emocji wkracza w otwarte ramiona Vita, a potem klepią się po plecach w męskim uścisku.

– Vito. Dziękuję za zaproszenie.

Zerkam na Gambinów. Obaj mają na sobie znakomite garnitury i trudno nie zauważyć, że młodszy jest niezwykle atrakcyjny. Nawet Vito, jak na starszego pana, jest przystojny ze swoimi błyszczącymi oczami i przyprószonymi siwizną włosami. Zauważam, że młodszy sięga do krawata, by go rozluźnić. Ten drobny gest pomaga mi zrozumieć, że nie jestem sama. Dino jest pewnie równie wkurzony z powodu tej umowy, jak ja.

Ta świadomość nieco mnie uspokaja.

Vito robi krok w moim kierunku, prowadząc ze sobą syna.

– Ty musisz być Alejandra. – Vito ujmuje moją bezwładną dłoń, by ją ucałować. Patrzy na syna. – Lei è così piccola.

Dino mi się przygląda, a w jego brązowych oczach tańczą iskierki. Wyciąga rękę, czeka cierpliwie, aż podam mu swoją, w przeciwieństwie do swojego ojca, który wziął ją, jakby do niego należała. Z wahaniem kładę palce w jego dłoni, a wtedy on uśmiecha się szerzej, oślepiając mnie.

– Wybacz, proszę, mojemu ojcu. Nie chciał być niegrzeczny. Wspomniał tylko, że jesteś drobniutka.

Wiem o tym. Razem z siostrami odziedziczyłyśmy po mamie budowę ciała i kolory. Zdaję sobie sprawę, że ze wzrostem w okolicach nieco ponad stu pięćdziesięciu centymetrów, grubymi, prostymi, czarnymi włosami sięgającymi pasa i ciepłymi, brązowymi oczami przez większość mężczyzn jestem uznawana za ładną. Mama powiedziała mi, że uroda jest darem i nigdy nie powinnam wykorzystywać jej, by dostać to, czego pragnę; że powinnam być skromna.

Im bliżej Dina jestem, tym silniej odczuwam motylki w brzuchu.

To naprawdę piękny mężczyzna. Wysoki, z szerokimi ramionami i wąską talią, wysokimi kośćmi policzkowymi i mocno zarysowaną szczęką, pełnymi ustami oraz wesołymi, piwnymi oczami. Jego duża dłoń zakrywa moją, Dino opuszcza usta i kiedy dotyka nimi lekko moich knykci, mój żołądek robi fikołka.

– Teraz już rozumiem, dlaczego twój tata cię ukrywał. Największe skarby trzyma się zamknięte w bezpiecznym miejscu.

Niemal słyszę, jak Miguel prycha za moimi plecami. Wyciąga rękę i się przedstawia. Dino zerka na niego i z uśmiechem potrząsa jego dłonią.

– Kochasz swoją siostrę.

Stwierdzenie.

Miguel nie potwierdza ani nie zaprzecza, zabierając dłoń. Dino unosi swoje w pokojowym geście.

– Rozumiem. Sam też mam dwóch braci. – Spogląda na mnie. – Zrobiłbym wszystko, by ich ochronić. – Milknie na chwilę, robi krok w kierunku Miguela, po czym stwierdza cicho: – Twoja siostra będzie ze mną bezpieczna. – Patrząc na mnie kątem oka, kontynuuje: – Do diabła, może nawet pewnego dnia mnie pokocha. A kiedy weźmiemy ślub, ty i ja zostaniemy braćmi. Co będzie oznaczało, że ciebie i twoje siostry będę traktował jak rodzinę i znajdziecie się pod moją ochroną. Oddam własne życie, by zapewnić wam bezpieczeństwo.

Sądzę, że zyskał sobie tym sympatię Miguela.

Siadamy i podczas gdy Vito rozmawia z tatą, mój brat postanawia dać Dinowi swoje błogosławieństwo i zaczyna rozmawiać z nim o interesach. Obserwuję zachowanie mojego narzeczonego i jestem pod wrażeniem. Jest w równej mierze poważny, jak bystry, przez co bierze Miguela z zaskoczenia. Widok brata śmiejącego się z nim wyprowadza mnie z równowagi.

To się dzieje naprawdę.

Ten mężczyzna – ten nieznajomy – ma zostać moim mężem.

Serce mi się ściska.

Nie mam pewności, czy jestem na to gotowa, nie żeby kogokolwiek to obchodziło.

Dino wstaje nagle, odwraca się do naszych ojców i oznajmia:

– Wybaczcie, panowie. Chciałbym spędzić chwilę z Alejandrą. – Odwraca się do mnie, wygina wargi. – Zbyt długo już ją tego wieczoru zaniedbywałem.

Miguel patrzy na mnie i dostrzegam w jego oczach aprobatę. Tata uśmiecha się do Dina, a Vito kiwa na znak zgody.

– Oczywiście. Ale postarajcie się nie zasiedzieć. Nadal mamy sporo do omówienia.

Nie mając zbyt wielkiego wyboru, wstaję i wygładzam czarną sukienkę. Dino bierze moją dłoń i układa ją na swoim łokciu. Oddalamy się powoli w przyjaznej ciszy, a ja z zaskoczeniem stwierdzam, że czuję się całkowicie bezpieczna przy tym groźnym mężczyźnie. Otwiera przede mną drzwi i wychodzę na zewnątrz. Wskazuje, bym usiadła przy jednym ze stołów, co po chwili czynię.

Zawsze robię to, co mi każą.

Dino siada i przygląda mi się uważnie.

– Nie odezwałaś się nawet słowem.

Wzruszam ramionami. Co mam według niego powiedzieć?

Spojrzenie mu łagodnieje.

– Wiem, że to trudne. Wierz mi, dostałem białej gorączki, gdy ojciec powiedział mi, czego ode mnie chce. – Krzywi się. – W końcu mam zaledwie dwadzieścia pięć lat. Nie chcę brać ślubu. – Czuję ukłucie w piersi na te słowa. – I coś mi mówi, że ty też nie chcesz.

Wreszcie się odzywam:

– Nie.

Uśmiecha się ciepło.

– Proszę, nie przejmuj się moimi uczuciami.

Nie mogę się powstrzymać. Spuszczam głowę, by ukryć uśmiech, ale i tak go zauważa.

– No proszę. – Śmieje się, ale zaraz poważnieje. – Jesteś bardzo ładna, Alejandro. A w zasadzie olśniewająca.

Rumienię się, gdy moje serce przyspiesza.

Dino sięga nad stołem po moją dłoń. Patrzę mu w oczy.

– Sądzisz, że mogłabyś dać mi szansę? – pyta cicho. – Chciałbym spróbować. – Milknie na chwilę. – Musimyspróbować.

Ma rację. Musimy.

Poza tym mogło być gorzej. Jest przystojny, czarujący, zabawny i zdaje się, że mnie lubi.

Odwracam wzrok, splatając nasze palce, po czym szepczę:

– Tak. – Przełykam z trudem. – Ch-chcę spróbować.

Dino wstaje, obejmuje mnie i mocno trzyma. Nagłe zaskoczenie szybko znika, gdy zdaję sobie sprawę, że potrzebuję pocieszenia równie mocno, jak on. Delikatnie otaczam go ramionami w pasie, kładę głowę na jego piersi i ściskam go kurczowo w poszukiwaniu wsparcia. Miarowe bicie serca sprawia, że czuję się bezpiecznie. Dino całuje mnie w czubek głowy.

– Mam świadomość, że nie jest to sytuacja idealna, ale sądzę, że możemy sobie z tym poradzić. Wiemy, jakie są nasze rodziny. Wiemy, czego od nas oczekują. Chciałbym być twoim przyjacielem. – Odsuwa się. – Sądzę... – odchrząkuje. – Sądzę, że mógłbym cię pokochać. Oboje moglibyśmy się pokochać.

Gardło mi się ściska. Staram się odezwać, ale jestem w stanie wydusić z siebie jedynie bolesne stęknięcie. Spuszczam głowę, czując wilgoć na policzkach.

Boję się.

Nienawidzę się za te łzy. Ale Dinowi one nie przeszkadzają.

Unosi moją brodę, uspokaja mnie i całuje w policzek.

– Bella, nie płacz. Proszę, nie płacz. – Nim się orientuję, nakrywa moje usta swoimi. Cofa się równie szybko i obejmuje mnie ponownie. Ściskam jego koszulę, roniąc łzy.

– Nie martw się, Alejandro – mruczy. – Ze mną będziesz bezpieczna.

Jego słowa mnie uspokajają.

Jak mówiłam... mogło być o wiele gorzej.

Sześć lat później

Brzuch mam wciśnięty w materac. Palce wbijają mi się w biodra, przytrzymując mnie. Oddycham gwałtownie przez nos, walcząc z bólem. Przygryzam poduszkę, by powstrzymać płacz i myślę o słowach babci, a mój mąż masturbuje się na kanapie, patrząc z krzywym uśmieszkiem na moją zalaną łzami twarz, podczas gdy jego brat mnie gwałci.

Im gorzej traktują dziewczynę, tym bardziej ją lubią.

W takim razie mój mąż musi mnie naprawdę kochać.

Musi mnie kochać na zabój.

ROZDZIAŁ I

JULIUS

Phoenix, Arizona

– Mówię tylko, że lepiej będzie, jeśli zrezygnujemy.

Patrzę na Ling siedzącą na miejscu pasażera. Marszczę brwi.

– Co ma znaczyć to my?

Przewraca oczami, na co się uśmiecham. Tak łatwo ją wkurzyć. Na jej twarzy pojawia się irytacja.

– Jesteśmy partnerami, Jules.

Zaciskam wargi.

– Nie nazywaj mnie Jules.

Tym razem to ona się szczerzy.

– Doskonale to do ciebie pasuje. – Patrzę na nią wilkiem, na co chichocze. – No dobrze. Nie będę cię już więcej nazywała Jules.

– Ani żadną inną głupią ksywką.

Kiwa głową, ale odwraca się, by ukryć uwodzicielski uśmiech.

– Ani żadną inną głupią ksywką.

Dłuższy czas podróżujemy w ciszy, aż Ling zaczyna ziewać. Nie winię jej za to. Jedziemy już od dwóch godzin, a wcześniej przez trzynaście lecieliśmy samolotem z Sydney. Ciągniemy na oparach sił. Ling unosi dłoń, by zakryć usta.

– To gdzie się zatrzymamy?

Pracuje ze mną już od czterech lat.

Utrata Twitcha była dla niej trudna. Ling już wcześniej była tak zagubiona, że po jego odejściu całkiem się załamała. Chciała znaleźć się możliwe jak najdalej od magazynu, jak również wszystkiego, co przypominało jej o Twitchu. Nie wspominając, że niekoniecznie zgadzała się w pewnych sprawach z Lexi.

W ciągu roku po śmierci Twitcha zamknęliśmy z Happym magazyn. Nie żebyśmy mieli jakiś wybór. Po tym jak dupek nas zostawił, biznes zaczął upadać. Federalni się na nas czaili, obserwowali i podsłuchiwali, ukrywając się za każdym rogiem. Śmierć Twitcha ściągnęła na nas niechcianą uwagę. Po prostu nie było warto dalej ryzykować.

Dupek. Przez niego spierdoliło się wszystko, na co pracowaliśmy. Na szczęście skitranej kasy mieliśmy nawet więcej niż trzeba.

Kurwa.

Wystarczyłoby nawet dla dzieci naszych wnuków. Potem Happy sprzedał posiadłość Twitcha i ostatni ślad po nim zaginął. Zniknęły wszystkie, to jest oprócz jednego.

Mały AJ. Antonio Julius. Antonio Junior.

Na myśl o nim uśmiech powoli wykwita mi na twarzy.

Odkrycie, że Lexi jest w ciąży, nas zaszokowało. Twitch zawsze uważał, by do czegoś takiego nie dopuścić. Wydawało się, że wszystko kontroluje i nie wie, co to lekkomyślność.

Ale w końcu potrafił wyprowadzić z równowagi nawet najbardziej opanowaną osobę. Taki miał dar.

Ling długo nienawidziła Lexi. Nie musiała mówić tego na głos, ale wszyscy wiedzieliśmy, że pragnęła tego dziecka, czuła, że na nie zasługuje.

W trzecim miesiącu ciąży Lexi trafiła do szpitala. Natychmiast pomyślałem o najgorszym. Happy zadzwonił i kazał mi przylecieć. Tak zrobiłem. Kupiłem bilety na następny samolot do Sydney, a widok, który zastałem po powrocie, będzie mnie prześladował do końca życia.

Z Lexi został niemal sam szkielet. Wyglądała, jakby nie jadła od miesięcy.

Nikki siedziała przy jej szpitalnym łóżku, trzymając ją za rękę, i błagała, by coś zjadła. Łzy płynęły jej po policzkach, bo tak bardzo bała się o swoją przyjaciółkę.

Wszyscy się baliśmy.

Happy odwrócił się wtedy do mnie i wyszeptał:

– Dziecko umrze.

Stwierdzenie. Nie pytanie. Te słowa były deklaracją.

Jestem przekonany, że wszyscy o tym pomyśleliśmy, ale co innego usłyszeć to na głos. Wtedy staje się to prawdziwe. Coś się we mnie przez to zmieniło, postanowiłem, że do tego nie dopuszczę.

Dziecko było ostatnim, co zostało po moim przyjacielu.

Siedziałem więc przy szpitalnym łóżku przez cały miesiąc, robiąc sobie przerwy jedynie na prysznic i zmianę ciuchów. Opowiadałem dużo o Twitchu i choć oczy Lexi pozostawały martwe, wiedziałem, że słuchała. Po tygodniu dożylnego karmienia i mojego nieustannego nawijania Lexi znów zaczęła jeść.

Po kolejnych siedmiu dniach się odezwała. Odwróciła się do mnie, widok jej wychudłej twarzy przysparzał mojej duszy ogromnego cierpienia. Położyła dłoń na brzuchu i schrypniętym głosem zapytała:

– Poznałeś kiedyś jego matkę?

Pokręciłem głową.

– Nie, kochanie. Nie była dobrą matką. Cieszę się, że nigdy jej nie spotkałem.

Przełknęła ślinę, mruganiem odganiając łzy. Mocniej złapała się za brzuch, wbijając palce w materiał koszuli nocnej.

– Ja też nie jestem dobrą matką.

Z ciężkim sercem patrzyłem na łzy płynące jej po policzkach.

– Chcesz tego dziecka?

Otworzyła usta, ale nie wydobyły się z nich żadne słowa. Spróbowała jeszcze raz i jeszcze, aż w końcu wydusiła:

– Nie wiem.

Był jeden pewny sposób, by przekonać się, czy go chce. Okrutny, ale musiałem wiedzieć. Westchnąłem cicho.

– Okej. Znam człowieka. Porozmawiam z nim.

Lexi zamrugała.

– Co?

Wzruszyłem ramionami.

– Nie osądzam cię, Lexi. Wiem, że minął już zalecany termin, ale jak mówiłem, znam człowieka. – Dotknąłem jej ręki. – Będzie zupełnie tak, jakby dziecko nigdy nie istniało.

Odsunęła się, jakby moje słowa ją poparzyły. Oddech jej przyspieszył, twarz wykrzywiła furia, a w oczach pojawiła się dzikość, gdy wyszeptała zimno:

– Jakby dziecko nigdy nie istniało?

Mogłem się wtedy uśmiechać. Chciałem, ale nie zrobiłem tego, tylko uniosłem brew.

– To albo adopcja. Co wolisz.

Otuliła się mocno ramionami i wykrztusiła ochryple:

– Nie. – A potem głośniej: – Nie! To moje dziecko. To moje dziecko – powtórzyła ciszej, z o wiele większym bólem w głosie. – Nasze dziecko. Nic więcej mi po nim nie zostało.

Tyle wystarczyło. Wyciągnąłem rękę i uniosłem jej brodę, by spojrzała mi w oczy.

– Jeśli chcesz tego dziecka, udowodnij. – Coś w jej oczach się wtedy zmieniło, złagodniały i dostrzegłem w nich strach. Jeśli o mnie chodzi, strach był lepszy niż rezygnacja. Delikatnie potrząsnąłem jej brodą. – Musisz teraz żyć. Jeśli nie dla siebie, to dla dziecka. Ono jest darem, jednak musisz na nie zasłużyć, Lexi. Twitcha już nie ma, ale twoje dziecko cię potrzebuje. – Na wzmiankę o moim przyjacielu Lexi straciła tę resztkę siły, którą udało jej się zgromadzić. Załkała cicho, a jej ciało osłabło pod moimi palcami. Ścisnąłem nieco mocniej. – Twoje dziecko nie ma taty. Potrzebuje mamy. – Puściłem ją wtedy i opadła na poduszkę na sterylnym, niewygodnym szpitalnym łóżku. Jej słabe zawodzenie było niczym nóż w brzuch, głównie dlatego, że nie miała siły płakać, a ja o tym wiedziałem. Ująłem jej drobną dłoń w obie swoje. Pocierałem ją, desperacko próbując ogrzać. – Jesteś w stanie to zrobić, Lexi? Zadbać o siebie, upewnić się, że twoje dziecko będzie miało kogoś, na kim będzie mogło polegać?

Nagle uniosła na mnie wzrok, mrugając ospale.

– Myślisz, że to chłopiec? – zapytała zduszonym głosem. Wolną ręką zaczęła gładzić niewielki wzgórek brzucha. – Ja też tak uważam. Odkąd się dowiedziałam.

Wziąłem to za dobry znak. Żadna kobieta, która chce przerwać ciąże, nie chciałaby rozmawiać o szczegółach. Uśmiechnąłem się lekko, ciepło.

– Tak, kochanie. Myślę, że nosisz małego mężczyznę. A znając Twitcha i jego mocny... charakter, będzie dokładnie taki sam. Biedny dzieciak, nie ma żadnego wyboru.

Zalążek uśmiechu rozświetlił twarz Lexi.

– A co, jeśli to dziewczynka?

Cmoknąłem.

– Będziesz skończona, kobieto. Jeśli nosisz tam dziewczynkę choć w połowie tak ładną, jak jej mama... – Odchyliłem się w krześle i wypuściłem powietrze, kręcąc głową. – Cholera. Tyle by wystarczyło facetowi, żeby nie spać po nocach. Na szczęście Twitcha nie będzie w okolicy, kiedy pójdzie na pierwszą randkę.

Miałem ochotę cofnąć te słowa, gdy tylko opuściły moje usta. Pochłonąć je, kiedy nadal były jeszcze w powietrzu. Żołądek mi się ścisnął, wypełnił mnie niepokój. Czułem się jak wielki... dureń.

Ale ku mojemu zaskoczeniu półuśmiech Lexi zmienił się w uśmiech, jakiego nie widziałem od czasu śmierci Twitcha. Zaśmiała się przez nos, a chwilę później westchnęła.

– Miło się o nim rozmawia. Wszyscy boją się o nim wspominać, aż czasem mam wrażenie, że był wyłącznie wytworem mojej wyobraźni.

Zacisnąłem usta.

– Nie ma nic złego w rozmowie o zmarłych.

Wyciągnęła do mnie drżącą dłoń. Ująłem ją skwapliwie, ciesząc się niespodziewanym kontaktem. Trwaliśmy tak przez jakiś czas, aż Lexi splotła nasze pale.

– Julius?

– O co chodzi, kochanie? – spytałem głosem szorstkim ze zmęczenia.

Jej szept brzmiał bardziej jak prośba niż pytanie.

– Zadbasz, by dziecko o nim wiedziało? O dobrych rzeczach.

Dokładnie wtedy zrozumiałem, że z Lexi będzie dobrze. Ogarnęła mnie ulga.

– Tak, Lexi. Zrobię to.

– Ziemia do Juliusa. Halo? Jest tam kto? – Głos Ling sprawia, że wracam do rzeczywistości.

– Co?

Wygina brew o idealnym kształcie.

– Dobrze się czujesz? Może powinniśmy zatrzymać się na noc w najbliższym hotelu?

Kręcę głową.

– Nie, nic mi nie jest. Po prostu się zamyśliłem.

– To niebezpieczne – stwierdza z sarkazmem.

Parskam śmiechem.

– Nie masz pojęcia, dziewczyno.

Trudno skoncentrować się na drodze, gdy jest się zmęczonym. Jeszcze trudniej jest to zrobić, kiedy czuje się sunące po nodze idealnie zrobione paznokcie.

– Ling – warczę.

– Jestem głodna – odpowiada nadąsana.

Ściągam jej dłoń i odkładam na jej nogę, stwierdzając:

– Tu nie znajdziesz nic do jedzenia.

Słyszę uśmiech w jej głosie, kiedy rzuca nisko i namiętnie:

– Znalazłoby się coś, co by mnie zadowoliło.

W odpowiedzi jedynie wzdycham, kręcąc głową z nadzieją, że nie dostrzeże wybrzuszenia w dżinsach.

Czy mi się to podoba, czy nie, Ling jest piękną kobietą. Pochrzanioną jak diabli, ale piękną.

Ona też wzdycha, wyglądając przez okno.

– Nigdy nie chcesz się ze mną bawić – marudzi cicho.

Zaskoczony parskam śmiechem.

– Minęły cztery lata, a ty nadal tego nie rozgryzłaś. Nie sram do własnego gniazda, Ling Ling. – Zerkam na nią. – Poza tym nie grasz w szczególnie wiele gier.

Patrzy na mnie oczami w kształcie migdałów i choć się nie uśmiecha, jej oczy to robią.

– Dlaczego? Nigdy cię nie kusiło, by dotknąć którejś z kobiet? Sprawić, by poczuła, jak bardzo jej pragniesz? Do tego stopnia, że nawet jeśli ona tego nie chce, weźmiesz ją siłą?

Zatrzymujemy się na czerwonym świetle, a ja walczę z chęcią wywrócenia oczami na te naiwne słowa równie naiwnej kobiety. Udaję, że się namyślam.

– To brzmi trochę jak... hmmm... co to było za słowo? – Poważnieję. – A tak. Gwałt.

Macha na mnie ręką, sięgające ramion włosy wirują, gdy to robi. Prycha, jakby chciała dać mi do zrozumienia, że jestem niemądry.

– Och, proszę. Wszystko odbywa się za obopólną zgodą i dobrze o tym wiesz.

Światło zmienia się na zielone, ruszamy.

– Co cię bardziej wkurza? Że jestem odporny na twoje wdzięki czy że nie jestem złym kolesiem, za którego masz każdego faceta?

– Julius – zaczyna – nie chodzi o bycie złym facetem. – Głos jej łagodnieje. – Mogę sprawić, że każdy dobry facet zmieni się w złego na jeden wieczór.

To żadne chełpienie się czy duma. To przepełnione znużeniem słowa niebezpiecznej kobiety. Drapieżnika. Brzmiącego na zmęczonego własną grą.

Rzadko współczuję Ling, ale w tej chwili to robię.

Jedziemy w ciszy i zanim robimy postój, zatrzymujemy się tylko na stacji benzynowej po niezbędne rzeczy. Motel jest cichy, ale nic w tym dziwnego, skoro jest trzecia w nocy. Gdy wchodzimy do środka, na dźwięk dzwonka zawieszonego przy drzwiach zjawia się młodzieniec.

– W czym mogę pomóc?

Usta Ling rozciągają się w powolnym, chciwym uśmiechu, a w jej oczach błyska ekscytacja.

– O rany, duży jest.

Młodzieniec nie odrywa spojrzenia od Ling, przełykając z trudem. Jabłko Adama podskakuje mu śmiesznie, kiedy to robi. Ling podkręca atmosferę, robiąc całe przedstawienie z oblizywania czerwonych warg. Sądząc po sposobie, w jaki chłopak śledzi wzrokiem jej język, na pewno zastanawia się, czy smakuje równie dobrze jak wygląda.

Smakuje.

Nigdy ze sobą nie spaliśmy, ale zdarzyło się, że jej usta nakryły moje.

Smakuje wiśniami. Mogę za to ręczyć.

Uderzam portfelem w blat, na co młodzieniec podskakuje, patrząc na mnie z zaskoczeniem. Przyglądam mu się niespiesznie. Niemal dorównuje mi wzrostem. Ling ma rację, jest duży.

– Macie wolne pokoje?

Chłopak natychmiast się mityguje.

– Tak, proszę pana. – Ale nie jest w stanie oprzeć się żywej Afrodycie stojącej u mojego boku. Zerka na nią szybko. – Jeden?

W tym samym momencie ja odpowiadam „tak”, a Ling „nie”.

Posyłam jej złe spojrzenie.

– Jeden pokój.

Ling unosi brwi, by dać mi do zrozumienia, że nie podoba jej się mój ton. Spogląda z powrotem na młodzieńca i uśmiecha się do niego o wiele zbyt zachęcająco.

– Prosimy dwa pokoje, skarbie.

Chłopak pamięta jednak o mnie.

– Proszę pana?

Patrzę na Ling. Mruży niebezpiecznie oczy. Mierzymy się przez chwilę wzrokiem, aż odwracam się do recepcjonisty.

– Dwa pokoje. Ale mają być obok siebie.

Przełyka ponownie, jabłko Adama podskakuje. Głos staje się nieco piskliwy.

– Tak, proszę pana. Karta czy gotówka?

– Gotówka.

– Potrzebuję jakiegoś dokumentu.

Przytakuję.

– Jasne. – Otwieram portfel, ale zamiast podać mu prawo jazdy, wyciągam setkę i przesuwam ją po blacie. – Wpisz panią i pana Sonny Jones. Nie śpimy razem, bo aktualnie ze sobą nie rozmawiamy, dlatego że moja żona – wskazuję na Ling – Laura wkurzyła mnie, zarywając do kelnera w lokalnej knajpie. – Przerywam na chwilę, żeby wszystko do niego dotarło. – Zrozumiano?

Bez wahania wkłada pieniądze do kieszeni.

– Tak.

Biorę swoje bagaże i sięgam po te Ling, ale wyrywa mi je z dłoni. Odwraca się do recepcjonisty.

– Mógłbyś mi pomóc z torbą, uch...?

Łapie aluzję.

– Tak, oczywiście. I jestem Cory, ale możesz mi mówić Chip[1].

Ling śmieje się powoli.

– No jasne, skarbie. Mówiłeś, że ile masz lat?

Ruszam, tłumiąc śmiech, gdy Chip odpowiada:

– Osiemnaście, właśnie skończyłem liceum.

Ling idzie obok.

– Cóż, gratulacje, Chip. To wspaniale. – Pod nosem mruczy: – Dokładnie takich lubię.

– Zachowuj się – nakazuję półgębkiem.

Prycha.

– A jaka w tym radość?

Zatrzymujemy się przed naszymi pokojami. Wchodzę do swojego w samą porę, by usłyszeć, jak Ling pyta Chipa:

– Mógłbyś to wnieść do środka, złotko? Mam zrobione paznokcie. Nie chciałabym ich zbyt szybko zniszczyć.

Nie marnuję więcej czasu, biorę szybki prysznic, po czym wsuwam się do zatęchłego łóżka.

Godzinę później słucham koncertu płaczów pełnych namiętności i bólu dobiegających zza ściany. Zasypiam przy odgłosach ostrego seksu, gdy Ling na jeden wieczór zmienia Chipa w złego faceta.

ROZDZIAŁ II

ALEJANDRA

Moje małżeństwo nie zawsze tak wyglądało. Na początku było jak marzenie. W zasadzie w głębi ducha pragnęłam takiego męża jak Dino. Dbał o mnie. Wspierał mnie, był cierpliwy i uprzejmy. Szybko stał się moją opoką.

Spotykaliśmy się przez sześć miesięcy przed ślubem, a ja szybko zorientowałam się, że Dino Gambino był uroczym, zabawnym mężczyzną. Podobała mi się jego zaborczość i to, że trzymał mnie w zasięgu ramienia, że zawsze mnie dotykał, poszukując ciepła i ukojenia. Miło było choć raz w życiu czuć się potrzebną.

Nie spodziewałam się za to, że w tak krótkim czasie wytworzy się między nami więź. Byliśmy we dwoje przeciw całemu światu. Towarzysze. Dino prędko stał się moim najlepszym przyjacielem, osobą, do której dzwoniłam, kiedy potrzebowałam zwyczajnie ponarzekać na tatę albo usłyszeć znajomy głos. Zawsze mnie rozśmieszał i wywoływał uśmiech na mojej twarzy. Jego beztroska była zaraźliwa. Niezmiennie potrafił mnie rozweselić, gdy miałam zły humor.

W dniu ślubu spojrzałam w oczy mojego przyjaciela i bez wahania powiedziałam „tak”.

Uważałam się za szczęściarę. Ilu osobom udało się poślubić swojego najlepszego przyjaciela?

Siostry patrzyły na nas z zachwytem, zdumione tym, że dwójka osób w aranżowanym małżeństwie może być tak szczęśliwa. Dałam im nadzieję. Gdy ceremonia się zakończyła i pocałowaliśmy się po raz pierwszy jako mąż i żona, Dino przechylił mnie do tyłu, a ja przywarłam do niego, kiedy śmialiśmy się sobie w usta. Obie rodziny zaczęły wiwatować i gwizdać.

Naprawdę byliśmy zjednoczeni, wtedy i na zawsze.

Dopóki śmierć nas nie rozłączy.

Tamtej nocy Dino zabrał nas do naszego nowego domu. Wtedy zrobiło się niezręcznie, w każdym razie dla mnie. Byłam dziewicą. Podczas jednej z naszych długich, nocnych rozmów wyznałam to z palącymi policzkami. Palnęłam się ręką w czoło, gdy zapadła cisza.

No kurde! Byłam osiemnastoletnią córką szefa mafii. Oczywiście, że nigdy nie uprawiałam seksu.

Ale Dino jedynie się zaśmiał, a ten dźwięk otulił mnie niczym ciepły koc.

– Wiem, bella. Nie martw się. Porozmawiamy o tym, kiedy będzie trzeba.

Bardzo mi to ułatwił, za co byłam niezwykle wdzięczna.

Niezależnie od tego, jak niezręcznie się czułam, Dino wziął mnie w ramiona i pocałował. Całowaliśmy się już wcześniej, ale nie w ten sposób.

Ten pocałunek był powolny, namiętny, o wiele bardziej dogłębny i czułam, że coś we mnie rozpala.

Jasne, Dino był moim przyjacielem, ale był też mężem, nie wspominając o tym, że wyglądał olśniewająco. Takie miał mężowskie prawo. Wierzyłam, że małżeństwa powinny żyć razem – w każdym tego słowa znaczeniu. Chciałam mieć dzieci, a mogłam do tego doprowadzić tylko w jeden sposób.

Gdy się odsunął i oderwał ode mnie usta, poczułam się opuszczona. Spojrzał mi w oczy.

– Jest w porządku?

Natychmiast pokiwałam entuzjastycznie głową, a on parsknął śmiechem, po czym jego usta ponownie znalazły się na moich. Dotykał mnie we wszystkich właściwych miejscach i przez chwilę czułam się zbulwersowana tym, jak reagowało na niego moje ciało. Zaczęłam się odprężać dopiero po tym, jak Dino wyjaśnił mi, że wszystko dzieje się tak, jak trzeba.

Nie miałam mamy ani żadnych ciotek, które powiedziałyby mi, czego oczekiwać, mogłam więc tylko polegać na mężu i mu zaufać.

Kogo innego miałabym spytać o seks? Tatę? Brata?

Nie wydaje mi się.

Dino rozebrał mnie z czułością i całował w miejscach, w których nigdy wcześniej nie byłam całowana. Zagubiłam się w doznaniach. Świadomie oddałam swoje ciało w jego ręce.

Gdy zaczął się rozbierać, obserwowałam go w ciszy. Im więcej ciuchów ściągał, tym wyżej podciągałam prześcieradło, zakrywając się nim. Gdy zniknęła ostatnia część garderoby, która odsłoniła jedyną cześć męskiego ciała, jakiej nigdy jeszcze nie wiedziałam, upuściłam biały materiał, mrugając zaszokowana.

O to chodziło?

Jakim cudem to ma się zmieścić tam, gdzie powinno?

Nie byłam lekarzem, ale szybko doszłam do wniosku, że jedynym sposobem byłaby poważna operacja.

Zrobił krok w moim kierunku. Cofnęłam się.

Widząc moje wahanie, zapytał, co się stało. Przełykałam z trudem i mrugałam, nie próbując ukrywać ciekawości. Po krótkiej chwili otworzyłam usta, by wydobyć z siebie szept:

– Będzie bolało.

Uśmiech zniknął z twarzy Dina, kąciki ust opadły i – ku mojemu rozczarowaniu – to samo zrobiła część ciała, która tak mnie ciekawiła. Żołądek skręcał mi się z powodu sprzecznych emocji. Po części czułam ulgę, po części smutek.

Dino wspiął się na łóżko i przyciągnął mnie do siebie. Byłam naga, ale wtuliłam się w niego bez wahania, jak tysiące razy przedtem. To był mój mąż i nie będę się go wstydzić. Wyraźnie było widać, że stracił nastrój na myśl, że mógłby mnie skrzywdzić. Wzięłam to za dobry znak.

– Tak, będzie bolało. – Spięłam się w jego ramionach, a on delikatnie przesunął palcami w dół moich pleców, uspokajając mnie. – Ale krótko. I tylko za pierwszym razem. Obiecuję. To cena, jaką płacisz za nadzwyczajną rozkosz.

Niemal się nadąsałam. Niemal.

– Ciebie nie będzie bolało.

Jego ciało zatrzęsło się ze śmiechu pod moim.

– Ranisz mnie, Alejandro. – Poczułam jego usta na swoim czole. – Chodzę stale obolały od sześciu miesięcy.

Uniosłam się, by spojrzeć mu w oczy. Nie rozumiałam.

– Dlaczego?

Przyjrzał mi się, po czym delikatnie ujął policzek.

– Byłem twardy, skarbie. – Podkreślił to, przyciskając usta do moich, a ja poczułam na brzuchu gorący wzwód.

Zaskoczona otworzyłam szerzej oczy.

Chodził tak od sześciu miesięcy?

Biedny Dino.

Nie chciałam i nie mogłam pozwolić, by mój mąż cierpiał chociaż dzień dłużej. Przyklejając uśmiech do twarzy, pochyliłam się, by musnąć jego ciepłe wargi. Pocałowałam go zapraszająco. Nie potrzebował dalszej zachęty, objął mnie i przyciągnął bliżej. Spędziliśmy całe godziny, poznając nasze ciała i zaskoczyło mnie, ale pozytywnie, że przeżyłam swój pierwszy orgazm.

Dino miał rację.

Bolało.

Ale nie mylił się też, gdy twierdził, że ból minie.

Dino odnalazł spełnienie, a ja leżałam w jego ramionach i zastanawiałam się, kiedy zrobimy to po raz kolejny. Szybko odkryłam, że mój mąż chciał powtarzać to tak często, jak tylko pozwalał nam na to czas, a nawet wtedy, kiedy nie pozwalał.

Nie żeby mi się nie podobało. Lubiłam seks. Co ważniejsze, lubiłam seks ze swoim mężem.

Przez pięć miesięcy było cudownie.

Potem pewnej nocy Dino wyznał, że mnie kocha.

Powiedzieć, że byłam zaskoczona, byłoby niedopowiedzeniem. Odebrało mi mowę.

Dino był mądry. Oboje zawarliśmy małżeństwo świadomi, czym było. Cieszyło mnie, że przyjaźnię się z mężem i oczywiście bardzo go szanowałam. Nie chciałam, by był nieszczęśliwy. Ale nie kochałam go. I nie rozumiałam, po co komplikował nasz związek wzniosłymi uczuciami.

– Dziękuję – odpowiedziałam.

Nie tego oczekiwał Dino. Odsunął się ode mnie. Patrzyłam, jak jego ból zmienia się szybko w złość. Zapytał, czy też go kocham, a ja udzieliłam szczerej odpowiedzi.

Lekcja na przyszłość: szczerość nie jest najlepszym wyjściem.

Na moich oczach mężczyzna, którego poślubiłam, mój najlepszy przyjaciel, zmienił się w kogoś mrocznego. Kogoś strasznego.

Część mnie zawsze wiedziała, że Dino jest niebezpiecznym mężczyzną, ale jeszcze tego nie doświadczyłam.

I wtedy zrobiłam coś głupiego. Powiedziałam Dinowi, że bardzo mi na nim zależy i że jest moim najlepszym przyjacielem.

To jedynie podsyciło jego gniew.

Dino wyszedł tamtej nocy. Wziął kluczyki, zostawił portfel i odjechał. Oszalała ze zmartwienia wydzwaniałam do niego i wysyłałam mu niezliczone wiadomości z prośbą, by wrócił do domu. Wyczerpana i zasmucona takim obrotem sprawy zasnęłam w naszym małżeńskim łóżku.

Gdy w środku nocy obudziłam się na dźwięk głosu Dina, poczułam ulgę. Założyłam szlafrok i zeszłam na dół, gotowa skończyć tę kłótnię, zanim sytuacja się pogorszy. Choć pierwsze sprzeczki bywają burzliwe, ta zaszła za daleko.

Wchodząc do salonu, sięgnęłam do włącznika, by zapalić światło. Nigdy nie zapomnę widoku, który ukazał się moim oczom.

Dino siedział na kanapie – kanapie, którą wybraliśmy wspólnie na tydzień przed ślubem – podczas gdy młoda kobieta ssała mu entuzjastycznie fiuta.

Stałam tam, wryta w ziemię, i patrzyłam.

Głowa kobiety poruszała się, gdy obciągała mojemu mężowi. Wtedy Dino otworzył oczy. Były przekrwione. Zamrugał powoli, a potem na mnie spojrzał. I uśmiechnął się. W ten oszałamiający sposób, który kochałam.

Ten uśmiech już nigdy na mnie nie podziała. Jest dla mnie martwy.

Okręcił wokół pięści blond włosy kobiety i pchnął ją mocniej na swojego kutasa, zmuszając do intensywniejszego działania. A ona poddała się jego woli, krztusząc się, ale i jęcząc jednocześnie.

Byłam kretynką. Zapomniałam, jak ludzie reagują na mężczyzn takich jak Dino. A potajemnie, gdzieś w głębi duszy chciałam, by działał na mnie tak, jak na tamtą kobietę. Ale tak nie było.

A teraz już nigdy nie będzie.

– Hej, skarbie. Chcesz do nas dołączyć? – zaproponował zimno, szyderczo.

Kobieta zwróciła twarz w moją stronę, a ja zasłoniłam usta dłonią. Była mniej więcej w moim wieku. Zmarszczyła brwi, pytając:

– Kto to?

Razem z Dinem odpowiedzieliśmy jednocześnie:

– Moja żona.

– Jego żona.

Czując ból w sercu z powodu zdrady przyjaciela, zmusiłam się do uśmiechu i udało mi się wykrztusić:

– Baw się dobrze.

Następnie odwróciłam się i wyszłam. Usłyszałam, jak Dino cedzi „Wyjazd stąd”, a potem damskie sapnięcie i łoskot, gdy odepchnął kobietę na podłogę.

Miała to być pierwsza z wielu takich sytuacji.

Drzwi wejściowe otworzyły się, a potem zamknęły, kiedy dziewczyna opuszczała dom. Usłyszałam kroki w korytarzu za sobą. Gdy postawiłam nogę na pierwszym stopniu, silna dłoń złapała mnie za łokieć i pociągnęła mocno. Nieprzywykła do takiego traktowania, krzyknęłam wzburzona:

– Hej!

A potem znalazłam się przy ścianie z ręką na gardle. Spoczywała tam niczym ostrzeżenie, a oczy Dina płonęły.

– Zazdrosna?

Zazdrosna? Nie. Zdradzona i zła? Tak.

Przełknęłam z trudem, widząc jego wzrok, i wyszeptałam:

– Nie.

Siła uderzenia w policzek wyrwała ze mnie zaskoczony krzyk.

Spojrzałam na Dina i szybko zorientowałam się, że mam kłopoty i że w ogóle nie znałam swojego męża.

– Dino, co się dzieje?

Ręka na moim gardle zacisnęła się nieznacznie. Nachylił się nade mną, aż znaleźliśmy się nos w nos, po czym warknął:

– Powinnaś mnie kochać. – A potem mnie pocałował. Czułam whiskey i cytrynowe cukierki. Aż do tamtej nocy lubiłam ten smak. Teraz wydał mi się przerażający. – Kochasz mnie? – zapytał przy moich ustach.

Nie odpowiedziałam, pozwoliłam, by zrobiła to cisza.

Za tę niewerbalną odpowiedź Dino uderzył mnie znów, tym razem mocniej.

Sapnęłam zaskoczona. Ze ściśniętym gardłem zamrugałam przez łzy, desperacko próbując znaleźć wyjście z tej gwałtownie pogarszającej się sytuacji. Oddychałam z trudem, klatka piersiowa unosiła mi się gwałtownie, a serce waliło w piersi.

Miałam poważne kłopoty i nikt nie mógł mnie uratować.

– Kochasz mnie, Alejandro?

Tym razem powiedziałabym, że tak, gdybym miała czas na odpowiedź. Otworzyłam jednak usta o sekundę za późno i poczułam innego rodzaju szok.

Dino uderzył mnie pięścią. Prosto w usta.

Nigdy wcześniej mnie to nie spotkało. Obezwładniający ból w mrowiącej twarzy też był dla mnie czymś nowym. Czasem biłam się z siostrami i obrywałam, gdy ponosiła nas złość, ale wtedy u winowajcy natychmiast pojawiały się wyrzuty sumienia. Nigdy nie doświadczyłam tego rodzaju gniewu. Gołym okiem było widać, że jestem wstrząśnięta. Nie mogłam przestać się zastanawiać kim jest ten mężczyzna?

Rzucona na zimną, twardą podłogę, poczułam w ustach metaliczny smak krwi. Warga mnie mrowiła i zaczynała puchnąć, zęby się chwiały. Próbowałam przełknąć, ale Dino zacisnął rękę na szyi i mnie podniósł. Pod powiekami wybuchły mi gwiazdy, gdy uderzył moją głową o ścianę. Nie miałam jak mu uciec.

Złożyłam przysięgę. Tak będzie wyglądało moje życie, dopóki Dino nie postanowi zrobić z nim, co zechce.

Uderzyła mnie świadomość, że tylko ja mogę zmienić bieg zdarzeń.

Dino po raz trzeci i ostatni zapytał:

– Kochasz mnie, bella?

Tym razem odpowiedziałam bez wahania. Cała drżałam, gwałtownie oddychając przez krwawiący nos.

– Tak, Dino. Kocham cię – skłamałam przepełnionym strachem szeptem.

Roześmiał się zimno. Rozluźnił uścisk, ale mnie nie puścił.

– Wiedziałem. – Usłyszałam ulgę w jego głosie. Opuścił głowę i pocałował mnie mocno. Odsunęłam na bok ból. Nadal bałam się Dina, ale w pewnym stopniu znów ukazała się jego czuła strona. Skubnął moją krwawiącą wargę, po czym odsunął się, by na mnie spojrzeć. Patrzył bez mrugnięcia okiem.

– Ja też cię kocham, skarbie – wyznał z desperacją. Pogładził dłonią zsiniały policzek, a knykciami przejechał po rozciętych ustach, przez co syknęłam. Nieco zmartwiony Dino objął mnie ramieniem i zaprowadził na górę. Zabrał mnie do łazienki, w której ostrożnie obmył mnie wilgotną gąbką. Na koniec splótł nasze palce i chciał zaprowadzić mnie do łóżka. Zawahałam się. Nasze spojrzenia się spotkały, Dino pytająco uniósł brew.

Bestia w jego wnętrzu chwilowo została ujarzmiona. Zmusiłam się do uśmiechu, który nie sięgnął moich oczu i zerknęłam na sedes. Dino złapał aluzję, pocałował lekko moje spuchnięte wargi, po czym zostawił mnie samą. Gdy zamknęłam drzwi łazienki, tama pękła. Objęłam się mocno wpół i padłam na podłogę, łkając cicho.

Nie wiem, ile czasu minęło, zanim Dino zapukał, by spytać, czy wszystko w porządku. Spuściłam wodę, umyłam zalaną łzami twarz i poszłam do małżeńskiego łoża z mężczyzną, który podniósł na mnie rękę.

Kochał się ze mną tej nocy. Tak czule i delikatnie, że po tym jak zasnął, płakałam cicho w poduszkę z ulgi. Trzymał mnie w nocy w objęciach, a jego ciało było ciepłe i znajome.

Kiedy obudziłam się rano, Dino siedział w nogach naszego łóżka z twarzą ukrytą w dłoniach. Zorientował się, że nie śpię i uniósł na mnie wzrok. Nadal nie czułam się pewnie, podciągnęłam więc prześcieradło pod brodę, próbując oblizać wargę, ale gdy trafiłam na rozcięcie, wzdrygnęłam się. Nie wiedziałam, co dostrzegł wcześniej w mojej twarzy, ale jego reakcja mówiła sama za siebie. Wyglądałam jak siedem nieszczęść. A on miał okropne wyrzuty sumienia.

Wstał, patrząc na mnie bez mrugnięcia okiem. Dłonie zwinął w pięści po bokach, szczękę miał zaciśniętą, w oczach kłębiło mu się mnóstwo emocji. Ból, współczucie, wściekłość, wstyd. Położył dłoń na biodrze i spuścił głowę, a ja czekałam.

– Przepraszam – wyszeptał drżącym głosem.

Rozpaliła się we mnie nadzieja. Malutki płomyczek, który podsycałam gorączkowo, z desperacją, nie pozwalając mu zgasnąć.

Nie było takiej opcji.

Nie chciałam wierzyć, że poślubiłam potwora. Byłam pewna, że poprzednia noc to jednorazowa sytuacja.

Myliłam się.

ROZDZIAŁ III

JULIUS

Zmęczony, sfrustrowany i głodny siadam na brzegu zbyt miękkiego motelowego łóżka, by włożyć buty, a potem je zasznurować.

Próbuję zachować spokój, ale Ling i jej licealista, Chip, nie dawali mi spać przez całą noc. Nie jestem w szczególnie łaskawym nastroju. Przysięgam na Boga, jeśli usłyszę dziś od niej choć słowo o tym, że jest zmęczona, skopię tę jej chudą, odzianą w Gucciego dupę.

Idę do łazienki, przeczesuję włosy dłonią, myję zęby, a potem twarz. Wory pod moimi oczami nie wyglądają dobrze, szczególnie, że mamy spotkanie. Potrząsam lekko głową, gdy dostrzegam swoje odbicie, wzdycham, a następnie mamroczę pod nosem:

– Jebana Ling.

To kobieta jest prawdziwym wrzodem na dupie.

Wygładzam dłońmi marynarkę, po czym wychodzę i zabieram po drodze torbę. Wkładam okulary przeciwsłoneczne, a chwilę później staję pod drzwiami Ling. Pukam raz, głośno. Poirytowany przygryzam wnętrze policzka, kiedy nie odpowiada natychmiast. Gdy unoszę dłoń, by spróbować po raz kolejny, otwiera.

Przesuwam wzrokiem po jej sylwetce. Jest ubrana, umalowana, odstawiona i gotowa do drogi. Wygina czerwone usta w uśmiechu, a ja nie dostrzegam nawet śladu wyczerpania na jej twarzy, co okropnie mnie wkurza.

Ale wtedy robi coś, co przypomina mi, dlaczego ją przy sobie trzymam.

– Dzień dobry, słonko. – Z radosnym uśmiechem wyciąga papierową torbę i podstawkę z kawą w największym możliwym rozmiarze. Daję Ling dodatkowe punkty, kiedy dostrzegam, że torba jest zatłuszczona.

Z burknięciem odbieram ją od niej wraz z kubkiem i sięgam po nasze torby. W drodze do samochodu słyszę za plecami jej cichy śmiech.

– Co się tak zerwałeś z samego rana? – Mija mnie, by stanąć obok drzwi pasażera, a jej uśmiech staje się filuterny. – Jeśli ładnie poprosisz, opowiem ci, czemu ja nie spałam całą noc.

Zaciskam usta, otwierając samochód i wsiadam, rzucając nasze bagaże na tylne siedzenia. Kobiecy śmiech jedynie podkręca mój zły nastrój.

Upijam łyk upragnionej kawy. Jest letnia, ale mocna. Cholera, mogłaby być lodowata, a i tak byłbym zachwycony. Otwieram torbę, zerkam do środka i w brzuchu mi głośno burczy. Cokolwiek tam jest, dobrze pachnie. Sięgam po kanapkę, otwieram bez patrzenia i biorę gigantyczny kęs. Jęczę, gdy dociera do mnie smak. Przełykam, biorę kolejny kęs burgera z jajkiem i bekonem, ledwie go gryzę i już biorę następny.

Czuję na sobie wzrok Ling. Nie przestając energicznie przeżuwać, odwracam się do niej i zamieram.

– Co? – mamroczę z pełną buzią.

Wygina wargi z odrazą, unosząc brwi.

– Nigdy nie przyzwyczaję się do tego, jak jesz. Świnia z ciebie. – Udaje, że się wzdryga. – Obrzydliwe.

– Stare nawyki – wyjaśniam, wpychając do ust ostatnią ćwiartkę burgera. Unoszę kawę i upijam łyk. – Nigdy nie byłaś w więzieniu, więc nie zrozumiesz.

Ling patrzy na mnie z niedowierzaniem, po czym odwraca się do okna.

– Znam wiele osób, które były w więzieniu. Z nimi też się pieprzyłam. – Świdruje mnie spojrzeniem. – Oni nie jedzą jak świnie.

Odpalam samochód i mówię cicho:

– Pewnie, że jedzą. Kiedy nikt nie patrzy.