Deszcz snów - Joan D. Vinge - ebook

Deszcz snów ebook

Joan D. Vinge

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna w Stęszewie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 755

Rok wydania: 1999

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



JOAN D.VlNGE

DESZCZ SNÓW

Przełożyła

Kinga Dobrowolska

Prószyński i S-ka

WARSZAWA 1999

 

Tytuł oryginału:

DREAMFALL

 

Copyright © 1996 by Joan D. Vinge.

All rights reserved.

 

Projekt okładki:

Zombie Sputnik Corporation

 

Ilustracja na okładce:

Piotr Łukaszewski

 

Redaktor prowadzący serię:

Arkadiusz Nakoniecznik

 

Redakcja:

Jacek Ring

 

Redakcja techniczna:

Anna Troszczyńska

 

Skład komputerowy:

Waldemar Maciąg

 

Korekta:

Grażyna Nawrocka

 

 

 

ISBN 83-7180-519-5

 

 

 

Fantastyka

 

Wydawca:

PRÓSZYŃSKI i S-KA SA

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

 

Druk i oprawa:

Opolskie Zakłady Graficzne

45-085 Opole, ul. Niedziałkowskiego 8/12

Do prawdy dochodzimy nie tylko rozumem, ale i przez serce

Pascal

Dla

dr. Fredericka Brodsky’ego dr Anny Marie Windsordr. Richarda Reindollara

Podziękowania

Chciałabym złożyć gorące podziękowania za nieoceniony wkład i poparcie następującym osobom, bez których ani ta książka, ani w ogóle moje życie nie byłyby obecnie w tak dobrym stanie: Jimowi Frenkelowi, Barbarze Luedtke, Carroll Martin, Betsy Mitchel, klanowi Peachów-Pozników, Mary oraz Nickowi Pendergrassom i Vernorovi Vinge’owi. Dzięki, kochani – jesteście cudowni.

– Jaki jest cel owej gry, panie Ropuch? Zabicie potwora? Uratowanie dziewicy? Pomszczenie krzywd?

– Zajęcie dogodnej pozycji.

Bill Griffen

Rozścieliłem ci pod stopy swe marzenia;

Chodź ostrożnie, nie depcz mi po snach.

W.B.Yeats

Drogę do piekła wybrukowano dobrymi chęciami.

Karol Marks

1

Pięć czy sześć wieków temu jeden przedkosmiczny filozof o nazwisku Marks powiedział, że droga do piekła jest wybrukowana dobrymi chęciami. Dobrze rozumiał, co to znaczy być człowiekiem, być niedoskonałym.

Marks myślał też, że wie, jak położyć kres ciągłemu ludzkiemu cierpieniu i niesprawiedliwości: „Dziel się wszystkim, czym możesz, a dla siebie zachowaj tylko to, czego sam potrzebujesz”. Nigdy nie zdołał pojąć, dlaczego reszta ludzkości nie może dostrzec prostego wyjścia, skoro dla niego było tak oczywiste.

Chodzi o to, że ta reszta nawet nie dostrzegała problemu.

Marks mówił także, że jedynym antidotum na psychiczne cierpienie jest ból fizyczny.

Ale nigdy nie twierdził, że czas szybko ucieka, kiedy człowiek dobrze się bawi.

Zerknąłem na bransoletę danych chyba setny raz, żeby sprawdzić, czy już minęła godzina. Nie minęła. Piąty raz z rzędu w ciągu niecałej godziny znalazłem się przed wysokimi parabolami okien Aerie, wyglądając przez nie na świat zwany Ucieczką, żeby umknąć przed hałasem i presją przyjęcia Tau, które toczyło się w najlepsze za moimi plecami. Ucieczka od czego? I dla kogo? Podstawowe dane, do których zdołała uzyskać dostęp nasza ekipa, nie mówiły nic na ten temat.

Nie przed biurokracją Tau, I nie dla nas. Ekipa badawcza, w której skład wchodziłem, znalazła się w Firstfall ledwie wczoraj. Nie byliśmy tu nawet na tyle długo, żeby przywyknąć do miejscowego czasu. Ale jeszcze zanim rzuciliśmy na ziemię swoje torby tu, w Riverton, natychmiast w naszym hotelu zjawił się pełnomocnik Tau i zmusił nas do wzięcia udziału w tym przyjęciu, które toczyło się, jakby wszyscy znajdowali się w śpiączce.

Z jedwabiście gładkiej kieszeni kupionej po drodze eleganckiej koszuli wygrzebałem kolejny kawałek kamfy i wepchnąłem do ust. Po chwili zaczęła się rozpuszczać i znieczulać język, a ja znów wyjrzałem przez okno na zapierający dech w piersiach widok odległych obłocznych raf. Właśnie zachodziło słońce, obrysowując blaskiem ich wapienny krajobraz złożony z postrzępionych szczytów i stromo opadających dolin. Przez labirynt wąwozów przedzierała się ognistym szlakiem nitka rzeki, pewnie już od wieków kształtując ten krajobraz w coś równie surrealistycznego jak sen.

Poniżej ta sama rzeka, która odległe rafy kształtowała w fantastyczne rzeźby, opadała bezgłośnie i bez końca z wysokiej skały. Protz, pełnomocnik Tau, nazwał to Wielkim Wodospadem. Przyglądając się ospałej, ciężkiej od szlamu wodzie, zastanawiałem się, czy to przypadkiem nie jakiś żart.

– Kocie!

Ktoś wołał mnie po imieniu. Obróciłem się, jednocześnie zerkając po sobie, bo nieustannie towarzyszyła mi obawa, że następnym razem, kiedy na siebie spojrzę, będę zupełnie nagi.

Nie byłem nagi. Wciąż miałem na sobie ten sam schludny, zbyt drogi, konserwatywny w kroju garnitur, który kupiłem w hotelowym sklepie, żebym dzisiejszego wieczoru mógł uchodzić za Człowieka. Człowieka przez duże C.Tak jak to tutaj wymawiano, żeby ktoś broń Boże nie pomylił mnie z Hydraninem – obcym.

Po drugiej stronie rzeki leżało całe miasto pełne Hydran. Dziś wieczorem na przyjęciu było ich troje. Ledwie minutę temu patrzyłem, jak wchodzą. Nie teleportowali się, nie zmaterializowali się irytująco w samym środku tłumu, wzbudzając lęk. Weszli normalnie przez drzwi jak wszyscy inni goście. Ciekawe, czy mogliby postąpić inaczej.

Od momentu ich przybycia nie potrafiłem uformować w głowie ani jednej składnej myśli. Przez cały czas bezwiednie obserwowałem Hydran, upewniwszy się, że mnie nie widzą ani że nie zmierzają w moją stronę. W końcu jednak musiałem przestać i odwrócić się do okna, po prostu, żeby nabrać tchu.

Udają ludzi – to ich główna czynność na tym przyjęciu – choć i tak na zawsze pozostaną obcymi, bo przez psychotroniczny Dar stali się wybrykami natury. To kiedyś był ich świat, dopóki nie pojawili się ludzie, żeby im go odebrać. Teraz oni byli tu obcy, oni byli outsiderami, znienawidzonymi przez tych, którzy ich zniszczyli – bo to takie ludzkie: nienawidzić tych, których się skrzywdziło.

Resztka kamfy rozpuściła się na języku w gorzką papkę, ale nie zdołała ukoić nerwów. Przełknąłem ją i wyjąłem z kieszeni kolejną porcję. Jeszcze w hotelu przyłożyłem sobie przylepki ze środkami uspokajającymi, wypiłem też stanowczo zbyt wiele drinków, które pojawiały się przede mną za każdym razem, kiedy się obróciłem. Nie mogę sobie pozwolić na takie rzeczy, zwłaszcza kiedy chcę uchodzić za człowieka, gdyż moja twarz zawsze mnie wyda, tak samo jak tamte wszystkie obce twarze po drugiej stronie sali.

– Kocie! – Protz znów wołał mnie po imieniu, gderliwie, jak wszyscy ci, którzy nie mogą uwierzyć, że nic więcej po nim nie ma.

Z wyrazu jego twarzy wnioskowałem, że zbliża się po to, żeby zapędzić mnie z powrotem do działania. A ze sposobu, w jaki się poruszał, widać było, iż ma już trochę dość tego, że tak konsekwentnie mu się wyślizguję. Wyjąłem kamfę z ust i rzuciłem na podłogę.

Kiedy wepchnął mnie z powrotem w sam środek tłumu, zacząłem się rozglądać za ludźmi, których znam, za innymi członkami ekipy, z którą tu przyjechałem. Wydawało mi się, że dostrzegam po drugiej stronie pokoju Pedrotty’ego, naszego bitmapistę, ale poza nim nie rozpoznawałem nikogo. Ruszyłem dalej, mrucząc pod nosem jakieś uprzejme idiotyzmy, kierowane do mijanych po kolei obcych osób.

Protz, mój stróż, był urzędnikiem średniego szczebla w Instytucie Biotechniki Tau. Równie dobrze mógłby nosić tysiąc innych nazwisk – był dokładnie taki sam jak wszystkie konglomeratowe postacie, jakie znałem. Były obupłciowe i mogły mieć dowolny kolor skóry, ale wszystkie wyglądały jak jedna i ta sama osoba. Protz nosił przepisowy granatowy garnitur ze srebrną peleryną – kolory Tau – jakby się w nich urodził.

Pewnie zresztą tak było. W tym wszechświecie dla konglomeratów nie tylko się pracuje, dla nich się żyje. Nazywają to keiretsu – korporacyjna rodzina. Sam termin jest jeszcze przedkosmiczny, pozostał z międzynarodowymi konglomeratami, kiedy te stały się najpierw międzyplanetarne, a w końcu międzygwiezdne. Przetrwa tak długo, jak długo będą istniały konglomeraty, bo wprost idealnie oddaje znaczeniem fakt, że kradną człowiekowi duszę.

Konglomerat, który człowieka zatrudniał, nie tylko wytyczał mu drogę kariery zawodowej, ale także stawał się jego dziedzictwem, ojczyzną, która istnieje zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Kiedy w konglomeracie rodził się nowy człowiek, stawał się komórką w układzie nerwowym megaistoty. Jeśli miał szczęście i zawsze czysty nos, zostawał jego częścią aż do samej śmierci. A może i dłużej.

Spojrzałem w dół. Palce prawej ręki okrywały bransoletkę danych, którą nosiłem na lewym nadgarstku – znów udowadniałem sobie, że istnieję. W tym wszechświecie bez bransoletki przestajesz istnieć. Swoją dostałem dopiero kilka lat temu.

Przez siedemnaście lat moimi jedynymi znakami rozpoznawczymi były blizny – po bójkach, po nożach. Przez lata miałem krzywy, ledwie zdatny do użytku kciuk, bo zrósł mi się nienastawiony po tym, jak pewnej nocy spenetrowałem niewłaściwą kieszeń. Sama bransoletka zakrywała bliznę na nadgarstku, jaka została mi po niewolniczej obrączce robotnika kontraktowego, którą wtopiono mi w skórę. Nosiłem na ciele wiele śladów. Tych najgorszych nawet nie było widać.

Po latach spędzonych w ludzkim składowisku odpadów zwanym Starym Miastem zły los wreszcie się odwrócił. A jedna z prawd, jakich się od tego czasu nauczyłem, brzmiała: kiedy przestajesz być niewidzialny, każdy może zobaczyć cię nago.

– Poznałeś już dżentelmena Kensoe, który przewodniczy naszemu zarządowi... – Protz skinął głową najwyższemu rangą szefowi Tau, osobnikowi stojącemu na samym szczycie łańcucha pokarmowego. Facet wyglądał, jakby nie przepuścił w nim żadnego posiłku, jak również żadnej szansy, żeby napluć w wyciągniętą prosząco dłoń. – A to jest lady Gyotis Binta, przedstawicielka zarządu Draco. Interesuje się twoją pracą...

Znów poczułem pustkę w głowie. Draco istniało na zupełnie odrębnym, wyższym szczeblu wpływów i władzy. Byli właścicielami Tau. Skupiali w swych rękach prawa do surowców naturalnych całej tej planety, a częściowo i do setek innych. Stanowili skończone keiretsu: Instytut Biotechniki Tau jest tylko jeszcze jednym państwem-klientem kartelu Draco, jednym z setki pazernych palców, które konglomerat powsadzał w setkę zyskownych konfitur. Lubili się nazywać Rodziną Draco. Członkowie kartelu wymieniali między sobą towary i usługi, wspierali się przeciwko próbom przejęcia przez wrogów, pilnowali nawzajem swoich interesów – jak to w rodzinie. Keiretsu znaczy także „zaufanie”... A właśnie w tej chwili Draco niezbyt ufało tym z Tau.

Zarząd Tau zwrócił na siebie uwagę Federacyjnej Komisji Transportu. Kartele były jednostkami autonomicznymi, ale większość z nich korzystała z robotników należących do Robót Kontraktowych FKT. Ktoś musiał przecież odwalić wszystkie roboty, których obywatele Tau nie chcieliby tknąć.

Sprawa wyglądała tak: federalni mieli interweniować tylko wtedy, kiedy mieli dowód na to, że gdzieś zostały pogwałcone uniwersalne prawa ich robotników. FKT sprawowała kontrolę nad międzygwiezdnym transportem, więc nikt nie życzył sobie ściągnąć na siebie jej sankcji. Ale z własnego doświadczenia wiedziałem, że federalnym wcale nie chodzi o to, żeby przyzwoicie traktować obrączki. Tak naprawdę chodziło o władzę.

FKT nieprzerwanie poszukuje coraz to nowych czułych punktów w nieustającej grze sił z konglomeratami. Polityka to wojna, tyle że broń jest lepiej skrywana.

Nie wiem, kto doniósł federalnym na Tau, może po prostu jakiś korporacyjny rywal. Zdawałem sobie natomiast sprawę, że ekipa ksenoarcheologów, do której zostałem włączony, przeprowadza jedną z pokazowych akcji Tau, mających ulepszyć świat i model rządzenia. Przyjechaliśmy tutaj na koszt Tau, żeby badać żywe dzieła sztuki zwane obłocznymi wielorybami oraz rafy z dziwacznego detrytusu, które owe wieloryby porozmieszczały na całej planecie.

Zarząd Tau nie szczędził wydatków, żeby udowodnić, że jest czysty albo że przynajmniej się stara. To oczywiście był żart, a z tego, co mi wiadomo o konglomerackiej polityce – wcale nie śmieszny.

Równie oczywiste było, iż Protz chce – spodziewa się – że wszyscy członkowie ekipy pomogą mu to udowodnić. Powiedz coś – błagał mnie wzrokiem, tak jak błagałby mnie w myślach, gdybym tylko umiał je odczytać.

Odbiegłem spojrzeniem w bok, szukając w tłumie Hydran. Nie znalazłem. Zwróciłem więc wzrok na swoich rozmówców.

– Miło mi panią poznać – mruknąłem i na siłę przypomniałem sobie, że już zdarzało mi się spotykać członków zarządów. Byłem kiedyś ochroniarzem pewnej lady i jedno wiedziałem na pewno: cała różnica między konglomeratową szychą a ulicznym śmieciem ze Starego Miasta sprowadza się do tego, kto wierzy w ich kłamstwa.

Lady Gyotis była drobna i śniada, włosy miała już zupełnie srebrne. Zaciekawiło mnie, ile naprawdę ma lat. Większość ważnych szych z jej pozycją mogła sobie pozwolić na przestawienie biologicznych zegarów co najmniej dwa razy. Miała na sobie kwiecistą, brokatową szatę, która okrywała ją szczelnie od stóp do głów. Nic w jej wyglądzie nie wskazywało na zajmowaną pozycję, z wyjątkiem subtelnego i bardzo drogiego naszyjnika, którego sploty złożone były z logo różnych korporacji. Gdzieś w połowie ramienia wypatrzyłem logo Tau.

Rozpoznałem także, co przedstawia wisior w samym środku naszyjnika – stylizowanego smoka z kołnierzem holograficznych płomieni. Taki sam obrazek miałem wytatuowany na tyłku. Musiałem być kompletnie nieprzytomny, kiedy, mi to robili, bo nic nie pamiętam. Nie powiedziałem jej jednak, że łączy nas wspólna ozdoba na ciele.

Lady Gyotis uśmiechnęła się łaskawie i odwzajemniła spojrzenie, tak jakby nie zauważyła w mojej twarzy nic szczególnego, nawet tych kocio zielonych oczu z podłużnymi źrenicami. Hydrańskich oczu w tej zbyt ludzkiej twarzy – a przecież nie dość ludzkiej.

– Miło mi – odparła. – Bardzo cieszy nas, że mamy pana wśród członków ekipy. Pewna jestem, że pańskie oryginalne spostrzeżenia wniosą duży wkład we wszelkie odkrycia, jakich tu dokonacie.

– Dziękuję – odparłem, przełykając posłuszne „proszę pani”, które cisnęło mi się na usta, i napominając się, że przecież nie dla niej pracuję ani też nie stanowię własności Tau. Tym razem jestem członkiem niezależnej ekipy badawczej.

– Mamy nadzieję, że jego obecność w składzie ekipy będzie swego rodzaju demonstracją dobrej woli wobec... – Kensoe zerknął na mnie z ukosa – ...lokalnej hydrańskiej społeczności – dokończył z uśmiechem.

Nie odpowiedziałem mu tym samym.

– Miejmy taką nadzieję – mruknęła lady Gyotis. – Wiecie, że mamy tu dzisiaj inspektorów z FKT.

Spotkałem już tych federalnych i nie zazdrościłem Kensoe. Ale z drugiej strony, aż tak bardzo go znów nie żałowałem.

– Tak, proszę pani – odpowiedział, rozglądając się tak niespokojnie, jakby podejrzewał, że gdzieś tu się czają wynajęci mordercy. – Jesteśmy gotowi na ich przyjęcie. Myślę, iż sami się przekonają, że nasze... ee... problemy zostały mocno przesadzone.

– Miejmy nadzieję – powtórzyła lady Gyotis. -Toshiro! – zawołała niespodziewanie, unosząc do góry dłoń.

Ktoś lawirował przez tłum w naszą stronę. Kensoe zesztywniał, ja także. Idący ku nam nieznajomy miał na sobie mundur szefa ochrony. Sprawdziłem logo na hełmie, którego nie zdjął nawet tutaj: Draco. Garnitur biznesmena był w kolorach głębokiej zieleni i miedzi – barwach tego konglomeratu. Na fałdzistej wierzchniej szacie nosił istną wystawę pozbawionych znaczenia świecidełek. Na identyfikatorze widniało: SAND.

Nie było mowy o tym, żeby jakiś szef Korporacji Bezpieczeństwa fatygował się z macierzystego biura przez pół galaktyki tylko po to, żeby wziąć udział w jakimś tam przyjęciu. Ciekawe w takim razie, jak głęboko Tau utkwiło w bagnie.

– Lady Gyotis. – Z uśmiechem skłonił lekko głowę w jej stronę. Wciąż uśmiechnięty, skierował wzrok na mnie.

Nie wiedziałem, co ma oznaczać ten grymas. Nie potrafię go odczytać... Przestań. Sam za nic nie mogłem zmusić się do skrzywienia ust, które choćby z grubsza mogło uchodzić za przyjazne. Spotkałem w życiu wielu strażników i żołnierzy. I żadnego nie zdarzyło mi się polubić.

Sand miał gładką, złocistą skórę; pod fałdą powieki podcybernowane oczy, srebrzyste i matowe, przypominały łożysko kulkowe. Jedno spojrzenie takich oczu wystarczyło, by przejrzeć człowieka do samych trzewi. Inny szef korb, którego kiedyś poznałem, miał dokładnie takie same – należały do niezbędnego na tym stanowisku wyposażenia. Im więcej władzy miała konglomeratowa figura, tym więcej potrzebowała biocybernetycznych udoskonaleń. Zwykle najbardziej skomplikowanych kabli wcale się nie widziało – większość ludzi wciąż jeszcze tkwiła zbyt głęboko w ksenofobii, żeby taka naga prawda nie kłuła ich w oczy. U lady Gyotis także wszystko wyglądało najzupełniej normalnie, a przecież musiała kryć w środku potężną ilość biocybernetyki. Firmy wchodzące w skład Draco specjalizowały się w najlepszych urządzeniach tego typu.

Ale niektóre zawody wręcz wymagały dziwnego wyglądu, gdyż od niego zależał większy zakres władzy. Do takich należał zawód Sanda.

– Panie Kocie – mówiła lady Gyotis – pozwoli pan, że mu przedstawię naszego szefa ochrony, Toshiro Sanda... – Jakby tego nie było widać na pierwszy rzut oka. Nie przedstawiła go ani Protzowi, ani Kensoe. Obaj wyglądali teraz tak, jakby woleli znaleźć się o tysiąc mil stąd. Może już zdążyli poznać go wcześniej. – Na nim takie duże wrażenie zrobiła pańska interpretacja znaczenia Monumentu.

Wykrzywiłem się, mając nadzieję, że weźmie to za uśmiech. Wyciągnął do mnie rękę. Minęła dobra chwila, zanim połapałem się, co to oznacza. W końcu jednak wyciągnąłem ku niemu dłoń i pozwoliłem, żeby ją uścisnął.

– Skąd pan pochodzi, panie Kocie? – zapytała mnie lady Gyotis.

– Z Ardattee – odparłem, powracając do niej spojrzeniem. – Z Quarro.

– Z samej Osi? – Była wyraźnie zaskoczona. Quarro to główne miasto na Ardattee, a Ardattee przejęła od Ziemi rolę centrum we wszystkim, co się naprawdę liczyło. – A skąd u pana ten czarujący akcent? Spędziłam tam wiele czasu, ale nigdy nie zetknęłam się z niczym podobnym.

– Stare Miasto – mruknął Sand. – To akcent ze Starego Miasta.

Zobaczyłem, że lady rzuca mu zaskoczone spojrzenie. Nigdy pewnie nie widziała Starego Miasta Quarro – slumsów, zbiornika z pokarmem dla Robót Kontraktowych. Próbowałem wymazać z głosu tamto brzmienie, ale nie potrafiłem, tak samo jak nie potrafiłem wyrzucić z pamięci tamtego miejsca.

Sand spojrzał teraz na mnie, a widząc moje ściągnięte brwi, dodał:

– W takim razie jeszcze bardziej imponują mi pańskie osiągnięcia.

Nic nie odpowiedziałem.

– Szczerze mówiąc, spodziewałem się, że jest pan starszy. Koncepcje w pańskiej monografii sugerowały sporą dojrzałość umysłową.

– Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek był młody – odparłem, a lady Gyotis parsknęła trochę dziwnie brzmiącym śmiechem.

– Pani Perrymeade powiedziała mi, że ta oryginalna interpretacja wyszła od pana – ciągnął Sand, jakby mnie w ogóle nie słyszał. -Ten znakomity wizerunek „śmierci Śmierci”. Skąd zaczerpnął pan pomysł takiego podejścia?

Otworzyłem usta, zamknąłem, przełykając słowa, które miały smak goryczy. Nie wierzę, żeby mówił cokolwiek serio, nie wierzę, że patrzą na mnie jak na równego sobie. Bardzo chciałbym wiedzieć, czego właściwie chcą...

– Kocie – odezwał się jakiś głos za moimi plecami i tym razem od razu go rozpoznałem. To Kissindra Perrymeade stała za mną jak służby ratownicze, zawsze gotowa podjąć konwersacyjną pałeczkę tam, gdzie ją upuściłem. Naprawiała wszystkie moje towarzyskie gafy, od kiedy tu przyjechaliśmy. Miała tak znakomite wyczucie czasu, jakby zamiast mnie czytała w myślach.

Z wdzięcznością skinąłem jej głową, zresztą nie pierwszy raz. I już nie udało mi się oderwać od niej wzroku. Nigdy dotąd nie widziałem jej w takim stroju jak na konglomeratowym pokazie zamiast jak zwykle na roboczo. Ona także nigdy wcześniej nie miała okazji mnie oglądać w takiej sytuacji. Ciekawe, jak jej się to podoba – czy czuje się tak samo jak ja, kiedy patrzę na nią!

Przyjaźniliśmy się przez większość czasu naszych wspólnych studiów. Byliśmy tylko przyjaciółmi. Odkąd ją znałem, miała stałego faceta – Ezrę Ditreksena. Był analitykiem systemów i z tego, co wszyscy mówią – niezłym. Był także niezłym fiutem. Spędzali więcej czasu na kłótniach niż reszta ludzi na rozmowach; nie mogłem pojąć, dlaczego go nie rzuci. Ale co ja mogę wiedzieć o długich związkach?

To właśnie Kissindra nękała mnie dopóty, dopóki nie złożyłem w miarę spójnie pomysłów, które naszły mnie kiedyś na temat dzieła zwanego Monumentem. Jego wymarli twórcy pozostawili swój wyraźny bioinżynieryjny podpis, rozproszony po całym ramieniu galaktycznej spirali, zaszyfrowany w DNA garstki innych jeszcze bardziej niesamowitych i tajemniczych tworów, między innymi także obłocznych wielorybów.

Kissindra przyszła na przyjęcie z wujem, Janosem Perrymeade’em. Był jakąś ważniejszą figurą w Tau, jak większość tutaj obecnych. Pomysł sprowadzenia ekipy badawczej wyszedł od niego. On także załatwił nam pozwolenie oraz zdobył odpowiednie fundusze na badania nad obłocznymi wielorybami i rafami. Patrzyłem, jak stoją obok siebie, Kissindra i jej wuj, i widziałem te same przejrzystoniebieskie oczy, te same lśniące brązowe włosy. Miałem ochotę go polubić, zaufać mu, tylko dlatego że tak bardzo byli do siebie podobni. Jak do tej pory nie zrobił jeszcze nic, co zmusiłoby mnie do zmiany zdania.

Po jej drugiej stronie zmaterializował się nagle Ezra Ditreksen, zupełnie swobodny w oficjalnych ciuchach, tak jak chyba wszyscy tutaj poza mną. Nie studiował ksenoarcheologii, ale ekipa potrzebowała analityka systemów, a fakt, że sypiał z kierowniczką wyprawy, czynił z niego jedyny logiczny wybór. Kiedy mnie zobaczył, naburmuszył się – postawa u niego równie automatyczna jak oddychanie. Gdyby się nie naburmuszył, mógłbym zacząć się martwić.

Pozwoliłem, żeby zajął moje miejsce w rozmowie, ten jeden raz nie wadziło mi to. Miałem gdzieś, że mnie nie lubi, i wcale się nie martwiłem, że nie wiem dlaczego. Skoro jest bogatym spadkobiercą patentu na opracowywanie danych i pochodzi z Ardattee, musi mieć po temu więcej powodów niż szarych komórek w mózgu. A może wystarczyło, że raz zobaczył, jak Kissindra rysuje moją twarz w notatniku elektronicznym, zamiast jak zwykle szkicować skrupulatnie kolejny eksponat. Z mijającej mnie tacy wziąłem kolejnego drinka. Tym razem naburmuszył się Protz.

Odwróciłem od niego wzrok, przestawiając się na toczącą się obok rozmowę. Obok mnie stał Ditreksen, który pytał akurat Perrymeade’a, w jaki sposób został komisarzem do spraw Obcych w Tau. W tym na pozór niewinnym pytaniu najwyraźniej coś się kryło, bo jego ton mocno mnie zastanowił. Nie byłem jednak pewien, dopóki nie zobaczyłem dziwnego drgnienia na policzkach Perrymeade’a. A więc to nie tylko moja bujna wyobraźnia.

Perrymeade odpowiedział mu uprzejmym towarzyskim uśmiechem, który nie zagościł w jego oczach, i odparł:

– Tak jakoś się złożyło... Zainteresowanie ksenologią jest u nas rodzinne. – Zerknął na Kissindrę, tym razem z prawdziwym uśmiechem. – Miałem na tym polu niejakie doświadczenie. W chwili kiedy Tau potrzebowało kogoś na miejsce w komisji do spraw Obcych, wybrali mnie.

– Jest pan jedynym takim agentem? – zapytałem, zastanawiając się w duchu, czy rzeczywiście na Ucieczce pozostało aż tak niewielu Hydran.

– Nie, oczywiście, że nie. – Sprawiał wrażenie zaskoczonego. – Jestem jedynym, który ma bezpośredni kontakt z Radą Hydrańską. Rada kontaktuje się z naszą agencją w imieniu całego ludu.

Odwróciłem spojrzenie, nękany niespokojnym odczuciem, któremu nie potrafiłem nadać nazwy. Przeszukiwałem wzrokiem tłum w pogoni za trzema Hydranami; wypatrzyłem ich w końcu po drugiej stronie sali, ledwie widocznych wśród gęstwy ludzkiej.

– Przypuszczam, że doskonale za to płacą – mruknął Ezra, przeciągając słowa, jakby chciał w nich przemycić coś zupełnie innego. – Skoro opłaca się przyjmować wszystkie związane z tą pracą... wyzwania.

Odwróciłem się do nich z powrotem i zobaczyłem, że Perrymeade wyraźnie sili się na uśmiech.

– Owszem, ta praca stawia wyzwania, ale ma też i dobre strony. Choć moja rodzina nadal nie pozwala mi się przyznać, w jaki sposób zarabiam na życie. – Usta Perrymeade’a drgnęły, a Ditreksen wybuchnął śmiechem.

Perrymeade zorientował się, że na niego patrzę, że patrzy na niego Kissindra. Zarumienił się, a skóra poczerwieniała mu tak samo, jak to czasami widywałem u niej.

– Rzecz jasna, pieniądze to nie jedyna satysfakcja, jaką czerpię ze swojej pracy... – Obrzucił Ditreksena tym rodzajem spojrzenia, jakie zwykle rzucamy komuś, kto podpuścił nas publicznie. – Konflikty, jakie mogą się pojawić tam, gdzie potrzeby hydrańskiej populacji i interesy Tau nie są zbieżne, sprawiają, że... moja praca stwarza mi wyzwania, jak pan to ujął. Ale i bliższe poznanie Hydran wiele mnie nauczyło... Wyjątkowe różnice między naszymi dwoma kulturami, uderzające podobieństwa... To wspaniały i bardzo elastyczny lud. – Obejrzał się w moją stronę, jakby chciał sprawdzić, czy wyraz mojej twarzy uległ zmianie. A może po prostu nie chciał widzieć, jak zmienia się twarz Ezry. Jego spojrzenie odbiło się od mojej twarzy jak kropla wody w zetknięciu z rozżarzonym metalem i znów wylądowało na Kissindrze.

Jej oblicze przez dłuższą chwilę nie pokazywało żadnego uczucia, aż w końcu pojawiło się na nim coś, co wyglądało na uśmiech. Odwróciła się do Sanda, a milczenie powiedziało więcej niż godziny przemówień.

Słuchałem, jak kończy opowiadać Sandowi o tym, w jaki sposób doszliśmy do końcowych wniosków w badaniach nad planetą-eksponatem zwaną Monumentem i nad tymi, którzy ją dla nas zostawili – zaginioną rasą, z braku lepszego określenia zwaną przez ludzi Twórcami.

Twórcy odwiedzili także Ucieczkę, całe tysiąclecia temu, zanim na zawsze opuścili ten wszechświat dla jakiejś innej płaszczyzny istnienia. Obłoczne wieloryby i rafy były kolejną kosmiczną zagadką, którą pozostawili nam do rozwiązania, a może po prostu do podziwiania. Mało zaskakującym zbiegiem okoliczności rafy stały się główną podstawą istnienia Tau oraz powodem, dla którego Draco wykupiło pakiet kontrolny tego świata.

– Ale w jaki sposób uzyskał pan tak głęboki wgląd w symbolizm Monumentu? – zapytał mnie Sand – po raz drugi, jak sobie zdałem sprawę – bo Kissindra mnie przypisała całą zasługę.

– Ja... Po prostu tak mnie naszło. – Spuściłem wzrok i zobaczyłem w pamięci Monument: całkowicie sztuczny świat, stworzony przez technikę tak dalece wyprzedzającą naszą, że przypominała nam czary; dzieło sztuki poskładane z kawałków i fragmentów, z kości wymarłych planet.

Z początku wydawało mi się, że to pomnik śmierci, upadku zaginionych cywilizacji – przypomnienie dla tych, co przyjdą tu po nich, że Twórcy odeszli tam, gdzie nikt nie dojdzie. Ale po jakimś czasie zobaczyłem Monument jeszcze raz, i tym razem inaczej – nie jako kamień nagrobny, lecz jako drogowskaz nakierowany w niewyobrażalną przyszłość – pomnik śmierci Śmierci.

– ...ponieważ wykazuje nadzwyczajną wrażliwość na przekazy podprogowe zakodowane w całej strukturze Monumentu – dokończyła za mnie Kissindra, kiedy podniosłem wzrok.

– No tak, w tym jest najlepszy, w tego rodzaju instynktownym, intuicyjnym podejściu – dodał Ezra, wzruszając ramionami. – Biorąc pod uwagę jego pochodzenie... Kissindra i ja włożyliśmy w to później całe godziny poszukiwań i analiz statystycznych, żeby znaleźć dane, które potwierdzą tę hipotezę. To właściwie my skonstruowaliśmy całe studium...

Zmarszczyłem brwi, a Kissindra wtrąciła:

– Ezra...

– Nie mówię, że nie należy mu się uznanie... – dodał szybko Ditreksen, łapiąc jej spojrzenie. – Bez niego nie byłoby koncepcji. Już samo to sprawia, że niemal chciałbym być pół-Hydraninem... – Zerknął na mnie z lekkim skrzywieniem ust. Popatrzył na Sanda i pozostałych, badając ich reakcje.

Nastąpiła długa chwila ciszy, po której odezwałem się, patrząc wprost na Ditreksena:

– A ja czasami chciałbym, żebyś choć w połowie był człowiekiem.

– Pozwoli pan, że przedstawię pana naszym hydrańskim gościom – wtrącił Perrymeade, chwytając mnie za ramię i delikatnie odciągając. Przypomniałem sobie, że to właśnie on jest odpowiedzialny za niezbyt stabilne stosunki międzyrasowe Tau. – Bardzo chcieliby pana poznać.

Nagle zdałem sobie sprawę, że jestem czymś więcej niż tylko kolejnym wymiennym członkiem ekspedycji, węzłem w tej sztucznej konstrukcji, która ma zrobić wrażenie na wysłannikach FKT.

Stanowiłem rodzaj żywego dowodu na to, że nie są ludobójczymi wyzyskiwaczami – a w każdym razie, że już nie są.

Nie widziałem teraz dookoła siebie nic z wyjątkiem tych trojga Hydran, którzy patrzyli na nas wyczekująco z drugiego końca sali. Nagle poczułem się tak, jakby te wszystkie przylepki, kamfy i pochłonięte drinki zaskoczyły i zaczęły działać jednocześnie.

Hydranie zbili się w gromadkę i patrzyli wprost na nas. Stali tak przez cały czas, blisko siebie, jakby chcieli zachować przewagę liczebną. Ale ja byłem sam, w całym tym tłumie nie znalazłby się drugi taki jak ja – podobnie jak w każdym innym tłumie. Perrymeade poprowadził mnie w tamtą stronę, a potem zatrzymał tuż przed nimi, jakbym był jednym z krążących tu robotów z tacami.

Hydranie mieli na sobie odzienie, które wyglądałoby zupełnie odpowiednio na każdym z obecnych na tej sali – było tak samo dobrze skrojone i równie drogie, choć nie w barwach żadnego z konglomeratów. Ale mój wzrok natychmiast odnotował brak czegoś istotnego, czegoś, co zawsze sprawdzałem u innych ludzi – bransolet danych. Żadne z nich nie miało bransolety danych. Byli nieosobami. Hydranie nie istnieli dla sieci federacyjnej, która miała wpływ na każdy szczegół życia ludzi od urodzin do śmierci.

Perrymeade dokonał prezentacji. Ta część mózgu, którą wyćwiczyłem w zapamiętywaniu wszystkiego, przyswoiła ich imiona, ale nie słyszałem ani słowa z tego, co do mnie mówił.

Dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Jeden z mężczyzn był wyraźnie starszy od pozostałej dwójki, miał twarz zniszczoną przez słońce i wiatr, tak jakby wiele czasu spędzał na wolnym powietrzu. Młodszy mężczyzna sprawiał wrażenie wydelikaconego, jakby nigdy w niczym nie musiał się wysilać. Kobietę charakteryzowała pewna ostrość rysów, nie wiem, czy brała się z inteligencji, czy z wrogości.

Stałem, przyglądając im się uważnie, studiując wzrokiem płaszczyzny i kąty ich twarzy. Znajdowałem tu wszystko, czego można się spodziewać w ludzkiej twarzy. Różnice były bardzo subtelne, o wiele bardziej subtelne niż różnice między przypadkowo zestawionymi twarzami ludzi. Ale nie przypominały różnic między ludźmi.

Ich twarze były mimo wszystko obce – w barwie, kształtach, kruchym układzie kości. Oczy mieli całkowicie zielone – jak szmaragdy, jak trawa... jak moje własne. Hydranie patrzyli mi w oczy – widzieli nie tylko zielone jak trawa tęczówki, ale i podłużne kocie źrenice, takie same jak u nich. Twarz miałem zbyt ludzką, żeby mogła należeć do któregoś z nich, ale mimo wszystko było w niej coś subtelnie obcego...

Poczułem, że zlewam się potem, uświadomiwszy sobie, iż komentują mój wygląd nie tylko samym spojrzeniem. Wszyscy urodzili się z szóstym zmysłem – ja także. Tylko że ja go utraciłem. Zniknął, a za sekundę ich oczy staną się chłodne, za sekundę odwrócą się ode mnie.

Poczułem, że zaczynam się trząść, stojąc tak przed nimi w wieczorowym ubraniu – telepało mną tak, jakbym sterczał na którymś z rogów Starego Miasta i pilnie potrzebował działki. Perrymeade dalej coś mówił, jakby niczego nie zauważył. Widziałem, że twarze Hydran zaczynają przybierać pytający wyraz. Wymienili między sobą zaciekawione, lekko nachmurzone spojrzenia, czemu towarzyszył przekaz telepatyczny, w którym kiedyś mogłem wziąć udział. Zdawało mi się, że poczułem w głowie szept myślowego kontaktu, delikatny jak pocałunek, poczułem, że psychotroniczny Dar, z którym się urodziłem, przycupnął trwożliwie w ciemnościach tak absolutnych, że nawet nie mogłem być pewien, czy naprawdę cokolwiek poczułem.

– Czy jesteś...? – Kobieta urwała, szukając w myślach odpowiedniego słowa. Dotknęła głowy dłonią koloru gałki muszkatołowej. Na jej twarzy pojawiło się niedowierzanie, a ja domyśliłem się z łatwością, o jakie słowo jej chodzi. Patrzyłem, jak zmieniają się twarze pozostałych Hydran – u młodszego zobaczyłem coś na kształt obrzydzenia, u starszego nie potrafiłem nic rozpoznać.

Perrymeade przerwał, potem znów zaczął coś gadać jak ktoś, kto za nic nie przyzna, że wszyscy pogrążamy się właśnie w ruchomych piaskach. Brzęczał coś o tym, że moja obecność w ekipie oznacza, iż „znalazł się tam ktoś bardziej wyczulony na kulturowe interesy Hydran”.

– Czy jesteś? – Starszy mężczyzna patrzył teraz wprost na mnie. Moja eidektyczna pamięć wypluła jego imię: Hanjen. Członek Rady Hydrańskiej. Perrymeade nazwał go „rzecznikiem praw obywatelskich”, co znaczy, jak mi się zdaje, coś w rodzaju negocjatora. Hanjen przekrzywił na bok głowę, jakby nasłuchiwał odpowiedzi, której nie mogłem mu dać – albo czegoś innego, czego mu nie ofiarowałem, czego nigdy nie będę mógł mu ofiarować.

– W takim razie proponuję – mruknął, jakbym potrząsnął przecząco głową, może zresztą tak zrobiłem – żebyś przyszedł do nas.... o tym porozmawiać.

Obróciłem się na pięcie, zanim ktokolwiek zdążył coś dodać albo mnie powstrzymać. Przepchnąłem się przez tłum i popędziłem w stronę drzwi.

2

Stałem na zimnym wietrze na nadbrzeżnym bulwarze, wśród ciemniejącego zmierzchu, i po raz kolejny zastanawiałem się, dlaczego nazwano ten świat Ucieczką. Za plecami miałem miasto, a dochodzące stamtąd odgłosy przypominały mi, że prędzej czy później będę musiał się odwrócić i przyjąć do wiadomości jego istnienie. Tau Riverton – uporządkowana, bezduszna siatka konglomeratowej enklawy, uświetnione baraki dla obywateli akcjonariuszy Tau, których przywódcy wciąż jeszcze jedli, pili i kłamali na przyjęciu, gdy tymczasem wypadłem z niego jak pocisk.

Przede mną rozpościerał się łukiem jedyny most, który łączył obie strony głębokiego kanionu, dzielącego Tau Riverton od miasta po drugiej stronie. Kanion był głęboki i szeroki, wyrzeźbiony pewnie wielokilotonowym spadkiem wód. Teraz płynęła tu tylko wąska smuga brązowawej rzeki, wijąca się po dnie tego wąwozu, jakieś sto metrów pode mną.

Spojrzałem jeszcze raz na rozpięty łuk mostu, który na tle pogłębiającego się mroku jarzył się nienaturalnym blaskiem. U jego drugiego końca leżało nie tylko inne miasto, ale też i zupełnie odmienny świat, a raczej to, co z niego pozostało. Hydrański. Obcy. Dotąd tylko zechciała mnie przywieźć z góry zaprogramowana taksówka – nikt i nic nie zawiezie mnie na drugi brzeg rzeki – do Świrowa.

Stąd nic nie dałoby się powiedzieć o tym mieście po drugiej stronie, oddalonym o jakieś pół kilometra fioletowawego zmierzchu. Udało mi się dostrzec coś raz i drugi, kiedy wlokłem się bez celu po pustym zbiegu ulic prowadzących do końca nadbrzeżnej płaszczyzny. W uszach mamrotały mi niewidzialne głosy, kiedy moja bransoletka danych włączała po drodze każdy mijany po kolei wąskopasmowy przekaz. Szeptały, że kara za plucie na chodnik wynosi pięćdziesiąt jednostek kredytowych, za śmiecenie – sto, a za zniszczenie cudzej własności – grzywna do tysiąca jednostek kredytowych łącznie z karą aresztu. Przy każdej wiadomości przed oczyma błyskały mi podprogowe obrazki jak cieplne błyskawice.

Nigdy przedtem nie przebywałem dłużej w konglomeratowej enklawie. Zastanawiałem się teraz, jak to się dzieje, że jej obywatele nie wariują, kiedy na każdym kroku atakowani są przez coś takiego. Może po prostu nauczyli się już tego nie widzieć i nie słyszeć. Ale głowę bym dał za to, że przestali pluć na chodniki.

Daleko w przodzie to, co pozostało z rzeki, sączyło się nad ledwie widoczną przepaścią jak ostatnie krople z opróżnionej butelki. Tam, na wysokościach, zawieszone jak jakiś drapieżny ptak, tkwiło Aerie. Dostrzegałem stąd tę opływową linię gargulca, sylwetkę z kompozytu i przejrzystego ceramostopu, zawieszoną nad światem jak zły omen, mroczny zarys na tle fioletów, różów i złoceń zachodzącego słońca.

Przypomniało mi się, w jaki sposób stamtąd wychodziłem; pomyślałem o tych wszystkich drinkach, jakie tam w siebie wlałem – może za szybko i może za dużo. Pomyślałem także o przylepkach uspokajających, które ponakładałem sobie jeszcze przed wyjściem z hotelu.

Sięgnąłem ręką do karku i oderwałem zużyte i niepotrzebne już plasterki. Przekopałem kieszenie w poszukiwaniu kamfy i wepchnąłem do ust ostatni kawałek, jaki znalazłem. Nieważne, że może to nie był najlepszy pomysł. Westchnąłem, czując, jak kamfa znieczula mi język, i czekałem, aż zrobi to samo z każdą po kolei końcówką nerwową. Czekałem... ale nie pomogło. Dziś wieczorem nic nie pomagało. Nic nie mogło pomóc.

Tylko jedna rzecz mogła mi dać to, czego potrzebowałem, ale tej rzeczy nie znajdę w Tau Riverton. A z każdą sekundą, w ciągu której nie patrzyłem na drugi brzeg rzeki, ta potrzeba wciąż we mnie narastała.

Niech cię diabli. Potrząsnąłem głową, nie wiedząc nawet, kogo miałem na myśli. Oparłem się o kiosk z reklamami, a kolory z jego holograficznych wystaw polały się po mnie jak krew. Kiedy zmieniłem pozycję, zmieniły się też głosy w moim uchu, które szeptały teraz „chodź tu, kup to”, przypominały, że za włóczęgostwo grozi grzywna, za zniszczenie wystawy także. Kolorowe światło zmieniło ubranie, które miałem na sobie, w coś równie impresjonistycznego jak moje wspomnienia z dzisiejszego przyjęcia.

Znów obejrzałem się na drugą stronę rzeki, wepchnąwszy ręce w kieszenie. Miała być wiosna, ale Riverton usytuowane było daleko na południu, tuż przy czterdziestym piątym równoleżniku Ucieczki, w samym środku czegoś, co przypominało pustynię. Nocne powietrze było przejmująco chłodne i robiło się coraz chłodniejsze, a od tego zawsze bolały mnie ręce. Tam, w Starym Mieście, nieraz je sobie odmrażałem. W Quarro wiosna także bywała chłodna. Obserwowałem mgiełkę własnego oddechu, który, skondensowany, musnął mi twarz wilgotnymi palcami.

Znów zacząłem iść, z powrotem tam, skąd przyszedłem, wmawiając sobie, że to tylko dla rozgrzewki. Ale w rzeczywistości zbliżałem się do mostu, jedynego punktu, w którym krzyżowały się ze sobą dwa światy dwóch ludów mieszkających na tej samej planecie, lecz zupełnie osobno.

Tym razem zbliżyłem się na tyle, żeby widzieć wyraźnie przejście – łukowatą bramę, konstrukcyjne szczegóły. Strażników. Dwóch uzbrojonych mężczyzn w mundurach Korporacji Bezpieczeństwa. Wszędzie kolory Tau.

Zatrzymałem się, kiedy ich głowy odwróciły się w moją stronę. Nagle poczułem złość, nawet nie wiem dokładnie o co... Czy o to, co te umundurowane postacie mówiły mi na temat możliwości przejścia z jednego świata do drugiego? Czy tylko o to, że są korbami, a dużo jeszcze wody upłynie, zanim żołądek przestanie mi się kurczyć na widok munduru Korporacji Bezpieczeństwa?

Zmusiłem się, żeby ruszyć w ich stronę, z opuszczonymi rękoma, w schludnym i szacownym ubranku, z bransoletą danych.

Z kamiennym wyrazem twarzy patrzyli, jak się zbliżam, dopóki nie znalazłem się parę kroków od łuku bramy. Pod łukiem było ciepło.

Moja bransoletka włączyła słupy podstawy, które zaraz zalały mnie ogłupiającą masą danych: map, diagramów, ostrzeżeń, regulaminów. Gdzieś w środku tego wszystkiego zobaczyłem własny obraz, ukazujący, że jestem nieuzbrojony, wypłacalny i... nie całkiem trzeźwy.

Patrzyłem na podwójny obraz swojej twarzy – ten z plików i ten obecnie rejestrowany, jakbym spoglądał oczami strażników. Zobaczyłem włosy tak jasne, że w sztucznym świetle wydawały się prawie błękitne. Zapuściłem je do ramion, a potem spiąłem spinką na podobieństwo reszty studentów Latającego Uniwersytetu. Złoty pręcik w uchu wyglądał dość konserwatywnie, podobnie jak całe ubranie. W tym świetle moja skóra przybrała dziwny cienisty odcień, ale nie dziwniejszy niż skóra korb. Spuściłem wzrok w nadziei, że nie zechcą zajrzeć mi w oczy.

Jeden ze strażników studiował uważnie dane, drugi w tym czasie oglądał mnie. Na koniec ten pierwszy skinął głową drugiemu i wzruszył ramionami.

– W porządku.

– Dobry wieczór panu – rzucił mi drugi strażnik z lekkim, uprzejmym ukłonem. Ich twarde twarze nie przejawiały jakichkolwiek oznak zainteresowania, nie pasowały do ugrzecznionego sposobu bycia. Ciekawe, jakie podprogowe przekazy sączą w nich monitory hełmów, czy przypominają im, żeby zawsze byli pełni kurtuazji, mówili „dziękuję” i „proszę”, kiedy zatrzymują obywatela, bo inaczej zobaczą kolejny czarny punkt w aktach, który później odejmie im się od wypłaty.

– Czy ma pan jakieś sprawy po hydrańskiej stronie?

– Nie – mruknąłem w odpowiedzi. – Chciałem tylko... pozwiedzać.

Zachmurzył się, jakbym powiedział coś niewłaściwego albo niezbyt sensownego. Drugi parsknął zduszonym śmiechem, który najwyraźniej usiłował powstrzymać.

– Pan nietutejszy – mruknął ten pierwszy, raczej w formie stwierdzenia niż pytania.

Drugi westchnął ciężko.

– Mam obowiązek przypomnieć panu, że ma pan wysoki poziom alkoholu we krwi, co może wpływać niekorzystnie na pańskie rozeznanie w sytuacji. Bez urazy, proszę pana. – Mówił głosem płaskim jak nagranie. Może nawet bardziej. – Wymagane jest także, proszę pana, abym przekazał panu te informacje. – Wskazał ręką na wyświetlone dane. – Proszę to przeczytać. Mówi się tu o tym, że przyjmuje pan pełną odpowiedzialność za to, co przytrafi się panu po drugiej stronie rzeki. Tam dalej rozciąga się Ojczyzna, która nie podlega jurysdykcji Tau, i Tau nie ponosi za nic odpowiedzialności. Nie możemy zagwarantować panu bezpieczeństwa. – Przyjrzał mi się uważniej, żeby sprawdzić, czy jego słowa w ogóle do mnie docierają. I jeszcze uważniej, bo nagle zauważył moje oczy – zielone jak trawa tęczówki z długimi, kocimi źrenicami.

Obejrzał sobie całą moją twarz i zobaczyłem, że marszczy brwi. Zerknął na informacje wyświetlone z mojej bransoletki danych – niezbitego dowodu na to, że jestem pełnoprawnym obywatelem Federacji Ludzkiej. Jeszcze raz spojrzał mi w twarz, nadal ze ściągniętymi brwiami. Ale rzucił tylko:

– Godzina policyjna zaczyna się o dziesiątej. Przejście jest zamykane na noc... jeśli zechce pan wrócić – dokończył już odwrócony plecami do mnie. Mruknął do drugiego strażnika coś, czego nie dosłyszałem. Ruszyłem dalej.

Po moście szło ledwie kilkoro ludzi. Starałem się na nich nie patrzeć, oni także zbytnio się nie rozglądali. Minął mnie jeden czy dwa nieduże pojazdy naziemne, tak niespodziewanie, że musiałem uskoczyć im z drogi. Kanion pod mostem wypełniały cienie, a pod nimi na niewidocznej powierzchni wody tańczyło światło.

Kiedy dotarłem do końca mostu, interesowało mnie już tylko to, co przede mną. Rozróżniałem jakieś bliżej nieokreślone kształty i chaotyczne rozbłyski świateł, ale każdy kolejny krok zdawał się trudniejszy od poprzedniego.

Skupiłem się w sobie, próbując dokonać czegoś z myślami – chciałem je skoncentrować w wiązkę, żeby słuchać, sięgnąć przed siebie i przemówić tajemnym językiem, którym musi teraz rozmawiać tysiące osób dookoła mnie, na drugim końcu mostu.

Ale nic z tego. To oni byli psychotronikami, telepatami – a nie ja. Próżne usiłowanie dowiodło tylko tego, co i tak wiedziałem: że to, co minęło, po prostu minęło. Że nad tym, na co nie da się nic poradzić, nie ma co płakać. A nawet pamiętać...

Drżałem cały w ten sam sposób, w jaki trząsłem się na przyjęciu pod spojrzeniami trójki Hydran. Wmawiałem sobie, że to z zimna, gdy stałem tak wśród nadchodzącej nocy, przy końcu zimy w innym świecie, w którym jestem zupełnie obcy. A nie dlatego, że cały jestem tak kompletnie sparaliżowany strachem, aż mam ochotę się porzygać – zrobić cokolwiek z wyjątkiem kolejnego kroku naprzód.

A jednak nie miałem wyboru. Znów ruszyłem przed siebie, bo wiedziałem, że jeśli teraz sobie na to nie pozwolę, nie będę mógł spać, jeść, nigdy nie będę w stanie skupić się na pracy, którą mam tu wykonać.

W końcu dotarłem do końca mostu, na teren Hydran. Kiedyś cała ta planeta była terenem Hydran, dopóki się tu nie pojawiliśmy, żeby im ją odebrać. To była ich rodzinna planeta, ich Ziemia – ten świat uczynili centrum cywilizacji, która ciągnęła się przez całe lata świetlne, podobnie jak teraz Federacja Ludzka.

Cywilizacja ta przeszła już szczytowy okres swego rozwoju i chyliła się ku upadkowi, kiedy nastąpiło jej pierwsze spotkanie z Federacją. Z początku nawet się cieszyliśmy – wreszcie mamy żywy dowód na to, że nie jesteśmy sami w tej galaktyce, a pierwsi „obcy”, na jakich się natknęliśmy, bardziej są do nas podobni niż niektóre rasy ludzkie do siebie nawzajem.

Studia genetyczne wykazały, że podobieństwo może wynikać z czegoś więcej niż tylko przypadkowego zbiegu okoliczności, że Hydranie i ludzie mogą być w rzeczywistości dwoma połówkami dawno rozdzielonej całości. Możliwe, że całe swoje istnienie zawdzięczamy jakiemuś niepojętemu eksperymentowi bioinżynieryjnemu, że cała ludzkość może być niczym więcej, jak tylko enigmatyczną kartą wizytową Twórców. Hydranie i ludzie – ci, co mają, i ci, co nie mają – rozdzieleni przez psychotroniczne talenty.

Hydranie rodzili się ze zdolnością do wkraczania w pole kwantowe, ten niesamowity subatomowy wszechświat kwarków i neutrin, ukryty w samym sercu oszukańczego porządku, który zwiemy Rzeczywistością. Spektrum mechaniki kwantowej to dla przeciętnej istoty ludzkiej czarna magia, mimo że ludzki umysł najwyraźniej pracował według jej zasad. Zwykły człowiek ledwie jest w stanie potraktować serio założenia elektrodynamiki kwantowej, a cóż tu dopiero mówić o wymyślaniu takich sposobów załamania fal prawdopodobieństwa, które pozwoliłyby manipulować polem QM.

Ale psychotronik potrafi instynktownie podłączyć się do pola kwantowego, umie manipulować nieprawdopodobieństwami w takim punkcie, gdzie Dar wpływa w widoczny sposób na namacalny, widzialny świat, dzielony z „normalnymi”, psychotronicznie kalekimi ludźmi. Makrokosmiczne współunoszenie efektów kwantowych pozwalało psychotronikowi na dokonywanie takich rzeczy, które ludzie przed spotkaniem z Hydranami uznawali za zupełnie niemożliwe. Ta jedyna, ale decydująca różnica stanowiła o potędze Hydran. Stała się także ich śmiertelną słabością, kiedy napotkali ludzi.

Z początku Federacja Ludzka i Hydranie współistnieli w pokoju. Wydawało się to naturalne, kiedy w czeluściach kosmosu zdarzył się kontakt między dwiema „obcymi” rasami, między którymi podobieństwa sięgają poziomu DNA. Wydawało się naturalne, że nawiążą się między nimi przyjaźnie, mieszane małżeństwa, współpraca. Te międzyrasowe związki wkrótce zaczęły wydawać na świat potomstwo, przelewając hydrańskie psychogeny w jałowe wody ludzkich genetycznych sadzawek, jak krople farby zabarwiające je na nowy kolor.

Ale pokojowe współistnienie, jakie nastało zaraz po pierwszych kontaktach, nie trwało długo. Im częściej Federacja Ludzka natykała się na Hydran na tych właśnie planetach, na które ostrzyły sobie zęby jej konglomeraty, tym mniej chciała uznawać prawo pierwszeństwa.

Odtąd stosunki między obiema rasami raptownie zaczęły się pogarszać – tym szybciej, że konglomeraty wkrótce odkryły, iż tam gdzie próbują zepchnąć Hydran z zajmowanego terytorium, Hydranie wcale nie stawiają oporu.

Właśnie z powodu tego, kim byli i czego mogli dokonać za pomocą psychotronicznych zdolności, Hydranie ewoluowali w taki sposób, jaki czynił ich praktycznie niezdolnymi do użycia przemocy. Jeśli można było zabić myślą – zatrzymać cudze serce, spowodować zator w mózgu, połamać komuś kości, nawet ich nie dotykając – musiał istnieć jakiś mechanizm, który by temu zapobiegał.

I rzeczywiście istniał. Jeśli Hydranin kogoś zabił, rykoszet niszczył wszelkie zapory w mózgu zabójcy. Każde morderstwo stawało się od razu samobójstwem. Naturalna selekcja działała sprawnie... aż zjawiła się Federacja.

Ponieważ ludzie nie posiadali praktycznie żadnych psychotronicznych uzdolnień, zabijanie nigdy nie sprawiało im większych problemów. Zmietli Hydran jak ptaki złapane w sieć – szybko, podczas licznych najazdów, i wolniej, spychając tych, którym udało się przetrwać, do „ojczyzn”, gdzie stawali się wyrzutkami w swym własnym świecie, albo przerzucając ich do miejsc takich jak Stare Miasto, gdzie się urodziłem. Nadal zdarzali się ludzie z domieszką krwi hydrańskiej, ale większość tych domieszek zdarzyła się już dawno temu, zanim ludzie i Hydranie zaczęli wzajemnie się nienawidzić.

Ci z ludzi, którzy mieli w sobie jeszcze kilka hydrańskich genów, traktowani byli jak podludzie, zwłaszcza gdy, jak to często się zdarzało, wykazywali jakiekolwiek psychotroniczne zdolności. Pozbawieni poparcia i nieumiejący prawidłowo korzystać ze swego Daru, psychotronicy byli dla normalnych ludzi dziwolągami – „świrami”, których należało przynajmniej trwale zepchnąć na samo dno drabiny społecznej i ignorować, o ile nie aktywnie prześladować.

A jeśli ktoś za bardzo przypominał wyglądem Hydranina, jeśli przypadkiem miał matkę Hydrankę – jeśli było się półkrwi mieszańcem, wytworem krzyżówki tak świeżej, że musiała się zdarzyć jeszcze za życia większości tych, których się spotyka – tym gorzej. Wiedziałem o tym dobrze, bo sam taki byłem.

Większość życia spędziłem w Starym Mieście, w slumsach pogrzebanych pod Quarro, a tam, żeby przeżyć, musiałem robić takie rzeczy, które ludziom nie śnią się nawet w najczarniejszych koszmarach. A przy tym nie mogłem nawet korzystać z Daru, z jakim się urodziłem – z telepatii, która pozwoliłaby mi rozeznać się, komu mogę zaufać, podpowiedziałaby, jak mam się chronić, a może nawet pomogłaby zrozumieć, dlaczego przytrafiają mi się wciąż te same obrzydliwości.

Po długim czasie, przy dużym łucie szczęścia i wielu cierpieniach, udało mi się wydostać ze Starego Miasta. Nauczyłem się czytać, potem korzystać z sieci. Dowiedziałem się o dziedzictwie, które utraciłem wraz ze śmiercią matki – tak dawno temu, że nawet nie pamiętam jej twarzy.

A teraz, po zbyt wielu już latach zwykłych i świetlnych, stanąłem wreszcie na hydrańskiej ziemi.

Nie było tu nic, nikt nie strzegł tej części mostu. Obejrzałem się przez ramię: oświetlona płaszczyzna wydała mi się niewyobrażalnie długa i krucha, surrealistycznie jasna. Widziałem budkę strażniczą na drugim końcu. I nagle zastanowiło mnie, co też, u diabła, kazało im myśleć, że mogą w ten sposób zatrzymać tych, którzy potrafią się teleportować – w mgnieniu oka wysłać się przez świetlny punkcik czasoprzestrzeni w zupełnie inne miejsce. Ale zaraz przypomniałem sobie, że nie można teleportować się w miejsce, w którym się nigdy nie było.

A może ci strażnicy mieli za zadanie trzymać ludzi na swoim miejscu.

Minęło mnie dwoje takich, ubranych w biurowe garnitury Tau. Ze sposobu, w jaki się poruszali, wynikało jasno, że chcą jak najprędzej dopaść mostu i wynieść się stąd. Przed sobą miałem ulicę znacznie ciemniejszą niż most, nie istniało tu żadne sztuczne oświetlenie. O tej porze obywatelom Tau musiało być trudno odnaleźć drogę.

Zaskoczyło mnie, że Hydranie nie poczynili żadnych ułatwień dla ślepych nocą ludzi. Ale przecież to właśnie usiłował przekazać mi strażnik – że po zmierzchu nikt o zdrowych zmysłach nie udaje się z wizytą do Świrowa.

Ruszyłem w głąb najbliższej ulicy. Nawet w gęstniejących ciemnościach potrafiłem dostrzec frontony budynków. Miały nie więcej niż trzy, cztery piętra, ale wtapiały się w siebie jak segmenty ula, tak że nie sposób było określić, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. Cała architektura oparta była na krzywych organicznych, a ściany wzniesiono z materiału, którego nie potrafiłem zidentyfikować, w dotyku zbliżonego do ceramostopu. Niemal wszędzie gładkie, nieprzepuszczalne powierzchnie pokryto mozaikami z kolorowych płytek, które musiano ułożyć na podłożu, jeszcze zanim zastygło.

Nie mógłbym chyba sobie wyobrazić czegoś mniej podobnego do odizolowanej geometrii ludzkiego miasta po drugiej stronie rzeki. Zastanawiałem się przez chwilę, czy Hydranie celowo nie wybudowali swojego miasta w taki sposób, jako odpowiedź na

Tau Riverton. Ale zaraz przypomniałem sobie, że to raczej hydrańskie miasto, podobnie jak sami Hydranie, było tu pierwsze. Ludzkie miasto zatem stanowiło obraźliwe wyzwanie.

Szedłem dalej krętymi uliczkami w głąb Świrowa, próbując roztopić w gęstniejących ciemnościach własne poczucie wyalienowania. Minęło mnie jeszcze kilka pojazdów naziemnych. Ich przejazd odbijał się echem od każdej zewnętrznej powierzchni; okna miały zawsze zaciemnione. Po tej stronie rzeki najwyraźniej nie latały żadne mody.

Im bardziej oczy przywykały do mroku i dziwnych widoków dookoła, tym częściej napotykałem wzrokiem miejsca, w których coś psuło się lub kruszyło. Widziałem płytki mozaik, piętrzące się w usypiskach wśród kurzu i gruzu, barykady z porzuconych gratów, a wśród cieni podpierające ściany lub wyciągnięte na ziemi postacie, odsypiające kolejny dzień.

Brud, śmieci i wygląd bram zaczął mi coraz bardziej przywodzić na myśl Stare Miasto, ukryte podbrzusze Quarro, gdzie dach świata ledwie sięgał wysokości dziesięciu metrów, a w którąkolwiek stronę człowiek się obrócił, zawsze natykał się na ścianę. Dziwne, że to podobieństwo nie od razu rzuciło mi się w oczy. Może dlatego, że zbyt długo mieszkałem w Starym Mieście i do takich widoków przywykłem. Może dlatego, że chciałem widzieć Hydran jako istoty doskonałe i nie chciałem dostrzec nic, co wymusiłoby na mnie przyznanie, że i oni mają skazę, wprawiają mnie w zakłopotanie, są zbyt ludzcy... Za bardzo przypominają mnie samego.

Próbowałem nie wpatrywać się więcej we wszystkie popękane ściany. Teraz na ulicach mijali mnie już tylko Hydranie. Niemal wszyscy nosili ubrania w ludzkim stylu, który musiał przeniknąć tu zza rzeki. Większość tych strojów wyglądała tak, jakby noszono je przez wiele lat, zanim zetknęły się z hydrańską skórą.

Zaskoczyło mnie, że na ulicach widzę tak niewiele osób, że tak niewiele budynków wykazuje jakiekolwiek oznaki życia. Nigdzie nie dostrzegłem dzieci. Zastanawiałem się, czy wszystkie kładą się do łóżka zaraz po zachodzie słońca, czy po prostu czegoś tu nie rozumiem. Większość dorosłych miała włosy równie jasne jak moje, większość także miała nieco ciemniejszy kolor skóry: imbirowozłoty, muszkatołowobrązowy albo cynamonowy. Odcienie te były równie zróżnicowane jak kolory ludzkiej skóry, ale nie przypominały tych, które widywałem u ludzi, a nawet mojego. Wszyscy poruszali się ze swego rodzaju tajemniczym wdziękiem, jaki rzadko widywało się u ludzi.

Ucieczka to był chyba ich rodzimy świat, ich Ziemia, miejsce, z którego wzięła początek cała cywilizacja. Według danych Tau, Hydranie zamieszkujący Świrowo i otaczający je rezerwat stanowili całość tutejszej populacji. Pozostałości różnych kultur i ras ze wszystkich części planety zostały zmiecione i zsypane na kupkę jak piach tutaj, w tej „Ojczyźnie” – jedynym skrawku ziemi, jaki pozostawił im Tau-Draco. Skrawku, który pewnie przedstawiał najmniejszą wartość eksploatacyjną.

Robiło mi się nieswojo na samą myśl o tym, że ta garstka osób, które widziałem na ulicy, mogłaby stanowić reprezentatywną próbkę ich liczebności.

Przechodnie odpowiadali mi zaciekawionymi spojrzeniami, kiedy zauważali, że się im przyglądam. Czułem na sobie ich wzrok, ale nie potrafiłem poznać ich myśli. Nie wiedziałem, dlaczego się tak gapią – czy dlatego, że ruszałem się jakoś inaczej, czy z powodu mojej twarzy, czy może dlatego, że kiedy dotykali moich myśli, napotykali mur.

Nikt się do mnie nie odezwał, nikt nie zadawał niepotrzebnych pytań, nikt nie mruczał za moimi plecami. Nie wydawali z siebie żadnych dźwięków. Kiedy chodziło się po ulicach ludzkich miast, zawsze słychać było strzępy rozmów, kłótnie, śmiechy. Tutaj czułem się jak głuchoniemy – panowała cisza, przerywana jedynie przypadkowymi, dalekimi, bezkształtnymi dźwiękami, które zdawały się odbijać niekończącym się echem, jak gdyby w tym miejscu nie istniały odległości.

Słyszałem już, że kiedy Hydranie są we własnym gronie, niewiele mówią – po prostu nie muszą. Wystarczy im telepatia – mogą sięgnąć wprost do myśli rozmówcy i udowodnić swoje realne istnienie, poznać nawzajem swoje nastroje. Wiedzą, że dookoła nich są żywe istoty, takie same jak oni. Wiedzą to wszystko, mimo że nie mówią i nie patrzą ciągle na siebie.

Ludzie tego nie potrafią. Ludzie muszą budować nad przepaścią kulawy most słów, a więc mówią nieustannie, żeby sobie udowodnić, że nie są we wszechświecie równie samotni jak we własnych myślach.

Większość budynków wzdłuż ulicy miała okna i drzwi na poziomie chodnika. Większość miała dyskretnie zatrzaśnięte okiennice, kilka stało otworem, jakby wszystkich zapraszały do wnętrza. Od czasu do czasu dostrzegałem zarys zamurowanego otworu w ścianie. W innych miejscach wejście stanowiła toporna, wyrąbana w murze dziura, która zniszczyła piękną linię ściany i zakłócała wzór mozaiki. Ciekawe, kto i po co mógł zrobić coś takiego.

Pomyślałem o przychodzących tu zza rzeki ludziach, którzy nie potrafili zajmować się wyłącznie własnymi sprawami ani też przechodzić przez ściany. Zastanawiałem się, czy te zamurowane przejścia i topornie wyrąbane drzwi nie są swego rodzaju subtelnym przesłaniem pod adresem przybyszów zza rzeki. A może są po prostu tylko kolejną oznaką społecznego rozkładu.

Na ogół wejścia sprawiały wrażenie, jakby prowadziły do takich czy innych sklepów. Tu i ówdzie widziałem wywieszki, niektóre w standardzie, inne w jakimś nieznanym mi języku; część podświetlono. Widziałem nawet jeden szyld holograficzny, połyskujący wśród ciemności halucynacyjnym fioletem. Zaczęło mi się wydawać, że te wywieszki są jak tamte dziury w murze – Świrowo musi wyłożyć wszystko kawa na ławę psychotronicznie upośledzonym martwym pałkom...

Łaziłem tak po ulicach prawie przez godzinę i nikt mnie nie zaczepił, nikt nawet nie zauważał mojej obecności. Na koniec, zdrętwiały z zimna, ale z dość jasnym umysłem, zatrzymałem się przed czymś, co wyglądało jak jadłodajnia. Jak dotąd, nikt mnie nie nękał. Powiedziałem sobie, że nic takiego się nie stanie, jeśli wejdę do środka, usiądę z nimi, zjem to, co oni, i poudaję przez godzinkę, że naprawdę odnalazłem swoje miejsce w życiu.

Wszedłem do środka, schylając głowę, bo poszarpane wejście było niskie jak na ludzkie przyzwyczajenia. Nie urosłem jakoś specjalnie, ale niewielu z Hydran mi dorównywało. Poczułem na twarzy lekkie cmoknięcie powietrznej bariery, zatrzymującej ciepło i zapachy potraw wewnątrz, a zimny wieczór na zewnątrz. Ciekaw byłem, czy to sprawa ludzkiej techniki przywiezionej tu zza rzeki, czy telekinetycznego pola wytworzonego przez kogoś w środku.

Zatrzymałem się przy samych drzwiach, zadowolony, że znów stoję w cieple, i zacząłem wdychać otaczające mnie zapachy. Dziwne i mocne, sprawiły, że nagle odczułem, jak bardzo jestem głodny. W całej sali przy niskich stolikach siedziało może z tuzin osób – pojedynczo, parami, była nawet jedna rodzina z dzieckiem. Rodzice i dziecko jednocześnie podnieśli na mnie wzrok, nagle zaniepokojeni. Stałem tak jeszcze przez chwilę, wędrując wzrokiem od twarzy do twarzy, niezdolny oderwać oczu od egzotycznego piękna ich rysów. W końcu przeszedłem przez salę i usiadłem przy pustym stoliku, jak najdalej od innych.

Rozejrzałem się za kartą, zastanawiając się w duchu, czy tutaj nie można nawet dostać czegoś do zjedzenia, jeśli nie czyta się w myślach.

– Czym mogę służyć?

Aż podskoczyłem z wrażenia. Ktoś stał obok i patrzył na mnie z góry. Nie wiedziałem, czy podszedł tak, że go nie zauważyłem, czy po prostu teleportował się tuż przy mnie. Mój Dar tego mi nie powie, tak samo jak nie powie, kim on jest ani czego chce. Obrzuciłem go długim spojrzeniem i doszedłem do wniosku, że musi być właścicielem lokalu.

– Czym mogę służyć? – powtórzył w standardowym języku, a miękki, śpiewny sposób, w jaki formułował słowa, przybrał odrobinę twardszy odcień.

Zdałem sobie sprawę, że teraz patrzą na mnie wszyscy na tej sali. Spojrzenia te bynajmniej nie były przyjazne.

– Coś do jedzenia...? – Słowa, które wypowiedziałem, wydały mi się płaskie i obce.

Przybrał taki wyraz twarzy, jakbym czymś go obraził, jakby panował nad sobą z najwyższym wysiłkiem.

– Nie wiem, coś ty za jeden – odpowiedział bardzo cicho. – I nic mnie to nie obchodzi. Ale mówię ci: albo skończ z tym, co robisz, albo się wynoś.

– Przecież ja nic nie robię... – zacząłem.

Złapał mnie za tył marynarki i szarpnął w górę.

– Wynoś się – rzucił – ty cholerny zboczeńcu.

Coś pchnęło mnie od tyłu, ale nie wydawało mi się, żeby to była jego ręka. Nie musiał pchać mnie po raz drugi. Wiedziony ślepą paniką pomknąłem ku drzwiom, a potem w ciemność. Boże, oni wiedzą... Oni wiedzą, kim jestem.

Na ulicy ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłem się z rękoma zwiniętymi w pięści. Przed sobą zobaczyłem zapadniętą twarz i puste spojrzenie ćpuna. Hydranin wymamrotał coś tak niewyraźnie, że nawet się nie zorientowałem, czy mówi w języku, który znam.

Wyrwałem się, przeklinając, i ruszyłem przed siebie, nie zastanawiając się, dokąd idę, byle dalej od tego miejsca.

Zanim na tyle rozjaśniło mi się w głowie, że zorientowałem się, co wyprawiam, zdążyłem zabłądzić. Kiedy wyszedłem z jadłodajni, widziałem dookoła jakieś znaki ułatwiające powrót. Teraz nie dostrzegałem nic znajomego. Ulice nie były oświetlone, a samotny księżyc nad Ucieczką jeszcze nie wzeszedł. Jedyne światła, jakie zobaczyłem, znajdowały się wysoko w górze, niedostępne, i najprawdopodobniej wydostawały się z prywatnych domów. Budynki tutaj były tak wysokie, że całkowicie zasłoniły most, na który mógłbym się kierować, wracając.

Teraz na ulicach zostałem chyba już tylko ja. Poczułem raczej ulgę niż żal, kiedy się zorientowałem, jak bardzo jestem sam, bo nie mógłbym tu nikogo prosić o pomoc, nawet gdybym wykrwawiał się na śmierć.

Zakląłem pod nosem. Większość życia spędziłem w miejscu, gdzie znajomość ulic zapewniała przetrwanie, a teraz się zgubiłem. W publicznych bankach danych Tau nie było żadnych map Świrowa, więc nawet moja bransoleta danych nie mogła mi powiedzieć, gdzie jestem i jak się stąd wydostać. Po co ja się tu, do cholery, pchałem? Czy tylko po to, żeby sobie udowodnić to, co i tak już wiem? Że nikt mnie nie chce, że nigdy nie było i nie będzie miejsca, które mógłbym nazwać swoim?

Zacząłem wracać po własnych śladach, ze spuszczoną głową i przygarbiony, drżąc z zimna i modląc się w duchu, żebym wykonał właściwą sekwencję zakrętów i zdołał wydostać stąd swój nieszczęsny tyłek przed godziną policyjną.

W końcu daleko przed sobą zobaczyłem światła mostu, usłyszałem zbliżające się ku mnie ludzkie głosy. Minąłem kolejny zakręt i ruszyłem truchtem – i natychmiast zderzyłem się z kimś, kto nadbiegał z naprzeciwka, tak mocno, że niemal oboje się przewróciliśmy.

Usłyszałem kobiecy krzyk, kiedy moje ręce automatycznie przytrzymały przewracającą się osobę. Poczułem, że coś wbija mi się w mózg jak ostrze myśli. Mój umysł instynktownie to zablokował i w tej samej chwili zdałem sobie sprawę, że kobieta trzyma na ręku dziecko.

Krzyknęła jeszcze raz z wściekłości i zaskoczenia, kiedy odparowałem myślami jej atak. Wysapała jakieś słowa w języku, którego nie rozumiałem, a ja przez cały czas wykrzykiwałem:

– Wszystko dobrze, nic ci nie zrobię, wszystko w porządku! – Chciałem zmusić ją, żeby usłyszała i zrozumiała. – Co się dzieje? Potrzebujesz pomocy?

Przestała się wyrywać, jak gdyby te słowa zdołały się w końcu przedrzeć do jej świadomości. Nagle cała zwiotczała w moim uścisku. Dziecko pomiędzy nami nawet nie wydało dźwięku, kiedy oparła się o mnie zdyszana. Nawet przez ubranie czułem, jak strasznie jest zgrzana.

Wtedy podniosła na mnie wzrok, a ja w końcu mogłem zobaczyć jej twarz: oszołomioną, zielonooką hydrańską twarz o złotej skórze, otoczoną rozwianą gęstwą bardzo jasnych włosów... Twarz jak ze snów – w każdej swojej obcej, udręczonej linii – a każda płaszczyzna, każda krzywa była mi tak znajoma jak twarz utraconej ukochanej.

– Czy... czy ja cię znam? – wyszeptałem zmartwiały, bo nagle w zupełnie niemożliwy sposób widziałem to, co ma nastąpić. – Jak...? – Pod myślami otwarła mi się mała zapadnia, a ja wyśliznąłem się przez nią na zewnątrz...

Kobieta wydała z siebie cichy odgłos, niemal jęk niedowierzania. Jej dłoń podniosła się ostrożnie i dotknęła mojej twarzy.

(Nasheirtah...?) szepnęła. (To ty. To ty...) Na jej twarzy odbijało się teraz zarówno przerażenie, jak i zdziwienie – to samo wyrażała moja twarz, kiedy powoli podnosiłem ręce, żeby jej dotknąć.

(Wszystko...) mruknąłem, bo całe moje życie zwinęło się jak teleskop w tę jedną chwilę kontaktu. (Wszystko, czego zechcesz.)

(Zawsze. Na zawsze.) Jej oczy wypełniły się łzami, ręka opadła. (Nasheirtah...)

– Co? – szepnąłem, nie rozumiejąc.

Nagle spuściła oczy, jakby mój wzrok przypominał światło latarki.

– Pomóż mi – odparła w nienagannym standardzie, głosem, nad którym z ledwością panowała. – Proszę, pomóż mi. Chcą mi odebrać dziecko! – Obejrzała się przez ramię. Po ścianach budynków w głębi ulicy zatańczyły światła.

– Kto? – zapytałem.

– Oni! – krzyknęła, potrząsając głową na poły z irytacją, na poły z niezrozumieniem. – Ludzie!

A ja w głębinie jej zielonych oczu z czarnymi podłużnymi źrenicami, otwartymi teraz szeroko na najlżejszy błysk nadziei, zobaczyłem inną noc: inną hydrańską kobietę z dzieckiem... o lata świetlne stąd, całe życie temu... nie miała do kogo się zwrócić, nikt nie zjawił się, żeby ratować ją w tamtej uliczce Starego Miasta, gdzie ich świat skończył się w bólu i krwi...

– Proszę... – powtórzyła i wepchnęła mi coś w otwartą dłoń.

Zacisnąłem palce. Nie patrząc, skinąłem głową i puściłem ją. Zniknęła zaraz w bocznej uliczce, której przedtem nawet nie zauważyłem.

Przez ułamki sekund stałem jak sparaliżowany – mój ogłupiały umysł próbował ścigać ją wśród mroków, podczas gdy ciało błagało, żebym ruszył wreszcie z miejsca. Aż nagle ci, którzy ją ścigali, z wrzaskiem znaleźli się tuż przy mnie. Zobaczyłem światła, broń – i popędziłem jak wszyscy diabli.

Za plecami usłyszałem czyjś krzyk:

– Korporacja Bezpieczeństwa!

Cholera! Przyśpieszyłem biegu.

Przede mną także pojawiły się światła, kiedy na ulicy lądował krążownik Korporacji.

Zanim zdołałem zwolnić, coś niewidzialnego opadło na mnie jak fala przyboju, która zalała mnie z kretesem, i zatonąłem...

3

Otworzyłem oczy i oślepił mnie jaskrawy blask panujący w pokoju przesłuchań. Zacisnąłem mocno powieki.

– Cholera – zakląłem pod nosem. Ale nie to usłyszałem; to, co wydostało się z moich ust, było zupełnie niezrozumiałe.

Bolała mnie twarz, chyba musiałem na nią upaść. Włosy wydostały się spod spinki, okryte kurzem opadały na twarz i właziły w oczy. Każdy nerw ciała rozjarzył się jak żywy drucik, kiedy zacząłem wychodzić z oszołomienia.

Ale to nie dlatego miałem kłopoty z mówieniem. Nawet bez patrzenia wiedziałem, że do karku mam przylepiony narkotyk, który korby przyłożyły tam, żeby unieszkodliwić psycho, jakbym wciąż jeszcze mógł z niej korzystać. Pamiętam dobrze te mdłości, zniekształconą mowę. Próbowałem sięgnąć dłonią do szyi, żeby się przekonać, czy naprawdę mam tam przylepkę...

Nie mogłem poruszyć rękoma. Spojrzałem w dół i zobaczyłem, że moje ciało tkwi uwięzione w twardym metalowym fotelu, a ręce są przypięte pasami do poręczy. Wpatrzyłem się w bezradne dłonie, czując, jak w środku wzbiera we mnie panika.

Tylko nie trać opanowania... Nie trać. Wziąłem głęboki oddech i zmusiłem się do podniesienia wzroku.

Czekało tam cierpliwie z pół tuzina korb – mieli czas.

– Gdzie on jest?