Raw Rebirth - Belle Aurora - ebook

Raw Rebirth ebook

Belle Aurora

4,6

70 osób interesuje się tą książką

Opis

Kontynuacja historii Lexi i Twitcha, na którą czekali fani Raw Sześć lat temu świat Alexy Ballentine runął. Mimo to kobieta próbuje prowadzić normalne życie i stworzyć ciepły, kochający dom dla swojego syna A.J. Jednak coś zaczyna ją niepokoić. Chłopiec oznajmia, że tatuś wrócił i jest z nimi. Ale ona przecież wie, że to niemożliwe. Twich umarł i nie wróci. Lexi ma również świadomość, że ona też nie wróci. Nie wróci do tego, jaka była dawniej. Twitch na zawsze ją zmienił. Pokazał jej mroczną stronę życia, a ona ją zaakceptowała i gdyby mogła, wybrałaby Twitcha znowu, milion razy, za każdym razem.

Jednak Alexa nie ma pojęcia, że ktoś ją obserwuje, a nawet przychodzi do jej domu. Ktoś, kto powinien nie żyć.

Nie wie, że Twitch wrócił i niedługo będzie chciał się przywitać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 607

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginałuRaw Rebirth
Copyright © 2019 by Belle Aurora All rights reserved Copyright © for Polish edition Wydawnictwo NieZwykłe Oświęcim 2020 Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Redakcja: Agata Polte
Korekta: Patrycja Siedlecka Magdalena Zięba-Stępnik Anna Foks
Redakcja techniczna: Mateusz Bartel
Przygotowanie okładki: Paulina Klimek
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-8178-310-1
www.wydawnictwoniezwykle.pl
KonwersjaeLitera s.c.
.

Kontynuacja historii Lexi i Twitcha, na którą czekali fani Raw!

Sześć lat temu świat Alexy Ballentine runął. Mimo to kobieta próbuje prowadzić normalne życie i stworzyć ciepły, kochający dom dla swojego syna A.J. Jednak coś zaczyna ją niepokoić. Chłopiec oznajmia, że tatuś wrócił i jest z nimi. Ale ona przecież wie, że to niemożliwe.

Twich umarł i nie wróci.

Lexi ma również świadomość, że ona też nie wróci. Nie wróci do tego, jaka była dawniej. Twitch na zawsze ją zmienił. Pokazał jej mroczną stronę życia, a ona ją zaakceptowała i gdyby mogła, wybrałaby Twitcha znowu, milion razy, za każdym razem.

Jednak Alexa nie ma pojęcia, że ktoś ją obserwuje, a nawet przychodzi do jej domu. Ktoś, kto powinien nie żyć.

Nie wie, że Twitch wrócił i niedługo będzie chciał się przywitać.

PROLOG

AJ

AJ był mądrym chłopcem. Miał jedynie pięć lat, ale znał już wartość tajemnic.

Nie lubił ich jednak mieć przez mamą. Kiedyś spytał ją, czy kłamanie jest w porządku, a ona odparła, że bycie nieszczerym nigdy takie nie jest.

Bez sensu.

AJ słyszał już, jak jego mama kłamie.

Dlaczego ona mogła, a on nie?

Wyjaśniła mu, że czasem ludzie nie mówią prawdy, by poprawić komuś samopoczucie i takie kłamstwa nazywa się „białymi”.

AJ to rozważył.

Powiedziano mu, że jego sekret zraniłby mamę. Utrzymywanie go przed nią w tajemnicy było właśnie „białym kłamstwem”. Gdy mama położyła go do łóżka, uśmiechnął się do niej.

– Kocham cię – wyznał szczerze.

Wyraz jej twarzy złagodniał.

– Ja ciebie bardziej, skarbie – odparła cicho, delikatnie przeczesując palcami jego potargane włosy.

Posłała mu całusa, wychodząc z pokoju, po czym zgasiła światło i zamknęła za sobą drzwi.

AJ leżał w łóżku i czekał.

Nie był pewien, ile czasu minęło, ale kiedy usłyszał, że okno grzechocze, a potem powoli się otwiera, uśmiechnął się z ekscytacją.

To tylko białe kłamstewko.

Tatuś wrócił do domu.

***

Lexi

– Mamo?

Słyszałam go. Jakżeby inaczej.

Jechałam jednak dalej w ciszy. Nie byłam w nastroju na rozmowę, ale potworek na tylnym siedzeniu miał inne plany.

Czułam ucisk w piersi.

Co za dzień.

Wszystko miałam spięte. Wnętrzności, szczękę, palce na kierownicy. Nawet oczy wydawały się zbyt mocno skupione na drodze. Ale to nie była wina AJ-a, a ja nie dałabym po sobie poznać, że w środku umierałam.

Wyrwało mi się westchnienie.

Ten dzień w roku zawsze był trudny.

– Tak, kochanie?

AJ nie odpowiadał przez dłuższą chwilę, a kiedy uniosłam brew i spojrzałam na niego w lusterku wstecznym, odwzajemnił moje spojrzenie bez mrugnięcia okiem.

Poczułam ukłucie w sercu, gdy zerknęłam w jego łagodne brązowe oczy.

Oczy jego ojca.

Niech to licho.

Poczułam swędzenie w nosie, a potem tak zwyczajnie po policzkach spłynęły mi łzy. Otarłam je szybko i zamrugałam, bezskutecznie próbując stłumić znajome ukłucie smutku.

Jezu Chryste. Weź się w garść.

Mój syn nie lubił, gdy byłam smutna.

– Nie płacz, mamo – wyszeptał cichutko. Głos mu stwardniał, gdy dodał: – Nie lubię tego.

W tych słowach usłyszałam echo głosu jego ojca.

Uch. To mnie dobijało.

Zatrzymaliśmy się na światłach, a wtedy zdjęłam rękę z kierownicy, odwróciłam się i zmusiłam do uśmiechu.

– Wybacz, kolego – odparłam niemal uspokajająco.

Dziś były urodziny jego taty, a my wracaliśmy z cmentarza. Za każdym razem, kiedy widziałam ten lśniący nagrobek z białego marmuru, wracałam myślami do czasów, o których powinnam zapomnieć, ale które wolę pamiętać. Chwil tak odległych, a jednocześnie tak żywych w moich wspomnieniach. Mimo upływu lat one nie znikają. Jestem w nich dzika i beztroska, znajduję się w ramionach mężczyzny, którego kocham.

O tak. Byłam niebezpiecznie zakochana.

Szaleńczo.

Światło zmieniło się na zielone, odwróciłam się więc i ruszyłam, po raz kolejny ściskając kierownicę niczym koło ratunkowe. W połowie drogi do domu zorientowałam się, że prowadziłam na autopilocie, nie zwracając uwagi na otoczenie.

Serce skurczyło mi się ze strachu. Przełknęłam z trudem i pokręciłam głową w kiepskiej próbie wyrwania się z odrętwienia.

Może jednak rozmowa nie była takim złym pomysłem.

– Co ty na to, żebyśmy wpadli do sklepu, kupili niezdrowe jedzenie i przez resztę wieczoru oglądali filmy?

Szeroki uśmiech na mojej twarzy był szczery. W moim życiu był tylko jeden mężczyzna, który posklejał mi serce piaskiem, chichotem i rysunkami stworzonymi za pomocą kredek oraz miłości.

AJ, mój bezzębny potworek, uśmiechnął się, ale uśmiech zniknął mu z twarzy równie szybko, jak się pojawił.

– Jaki mamy dzień?

Zamarłam.

Yyy...

Wyrwał mi się cichy śmiech.

Co to za pytanie?

Zdumiona i zaskoczona uniosłam brwi.

– Uch. – Stłumiłam śmiech. – Niedzielę.

Spuścił wzrok na kolana, by chwilę późnij znów spojrzeć mi w oczy w lusterku. Pokręcił głową, a potem odwrócił się do okna.

– Nie, dziękuję.

Zdziwiona zmarszczyłam czoło.

Że co?

Odmawiał śmieciowego jedzenia? Od kiedy?

Nie chciałam naciskać, ale powoli zaczynało do mnie docierać, że dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebowałam wieczoru spędzonego z synem, postanowiłam więc jeszcze bardziej uatrakcyjnić swoją ofertę.

– Będziesz mógł siedzieć do późna, a rano pójdziemy na naleśniki.

Oho. Uśmiechnęłam się w duchu.

Widać, że go kusiło.

– A co ze szkołą?

Za kogo on mnie miał? Byłam supermamą. Czym był jeden dzień nieobecności w szkole w obliczu budowania więzi z dzieckiem?

– Nic się nie martw, zadzwonię i powiem, że jesteś chory.

– To kłamstwo. – Zerknął na mnie przelotnie, ale szybko odwrócił wzrok. – Lubię szkołę.

– Malutkie kłamstewko. – Uśmiech zaczynał mi rzednąć. – Białe kłamstwo.

Chwila. Czy ja naprawdę tłumaczyłam się pięciolatkowi? Co tu się działo? AJ dziwnie się zachowywał.

Siedziałam przez chwilę nieco skonfundowana, aż zaczęło do mnie docierać, jak samolubnie się zachowywałam. AJ jest tylko małym chłopcem, a dziś mogło być mu trudniej, niż sądziłam. Może właśnie zaczęło do niego docierać, jak to jest nie mieć ojca.

Podczas gdy ja potrzebowałam czegoś, co zajmie moje myśli, AJ mógł potrzebować czasu na przetworzenie swoich emocji. Poczułam ukłucie w klatce piersiowej.

Czy to możliwe, że jest równie mocno pogrążony w żałobie co ja?

Westchnęłam w duchu, smutniejąc.

– W porządku, skarbie. Następnym razem. – Nie mogłam się jednak pozbyć wrażenia, że się od siebie oddalamy.

A potem dotarliśmy do domu.

Zaparkowałam na podjeździe i zgasiłam silnik. Zanim wysiadłam z samochodu, odwróciłam się, by popatrzeć na swojego słodkiego synka.

– Hej – zaczęłam, a kiedy spojrzał na mnie zza tych długich, ciemnych rzęs, zmiękłam. – Wiem, że dzisiejszy dzień nie jest łatwy. – Położyłam mu rękę na kolanie. – Trzymasz się?

Przez długą chwilę siedział spokojnie. W końcu potrząsnął głową, nadal ze stoicką miną. Dałam mu czas. Po pełnej minucie spuścił brodę, by zapytać ostrożnie:

– Jeśli ktoś by mi o czymś powiedział... w tajemnicy... a ja chciałbym powiedzieć o tym komuś innemu, czy to by było w porządku?

Pomyślałam o małych kolegach AJ-a i zapytałam:

– Czy ten sekret sprawia komuś przykrość?

– Nie – odpowiedział po zastanowieniu. – Nie sądzę.

– Skarbie, kiedy ktoś zdradza ci tajemnicę, nie powinieneś o niej opowiadać. A kiedy ktoś mówi, że to sekret, ufa, że zachowasz go dla siebie. – Wyciągnęłam rękę, by pogłaskać go po twarzy. – Jesteś pewien, że to nic złego?

Odwrócił wzrok, długie rzęsy musnęły mu policzki. Pokiwał zdecydowanie głową.

– Jestem pewien.

Dzięki Bogu.

Nie wiedziałam, czy poradziłabym sobie dziś z kolejnymi zmartwieniami.

– No dobrze, kochanie. W takim razie nie powinieneś go zdradzać.

– Nawet tobie? – zapytał rozsądnie.

– Mnie? – Uszczypnęłam go lekko w policzki, by wywołać uśmiech na jego twarzy. – Mnie możesz powiedzieć o wszystkim. – Puściłam do niego oko. – My nie mamy przed sobą tajemnic, tak?

Nie rozumiałam go. Wyraźnie dostrzegałam jego zmartwienie, gdy wyszeptał:

– Tak.

O-oł.

Niedobrze.

Serce mi kołatało, gdy pomagałam mu wysiąść z auta. Przyciągnęłam synka do siebie i przytuliłam, a on objął mnie ramionami w talii.

Co się z nim działo? Poczułam nagły niepokój.

– Możesz powiedzieć mi o wszystkim. – Spojrzałam na niego bez mrugnięcia okiem. – Wszystkim-wszystkim. Nie będę zła. Po prostu cię wysłucham, ale – zatrzymałam się, uklękłam na ścieżce i spojrzałam mu głęboko w oczy – pamiętaj, nie okłamujemy się, kolego.

Pokiwał powoli głową, z rozwagą, jakby sądził, że ma kłopoty i nie był pewien, jak z nich wybrnąć.

Cholera.

Martwił mnie.

W domu odłożyłam torbę na kuchenny blat i spojrzałam na AJ-a, który stał zmieszany w progu. Nie odrywając od niego wzroku, zapytałam:

– Chcesz mi o czymś powiedzieć, kolego?

Po chwili przytaknął.

– Tak. – Przestąpił z nogi na nogę.

To było coś ważnego, czułam to, jak każda matka. Skupiłam na nim całą uwagę.

– O co chodzi?

Zupełnie nie byłam przygotowana na jego słowa. Ani trochę.

– Cóż, czasami późną nocą...

Och, kiepski początek. Serce natychmiast zaczęło mi bić szybciej.

– Czasem – zerknął na listwę przypodłogową i trącił ją butem – czasem odwiedza mnie tata.

Ucisk w sercu zniknął, ciśnienie opadło.

Mój Boże.

To nie był dobry dzień.

Miałam ochotę się rozpłakać.

– Kotku. – Powieki same mi opadły, zaśmiałam się bez radości, ignorując drapanie w gardle. Przytuliłam syna i kołysałam go, całując w skroń.

Odwzajemnił uścisk równie mocno, a wtedy wyjaśniłam mu kilka rzeczy:

– Wiem, że tak ci się wydaje. – Pocałowałam go ponownie. – Mnie też tatuś czasem odwiedza. – Odsunęłam się i spojrzałam na niego uważnie. – W głowie. W snach.

– Nie. – AJ pokręcił główką. – Nie w snach, mamo. Naprawdę.

Och, skarbie... nie.

Serce mi się łamało, gdy próbowałam mu wytłumaczyć, co czuł i że za wszystko odpowiadał jego mechanizm obronny. Powinnam była się domyślić. Był taki czas, gdy Twitch pojawiał się w mojej sypialni każdej nocy i mogłam z nim porozmawiać. Nigdy nie odpowiadał na moje niespokojne pytania. Uświadomienie sobie, że tylko się w ten sposób krzywdzę, zajęło mi dłuższą chwilę i wymagało wielu sesji u psychologa.

– Moje sny o tatusiu są bardzo żywe. – Wzięłam drżący oddech, po czym odezwałam się na wydechu: – Czasem tak bardzo, że nie chcę się budzić z tak pięknego snu. – Zamknęłam oczy, by podkreślić kolejne słowa, ściskając go za ramiona. – Ale to tylko sny, skarbie. – Przyciągnęłam go ponownie i objęłam. – Nie są prawdziwe.

AJ zmarszczył brwi.

– Nie, mamusiu. – Starał się potrząsnąć głową przyciśniętą do mojej klatki piersiowej. – Są prawdziwe-prawdziwe.

Nie, nie są. Twitch odszedł.

– Kochanie. – Serce mi się ścisnęło, gdy wypowiadałam kolejne słowa: – Tatuś odszedł.

– Nie – zaprzeczył AJ z kategorycznością właściwą jedynie pięciolatkowi.

Przygryzłam wargę, by się nie rozpłakać, a chwilę później wyszeptałam:

– Tak.

Ale AJ nie rozumiał. Zrobił krok w tył, przez co natychmiast poczułam się opuszczona. Spojrzał na mnie z uporem.

– Nie.

Jasna cholera.

Nie widział, jak mnie tym ranił?

Twitch odszedł.

I nigdy nie wróci.

Syn był jednak dla mnie tak ważny, że ustąpiłam.

– Okej, kochanie – odparłam, a po policzku spłynęła mi łza.

Na jego twarzy pojawiła się ulga, gdy rzucił mi się w ramiona. Tuliłam go, łkając bezgłośnie.

AJ opłakiwał bowiem ojca, którego nigdy nie miał. Niezależnie od tego, jak będzie próbował sobie z tym radzić, okażę mu wsparcie.

Nawet jeśli sama będę przez to cierpieć.

ROZDZIAŁ 1

Twitch

Poruszałem się cicho, powoli, ukryty w mroku nocy, a kiedy w zasięgu wzroku pojawił się dom, zamarłem. Światła nadal się paliły. Stanąłem pod eukaliptusem na rogu ulicy i czekałem.

Sprawdziłem godzinę. Odliczałem sekundy. Kiedy wskazówki pokazały dwudziestą trzecią, zerknąłem na dom, który pogrążył się nagle w ciemności. Jak w zegarku. Każdej nocy Lexi szła do łóżka o tej samej porze, tuż po zajrzeniu do AJ-a. 

Wygiąłem wargi w lekkim uśmiechu, kiedy lampka w pokoju mojego syna rozświetliła okno.

No i proszę.

Widzicie?

Jak w zegarku. Każdego dnia robiła to samo.

Po chwili okno znów pogrążyło się w ciemności, co było znakiem dla mnie.

Z rękami w kieszeniach bluzy poruszałem się płynnie i bezgłośnie, a kiedy dotarłem do okna, położyłem dłonie na drewnianej ramie i pchnąłem. Grzechotało, gdy je otwierałem. Ściągnąłem moskitierę, położyłem ją na ziemi, po czym się wspiąłem. Gdy tylko moje stopy dotknęły podłogi w sypialni, usłyszałem chrzęst plastiku.

Cmoknąłem językiem i wymamrotałem:

– Kurwa. – Kiedy mały chłopiec leżący w łóżku uniósł głowę i spojrzał na mnie zaspany, wymruczałem cicho: – Chyba kazałem ci posprzątać to gówno.

Potarł oczy.

– Zapomniałem.

– Zapomniałeś. – Parsknąłem pod nosem. – No jasne.

Uśmieszek na jego ustach zdradzał, że kłamie. Może i mój syn odziedziczył po mnie wygląd, ale był kropka w kropkę jak matka. Dobry i uczciwy.

Rozejrzałem się po pokoju, po podłodze. Przeszedłem nad bałaganem do półki z książkami.

– Na co masz ochotę, mały?

– Kto zje zielone jajka sadzone? – odparł natychmiast.

Skrzywiłem się lekko.

– Znowu?

– Znowu. – Skinął głową, siadając na łóżku.

Westchnąłem ponownie z udawaną przesadą. Naprawdę miałem w dupie wybór lektury. Czytałbym mu bez końca to samo, jeśli tylko mógłbym dzięki temu spędzać z nim więcej czasu. Mieliśmy go tak niewiele, że cieszyłem się każdą chwilą. Tęskniłem za AJ-em całe jego życie. Będę więc korzystał z każdej okazji, która się nadarzy.

Podszedłem do niego z książką w dłoni.

– Suń się. – Gdy zrobił mi miejsce, przysiadłem na krawędzi łóżka, oparłem się o drewniany zagłówek i objąłem AJ-a ramieniem, po czym uniosłem książkę.

Bez wahania wtulił się w moją pierś. Gdy ziewnął, umarłem w środku.

Umarłem, kurwa.

Nigdy nie kochałem żadnego dziecka tak jak swojego syna. Nie zasługiwałem na jego zaufanie, ale przyjmowałem je, bo przywykłem do brania tego, co do mnie nie należy.

Gdy zacząłem cicho czytać, zorientowałem się, że już nawet nie potrzebuję książki. Męczyłem to cholerstwo tyle razy, że znałem je na pamięć. Ale zdaje się, że AJ lubił obrazki, pozwalałem mu więc przewracać kolejne kartki i patrzyłem, jak uśmiecha się na widok niemądrych ilustracji, uśmiechając się razem z nim.

Nigdy nie wiedziałem, co ludzie mieli na myśli, gdy mówili o cieszeniu się z małych rzeczy.

Gdy patrzyłem na mojego syna... rozumiałem.

Te uśmiechy, jego śmiech, to, jak bezwstydnie drapał się po pupie... było warte całego czasu, jaki spędziłem z dala od niego. Dla tego dziecka, dla Lexi, zrobiłbym ponownie wszystko, co zrobiłem. Bez mrugnięcia okiem. Nie chciałbym tego powtarzać, ale przeszedłbym przez to wszystko ponownie, gdyby była taka potrzeba. Dlatego bardzo ważne było zajęcie się interesami przed wyjściem z ukrycia.

Byłem już tak bliski wskrzeszenia: niemal czułem jego smak, smak pełnych, słodkich ust Lexi szepczącej moje imię.

Na myśl o niej leżącej samotnie w łóżku na końcu korytarza skręciły mi się wnętrzności. Z łatwością mógłbym się tam zakraść i poobserwować ją przez chwilę.

Tak. Byłem chorym pojebem. Trudno się pozbyć starych nawyków.

Boże. Wspomnienie Lexi...

Serce mnie zabolało, gdy przypomniałem sobie, jak ożywiała się na mój widok, jak uśmiechała tym delikatnym, ciepłym uśmiechem zarezerwowanym wyłącznie dla mnie.

Tęskniłem za nią.

Minęło tyle czasu.

Skończyłem książkę, zamknąłem ją, a potem przyciągnąłem do siebie zaspanego syna.

– Jesteś zmęczony, mały? – Kiwnął głową przy mojej klatce piersiowej, a ja się uśmiechnąłem. – Chcesz, żebym został, dopóki nie zaśniesz?

Kolejne przytaknięcie, tym razem słabsze.

Zabiłbym za to dziecko.

Przeczesując palcami potargane włosy, zamknąłem oczy, po czym zaciągnąłem się jego zapachem. Pachniał zielonymi jabłkami, płynem do płukania i czymś unikatowym, należącym tylko do niego. Przycisnąłem usta do jego głowy i trzymałem je tam, już za nim tęskniąc.

Chuda ręka opadła na mój brzuch i ścisnęła mnie mocno.

– Wrócisz, prawda? – wyszeptał AJ.

Zmarszczyłem brwi. Jak w ogóle mógł o to pytać?

Wtulił się we mnie bardziej, a wtedy zmarszczki na moim czole się pogłębiły.

– Hej. – Nie poruszył się, więc szturchnąłem go, na co spojrzał na mnie ze smutkiem w oczach. – Wrócę. – To uczucie jednak nie znikało z jego spojrzenia, a ja poczułem znajomy ból, który pojawiał się zawsze, gdy musiałem wyjść. – Obiecuję.

AJ patrzył na mnie długą chwilę, po czym przytaknął. Trzymałem go mocno, czekając, aż jego wątpliwości znikną, choć nie byłem pewien, czego dotyczyły. Sięgnąłem do zegarka, rozpiąłem go i podałem synowi ciężki metal.

Przyjął go z oporem, a kiedy spojrzał na mnie pytająco, wyjaśniłem:

– Wrócę po niego. – Otworzył szerzej oczy, przyglądając się podarunkowi. Boże, to dziecko... Ta duma na jego twarzy wynikająca z tego, że powierzono mu drogi zegarek, była ponad moje siły. – Przechowasz go dla mnie, prawda?

Pokiwał z entuzjazmem głową, a kiedy zobaczyłem na jego ustach lekki uśmiech, ból w klatce piersiowej nieco zmalał.

Wielu rzeczy nie byłem w życiu pewien, ale co do jednej nie miałem wątpliwości. Kochałem swojego syna. Kochałem go z całych sił. A jeśli ktoś będzie kiedyś na tyle głupi, by z nim zadrzeć, będę obok – z glockiem w ręku.

Odbezpieczyć.

Pociągnąć za spust.

Bum.

Lepiej mnie, kurwa, nie prowokować.

Jakąś godzinę później maluch na mojej piersi już spał, a ja musiałem znikać. Ostrożnie wysunąłem się z łóżka i poprawiłem kołdrę. Stałem przez chwilę, obserwując syna ze ściśniętymi wnętrznościami.

Nie chciałem odchodzić.

Ale musiałem.

Przed wyjściem pogłaskałem AJ-a po włosach, pochyliłem się i pocałowałem go w czoło.

– Kocham cię – wyszeptałem cicho i kurewsko szczerze.

Te słowa nie przychodziły mi z takim trudem jak kiedyś. Wiele się nauczyłem, gdy mnie nie było. Na przykład tego, że należy cieszyć się w pełni życiem. Rzuciłem ostatnie spojrzenie AJ-owi, po czym wymknąłem się w noc.

Gdy szedłem do domu, myślałem o tym, jak długo dam jeszcze radę ukrywać się w świetle dnia.

Kurwa.

Wygiąłem usta w uśmieszku, gdy w mojej głowie pojawiała się odpowiedź.

Wiecznie, jeśli będzie trzeba.

***

– Długo jeszcze? – zapytałem wyraźnie wkurwiony.

Mój rozmówca westchnął.

– Nie wiem, Twitch. Na takie rzeczy potrzeba czasu. – Usłyszałem, jak jego krzesło skrzypi. – Myślałeś, że tak po prostu mi zaufają i uwierzą we wszystko, co o tobie powiem? Proszę cię, synu. Stany Zjednoczone dały ci czystą kartę, ale Australia nie jest taka chętna. Myślisz, że to nie wzbudzi pytań? Zastanów się. Twój grób zniknie, a twoja dziewczyna się wścieknie i zażąda odpowiedzi. – Westchnął przeciągle. – Im dłużej to będzie trwało, tym lepiej dla ciebie. Zaufaj mi.

Ethan Black, mój wątpliwej jakości wspólnik, miał rację i doprowadzało mnie to do szału.

– Jasne. Nieważne.

– Słuchaj – odezwał się ważniak z FBI – wszystko się uda. Wiedziałeś, że to potrwa. Powiedziałeś, że się na to piszesz. Coś się zmieniło?

Owszem, tak mówiłem. Ale po wczorajszej wizycie u syna zacząłem się zastanawiać.

– Powiedzmy, że wyszedłbym z ukrycia teraz – rzuciłem. – Co złego mogłoby się stać?

Ethan zaśmiał się bez radości.

– Rozpętałoby się jebane piekło. – Gdy nie odpowiedziałem, zamilkł na chwilę, a potem zaczął wyjaśniać: – Sfingowałeś swoją śmierć, Twitch, i choć teoretycznie nie jest to przestępstwem, szukano cię z powodu tak wielu innych zarzutów, że się od tego nie wymigasz. Spiskowanie, przestępstwa podatkowe, fałszowanie aktu zgonu... Mam mówić dalej? Twoja dziewczyna żyje z nielegalnie pozyskanego ubezpieczenia na życie. Kolejne oszustwo.

Racja. Rozumiałem.

– To wszystko? – Uśmiechnąłem się, gdy puścił wiązankę.

– Siedź na dupie i trzymaj się z dala od kłopotów – burknął Ethan, a sądząc po jego tonie, miał dość naszej rozmowy. – Muszę wracać do pracy. – Z tymi słowami się rozłączył.

Tkwiąc samotnie w pokoju oddalonym przecznicę od domu, w którym znajdowali się mój syn i moja kobieta, zastanawiałem się nad swoim obecnym położeniem i radą Ethana.

Siedź na dupie i trzymaj się z dala od kłopotów.

Kąciki moich ust uniosły się w górę.

Niee.

To nie w moim stylu.

Wstałem szybko, ubrałem się i złapałem klucze. Zanim wyszedłem z domu, założyłem na głowę kaptur i wsunąłem na nos ray-bany. Wytatuowane dłonie ukryłem w kieszeniach, po czym ruszyłem w stronę swojego nierzucającego się w oczy nissana patrola.

Był poniedziałek, a ja wiedziałem, gdzie znajdowała się Lexi. Tam, gdzie zwykłe w poniedziałki.

Moja Lexi miała swoje nawyki.

Szybko podjechałem na miejsce i zaparkowałem, a następnie wyjrzałem przez przyciemniane szyby. Była tam.

Uspokoiłem się nieco na jej widok.

Siedziałem na tyle daleko, by mnie nie zauważyła, ale na tyle blisko, by widzieć delikatne krzywizny jej tyłka. I, niech mnie licho, wyglądała pięknie.

Instruktor jogi, szczupły koleś w okolicach czterdziestki, stał przed sześcioma kobietami na jednej nodze, drugą przyciskając do kolana, i wyciągał ręce nad głową. Jego uczennice powtórzyły tę pozę, a kiedy Lexi się zachwiała, koleś pospieszył do niej i położył ręce na jej talii, by zapewnić podparcie.

Oczy błysnęły mi gniewnie, wściekłość zaczęła narastać.

Może i trochę się zmieniłem podczas swojej nieobecności, ale nie byłem jebanym świętym. Widok łap innego faceta na mojej kobiecie sprawiał, że serce waliło mi jak młot. Miałem ochotę rozwalić czyjąś głowę.

Patrzyłem dalej, zaciskając szczękę.

Gdy powiedział coś z uśmiechem, a Lexi odpowiedziała, szczerząc się szeroko, wnętrzności skręciły mi się boleśnie. Rozmawiali przez kilka chwil. Nie mogłem oderwać wzroku od rąk na jej talii, szyja zaczęła mnie palić, a dłonie zacisnęły się w pięści.

– Zabieraj te łapska.

Dupek, zupełnie jakby mnie usłyszał, zsunął z niej dłonie, ale nie dość prędko. Szczerze mówiąc, nie mogłem go za to winić. Lexi była piękną kobietą.

W żołądku przestało mi wrzeć dopiero, kiedy się odsunął. Wziąłem głęboki wdech i wypuściłem powoli powietrze.

Problemy z kontrolowaniem gniewu będą mnie dręczyć przez resztę życia, ale pracowałem nad tym.

Lexi miała na sobie czarne legginsy i białą, luźną koszulkę. Patrzyłem, jak zsuwa jej się na jedno ramię, odsłaniając ramiączko sportowego stanika. Założyła białe adidasy, a brązowe włosy spięła w wysokiego kucyka.

Napłynęły wspomnienia, więc zamknąłem oczy, desperacko pragnąc się w nich zatopić i pożyć nimi przez chwilę.

Lexi w moim łóżku.

Lexi na kolanach.

Lexi ssąca mojego kutasa i patrząca mi w oczy.

Wyrwał mi się niski jęk, gdy chwyciłem twardniejącego fiuta i ścisnąłem go mocno.

– Cholera.

Głowa opadła mi w tył, zacisnąłem powieki. Rozchyliłem usta, a kiedy walczyłem, by odzyskać nad sobą kontrolę, wydobyło się z nich pełne frustracji westchnienie.

Tak.

Minęło już zbyt wiele czasu.

Potrzebowałem swojej dzieciny.

Wykrzywiłem wargi.

Czy ona potrzebowała mnie?

Gdy tylko w mojej głowie pojawiała się ta myśl, parsknąłem cichym śmiechem.

Oczywiście, że tak. Jedyne, czego potrzebowała, to mnie kochać.

Postarałbym się, żeby było warto. Odwzajemniłbym jej miłość, zadowalał ją i sprawiał, że ulegałaby mi bez końca, z chęcią. Znałem upodobania swojej kobiety. Czas raczej ich nie zmienił.

Coś o tym wiedziałem. Moje pozostały takie same.

Myśl o Lexi, nagiej i chętnej, moich dłoniach w jej grubych, ciemnych włosach, sprawiła, że mi stanął. Ścisnąłem fiuta na tyle mocno, by zostawić siniaki, i przygryzłem wnętrze policzka, rozkoszując się bólem.

– Jezu – wysyczałem przez zaciśnięte zęby. – Muszę stąd spadać.

Zanim odjechałem, rzuciłem ostatnie spojrzenie w kierunku swojej kobiety. Odwróciła się akurat, by porozmawiać z babką, która stała za nią, uśmiechając się szczerze i przyciskając rękę do piersi.

Moja dusza krzyczała.

Z głębokim westchnieniem odpaliłem wóz i wycofałem z parkingu.

***

Dawno, dawno temu, w świecie bogów i potworów żył anioł.

Miał na imię Lexi.

ROZDZIAŁ 2

Lexi

Skórę miałam mokrą i pokrytą zimnym potem, ale chwilowo zignorowałam dziką potrzebę wzięcia prysznica. Zaraz po wejściu do domu zawołałam:

– Hej, jesteście?

Ku mojemu absolutnemu zachwytowi nikt nie odpowiedział. Nogi zaprowadziły mnie do kuchni. Odciągnęłam krzesło od stołu, ignorując irytujące piszczenie, po czym stanęłam na nim i sięgnęłam do najwyższej szafki po lewej, by wyciągnąć ukryty strategicznie czekoladowy baton. Z radosnym uśmiechem zeszłam na podłogę, usiadłam, otworzyłam opakowanie, po czym wzięłam wielkiego gryza.

Z uczuciem czystej rozkoszy zamknęłam oczy i przeżułam powoli, zachwycając się słodkim, bogatym smakiem.

Spojrzałam na baton z lekkim poczuciem winy, bo dopiero co skończyłam trening.

Wzruszyłam jednak ramionami, biorąc kolejny kęs.

– A, walić to.

W końcu po to ćwiczyłam, tak? Żebym mogła jeść to, co chcę. A teraz miałam ochotę na czekoladę, więc...

– Pycha – wymamrotałam, wrzucając resztę batona do ust.

Drzwi wejściowe trzasnęły, na co otworzyłam szerzej oczy. Wcisnęłam papierek za stanik, przeżuwając szybciej.

– Okej, mały. – Usłyszałam Molly. – Zdejmij buty i odłóż plecak.

AJ wpadł do środka, krzycząc:

– Cześć, mamo!

Zakryłam usta dłonią, kontynuując przeżuwanie, przełknęłam z trudem, a potem odpowiedziałam:

– Cześć, skarbie.

Molly weszła do kuchni i przyjrzała mi się uważnie.

– Jadłaś czekoladę? – zapytała z szerokim uśmiechem.

Skąd wiedziała?

– Co? Nie – odparłam nieco za szybko.

Z uśmiechem zmarszczyła brwi i przyłożyła palec do kącika moich ust, po czym go powąchała.

– Czekolada. – Zmrużyła oczy. – Dlaczego jadłaś czekoladę? Też chcę.

Cholera.

Złapana na gorącym uczynku.

Dwudziestodwulatka szybko stała się członkiem naszej rodziny. Owszem, niewielkiej i po przejściach, ale Molly do nas pasowała. Gdy Julius polecił ją jako nianię na niepełny etat, nie byłam przekonana. Powinnam była jednak wiedzieć, że każda osoba zarekomendowana przez niego, była sprawdzana po trzy razy.

Niczego nie pozostawiał przypadkowi. Jego żona Alejandra też nie.

Trochę za nimi tęskniłam.

Mieszkali z nami przez sześć miesięcy po przeprowadzce do Sydney. Ana nie była wtedy w dobrym stanie. Została uprowadzona i zmaltretowana, co odbiło się mocno na jej psychice. Była niesamowicie krucha, aż miało się wrażenie, że złamie ją najlżejszy dotyk, dźwięk czy podmuch wiatru, a po gehennie, którą przeszła, ledwie się odzywała. Choć wielokrotnie o tym myślałam, nie byłam w stanie zrozumieć, co przeżyła ta biedna kobieta.

W ciągu zaledwie kilku dni straciła palec, złamano jej kości, była wielokrotnie gwałcona i doznała trwałego uszkodzenia oka z ręki wariata, który pociął ją nożem myśliwskim. Miała teraz paskudną bliznę i okropnie bała się lekarzy. Mimo wszystko Julius kochał ją tak samo. Kiedy u nas mieszkali, miałam okazję przekonać się, jak bardzo została poraniona.

Czasami nadal nawiedza mnie to wspomnienie.

Pamiętam, jak budziłam się, słysząc pełne przerażenia krzyki i biegłam korytarzem, by przekonać się, że Julius próbuje zapanować nad sytuacją.

– Obudź się, skarbie – powtarzał coraz bardziej gorączkowo. – Kurwa. Obudź się! – mówił coraz głośniej. – Ana!

Ale krzyki nie milkły, a ja stałam na końcu korytarza z ręką przyciśniętą do klatki piersiowej, próbując bez skutku uspokoić walące serce. Gdy wrzaski cichły, zastępowane odgłosami rozpaczliwego płaczu, z ociąganiem wracałam do siebie, ale nie mogłam już zasnąć.

Pewnego razu dobiegł mnie z korytarza dźwięk kroków, założyłam więc szlafrok i wyszłam z pokoju. Widok, który ukazał się moim oczom, złamał mi serce.

Julius niósł stertę pościeli do pralni. Zapach moczu był prawie niewyczuwalny, ale trudny do zignorowania.

Ruszyłam za nim w stronę otwartych drzwi, a on odwrócił się, wyczuwając moją obecność. Miał na sobie jedynie spodnie od piżamy, wyglądał na oszołomionego i niewyspanego. Zauważyłam czerwone ślady na jego szyi i zadrapania na klatce piersiowej, jego skóra w kolorze kawy była gdzieniegdzie zarumieniona.

– Hej – wyszeptał, wkładając pościel do pralki. – Wybacz, że cię obudziliśmy.

Zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, że Julius miał cierpliwość świętego.

– Nie przejmuj się – odparłam. – Wszystko z nią w porządku? – spytałam po chwili wahania. Julius, stojąc plecami do mnie, pokręcił głową, a ja weszłam do pomieszczenia. – Kolejne wspomnienie?

– Ona... – chrząknął. – Zaplątała się w pościel. Obudziła się przerażona. – Westchnął cicho, ze zmęczeniem. – Miała wypadek.

Okropnie przygnębiało mnie to, że ta urocza kobieta przeszła w swoim krótkim życiu tak wiele i reagowała strachem na sytuację taką jak zaplątanie się w pościel. Strachem na tyle dużym, że aż się zmoczyła. Dobijało mnie patrzenie, jak odmawia naszej pomocy.

Byłam wykwalifikowaną pracownicą opieki społecznej. Posiadałam odpowiednią wiedzę, wystarczyłoby więc, by przyjęła to, co jej oferowałam. Na wyciągnięcie ręki miała najlepszą australijską pomoc zdrowotną. Ale lepiej niż ktokolwiek inny rozumiałam jej strach i to, jak destrukcyjną miał moc.

– Może moglibyśmy jeszcze raz spróbować terapii? – zaproponowałam.

Julius parsknął cichym śmiechem.

– Jasne. Powodzenia. Ana ledwie odzywa się do mnie. Jak zmusisz ją do mówienia?

– Nie wiem – przyznałam szczerze.

Wciągnął głęboko powietrze, a potem wypuścił je powoli. Przechodząc obok, cmoknął mnie lekko w policzek.

– Wybacz, że cię obudziliśmy.

Następnego ranka zastałam Anę siedzącą przy kuchennym stole naprzeciwko AJ-a, a kiedy zaspana weszłam do środka, posłała mi uśmiech. Pewnie, nie mówiła za wiele, ale nadal była dla mnie tak miła, jak to możliwe, a jeśli mogła podarować mi jedynie uśmiech, dobre i to.

Uścisnęłam lekko jej ramię.

– Dzień dobry, Ana. – Zatrzymałam się przy synu, pochyliłam, objęłam go i pocałowałam w szyję. – Dzień dobry, skarbie. Jesteś głodny?

Skrzywił się i wytarł, jak przystało na małego chłopca.

– Nie. Ana zrobiła mi tosta.

Spojrzałam na nią z uśmiechem, prostując się.

– Dzięki. Zrobić ci coś? – Odwzajemniła uśmiech, ale uniosła kubek, pokazując, że ma wszystko, czego jej trzeba. Po zerknięciu do lodówki wymamrotałam: – Okej, cóż, będą jajka i bekon.

Na te słowa w kuchni pojawił się Julius, który wyglądał, jakby dopiero co zwlekł się z łóżka.

– Piszę się.

Parsknęłam śmiechem, a potem odwróciłam się do Any.

– Zauważyłaś, że pojawia się zawsze, gdy mowa o jedzeniu?

Spojrzała wesoło na męża, ale upiła jedynie łyk kawy. Julius usiadł obok niej z ciężkim westchnieniem, by chwilę później pociągnąć jej krzesło w swoją stronę z przeraźliwym piskiem. Ana odłożyła kubek, a on zaczął jej szeptać coś na ucho. Obserwowałam ich dyskretnie, przygotowując śniadanie. Nie wiem, co mówił, ale jego słowa odniosły efekt. Alejandra zaczęła kiwać wolno głową z zamkniętymi oczami, a kiedy Julius się odsunął, z miłością ujęła jego twarz w dłonie i spojrzała mu w oczy. Gdy zauważyła pod nimi ciemne kręgi, posmutniała i nachyliła się, by pocałować jego pełne wargi.

Niezależnie od tego, co przeszła, jedno było jasne. Kochała swojego męża w sposób, którego nie były w stanie opisać zwykłe słowa. Taka miłość zdarzała się rzadko, a jeszcze rzadziej pojawiała się taka, która była zdolna przetrwać wszystkie trudności. Uwielbiałam Anę i Juliusa, a choć mieli swoje problemy, kibicowałam im.

Smażąc jajka na jednej patelni i bekon na drugiej, wrzuciłam chleb do tostera, a kiedy był gotowy, Julius wstał, by wyciągnąć dwa talerze.

Wtedy uderzył AJ.

– Czemu masz koszmary?

Zamarłam. Owszem, był tylko dzieckiem, ale rozmawiałam z nim o tym i wiedział, że nie może zadawać Anie takich pytań.

Zaskoczyła mnie więc, kiedy odpowiedziała. Chwilę jej to zajęło. Głos miała cichy i nieco schrypnięty przez to, że rzadko go używała.

– Bo źli ludzie zrobili mi złe rzeczy.

AJ odsunął krzesło i podszedł do niej. Gdy zerknęłam na Juliusa, zobaczyłam wyprostowane jak struna plecy. Wiedziałam, że słuchał. Mój syn usiadł przy tej drobnej kobiecie i spojrzał na jej białe, uszkodzone oko.

– Oni to zrobili?

Przełknęła powoli.

– Tak.

– Bolało?

Ana pokręciła głową.

– Nie. – Ujęła dłoń mojego synka i dotknęła nią blizny pod okiem. AJ skrzywił się, ale posłała mu zachęcający uśmiech. – Jest w porządku. Już mnie nie boli.

Pozwolił się poprowadzić i przycisnął paluszek do jej twarzy, opuścił go jednak nagle, pytając:

– Dlaczego płaczesz w nocy?

Niemal umarłam.

Odwróciłam się z szeroko otwartymi oczami, zaskoczona jego złymi manierami i spojrzałam na niego z naganą.

– Wystarczy.

Ana uniosła dłoń, by dać znać, że wszystko w porządku. Mimowolnie zauważyłam, jak trzęsła jej się ręka, jakby używanie głosu bardzo ją męczyło, zdobyła się jednak na to dla mojego syna.

– Płakałam, bo jestem smutna, skarbie.

AJ postanowił nagrodzić jej szczerość.

Zerwał się nagle i pobiegł do pokoju. Wszyscy słyszeliśmy hałas, gdy rozrzucał rzeczy, a kiedy w końcu znalazł to, czego szukał, przybiegł z powrotem. Ana przyjęła sfatygowanego brązowego misia, którego jej wręczył, a gdy na niego spojrzała, wyjaśnił:

– Czasem kiedy jest mi smutno, tulę mojego misia. – Spojrzał jej w oczy niespeszony, jak potrafią tylko dzieci. – Jest miły, miękki, a do tego pachnie jak ciasteczka.

Ana przytknęła nos do brzucha misia i uśmiechnęła się.

– Faktycznie. – Oddała mu go. – Ale nie mogę go przyjąć. Należy do ciebie.

Wypiął dumnie pieś, stwierdzając:

– Jestem dużym chłopcem. Nie potrzebuję go już.

– Pewnie, że potrzebujesz – odparła uprzejmie, wyciągając do niego pluszaka.

Ogarnęła mnie duma, gdy usłyszałam jego odpowiedź.

– Sądzę, że potrzebujesz go bardziej.

Był dobrym dzieckiem i naprawdę chciał pomóc. Nakładając jedzenie na talerze, odezwałam się cicho:

– Uparciuch z niego. Nie przyjmuje odmowy. – Komicznie wytrzeszczyłam oczy. – Wierz mi, coś o tym wiem.

Ana spojrzała na misia, lekko musnęła jego nos i przytuliła go do siebie, a długie ciemne włosy opadły jej na twarz.

– Dziękuję – powiedziała cicho.

AJ odpowiedział uśmiechem.

– Jesteś ładna, Ana – stwierdził, po czym odwrócił się do mnie. – Mogę iść teraz pooglądać telewizję?

Chryste, co za dziecko.

– Pewnie.

Ramiona Juliusa trzęsły się od bezgłośnego śmiechu, gdy usiadł przy stole, zabierając ze sobą swój talerz.

– Muszę się pilnować, Lexi. Zdaje się, że twój syn chce mi ukraść żonę.

Zajęłam miejsce obok nich.

– Nie wiem, co dziś w niego wstąpiło. Bardzo mi przykro.

– W porządku – odpowiedziała Ana. – Kocham AJ-a.

Gdy spojrzałam na syna siedzącego w pokoju obok, zmiękłam.

– On też cię kocha.

I tak było naprawdę. Udowadniał to nieustannie, spędzając czas razem z Aną, gdy wydawało mu się, że jest samotna; rozmawiał z nią, dzielił się słodkościami, przynosił jej swoje ulubione rzeczy do przechowania, a kiedy nadszedł czas pożegnania, był zdruzgotany.

– Wrócisz kiedyś? – zapytał płaczliwie, ocierając nos rękawem.

Ana uklękła przy nim, uśmiechając się łagodnie.

– Oczywiście, kochanie. Nie wyprowadzamy się daleko. – Złapała go za rękę i ścisnęła mocno. – Możesz do nas wpadać, kiedy tylko będziesz chciał.

– Teraz? – zapytał, pociągając nosem, a ona roześmiała się na to niemądre pytanie.

Czułam, że AJ pomógł jej dojść do siebie i jako rodzic nie mogłabym otrzymać piękniejszego komplementu. To wiele mówiło o jego charakterze.

Przykro mi było patrzeć, jak traci przyjaciela, ale to, że Ana i Julius ruszali dalej ze swoim życiem, było dobre. Przez dłuższy czas nie wykonali kroku w przód ani w tył.

Po prostu... utknęli.

Ana delikatnie otarła łzy AJ-a i odezwała się miękko:

– Obiecuję, że gdy tylko będziemy mieli meble i łóżko dla ciebie, będziesz mógł u nas nocować, okej?

Na te słowa synek uśmiechnął się przez łzy.

– Okej.

Przytulił ją z całych sił, a gdy się odsunął, Julius otworzył ramiona.

AJ podszedł do niego powoli, powłócząc nogami, a kiedy przed nim stanął, spuścił głowę z nieszczęśliwą minką. Julius go podniósł, a gdy ten ułożył głowę na jego ramieniu, cała się rozpłynęłam.

– Jesteś gospodarzem tego domu – powiedział Julius. AJ skinął głową. – To oznacza, że musisz się troszczyć o swoją mamę.

Uśmiechnęłam się smutno, syn natomiast spojrzał na mnie i wymamrotał:

– Będę. Obiecuję.

– Dobry chłopak – odparł Julius, tuląc swojego chrześniaka i kołysząc go lekko. – Wszystko gra?

AJ pokręcił głową, więc Julius przytulił go jeszcze mocniej, parskając cichym śmiechem.

– Oj, daj spokój. Dobijasz mnie.

Dostrzegłszy uśmieszek AJ-a, zorientowałam się, że udawał, wyraźnie pragnąc uwagi, ale po tym, jak Julius i Ana w końcu nas zostawili, dom sprawiał wrażenie okropnie pustego i tak cichego, co mówiąc szczerze, nie podobało mi się ani odrobinę.

Mijały tygodnie, a sytuacja się nie zmieniała. Pewnego razu Julius zadzwonił. Brzmiał na wyczerpanego, gdy przyznał:

– Mogę teraz przekroczyć granicę, Lex.

Co za dziwne stwierdzenie.

Byliśmy ponad to. Po wszystkim, co przeszliśmy, nie sądziłam, że możemy żyć inaczej, niż żyliśmy. Granice nigdy nie zostały przekroczone, bo żadne między nami nie istniały.

– Niemożliwe – odparłam. – O co chodzi?

– Dzwonił do mnie znajomy. W zasadzie to córka znajomego. Szuka pracy.

Tak. Zdecydowanie mnie zdziwił.

– Okej.

– Nie ma zbyt dużego doświadczenia, ale jest dobra w jednym.

– Tak? – zapytałam z ciekawością. – W czym?

– Wspaniale radzi sobie z dziećmi.

Serce mi się ścisnęło.

– Julius...

Przerwał mi jednak:

– Pomyśl o tym, Lex. Od jakiegoś czasu pragniesz wrócić do pracy, ale twierdziłaś, że trudno to pogodzić z opieką nad AJ-em. Molly ci pomoże. Znowu będziesz mogła pracować, w godzinach, które będą ci odpowiadały. – Po chwili ciszy zapowiedział: – AJ ją pokocha.

Nie chciałam ranić uczuć Juliusa, ale faktycznie przekraczał granicę.

– Ma na imię Molly?

– Tak. Ma dwadzieścia jeden lat i szuka czegoś na dłużej.

Westchnęłam lekko.

Uaktywniła się moja matczyna troska.

– Ufasz jej?

– Lex – powiedział tylko, a ja zorientowałam się, że to było głupie pytanie. Jakby Julius mógł dopuścić do swojego chrześniaka kogokolwiek niezaufanego.

Powrót do pracy brzmiał świetnie. Mimowolnie zaczęłam rozważać tę propozycję.

– Cóż, nie mogę obiecać, że zostanie z nami na dłużej... – westchnęłam przeciągle – ale może wpaść na dzień czy dwa w przyszłym tygodniu, żebym mogła ją lepiej poznać.

Tyle mu wystarczyło.

– Oczywiście. Nie będę z niczym wyskakiwał, dopóki jej nie poznasz. Jest... – urwał – inna.

W następnym tygodniu poznałam Molly i zrozumiałam, co miał na myśli.

Kiedy otworzyłam drzwi, zastałam za nimi drobną, szczupłą dziewczynę o oliwkowej cerze, w czarnych obcisłych dżinsach, luźnej bluzce z długimi rękawami i ciężkich butach. Duże piwne oczy podkreśliła grubą kreską, a wydatne usta pomalowała purpurową szminką. Ciemne włosy miała krótkie i kręcone, z przedziałkiem na środku głowy i prostą grzywką. Przycięte paznokcie pomalowała na czarno, poza tym była wytatuowana. Kiedy otworzyła usta, zaskoczyła mnie słodkim głosem.

– Pani Ballentine? – Gapiłam się, a ona powoli podrapała się po ramieniu. – Uch, jestem Molly. – Nie byłam w stanie niczego z siebie wydusić. Otworzyła szerzej oczy, wyjaśniając: – Od Juliusa.

To ostatnie wyszło jej prawie jak pytanie.

Chwilę mi zajęło przetworzenie tego, co widziałam, a kiedy w końcu mi się to udało, pokręciłam głową, jakbym chciała ją z czegoś oczyścić.

– Wybacz – wykrztusiłam, otwierając drzwi i odsuwając się. – Proszę, wejdź.

Weszła, ale z wahaniem. Nie mogłam jej za to winić. Gdyby mnie powitano w taki sposób, też bym się wahała.

Zaprowadziłam ją do kuchni i uśmiechnęłam się grzecznie.

– Siadaj. – Gdy tylko to zrobiła, kolana zaczęły jej podskakiwać, a ja wiedziałam, że nie wywarłam na niej dobrego pierwszego wrażenia. Spróbowałam to zmienić.

– Czyli jesteś opiekunką do dzieci?

– Nianią – doprecyzowała. – Tak właściwie byłam au pair.

Nie wyglądała.

– Poważnie? A gdzie?

– W Londynie. – Molly rozejrzała się po kuchni, jej wzrok padł na zdjęcie klasowe AJ-a przyczepione do lodówki. Obok wisiała jeszcze tylko jedyna fotografia Twitcha, jaką miałam. Spojrzała na mojego ślicznego chłopca i na ustach zagościł jej uśmiech. – To AJ?

Odwróciłam się, by spojrzeć na zdjęcie.

– Tak. To on.

– Słodziak.

– Och, jest tego świadom. – Uśmiechnęłam się szeroko.

Na chwilę zapadła cisza; patrzyłam, jak mina Molly rzednie. Wstała i otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Zmusiła się do uśmiechu, a potem spróbowała ponownie. W jej głosie brzmiało zrozumienie.

– To się nie uda. – Wstałam, próbując coś odpowiedzieć, ale pokręciła głową. – W porządku, naprawdę. Rozumiem. – Unikając mojego wzroku, wycofała się z kuchni ze słowami: – Dzięki za zaproszenie.

Ta młoda dziewczyna poczuła się przeze mnie wyobcowana.

Zrobiło mi się głupio.

Zanim za nią pobiegłam, zdążyła już wsiąść do jasnoczerwonego, podrasowanego auta. Wypadłam z domu na bosaka i kiedy silnik zaczął nisko mruczeć, stanęłam przed samochodem, a ona spojrzała na mnie jak na wariatkę.

Wskazałam gestem, żeby zgasiła wóz. Zrobiła to, nie ruszała się jednak ze swojego miejsca; przyglądała mi się ostrożnie, spuszczając szybę. Podeszłam do niej i schyliłam się.

– Może wrócimy do środka? – Spojrzała na mnie krzywo, ale ani drgnęła. Spróbowałam więc naprawić szkodę, którą wyrządziłam, słowami: – AJ niedługo wróci do domu. Jeśli mamy to zrobić, chciałabym, żebyś go najpierw poznała.

Przez chwilę obie milczałyśmy.

Wysiadła z wahaniem, a potem wróciłyśmy do kuchni, w której czekałyśmy na powrót AJ-a. Rozmowa się nie kleiła, a Molly nie nawiązywała kontaktu wzrokowego, jednak gdy tylko rozbrzmiał dzwonek i pojawił się mój synek, machając mamie koleżanki, Molly ożyła.

AJ wpadł do kuchni i zamrugał na jej widok.

– Kim jesteś?

Skrzywiła się na to niegrzeczne pytanie, po czym zadała własne:

– Kim ty jesteś?

– AJ – przedstawił się. – Mieszkam tu.

Na to Molly się uśmiechnęła.

– A ja Molly i nie mieszkam tu.

Miała dobre podejście do dzieci.

– Wow – rzucił oniemiały, gdy dostrzegł jej tatuaże. – Masz tatuaże.

– Mam – potwierdziła, mrużąc na niego oczy. – A ty?

Zachichotał.

– Nie. Jestem za mały – dodał, jakby sama nie zdawała sobie z tego sprawy. Wiedziałam, co teraz powie. – Mój tata miał tatuaże. Mnóstwo.

Nie spodziewałam się jednak odpowiedzi Molly.

– Spotkałam go raz.

Zmarszczyłam lekko brwi. Naprawdę?

– Jak to? – spytał zaskoczony AJ.

Kiwnęła głową.

– Ano tak, dawno temu, ale nadal to pamiętam.

Brzmiało prawdopodobnie. Kto by ją winił.

Trudno zapomnieć o Twitchu.

– Jak dawno? – zapytał AJ, upuszczając plecak na podłogę, i podszedł bliżej.

Molly namyśliła się.

– Lata temu. – Uśmiechnęła się, świadoma, że przykuła uwagę mojego synka. – Pamiętam, że był taki wysoki. – Zmarszczyła brwi. – A może po prostu to ja byłam bardzo mała. Nie pamiętam.

– Nie jesteś mała – zaszczebiotał AJ – ale tata był... – Spojrzał na mnie, uśmiechnęłam się więc pokrzepiająco. – Tak, tata był wysoki.

Gdy siedziałam tak, słuchając, jak mała gotka opowiada mojemu synowi, jak niewiele wie o jego ojcu, oparłam się o kuchenny blat i uśmiechnęłam do wspomnień. Zanim skończyła, AJ był już zakochany, a kiedy dodała, że wygląda tak samo jak tata, całkowicie go kupiła.

Zaproponowałam Molly, by przychodziła przez miesiąc na dwa dni w tygodniu. Później dzień po dniu zwiększałam ten zakres, aż w końcu częściej była w moim domu, niż jej nie było. Dostrzegłam jej inną stronę. Zabawnej, ale stanowczej strażniczki małego chłopca, który ją uwielbiał. Ona kochała go z całego serca.

Prośba, by się do nas wprowadziła, gdy dostałam pracę na pół etatu w sektorze opieki socjalnej, wydała mi się naturalna. Molly zgodziła się i od tego czasu już nas nie opuszczała.

Ale nie byłam głupia, a czas spędzony z Twitchem nauczył mnie czytać między wierszami. Kiedy więc dowiedziałam się, że Molly doskonale władała bronią i znała sztuki walki, moje podejrzenia się potwierdziły.

Nie miałam pewności, kim jest ta dziewczyna, ale Julius chciał, by była blisko mnie i AJ-a z konkretnego powodu – by nas chronić. Nie wiedziałam tylko przed czym.

I to mnie martwiło.

ROZDZIAŁ 3

Ling

Krzywiąc się wściekle, położyłam dłonie na podwójnych drzwiach i pchnęłam je z całych sił. Otworzyły się gwałtownie, waląc głośno w ścianę. Wparowałam do środka z kijem do baseballa w dłoni, otoczona braćmi, i obrzuciłam wzrokiem totalny rozpierdol, który się przede mną malował.

Moi ludzie znów walczyli z Turkami.

Van krzyknął głośno gdzieś za mną:

– Kurwa, Ling! – Strzelił wzrokiem w moją stronę. – Nie stój tak. Zrób coś – sarknął.

Och, zrobię coś, czego nie zapomną.

Zacisnęłam wargi. Oparłam kij na ramieniu, krocząc przez klub. Malutka czerwona sukienka niespecjalnie nadawała się na takie akcje, ale, cholera, tak to jest być dziewczyną.

Ci kolesie zaczynali mi działać na nerwy. Byłam pieprzoną królową, a oni tak mnie traktowali?

Pokażę im, co dokładnie sądzę o niesubordynacji, i zrobię to na swój własny sposób.

Szpilki, które nosiłam, lepiły się do podłogi w klubie, gdy szłam w kierunku jednej z szamoczących się grup; opuściłam na moment kij, po czym uniosłam go wysoko nad głowę. Spięłam się, wykrzywiłam wargi, a potem z całych sił walnęłam nim w czaszkę jednego gościa.

Mojego gościa.

Upadł bezwładnie z głuchym łupnięciem.

Dwaj Turcy cofnęli się, by spojrzeć na nieruchome ciało mojego wietnamskiego żołnierza. Uśmiechnęłam się szeroko z dzikim wzrokiem, a potem pokiwałam na nich palcem. Z pewnością przykułam ich uwagę. Oblizałam czerwone usta.

– A teraz wyobraźcie sobie, co zrobię z wami.

Rozejrzałam się w poszukiwaniu następnej ofiary. Spojrzałam na Smoki, na moich chłopaków, i dyskretnie pokręciłam głową w geście niezadowolenia. W ogóle się nie uczyli.

Ale nauczą.

Skierowałam się do kolejnej grupki, dzierżąc kij w jednej dłoni, a drugą sięgnęłam do pończochy po składany nóż. Otworzyłam go jedną ręką, po czym zacisnęłam zęby i wbiłam w udo jednego ze swoich ludzi.

Młody mężczyzna krzyknął z bólu i zamachnął się na mnie. Na jego wykrzywionej gniewem twarzy pojawił się strach, gdy tylko dostrzegł swoją królową.

Prowokowałam go spojrzeniem, by się odezwał, by choćby, kurwa, pisnął, ale był dobrym chłopakiem, więc spuścił karnie głowę.

Zawstydziłam ich.

Nie byli winni temu, jacy byli. Ja byłam. Za bardzo im pobłażałam, bo chciałam, żeby dobrze się bawili podczas pracy. Więc robili to. Nie wiedzieli po prostu, kiedy skończyć.

Cmoknęłam z niezadowoleniem, moja twarz uległa metamorfozie, kiedy uklękłam, by czule złapać chłopaka za głowę i delikatnie przyciągnąć go do łona. Pogładziłam jego spoconą twarz i wymruczałam:

– Nie lubię krzywdzić swoich dzieci. – Wykrzywiłam na chwilę twarz, złapałam go za włosy i pociągnęłam mocno, zmuszając, by spojrzał mi w oczy. – Ale ciągle przynosicie mi wstyd. – Spuściłam wzrok na nóż tkwiący w jego udzie i docisnęłam go dłonią.

Oblicze młodego mężczyzny wykrzywiło się z bólu; sapnął, ale nie krzyczał. Zamiast tego przygryzł wargę do krwi. Serce zaczęło mi walić.

Cholera.

Cała ta krew i ból mnie podniecały.

Przysunęłam twarz do jego twarzy, naciskając mocniej na ostrze, a kiedy chłopak zacharczał, odrzuciłam głowę do tyłu, rozchylając usta z pragnienia.

Naprawdę musiałam zaliczyć.

Przeciągnęłam powoli językiem po jędrnych wargach, czując, jak mężczyzna dyszy mi w twarz, gdy przycisnęłam usta do jego ust w słodkim podziękowaniu za usługi. Następnie odsunęłam się, wstałam i spojrzałam na niego beznamiętnie.

– Do domu. Już.

Z westchnieniem położyłam rękę na biodrze, stojąc na sztywnych nogach, po czym spojrzałam na rzeź dokoła.

Ciała leżały wszędzie, miejsce spłynęło krwią, więc czując, że ktoś podchodzi do mnie od tyłu, wyciągnęłam ukryty w pochwie na udzie pistolet kaliber dwadzieścia dwa.

– To się wymyka spod kontroli – usłyszałam.

Mój najstarszy brat, Van. Jedyny, z którym tak naprawdę się liczyłam, jedyny z całej rodziny, który mnie rozumiał, bo był taki sam jak ja.

Skinęłam lekko, a kiedy Van przycisnął klatkę piersiową do moich pleców, zamknęłam oczy i przełknęłam z trudem.

Graliśmy w tę grę, testując swoje granice.

Tak.

Byliśmy aż tak zjebani.

Położył mi dłonie na biodrach i przysunął wargi do ucha.

– To twój teren. Przejmij kontrolę. – Ścisnął biodro. – Bądź królową, którą jesteś.

Odwróciłam się, by na niego spojrzeć. Jego twarz była blisko, zbyt blisko.

Nie przerywając kontaktu wzrokowego, uniosłam pistolet i strzeliłam trzy razy.

Oczy Vana śmiały się, lśniły dumą, a ja odwzajemniłam jego arogancki uśmieszek, przez długą chwilę zerkając na jego usta.

– Ling.

Przygryzłam wargę, zastanawiając się, jak by smakował.

– Ling – ostrzegł ostro, łapiąc mnie za nadgarstek i przywracając do rzeczywistości.

Mrugając, odsunęłam od siebie nienaturalne pragnienie, a potem się rozejrzałam. Co zaskakujące, wszyscy na mnie patrzyli. Na szczęście dla nich uwielbiałam znajdować się w centrum uwagi. Żyłam dla tego.

Odetchnęłam głęboko, po czym stwierdziłam głośno:

– Jestem rozczarowana. – Patrząc każdemu w oczy, ciągnęłam: – Mam się położyć tutaj czy wolicie, żebym wypięła się przy barze? – Byli wyraźnie zaskoczeni, więc wyjaśniłam: – Cóż, skoro do tego stopnia robicie mnie w chuja, równie dobrze może mi być przyjemnie.

Na te słowa wszyscy spuścili spojrzenia w niemych przeprosinach.

Turcy nie powinni tu przychodzić. To był mój klub. Byłam jego pieprzoną właścicielką, ale to nie tłumaczyło zachowania moich Smoków.

Zastanowiłam się nad tą sytuacją i w głowie pojawiło mi się pytanie, które często sobie zadawałam.

Co by zrobił Twitch?

To była moja mantra, nią żyłam, i na razie dobrze na tym wychodziłam.

– Kto to był? – Zrobiłam krok w przód. – Kim był ten mądry człowiek, który zaczął?

Po dłuższej chwili jeden z nich wystąpił przed szereg. Nie wahałam się. Uniosłam pistolet i pociągnęłam za spust, echo wystrzału rozbrzmiało zbyt głośno w niemal pustym budynku. Nie czerpałam żadnej radości z patrzenia, jak mężczyzna opada bez życia na kolana.

Zamknęłam oczy, odetchnęłam głęboko, po czym powoli wypuściłam powietrze.

– Kiedy się, kurwa, nauczycie? Ling daje. – Gdy uniosłam powieki, moją twarz wykrzywił gniew. – Ling zabiera. – Odwróciłam się ze słowami: – Zdecydujcie, komu jesteście lojalni, i zróbcie to szybko. – Byłam niesamowicie wkurwiona. – Bo mama jest bardzo bliska utopienia swoich młodych.

Wyrwało mi się westchnienie.

Czasem trudno być królową.

Ledwie wyszłam na zewnątrz, silne ramiona Vana oplotły mnie, przyciągając do niego.

– Nie przejmuj się.

Frustrowało mnie to. Spodziewałam się o wiele więcej po tej pozycji. Nic dziwnego, że żaden z moich braci nie protestował, gdy ją przejmowałam.

Pięciu braci i żaden nie chciał tronu. Powinnam była się domyślić.

Z drugiej strony zyskałam ich szacunek. Od razu im wszystko wyjaśniłam. Nie musieli mnie kochać, nie musieli mnie nawet lubić, ale powinni mnie szanować. Bo byłam pierdoloną matką Smoków, a ta pozycja wymagała szacunku.

To było dla mnie ważne.

Zaczynałam na dnie i całkiem dosłownie za pomocą pieprzenia utorowałam sobie drogę na szczyt, ale teraz, kiedy spoglądałam na świat z wysokości Olimpu, zdałam sobie sprawę, że czegoś brakowało.

Króla.

Tylko jeden mężczyzna był wart tego tytułu, ale on odszedł. Umarł. Bez niego byłam nikim.

To mieliśmy być my, nasza dwójka, mieliśmy robić to razem.

Pewnie, mogłam być królową, ale bez godnego króla imperium zaczynało tracić na znaczeniu.

Nadal opłakiwałam tego dupka, ale robiłam to w milczeniu, na osobności, z dala od ciekawskich oczu.

Więc kiwnęłam głową, kiedy Van przyciągnął mnie mocniej do swojego boku i wymruczał:

– Chodź, spalisz ze mną skręta. Pogadamy.

Bo nic mnie tak nie dołowało jak samotność, a dziś tak właśnie się czułam.

***

Zaraz po wejściu do domu Vana zrzuciłam buty i odłożyłam torebkę na blat, po czym podeszłam do jednej z trzech sof, padłam na nią i zagapiłam się w sufit, zastanawiając, czego, u licha, chciałam od życia.

Miałam wszystko.

Pieniądze. Władzę. Rozmach.

Dlaczego byłam taką cipką?

Van usiadł na podłodze przede mną, położył mi dłoń na kolanie i ścisnął, okazując milczące wsparcie.

Był moim mistrzem. Największym poplecznikiem.

Czasem czułam, że jedynym.

Bez słowa wyciągnął z kieszeni niewielką działkę i zaczął skręcać. Zapalił koniec jointa, zaciągnął się, a następnie przekazał go mnie. Wciągnęłam do płuc gryzący dym. Sztachnęłam się jeszcze raz i jeszcze, aż zaczął mnie parzyć w palce.

Siedzieliśmy długo w ciszy, aż w końcu odezwałam się głosem nieco głośniejszym od szeptu:

– Myślisz czasem o tym, co zrobił nam cha?

Nasz ojciec znęcał się nad nami na wszelkie możliwe sposoby.

– Cały czas – odparł bez wahania.

Trudno było dorastać w wietnamskiej rodzinie jako najmłodsze z sześciorga dzieci. Co gorsza, byłam dziewczyną. Ojciec miał to gdzieś, o czym dawał mi do zrozumienia przez całe życie. Opowiadane przez niego historie uczyniły mnie kobietą, którą dziś jestem.

Historie o tym, jak zrzucił moją matkę ze schodów w szpitalu, gdy dowiedział się, że będzie miał córkę. O tym, jak cieszył się, gdy zaczęła krwawić.

Niestety przeżyłam. W zasadzie przeżyłam liczne próby przerwania ciąży, wszystkie z rąk ojca, a kiedy się urodziłam, przysiągł, że się mnie pozbędzie – prędzej niż później.

Wykorzystywanie seksualne jest dezorientujące. Pamiętam, jak mając pięć lat, zastanawiałam się, dlaczego tata jest dla mnie nagle taki miły. Gdybym była starsza, zorientowałabym się, że to pułapka. Ale jako młoda, spragniona jego uwagi dziewczynka, robiłam, o co prosił, bo był wtedy ze mnie zadowolony.

To była klasyczna tresura.

Tchórz, nawet nie krzywdził mnie sam: kazał moim braciom robić mi okropne rzeczy. Kiedy odebrałam mu tron, miałam zamiar się za to na nich odegrać.

Pewnej nocy wdaliśmy się z Vanem w szczególnie zaciekłą kłótnię i nazwałam go pedofilem. Nie byłam przygotowana na uderzenie, a walnął mnie tak mocno, że zobaczyłam gwiazdy.

Dysząc, pochylił się nade mną, gdy ściskałam policzek i wycedził:

– Sądzisz, że jesteś tu jedyną ofiarą?

Cóż, tak, byłam. Obserwowałam, jak pierś mojego brata faluje w gniewie, kiedy mrugał, by odpędzić łzy wywołane wspomnieniami.

– Myślisz, że chcieliśmy to robić? – Pokręcił głową. – Byłaś zbyt młoda, by pamiętać. Nie masz pojęcia, co nam robił, kiedy odmawialiśmy. – Spojrzał tępo na ścianę. – Ciebie nigdy nie tknął, ale nas nie miał oporu dotykać. – Wyrwał się z transu i popatrzył na mnie. – Lepiej, kurwa, uważaj, co do mnie mówisz, Ling Ling. – Zostawił mnie na podłodze, a odchodząc, rzucił: – Nie wypowiadaj się o sprawach, o których nie masz pojęcia.

Surowość jego słów i ból w głosie sprawiły, że ujrzałam prawdę taką, jaką była. Van miał rację. Nie byłam jedyną ofiarą okrucieństwa swojego ojca.

Nie rozmawialiśmy o tym często, ale kiedy to robiliśmy, czułam, jak gniew ze mnie ulatuje i staję się lżejsza. Dziś tego potrzebowałam.

Van wręczył mi blanta. Przyjęłam go i oblizałam usta, trzymając go w palcach.

– Pamiętasz, co mi robiłeś? Co kazał ci robić?

Zaciągnęłam się dymem, zamykając oczy i cieszyłam się hajem.

– Tak – wyszeptał mój brat.

Wzięłam kolejnego bucha, głowa zaczęła mi ciążyć.

– Chcesz to powtórzyć?

Nie chciałam zadawać tego pytania.

– Nie, ale myślę o tym czasem. – Całkowicie szczera odpowiedź.

Miałam tak samo. I przez to się sobą brzydziłam.

Właśnie dlatego byliśmy tak blisko. Nikt tego nie ogarniał. Tylko my rozumieliśmy dezorientację dzieci wykorzystywanych seksualnie, zdziwienie, gdy członek rodziny okazywał się alfonsem i wreszcie druzgocące doświadczenie przyjemności z rąk osoby, która nie powinna jej dostarczać.

Oczywiście, że to nie nasza wina. Nie byliśmy tego świadomi. Byliśmy tylko dzieciakami, a osoba, której powinniśmy móc zaufać, nas zdradziła. Zdradziła nas wszystkich.

Nic dziwnego, że byliśmy tacy pojebani.

– Chcesz mieć dzieci?

– Kurwa, nie – parsknął Van.

Uczciwa odpowiedź. Tylko jeden z moich braci miał dziecko i trzymał się od niego tak daleko, jak to możliwe, przerażony, że mógłby być takim samym ojcem jak nasz.

– A ja tak – zdradziłam, nabierając głęboko powietrza, by powoli je wypuścić. – Mimo wszystko bym chciała.

Odchylił się, przez co dotknął potylicą mojego ramienia.

– Więc będziesz je miała, Ling Ling. Żaden problem.

Pogłaskałam go czule po włosach i pogrążyliśmy się w swobodnej ciszy.

Nie. Nie było mi to pisane.

Choć mnie to smuciło, dzieci nie były dla mnie.

Będę musiała żyć trawiona gorzką zazdrością, że ona miała dziecko, które powinno być moje.

ROZDZIAŁ 4

Lexi

Byłam w kuchni, gdy ktoś zapukał do drzwi. Molly odłożyła drewnianą łyżkę, którą mieszała sos do spaghetti, i wytarła dłonie w ręcznik.

– Otworzę.

Boże, była z niej taka dobra dziewczyna. Cieszyłam się, że mam ją w swoim domu, w swoim życiu. Żywiłam nadzieję, że wiedziała, ile dla mnie znaczy. Bóg świadkiem, dawałam jej to do zrozumienia przy każdej okazji.

Drzwi się otworzyły i usłyszałam rozbawiony komentarz Molly:

– Rany, wyglądasz jak gówno. Długi lot?

Musiałam stłumić chęć radosnego piśnięcia. Puściłam się biegiem w swoich kapciach z Pikachu, wyrzucając ramiona w górę.

– Wróciłeś!

Happy patrzył krzywo na Molly.

– Spuść trochę z tonu. – Zrobił krok do przodu, uśmiechając się ze zmęczeniem. – Cześć, piękna. – Objął mnie i uścisnął. Złapałam go za kurtkę i trzymałam równie mocno, jak on mnie. Gładząc moje plecy, odsunął się nieco, by posłać mi wesołe spojrzenie. – Jak się masz?

Na widok wyczerpania na jego twarzy uśmiech mi zrzedł.

– Wszystko w porządku?

Zamknął z westchnieniem oczy. Miał niewiarygodnie długie i grube rzęsy.

– Nie przejmuj się. – Zmusił się do kolejnego uśmiechu. – A co u ciebie? Jak tam mały?

Coś było nie w porządku. Happy zniknął na tydzień, a dla nas to długo. Zwykle widywaliśmy się co drugi, trzeci dzień. Przynajmniej raz w tygodniu Happy, Nikki i Dave wpadali na kolację. Ciekawiło mnie, dlaczego wydawał się taki ponury.

Kiwnęłam na niego głową.

– Dlaczego sam nie sprawdzisz? Pytał o ciebie.

Happy uśmiechnął się szerzej, a potem pocałował mnie w policzek.

– Zaraz wracam. – Zanim ruszył do pokoju AJ-a, wyciągnął coś z kieszeni kurtki.

Niedługo potem mój potworek wrzasnął:

– Wujek Happy!

Następnie dotarły do nas odgłosy śmiechu i stłumionej rozmowy. Wymieniłyśmy z Molly rozbawione spojrzenia, po czym wróciłyśmy do swoich zajęć. Dziś dom będzie pełen, co oznaczało mnóstwo jedzenia, rozmów i śmiechu. W menu były spaghetti oraz klopsiki, które robiłam, bo wiedziałam, że Happy je uwielbiał.

AJ wybiegł z pokoju z jakimś dużym przedmiotem w dłoni.

– Zobacz, co dostałem od wujka Happy’ego!

Wyciągnął matrioszkę w kształcie mrocznej żniwiarki, a ja parsknęłam śmiechem. Co za prezent. Niestety po tym, jak AJ odziedziczył po ojcu kilka rzeczy, jego nową fascynacją zostały szkielety. Najcenniejszą pamiątką były spinki do mankietów Twitcha w kształcie czaszek. Był taki okres, że nosił je ze sobą wszędzie.

– Och, skarbie. Jest... – otworzyłam szerzej oczy, szukając właściwego słowa – ...super.

Podeszła Molly i z żywym zainteresowaniem przyjrzała się paskudnej lalce.

– Świetna, kolego. – Z uśmiechem połaskotała go pod podbródkiem. – Wygląda na ręcznie malowaną. Założę się, że nie ma drugiej takiej. Farciarz.

Ta informacja bardzo uradowała AJ-a, który ruszył na kanapę, by lepiej zbadać swój makabryczny prezent. Chwilę mi zajęło zauważenie, że Happy nie wyszedł z pokoju małego. Poszłam więc do niego i zastałam go śpiącego na łóżku. Uśmiechnęłam się, ale moją uwagę przykuło coś wetkniętego do szuflady z bielizną.

Otworzyłam ją delikatnie, wyciągnęłam zimny metalowy przedmiot i zamrugałam.

Zegarek.

Bardzo męski i drogi zegarek. Którego nigdy wcześniej nie widziałam.

Marszcząc brwi, uniosłam ciężkie srebro w dłoniach i odwróciłam, by przyjrzeć się pięknej tarczy.

– Skąd to się tutaj wzięło?

Nie słyszałam, kiedy wszedł AJ.

– Należy do taty – odpowiedział cicho. Odwróciłam się do niego, potworek wyszczerzył zęby. – Przechowuję go dla niego do czasu, aż wróci.

Powieki mi opadły, odwróciłam się z powrotem, odpychając smutek, który wzbudziły jego słowa.

Cholera, AJ.

Tatuś nie wróci.

Przełknęłam gulę w gardle.

Stop.

Serce zaczęło mnie kłuć.

Proszę... Wykańczasz mnie, kochanie.

Bez słowa odłożyłam zegarek do szuflady i zamknęłam ją z lekkim trzaśnięciem, po czym nabrałam powietrza i zmieniłam temat.

– Cicho, skarbie. Pozwólmy wujkowi Happy’emu się zdrzemnąć. – Minęłam go i delikatnie chwyciłam za rękę, by zaprowadzić do kuchni.

Jak długo będzie to trwało?

Potrzebowałam rady i planowałam poprosić dziś o nią przyjaciół.

Niedługo później dźwięk klucza przekręcanego w zamku oznajmił mi, że miałam kolejnego gościa. Gdy przeszczęśliwa Nikki wpadła do środka z szeroko otwartymi oczami, całkiem nas zignorowała.

– Gdzie on jest? – spytała tylko.

Przewracając oczami, wskazałam na koniec korytarza, a Nikki minęła mnie prędko, tak że śmignęły mi tylko jej długie rude włosy. Gdy stanęła w wejściu i zobaczyła, że Happy spał, radość na jej twarzy zmieniła się w smutek. Przyłożyła dłoń do serca i weszła do pokoju. Słyszałam, jak delikatnie go budzi.

– Aw. Śpisz.

– Hej, kochanie – odpowiedział rozbudzony Happy. – Tęskniłem.

Uśmiechnęłam się na widok ich słodkiego powitania i wróciłam, by zrobić pieczywo czosnkowe. Jakąś minutę później drzwi wejściowe znów się otworzyły i do środka wparował podekscytowany Dave.

– Gdzie on jest?

Wszyscy mieli zamiar mnie ignorować?

Parsknąwszy śmiechem, wskazałam na korytarz, a Dave ruszył nim i natknął się na Nikki oraz Happy’ego trzymających się za ręce. Ledwie rzucił na dziewczynę okiem i poklepał ją po głowie, na co parsknęła oburzona, a Happy się zaśmiał. Potem Dave upewnił się, że AJ-a nie ma nigdzie w zasięgu wzroku, i pocałował Happy’ego.

Próbowałam się nie przyglądać, ale trudno było tego nie robić. Ich układ nadal wydawał mi się dziwny, ale jakimś cudem działał.

Happy, Nikki i Dave żyli razem, przy czym Nikki i Dave dzielili się Happym i – co zaskakujące – nie on to zaproponował, lecz Nikki.

Skoro już o wilku mowa, wyglądała na zadowoloną, patrząc na słodkie powitanie dwóch mężczyzn.

Happy złapał Dave’a za kark i pogłębił pocałunek, po czym odsunął się z uśmiechem.

– Hej.

– Tęskniłem – przyznał cicho Dave.

Happy westchnął.

– Ja za tobą też. – Przyciągnął do siebie Nikki. – Za obojgiem. Nie mogę się doczekać dzisiejszego powrotu do domu – stwierdził ochryple.

Coś mi mówiło, że nie zamierzali grać w chińczyka.

Uch. Farciarze.

Brakowało mi seksu.

To było najtrudniejsze w samotnym rodzicielstwie. Żadnemu mężczyźnie nie ufałam na tyle, by dopuścić go do syna, a przelotne romanse mnie nie interesowały. Och, nie zrozumcie mnie źle. Chodziłam na randki z miłymi facetami.

Może w tym tkwił problem.

Mili już mi nie wystarczali. Związek z Twitchem zmienił mnie i moje – ekhem – preferencje. Raz Nikki powiedziała, że spotkała domina, który mógłby przypaść mi do gustu, a ja niemal przeleciałam nad stolikiem, żeby zatkać jej buzię ręką i ją uciszyć.

Dlaczego nikt nie rozumiał?

Dostałam swoją jedną szansę na milion. Nigdy nie znajdę nikogo podobnego. I mówiąc szczerze, nie chciałam.

Był tylko jeden irytująco apodyktyczny, gorący jak diabli, niemal szalony Twitch.

Nie jest też tak, że stałam się kompletnie aseksualna. Nadal miałam rękę i wspomnienia, a na tę chwilę mi to wystarczało. Owszem, tęskniłam za fizycznym zbliżeniem i pragnęłam być dotykana, ale takie było życie.

Prawda jest taka, że choć żyłam, część mnie umarła. Opłakałam swoją stratę i czasem nadal w moich oczach stawały łzy. Ale ruszyć dalej?

Jasne.

Bóg świadkiem, że próbowałam.

Wypełniła mnie bolesna melancholia.

Trudno zapomnieć o kimś, kto dał ci tak wiele wspomnień.

Dokładnie w tej samej chwili zabrzęczał piekarnik i zadzwonił dzwonek.

– Idę! – zawołałam, po czym ruszyłam otworzyć. Za drzwiami stali Julius i Ana. Otworzyłam, uśmiechając się szeroko. – Cześć, wchodźcie. Mam nadzieję, że jesteście głodni.

Ana mnie uścisnęła. Byłam poruszona tym, że zdaje się naprawdę cieszyć na mój widok. Julius poklepał się czule po brzuchu.

– Kochana, a kiedy ja nie jestem głodny?

Przytaknęłam mu.

– Racja.

Wyszczerzył się, a potem wziął mnie w ramiona, by podzielić się miłością. Przyjęłam wszystko, bo prawda jest taka, że jeśli chodzi o okazywanie uczuć, uwielbiałam brać, jak i dawać. Zawsze. Jeśli tylko ktoś potrzebował przytulenia, pierwsza rzucałam się do niego z rękami. Czasem myślałam o tym, czy nie przesadzałam z tym spoufalaniem. Miałam świadomość, że nieraz można coś źle zinterpretować. Byłam bardzo ostrożna, jeśli chodzi o dotykanie mężczyzn, ale w przypadku Happy’ego i Juliusa cieszyłam się każdą okazaną mi czułością, bo nie miałam nikogo innego i kochałam ich z całego serca.